Jump to content

Strona Główna  |  Ogłoszenia  |  Lista Fanfików  |  Fanpage  |  Feedback

Recommended Posts

Nigdy nie przypuszczałem, że przyjdzie mi stąpać po arenie odkrytej… W ten sposób.

 

Pozwólcie, że co nieco objaśnię. Kiedy słyszy się o wykopaliskach, pierwszym co nasuwa się na myśl, przynajmniej mnie, są skamieliny, pojedyncze kości, pozostałości po dawnych cywilizacjach, ruiny. No i przede wszystkim – mnóstwo kopania, odkrywania, sprawdzania. Spodziewałem się, że ekipa archeologów i badaczy wróci z niczym, albo z kilkoma kamyczkami. Nigdy by mi do głowy nie przyszło, że odkryją pogrzebaną wiele wieków temu arenę. Co więcej, stało się to z czystego przypadku. Ot, jeden z badaczy udał się do rzeki, z zamiarem pozyskania wody. Według jego wersji, „coś” go tknęło i tego dnia, zamiast po prostu napełnić manierki, gapił się w dno, aż dostrzegł rączkę od jakiejś starej, kamiennej płyty.

 

Tunel okazał się łączyć rzekę z podziemnym potokiem, wpadającym do jaskini. Ona z kolei, kończyła się wyjściem na ukrytą dolinę, okrytą od góry gęstymi pnączami, co czyniło ją niewidoczną. Jak się okazało, znana i zaznaczona na mapach od wielu lat przepaść, to było drugie „wejście” do tego miejsca. Bezdenna otchłań jednak posiadała swój koniec.

 

Sama arena została w całości zbudowana z kości jakichś nieznanych nauce zwierząt, gliny, kamieni, była również na wpół pożarta przez naturę. Zdaje się, że ktokolwiek ją wzniósł, starał się stworzyć bryłę przestrzenną, pięciokątną. W trakcie badania areny, odnaleziono sporych rozmiarów płaskorzeźbę, zdobiącą centrum areny. Wyglądała jak jakaś spirala, gdzieniegdzie przeplatana elipsami. Odkryto również znicze, które oświetlały to miejsce.

 

Jak nietrudno się domyślić, nie minęło wiele czasu, zanim dopuszczono prehistoryczną arenę do użytku, zaś z podziemnego spływu uczyniono atrakcję turystyczną. Zbudowana tama umożliwiła dalszy bieg rzeki, jak również sam spływ. Prace renowacyjne i garść specjalnych zaklęć wzmocniły arenę, toteż pojedynek na pewno nie spowoduje większych zniszczeń. Akurat mamy przerwę w wycieczkach, toteż nikt nie będzie w Wam przeszkadzać. Publiczność będzie oglądać pojedynek zza magicznych bramek czasoprzestrzennych, wychodzących na arenę.

 

 

armor_of_shadow_by_zedrin-d5suxyy.png

 

 

Drodzy Państwo, czas na kolejne starcie! A kogo w nim zobaczymy? Zegarmistrza i Adviliona! Zapowiada się naprawdę porywające starcie!

 

Który z nich przejdzie dalej? Kto wryje się w Waszą pamięć głębiej? Już czas!

 

Niech rozpocznie się pojedynek!

Edited by Hoffman

Share this post


Link to post
Share on other sites

Miał trochę czasu, aby się chociaż w pewnym stopniu otrzepać po poprzednich pojedynkach. Ot, przejrzenie kieszeni i zmiana ubrań.  Brązowa, skórzana kurtka i niebieskie dżinsy. Nic jakiegoś szczególnego, a już na pewno u maga, który doszedł do ćwierćfinału turnieju magicznego. Ale to umiejętności świadczyły o tym, kto przedostanie się do kolejnych rund, a w ostateczności - kto wygra.

Właśnie... Miał teraz znowu walczyć przeciwko Zegarmistrzowi. Raz przegrał, lecz był pewien, że to tylko ze swojej winy. Niepotrzebna agresja, strach czy ograniczenia. Tych przeszkód się wyzbył i teraz mógł stanąć przeciwko swojemu oponentowi godnie i zapewnić mu ciekawe starcie.

Rozejrzał się po arenie... Kości. Stare i wysuszone, ale pewnie posiadające w sobie jeszcze trochę życia. Zdecydowanie warte sprawdzenia i opcjonalnego wykorzystania w starciu. Odrobinę martwił go fakt braku dostępu do światła, doskonałego źródła energii i możliwego wsparcia. miał cienie i ciemność, ale one bywały zdradliwe i nie wahające się zdradzić w dobrym dla nich momencie. Ale co zaszkodzi spróbować?

Wziął odrobinę cienia na dłoń i delikatnie go obracając formował z niego dość łatwy do rozpoznania kształt. Czarne opierzenie, czarne oczy i czarny dziób. Średnich rozmiarów inteligentny ptak. Ujmując to krótko i zwięźle - kruk. Krótki test i zarazem pokaz umiejętności. Oraz być może kolejny towarzysz, tej opcji wykluczyć się nie dało, a i przyjemnie jest się poruszać w większej kampanii.

Pozwolił ptaszysku przysiąść na ramieniu, nie przeszkadzało mu ono. Wprawdzie nie reprezentowało absolutnie żadnej wartości bojowej, ale to nic nie szkodziło, przecież i tak nie miał zamiaru wykorzystywać przewagi bycia pierwszym na arenie, zresztą i tak był przed czasem. Zmienił wartości i teraz zdecydowanie bardziej interesowały go sztuczki przeciwnika, niż samo zwycięstwo, chociaż poczucie wygrania w "rewanżu" też byłoby miłe, nawet bardzo. Ale póki co, wolał poczekać na oponenta, powoli spacerując po arenie. Nie ma przecież co się spieszyć czy stresować...

Share this post


Link to post
Share on other sites

Ostatnia walka zastała Zegarmistrza lekko zdołowanego. Nie tylko nie mógł w niej rozwinąć przysłowiowych skrzydeł, to jeszcze napawała go lękiem i delikatną depresją. Z niekrytą ulgą przywitał gong oznajmiający koniec pojedynku, bowiem wytyczał on też moment opuszczenia tego okropnego miejsca.
Żeby uspokoić lekko nadwyrężone lęki, wybrał się do swojej ulubionej biblioteki by pogrążyć się w księgach, tych magicznych i tych troszkę mniej. Kończył właśnie czytać pewien komiks gdy wpadł mu do głowy z lekka szalony pomysł. Szybko udał się do miejsca, gdzie uczestnikom turnieju udzielano wszelakich informacji. Dowiedział się tam nie tylko kiedy będzie jego następna walka, ale też kto będzie jego oponentem. Kiedy usłyszał imię zawodnika z którym przyjdzie mu się zmierzyć, uśmiechnął się.
- Ciekawe ile się nauczyłeś, młody magu - ta walka miała znamiona ciekawej już od początku. Przeciwnik który widział jego siłę, który mógł odczuć na własnej skórze co potrafił, stawał na przeciw niemu raz jeszcze. Czy nie był to rodzaj przeznaczenia?
Poprosił jeszcze o kilka dodatkowych informacji po czym udał się w miejsce, które było jego celem od początku wędrówki - Magicznej Kuźni.
Organizatorzy bowiem oferowali uczestnikom, za drobną opłatą, dostęp do Kuźni Stwórców, miejsca w którym opracowywane i wytwarzane były wszelakie magiczne artefakty potrzebne nie tylko walczącym, ale też każdego, kto skłonny był za nie zapłacić.
Kiedy tylko znalazł się we wnętrzu tego wspaniałego miejsca, od razu rozpoczął wykuwanie przedmiotów, które miały go wzmocnić w następnej walce.

 

***

 

Define your meaning of war

To me it's what i do when i’m bored

I feel the heat comin' off of the blacktop

And it makes me want it more.

 

Kiedy dotarł do niego list z zaproszeniem, przeczytał go trzy razy. A ilekroć kończył czytanie, nie wierzył coraz bardziej w to co czytał. W takim przypadku pozostało mu tylko przekonać się na własne oczy, czy zawartość wezwania odpowiadała rzeczywistości.
Wpierw udał się do Sali Bram, gdzie tak jak on, zebrało się wielu uczestników turnieju. Widział jak mijali go obojętnie, zajęci sobą, szykując się na walkę. On sam poczekał aż jeden z magów go zawoła, wskazując odpowiednią bramę na jego arenę.
A kiedy tak się stało, Zegarmistrz bez chwili wahania przeskoczył przez portal.
Na arenie było spokojnie, nie wyczuwał żadnych silnych zaklęć, co znaczyło że jego przeciwnik jeszcze nie zaczął. Miło, wszak w ten sposób mogli się pozdrowić nim rozpoczną aktualny pojedynek.
- Witaj ponownie młody magu. Miło mi widzieć, że dałeś radę swoim przeciwnikom by teraz stanąć na przeciw mnie. Z chęcią obejrzę czego się nauczyłeś, kto wie, może dorzucę do tej wiedzy coś jeszcze?
Nie musiał czekać na odpowiedź, wszak jeszcze pamiętał ich ostatnią walkę. Tak wspaniale upijającą, niczym słodkie wino w ciepłe popołudnie. Można by nawet sądzić, że sam Zegarmistrz szukał właśnie kogoś takiego. kogoś, kto dostarczy mu rozrywki, kto urozmaici jego mijającą powoli wieczność. A tym kimś właśnie miał być Advilion.
Już z szacunku do oponenta sam rozproszył iluzję kryjącą jego ciało. Na arenę wszedł ubrany w długie spodnie w odcieniach zieleni, koszulę bez rękawów w takim samym kolorze, dodać do tego wojskowe trepy i można by pomyśleć, że miast areny, przyszedł odwiedzić poligon. Proteza nogi wykonana ze stali i chromu, podłączona w kolanie teraz lśniła, bowiem rezygnując z iluzji, wolał dobrze się prezentować, więc na polerowaniu spędził trochę czasu. Brak lewego ramienia, które utracił w walce ze Spromultisem, zastąpionego protezą, wykonaną z metalu który miał wzmacniać przechodzącą przezeń magię. Do tego kilka kamieni, mniej lub bardziej ochronnych, coby nagle w pojedynku się nie rozpadła, wbitych w jej strukturę. Ponad to dość spora ilość blizn, tych starych i kilku nowych - choćby od oparzeń które to podarował mu sam Advilion.
Podsumowując, Zegarmistrz stał przed przeciwnikiem w pełni gotowy, zarówno fizycznie jak i magicznie. I tak też postanowił rozpocząć walkę.
- Fierro! - Pstryknął palcami i z powietrza, w kierunku przeciwnika, wystrzeliło kilka szybkich pocisków wykonanych z Mermalitu, metalu znanego z dość mocnej rozciągliwości.

Edited by Zegarmistrz

Share this post


Link to post
Share on other sites

Radował go widok przeciwnika bez żadnych iluzji czy innych sztuczek. Nie lubił ich, magia nie miała służyć podstępowi i oszustwu, jej rolą było zaparcie dechu w piersiach i wywołanie zachwytu. Cóż, w metalowych pociskach nie widział jednak źródła żadnego z tych uczuć. Gdzie poezja, gdzie majestat? Chociaż nie można było odmówić temu zaklęciu zdolności do zadawania ran, a one były czymś, czego lepiej unikać. Albo się jakimś sposobem pozbyć, lub też może... skomponować w nowy utwór?

 

Pieśń metalu... Krótkie, ostre i piskliwe dźwięki układające się w coraz bardziej skomplikowaną całość, przypominającą normalne melodie... Tak słyszał to Advilion, dla większości to pewnie było tylko zatrzymanie w powietrzu pocisków i zmniejszenie ich wymiarów, tworząc struny cienkie niczym nici.

 

- Fractum - rzekł, a melodia urwała się niczym pęknięta struna, one same zaś niczym węże podpełzły do Zegarmistrza, owijając się wokół niego powoli, tworząc ledwo widoczne, cienkie więzy, przy tym jednak wytrzymałe i jakby... inteligentne. Pozbawione kontroli swojego animatora wciąż wpijały się w jego oponenta, wydając z siebie ciche syki. Zdecydowanie bliżej im było już do oślizgłych gadów niż kawałków stali bez krzty duszy.

 

Lubił obdarzać istoty martwe własną wolą. Szanował moc natury, wiedział, że nigdy by jej nie dorównał, ale kilku sztuczek się od tej dobrej przyjaciółki dowiedział. I nie miał zamiaru nie wykorzystać tej wiedzy. I wszechobecnej na tej arenie energii.

 

Chciał zrobić to, co nasunęło mu się na myśl od razu po wejściu na pole starcia. Potrzebował czasu, lecz na całe szczęście wężowe struny powinny zapewnić mu go dość.

 

Schylił się i przeciągnął dłonią po podłożu. Zafascynowany historią pod swoimi palcami nie zwracał już uwagi na to, co metalowe węże czyniły z Zegarmistrzem. Każdym dotknięciem zostawiał na nim smugę, niemal identyczną do tej ze starcia z Alberichem, potężniejszą jednak i bardziej ukierunkowaną na uczynienie specyficznego stworzenia.

 

Gdy doszedł z powrotem do początku kręgu. klasnął, a spomiędzy skał zaczęły wypełzać kości. Dosłownie, powodowane jedynie magią ruszały się same, zbliżając się do siebie i zacieśniając ze sobą miejsca niegdysiejszych stawów, teraz zastąpionych czystą energią. Nie dbały one o swoje położenie, wystarczyło im dowolne łączenie pomiędzy innymi częściami szkieletu.

 

Stworzyły coś na kształt... Nie, tego nie można było nazwać niczym konkretnym. Dziesiątki łap, kilka łbów i ogonów. Nie można w tym czymś było zdefiniować także tułowia, tak chaotycznie było ułożone. W każdym razie, jednego stworowi nie można było odmówić - był wielki, z łatwością przerastał Adviliona i sięgał do sklepienia kilkoma kończynami. Wydawałoby się, że takie coś nie ma prawa istnieć, magiczne spoiwa były jednak skuteczne, żaden ruch nie powodował przerwania więzi pomiędzy nimi.

 

Powoli, choć wciąż dość szybko jak na monstrualną kupę kości, stworzenie ruszyło na Zegarmistrza. Nie posiadało żadnego zmysłu, choć wpatrywało się pustymi oczodołami na swój cel. magiczne sztuczki bywały przydatne także i w takich przypadkach.

 

Advilion zaś... po prostu patrzył. Mimo całej swej chaotyczności, stwór przez niego stworzony miał swój urok. Poza tym, nie ma to jak popatrzeć na efekty swojej pracy oraz nauki. Tak... Stworzenie czegoś takiego nie należało do zadań łatwych, pojawiło się na nim nawet kilka kropel potu. Przysiadł więc, nie spuszczając oka ze swojego dzieła. Przyzwał do ręki butelkę wody i napił się z niej trochę.  Miał w końcu chwilkę, zanim Zegarmistrz upora się z zaklętymi kreaturami, nic nie przeszkadzało w wykorzystaniu jej.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Wspaniałe.

Jego przeciwnik znowu zdołał go zaskoczyć, sam zaś nauczył się tego i owego. Transmutacja, ożywianie, kontrola - wszystkie te aspekty były dopracowane, zapięte w swych właściwych kursach. Można by pomyśleć że jego oponent specjalnie czekał właśnie na niego. Nie mógł go chyba zawieść tak?

Pozwolił by węże go oplotły. Ich ścisk nie był na tyle silny by robić mu krzywdę, ale mimo to wystarczająco mocny, by go unieruchomić. Do tego ta bestia. Tak wspaniale karykaturalna. To dobry początek. Wspaniały wręcz.

- W najciemniejszy dzień, w najjaśniejszą noc!

Jego ciało wyrwało puls który jakby spowolnił wszystko wokół niego. Dla ludzi z zewnątrz czas płynął normalnie, dla niego płynął wystarczająco, by mógł się przygotować.

- Astran.

Proste zaklęcie teleportacji przeniosło go i przypisane jemu przedmioty w odległy kawałek areny. W poprzednim miejscu została po nim kupka popiołu i metalowe węże, które teraz stratował magiczny chowaniec. Trza było mu przyznać, był wielki a mimo to szybki. Dość szybki by w kilku skokach znaleźć się naprzeciw Zegarmistrza. Nie dość szybki, by go powstrzymać.

Zegarmistrz poczekał aż największa szczęka spróbuje go chwycić, a kiedy tak się stało, zatrzymał ją kładąc obie dłonie na na czaszce go atakującej. Jedną łapiąc za nozdrza, drugą za brodę. Jego stopy zaczęły ryć bruzdy gdy stwór swoją masą przesuwał ich obu. Lecz dzięki zaklęciu wzmocnienia z kryształu w ramieniu, pęd potwora stopniowo malał aż w końcu ten się zatrzymał. Na szczęście, mimo wielu głów i licznych kończyn, nie był w stanie go skutecznie sięgnąć, bowiem żadne z tych zabójczych rzeczy nie była aż tak długa jak szyja największej szczęki.

- Anticmagia!

Z przestrzeni, tak jak uprzednio, wystrzelił metal. Tym razem jednak przypominał łańcuchy i był całkiem czarny. Kiedy trafił w podłoże u stóp Zegara, stały się dwie rzeczy. Pierwszą była sporej wielkości eksplozja ziemi i kurzu zasłaniająca walczących. Drugą był dźwięk łamanych kości i jazgot uwalnianego zaklęcia.

A kiedy dym opadł widowni ukazał się Zegarmistrz, obok którego stał najprawdziwszy T-Rex. Od jego prehistorycznych braci odróżniał go czarny, gdzieniegdzie przebijający ciało łańcuch i wielkość, bowiem ten okaz był o wiele masywniejszy aniżeli jakikolwiek z tej rodziny. Prawie 9 ton wagi posiłkowanej potworem uzbrojonym w wielką szczękę, grube łuski i nie mniej twarde kości. W ten sposób chciał pokazać iż jego magia też potrafi tworzyć, nie tylko niszczyć.

- Na niego!

Z ogłuszającymi tąpnięciami od których na arenie sypał się kurz ze stropów, monstrum rozpoczęło szarżę na Adviliona. Sam zaś Zegarmistrz postanowił w tym czasie przygotować kolejne zaklęcie.

- Strzeż się swych strachów ujawnionych. Niech wszyscy ci, co chcą powstrzymać konieczność płoną niczym moja potęga!

Wokół jego ciała pojawiły się liczne złotawe płomyki, unosząc się niczym świetliki. Tak przygotowany czekał na ruch przeciwnika.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Cóż... Nie pozostaje mi nic innego jak zakończyć pojedynek. Powołam się na pewien kluczowy punkt w nowym regulaminie:

 

 

Minimalna liczba postów na uczestnika w danym pojedynku wynosi trzy posty. Jeżeli nie zostanie ona osiągnięta, wówczas zwycięzcą jest ten, kto odpisał jako ostatni.

 

Ponieważ minimalna ilość postów nie została osiągnięta, zaś swe ostatnie słowo miał w tym pojedynku Zegarmistrz, to właśnie on zostaje zwycięzcą pojedynku! Jak ma to miejsce zazwyczaj, gratulujemy zwycięstwa, nieustępliwości i liczymy na więcej, przy okazji kolejnej rundy!

Share this post


Link to post
Share on other sites
Guest
This topic is now closed to further replies.

×
×
  • Create New...