Jump to content

Strona Główna  |  Ogłoszenia  |  Lista Fanfików  |  Fanpage  |  Feedback

Recommended Posts

Najwyższy czas na nowy magiczny pojedynek.

 

Ta arena różniła się od innych tym, że usiłowała pogodzić magię z alchemią, technikę z naturą. Wydrążona w skale, zachowywała kształt zadany przez architektów, lecz nie przeszkadzała porostom i kryształom porastać swych ścian. Nie wadziła również podziemnemu potokowi. Magia zabezpieczała strop i utrzymywała cały obiekt w należytym stanie, zaś tradycyjna alchemia naginała nieco przepływające tu i ówdzie strumienie energii, by nie zakłócić inkantacji uczestników.

 

Dzięki wspomnianym strumieniom, jarzącym się w różnorakich barwach, jest tutaj całkiem jasno. Kolory przechodzą całkiem płynnie, toteż na pewno nie będzie Was to kłuć w oczy. Warto dodać, że poszczególne barwy bardzo ładnie odbijają się w wodzie, nadając arenie nutki tajemniczości, połączoną z delikatnym mrokiem. Mamy nadzieję, że zadziała to na Was inspirująco.

 

 

generic_pony_duel_by_nuclearsuplexattack

 

 

Ten pojedynek będzie ograniczony tylko i wyłącznie wolą uczestników! Zakończy się dopiero w wtedy, kiedy ustalą, że ma się zakończyć. Tak więc, w trakcie niniejszego starcia, może się zdarzyć absolutnie wszystko. Jesteście gotowi?

 

Niech rozpocznie się pojedynek!

Edited by Hoffman
  • Upvote 1

Share this post


Link to post
Share on other sites

Wiele można było się spodziewać po przeciwnikach, w każdym pojedynku magicznym... Każdy czarodziej, czarownik, czy ogólniej mówiąc osoba posługująca się siłami naginającymi świat dookoła siebie, była wyjątkowa pod tym względem i na swój własny sposób, jako że każda robiła to na inny przepis, charakterystyczny tylko dla siebie. Wielu już widziano na nieskończonej ilości aren i niewiele już mogło zaskoczyć tych, którzy obserwowali uważnie każde starcie doszukując się powiewu świeżości, dlatego i to nie powinno być żadnym wyjątkiem od reguły... A może ktoś jednak jeszcze zdoła ich zaskoczyć, czymkolwiek?

 

Zza zakrętu, z tunelu prowadzącego na arenę ,słychać było ledwo słyszalne stąpanie, które nie mogło należeć do ciężkiego człowieka... To mogła być pierwsza wskazówka, kto dokładnie tam idzie. Wsłuchując się odrobinie lepiej, dźwięk stamtąd pochodzący nie był typowym dla dwunoga z powodu częstotliwości wykonywanych kroków, tylko raczej dla większej ilości nóg, na przykład czterech... Postać ta też nie mogła mieć popularnych na tym forum kopyt, tylko raczej miękkie poduszki, przyklejające się do skały. Stąd właśnie pochodził charakterystyczny mlaskający krok. Znawcy tego gatunku o którym mowa już bez problemu powinni wiedzieć kto dokładnie tak chodzi. Cicho, wiecznie niespodziewanie i przekradając się nie zawsze tam gdzie wolno. Czasami nawet po ścianach i tam gdzie się by go nie spodziewano zobaczyć.

 

Na podłodze pojawił się niewielki cień, a zaraz potem z półmroku na arenę wyszedł kot o srebrnym cętkowanym futrze, bielejącym w stronę brzucha... Z początku wystawił tylko głowę, uważnie nasłuchując otoczenia swoimi naturalnymi, niezależnymi kierunkowymi radarami. Jego ogon ruszał się nerwowo na boki idealnie obrazując jego stan emocjonalny. Że nerwowo szykuje się do walki, tylko czy taki osobnik naprawdę mógł znać się na magii i coś pokazać oprócz mruczenia i swej naturalnej słodkości?

 

Zwierciadłem duszy podobno od zawsze były oczy, a te u tego kociaka były równie zwyczajne co u jego pobratymców w barwie żywego agrestu, jednak przyglądając się im uważniej, najlepiej mówiąc jednocześnie do niego, można było odnieść wrażenie że ukrywa coś pod swoją niewinną naturą. Że rozumie i myśli więcej niż przepisy przewidują...

 

Na jego szyi widać było wykonaną z wybielonej skóry obróżkę i na niej okrągły medalik zrobiony z srebrzystego medalu z czerwoną cienką obwódką i schematyczną, pofalowaną ścieżką zbiegającą się ku górze w tym samym kolorze. Oprócz tego na nim znajdowało się 6 pomniejszych gwiazd na planie 6 kąta foremnego położonego na jednym z boków. Największa, siódma znajdowała się u szczytu tejże ścieżki. Taki właśnie talizman nosił na piersi. Co symbolizował? Mógł to wiedzieć właściciel lub też on...

 

Usiadł na środku areny, czekając na tego kto ma się zjawić i stawić mu czoła... Jego uszy były w ciągłym ruchu wyłapując relaksujący szum płynącej rzeki... Oczy miał zamknięte, podczas swojego oczekiwania, próbując usłyszeć czyjeś kroki...

  • Upvote 1

Share this post


Link to post
Share on other sites

Pojedynek jak pojedynek, pomyślałam. Tyle, że to był magiczny pojedynek. Pierwszy w całym moim życiu. Nie wiedziałam co o tym sądzić. Nie wiedziałam nawet co zmusiło mnie do zapisu.

Postanowiłam wejść na arenę. Jeszcze raz sprawdziłam czy w mojej torbie jest wszystko co mogło się przydać. Szkiełka, magiczna księga, kamyki, widelce, noże czyli same nie potrzebne rzeczy. Wszystko było na miejscu.

Szłam przez wąski korytarz prowadzący do wejścia na arenę. Moje kopytka coraz głośniej stukały po siwo-czarnym bruku. Powietrze tam było zatęchłe musiałam jak najszybciej z tond wyjść. Poczęłam biec. Aż wreszcie znalazłam się u wejścia.

Na początku widać było tylko mój cień lecz po chwili wszyscy mogli mnie już zobaczyć. Promyki słońca poczęły padać na moją białą jak śnieg sierść. Ma krótka żółta grzywa zdawała się być jedwabiem. Spojrzałam na swojego przeciwnika. Był on kotem? Powinnam sobie z nim poradzić, pomyślałam. Jednak przeciwnika nie można było lekceważyć. W końcu kto wie co może potrafić to zwierzę.

Wzięłam głęboki oddech. Byłam gotowa do walki. Stanęłam na przeciwko zwierza wpatrując się w niego.

Postanowiłam poczekać na jego ruch. W końcu czemu to ja mam rozpoczynać.

//Hoffner tylko jak coś jutro nie będę mogła odpisać. Bo mam wycieczkę z noclegiem.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Anastazja, bo tak miała na imię kotka, nasłuchująca tego co działo się na arenie, otworzyła swoje oczy na odgłos kopyt roznoszących się echem po jaskini. Momentalnie jej źrenice dostosowały się do światła otoczenia, wyostrzając się z dziwnym błyskiem... Niewiele można było wyczytać z jej samego pyszczka. Pokazał się na nim tylko coś co można było nazwać złośliwym uśmiechem. Jej dwa, białe kiełki błysnęły, gdy ziewnęła, oblizując się zaraz po tym. Może tak miała w zwyczaju, a może to na widok kucyka, co sam ziewał, a ziewanie jak wiadomo było od zawsze mocno zakaźne? Nie wiadomo do końca dlaczego. Może miała ochotę go skonsumować wyobrażając go sobie w wielkiej misce, albo na stole? Po kotach można się było dosłownie wszystkiego spodziewać, chociaż sama, by tak wielkiego kawałka mięsa na raz by nie skonsumowała... Może.

 

- Co ja sobie widzę?

Mam nadzieję że się nie zanudzę. // machnęła lekceważąco łapą

Magiczny, equestriańki jednorożec?

Nic nie stwierdzę, by się przypadkiem nie zażec.

Nie pomylić się w jej ocenie.

Co może mi zagrać na scenie...

 

Me imię to Anastazja...

To ciało, to żadna iluzja... // pokręciła głową przecząco

Powie mi: Jak się nazywa?

Co się pierwsza wchodząc nie odzywa?

Nie wierzy że kot może gadać...

Tak, więc... pozwól się tak powitać! // ukłoniła się dworsko, wstając z miejsca.

 

Jej ton był miły dla ucha... Może dość złośliwy sam w sobie i pełen sprzeczności, ale to raczej była tylko zduszona, zaczepna nuta, najpewniej wynikająca z jej samego, nieodłącznego charakteru, który nawiasem mówiąc podlegał w tamtym momencie mocnym korektą po przez samo kontrolę.

- Prawda? - zapytała na koniec, przekręcając swój łepek pytająco, spoglądając na nią z od łba. Wyglądała dość słodko i uspokajająco, jak tak patrzyła przenikliwie na swoją przeciwniczkę chcąc wyrwać z jej duszy wszelkie sekrety w jakimś rodzaju prośby wypływającej z jej spojrzenia. Jej ogon zmieniał kierunek w równych odstępach czasu wybijając rytm. Widać było po niej że jest gotowa odskoczyć w każdej możliwej chwili. Że nie do końca wie co teraz miałaby zrobić.

 

- Powie, kiwnie jak będzie gotowa...

Chyba że chce być anonimowa...

- rzuciła jeszcze.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Jeszcze raz spojrzałam na kotkę, tym razem z wyższością. Co takiego mógł zrobić mi ten kociak? Podrapać mnie? Rozejrzałam się do o koła. Arena została stabilnie zbudowana by nic ani nikt jej nie zniszczył.

Wtedy kotka zaczęła coś mamrotać. Nie byłam zbytnio zdziwiona tym, że kot gadał. Z jej bełkotu udało mi się usłyszeć to, że chciałaby poznać me imię i, że nazywa się Anastazja.

-Eqestriański, nie Eqestriański. Jednorożec to jednorożec. Co za różnica? Chę?-Prychnęłam swym niezwykle melodyjnym głosem. Tak, wszyscy uważali, że jest on melodyjny, łącznie ze mną.

-Me miano to Kagamine Rin. Jest ono jedną wielką grą słów.-Uśmiechnęłam się przenikliwie. Miano, jak ja długo nie słyszałam tego słowa. Mało kiedy ktoś go teraz używał.

Kotka zapewne myślała, że powiem jej gdy będę gotowa. W tym się akurat myliła. I to mocno.

Wyjęłam z torby płaszcz maskujący, po czym szybko go założyłam. Umknęłam w cień. Przez lata uczyłam się sztuki kamuflażu, aż opanowałam go do perfekcji. Dosłownie nie było mnie widać. Nikt nie mógł mnie dojrzeć. Skryta w cieniu postanowiłam zacząć walczyć.

Wyjęłam z torby kilkanaście szkiełek po czym ułorzyłam z nich krąg w okół siebie. Poczęłam wypowiadać w myślach zaklęcie. A gdy skończyłam szkło uniosło się do góry i przemieniło się w ostre jak brzytwa szklane sztylety. Jednym ruchem kopyta skierowałam je w stronę kotki.

Tak bardzo chciałam zobaczyć jej minę gdy zorientuje się, że w jej stronę leci 14 sztyletów. Już ją sobie wyobrażałam.

Edited by Vinylplaygames

Share this post


Link to post
Share on other sites

- Ładnie pachniesz... - rzuciła od tak niepotrzebny komplement, zamykając swe oczęta, wczuwając się w otoczenie. Potrzebowała tylko parę sekund spokoju, by skupić dość energii ze splotu do własnego występu... Oczy mogła jej zwodzić do woli z pomocą tej sztuczki. Zapomniała o znakomitym kocim węchu... Wąsach wyczuwających najdrobniejsze drgania powietrza z daleka, pomagających wyczuć ofiarę w kompletnej ciemności... Jej stąpanie po jaskini odbijało się w nieskończoność, grając w jej w uszach aż w końcu ucichło. Znaczyło to tylko dla niej że jej przeciwniczka się zatrzymała... Dalszych wniosków nie musiała wyciągać że coś szykowała. Nie zastanawiała się nawet co... Uciekła przecież jak tchórz w dodatku nieskutecznie...

 

Nadal czekała w miejscu, gdy jej ogon się zatrzymał nerwowo, niemal ostrzegawczo. Świst powietrza, a na jej pyszczku pojawił się tylko głupi wyraz. Uwolniła swą magię z oślepiającym błyskiem, kierując ją w podłoże, przybierające natychmiast pod jej łapami czystą srebrzystą barwę, która jak morze rtęci zaczęło rozpływać się po wszystkich naturalnych płaszczyznach jaskini przykrywając je z ogromną szybkością. Skoczyła do tyłu na grzbiet, wykonując salto podczas trwanie jej zaklęcia, co było nazywane gabinetem luster.

 

Jej ciało skąpało się w tym płynie, na jej rozkaz przechodząc do innej równoległej sfery będącej powiązane dokładnie z tą lokacją. Tylko ona miała do niej dostęp. Tym sposobem chciała utrzeć jej nosa że ataki frontalne są tak oklepane że aż przewidywalne i łatwe do uniknięcia po przez prostą kontrolę otocznia, będącą czystą podstawą w drodze do jej zwycięstwa...

 

Stąpała zataczając kręgi po tej samej jaskini, a jej ruch ograniczało tylko rozstawione ogromne, krzywe lustro. Musiała tylko poczekać i później wyskoczyć w odpowiednim momencie i miejscu... Z tej miejscówki mogła obserwować i być bardziej niewidzialna niż jej przeciwniczka... Miała stać się całkiem nieprzewidywalna, jak tylko staną się kompletnie bliźniacze obie jaskinie pełne srebra...

 

- Twój ruch i powodzenia - mruknęła, czego i tak nikt nie miał prawa usłyszeć... Jej ciało przeszłym pojedyncze zielonkawe pioruny mocy elektryzując jej futro.

Edited by Hoffner

Share this post


Link to post
Share on other sites

Patrzyłam jak kotka wykonuje swój ruch. Nagle w około pojawiło się srebrne światło. Zupełnie niegroźnie więc postanowiłam się nie ruszać. Wtem kotka zniknęła a przy ścianie pojawiło się lustro.

Nie mogłam pojąć co się stało. W mojej głowie widniała pustka. Zupełna nicość nie wiedziała m co zrobić ani co w ogóle się stało.

I wtedy sobie przypomniałam. Zaklęcie którego użyła kotka był Gabinet Luster. Stworzyła jakby drugą arenę identyczną na której stałam. W jednej stała ona, w drugiej ja. Poczęłam myśleć nad planem. Przypomniałam sobie, że w mojej torbie była księga zaklęć.

Pospiesznie ją wyjęłam. Poczęłam kartkować dość wyblakłe strony w poszukiwaniu potrzebnych zaklęć.

Nareszcie je znalazłam. Wypowiedziałam w myślach zaklęcie, mój róg począł świecić, lecz skryty pod płaszczem blask nie był wcale widoczny.

Zaczęła się magia. W okół mnie utworzyła się bariera odbierająca jakiekolwiek ataki ze strony przeciwniczki. Widoczna była ona tylko dla mnie i dla nikogo więcej. I obejmowała niewielki opszar w okół mnie.

Po raz drugi zaczęłam czarować. Tym razem stworzyłam widoczne dla wszystkich po za kotką miny. Miały one wybuchnąć w chwili gdy Anastazja się do nich zbliżyła.

Musiałam zrobić jeszcze jedną rzecz. Spojrzałam na lustro. Dokładnie wiedziałam jaki pocisk się przez nie przebije.

-Aaaaaaaaaaaaaa.-Wyśpiewałam swym melodyjnym i bardzo wysokim głosem. A obok mnie pojawił się łuk. Zaś na moim grzbiecie kołczan z 3 tuzinami strzał. Jak to się stało? Posiadam niezwykle magiczny głos który potrafi zrobić prawie wszystko.

Poczęłam lewitować broń. Naciągnęłam na cięciwę 3 strzały i wycelowałam w lustro. Moja celność nie mieniła się od czasu nauk u Aversa. Nadal strzelałam jak mało kto.

Teraz postanowiłam się przemieścić. Na wszelki wypadek. Bezszelestnie poczęłam skradać się w prawą stronę. Doszłam do miejsca w które uznałam za stosowne. I tam pozostałam. Nadal niewidzialna. Dokładnie tak samo jak w tedy gdy mieszkałam z Aversem.

Poczęły mi się przypominać stare czasy. Avers zawsze miły choć tajemniczy pegaz. Był moim mentorem. Spotkałam go gdy miałam 10 lat. Byłam sama na tym świecie więc z nim zostałam.

Wtem zrozumiałam czemu się tu zgłosiłam. Chciałam by Avers który obecnie przebywał teraz w kucykowym niebie był ze mnie dumny. Chciałam by zrozumiał, że naprawdę dobrze mnie wychował. Po policzkach popłynęły mi łzy. Uśmiechnęłam się i spojrzałam w niebo szepcząc w ten sposób by kotka tego nie usłyszała:

-Dziękuje Ci Aversie za wszystko co żeś zrobił.-Byłam gotowa walczyć dalej. Czekałam na ruch przeciwniczki.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Anastazja spokojnie się ładowała, gdy do jej gabinetu przeleciały 3 strzały nie trafiając jej, ale wybiło to idealnie okrągłą dziurę w lustrze, co następnie zalała się jakby rtęcią uzupełniając ubytki... Zaskoczyło ją to, przez co nie mogła czuć się całkiem bezpieczna, więc po prostu musiała przyśpieszyć. Zaczęła biec na ścianę, by wdrapać się na nią i przemieścić się na prawdziwą arenę, po prostu wpadając w taflę i biegnąc dalej po niej po drugiej stronie pionowo w górę, krótki moment aż do utraty pędu...

 

Jej wibrysy ją ukłuły dość mocno, ostrzegając... Zmieniła kierunek, unikając instynktownie niebezpieczeństwa, skacząc do tyłu w dół jak cyrkowy akrobata. Pytanie brzmiało co tak naprawdę tam się znajdowało... Znów poczuła to samo w locie... Nie podobało jej się to, bo nie miała za bardzo jak zmienić własnego kierunku skręciła całe ciało zmieniając punkt ciężkości unikając po raz kolejny raz tego czegoś. Musiała działać.

 

Otoczyła ją tarcza stworzona z błyskawic, okalających bardzo szczelnie jej ciało, którą następnie rozniosła się wszędzie, po całej jaskini w postaci fali dookolnej, chcąc wysadzić tym sposobem efekty zaklęć wokół siebie i oczyścić sobie drogę przed niespodziewanym. Miała też cichą nadzieję że pokaże jej to gdzie jest jej przeciwniczka... Jej kamuflaż zwodzący wzrok rozbije się choć na moment...

 

Eksplozja stanowiły chaotyczne cząstki magii negatywnie wpływające na duże zagęszczenie elementów magicznych, burząc ich usystematyzowane działanie... Gabinet luster był rozproszony po całej arenie, dlatego mógł trwać bezpieczniejszy, chociaż on be większych szkód, które z czasem i tak same się nie naprawią... To była jego zaleta w działaniu z tej strony. Nie istniał tylko tutaj.

Edited by Hoffner

Share this post


Link to post
Share on other sites

Patrzyłam na lustro nic się nie działo. Wtem na arenę wskoczyła Anastazja. Nie zamierzałam się jej pokazywać. Ani robić czegoś przez co mogłabym zostać zauważona. Jak to mówił Avers jeśli już się skrywasz to pozostań skryta jak najdłużej.

Spojrzałam na kotkę. Wyglądała na normalnego kota, lecz tak naprawdę potrafiła nieźle czarować. Wtem przeciwniczka zbliżyła się do miny, która po chwili wybuchła. Takie zdarzenie miało miejsce jeszcze raz. Kotka widocznie zauważyła co się dzieje i poczęła czarować.

Wywołała eksplozję magi. Lecz to zaklęcie nadal było zbyt słabe by zniszczyć mój pancerz oraz miny. Wybuch nic mi nie zrobił. Jedyne co się stało to to, że mój srebrny wisior z liściem dębu począł unosić się na wietrze.

Przyszła kolej na mnie, co mogłam zrobić. Przez chwilę się nad tym zastanawiałam. Lecz po chwili miałam gotowy plan.

Pośpiesznie nałożyłam 3 strzały na cięciwę łuku i wystrzeliłam w stronę kotki. Powtórzyłam te czynność trzy razy. Teraz czas na magię, pomyślałam.

Koło mojego rogu poczęły się pojawiać pomarańczowe iskry, me oczy stały się białe i poczęły lekko iskrzyć. Wszystko działo się nadal zakryte kapturem płaszcza. Nad areną pojawił się pomarańczowo-żółty ptak. Był on feniksem. Bogiem zwierząt. Wskazałam mu cel kierując kopyto w stronę kotki.

Ptak z niewiarygodną szybkością poleciał w skazaną stronę. Po czym zatoczył okrąg w okół Anastazji. Wokół niej pojawił się wir który miał ją odepchnąć do ściany i złamać Gabinet Luster.

Po chwili stworzenie uniosło się ku sufitowi i rozbłysło czerwono-białym światłem. Po czym zniknęło.

Nadal stałam skryta w cieniu. Nadal nie. Mogłam uwierzyć, że to zaklęcie się udało. Tylko niektóre jednorożce potrafiły go używać.

Postanowiłam czekać na ruch przeciwniczki.

Edited by Vinylplaygames

Share this post


Link to post
Share on other sites

Odleciała do tyłu, po przez atak przeciwniczki... Zdziwiła się że jej atak obronny nie zadziałał, a zaklęcie kontroli pola zostało rozbite dość widowiskowo, jednak w przyrodzie nie miało prawo nic zniknąć, tak doszczętnie... Gdy leciała w stronę ściany, zbierała ogromne pokłady magii z otoczenia po użytych zaklęciach i splotu swej Pani - Mystry... Musiała się wzmocnić wielokrotnie, skoro miała walczyć z godnym siebie przeciwnikiem... Jej ciało pokrywały kolejne srebrzyste cętki...

 

Nie mogła mieć otoczenia, więc postanowiła zainwestować bardzo mocno w siebie. Rozłożyła siłę uderzenia na swoje kocie łapy, po czym opadła już wolniej na ziemię, na której następnie pojawił się krąg przeistoczenia i kreacji oparty o wodę i ciało, zaraz pod nią... Ona sama została zamknięta w kuli świetlistej energii, odgradzającej ją od otoczenia i chroniąca ją jak skorupka jajka przed szkodliwymi czynnikami zewnętrznymi. Z zewsząd dopływały do niej kolejne połyskujące strumienie magii, a także co mogło się wydawać dość dziwne, samej wody w postaci kropel zmierzających do niej spiralnym ruchem... Przecież koty bały się wody od zawsze... Ona miała być tego wyjątkiem?

 

Jej ciało zostało rozebrane i zaczęło być składane od nowa w postać tak odmienną od oryginału. Już nie miała przemierzać świata na 4 łapach i patrzyć na wszystkich od dołu, wysoko zadzierając głowę... Była to postać dwunożna i humanoidalna opracowana przez nią parę lat temu, podczas obserwowania ludzkiej kultury na planecie Ziemi tak niezwykłej w wielu aspektach od właściwego planu materialnego... Rzadko pokazywała się w tej formie, a teraz nie miała nic do stracenia. Całe szczęście że mogła zwiększyć swą masę przeistoczoną wodą, bo nie chciała wyjść na liliputa ze wzrostem z 40 centymetrów i tak pokazać się światu, by stać się pośmiewiskiem...

Share this post


Link to post
Share on other sites

  Z uwagą wpatrywałam się w kotkę. Gdy rzuciła zaklęcie zastanawiałam się czym one było. Stałam nadal wtopiona w  szarawe tło. Wtem znalazłam odpowiedź. Zaklęcie którego użyła Anastazja było Anthropologią. Wiedziałam czego powinnam się spodziewać. Dwunożnej istoty, o jakieś dwie głowy wyższej o de mnie. Ludzie, tak bardzo nie znany mi gatunek. Tak bardzo odległy w myślach, nigdy go nie widziałam. A teraz miałam okazję. Z uwagą wpatrywałam się w Anastazję.

  Wtedy przypomniało mi się, że powinnam wykonać jakiś ruch. Po chwili miałam już gotowy cały plan. Poczęłam czarować. Zaklęcie szybko się uaktywniło i przede mną pojawiły się cztery moje kopie. Dosłownie identyczne. Skierowałam kopytko po kolei w miejsca w których owe kopie miały ustać. Gdy już się tam znalazły dałam im znak by zaczęły działać. Szybko wytworzyły gęstą zasłonę dymną tym samym znikając.

  Zapewne zastanawiacie się po co mi to było. Chciałam mieć równe szanse więc musiałam się przemienić. Ale gdybym się nie zakryła cały proces byłby widoczny a moja kryjówka zostałaby najprawdopodobniej odkryta. Poczęłam wokalizować by uwolnić magię głosu:

-Aaa...-Mój głos rozległ się po całej arenie. Powoli poczęłam się wznosić, otoczyło mnie jasnopomarańczowe światło i zaczęła się magia. W jednej chwili na moim grzbiecie wyrosły ogromne białe skrzydła. Na moim ciele pojawiły się pomarańczowe znaki a me oczy stały się białe i błyszczące. Dlaczego tak się stało? Byłam jedną ze strażniczek muzyki. Gdy chciałam mogłam zamienić się w alikorna wtedy moja siła stawała się większa.

  Powoli opadłam na ziemię. Złożyłam swe skrzydła i schowałam pod płaszcz. Nadal pozostałam niewidzialna. Teraz mgła powoli się ulatniała. Czekałam na reakcję przeciwniczki.

Share this post


Link to post
Share on other sites
Skorupa ściemniała gwałtownie, zmieniając się jakby w cień, a na nim pojawiło się wiele kontrastujących z resztą drobnych, białych run, zanim zaczęła pękać, dzieląc się na pojedyncze pasy materiału, pokazując co jest zamknięte wewnątrz... Na ziemie, wypuszczona ze swojego więzienia, z gracją opadła na swoje nowe, długie nogi odmieniona Anastazja, co nie miała problemów z akceptacją nowych możliwości i punktu równowagi, położonego dużo wyżej niż poprzednio... Miała postura typowej ludzkiej nastolatki, lecz całość skrzyżowana został z jej naturalną kocią formą. Mogło to dość dziwnie wyglądać, ale czy nie liczyła się przede wszystkim skuteczność, tego połączenia?
 
Ciało jej nadal było pokryte krótką sierścią, posiadała nogi z poduszkami o wysokich podbiciach, wyglądały na niesamowicie długie z tego powodu... Smukłe palce u rąk, aczkolwiek zakończone pazurami wyróżniały się od razu... Jej spojrzenie było dzikie, pełne zapału, a kształt jej wydłużonej twarzy i pyska o ostrych konturach, tylko dawało jej jeszcze więcej efektu do całej reszty, którą sobą reprezentowała. Oczy pozostały w niej nie zmienione, ale odrobinę większe, by były współgrały z resztą... Nadal były pełne ciekawości, opartej o naturalny instynkt badawczy.
 
Pasy materiału oplotły jej ciało, tworząc skąpy strój podkreślający jej cielesność. Był skrzyżowaniem kombinezonem super agentki z jakiegoś kiepskiego, taniego filmu i szatą mrocznego maga... Zasłaniał jednak to co nakazywała kultura osobista... Z tyłu wystawał jej ogon kołyszący się powoli z zadowoleniem w te i z powrotem. Przyłożyła dłoń do ziemi i między jej wąsami przeszły ładunki magiczne. Wypuściła ogromny amperaż liczony w setkach iskrzącego prądu, co rozszedł się po wilgotnych ścianach jaskini, by usmażyć każdą żywą istotę stojącą na ziemi... To jednak była tylko zmyłka dla czegoś zupełnie innego... Drugą dłonią wyrwała spory kawałek magicznego splotu, co znalazł się w jej ręce w postaci białych nitek przypominających czystą pajęczynę.
 
- Słowiku mój drogi... Co zrobisz, jak głos ci odbiorę?
Wpadniesz w panikę? Będzie to stanowiło ostateczną zaporę?
Sanktuarium całkowicie bezdźwięczne...
Sanktuarium wręcz dla ciebie mityczne...
Ja tu je dziś specjalnie dla ciebie postawię...
i cię w nim tylko ze mną pozostawię...
Powiesz mi, cieszysz się?
Wiesz że cię w nim zjem... - rzekła, po czym utworzyła spory krąg runiczny, wplątany bezpośrednio w splot magiczny, odbierając tym zaklęciom opartym na słowie znajdującym się na polu jego działania ~ arenie cała ich moc... Miała nadzieję że ograniczy tym sposobem śpiewy swojej przeciwniczki, drażniące jej czułe uszy, przynajmniej na jakiś czas dopóki zaklęcie samo się nie rozwiąże, bo rozproszenie jego było niemożliwe... Nie będzie żadnego celu w ich wyśpiewaniu, skoro nie będzie z tym iść żadna moc... Tu ją miała. Gest zawsze był ceniony wyżej niż słowo... Słowo mogło dźwięczeć i nic nie zdziałać. Gest zawsze posuwał za sobą działanie. Małe, bo małe ale zawsze.

Share this post


Link to post
Share on other sites

  Uważnie obserwowalam moją przeciwniczkę i jej przemianę. Zastanawialam się jak będzie teraz wyglądać. I po chwili się  tego dowiedzialam. Spoglądalam swym naturalnym wzrokiem w Anastazję. Wyglądała tak śmiesznie. Strasznie chciało mi się śmiać. Ale przecież nie mogłam pozwolić sobie na niekontrolowany wybuch śmiechu. Prawda? Wzięlam głęboki oddech i uspokoiłam się.

   Jeszcze raz spojrzałam na przeciwniczkę. Urzyła zaklęcia które miało mi zabrać głos. Czy ona naprawdę myślala, że to jej się uda. Proszę was. Strarznikowi muzyki nie można zabrać glosu. To nie możliwe. Przez moją głowę przeszla wtedy jedna myśl. Muszę się w końcu pokazać. Nie mogłam się w końcu kryć wiecznie. Po za tym niech zobaczy, że nie tylko ona się zmieniła.

  Unioslam się do góry po czym stanęlam przed kobietą. Jednym ruchem ściągnęłam płaszcz po czym rozłorzyłam swe ogromne skrzydła. Stanęłam dumnie mówiąc:

-Czyż ty naprawdę myślała, że odbierzesz mi głos? Oh, głupiutka koteczko. Głosy strarzników muzyki są z nimi stale związane nie da się ich odebrać.-Uśmiechnęłam się tajemniczo. Teraz kolej na magię, pomyślałam. Musialam złoczyć naturalną magię z magią głosu by zaklęcie było silniejsze. Narysowałam kopytkiem na ziemi okrąg w okół mnie.Był naprawdę potrzebyny. Teraz trzeba było urzyć magii.

-Aaa...-Wakaloizowalam jednocześnie czarując. Nagle okrą rozbłysł czarnym światłem. Po chwili światło kola wzbiło się i poczęło orąrzyć w około kotki. Co teraz miało zrobić? Miało ją unieść do góry po czym odebrać jej połowę magicznej mocy. To było naprawdę trudne zaklęcie. Skupienie jednocześnie głosu i magi było trudne do opanowania. Ale nie dla mnie. Spoglądalam na przeciwniczkę z wyższością.

Edited by Vinylplaygames
  • Upvote 1

Share this post


Link to post
Share on other sites

Jednorożec musiała się wiele nauczyć... Magia nie każdego maga pochodziła z jego myśli, serca czy czego tam jeszcze wszyscy ludzie piszący od lat fantasy wymyślili... Anastazja czerpała swój materiał do kształtowania bezpośrednio ze splotu... Ona była tylko uzdolnionym przekaźnikiem i kondensatorem będącym wstanie opanować jego przepływ i nic więcej. Tak więc zaklęcie przeciwniczki nie mogło odebrać połowy mocy jako że moc nie pochodziła od niej tylko z tej dziwnego miejsca pod kontrolą Mystry gdzie jej pokłady były niezmierzone... Klasnęła energicznie w ręce parokrotnie, co było bardzo teatralnym zagraniem z jej strony.

 

- Brawo... Wielkie dla ciebie brawa...

Tylko jest taka mała sprawa...

Taka o której może nie wiesz,

a może wręcz przeciwnie i wiesz?

Splot mojej pani nas otacza...

Swojej mocy mi nieprzerwanie użycza...

Ograniczyć mi ją chcesz?

Zrobić tego nie możesz...

Naprawdę... Chyba że...

a nie powiem...

 

Mogła zrobić to już dawno. Tylko jaki miałaby w tym powód... Żaden... Miała w głowie przygotowane zaklęcie mieszające w głowie. Bardzo dziwna było to zastosowanie magii bo wpisywało się bezpośrednio w otaczającą przestrzeń i zasady się w nią spisującą... Grawitacja... Prawo i lewo... Góra i dół... Przód i tył... Lustrzane odbicie świata. Co by się stało gdyby zamienić je wszystkie ze sobą i to całkiem losowo. Atak nadchodziłby z lewej. Tak właśnie oko postrzegałoby świat i ucho, a nawet węch... Uderzałoby z prawej... Od dołu... Na takich zasadach wpisanych w przestrzeń...

 

To właśnie chciała zrobić, gdy zaczęła brać coraz więcej ze splotu, a jej ciało pokryło się kolejnymi poświatami... Jednak każde zaklęcie miało ograniczenie i własną dynamikę... Co jej moc była zmniejszana ona zwiększała jej poziom szybciej niż była zabierana od niej w postaci drobnych strumieni energii... Aż wreszcie nastąpił błysk wypełniający całe pomieszczenie, gdy dorwała się na ułamek sekundy do edytora świata ją otaczającego, by zmienić sposoby przemieszczania w sposób tylko dla siebie znany... Gdy wszystko ucichło stała nadal przed przeciwniczką w stopniu nie zmienionym... Wyglądała dokładnie tak samo jak przed chwilą... Nawet świat wokół niej się nie zmienił...

 

W jej zaciśniętej łapie nadal tkwił potężny ognik energii z którego ulatywała energia... Złożyła ręce jak do modlitwy i rozciągnęła je kształtując między nimi swoją nową broń, gdzie energia szybko zmieniła się w pierwszorzędną stal umagicznioną paroma rzeczami, by nie można było jej złamać, czy tylko po to by nie trzeba było go ostrzyć... To chwyciła i zaszarżowała na przeciwniczkę... Jednak wszystko nie wyglądało tak jak powinno... Widziana była z przodu... Atakowała frontalnie na lewy bok z zupełnie innego kierunku.... Cięła od góry na prawo, a robiła to zupełnie odwrotnie... Wiedziała o barierze przeciwniczki. A jej sejmitar nie poruszał się w jednym planie...

 

Tuż przed bańką znikł z rzeczywistości, gdy jego przedłużenie pojawiło się wewnątrz niej by tępą częścią spróbować uderzyć dość boleśnie w kość ramieniową lewego skrzydła... Miało jej to przysporzyć bólu, by wreszcie się uciszyła, a z jej oczu popłynęły łzy... Skrzydła pegaza należały przecież do jednych z najlepiej unerwionych w królestwie zwierząt...

 

Wiedziała że ucieczka w tej chwili przed nią będzie trudna tak jak skoordynowane poruszanie się po arenie bez znania zasad jej funkcjonowania... Trza było zdusić instynkty... Wzrok, słuch i węch, by poddać się logicznym zasadom. Jednak ciało miała swoje odruchy... Zasłanianie się przed czymś, gdy coś leciało w głowę... Tak właśnie działo się w tym przypadku. Nic nie było takie jakie jak własnie widziane i przez to miało być lepsze od iluzji którą można szybko rozbić. To w tym przypadku było to problematyczne... Bo nie można zmieniać zasad otaczającego świata co moment by się po prostu nie rozpadł...

Edited by Hoffner

Share this post


Link to post
Share on other sites

Bacznie spoglądałam na przeciwniczkę. To co mówiła mogło być prawdą. Tak, mogło. Ale przecież nie musiało. Mogła mieć panią. A równie dobrze mogła jej już w tej chwili nie mieć. Kto wiedział gdzie ona jest? Chyba nikt. Nikt. A może taki ktoś jak Anastazja. A może ktoś inny. Na przykład jakieś medium. Medium? Co ja w ogóle gadam? Medium nie istnieje. Magia istnieje. Ale przecież chyba nie da się wy czytać przyszłości z jakiś kart. Co nie?

Spoglądałam na przeciwniczkę z wyraźnym respektem. Nie była zwykłym kociakiem. Potrafiła czarować. I to całkiem nieźle. Ale ona nie posiadała mocy. Ona czerpała ją z jakiegoś źródła. Była tylko przekaźnikiem. Prawdziwą moc miała jej pani. Ta jak jej tam? A, tak Mistra. Istniała pomiędzy nimi więź która na to pozwalała. Musiałam ją przerwać.

Ataki przeciwniczki były coraz bardziej niespodziewane. Mój wzrok krążył w kółko i w kółko. Zauważyłam, że bariera zaczyna pękać. Przeciwniczka chciała mnie zranić. Musiałam umocnić zaporę i dodatkowo wyposażyć ją w coś co będzie odpychało kotkę za każdym razem gdy znajdzie się w polu zapory.

Wydostanie się było trudne. Ataki nadciągały z każdej strony. Jednak w końcu udało mi się wzlecieć. To był czas na wzmocnienie zapory.

-Aaa...-Mój głos pobrzmiewał echem po arenie. W tedy w około mnie utworzyły się dwa sploty magii. Szybko zmieniły się one w kulę otaczającą mnie i iskrzącą się na niebiesko. Byłam bezpieczna.

Teraz czas na drugą część planu. Rozdzielenie przekaźnika od źródła.

-A cóż się stanie jeśli

odłączę Cię moja droga?

Z nikim już nie zawalczysz?

Wrócisz do domu?

Cóż, ty tylko przekaźnikiem.

Zaś twa pani źródłem.-Mówiąc to zatoczyłam koło rogiem. Po chwili zaczął się on iskrzyć. A zaklęcie wypełniać. Co ono miało zrobić? To proste. Odciąć więź pomiędzy Anastazją a jej panią. W ten sposób by nie mogła już czarować.

Spojrzałam na kotkę z tajemniczym uśmiechem. Było mi jej trochę żal. Nie miała już żadnych szans.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Rin musiała się naprawdę wiele nauczyć o Faerûnie, skoro myślała że nie da się czytać przyszłości... Że można kogoś pokonać zabierając mu coś niezmiernie ważnego dla niego... Nie znając wszystkich konsekwencji tego czynu... A te niosły ze sobą zwykle zniszczenie, gdy obróżka anthro kotki zaczęła piec ją niemiłosiernie, gdy pieczęć na nią nałożona zaczęła coraz bardziej się łamać. Wdzierało się w nią coś czego nie pragnęła, ale to coś chciało ją posiąść za wszelką cenę, tak jak kiedyś było, zanim została wyzwolona w młodym wieku od tego brzemienia, co zostało zastąpione o wiele lżejszym widocznym podczas tej walki.

 

- Coś ty najlepszego uczyniła?

Coś ty sobie w głowie uroiła?

Nigdy nie robi się takich rzeczy,

bo zawsze ktoś się skaleczy,

kto bogiem próbuje się stać...

Kto próbuje się w Mystrę wdać,

ten u Shar zwykle kończy.

Tylko dlatego że pozbawiłaś mnie mej opończy.

 

Żelazo, które trzymała w swej łapie rozpłynęło się w fioletowych oparach. Zwykłe oczy tego by nawet nie zauważyły, gdy energia psioniczna jej myśli zaczęła ją otaczać w postaci łuny ognia okalającej jej całe ciało w nerwowych podrygach, zanim zdążyło się wszystko uspokoić przybierając właściwą formę dla ujarzmionych jej emocji... Wcielił się w nią smok wykonany z części jej ja, wypalający wokół siebie przestrzeń, co nadal tkwiła w nie lada nieładzie że nie mogła być postrzegana tak jak podpowiadały temu zmysły.

 

Powietrze wokół niej zgęstniało pokazując ukształtowaną formę... Był widoczny wokół niej duch sporo większego od niej smoka pozbawionego ciała i nie istniejącego jako tako w rzeczywistości... Ruch łapy Anastazji odpowiadał ruchowi szponów tego monstrum... Rozłożyła skrzydła i wystrzeliła w górę... Z morzem ognia myśli, którymi zaatakowała jednorożec w postaci fali chcąc zrobić w jej głowię prawdziwą pożogę i sprowadzić na nią to samo co ona czuła od tego momentu, gdy została siłą odepchnięta od swej pani... Uderzyła tam, gdzie jej jeszcze nie było... Na jej głowę, gdy chroniła się ciągle przed niewyobrażalną mocą...

 

Uderzyła w barierę swoją pięścią, a smocze szpony przeszły dalej jako że to nie było magią i wykraczało poza jej definicję. Uderzyła jednocześnie bezpośrednio na jej duszę chcąc pokazać jak się czuje istota co traci część siebie... Może na krótko... ale nie zmieniało to faktu że to ona była poszkodowaną w tym przypadku... Chciała, pragnęła zadośćuczynienia. Nawet nie zorientowała że przestały być to do końca jej myśli, a jej oczy zaczynają być wypełniane swego rodzaju pustką.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Spoglądałam na przeciwniczkę oraz na to co działo się dokoła areny. Kotka była wyraźnie zdenerwowana. Potem zaczęła coś mówić. Nie do końca wszystko usłyszałam. Ale to nie było ważne. W tej chwili zaczęło się coś dziać. Obroża Anastazji poczęła się żarzyć. Aż w końcu wyparowała w raz z fioletowym dymem.

Udało mi się! Tak! Połączenie z Mystrą zostało zerwane. Wtem przeciwniczka poczęła się dziwnie zachowywać. Co się stało? Wydawało mi się jakby w jednej chwili wstąpił w nią jakiś demon.

Wtedy sobie przypomniałam. Zerwałam jej kontakt z Mystrą tą dobrą boginią. Kontakt z nimi stanowiła obroża. Co to musiało oznaczać? Jako młoda kotka Anastazja zapewne była kierowana przez złą boginię przez Shar. Prawda czasem bywa bolesna. Ale cóż trzeba walczyć dalej.

Spoglądałam na kotkę która wyraźnie kierowana przez demona wytworzyła ducha smoka który był częścią jej ja. Nagle uniosła się. Poczęła mnie atakować. Chciała wyrwać mi duszę. Chciała oddać ją Shar.

Przez chwilę poczułam strasznie przeszywający ból. Szarpałam się jak głupia. Wydałam z siebie głuchy pisk wyrywając się ze szpon Anastazji. Uniosłam się w górę. Dusza Anastazji nie była już taka jak wcześniej. Była pełna złości i chęci odwetu. Nie mogłam pozwolić na to by znów spróbowała zabrać mi duszę lub coś innego.

W głowie miałam już gotowy plan.Dokładnie wiedziałam jakiego zaklęcia użyję. Rozdzielenie duszy. Tak to było odpowiednie zaklęcie. Mój róg zaczął iskrzyć. Już za chwilę zaklęcie miało począć się wypełniać.

Pewnie większość z was zastanawia się co miało zrobić to zaklęcie. Już tłumaczę. Miało oddzielić duszę Anastazji od jej ciała. Mogła nadal brać udział w pojedynku ale nie będzie mogła kierować się duszą tylko rozumem. Nie będzie odczuwała nienawiści ani żadnego innego uczucia. Jej dusza po prostu miała wyparować.

Wtedy coś poczułam. Po arenie począ krążyć jakiś cień. Nie taki zwykły cień. A moje Yin. Krążyło tak jeszcze przez chwilę spoglądając to na Anastazję to na mnie. Raz nawet podfrunął do niej ale zaraz wrócił do wirowania w powietrzu.Po chwili to się stało. To czego oczekiwałam. Cień wszedł we mnie tworząc naglą przemianę.

Oplotły mnie dwa sploty magii tworząc tym samym bańkę koloru czarnego. W tedy zaczęło się coś dziać. Moje ciało zostało całkowicie zmienione. Biały kolor mej maści znikł a zamiast niego pojawiła się czerń najciemniejszej nocy. Runy i znaki na moim ciele poczęły zmieniać swój kolor na niebieski. A grzywa stała się ciągłym żółtym dymem. Moje oczy które były do tond całkowicie białe również się zmieniły. Zamiast nich miałam teraz turkusowe kocie oczy o jaśniejszym od tęczówki białku tego samego koloru. Do tego te wrzecionowate źrenice budziły grozę.

Ale pewnie większość z was zastanawia się jak to się stało i jaki cień Yin. Wytłumaczę to wam. Od dziecka miałam pewną rzecz ona czyniła mnie naprawdę wyjątkową. Posiadałam dwie strony. Stronę cienia Yin oraz stronę słońca Yang. Równowaga pomiędzy stronami jest chwiejna. Nigdy nie wiem kiedy tak naprawdę się przemienię.

Kiedy kula otaczająca mnie pękła. W okół począł się unosić czarny dym. Naprawdę gęsty. Przez niego widać było tylko moje dwoje oczu. Iskrzące się teraz jak dwa ogniki

Gwałtownie zleciałam na ziemię. Miałam dziką ochotę zatrzymać przebieg czasu tylko czemu. Nie wiem. Tupnęłam kopytami czekając na efekt. W około roznosiła się ma ciemna magia.

Share this post


Link to post
Share on other sites
Anastazja znajdowała się zupełnie gdzie indziej, ponieważ jednorożec zawierzyła własnym oczom i innym zmysłom, a nie logice przemieszania się akurat po tym polu bitwy. Patrząc i ucząc się nowego rozporządzenia przestrzeni... Zaklęcie poleciało w zupełnie innym kierunku niż powinno i trafiło najzwyczajniej w ścianę nie przynosząc żadnego pożądanego skutku. Nie tędy szła droga...
 
Kotka w tym czasie zaczęła czerpać moc ze źródła, z którego nie powinna nigdy więcej używać, przy zdrowym rozsądku. Zaczęło się od paru drobnych, nic nieznaczących iskier, jednak im więcej jej brała tym nie ona pragnęła jeszcze trochę, a ciało co czerpało niesamowitą przyjemność wyostrzającą wszelkie zmysły jak nie jeden narkotyk... Bo tylko do tego można by porównać moc pochodzącą z cienistego splotu bogini Shar, do którego to mieli dostęp nie liczni... A udostępniany był raz na zawsze przez zbieg okoliczności... Zwłaszcza śmierci... zemsty... utraty sensu w życiu... Nikt naprawdę nie wiedział na jakiej zasadzie się to odbywało... Jedni mówili że trzeba mieć preferencje... Inni że jest to tylko kaprys bogini co widzi i wie o wszystkim co dzieję się w mroku... Czy to widzialnego, czy też tego co tkwił głęboko w osobowości... Nikt tego nie posiadał pewnych informacji na jej temat. Istniały tylko przypuszczenia i pewność że ma na pieńku z swoją siostrą Selune...
 
Lampy zaczęły przygasać znacznie jedna po drugiej, gdy Anastazja zaczęła czynić przygotowania do zakończenia tego, co zrodziło się w jej głowie... Zadania które stało się nadrzędne. Zapomnienie... Pustka... Sprowadzenie jej na każdego kogo spotka... Kolejne utrudnieni pojawiały się na na polu bitwy, gdy światło stało się ciemne i niestabilne, bo cienie zaczęły skakać, a przez to mylić wyczucie odległości. Rzuciła jedno zaklęcie tworząc na środku areny studnie do pustki, w której panowało upragniona cisza, spokój... Brak obowiązującego porządku. Otoczył ją lekki fioletowy krąg płomieni znacząc, gdzie powinna być... Z niej zaczęła emanować moc przekształcając świat w sposób niezauważalny...
 
Ta studnia nie mogła być kręgiem runicznym... portalem czy czymś innym, co było często widziane. Stanowiła bowiem nowe miejsce kultu. Istniejącą manifestacje wpływu na świat Shar i jej mocy, co przesiąkała w tamtej chwili przestrzeń...
 
Anastazja zbierała już wtedy myśli, tworząc kolejne łańcuchy i haki włączając w nie swoje ja, a także to co dopiero wyciągnęła ze źródła mocy... Pochłonął ją cień, gdy co chwilę pojawiała się i znikała w jego obcości uprzednio rzucając hakiem w nową Rin znowu celując w jej duszę i przytwierdzając koniec do skały przy której stała... Chciała zakuć ją, by nie mogła się ruszyć zadając sobie samej rany przy każdym najmniejszym ruchu, nawet przez zwykły płytki oddech, po przez cięcia chcące oderwać należną im część duszy... Chciała zatruć ją upragnionym zapomnieniem, gdy umysł staję się ciężki, a decyzje coraz ciężej przychodzą, gdy nadchodzi ten stan... Sen. Niemoc zrobienia czegokolwiek po przez rezygnacje... Zdanie się na łaskę świata jako bierny element.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Gdy tylko zauważyłam hak zwinnym ruchem odskoczyłam na kilka metrów dalej. Spojrzałam na to w czym stała teraz Anastazja. Czy coś jej to dawało? Może ukojenie? Choć nie. Raczej nie. Poczęłam rozglądać się dokoła. W głowie miałam gotowy plan. Wiedziałam co zrobię.

Lekko uniosłam się do góry po czym przeciwniczkę kilka razy. Sunęłam po arenie niczym cień. Bez lęku, bez radości. Płynnym szybkim ruchem. Uniosłam róg ku górze. Wyjęłam z torby dwa kryształy. Poczęłam je lewitować. Jeden był czarny, symbolizował noc. Porę którą władała Luna. Drugi był żółty, symbolizował dzień. Porę Celesti. Gdy wszystko było gotowe poczęłam wypowiadać słowa zaklęcia:

-Słońce wschodzi i zachodzi

Księżyc również wschodzi i zachodzi

Obydwoje są czymś zupełnie innym

A czasem się łączą by stworzyć coś lepszego.-Kryształy poczęły błyszczeć aż w końcu nie było po nich śladu. Były tylko dwie iskry. Czarna i żółta. Miały otoczyć Anastazję po czym wniknąć w nią i sprawić jej ból. Nie na długo ale jednak.

Ponownie poczęłam krążyć po arenie. Po chwili jednak opadłam na ziemię. Wydobył się cichy stuk niosący się echem po arenie. W tym momencie usłyszałam głos. Kogoś mi przypominał. Znałam ten głos. Zdanie jakie wypowiedział brzmiało "Najpierw uwodzą, ranią, odchodzą skąpane we łzach serca". Teraz wiedziałam, że głos należy do Ronana. A te słowa wypowiedziałam ja kilkanaście lat temu. Gdy on umarł. Umarł by mnie chronić.

Przed moimi oczyma ujrzałam obraz. Byłam tam ja stojąca przy jakimś nagrobku. Na nim srebrną czcionką wypisane było "R. I. P. Ronan Lynch". Podeszłam do grobu po czym położyłam na nim niebieską lilię. Ulubiony kwiat Ronana. Po chwili obróciłam się i wypowiedziałam zdanie które wcześniej usłyszałam.

Złapałam się za głowę. Co ja zrobiłam? Głupstwo. Przecież ja go kochałam. Po moim policzku popłynęło kilka łez. Kilka nieistotnych kropelek przezroczystego płynu. Patrzyłam jak wchłaniają się w ziemię. Upadłam. Nie wiedziałam co się stało. Ledwo co się podniosłam. Moja dusza nadal płakała. Za nim. Za tym jedynym Ronanem Lynchem którego kochałam. Nie mogłam wytrzymać. Czemu wszyscy na których mi zależało nie żyli? Czemu? To niesprawiedliwe!

-Jeśli chcesz...-Odezwałam się do Anastazji.-Możesz mnie zabić. Wolę dołączyć do mojego starszego brata Lena, mojego mentora Aversa. I co najważniejsze. Do mojego Ronana Lyncha.-Spuściłam pysk. Po moich policzkach znów poczęły płynąć łzy.

Share this post


Link to post
Share on other sites
Kotka zamrugała parokrotnie, błyszcząc zawadiacko agrestowymi oczyma, po czym syknęła przeciągle i złowrogo słysząc że wzywana jest potęga księżyca i coś ją trafia... Nic sobie z tego faktu za bardzo nie zrobiła. Może wcześniej, by to podziało jakoś mocniej, ale w tamtej chwili... Była za blisko swojej prawdziwej rzeczywistości, by cokolwiek działało tak jak należy. Tak jak powinno w umyśle przeciwniczki, zgodnie z jej planem. Całość stawała się wycinkiem innego planu... Jej planu. Planu Początku Shar, gdzie planuje cisza i spokój, a wszystko spowijają materia początku ~ bezkształtna i niezdolna do podporządkowania czemukolwiek...
 
- Selune ~ bogini księżyca, ta przez wieczność przeklęta,
a wszyscy jej wyznawcy, jak te głupie pisklęta...
Idą tylko w jednym celu, na swą rzeź,
ale ja nie jestem jak ten tygrys ~ zwierz...
 
Na co mi ono... To zabójstwo?
Na co mi te krwawe świadectwo?
Łzy i serce złamane, rozum zagubiony,
cały zdrowy rozsądek zduszony.
 
Tego ja zaprawdę tak zajadle pragnę!
Pozwól mi, co cię boli, że po prostu zgadnę.
Twego bólu, rozpaczy i braku życia chęci,
to tylko twój zodiak ~ los się nad tobą znęci
 
Krew to droga ostateczna na ołtarzu skropiona...
Twa największa tajemnica zgłębiona...
Raz za razem... Pozwól mi patrzeć na to tak jak ty.
 
W prawej ręce pojawił się wachlarz, wykonany z ciemnofioletowej energii, co wylała się z jej dłoni jak płyn i od razu przybrała pożądany kształt. Tam jednak nie było wiatru... Nie było w ogóle powietrza, którym można byłoby poruszyć... Nie istniały potrzeby ciała. Te tam stały się zbędne na planie wyższym, gdzie emocje działały po prostu coraz silniej zbiegiem czasu, by na końcu najzwyczajniej się wypalić i pozostawić depresyjną pustkę po sobie. Bo jak można żyć bez emocji, dzięki którym istnieje indywidualny charakter? Plan ten zabierał wszystko dając tą zabójczą ciszę... Emocje rozchodziły się i grały w umyśle wszystkich na nim obecnych, przekazując słowa i obrazy, by na końcu się rozproszyć...
 
Rzuciła wachlarzem, co kręcił się wokół własnej osi i kreślił wielki krąg nad nimi, wracając co jakiś czas bezbłędnie do rzucającej jak bumerang, która z wręcz taneczną kocią gracją łapała, przeskakując i tańcząc po polu jak tancerka baletowa z pewnym planem... W samym środku... Nad najważniejszą runą siedziała już zrozpaczona jednorożec, która miała zostać dobita swym istnieniem jeszcze bardziej... Swoją własną historią, co została ujawniona w ułamku procenta. Zginęli, ale jak?
 
Całość rozbłysła na koniec, a życzeniem Anastazji było zobaczyć... Zobaczyć śmierć najbliższych tej istoty parokrotnie. Sprawdzić z pierwszego źródła co się właściwie stało, a później zacząć zmieniać prawdę na gorszą i gorszą. Że to wszystko jej wina. Jej słabości i najgorszych błędów, co nie powinny za nic nastąpić, właśnie to się stało. Jednak obrazy miały być pokazane... Kwestie usłyszane... Każde słowo dogłębnie zapamiętane przez odbiorczynie tego wszystkiego... Miała patrzeć... Nie móc nic powiedzieć, wszystko działoby się bez jej udziału, a jej krzyki miały do nikogo nie trafiać, by pozostać zupełnie głuche. Mogłaby uciekać... Wszystkie jednak by trwało wokół niej jak należy... Bez punktu odniesienia. Podążając za nią bez końca...
 
Przywołała przeszłość z wiru czasu, zmieniając ich otaczający świat na tamte wydarzenia w formie wizji rzeczywistości... Była ciekawa co się stanie... Oj była... Robiąc jeszcze jedną rzecz, ale by to zrobić tylko błysnęły jej oczy, gdy usunęła się w cień patrząc na wszystko z innej perspektywy... Nie mogła jej przeszkadzać w jej historii i jej alternatywnych bujd... Prawda?
Edited by Hoffner

Share this post


Link to post
Share on other sites

Wszystko dookoła wydawało się rozmazane. A może to przez łzy. Srebrne nic nie znaczące kropelki płynu płynącego z naszych oczy. Przetarłam oczy. Teraz widziałam o wiele lepiej.

Pierwszy obraz jaki się ukazał był obrazem śmierci mojego brata, Lena. Byłam tam ja i on. Walczyliśmy z patykowilkami. Miałam zaledwie dziesięć lat. Odpychaliśmy ataki z wszystkich stron. W końcu Len krzyknął, że mam uciekać. Powtórzył to jeszcze raz. Pobiegłam. Biegłam w płaczu. Po chwili Len został rozszarpany przez zwierzęta. Poświęcił się. Poświęcił się dla mnie. Czemu? Już nigdy się nie dowiem.

Druga wizja była śmiercią Aversa. Mojego mentora, drugiego ojca. Siedziałam wraz z nim na ganku naszego niewielkiego domku w lesie. Siedzieliśmy uśmiechnięci. Pełni szczęścia. Miałam już coś około dwudziestki piątki. Nagle on zaczął się dusić. Kasłał. Nic nie mogłam poradzić. Zmarł.

Po moich policzkach znów popłynęły łzy. Stratę mojego mentora bardzo boleśnie odczuwałam. Był osobą która mnie wychowała. Kimś kto był dla mnie ważny. To on wszytkiego mnie nauczył.

Zaraz miał się pokazać trzeci obraz. Śmierć Ronana. Na to nie chciałam patrzeć. Odwróciłam się dobrze wiedziałam co się stanie. Walczyliśmy z wielką niedźwiedzicą. On i ja. Dwie szable w locie. Mnóstwo krwi. Mimo tego nie mogliśmy jej pokonać. Ogier krzyknął, że ją odciągnie a ja mam ją zapieczętować. Mówił takim tonem jakby nie chciał słyszeć zaprzeczeń. Uniosłam księgę, skupiłam się. Nie zwracałam na niego uwagi. W tej chwili niedźwiedzica machnęła łapą w stronę jednorożca. Ten upadł. Czytając słowa zaklęcia nie zauważyłam tego. Nagle rozbłysło światło. Wielkiej niedźwiedzicy nie było. Ale on leżał zakrwawiony na ziemi. Podeszłam do niego. Ostatnie co powiedział to, że jego matka się mną zaopiekuje a ja mam nie płakać. Potem umarł. Nie płakać? Ale jak? Łzy do oczu cisnęły mi się litrami. Poświęcił się dla mnie, dla innych.

Wizja była w połowie. Ja nadal stałam odwrócona. Nagle zawiało. Podniosłam głowę. Przed sobą ujrzałam mojego ukochanego. To na pewno halucynacja, pomyślałam. Potem usłyszałam jego głos. Przeżyj dla mnie, bądź tą samą dumną Rin co wcześniej, mówił. Otarłam łzy. Nie byłam pewna czy to był Ronan oraz czy Anastazja też to słyszała. Te słowa pomogły. Poczułam w sobie moc. Wyprostowałam się. Moją głowę przeszyła myśl. Nie pozwolę by patrzyła dalej. Wypowiedziałam zaklęcie mające zniszczyć wizję. Ale nie celowałam tam gdzie mówił mi umysł. Celowałam tam gdzie umysł mówił, że jej nie ma.

Odleciałam na koniec areny. Mój ruch był płynny niczym cień. Nagle zauważyłam, że z jednego z juków coś wystaję. Wyjęłam to. To był żółty szal który otrzymałam od Ronana na Wigilię Serdeczności. Założyłam go. Zawsze go lubiłam. Był taki ciepły, miękki i przypominał o nim. Na końcu wisiała karteczka. Ale kto ją tam przyczepił. Pisało tam "Nie zapomnij o nim ~ Rose".

 Rose, Rose Lynch. Matka Ronana, osoba która opiekowała się mną przez długi czas. Po tych wszystkich tragicznych wydarzeniach popadłam w depresję. Ona obiecała mu, że jeśli coś mu się stanie to się mną zaopiekuje. I tak zrobiła. Traktowała mnie jak córkę. Prawie nią byłam. Miałam poślubić jednorożca za dwa miesiące. Nadal miałam obrączkę na rogu. Dzięki niej przeżyłam. Kiedy pięć miesięcy po prostu leżałam na łóżku w pokoju ogiera  w płaszczu maskującym i wtulona w szal otrzymany od ukochanego, ona do mnie przychodziła. Karmiła mnie, mówiła do mnie choć nie uzyskiwała odpowiedzi. Dopiero po dłuższym czasie zaczęłam się do niej uśmiechać. Powoli wracałam do normy. Coraz więcej mówiłam choć opornie. W końcu nawet wstałam. Nadal z nią mieszkałam. Potem moje zmysły wracały do normy. Choć nadal często płakałam to znów zaczęłam ścigać wrogów księżniczki a nawet polowałam. Rose nadal się mną opiekowała. Wiedziała, że jest mi ciężko.

Ostatni raz widziałam ją przed wejściem na arenę. Walka miała mnie odprężyć. Często walczyłam. Głównie w imię księżniczki Luny i Celestii. Zanim weszłam na arenę ona uśmiechała się tak miło. Przytuliła mnie i powiedziałam bym się nie dała, bym wróciła do domu, bym czerpała radość z moich umiejętności. Na koniec nazwała mnie swoją córką. Pomachała mi, a ja weszłam na arenę. 

Uśmiechnęłam się. Choć Ronan fizycznie tu nie było to duchowo zawsze za mną podążał.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Kotka zaczęła po raz kolejny swój taniec na emocjach... Poznała smutek i ból tej istoty, ale nadal nie stanowiło to takiego cierpienia jakie sobie wymarzyła w podświadomości dla swej własnej niezaspokojonej przyjemności. Tkwiła tam zbędna nadzieja... Nic jednak nie traciła... Mogła patrzeć na próby uwolnienia, gdy tamta złapała się w sieć i plątała się w niej coraz bardziej... A  kolejne kukiełki miały zacząć ruszać się same z siebie, przyprawione kolejnymi dopalaczami.... Czyżby tamta zapomniała co się odbywa na arenie... Że trwa walka właśnie z nią... Że wpadła we własny labirynt, delikatnie pchnięta w przepaść. Strzelając na oślep, by trafić... Bez sensu... Mogła zniszczyć ją emocjami... Bezmyślna przegra, a druzgoczący cios się zbliżał... Wystarczyła jedna myśl. Chcę... Proste pragnienie...

Anastazja chwyciła swój wachlarz rzucając oczami swej wyobraźni kolejne obrazy... Całe otoczenie zmętniło się jak zburzona tafla wody na jeziorze po wrzuceniu głazu na jego samym środku. Całość jednak na komendę uspokoiła się... Wyklarowała się, tworząc nowe rzeczywistości...

Scena... Zaczynała się identycznie jak poprzednia... Rin walczyła wraz z bratem przeciwko patykowilką... Latały drzazgi w powietrzu, a bestie się nie poddawały. Wystarczył moment nieuwagi ich oboje, a drewniane kołki znalazły się na szyi młodego ogiera rozcinając tętnicę szyjną... Dostała jego krwią  po oczach, gdy kolejny próbował dorwać się do niej w podobny sposób. Kotka w tym momencie posłała pełen ładunek żalu i nienawiści ku niej próbując wywołać ten stan, który powinna poczuć... Mogła zauważyć że jej ciało pokrywają płomienia jak to się działo gdy jednorożcami targają skrajne negatywne emocje. Rozniosła się ognista fala wypalająca kawał lasu... Wszystkie ciała spopieliły się... Nie było czego leczyć... Była bezpieczna... Za jaką cenę? Chwilę wcześniej mogłaby spróbować pomóc bratu, a w tamtej chwili... To ona go zabiła...

Następny obrazy... Znajdowała się w sali szpitalnej. Jej mentor cierpiał męki ze starości... W jej lewitacja znajdowała się strzykawka z gęstym czarnym płynem... Ulżyła mu w cierpieniach po prostu uśmiercając po przez odebranie bicia serca... Bez bólu... Najzwyczajniej zasnął, a jego lodowate oczy spoglądały na nią po tym jak się uchyliły. On wiedział.... W tej samej chwili mogła usłyszeć słowa skierowane właśnie do niej... Wprost do ucha, przez głos złudnie podobny do jej samej, a jednak posiadający dziwną barwę. Spokoju i pewności... Nie na miejscu... a mówił:
- Zrobiłam to dla jego większego dobra... - Brzmiało to tak jakby upewniała się że postąpiła słusznie... Jej własne sumienie...

Rzucała pieczęć... Coś poszło nie tak po przez strach i Ronana zamknęła wraz z bestią... Mogła obserwować jego zawiedziony wzrok pełen wyrzutu... "Zaufałem Ci... Zawiodłaś mnie." To mówiły jego gasnące tęczówki tracące iskrę życia po tym jak brama się zamknęła. Bezpowrotnie... Zabił go cios niedźwiedzicy... Kto jej pomógł? Kto popełnił błąd... Odpowiedź nasuwała się sama... To ona ich wszystkich zabiła po kolei... Doprowadziła do tego... Chcący, nie chcą... Przypadkiem... Wszystko zrobiła ONA!

Edited by Hoffner

Share this post


Link to post
Share on other sites

  Rin wpatrywała się we wszystko do okoła. Nie, nnie, nie. Przecież chciała zniszczyć wizję. Czemu nie mogła? Spoglądała na obrazy. Coś jej tu nie pasowało tylko, co? Nagle poczuła okropny ból serca. Uczucie, że jest okropna. Że kogoś zabiła. Ale to nie była prawda. Przecież nikogo nie zabiła. Znowu spojrzała na obrazy. To Anastazja je zmieniała. Nie tak nie mogło być.
  Wzleciała w górę. Szybko ustaliła plan w swej głowie. Nadal czuła ból ale musiała wytrzymać.
-Aaa...-Wokalizowało przez chwile po czym w jej kopycie pojawiła się srebrna saksa. Stworzona z jej emocji. Jej smutku, radości i jej gniewu. Niczym strzała poleciała w stroną przeciwniczki. Poczęła manewrować nią jak w tedy gdy poznała Aversa. Sztylet latał w tą i z powrotem lewitowany magią. W reście Rin zadała ostatni cios prosto w ramię.
  Nie obserwowała tego co się działo dalej. W jednej chwili otoczyły ją pasma magii które utworzyły srebrną bańkę chroniącą alicorna przed fałszywymi emocjami. W bańce było spokojnie. Rin mogła normalnie funkcjonować. Posiadać prawdziwe wspomnienia. 
  Nagle coś się stało. Ze wsząt pojawiły się błyskawice. Błyskawice stworzone przez złe emocje Rin. Dosięgały wszystkiego. Wiły się i wydłużały. Ale Rin była bezpieczna. W swojej radości i dumie przeistoczonej w tę magiczną bańkę.

Share this post


Link to post
Share on other sites

[Anastazja]
- Mam cię, tak jak bardzo zechciałaś,
w moje sidła się tak po prostu głupia złapałaś...

- rzuciła po swojemu, nie robiąc już absolutnie nic. Wcale nie musiała, skoro sama tylko pragnęła, pozostając zupełnie obojętna na całe otoczenie, nie dając ponieść się podszeptom sfery, co zwróciła się całkowicie przeciwko jednorożec... Oto jej od początku chodziło... To ona dawała emocje w tak czystej postaci... Wizualizowała je wzmacniając magią. Jak miało się nie stać to co miało od samego pojawienia się tego wszystkiego? Wystarczyło ją tylko sprowokować...

Z ciemności wystrzeliły pnącza... Nie miały początku ani końca gdy oplotły saksę próbując z niej zniszczyć każdą emocje, a to było dopiero początek... Nie reagowały z magią... Osłony magiczne dla nich nie istniały jako że nie pochodziły z tej sfery istnienia. Interesowały je tylko emocje, a ich latarnią była tylko Rin i jej radości, a także duma, za którą miała zapłacić wysoką cenę... Za zwyczajną pychę...

Pioruny zmierzyły się z pnączami, ale czy pojedyncze obiekty wywołane przez pojedynczą istotę mogły się przeciwstawić całemu światu co tylko łaknął, by nie mieć na koniec zupełnie nic? Jakby zostały przełamana skierowałyby się bezpośrednio do Rin i jej emocji, by ją ich pozbawić zupełnie... Czy ona mogła normalnie funkcjonować jakby straciła ważną część własnej osobowości...

To właśnie emocje popychały każdą rasę do rozwoju... Ciekawość napędzana przez ekscytację by odkryć to co nie odkryte, by zobaczyć coś... Strach motywował do ucieczki, czy ataku... Co się stanie z istotą co zostanie tego pozbawiona pędnika do czegokolwiek?

 

  • Upvote 1

Share this post


Link to post
Share on other sites

   Pnącza zblirzały się do Rin niezwykle szybko. Ukojona dzwiękami liry rozbrzmiewającymi jedynie w bańce klacz nie zauważyła ich. Nie wiedziała też, że mogą one przeniknąć przez bańkę.

   Pnącza szynko oplotły Rin która teraz zaczęła się szarpać. Niestety... Nie była w stanie się wydostać. Nagle coś błysnęło. Kiedy światło znikło klacz leżała na ziemi. Tyle, że nie wyglądała tak samo.

   Na ziemi leżała teraz biała klacz... Nietoperzy alicorn... Miała długą, błękitną grzywę spiętą różowym kamienien szlachetnym w kształcie sześcioramiennej gwiazdy. Czy to był element magii? Prwadopodobnie. Końcówka rogu i nietoperzych skrzydeł klaczy była zabarwiona na jasny pomarańcz. Zaś jej znaczek przedstawiał trzy niebieskie kryształy w kształcie nietoperzy.

   Tylko jak to się stało? Sama nie jestem do końca pewna. Zaklęcie Anastazji chyba dało inny skutek. Nadało Rin nowe wcielenie... Nową historię... Przez chwilę mogło się wydawać, że klacz nie żyje. Anastazja mogła się cieszyć, ale czy na pewno?

   Po chwili jednak alicorn otworzyła swe ślepia. Miała ona wrzecionowate źrenice i pomarańczową tęczówkę.

-Gdzie ja jestem?-Zapytała klacz rozglądając się dookoła. Kiedy zauważyła Anastazję skuliła się.

-Kim ty jesteś?-Spytała. Alicorn widocznie się bała. Nie wiedziała dlaczego się tu znalazła oraz kim jest. Była zagubiona. Nie wiedziała co zrobić.

-Nie rób mi krzywdy.Powiedziała drżącym głosem. Stała skulona. Oczy miała zakryte kopytami.

   Nagle stało się coś dziwnego. Krzyształ we włosach klaczy zaczął świecić i drgać. Nagle z nikąt pojawiły się tęczowe kryształy w takim samym kształcie co te za znaczka. Poleciałyone w stronę Anastazji chcąc wyrządzić jej szkody zdrowotne. Alicorn nie chciała na to patrzeć dlatego nadal trzymała kopyta przed oczami.

-Naprawdę przepraszam...-Tylko to udało jej się z siebie wydusić.

Share this post


Link to post
Share on other sites
Guest
This topic is now closed to further replies.

×
×
  • Create New...