Jump to content

Strona Główna  |  Ogłoszenia  |  Lista Fanfików  |  Fanpage  |  Feedback
Hoffman

[Pojedynek] [C] Amanis, zwany Cieniodzierżcą vs Pan Harper

Recommended Posts

Krypta? Nie. Mauzoleum? Też nie. Zatem może Nekromatron? Też nie.

 

Gdzie się zatem znaleźli magiczni wojownicy? Budowla była spowita cieniami, z zewnątrz oświetlana jedynie przez blade światło księżyca. Na pewno poszczególne sale przychodzą na myśl siedzibę jakiejś podejrzanej organizacji, parającej się czarną magią. Magią śmierci. Poświadczyć mogłyby o tym pozostałości po ołtarzach rytualnych, czy też zejście do podziemi, gdzie znaleźć można niezliczone zastępy trupów. W istocie, teren, na którym zbudowano budowlę, był niegdyś miejscem, w którym grzebano poległych w walce o Equestrię żołnierzy. Magowie, którzy przybyli tu setki lat później, wznieśli tę świątynie, być może z zamiarem przywrócenia tych armii do życia. Może obawiali się, że niebawem ich kraj spotka kolejna wojna i po prostu nie zostanie wystarczająco dużo żywych, by go bronić. Być może byli święcie przekonani, że odkryli sekret przywracania życia i że nie powtórzą błędów swych poprzedników.

 

Wszystko wskazuje na to, że jednak pomylili się w swej rachubie. Czy ulegli pokusie i zaczęli po prostu tworzyć nieumarłych, czy może eksperyment się nie powiódł? Tego już nie wie nikt. Ale porozrzucane tu i tam części stalowych, złotych oraz platynowych golemów sugerują, że jednak Celestia znalazła tymczasowe zastępstwo dla żywych gwardzistów. I postanowiła je wykorzystać do przerwania prowadzonych tutaj magicznych eksperymentów. Obecnie, gwardia jest bardzo liczna, doskonale przeszkolona i wyposażona, toteż nie ma potrzeby wznawiania kosztownej produkcji golemów, a czarna magia jest ściśle zabroniona.

 

Dzisiaj, zgromadzimy się w dużym, owalnym pomieszczeniu, zwieńczonym kościaną kopułą, gdzie zapewne miały odbywać się najważniejsze rytuały, szkolenia nowych członków gildii lub przywróconych od życia żołnierzy. A może chodziło o coś zupełnie innego? Fakt, że kości (najprawdopodobniej należące niegdyś do smoków) zostały wysadzone zaklętymi kamieniami, naznaczone znakami runiczymi, zdającymi się odpowiadać na energię przypisaną do rdzenia, pogrzebanego głęboko pod tym, co dzisiaj posłuży za arenę, sugeruje próbę utworzenia fundamentów pod coś... Dużego. Ale na czym miałoby polegać to zaklęcie? Być może to właśnie to było powodem, dla którego Celestia zdecydowała się zainterweniować. Ciekawe, lecz kto znajdzie w sobie odwagę, by ją o to spytać?

 

 

steadfast_apple_by_assasinmonkey-d7urufw

 

 

Kimże jest Amanis? Tego nie wie nikt. Wiemy jedynie kim na pewno NIE jest. Nie jest on człowiekiem, nie jest to również żaden zwierz. Rasa, którą reprezentuje nie posiada konkretnej nazwy. Nie dajcie się zwieść! Amanis, choć wygląda na zwyczajne dziecko z lisimi uszami oraz ogonem, para się czarnoksięstwem i to nie na byle jakim poziomie. Wie jak przywoływać demony, manipulować energią, nie są mu obce również tajniki niewidzialności. Nietypowe dla kogoś, kto niegdyś zgłębiał tajniki magii światła, nieprawdaż? Choć zwiedził wiele zakątków świata, nabywając mnóstwo nowych doświadczeń, jego początkową mocą w pojedynku będzie przywoływanie. Amanis posiada również własnego Chowańca, przypominającego kota.

 

Oponentem Amanisa będzie Pan Harper – omatnikowaty o długich odnóżach, okrągłej głowie oraz czterech parach oczu. Jak widać, lubi ubierać się oficjalnie, gdyż na arenę przybył w czarny garnitur oraz cylinder. Jako tkacz i architekt wysokiej klasy, wie jak tkać pajęczyny, ale wie również jak łączyć wymiary, zwłaszcza snu i jawy. Zadaniem jego krewnych i znajomych jest przenoszenie między wymiarami tego, co znajdą w snach. Ale czy takie balansowanie między nićmi i wymiarami jest jego jedyną specjalnością? Oczywiście, że nie. Sztuczki i dowcipy to jedno, lecz w tym pojedynku za początkową  to jedno, lecz wewcipy to jedno, lecz we tym pojedynkuy garnitur oraz cylinder. moc posłuży mu sprowadzenie Strażnika Wrót Snu oraz łączność z Wymiarem Snów.

 

 

Ten pojedynek obowiązuje limit czasowy, wynoszący niestandardowe dwa tygodnie (czyli do godziny 0:00, dnia 19.02.), z możliwością jego przedłużenia, zgodnie z wolą uczestników. Tyle tytułem wstępu, nie przedłużając, pojedynek uważam za rozpoczęty!

 

Edited by Hoffman

Share this post


Link to post
Share on other sites

Na arenę wszedł wysoki mężczyzna, ubrany bardzo schudnie i elegancko, choć nieco staromodnie. Pan Harper zamrugał swoimi czterema oczami bez źrenic, rozglądając się po koszmarnym otoczeniu. Co ciekawe, niebieskie oczy których było za dużo nie nadawały twarzy grozy - wpasowywały się w nią idealnie.
Założył białe rękawiczki na trochę zbyt długie i chude palce, a z kieszeni marynarki wyciągnął zegarek kieszonkowy i przyjrzał się jego tarczy.

- A niech mnie, moi drodzy. O tej porze jeszcze nie walczyliśmy. Ale przyznać należy, że noc księżycowa sprzyja snom, a więc sprzyja i nam. Mam rację?

Pan Harper prowadził dialog ze swoimi krewnymi i znajomymi, których dostrzec można było jedynie po uważnym przyjrzeniu się. Kilkoro z nich wyglądało z kieszeni, niektórzy snuli się wokół areny, jeszcze inni stali gdzieś wokół Pana Harpera, a ich głosy były zbyt ciche, aby ich usłyszeć. Zaraz za Panem Harperem na arenę wsunął się okrągły stolik, niesiony na małych odwłokach przez tysiące chudych odnóży. Stanął gdzieś z boku, przechwycony przez czterookiego. Zaraz potem pojawiła się też biała zastawa - spodki, filiżanki i czajnik z wciąż parującą cieczą.

Pan Harper podziękował uprzejmie za pomoc. Kiedy zmyli się drobni krewni, na arenę wkroczył ptasznik wielkości dłoni - bardziej znajomy, niż krewny - i wniósł na stół cukiernicę, po czym zajął honorowe miejsce na ramieniu Pana Harpera.

- Ja także uważam, że to miejsce jest dość obskurne, ale nie odmówię mu klimatu - odparł mężczyzna. - Mości Amanisie, hop, hop, herbata stygnie! - zawołał, klaszcząc w dłonie.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Amanis, gdyż tak się zwał mały czarnoksiężnik wkroczył na arenę chwilę po Panu Harperze, był przy nim naprawdę malutką istotką, miał dokładnie metr jedenaście wzrostu. Wpatrywał się w swojego oponenta swoimi błyszczącymi oczami. Mimo iż był czerwone i tak nie odbierały niewinności czarnoksiężnikowi, wyglądał jak zwyczajny chłopiec. Jego strój składał się z ciemnego płaszcza do połowy łydek, zapiętego mniej więcej do połowy, zaraz pod szyją ma niebieski krawat krawat z broszką która jest błękitna, spodnie ma nieco luźne a buty pod kolana. Ma też przy pasie od płaszcza dwa paski, zwisające, oba są mniej więcej równolegle do siebie, są granatowe a na końcu mają dzwonki ozdobione piórkami. Na plecach wisiała różdżka, co prawda dla innych ludzi była by nieduża, ot około siedemdziesiąt pięć centymetrowy kij z dziwacznego, srebrnego metalu, ozdobiony u góry kryształem wokół którego była masa piór i czegoś co przypominało futro. Całość była stylizowana tak żeby wyglądała na gałąź.

 Zbliżył się do stołu, ukłonił się lekko, podobnie zresztą jak jego rudy kot, który co dziwne chodził na dwóch nogach. 
- Witam pana. - odezwał się, brzmiał jak dziecko, to fakt, ale coś w nim sprawiało że wiadomym było że dzieckiem nie jest. Może to jego ubiór, może sposób w jaki się wypowiadał. - Wie pan jak mi na imię, ja wiem jak pan się zwie, doceniam bardzo pańską inicjatywę z herbatą, to bardzo miłe iż woli pan porozmawiać zanim przejdziemy do walki. Jednak czym była by herbatka bez ciasteczek maślanych i biszkoptów? - powiedział, jego koci chowaniec wyciągnął zza pleców tackę z elegancko ułożonymi ciastkami i postawił ją na stolę. - Dziękuje Schronigerze. - powiedział do kota na co ten miałknął zadowolony. - Nie będzie pan miał nic przeciwko temu bym usiadł? - zapytał odsuwając krzesło i siadając na nim po turecku. Tak by mógł się oprzeć. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

- Ależ proszę się nie krępować, Amanisie. Mów mi z łaski swojej po imieniu. Miło mi, że przyniosłeś coś na przegryzkę. A herbata bez ciastek byłaby... Cóż, byłaby herbatą bez ciastek. Rad jestem, że możemy się spotkać i nieco pogawędzić, nawet jeśli w takich okolicznościach. Projektant tej kopuły miał dosyć... specyficzne poczucie humoru, przyznaję - odpowiedział, siadając przy stoliku. Najpierw nalał herbatę gościowi, potem zaś sobie i zatarł ręce. Ptasznik zszedł i kulturalnie otwarł przed Amanisem cukiernicę, po czym wrócił na ramię.

- Opowiedz mi, co u ciebie dobrego słychać. U ciebie i może w twoich stronach. - Pan Harper chwycił uszko filiżanki i wychylił z niej łyk czarnego i gorzkiego naparu herbaty.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Amanis nasypał sobie dwie i pół łyżeczki cukry, wymieszał delikatnie i odłożył łyżeczkę na talerzyk, oczywiście cały czas delikatnie. Wziął delikatny łyk naparu i odstawił filiżankę. 
- U mnie jest dość standardowo, ot czynienie klątw za opłatą, ewentualnie wiązanie demonów paktem, takim by był korzystny tylko dla mnie. A w moich rodzimych stronach pewnie dzieje się to co zwykle, uczą się magii światła i tego jacy to bogowie są dobrzy. - wyjaśnił, kot zaintrygowany przyglądał się ptasznikowi, nie wyglądał jakby miał zamiar zaatakować ale było widać wielkie poruszenie i niesamowitą wręcz ciekawość na pyszczku chowańca. 
- A jak się powodzi tobie i twoim znajomym Harper? - zapytał wreszcie czarnoksiężnik i wziął kolejny, równie niewielki łyk herbaty i uśmiechnął się pod nosem delektując się jej smakiem. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

- Ostatnio wykluł się dziesięciotysięczny prawnuk, który przeżył pierwszy miesiąc życia. Jestem dumny - odpowiedział wesoło. - No, mości Amanisie. Proponuję zacząć. Pozwolisz, że pierwszy ruch należeć będzie do mnie, ale nie lękaj się, pij w spokoju herbatę. To nie będzie ofensywa.

Z rękawa zaczął wyjmować białą nić, którą podał ptasznikowi. Ten chwycił ją i zbiegł z Pana Harpera, aby podać ją innym znajomym. Pająki przekazywały nić, która dalej ciągnęła się i ciągnęła, jakby nie miała się skończyć.

Wkrótce z nici powstała pajęczyna, która to zakryła kawałek ściany areny. Jej wzory były geometryczne, składające się głównie z kół i elips. Kiedy już dzieło małych tkaczy było gotowe, pająki zajęły miejsca w poszczególnych częściach i zaczęły prząść własne nici. Wielka pajęczyna rozświetliła się błękitnym światłem. Świeciła każda najmniejsza nić, pulsując lekko i falując. I wkrótce środek pajęczyny zaczął się uwypuklać w znaczącym tempie, do momentu w którym to okazało się, że uwypuklenie jest przechodzącą przez wymiary istotą. Kiedy już ukształtowała się zupełnie, elastyczne, pajęcze nici zanikły, ukazując przyzwanego stwora.

Stwór był bardzo wysoki - dwukrotnie wyższy niż człowiek. Jego głowę zwieńczała biała grzywa, niczym u lwa. Twarzy natomiast nie było, ale zamiast twarzy była maska wyrzeźbiona w jasnym drewnie - o kanciastej brodzie, płaskim, kanciastym nosie i czterech kolistych otworach, które - umieszczone pod wystającymi i równie kanciastymi łukami brwiowymi - symbolizowały oczy. Oczy te świeciły jasnoniebieskim światłem, a u szczytu maski wydobywały się jasnoniebieskie wstęgi światła, na podobieństwo rogów.

Postać miała długie nogi i długie ręce, o chwytnych palcach. Poruszała się w pozycji wyprostowanej, wspierając długim ogonem. W jednej z rąk trzymała kostur, zakończony czymś na kształt błękitnego kawałka szkła.

Oto przybył Strażnik - wybiła godzina snu, bramy się otwarły.

Pan Harper wziął łyka herbatki.

- Trudne takie pętanie demonów?

Share this post


Link to post
Share on other sites

Mały czarodziej w spokoju dopijał swoją herbatę, zjadł jedno ciasteczko i spojrzał na strażnika. Po chwili płynnym ruchem zeskoczył z krzesła. 
- Zależy, niektóre demony zgadzają się na współpracę dość szybko, inne trzeba pokonać. A jeszcze inne same ją proponują. Jednak na ogół zależy od tego jak bardzo wkurzony jest demon którego pętam. - wyjaśnił, chwycił swoją magiczną laskę i podniósł ją w powietrze. Delikatne światło rozbłysło na około kryształu, potem przed Amanisem pojawił się krąg magiczny złożony z symboli i słów zapisanych runami. Wreszcie pojawił się demon. 
Istota ta była niebieska, miała czerwone włosy wycięte w irokez, długie, szpiczaste uszy, szczękę pełną zębów, z dwoma wystającymi kłami jak u dzika, nos był długi, niemalże nachodził na górną wargę. Był też postawny i miał ponad dwa metry wzrostu. Stwór był uzbrojony w pociemniałą zbroję płytową ozdobioną kolcami, wielką tarczę i topór. Uderzył w nią toporem kilka razy.
- Tas Dingo. Yehehehe. - odezwał się przywołany obrońca. Cieniodzierżca opuścił laskę i oparł ją o ziemię. Kot oraz Przywołany wojak stanęły przed małym magiem zasłaniając go. 
- Będziemy musieli częściej umawiać się na takie herbaciane przyjęcia, są całkiem miłe. - stwierdził podchodząc do stolika i odkładając filiżankę na talerzyk. - Senjin, Schrodingerze. Pamiętajcie że to strażnik, nie będzie z nim tak łatwo. - zwrócił się już do swoich chowańców. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

- To prawda, ponieważ Strażnik nie walczy. Strażnik odpiera tylko ataki - odparł Pan Harper i zgrabnym ruchem doskoczył do strażnika. Poprawił jeszcze raz garnitur i wyprostował się, podając swoim krewnym i znajomym kolejne nici. Ci zaś, niczym sprawnie działająca maszyna, zaczęli wędrować z podłoża aż do sufitu, rozciągając nici wzdłuż ścian. Wszystko niemal pokryte było teraz misternym odnóżodziełem, które drgało i falowało w rytm kroków omatnikowatych. Pająki schowały się między sieciami i tylko obserwowały odtąd arenę. Ich rola się skończyła - przynajmniej na razie.

Strażnik podniósł kostur, a szkło zalśniło. Dotknął nim pajęczyny. Od pierwszej nici rozszerzać się zaczęły świetlne kręgi, które przechodziły po pajęczynie i pozostawiały po sobe drobne, świetlne punkciki, oświetlające pobliskie nici błękitem. Oto cała pajęczyna stała się bramą, a Sny mogły odtąd do woli przez nią przenikać. Strażnik wyprostował się i stanął z boku. Nie zamierzał brać czynnego udziału w walce tak długo, jak długo nikt nie waży się zakłócać spokoju Sennego wymiaru. 

- A ten jegomość? Jaka jest jego historia? - zapytał Harper.

 

Share this post


Link to post
Share on other sites

- To jest Tarczownik Senjin, wojownik Tas Dingo, zwykły żołnierz, chociaż lojalny i pomocny. - wyjaśnił chłopiec. - On jest tylko obrońcą, czynny udział w walce będą brały inne demony. - wyjawił, uznał że jednak nie przyzwie nikogo na razie. - Twoja brama zatem została otwarta? - zapytał celując w nią laską. Kot wkrótce ni stąd ni zowąd rzucił się na świecącą kulkę przy broni, nie był to atak, raczej kocie zachowanie i gonienie świecących przedmiotów. Po chwili Amanis powiedział coś a kot odskoczył i podszedł do niego wyglądając na zadowolonego z siebie. Jednak karcące spojrzenie czarnoksiężnika sprawiło że kot posmutniał. Po chwili jednak mag spojrzał na strażnika, jakimś magicznym zaklęcie wzmocnił obronę obu swoich chowańców i przygotował się do odpierania ataku. 
Tarczownik podniósł tarczę w oczekiwaniu na atak, jakikolwiek. 

Edited by Mephisto von Pheles

Share this post


Link to post
Share on other sites

- Miło mi poznać - odpowiedział Pan Harper. - Bardzo przepraszam za nieprzyjemności, które jaśniepana czekają - uprzedził, i jak na zawołanie w kierunku demona zaczęły iść małe pająki, a że osiem nóg daje sporą przewagę, znalazłszy się finalnie na przeciwniku kąsały.

Jad przedostawał się do organizmu i pod skórą lojalnego żołnierza pojawiały się świecące punkciki. Między nimi zaś powstawały cieniutkie połączenia, po których zaczynały krążyć impulsy elektryczne. Sam demon mógł odczuwać jedynie dyskomfort, kiedy małe szczękoczułki przebijały skórę.

Ból pojawił się dopiero po chwili i pochodził gdzieś z tyłu czaszki. Stworzenia z wymiaru sennego, pozostając w nim, oddziaływać mogą tylko na głowę i psychikę i tak też działo się teraz. Ktoś nadchodził i starał się zrobić to bardzo szybko.

Przez bramę przeszła dość spora istota o białej skórze. Miała długi ogon i błękitną grzywę, a maska która skrywała jej twarz, przypominała nieco pysk małpy. Pysk ten mógł być wyrzeźbiony przez artystę starożytnej, niezbyt rozwiniętej cywilizacyjnie kultury. W miejscu paszczy widniały trójkątne kły, w miejscu oczu dziury o kształcie migdałów, z których wydobywało się białe światło. Małpa zwinne wyplątała się z resztek pajęczyny i rzuciła w stronę demona-żołnierza. W szponiastych łapach trzymała kij zakończony drewnianą, kulistą naroślą. Wycelowała kijem wprost w głowę demona, ale nie uderzyła. Zamiast tego przeskoczyła nad nim, wylądowała bezdźwięcznie z tyłu i dopiero wtedy uderzyła - z potężną siłą. Rozległ się trzask. Istota natomiast wskoczyła na ścianę i zaczęła przemieszczać się szybko po kościanej kopule, wydając dźwięki które mogłyby symulować śmiech.

 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Tarczownik, mimo bólu był całkiem zwinny i zdążył odwrócić się tak by zablokować cios tarczą, mimo to i tak przeleciał kilka metrów lądując na plecach przez ciężką zbroję. Mały mag tylko się przyglądał, w pewnym momencie wykonał ręką jakiś ruch i tarczownik zniknął. Wrócił do swojego piekielnego wymiaru aby nieco się uzdrowić. Uznał że przyzwie kogoś innego, kogoś kto miałby większe szanse na unikanie ciosów. Z portalu który wydobył się dym, bardzo gęsty i ciemny, chwile to trwało ale wreszcie powietrze znacznie się zagęściło od ciemnego dymu. Po chwili coś wyskoczyło z portalu, w kierunku ,,małpy'' poleciały dwa bełty, coś schowało się w dymię, kroczyło w nim bardzo cicho, trudno powiedzieć kto to był, nie było to jednak demon wyższego sortu, raczej zwykły zwiadowca. Co chwile losowe bełty leciały z różnych miejsc, wszystkie w bestie przy suficie, dalej jednak pozostawał w ruchu. Sam Amanis stał zaciskając dłoń na kosturze a kot po chwili rzucił się w kierunku bestii. Co ciekawe kot dzierżył miecz, nie wiadomo skąd go wyjął, pewnie przywołał. Wreszcie Amanis poruszył się i stuknął laską w ziemię, coś się stało, cień ukryty w dymie na chwile się rozjaśnił tylko po to żeby zaraz zniknąć jednak pancerz jego demona wzrósł, gorzej z pancerzem bestii która też zabłysnęła, jej pancerz za to spadł. Teraz ciosy na niej będą groźniejsze. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Małpa zeskoczyła na ziemię, lądując miękko i dla równowagi podpierając się długim ogonem. Zwróciła się w stronę Amanisa i jego pomocników. W jej ciele tkwiły dwa bełty - jeden na wysokości ramienia, drugi zaś w brzuchu. Maska stwora nie mogła oddawać emocji, ale coś w jego sposobie poruszania się, a może i aurze podpowiadało, że senna kreatura jest wściekła. Stanęła na tylnych nogach, wyprostowała się i wydała z siebie ryk. Była to mieszanka bardzo różnych dźwięków - od pisku, przez skrzek, po warkot. Natężenie było tak duże, że fala dźwięku posłała oponentów Pana Harpera wprost pod ścianę. Ziemia drżała, a organy słuchu zdawały się powoli przestać pracować. Stwór zamilkł ostatecznie, a potem podważył pazurzastą łapą drewnianą maskę i ostrożnie ją zdjął.

Pod maską nie było nic, prócz światła. Czysta energia, która jakoś spajała ze sobą wszystko to, co istota z sennego wymiaru zdołała zabrać ze sobą podczas przekraczania bramy. Łapa rozcapierzyła szpony, a bełty wniknęły w ciało, aby po chwili znaleźć się w garści stwora. Maska wylądowała na swoim poprzednim miejscu. Zwierz podrzucił swój kij, gotowy ponownie zaatakować. I ponownie krzyknął, ale tym razem krócej. Doskoczył bliżej oponentów i znów wysłał ku nim bolesną falę dźwiękową. Powtarzał teraz manewr co chwilę - pozostawał w ruchu i jednocześnie nie pozwalał przeciwnikom wstać z ziemi, bombardując ich dźwiękami.

 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Amanis stał zasłaniając uszy, nie dawało to zbyt wiele, potem został posłany na ziemię. Musiał coś zrobić żeby przerwać atak. Wyciszyć, wreszcie wpadł na dobry pomysł. Zaklęcie pustki, wyciszało magię, ale i zwykłe dźwięki, ale najpierw należało je wykonać. A to była akurat działka dla samego małego maga, udało mu się pozbierać z ziemi, ledwo stał przez dźwięki ale jeszcze się trzymał. Wziął głęboki wdech i klasnął w dłonie. 
- Qur'zhar unar. - zawołał, nagle pod małą pojawił się portal który zablokował jej magię, ale i dźwięk. Niestety nie był to efekt trwały, trwał raptem kilka sekund. W dymie błysnęło delikatne światło, tak jakby wydobywało się z oka, wreszcie ukazał się zwiadowca, smukła istota otoczona pancerzem wyglądającym na łuskowy dzierżyła sztylet i niedużą kuszę, stała w dymie i wpatrywała się w małpę, po chwili zlała się z dymem i zaatakowała z innej strony. Jak się okazało, dym wydobywał się ze zwiadowcy, był jego częścią. Sam Amanis skupił się teraz na zaklęciu ukrytym. - Hsir. - szepnął tylko. Nieduża sfera w kolorze dorodnej śliwki zaczęła krążyć na około niego. Kot stał przy swoim mistrzu wyraźnie pokazując zmęczenie. Zresztą podobnie jak jego mistrz który to opierał się o laskę. Był w stanie rzucać potężne czary ale wymagało to od niego wiele energii magicznej, na szczęście ta się regenowała całkiem szybko, no ale nie mógł narzucić setki umiejętności i podtrzymywać demona naraz. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Małpa była bardzo zwinna, ale nie unikała wszystkich ciosów stwora. Potrafiła natomiast odpowiadać, wysyłając kolejne fale dźwiękowe w stronę nowego oponenta. Nie działały one na niego tak silnie jak na istoty w pełni materialne, ale dźwięk bardzo zakłócał jego funkcjonowanie - rozpraszał cząsteczki dymu i naruszał ich szczątkowe wiązania. Małpa podwiesiła się na jednej z kości kopuły. Stworzenie bardzo szybko wpadało w złość, co najczęściej skutkowało kolejnym wybuchem dzikiego wrzasku. I tym razem nie było inaczej. Co gorsza, rezultaty  były widocznie nie takie, na jakie małpa liczyła. Zaczęła szponiastymi łapami młócić w miejscu, gdzie pojawił się dymny przeciwnik. Zeskoczyła na ziemię, uderzyła twardym kosturem o ziemię i wrzasnęła w stronę Bramy. Zaraz po tym manewrze rzuciła się z furią na samego małego czarownika - Amanisa, chcąc zadać obrażenia fizyczne.

W pajęczynie zapanowało poruszenie. Pająki przędły, aby po raz kolejny zmaterializować stwora z sennego wymiaru.

Wężowaty stwór przesuwał się po ścianie. Na kamieniu pojawiła się barwna mozaika, przedstawiająca podłużny, czerwony kształt. Miał dwie tylne nogi i skrzydła, których lotki były zielone. Głowę zwieńczała złota grzywa, a za twarz służyła czarna maska. Czerwone, dwuwymiarowe ślepia z uwagą wpatrywały się w działania na arenie.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Szarża na małego maga nie zakończyła się tak jak stwór zapewne oczekiwał. Sfera krążąca na około niego zaczęła działać w momencie kiedy to Amanis miał otrzymać cios. W jedną chwilę ciało małpy pokryło się symbolami które to zatrzymały ją w miejscu i nie pozwoliły na jakiekolwiek działanie. W tej samej chwili dymny zwiadowca pojawił się naokoło małpy i zerwał maskę. Potem zniknął w portalu pod sobą zostawiając maskę w dłoni czarnoksiężnika. Ten z kolei odsunął się od unieruchomionej małpy i spojrzał na mozaikę. Nagle w miejscu gdzie wcześniej stał Amanis pojawił się krąg magiczny. Krąg ten był czerwony. Przez pewien czas nic się nie działo aż wreszcie zmaterializowały się na nim dwie istoty. Jedna była niższa od drugiej, znacznie. Po chwili istoty stały się bardziej wyraźnie, ta wyższa była szkieletem w zbroi, miał dwuręczny miecz, znacznie zbyt duży na coś co zwykła istota uniosła by nawet dwoma rękoma, on trzymał go w jednej. Po chwili dało się też zauważyć czerwoną chustę i kolce na naramiennikach. Szkielet wydawał się być żołnierzem. Drugi był inny, niski, krępy, jednak co dziwne też był szkieletem, zamiast zbroi miał jednak bluzę z kapturem z doszytym futrem. Szczerzył się pokazując wszystkie swoje ostre zęby, lewe oko niższego szkieleta świeciło się czerwonym światłem, prawe oko wyższego tak samo. Na około nich pojawiły się lewitujące kości, jednak te były naostrzone. Oba szkielety minęły Amanisa, ten z mieczem zaczął szarżować na Pana Harpera, ten niższy zamiast szarży posłał w niego kilka tych ostrych kości. 
- Pokażemy ci... - zaczął ten wyższy. - Co to znaczy mieć prawdziwego pecha. - dokończył niższy. - Nie przejmuj się jednak, jesteśmy tylko dwoma kościakami. - dodał po chwili ten niższy i zaśmiał się złośliwie. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Czas przeznaczony na pojedynek minął, a ponieważ nie uzyskałem informacji o jego przedłużeniu, nie pozostaje mi nic innego, jak ogłosić czas decyzji. Moi drodzy, przyszła pora na ocenę mocy magicznych walczących stron, wyłonienie zwycięzcy pojedynku! Znacie zasady, prawda? ;)

 

Kto popisał się większą siłą i kto, Waszym zdaniem, zasłużył na miano zwycięzcy? Czy był to Amanis? A może Pan Harper? Kto zjednał sobie większą część szanownej publiczności? Przekonajmy się! Zapraszam do komentowania starcia i komentowania!

Share this post


Link to post
Share on other sites

Uwaga, uwaga!

 

Zaistniała sytuacja, której nie będę teraz wykładać, jednakże jej ostatecznym efektem jest wyrażenie chęci kontynuowania starcia, pomimo założonej nie aż tak dawno ankiety. Nie jest to pierwszy raz, kiedy mamy taką sytuację, więc, skoro jedna ze stron walczących chce odpowiedzieć, co może zaowocować dłuższym pojedynkiem, starcie zostaje wznowione.

 

Co z głosami, które już zostały oddane? Nie ma problemu. Zanim została ona anulowana, rozkład głosów przedstawiał się następująco:

 

Amanis, zwany Cieniodzierżcą - 2

Pan Harper - 0

 

Ponieważ nie chcę, aby głosujący poczuli, że ich zdanie wylądowało w koszu, następna, ostateczna ankieta rozpocznie się od takiego właśnie stanu. No dobrze, ale co się stanie, jeśli w wyniku kolejnych odpowiedzi ktoś zmieni zdanie? Też nie ma problemu. Wystarczy napisać komentarz po zakończeniu pojedynku i podzielić się nowym zdaniem. Innymi słowy, tak jak pojedynek został wznowiony, tak i głosowanie zostanie wznowione.

 

Skoro już wszystko jasne, nie pozostaje nam nic innego, jak poczekać na odpowiedź ;)

Share this post


Link to post
Share on other sites

- Ależ, moi drodzy. Posiadam osiem nóg. To cztery razy większa szansa na potknięcie się niż u ludzi. Nie mogę liczyć na szczęście... - odparł. Z gracją doskoczył do ściany, wskoczył na pajęczynę i zniknął w jej wnętrzu, aby zaraz potem pojawić się w innym miejscu, obklejony dziwnymi, galaretowatymi stworzeniami które wydobywały z siebie bladoróżowe światło. Zaczął strzepywać je z garnituru.

- Najmocniej przepraszam, nigdy nie można przewidzieć, gdzie akurat będą. - Pan Harper z rękawa wydobył przezroczystą nić, którą posłał wprost na mozaikę przedstawiającą kolejnego sennego stwora.

Zwierz zaczął ożywać, wstępując w trójwymiarową rzeczywistość. Był bardzo długi i bardzo duży. Czerwone łuski lśniły, a grzywa wokół czarnej maski falowała. Poruszał się jakby pływał w powietrzu - nie musiał dotykać łapami podłoża. Z gracją dopadł do kościanego jegomościa i chwycił szponiastą, czteropalczastą łapą jego czaszkę, a potem uniósł w powietrze. Znajdował się teraz pod kopułą, przypatrując się istocie.

- Marnotrawstwo, ożywiać kości bez mięsa - oświadczył zniesmaczony głębokim i dźwięcznym głosem.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Szkielet wpatrywał się w bestie, po chwili chwycił kość i wbił ją w maskę. Wyglądał wściekle. 
- Nikt ich nie wskrzesił. - powiedział mały mag. Po chwili podniósł kostur celując w węża. Drugi szkielet przyjrzał się temu co robił Amanis, po chwili wskazał na swojego brata. Nie powiedział nic, ale Amanis zrozumiał że ma celować w szkieleta. Stał przez chwilę ładując magiczny pocisk aż wreszcie wystrzelił, na to szkielet rozpadł się zanim pocisk doleciał do celu i wylądował na ziemi. W dłoni stwora została czasza, jednak wciąż zmierzał ku niemu magiczny pocisk. Kości na ziemi zaś zaczęły się poruszać powracając do kształtu ciała. Sam mag przyglądał się teraz masce. Potem spojrzał na węża. Chciał zdobyć i tę maskę. Po prostu by ją posiadać. Drugi szkielet, który to był tym niższym ruchem ręki posłał wszystkie kości w stronę węża. Wreszcie drugi szkielet się podniósł. Nie miał czaszki ale stał, opierał się o miecz. Kot po chwili przygotował się do skoku i rzucił się na węża. Jego celem było zerwanie maski, oraz oddanie jej swojemu mistrzowi. 
Sam przywoływacz wyglądał jakby gotował się na przyjęcie ataku. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Smok, bo tym w istocie był przyzwany stwór, z gracją ominął wszystkie lecące ku niemu pociski. Był ogromny, ale jego łuskowate ciało wyginało się i wiło w powietrzu, jakby mogło się prześlizgnąć przez najmniejsze nawet otwory. Światło księżyca odbijało się od lśniących łusek, kiedy smok zsunął się na ziemię pod kopuły i dopadł do kota. W porównaniu do futerkowego ssaka był prawdziwym olbrzymem. Szczęka z maski - jak się okazało, ruchoma - odskoczyła kilka razy od żuchwy. Rozległ się rytmiczny dźwięk - smok się śmiał. Smok drwił.

- Chcesz mnie odesłać? Jak to zrobisz, nie mając chwytnych palców i będąc tak groteskowo małym? - Porwał zwierza w powietrze i zrzucił go spod kopuły. Potem dopadł jeszcze raz, zamykając kota w 'klatce' z pazurów wciśniętych w ziemię. Szczęki rozwarły się, zalewając otoczenie wokół czerwonym światłem - a potem smok zionął czerwonym ogniem wprost w swoją łapę i kota pod nią. Płomienie miały spopielić chowańca.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Smok mógł poczuć że coś dotyka wnętrza jego łapy w czasie gdy ział ogniem. Po chwili kolejna seria kości zaatakowała go od tyłu. 

- Oh, wypuścisz małego kotka? - zapytał niższy szkielet. Ten wyższy odzyskał czaszkę i zaczepił ją. - Bracie, nie mamy czasu na gierki, należy go zniszczyć. - oznajmił ten wyższy. Po chwili Amanis pstryknął i łapa smoka była pusta, kot zniknął. Potem poruszył kosturem i wycelował w smoka.

- San'Nashiator. - powiedział, z kostura wyleciał pocisk magiczny który po trafieniu w smoka nie zranił go za bardzo ale za to oplótł go magicznymi więzami, wtedy też szkielet z mieczem zaszarżował i uderzył od góry w czasie gdy szkielet niższy wystrzelił jeszcze jedną salwę kości.

Wtedy sam Amanis podszedł do paszczy smoka trzymając przed sobą kostur, w ramach tarczy. Po chwili chwycił za maskę i usiłował ją zerwać. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Przeszkodą w zerwaniu maski były ostre kły smoka, który rzucał się i kąsał, niejednokrotnie chwytając kostur, a nawet ręce małego maga.

To był ten moment, kiedy pan Harper postanowił wkroczyć do akcji. Płynnym, wyćwiczonym ruchem zdjął marynarkę i oddał ją dumnemu ptasznikowi z ramienia, który zaś zawiesił ją na pajęczynie.

Pan Harper ujawnił tym samym dodatkową parę szczupłych rąk o niezwykle chudych i długich palcach. Wykonał kilka gestów w powietrzu, jakby nawlekał nić na kłębek, potem okręcił się wokół osi i nikt nie musiał wiedzieć, że gesty te były absolutnie zbędne. Pan Pająk należał po prostu do efekciarzy, a więc uwielbiał teatr i drobne oszustwa.

Wężowe cielsko zwierza zaczęło się rzucać jeszcze bardziej, gdy czerwone łuski zaczęły odrywać się i mknąć jak na wietrze do złożonych rąk Pająka. Wkrótce cały ogromny stwór rozwiał się w drobne, lśniące, czerwone cząstki przy dźwięku rozbijającego się na drobniusieńkie kawałeczki szkła. Wszystkie one wylądowały w dłoniach Pana Harpera, zmieniając nieco wygląd, gdy jego własne ciało zaczęło je przyswajać.

Łuski całkowicie zakryły skórę, zmieniając Pana Pająka w coś większego, niż był przed chwilą. Przede wszystkim stracił nogi na koszt ogona, ale długie cztery ręce pozostały na swoim miejscu, zakończone długimi szponami. Całość wyglądała jak zrobiona z potłuczonego, czerwonego szkła, które w dodatku wydzielało ze środka światło. Zmiana została przypieczętowana ubraniem maski smoka - zmniejszonej nieco. Pan Harper pomknął w stronę małego maga, chcąc zamknąć go w bolesnym, wężowym uścisku. Po drodze zamierzał złapać także towarzyszące magowi szkielety - jednego rozszarpał pazurami, w drugiego zionął ogniem i ostatecznie zaatakował ich twórcę, nie musząc obawiać się o obrażenia fizyczne.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Sytuacja obróciła się w niefortunnym kierunku. Do tego przywołańce zniknęły a przeciwnik stał się wzmocniony, z powodu jego własnego przywołańca. To oznaczało jedno. Trzeba było mu oddać. Ale wpierw, wycofać się, zmienić pozycje. Uniknąć walki. Co za tym idzie, mały mag uderzył dołem kostura w podłożę wysyłając falę uderzeniową, jej jedynym celem było spowolnienie Pana Harpera. Sam Amanis, skoczył w lewo, dość zwinnie, głównie po to żeby zmienić dystans pomiędzy sobą a oponentem. 

- Se'Asair - mruknął, po tych słowach posłał w stronę pająka pocisk który miał na celu jeszcze bardziej go odepchnąć. Zaraz potem klasnął w dłonie. - Riqersai, Aris, Wizahir. Usłysz wezwanie... - powiedział. Kilka mniej zrozumiałych słów i wreszcie pojawił się przed nim magiczny krąg z którego wyłoniła się istota. Demon, rogaty, z błoniastymi skrzydłami. Był spory, jakieś trzy metry, kopyta zamiast stóp. Wyglądał jak typowy wielki demon. Wskazał na Pana Pająka. 

- Spłoniesz robaku! - zawołał po czym skoczył na przeciwnika. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Create an account or sign in to comment

You need to be a member in order to leave a comment

Create an account

Sign up for a new account in our community. It's easy!

Register a new account

Sign in

Already have an account? Sign in here.

Sign In Now

×
×
  • Create New...