Jump to content

Strona Główna  |  Ogłoszenia  |  Lista Fanfików  |  Fanpage  |  Feedback
Sign in to follow this  
Hoffman

Arena IV - Avaleme vs Alder [zakończony]

Arena IV  

7 members have voted

  1. 1. Kto zwyciężył w tym pojedynku?

    • Avaleme
      3
    • Alder
      4


Recommended Posts

Pierwsza runda turnieju odbywała się na podstawowej arenie. Organizatorzy najpewniej nie chcieli nikomu dawać lepszych kart na początek. Sama zaś arena była prosta. Wysoki kamienny mur otaczał długi na kilkadziesiąt metrów plac pokryty ubitą od licznych walk ziemią. Arena nie miała dachu, więc prócz naturalnego, dodano też magiczne oświetlenie, by walka była doskonale widoczna dla widzów. Ci zaś oddzieleni byli, jak zawsze, silnym polem antymagicznym od toczących się starć.

 

 

sun_vs_moon_by_thedragonfly52413-d7z5zbq

 

 

W imieniu rymy2001 walczyć będzie Avaleme! Postać ta jest niezwykle wyjątkowa – jej wygląd zmienia się w zależności od tego, jakiej mocy pragnie użyć. A ma do dyspozycji szeroki wachlarz mocy żywiołów, toteż możemy liczyć między innymi na ciągłe zmiany pogodowe! Ponadto, może w jednej chwili przeistoczyć się z jednorożca w pegaza i vice versa. Jej przeciwnikiem będzie Alder – interesujący się wszystkim co fascynujące, władca cydru, wielbiciel Discorda, cechujący się resztkami instynktu samozachowawczego magiczny wojownik!

 

Bliżej niezidentyfikowane coś każe mi wierzyć, że władająca żywiołami Avaleme może mieć niemałą zagwozdkę w tym starciu. Alder zdaje się widział już wszystko, co świat ma do zaoferowania, toteż z całą pewnością będzie godnym przeciwnikiem. Zaczynamy!

Edited by Hoffman

Share this post


Link to post
Share on other sites

Czas na nikogo nie czeka - pomyślałem przekraczając bramę prowadzącą na arenę na której miał się odbyć pojedynek. Sama arena nie wyróżniała się niczym specjalnym, prosty kamienny mur, trochę ubitej ziemi i niespodzianka w postaci braku dachu, proste i skuteczne a jak wiadomo najprostsze rozwiązania są najlepsze. Zacząłem rozglądać się za moim przeciwnikiem ale ku memu zdziwieniu nie uświadczyłem go, co oznaczało że stawiłem się jako pierwszy...a to jak na mnie jest dziwne, no cóż trzeba czekać. By urozmaicić sobie czekanie oraz pokazać choć minimalną dozę dobrego wychowania postanowiłem przywitać się z publicznością.

 

-Witajcie zgromadzeni tu amatorzy magicznych pojedynków! - wrzasnąłem po czym teatralnie się ukłoniłem - mam nadzieję że wasze gałki oczne zostaną tu uraczone widowiskiem którego prędko nie zapomnicie! Igrzyska czas zacząć! - gdy skończyłem mówić, podszedłem do kamiennego muru okalającego arenę i leniwie się o niego oparłem, wyciągając przy tym papierosa z kieszeni płaszcza oczywiście była też epicka torba typu "studentka" oraz mój nieodłączny towarzysz w postaci kija bojowego który był przeze mnie nazywany "tuptuś". Kilka pomysłów już mi świtało w głowie ale dopiero miało się okazać czy są one słuszne czy też nie. Nie postawiłem żadnych barier czy też zaklęć obronnych, to nie w moim stylu... no prawie.

Edited by Alder

Share this post


Link to post
Share on other sites

  Avaleme wkroczyła na arenę powoli i ostrożnie, rozglądając się na wszystkie strony. Nigdy jeszcze nie brała udziału w takim widowisku, więc była nieco oszołomiona widokiem publiczności, przyglądającej się jej z zainteresowaniem. Chwilę później dostrzegła swego oponenta. Mężczyzna stał obok muru otaczającego arenę, opierając się o niego. W ustach trzymał zapalonego papierosa. Klacz wzdrygnęła się z niechęcią.

  -Witaj. Prawdopodobnie jesteś doświadczonym wojownikiem- zaczęła ostrożnie, próbując wybadać przeciwnika- ale ja nie mam zamiaru przebywać z palaczem- zakończyła swoją cyniczną wypowiedź, a potem, ponieważ była aktualnie w postaci pegaza, ruszyła skrzydłem, wywołując podmuch wiatru, który zgasił i wytrącił papieros z pyska kucyka. Następnie stanęła po swojej stronie areny, przygotowując się do walki. Postanowiła pozostać w swojej obecnej formie, ale po chwili zdecydowała się zacząć pojedynek żywiołem ognia. Jej sierść stała się ognistoczerwona, a oczy zalśniły pomarańczowym blaskiem.

  Analeme wygładziła grzywę i rozprostowała skrzydła, wzbijając się na wysokość kilku metrów. W tej pozycji czuła się najbezpieczniej, czując gorący blask słońca, wzmacniający jej moce. Była gotowa zmierzyć się ze swym oponentem. Pozwoliła mu rozpocząć pojedynek, ponieważ pierwszy stawił się na arenie. Ostatnią rzeczą jaką zrobiła, był lekki, powietrzny ukłon do publiczności oraz wypalenie podłoża, które znajdowało się tuż pod jej kopytami. Wolała mieć stały dostęp do ciepła, w razie odciencia dopływu światła słonecznego. Następnie dała sygnał swemu oponentowi, żeby zaczynał widowisko

Edited by ryma2001

Share this post


Link to post
Share on other sites

Oczekiwanie w końcu się opłaciło. Mój przeciwnik powoli i ostrożnie wszedł na arenę -pegaz, będzie ciekawie ale czy ona przpadkiem nie potrafi zmieniać formy?- pomyślałem zaciągając się przy tym papierosem. Przez chwilę obserwowałem to co się dzieje, oczekując przy tym gradu magicznych zaklęć, jednak ku mojemu zdziwieniu nic takiego nie nastąpiło, miast tego nastąpiło przywitanie które nie pozostało bez odzewu z mej strony, wpierw jednak mój oponent stwierdził że nie będzie przebywać w towarzystwie palacza, co skutkowało podmuchem wiatru który wytrącił papierosa z mych ust, w odpowiedzi rzuciłem pięcio sekundową naganę wzrokową, po chwili stwierdziłem:

- Witaj mój interlokutorze, oponęcie -tu ukłoniłem się- podobno ogień to jeden z twych żywiołów czyż nie? - chwile potem pegaz urzył rzeczonego żywiołu, co skutkowało adekwatną zmianą wyglądu. Wzbijając się w powietrze przeciwnik wypalił znajdującą się podnim ziemię.

- hmm... - mruknąłem pod nosem, panowanie nad żywiołami było jej największyn atutem ale i paradoksalnie największą słabością. Stwarzało to pewne pole do manewru ale nie jako zmuszało mnie do walki na jej zasadach... ale czy aby napewno?

- widzę że aż palisz się do walki... to dobrze - powiedziałem spokojnym głosem. Dokonałem kalkulacji... tak, to mogło być ciekawe.

Wyciągnąłem przed siebie otwartą dłoń ( w gwoli ścisłości jestem ludziem) by po chwili w owej dłoni pojawiła się kula ognia dość pokaźnych rozmiarów.

- łap! - wrzasnąłem, rzucając przy tym kulę w mojego przeciwnika, ot takie proste zaklęcie na początek, w połowie drogi z kuli oddzieliło się kilka mniejszych co skutkowało istną kanonadą. W międzyczasie wykonałem kilka ruchów palcami lewej ręki, nadal opierając się o mur czekałem na rozwój wypadków. Chciałem wyczuć przeciwnika ale też się trochę rozruszać.

Edited by Alder

Share this post


Link to post
Share on other sites

Avaleme ze spokojem spojrzała na nadlatujące w jej stronę ogniste kule. Teraz, gdy pierwsze emocje opadły, czułą się zupełnie spokojna. Uśmiechnęła się, widząc tak prosty atak. Nie była pewna, czy to po prostu rozgrzewka jej oponenta, czy też ten próbuje ją wyczuć, ale postanowiła zagrać w jego małą gierkę. W końcu też potrzebowała trochę czasu, by rozprostować swe kości, i przypomnieć sobie mniej znane ataki.

 

Klacz wyprostowała swoje przednie kopyta, wciąż unosząc się na ziemią. Chwile później na ich końcówkach zaczęły pojawiać się małe płomyki, które następnie objęły całe jej przednie kończyny. Wtem klacz wykonała lekki obrót wokół własnej osi. Natychmiast przed nią pojawiła się ściana ognia, która w swym pędzie pochłonęła mniejsze płomienie wysłane przez mężczyznę. Jednak żywioł nie zatrzymał się tam, lecz pędził coraz dalej w stronę jej oponenta. Klacz w chwili wysiłku zmieniła swą postać na wietrzną, i wywołując dość duży podmuch, który rozbudził płomienie tak, że objęły całą arenę, niemalże dosięgając jej przeciwnika. Nie były to jednak zwykłe płomienie. Lśniły się jasnozielonym, hipnotyzującym światłem, wyglądając nieco jak liście na wietrze. Nie dało się ich zgasić zwykłą wodą, czy podmuchem.

 

Avaleme odchrząknęła i opadła na ziemie pośród płomieni. Była ciekawa, jakim to wspaniałym czarem odpowie jej jej przeciwnik.

- Mam nadzieje, że jesteś wspaniałym magiem - powiedziała, bawiąc się kosmykiem jej włosów - bo jesteś także pierwszym, z którym toczę pojedynek. A przecież pewnie nie chcesz, bym się zawiodła?

Share this post


Link to post
Share on other sites

-no tak ognia ogniem nie pokonamy - pomyślałem. Mój przeciwnik skontrował, proste zaklęcie co skutkowało tym że sam stałem się ofiarą własnej magii, co było ciekawe acz osoba trzecia obserwująca zajście mogła mój ruch odczytać jako przejaw głupoty bądź niedoceniania  przeciwnika... a był to błąd. Po pierwsze szanuj przeciwnika, po drugie: bądź elastyczny, po trzecie: zrozum siebie i swego oponenta, po czwarte: dokonaj analizy sytuacji, po piąte: atakuj! to były główne zasady którymi należało się kierować by mieć choć minimalną szansę na zwycięstwo, rzecz jasna właśnie te zasady mi przyświecały.

 

Gdy pociski odbite przez przeciwnika pędziły w moją stronę zorientowałem się że zostały one trochę zmodyfikowane, co dawało mi zamglone ale jednak pojęcie nie tyle umiejętnościach przeciwnika co o jego pomysłowości, a jak dla mnie to właśnie pomysłowość była jedną z istot mocy którą zwiemy magią, a nawet jej esencją. Każdy widząc lecące w jego stronę magiczne pociski albo by uciekał, albo starał by się je zablokować, no ale ja nie jestem "każdy". Stałem spokojnie w miejscu czekając na uderzenie bo w istocie oto mi chodziło ale też nie miałem po co uciekać. Jednocześnie już miałem pewien pomysł, jeśli dokonałem dobrego rozeznania przed pojedynkiem, mój oponent mógł w czasie walki używać jedynie dwóch rodzajów magii w tym przypadku był to ogień oraz jeśli dobrze się zorientowałem powietrze, gdyż znowu doszło do zmienienia formy... jeszcze nie widziałem czy mój tok rozumowania był właściwy ale jeśli tak to można by się trochę pobawić bo co mi szkodzi? W końcu, magiczne pociski uderzyły w cel, wywołując eksplozję i wzbijając tumany kurzu, gdy jednak kurz opadł... jak gdyby nigdy nic stałem w miejscu z rękoma w kieszeni, ale czy aby na pewno? wtedy nieopodal otworzył się magiczny portal z którego wyłonił się nie kto inny jak... ja we własnej osobie.

 

- proszę o wybaczenie - powiedziałem zamykając za sobą portal - nie przedstawiłem się, jestem Alder, Divus Retardus Maximus, mag, siewca chaosu oraz mistrz iluzji - ukłoniłem się po czym spojrzałem na swoją iluzję która chwile wcześniej była atakującym ale i atakowana, po wykonaniu niedbałego ruchu ręką iluzja rozpłynęła się we mgle. Kontrolowanie takiej iluzji na odległość jest dość kłopotliwe, po przez niemożność używania zaklęć potężniejszych niż, nazwijmy je "podstawowe", zresztą to nie był by wtedy pojedynek.

 

- widzisz to nie takie proste jak by się wydawało - powiedziałem po czym schyliłem się i zebrałem trochę piasku w dłoń - przejdziemy do etapu drugiego co by trochę urozmaicić starcie - po chwili piasek w mej dłoni zaczął się świecić, tak naładowałem go magiczną energią. W między czasie w drugiej dłoni pojawiła się niewielka kula światła - to co zaczynamy? - spytałem, nie czekając na odpowiedź podrzuciłem w górę kulę światła, ta będąc na wysokości trzech metrów rozbłysła oślepiającym blaskiem, nie tracąc czasu i korzystając z chwilowego oślepienia przeciwnika, rzuciłem w jego stronę "magiczny piach" który teraz w istocie był setkami małych magicznych pocisków, których ominięcie było dość trudne ale możliwe, oczywiście podmuch wiatru np. nie mógł odbić owych pocisków, które były w istocie skumulowaną energią. Teraz miałem obie ręce wolne i postanowiłem to wykorzystać. W mej prawej dłoni zmaterializował się mój kij bojowy, który jednak, po chwili zmienił się w miecz. Dzierżąc go w dłoni ruszyłem na przeciwnika wszystko trwało ułamek sekundy, oślepienie, pociski i miecz co prawda to jeszcze nie było to ale już całość wyglądała zdecydowanie lepiej.

Edited by Alder

Share this post


Link to post
Share on other sites

Klacz nie była zaskoczona tym, że jej przeciwnik nie ruszył się z miejsca. Spotkała już paru magów-iluzjonistów i przywykła do ich stylu walki. Nie lubiła go jednak, umożliwiał im wymknięcie się ze wszystkiego zwykłymi sztuczkami. Szanowała ich jednak, ponieważ wiedziała, jak trudno jest się nauczyć tworzenia odpowiednich i wiarygodnych iluzji.

 

 Kiedy jej oponent wystrzelił w jej stronę pociski energii wiedziała, że swoimi mocami nie uda jej się ich raczej zatrzymać, bez większego wysilania się. Dlatego też, gdy te prawie już ją dosięgały zamknęła oczy. Jej całe ciało zaczęło znikać. Wyglądało to, jakby to wszystko działo się w zwolnionym tempie. Każdy włosek jej sierść zaczął się tlić, aż do momentu, gdy klacz zamieniła się całkowicie w ogień, które jasne płomyki spoczęły na ubitej ziemi, będącej ,,posadzką” areny. Płomienie przeleciały przez nią, nie wyrządzając jej żadnych fizycznych obrażeń, ponieważ nie była w stałej postaci. Udało się jej jednak, gdy te przez nią przelatywały zaabsorbować nieco ich energii, i zamienić ją na jej własną.

  

 Gdy tylko pociski przeleciały przez nią, uderzając w ścianę areny, Avaleme, wciąż w postaci ognia połączyła się z innymi płomieniami pozostałymi po jej ostatnim ataku, który objął całą arenę. Wtedy zauważyła zmierzającego w jej stronę oponenta, trzymającego w swej ręce miecz. Była niemile zaskoczona użyciem takiego rodzaju ataku, jednak zaakceptowała otaczającą ją rzeczywistość. Zmaterializowała się po drugiej stronie areny, która należała do jej przeciwnika, nie będąc pewna, czy ten zauważył, co się stało. Nie przejmowała się tym jednak, ponieważ jeśli on wybrał atak wręcz musiał się pogodzić z konsekwencjami, które mogły go spotkać, szczególnie walcząc z tak szybko rozprzestrzeniającym się żywiołem.

   

   Klacz rozpaliła swoje kopyta, a następnie uderzyła nimi w ziemię, wywołując nie wieli wstrząs. Chociaż nie mogła w tym momencie władać magią ziemi, wciąż miała w sobie jej zalążek. Z powodu wstrząsu w glebie, tuż obok jej kopyt, pojawiła się niewielka szczelina. Avaleme wykorzystała ją, wdmuchując do niej ogień. Szpara przedłużyłą się, transportując ogień na drugą, płonąca część areny. Klacz wyrwała sobie kosmek włosów, który następnie w oka mgnieniu zamienił się w solidny, ognisty bat. Następnie, widząc, że mężczyzna jest otoczony płomieniami, zachowując jednak w pamięci to, że może on poruszać się poprzez portale sama wpadła w szczelinę, znowu się dematerializując. Podrużując szczeliną w kierunku już dość (przynajmniej taką miała nadzieję) skołowanego ogniem przeciwnika zbierała energę. Nie wiedziała, co takiego przygotował dla niej ,,Wielki Iluzjonista”, i myśl o tym, że może on kryć znowu się gdzieś na arenie postanowiła zrobić coś innego, zamiast zmaterializowania się przed nim z biczem w kopytach. Wystrzelając spod ziemi rozdzieliła się na kilka w mniejszych płomieni, które wyleciały z gleby spiralnie, w ten sposób, aby swym zasięgiem mogły objąć jak największy teren. Każdy z nich, który trafił by na czarodzieja najprawdopodobniej wyrządziłby mu szkody, albo przynajmniej zdezoriętował. Avaleme nie była jednak pewna, czy po wystrzeleniu z ziemi trafiłą w przeciwnika, ponieważ rozdzielając się na kilka części jej zmysły straciły swą intensywność, uniemożliwiając jej wiedzenie. Dlatego też, zamiast od razu wrócić do swej postaci, schowała się kolejny raz pod ziemię, następnie wyłaniając się już w całości w rogu areny, aby być widoczną, jednak nie tak dostępną.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Być może, atak wręcz nie był dobrym rozwiązaniem ale z całą pewnością pozwalał się rozruszać, niestety dla mnie okazało się że moje pociski nie wyrządziły żadnej szkody memu oponentowi gdyż ten po raz kolejny zmienił formę, co skutkowało tym że owe pociski po prostu przeleciały przez cel nie czyniąc mu żadnej szkody. Ku memu zdziwieniu ale i radości przeciwnik zdecydował się na coś co zdawało się być niczym innym jak absorpcją płomieni pozostałych po wcześniejszym ataku, co mogło być formą wzmocnienia magii, nie przejąłem się tym za bardzo, gdyż robiło się coraz ciekawiej. 

 

- czas zgasić twój zapał! - wrzasnąłem, po chwili jednak, usłyszałem dość charakterystyczny dźwięk dobiegający z za mych pleców, jednocześnie spojrzałem przed siebie  to co tam ujrzałem wywołało szeroki uśmiech na mej twarzy - więc tak gramy co? żaden problem - pomyślałem, już wiedziałem że przeciwnik znalazł się za mną nie wiedziałem tylko co szykuję, ale miałem się o tym przekonać. Wpierw należało ugasić płonącą część areny, w tym celu nie zaprzestając biegu, wykonałem zamaszyste cięcie mieczem, fala w miarę nieszkodliwej energii omiotła arenę gasząc płomienie, to był pierwszy krok. Nadal pozostając w biegu otworzyłem w pewnej odległości od siebie portal z zamiarem wskoczenia w niego, wtedy jednak nie wiadomo skąd spadły na mnie ogniste pociski których pochodzenie było dla mnie zagadkowe, niemniej jednak ucieszyłem się, cóż czas zacząć kolejny etap. Nagły atak lekko mnie zdezorientował i wybij z rytmu, chwyciłem miecz w obie ręce i zacząłem za jego pomocą odbijać magiczne pociski ognia, a chwile to trwało i zmusiło mnie do odstawienia swoistego baletu. Oczywiście tam gdzie padały odbite pociski na nowo rozgorzały pożary, a jako że ogień był żywiołem mego oponenta nie mogłem na to pozwolić. Wtedy też dostrzegłem mego przeciwnika stojącego w rogu areny... i wpadłem na pewien pomysł. Wbiłem miecz w ziemię co skutkowało powstaniem kilku szczelin z kutych następnie trysnęła woda zalewająca całą arenę co w konsekwencji zgasiło płomienie, korzystając z okazji otworzyłem dwa portale jednocześnie, jeden przede mną drugi na przeciw mego oponenta. Jako że wszędzie była woda postanowiłem to wykorzystać, z powrotem przemieniłem miecz w kij bojowy , a jego koniec zanurzyłem w wodzie, chwile później obok mnie uformowały się dwa żywiołaki wody które momentalnie ruszyły na przeciwnika, jednocześnie rzuciłem kolejną iluzję klona, który wskoczył do portalu, przypomnę że drugi znajdował się na przeciw mego oponenta, co skutkowało tym że iluzja momentalnie znalazła się na przeciw pegaza. Nie czekając na specjalne zaproszenie, pstryknąłem palcami, a magia z której stworzona była iluzja gwałtownie się uwolniła, co skutkowało eksplozją, nie na tyle silną by zabić, lecz by oszołomić lub ewentualnie lekko zranić co i tak rzadko kiedy się zdarzało, w między czasie żywiołaki nadal parły do przodu, a ja uznałem że dam memu przeciwnikowi kilka celów do ewentualnego ataku... dokładnie to dwadzieścia, dwadzieścia klonów, których możliwości bojowe były mocno ograniczone a które były rozsiane po całej arenie. By je stworzyć uderzyłem kijem w wodę, skumulowałem energię... niewielki błysk światła i vuala! tylko pytanie który z nas jest prawdziwy? z pewnością przeciwnik znalazłby na to jakiś sposób, w międzyczasie ja mógłbym skorzystać z portali i się gdzieś ukryć ale byłem ciekawy, po prostu ciekawy jak rozwinie się sytuacja. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

  Tuż po tym, gdy Avaleme znalazła moment odpoczynku, wokół jej zaczęła rozlewać się woda, a chwilę później tuż przed jej nosem otworzył się portal jej oponenta. Klacz, osłabiona nieco wodą, która ją otaczało natychmiastowo zmieniła używany przez nią żywioł i wzniosła się w powietrze, pozostawiając portal pod sobą. Zrobiła to w ostatniej chwili przed eksplozją, która dała jej mały odrzut i nieco wytrąciła z równowagi. Czarodziejka, nie będąc pewna tego, co wywołało tą eksplozje, uniosła się jeszcze wyżej. Jej umysł wciąż był nieco zmulony, lecz udało jej się mniej więcej ustabilizować. Gdy to się stało natychmiastowo ujrzała iluzjonistę. A raczej iluzjonistów. Cała arena była nimi wypełniona. Szli przez wodę, zdecydowanie w jej kierunku. Oprócz tego, tuż obok miejsca, gdzie przed chwilą stała znalazły się ludzkopodobne stwory, składające się całkowicie z wody. Avalemie przez chwilę wydawało się, że ma tylko przywidzenia, lecz jednak w końcu uświadomiła sobie, że to wszystko dzieje się naprawdę.

  

  Klacz nie miała oczywiście pewności, czy klony iluzjonisty mogą jej dosięgnąć, ale stwierdziła, że i tak nigdy przecież nie uciakałaby przed przeciwnikiem. Jednak, z pewnych przyczyn wzniosła się jeszcze wyżej, prawie do otworu w arenie, aby następnie stworzyć tunel powietrza. Oczywiście w tym samym czasie zastosowała proste, lecz skuteczne zaklęcie ochronne, które jednak nie mogłoby zbyt długo wytrzymać. Momentalnie temperatura na arenie zaczęła spadać, po chwili stając się nawet ujemna. Avaleme dobrze wiedziała co robi, ochładzając powietrze, które wpuszczała na arenę. Woda zaczęła powoli zamarzać, co powinno unieruchomić maga oraz jego iluzje. Zamrażało to też także dziwne wodne stwory, które prawdopodobnie były większym zagrożeniem.

 Gdy arena stała się już lodowata, a cała woda zamarzła, Avaleme zamknęła tunel powietrzny. Wysłała też falę energii, która skruszyła lud. Klacz jednak zachowała go w postaci stałej w miejscu, gdzie jej oponent wcześniej uderzył w ziemię, wywołując całą tą wodę. Następnie zaczęła się kręcić wokół własnej osi, jednocześnie wystawiając swe kopyta na boki. Kręciła się coraz szybciej, jednocześnie parząc wciąż w jedno miejsce, by nie dostać zawrotów głowy. Po około pięciu sekundach jej obrotów wokół niej samej zaczęło się tworzyć tornado. Nie miała ona jednak zamiaru uszkodzić nim przeciwnika, w zamian wolała wykorzystać to, co on jej dał. Ostre, małe kawałki lodu wpadły w wir, krążąc po całej arenie. Klacz zdawała sobie sprawę, że na większą skale nie są one zbyt użyteczne i bolesne, ale w walce z wieloma klonami mogą być bardzo podobne. Gdyby taki jeden kawałek wpadł na klona… cóż, właściwie nic by się prawdopodobnie nie stało. Jadnak klacz miała inny plan. Kawałki zamrożonego żywiołu wypełniła energią podczas tworzenia tornada. Miała nadzieję, że te, gdy przelecą przez jednego z klonów spowodują jego rozpad, bądź nawet eksplozje. Jej oponent otoczony swoimi wybuchającymi klonami oraz latającymi wszędzie kawałkami lodu był jej bardzo na kopyto.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Atak, obrona, kontra. Powtarzalny schemat będący częścią każdej walki, niezmienny i od tysiącleci królujący na polach bitew... ale czy najlepszą obroną jest atak? Nie zawsze, wszak trzeba wiedzieć kiedy się bronić, kiedy atakować oraz kiedy ustąpić, tylko że ja nie miałem zamiaru ustępować, co to to nie. Byłem poniekąd zadowolony, tym że przeciwnik nie dał się złapać na mój trik, z całą pewnością miał on a właściwie miała, kilka sztuczek w rękawie... cóż ja też.

Całość obserwowałem będąc otoczonym prze me klony oraz wodę. Przeciwnik uniknął wybuch wznosząc się w powietrze... i to dość wysoko, chwilę później temperatura na arenie zaczęła gwałtownie spadać, skutkim czego było primo: zamrożenie wody na arenie oraz mych żywiołaków, secundo: unieruchomienie mnie oraz klonów... w końcu staliśmy w wodzie. Następnie arenę przeszyła potężna fala energii, która skruszyła lód, zostawiając go jednak na szczelinach dzięki którym zalałem arene wodą, jednak nie przejąłem sie tym za bardzo, to nawet nie był problem. Ostatnim aktem było tornado które zassało kawałki pokruszonego lodu a następnie zazasypało nimi całą arenę, ja mogłem utworzyć magiczną barierę, odgradzającą mnie od tej kanonady, co też uczyniłem, moje klony nie miały jednak tyle szczęścia, trafione pociskiem rozpływały się we mgle - sposób dobry - pomyślałem, ale już miałem kolejny pomysł. Wofa niwelowała ogień, czyli jeden z dwóch żywiołów wyeliminowany, tylko jak zalać arenę wodą w chwili gdy szczeliny są skute lodem a przeciwnik kontroluję pogodę? Nic prostrzego, gdy kanonada pocisków dobiegła końca a moje klony zostały zmasakrowane, ponownie urzyłem kijem w ziemię, ze szczelin zaczęła buchać para wodna o dość znacznej temperaturze, topiąc tym samym lód i na powrót zalewając arenę wodą. Spojrzałem na mego przeciwnika wiszącego w powietrzu i wrzasnąłem:

- może wyniesiemy ten pojedynek nieco wyżej?! - nie czekając na odpowiedź, skumulowałem energię w okolicach mych pleców, po chwili bylem już wyposarzony w skrzydła utworzone z czystej energii, a kolor miały zacny bo niebieski. Wzbiłem się ponad arenę, na wysokość na której był mój przeciwnik. Kij dzierżony w mej dłoni ponownie zmienił się w miecz.

- plan i wykonanie dobre nie powiem... a teraz walcz! - wrzasnąłem , w międzyczasie z areny a raczej wody na tejże arenie wystrzeliły dwa bicze wodne mierzące mego oponenta, jednocześnie zwiększyłem ilość ciepła wytwarzanego przez szczeliny co by woda znów nie zamarzła. Wtej samej chwili rzuciłem się na przeciwnika z mieczem w dłoniach, wykonałem zamach a w konsekwencji wysłałem w stronę oponęta fale uderzeniową... ale nie poprzestałem na tym czy też biczach wodnych, nadal uparcie szarżowałem a może raczej pikowałem na cel

Share this post


Link to post
Share on other sites

  Klacz nie czekając na odpowiedź mężczyzny przygotowała się do ruchu, który zamierzała wykonać. Nie była jednak pewna, czy to jest naprawdę to, czego chce, ponieważ nigdy nie robiła tego podczas pojedynku. Jednak, wiedząc, że jest to dla niej niebezpieczne, i najprawdopodobniej będzie to ją kosztowało dużo energi, zdecydowała, że to najlepsze wyjście.

 

Jej oponent wciąż niepoddawał się, zalewając arenę ponownie wodą. Tym razem podniósł też temperaturę, wypuszczając z kolejnych szczelin parę wodną. Następnie wzleciał do góry na nowo wyczarowanych skrzydłach, ponownie ją atakując. Ona podjęła jednak decyzję.

 

Latająca wcześniej nad areną Avaleme złożyła skrzydła, i bez jakiegokolwiek słowa zaczęła spadać. Pozwoliła grawitacji zawładnąć jej ciałem. Jednak w połowie drogi zmieniła formę. Stała się ponownię władczynią ognia, po czym niemal natychmiast ogarnęły ją płomienie. Właśnie w takiej postaci zamierzała wpaść w taflę jeziora. Gdy tylko go dotknęła po ich miejscu walki rozniosło się jeszcze więcej pary wodnej, uniemożliwiającej jej przeciwnikowi zobaczenie jej poczynań.

 

Ból był niemiłosierny. Chociaż nie do końca mogła poczuć go w ciele, jej umysł zaczął informować ją o nim i tak. Wpadnięcie do wody w postaci ognia było dla niej bardzo niebezpieczne. Ryzykowała nawet utratą życia lub zdrowia. Jednak nie obchodziło ją to. Chciała dać widzom tego, czego chcieli. A to, czego od niej żądali to niesamowita walka, i to właśnie zamierzała im ofiarować. Zaczęła tonąć, zmuszając się do nie zmieniania formy. Miała nadzieję, że jej ciało, pod takim w celach zachowawczych zmieni formę na jednorożca, który mógłby używać magi wody. Jednak jej plan nie zadziałał dokładnie tak, jak chciała.

 

Płonący ogień, którym się stała zaczął sprawiać, że woda parowała coraz bardziej, sprawiając, że teraz sala była właściwie jakby zakryta mgłą. Gdy klacz poczuła, że już więcej nie zniesie bólu zauważyła też, że dzieje się coś nowego. Jej ciało, wcześniej płonące, teraz zaczęło się jakby roztapiać. Avaleme osiągnęła niebywałą temperaturę, przez co woda, w której pływała teraz nie mogła się nawet do niej dostać. Kilka metrów od niej zaczynała parować z powodu niebagatalnego gorąca. Ona sama nie miała prawie żadnej kontroli nad swymi poczynaniam, jednak udało jej się zrozumieć, co się stało. Wtedy postanowiła spróbować nico zmienić swoją magię. Teraz bardzo gorące fale ognia zaczęły się rozchodzić po całej arenie, we wszystkich kierunkach od klaczy. Po chwili cała woda na obszarze 100 metrów od stania klaczy stała się sucha jak kamień. Wtedy klacz była wreszcie gotowa. Jej przeciwnik nie miał skąd wziąć wody. Wiedziała, że samo wyczarowanie wody jest bardzo trudne, i nawet ona sama tego nie robiła. Natomiast sprowadzenie jej za pomocą magi z tak odległego miejsca byłoby nieużyteczne, bo zużywałoby zbyt dużo energii.

 

Gdy wreszcie wyszła ze ,,stanu avatara” cała sala spowita byłą w parze wodnej, pozostałej po wodzie. Klacz przezornie pozbyła się jej, wywiewają jednym szybkim ruchem na zewnątrz, tak by rozproszyła się, i nie dałoby się jej zebrać z powrotem. Następnie machnęła kopytem , podpalając podłoże areny przy ścianach oraz na środku.

-Cóż, jako, że jesteś iluzjonistą- rzekła, w przestrzeń, nawet nie starając się znaleźć przeciwnika, wciąż nie wiedząc co wydarzyło się z nim podczas rozchodzących się fali ognia- do iluzji, nawet tej magicznej potrzebne są światła i cienie. Ja już zadbałam o światła, lecz robiąc to odebrałam ci cienie- zakończywszy na tym przygotowała się do kolejnego ataku przeciwnika.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Obserwowanie tego spektaklu było... ciekawe, pokrzepiające i co najważniejsze była to swoistego rodzaju lekcja, na chwilę obecną była to swoista wymiana ciosów, co niezmiernie mnie cieszyło, bo nic tak nie cieszy jak przeciwnik który rzuca ci wyzwanie, który zmusza cię do myślenia  i stosowania niekonwencjonalnych metod walki, o ile oczywiście w przypadku magii można mówić o tym co jest konwencjonalne a co nie. Para wodna skutecznie przesłoniła mi pole widzenia, plusem było jednak to że nadal była to woda co prawda w innej formie ale jednak. Lewitując nad areną spodziewałem się swoistego ataku z zaskoczenia, jednak nic takiego nie nastąpiło. Zastanawiałem się jaki powinien być kolejny ruch, jako że znajdowałem się teraz nad areną miałem lepszą pozycję, co można było wykorzystać, to po pierwsze po drugie, okazało się że wymiana ciosów na poziomie ogień/ woda lekko mija się z celem chociaż, była pewna ewentualność która pozwalała na zniwelowanie żywiołu ognia, postanowiłem jednak zachować ją na później. Mimo wszystko cała sytuacja miała pewien plus, ogień i woda to nie za ciekawe połączenie które mogło osłabić mego przeciwnika na co też liczyłem, ja z kolei miałem problem z wypracowaniem kolejnego ataku, mimo iż pomysły i sugestie walczyły w mej głowie o dominację i supremację.

 

Mój przeciwnik pozbył się całej pary wodnej, co było dobrym posunięciem, gdyż w innym wypadku mógłbym ponownie zebrać całą wodę i użyć jej ponownie. Gdy mgła się rozwiała ponownie mym oczom ukazał się ogień, wszędzie i to dosłownie, pode mną obok mnie itp. było to o tyle ciekawe co też zaczynało być nużące, nie mniej jednak byłem zadowolony z obrotu sprawy, nie mniej jednak trzeba było zmienić pozycję, i to dość szybko co raczej mnie nie ucieszyło, otworzyłem portal i momentalnie wskoczyłem do niego lawirując przy tym między językami ognie które gdzie nie gdzie mnie liznęły, finalnie wskoczyłem portal i otworzyłem drugi pojawiając się dwieście metrów wyżej poza zasięgiem, płomieni. Obejrzałem oparzone miejsca, nie było źle ale dyskomfort pozostawał.. W ten, usłyszałem głos mego oponenta który oznajmił że "iluzja wymaga światła nawet ta magiczna", zaśmiałem się w duchu - iluzja to oszustwo najwyższego sortu, jeden z wielu sposobów na kształtowanie rzeczywistości. Czy rzeczywiste jest to co możesz dotknąć? sztuczka polega na tym by iluzja stała się otaczającym cię światem, a otaczający cię świat iluzją - wrzasnąłem tak by całość była dobrze słyszalna, w ten jeden z pomysłów wygrał walkę która toczyła się w mej głowie, niezwłocznie przystąpiłem do jego realizacji.

 

Korzystając z "energetycznych skrzydeł" zacząłem wznosić się coraz wyżej i wyżej, aż ponad poziom chmur... było zimno i mało tlenu ale od czego mamy magię? Po pierwsze taka pozycja była mi niezbędna, po drugie ukrywała mnie przed wzrokiem mego oponenta.

Z chmur zaczęły strzelać pioruny które raz za razem trafiały we mnie, ot taka metoda zbierania energii, jednocześnie część owej energii zacząłem kierować na arenę na której, zaczęły pojawiać się niewielkie kule światła, a było ich z kilkadziesiąt, chwile później zaabsorbowałem ostatnią dawkę energii, na chwilę obecną moje ciało nie mogło pozwolić sobie na więcej co nie zmieniało faktu że ilość owej energii była znacząca, niemal namacalna, niewielkie impulsy elektryczne raz po raz przeszywały me ciało nie czyniąc mi przy tym żadnej szkody - Będzie bum! - pomyślałem i zacząłem pikować w dół, z każdą chwilą szybciej i szybciej, gdy byłem mniej więcej dwadzieścia- trzydzieści metrów nad ziemią, przygotowane wcześniej kule światła, zaczęły po kolei uwalniać zgromadzoną w nich energię, skutkiem czego była seria kontrolowanych eksplozji, w między czasie rzuciłem zaklęcie ochronne co by nie rozpłaszczyć się na arenie bądź spalić w ogniu i wtedy... bum! nie bardzo wiedziałem w którą część areny trafiłem ale nie miało to większego znaczenia, skumulowana energia została uwolniona w jednej chwili, omiatając swym zasięgiem całą arenę, nie bardzo wiedziałem jakie były efekty, gdyż w powietrze wzbiły się tumany kurzu a  mimo zaklęcia ochronnego dzwoniło mi w uszach. Nie tracąc czasu użyłem resztki skumulowanej wcześniej energii by stworzyć kolejnego klona, nim kuż opadł otworzyłem portal i wskoczyłem do niego pozostawiając na arenie klona, wtedy zacząłem się zastanawiać czy nie powinienem użyć resztek energii w innym celu... nieee, tak było ciekawiej.

Edited by Alder

Share this post


Link to post
Share on other sites

To, co powiedział oponent nie wytrąciło klaczy z równowagi, a nawet sprawiło, że uśmiechnęła się pod nosem. Tylko, czy aby na pewno to była ona? To, co powiedziała przed chwilą miało być zagadką, pewnym naprowadzeniem przeciwnika na trop. Ale widać on nie przejął się tym za bardzo, gdyż wzbił się w powietrze, ukrywając się w chmurach. Gdy tylko straciła go z oczu Avaleme rozpłynęła się w powietrzu. A raczej nie Avaleme, tylko jej kopia, którą stworzyła na prędce, wykorzystując ogień i światło tak, by te przypominały kształtem jej ciało, i były do niej wystarczająco podobne, i dało się je pomylić z odległości z prawdziwym kucykiem. Sama zaś klacz, ponownie w formie ognia krążyła pomiędzy płomieniami, aby nie być widoczna, ani tak podatna na ataki.

 

Po tym, jak po jakimś czasie jej oponent przebywał poza polem jej widzenia klacz domyśliła się, że przygotowuję on jakiś potężny atak. Dlatego też, gdy rozległy się pierwsze wybuchy była przygotowana. Jej ciało było rozproszone dookoła areny, by przyjąć jak najmniej obrażeń. Dobrze, że to zrobiła, bo z tego powodu wybuchy nie zadały jej żadnych większych obrażeń. Avaleme nie była pewna, czy to już koniec ataku jej przeciwnika, ale on sam utwierdził ją w tym, że jeszcze nie skończył.

 

Nie udało jej się zorientować, co się stało, gdy fala energii przeszła przez arenę. Zgasiła ona ogień, który nie był ogniem z ciała klaczy, jednocześnie zmiatając go jeszcze bardziej pod ścianę. I wtedy zaczęło się dziać coś dziwnego, czego Avaleme się nie spodziewała. Przez ogień zaczęły przeskakiwać wiązki elektryczności. Dopieru po kilku momentach zorientowała się, że mężczyzna musiał użyć elektryczności, by podładować swoje moce. To było jej na kopyto, bo jedną z jej umiejętności było właśnie przewodzenie błyskawic. Inni madzy żywiołów, którzy specjalizowali się w pojedynczych żywiołów umieli czasem nawet sami stworzyć błyskawicę, jednak ona umiała je tylko przewodzić.

Avaleme nie umiała zbyt długo utrzymać w sobie elektryczności. Dlatego też, widząc przeciwnika, od razu uwolniła energię, aby zaatakować ze wszystkich stron. Jednak, gdy elektryczność tylko dotknęła mężczyzny klacz przekonała się, że to na co parzy to tylko klon jej przeciwnika. Rozejrzała się więc, nigdzie nie widząc jednak swego oponenta. Dlatego też podsyciła ogień, w którym się znajdowała, postanawiając nie ujawniać swego miejsca przybywania. Jednak użyła energii, która została jej, przez to, że nie wykorzystała jej za dużo na klona. Wpuściła ją w ziemię, aby ta naalektryzowała się. Nie było to jednak widoczne dla jej oponenta.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Tak, portale... bramy do innych światów, wymiarów, pozwalające postawić stopę tam gdzie nikt wcześniej jej nie postawił. Ustalające nową granicę, tam nic nie było oczywiste ani łatwe, ale możliwość zobaczenia tylu wspaniałych rzeczy była nieodpartą pokusą, to trzeba było zobaczyć by zrozumieć, acz nie zawsze. Nic jednak nie trwa wiecznie i nic nie jest też oczywiste.

 

Klon został zniszczony, dało się to wyczuć w końcu to ja go stworzyłem. Chcąc nie chcąc musiałem wrócić na arenę, a nie powiem, pozostanie w przestrzeni międzywymiarowej wydawało się dość ciekawą opcją ale to był pojedynek, trza walczyć bo tylko ci którzy walczą mają szansę wyryć swe imię w kamieniu historii. Otworzyłem portal i ponownie znalazłem się nad areną, nie zamierzałem rezygnować z przewagi jaką dawały mi skrzydła, mym oczom znowu ukazał się ogień, zaczynało to być nudne a nawet irytujące ale cóż... ku memu zdziwieniu nie dostrzegłem oponenta, ciekawe ale i na to znajdzie się sposób. Powoli zacząłem krążyć nad areną i to właśnie była myśl, czy ogień nie potrzebował przypadkiem tlenu by płonąć? co prawda, w grę wchodziła magia ale warto było zaryzykować tym bardziej że przynajmniej na razie nie zamierzałem, stawiać swej stopy na arenie, w końcu będąc w powietrzu miałem lepszą pozycję. Zacząłem coraz szybciej i szybciej krążyć nad areną, zaczeło to wytwarzać swoistego rodzaju prąd powietrzny, nawet próżnie, na poziomie areny zaczęło brakować tlenu a temperatura zaczęła powoli spadać, zabawa w strażaka zaczęła mnie męczyć, ale jak mus to mus, ogień potrzebuje tlenu a co gdy go zabraknie?   

Share this post


Link to post
Share on other sites

   Avaleme obserwowała poczynania mężczyzny za spokojem. Na tym poziomie walki jego ciosy teoretycznie mogłyby zadać jej jakiś ciosy, jednak była prawie pewna, że to się nie stanie. Wszakże nie rozgryzł układu jej działań, i ona nie zamierzała mu go zdradzać. On zaś podążał ślepo za jej każdym krokiem, jakby dokładnie wiedział, co ma zrobić by przegrać.

 

  Klacz sekundy po tym, jak jej oponent zaczął wysysać powietrze zrozumiałą jego tok myślenia. Ponownie próbował ugasić jej ogień, lecz tym razem poddał się własnemu toku myślenia. Gromadząc wokół siebie dużej ilości powietrza (wykonując coś w rodzaju tornada) umożliwił jej szybki atak z zaskoczenia.

 

Gdy na arenie zaczęło już brakować tlenu Avaleme, wciąż w postaci ognia, przeniosła się na jego ostatnie resztki, i podążając tunelem powietrznym, który stworzył jej oponent wspięła się  aż na jego wysokość. Następnie wmieszała się w tornado, które stworzył wokoło siebie jej oponent. W ten sposób otoczył go mocny, niezwykle silnie zasilany ogień, którego klacz nie miała zamiaru pozwolić zgasić. Sama jednak, zostawiając resztę płomieni w wirze powietrznym zmieniła swą postać, zostając magiem powietrza. Następnie uniosła się nad jej przeciwnika, i stworzyła tunel powietrzny. Nie zabierał on tlenu od ognia, tylko pozbawiał on go jej przeciwnika. Po chwili w miejscu głowy przeciwnika była już tylko próżnia. Wtedy Avaleme zgasiłą płomienie poprzez wyssanie tlenu. Teraz jej przeciwnik, którego uwage wcześniej miał właśnie odwrócić ogień był w próżni. Klacz odczekała 3 sekundy i wystrzeliła strumień powietrza w dół, mając nadzieje, że jej przeciwnik popchnięty tą energią spadnie na arene, aktywując płapkę, którą zostawiłą w ziemi. Nie zapomniała też oczywiście o próżni, którą stworzył wcześniej mężczyzna na arenie. 

 

  Wszystkie jej akcje trwały razem nie całą minutę, nie dając prawie jej przeciwnikowi czasu do namysłu.

Share this post


Link to post
Share on other sites

GONG!

 

To by było na tyle, jeśli idzie o właściwy pojedynek. Teraz czas na wyłonienie tego, lub tej, tego silniejszego ogniwa, które zobaczymy w rundzie drugiej!

 

A zatem, droga publiczności - kto popisał się większą mocą magiczną? Kto, Waszym zdaniem, zasłużył sobie na awans? Czekamy na Wasze głosy oraz komentarze!

Share this post


Link to post
Share on other sites

Bardzo ciekawy, wyrównany pojedynek. To właśnie była walka, zasługująca na dysputy między komentatorami - bo stwierdzenie, który z magów był lepszy, jest na pierwszy rzut oka niemożliwe. Avaleme i Alder pokazali tutaj bardzo wyrównany poziom, choć pod koniec było widać, że Avaleme powoli kładła kopytko na sytuacji - ale jak w tym pojedynku zobaczyłem, sytuacja mogła się ponownie zmienić.

Ja głosuję na Avaleme. Alderze, nie spodobało mi się, że pisałeś częściowo z pominięciem czwartej ściany, jakby niektóre porcje informacji były bezpośrednio dla informacji czytelnika. Wiem, że chciałeś upewnić się, że każdy dobrze zrozumie twój post - jednak, jak dla mnie, mogłeś to zrobić inaczej. Mój głos oddaję na Avaleme, bo jej warsztat pisarski bardziej mi się spodobał - choć oboje pisaliście i tworzyliście czary na równym poziomie.

EDIT

Lel. Wychodzi, że jestem sam w swojej opinii. Może ktoś się wypowiedzieć?

Edited by Ohmowe Ciastko

Share this post


Link to post
Share on other sites

Nadeszła pora na poznanie zwycięzcy pojedynku. Gotowi?

 

Avaleme - 3

Alder - 4

 

A zatem, za sprawą jednego głosu przewagi, zwycięża i do rundy drugiej przechodzi...

 

Alder

 

Gratulujemy awansu! Liczymy na jeszcze więcej mocy w następnym pojedynku!

Share this post


Link to post
Share on other sites
Guest
This topic is now closed to further replies.
Sign in to follow this  

×
×
  • Create New...