Jump to content

Strona Główna  |  Ogłoszenia  |  Lista Fanfików  |  Fanpage  |  Feedback

Arcybiskup z Canterbury

Mistrz Gry
  • Content Count

    5,792
  • Joined

  • Last visited

  • Days Won

    4

Everything posted by Arcybiskup z Canterbury

  1. Arcybiskup z Canterbury

    Ostrze zaskakująco łatwo przeszło przez tkanki, wydając w kontakcie z nimi nieprzyjemny, śliski dźwięk i stukot, gdy metal napotkał kość. Nie rozległ się żaden krzyk. Bezgłowe ciało upadło najpierw na kolana, a potem na brzuch, płasko kładąc się na ziemi i barwiąc juchą piach. Głowa upadła nieopodal, jak na złość z twarzą zwróconą ku Nadżibullahowi z otwartymi w zdziwieniu ustami i półprzymkniętymi oczami. Nie było w tej śmierci niczego boskiego, nie rozbłysło światło ani nie stała się inna magiczna anomalia. Pustynia milczała, pogrążona we śnie i tylko wiatr wzmagał jakikolwiek ruch. Aslan odskoczył w iście pajęczym tempie, poruszony nieoczekiwanym zwrotem wydarzeń i sprawnie wspiął się na ramię Hamzata, wywołując przy tym lekkie dreszcze na skórze mężczyzny. Było w pająkach coś niepokojąco niekontrolowanego, nawet tak cywilizowanych. - Potrafisz zaskoczyć, panie Hamzat. Ładny cios. Szybki. Chciałbym umieć tak szybko uśmiercać! - W cichym głosiku brzmiał autentyczny podziw. Oba duchy nie wydawały się być oburzone tym, co się stało. Owszem, na ich niematerialnych twarzach rysowało się zdziwienie, ale Hamzat nie odczuwał z ich strony potępienia, a emocje widm odczuwał jak swoje własne. - Tak chciał Srebrzysty Pan - skwitowała kobieta, próbując patrzeć wszędzie, tylko nie na bezgłowe ciało. - Tak chciał Srebrzysty Pan - zgodził się mężczyzna, zawieszając wzrok na Hamzacie. Nieco mniej pogodzony z losem był Harusepth, którego dźwięk dekapitacji podniósł na równe nogi. Zamroczony snem kapłan z początku absolutnie nie wiedział, co się stało. Wraz z nim obudziła się też Sigrid, która swoją aktywność ograniczyła do tępego wpatrywania się w zwłoki i zmarszczenia czoła w wyrazie skomplikowanego procesu myślowego. Odsunęła się też od rozchodzącej się coraz wolniej plamy krwi. - Ona nie dobra? - zapytała w końcu, podszywając pytanie ogromnym niezrozumieniem. - Coś ty zrobił? - Słowa rzucone przez kapłana zawisły w powietrzu na parę długich chwil, a jego czarne oczy wpatrywały się w Hamzata karcąco. Jego twarz, na co dzień tak poczciwa, nabrała wyrazu nieoczekiwanej srogości. Szybko połączył bezgłowego trupa z mieczem w ręce Nomady. I w całej tej chwili napięcia tylko para sępów pozostawała nieporuszona jak sama pustynia. Ptaszyska spały sobie jak gdyby nigdy nic, ciasno stłoczone obok siebie.
  2. Arcybiskup z Canterbury

    Iriel przemyślał sprawę. Sądził, że po zniszczeniu pęt poczuje się wolny, ale poczuł tylko niepokój związany z podejmowanym ryzykiem. Powiedzieć, że poczuł niepewność w związku z niedyspozycją Mieszka to też powiedzieć za mało. W ciągu tego krótkiego czasu zdążył w pewien sposób zapałać do niego jakąś szczątkową sympatią, jako że herszt okazał mu litość i był stosunkowo rozsądny. No ale jak działać, to działać. - Ja tam wodzem nie jestem i na wodzowaniu się nie znam, ale mogę parę rzeczy podsunąć. Pierwej, wstrzymajmy się z zarżnięciem tamtych obrzydłych opojów, nim faktycznie się nie opiją. I warto poczekać aż się ściemni, coby wyprowadzić stąd rannych. Nas niewielu i mamy kiepskie zaopatrzenie, a tamci mają solidną broń. Jestem za burdą, ale dopiero jak ich zmorzy alkohol. To tylko propozycja. I żeby przypadkiem żaden nie podniósł ręki na wieśniaków, oni niczemu niewinni. Z siekierą w rękach czuł się trochę pewniej. Siłą rzeczy i trochę wbrew swojej woli poczuł, jak powoli przestaje dystansować się do swoich zbirów i nawet odczuwa wobec nich jakieś malutkie pokłady empatii.
  3. Arcybiskup z Canterbury

    (wydawało mi się, że gdzieś pisałam, że się zmniejszyła. Ale mogłam to też pominąć) Bhati zerknęła na Hamzata i skinęła głową. - Słyszeli? To teraz sio, do światła wszyscy poza dwójką wybranych. Poszli mi stąd, ale już! - Machnęła niedbale rękami i tłum duszyczek rozwiał się, pozostawiając tylko wspomnianą lekarkę i skrybę, którzy najwyraźniej całkiem się cieszyli z wyboru Hamzata. Bogini-matka w normalnym rozmiarze stanęła naprzeciw Nomady. Podniosła dłonie i chwyciła ramiona Hamzata. - Oczywiście, że posłużę ci pomocą. A zrobię to ponieważ jesteś moim dzieckiem, Hamzacie. Nie mogłabym odmówić mojemu dziecku, dlatego też teraz, w tym momencie, biorę cię w opiekę. Cokolwiek się stanie, sępie skrzydła będą cię chronić i będą przy tobie. Mam nadzieję, że nie dasz mi pożałować tej decyzji. Uchwyciła twarz Nomady w dłonie i złożyła pocałunek na jego czole. Pocałunek rozszedł się mrowieniem po twarzy mężczyzny, a bogini puściła go i odsunęła się na krok, mierząc go badawczym spojrzeniem. Nie było żadnych przykrych skutków jej działania, a mrowienie ustało. Oba duchy stały z boku, czekając na działanie Hamzata, a reszta towarzystwa spała.
  4. Arcybiskup z Canterbury

    Z niemal radosnym sapnięciem dosięgnął siekiery, żeby następnie włożyć całą swoją siłę woli i mięśni w równie sukcesywne uszkodzenie więzów. Wkurwiony anioł miał teraz znacznie więcej samozaparcia i zamierzał je, oczywiście wykorzystać, choć z drugiej strony pojawił się jakiś tam dreszczyk emocji i poczucie zagrożenia. Właściwie zaimponowało mu staranie współzbójów, okupione pewnym cierpieniem. Teraz spojrzał na nich nawet trochę łagodniej, kiedy ta pierwsza fala gniewu minęła. Przez parę tylko sekund skupił myśli na wyludnionej nagle wiosce. Ciekawe, czy też podła pogoda ich zagnała do chat, czy coś jeszcze innego. Niemniej Iriel miał teraz ciekawsze rzeczy do skupienia myśli i to też zrobił.
  5. Arcybiskup z Canterbury

    Po słowach mężczyzny zerwał się lekki wiatr. Widział, że parę dusz z gruntu najwyraźniej przyjęło, że skoro nie mogą mu towarzyszyć, to na nie już czas. Tłum przetrzebił się dosyć mocno, ale zostało paręnaście duchów. - Jestem lekarzem. Nie znam Edfu, ale w nagłych przypadkach będę w stanie instruować cię, co należy zrobić żeby uratować życie twoim kompanom albo przynajmniej uchronić ich od strat na zdrowiu. Zarówno jeśli chodzi o powierzchowne jak i ciężkie urazy wewnętrzne - odezwała się kobieta. - Ja również nie znam Edfu, ale byłem skrybą. Mam dużą wiedzę dotyczącą przyrody żywej i nieożywionej. Znam się na roślinach, zwierzętach i otoczeniu - odezwał się mężczyzna stojący najbliżej. - Byłem alchemikiem. Potrafię przyrządzać trucizny i wybuchowe mikstury, które wydzielają dym albo światło. Albo jedno i drugie - odezwał się kolejny. - Ja też byłem skrybą i to nie jest tak czy to dobrze, czy niedobrze, ale mogę nauczyć cię historii naszego zacnego kraju. - Ja mogę zdradzić ci jego tajemnice! - odezwała się kolejna z kobiet. - Byłam nadwornym architektem, nikt tu z pewnością nie wie tyle ile ja konstrukcjach mieszkalnych i nie tylko. - Znam się na kuchni... - Odchowalam ósemkę dzieci... - Jestem w stanie nauczyć cię naszego języka! - Słyszę w głowie boski głos, mogę cię z nim kontaktować! - Nie, po prostu jesteś szalona. I inne, w których malutki tłumek zaczął się już przekrzykiwać, wprowadzając niemały zamęt. - Milczeć! - Bogini zdecydowała się wstać. Kiedy to powiedziała, duchy rzeczywiście zamilkły i wszystkie jak jeden mąż skierowały głowę w jej stronę. - Jeśli nie przeszkadzają ci głosy w głowie i nie wystarczy Harusepth ze swoją wiedzą, wybierz jednego, może dwóch. Będą ci całkowicie poddani, ale będą stanowić obecność. Większa ilość doprowadzi cię do szaleństwa, Hamzacie. Wybierz mądrze, a ja odprawię resztę. - Ależ... Chcemy pomóc! - zaprotestował któryś z duchów.
  6. Arcybiskup z Canterbury

    - Dobra, zamknąć mordy. - Iriel burknął w odpowiedzi na stęknięcie jednego z kompanów, które z kolei było odpowiedzią na siekierę daleko od niego. Zabrał się za działanie, to jest próbował nogą sięgnąć wspomnianej siekiery, przy okazji obserwując czy jakiś chłopski kretyn nie spróbuje zniweczyć działań dążących do uwolnienia się z więzów. Starał się najbardziej jak mógł przysunąć siekierę do swoich rąk, albo rąk sprawnego zbója, który zrobiłby z niej pewnie lepszy użytek. Odgłosy z karczmy tylko go upewniały w tym, że nie ma absolutnie nic niemoralnego w próbie wyrwania się z bandą dzikich sukinsynów spod topora innych sukinsynów, niemniej dzikich, tylko trochę czystszych zapewne. Zwierzęta, trudno byłoby tę zgraję nazwać inaczej.
  7. Arcybiskup z Canterbury

    Zaklęcie i owszem, znalazło się - problem polegał na tym, że jedzenie mogło zostać przetransmutowane z innych składników organicznych, jadalnych dla człowieka, a wokół był tylko piach i skały. No i zapewne małe pustynne żyjątka, obecnie ukryte. - Pamietam, że mojego mistrza pogrzebano tu, bo zdradził cesarza. Pamiętam, że zapanował chaos, ale nie sądziłam, że wszystko zostanie zniszczone. Że Shurima upadnie. Nie znam miast, o których mówisz, Demacjaninie. Wiem tylko, że jeśli te miasta nie mają potężnych magów, a my w porę nie ostrzeżemy ich przed nim... - tu wskazała na lej w piachu - To będzie bardzo, bardzo źle. Udało im się dotrzeć do niewielkiego kanionu, gdzie mogli przeczekać skwar i przenocować.
  8. Arcybiskup z Canterbury

    Kiedy już zdawało się, że poszerzająca się dziura ich pochłonie i pogrzebie w piachu, stanęli na pewnym lądzie i rozległa się cisza. Bardzo nienaturalna cisza. - Musimy jak najszybciej się stąd wydo... - Okręciła się wokół z wyrazem twarzy jakby ktoś jej dał siarczysty policzek. Potem spojrzała na Percivala pytająco. - Co tu się stało? Gdzie jest miasto? Gdzie są ludzie? Ważną informacją mogło być też to, że przewodnika Percivala ze swoim Dzielnym i Niepokonanym Rumakiem Bojowym nie było nigdzie wokół, co pozwalało sądzić, że zwiał.
  9. Arcybiskup z Canterbury

    Gdzieś we wnętrzu Iriela zaczęła narastać złość, a zaczęło się to od kopniaka po nogach. Bodziec bólu rozpoczął lawinę, wzmacnianą kolejno zdradzieckim gnojkiem, całym tym pierdoleniem typa w niebieskim, które absolutnie Iriela nie obchodziło, a wręcz boleśnie wbijało się w uszy, groźbami odcinania części ciała, a na koniec oklejonej syfem dziurze, w której ktoś z jakiegoś powodu mieszka i oni musieli w niej przebywać. Nie odzywał się, patrząc tylko marsowym wzrokiem przed siebie i wyobrażając sobie, jak zdejmuje ciało i pali wszystkich widokiem swojego prawdziwego bytu. Wyobraźnia poszła tak daleko, że aż czuł smród swądu mięsa... A nie, to po prostu były zapachy z karczmy. Iriel przyglądał się tak otoczeniu, mając ochotę skopać bezczelnych gówniarzy urządzających sobie bitwę na błoto z gównem, aż jego wzrok nie zawiesił się na budynku kościoła. Nie to, że poczuł ulgę czy jakiekolwiek miłe odczucia, bo to się nie pojawiło. Ale zaczął się zastanawiać, co by się stało w momencie wejścia do budynku. Może jakieś dodatkowe umiejętności? Może chwilowe uwolnienie z cielesnego ciała, które tak bardzo mu doskwierało? Otrząsnął się z rozmyślań. Nie, pewnie nie stałoby się absolutnie nic. Iriel po prostu wrócił do pławienia się w wyjątkowo brutalnych scenach mordowania tych wszystkich kretynów wokół, znajdując w tym chwilowe wytchnienie i czekając na dalsze wydarzenia. Nie miał też za bardzo ochoty rozmawiać ze związanymi ziomkami.
  10. Arcybiskup z Canterbury

    Żaden z duchów nie tracił entuzjazmu mimo dość opryskliwej odpowiedzi Hamzata. Najbliżej stojąca kobieta przykucnęła, by podjąć rozmowę twarzą w twarz. - Uwolniłeś nas, dzielny barbarzyńco. Nasze myśli nie są już dłużej zespolone, nie tworzymy już strażnika. Chcąc podziękować za twoją przysługę, chcemy oferować ci nasze. - Część z nas jest zmęczona i chciałaby odejść, ale jest tu paru takich, co mogą posłużyć pomocą - wtrącił jeden z mężczyzn. - Nie możemy wiele, nasze możliwości wpływania na świat są małe, ale być może będziemy mogli wspomóc cię naszą wiedzą i radą. - Każdy z nas robił za życia co innego. Mamy tu urzędników, medyków, skrybę... Nawet kapłana i wielu, wielu innych. Czy zechcesz skorzystać z naszych usług? Jeśli zdecydujesz, reszta odejdzie. Możesz również odprawić nas wszystkich, albo zostawić tylko jednego. Pozostawiamy nasze losy w twoich rękach. - Kobieta rozłożyła dłonie i lekko się ukłoniła, cofając się do szeregu dusz. Wyczuło się od nich oczekiwanie. Oczekiwała również bogini, przypatrująca się w milczeniu scenie nieopodal jej.
  11. Arcybiskup z Canterbury

    Dalsza wędrówka tego dnia była wybitnie męcząca dla Hamzata, który miał zapewnione sporo mocnych wrażeń tego dnia. Świetlik niestrudzenie unosił się, nigdy nie dalej niż pół metra od niego. Harusepth szedł w towarzystwie wielbłąda i Bhati, czasem niemrawo zamieniając słowo z tą drugą. Nie wyglądali na szczęśliwych. Zdawało się wręcz, że są przytłoczeni. Sigrid trzymała się wiernie blisko Hamzata, a para sępów leciała wytrwale nad ich głowami. I tak do wieczora. Edfu zdawało się być już niedaleko, ale niebezpiecznie było podróżować nocą przez pustynię, więc nocny odpoczynek był konieczny. Ponownie nie trzeba było ustalać kolejki wart, bo tym obciążone zostały sępy. Podczas drogi znaczącym ułatwieniem był strumyk, który dawał w pewnym stopniu poczucie bezpieczeństwa, a którego szum był przyjemną odmianą od wycia wiatru i szelestu piachu. Sen szybko zmorzył Hamzata, ale nie dane mu było przespać nocy za jednym zaśnięciem. Zbudziły go dość natarczywe szepty i to tuż nad uchem. - Nie żyje? - zapytał żeński głos, nienależący do Bhati. - Pewno, że żyje. Śpi. Nie pamiętasz już, że też sypialiśmy? - A, tak. Było coś takiego. O, patrz. Chyba już nie śpi. Śpisz? Nad mężczyzną tłoczyły się lekko błękitne, przezroczyste sylwetki. Można było dostrzec rysy ich twarzy, nawet ubiory, których Hamzat nigdy jeszcze nie widział. Jego wzrok ogarniał trzy kobiety, skandalicznie ogołocone - było im widać ramiona, kolana, a nawet dekolty, nie wspominając o twarzach i włosach. Najbliżej stojąca czwórka mężczyzn również miała włosy, zaplecione w fikuśne fryzury i równie krótkie ubrania. Sylwetek było więcej, ale im dalej, tym bardziej się rozmazywały. Przy tym należy zaznaczyć, że Hamzat nie znalazł się wcale w jakimś innym wymiarze. Ogromna tarcza księżyca oświetlała przygasłe ognisko, przy którym spali Harusepth, Sigrid i wielbłąd. Nieopodal lewej ręki Hamzata spoczywał sobie na piasku Aslan, który zapewne nie spał, ale też niczego nie komentował. I prócz ich dwóch nie spała tylko Bhati, która uważnie obserwowała nomadę z pozycji siedzącej. Nigdzie nie było świetlika. - Hej, śpisz? - ponowił pytanie duch.
  12. Arcybiskup z Canterbury

    Niesamowite, jak szybko postępowały wydarzenia i szanse na utratę życia i/bądź trwałe uszkodzenia ciała. Cholera, szkoda że tamtego zadźgali, Iriel naprawdę się starał zszywając go. Ale ostatecznie lepiej tamten niż on, a jego duch i tak będzie żył dalej i wszystkie te inne bzdety. Nie czas był jednak rozpaczać nad zmarłym, czego Iriel nawet w zwyczajnych okolicznościach pewnie by nie zrobił, także po prostu trudno i tyle. Poczuł się trochę lepiej, kiedy ten typ w niebieskim się do niego odezwał. Poczuł się trochę gorzej słysząc, w jakie tarapaty się wpakował. Chuj tam już z tymi wszystkimi posłami, osłami, królami i innymi, oczywiście, Iriel był znacznie wyżej niż oni. Tylko że no, jakby... był. Iriel chciał nawet wytłumaczyć jak to 'banda obdartusów' dorobiła się medyka, gdyby tylko rozmówca był tym zainteresowany. Nie był, toteż Iriel się nie odezwał i póki co czekał na to, co przyniesie los. Póki co jego myśli popełzły z niewiadomych przyczyn w stronę Bezdecha. Ciekawe, jak stary dziadyga poradzi sobie bez swojej kompanii. Iriel podejrzewał, że pewnie całkiem nieźle.
  13. Arcybiskup z Canterbury

    Woda przyniosła natychmiastowe ukojenie, tym bardziej, że była zimna. Strumień nie mógł powstać dawno, jako że wokół niego nie zdążyły jeszcze wyrosnąć pustynne rośliny. - Oczywiście, że przywiódł - odparła bogini z zadowolonym uśmiechem. Podeszła też i bliżej Hamzata, tak blisko, by palcem tknąć świetlika. Ten, jako że był niematerialny, zatańczył tylko wokół dłoni Bhati i wylądował nad drugim ramieniem nomady. - To nie jest taki świetlik - zaprotestowała. - To duch. To wiele duchów. Wpadłeś do jakiegoś grobowca? Musiałeś mieć szczęście, że nie chciały cię pożreć. Zazwyczaj to właśnie robią z żywymi. Niemniej, dobrze, że wróciłeś. Twoje przewodnictwo z pewnością będzie nieocenione. - Bhati zaprezentowała kolejny, szczery uśmiech. Harusepth również podszedł bliżej i zbadał świetlistą kulkę z zainteresowaniem naukowca. On jednak nie zbliżał do niej rąk. - Gdyby naprzykrzały ci się nocą, powiedz. Powinienem pamiętać jeszcze, jak się je odsyła. - Jak to wiele duchów? Gdzie? W tym? - Sigrid nie kryła zdziwienia, z czymś w rodzaju szacunku przyglądając się teraz światełku.
  14. Arcybiskup z Canterbury

    Iriel widząc na co się zbiera, doszedł do wniosku, że to chyba nie jest czas na głupie męstwo, a na obsranie zbroi i kapitulację... Połączoną być może z dramatyczną obroną. To wszystko działo się odrobinę za szybko, a już w osłupienie wprawiła go ta dziwaczna broń na dystans, która chyba z odległości zabiła niedawnego kompana. Z tym nie wygra, nie ma opcji. Poczuł się jak zwierzę zapędzone w pułapkę. W dodatku z niewiadomych przyczyn miał wrażenie, że ten pędzący na niego z okrwawioną mordą to chyba ten, z którym uprzednio "wygrał pojedynek". Mógł się upewnić, że wygrał trochę dokładniej. - Żeszkurwa - wymamrotał, ale nawet nie wstał, sparaliżowany strachem. Podniósł dłonie w górę, mając nadzieję, że ktoś powstrzyma tego kretyna przed zabiciem jego ciała, ale kiedy doszło do niego, że to może nie wypalić, wstał na równe nogi pchnięty impulsem. Następnie próbował jakoś w miarę odskoczyć, ale dopiero kiedy oponent byłby blisko. - Ja tu jestem tylko medykiem! Tylko medykiem, nie ma sensu... Proszę, o, ja tylko zszywam tego tutaj, nie mam broni, nie mordujcie!
  15. Arcybiskup z Canterbury

    Nim odpowiedziała kobieta, odezwała się ziemia, a właściwie coś z głębi ziemi. Ziarnka piasku, póki co zatrzymane, zaczęły opadać do tworzącej się na nowo dziury. Twarz nieznajomej pobladła, jakby w momencie straciła krew z organizmu. Oczy otwarły się, jakby miały wypaść z oczodołów. Kobieta doskoczyła do Percivala i pociągnęła go za rękę, żeby odbiec jak najdalej od nadchodzącej katastrofy. Z wnętrza ziemi wydobył się stłumiony ryk.
  16. Arcybiskup z Canterbury

    - Jak tu zostaniemy na zawsze, to ci się nie przyda - odparła. Zaklęcie spowodowało, że piach wzbił się w powietrze. Widoczność została gwałtownie przerwana i zapanował chaos. Percivala poderwało w górę tak nagle, że żołądek aż podszedł mu do gardła. Stracił całkowicie poczucie orientacji, uderzył o coś lekko, a potem nieznajoma siła rzuciła go na... Piach. Na zewnątrz, poza grobowcem. Byli na powierzchni. Nieznajoma zmartwychwstała leżała nieopodal, krztusząc się piaskiem. Brutalnie bo brutalnie, ale zaklęcie pomogło i nie byli już uwięzieni. Kobieta podniosła się, ocierając twarz z kurzu. Była bardzo wysoka i bardzo szczupła - jej proporcje były nieco inne niż proporcje zwykłego człowieka, włączając w to niebywałe długie palce. - Żeby Demacjanin miał w palcach iskrę do magii? Kto by pomyślał - stwierdziła, patrząc na mężczyznę nieco bardziej przychylnie, może nawet i z pewnym szacunkiem.
  17. Arcybiskup z Canterbury

    Iriel poczuł presję. Najpierw próbował Po znalezieniu dratwy przystąpił gorączkowo do działania, to jest zszycia dziury w brzuchu. Oczywiście to było rozwiązanie tymczasowe, ale póki co lepsze to niż nic. Iriel gdzieś z tyłu głowy czuł, że jeśli zbój przeżyje, to przy zdejmowaniu szwów będzie na niego złorzeczył. Powiedzenie że gruba nić którą znalazł była niedelikatna było srogim niedociągnięciem, ale niech się niewdzięcznik cieszy, że ktoś mu w ogóle pomógł. No, jeśli przeżyje. W całym tym ferworze walki i chaosie z początku nie zauważył niebieskiej, zimnej mary, która pojawiła się znikąd. Inna sprawa, że nie zjawisko wizualnie nie było zbyt natarczywe, niemniej po skończonej robocie Iriel zwrócił na nią więcej uwagi, próbując dojrzeć i zinterpretować to co widziały oczy i przy okazji wciąż zachować tyle przytomności, żeby nie dostać metalem. Dla bezpieczeństwa chwycił lekki miecz swojego pokonanego oponenta.
  18. Arcybiskup z Canterbury

    Sęp od czasu do czasu zawracał, aby nie oddalić się zanadto od Hamzata. Nie inaczej było ze świecącą kulką, która nie odsuwała się od ramienia mężczyzny, cały czas wydając z siebie cichutkie, niezrozumiałe szepty. Słońce znów zaczęło się dawać we znaki, a droga powrotna dłużyła się, uświadamiając Hamzatowi jak bardzo oddalił się od swoich we mgle. To właśnie do nich prowadził go sęp. Cała trójka ludzi i wielblad czekali na przybycie Nomady w skałach obok przepływającego strumienia. Kapłan wylegiwał się na płaskim kamieniu. Nie wydawało się, żeby skwar mu przeszkadzał. W cieniu innej, większej skały siedziała na ziemi Sigrid, a za nią bogini, najwyraźniej próbująca zapleść warkoczyki na rozczochranej głowie dziewczynki. Pojawienie się Nomady zniweczyło ów plan, bo Sigrid zerwała się i wystrzeliła jak z procy w stronę Hamzata, emanując radością jak szczeniak. Przybycie mężczyzny wywołało zainteresowanie wszystkich obecnych, łącznie z umiarkowanym zainteresowaniem wielbłąda. - Ha... Co to jest? - zapytała, zatrzymując się tuż obok niego i pokazując palcem w świetlika. Euforię zastąpiła ciekawość.
  19. Arcybiskup z Canterbury

    - O, by cię... - zaczął Iriel, ale przekleństwa nie dokończył. Już chwycił jeden z mocno alkoholowych trunków żeby go otrzeźwić, kiedy zdał sobie sprawę, że przecież z nieprzytomnym będzie znacznie łatwiej. Dlatego też, korzystając z darmowego znieczulenia i obserwując uważnie, czy chory jeszcze oddycha, Iriel moczy palce w znalezionym trunku i sprawdza, co dokładnie zostało uszkodzone i czy w ogóle jest jakaś szansa. Szczerze wątpił, aby dar mógł mu jakkolwiek pomóc z taką dziurą w trzewiach, ale przecież nie zaszkodziło spróbować, a nie miał warunków do przeprowadzenia skomplikowanej operacji.
  20. Arcybiskup z Canterbury

    Nieokrzesana kobieta wyrwała Percivalowi księgę z rąk i zaczęła ją wertować. Każdy jej ruch, nawet przekładanie stron tomiszcza krył w sobie całkiem widoczną brutalność, może nawet gniew. Klapnęła na piach, siadając ze skrzyżowanymi nogami. Paręnaście długich minut później coś się wydarzyło. - Ha! - odezwała się kobieta triumfalnie. Wstała, dziarsko podeszła do kupca i wcisnęła mu księgę w ręce. Siła uderzenia wypchnęła mu powietrze z płuc. - Czytaj! - rozkazała, pokazując palcem jeden akapit pod koniec książki.
  21. Arcybiskup z Canterbury

    Postanowił, że ostrożne opatrzenie rannego jest najbezpieczniejszą opcją. Jeśli przegrają, będzie przecież tylko medykiem, który przypadkiem znalazł się w nieodpowiednim towarzystwie i teraz z litości serca pomaga nikczemnikowi. Broń oczywiście nie należy do niego, choć musiał się w istocie jakoś bronić. Na jego korzyść przemawiało to, że nikogo nie zabił. Iriel co chwila, jak spłoszony zając rozgląda się, żeby przypadkiem nie dostać metalem między żebra z jakiegoś najmniej spodziewanego kierunku. Przy okazji próbuje opatrzyć rany towarzysza. W pierwszej kolejności chce znaleźć wodę albo alkohol, którym mógłby je przemyć. W drugim szuka materiału na opatrzenie i zatamowanie krwawienia - jeśli ma odpowiednio czystą koszulę czy inny kawałek ubioru, właśnie to wykorzystuje. Nie traci przy tym czujności, starając się zrobić to odpowiednio szybko i nie umrzeć.
  22. Arcybiskup z Canterbury

    Niewidzialna siła pchnęła prawą dłoń Hamzata w stronę potwora, a ten pod wpływem impulsu, bądź podobnej siły skłonił się. Dłoń zetknęła się z czołem najwyższej z mumii, aby zaraz potem zniszczyć monstrum. Część z mumii rozsypało się w proch, te mniej nadgryzione zębem czasu po prostu odpadły i znieruchomiały w niechlujnym, makabrycznym stosie nieprzypominającym już jednak abominacji, która wcześniej stała przed Nadżibullahem. Z popiołów zaczęła ulatniać się biała mgiełka, a im wyżej była, tym bardziej była nieprzezroczysta. Zwijała się w wąskie strużki, na końcu których lśniły świecące, białe sfery. Wszystkie te widmowe świetliki wzniosły się na niewielką wysokość. Do uszu kapłana dotarły cichutkie szepty, setki wysokich, narastających głosów. Świetliste kulki, wirując w powietrzu jak pyłki zbliżyły się do siebie i zjednoczyły w niezwykle jasnym błysku. Większy, opalizujący świetlik podfrunął do Hamzata, okrążył go i zawisł w powietrzu koło jego prawego ramienia. Mgła zaczęła rzednąć, aż wreszcie ukazało się słońce, a jego śladem - cały pozostały krajobraz. Mężczyzna zabłądził dość daleko, bo nie było widać ani rzeki, ani jego towarzyszy. Za plecami rozległ się jednak charakterystyczny skrzek - wielki, płowy sęp siedział na ziemi nieopodal niego. Wpierw wzbił się ciężko do niskiego lotu, potem zatoczył mały krąg nad ziemią i wrócił do Hamzata. Gdy wylądował, zaczął podskakiwać, jakby ponownie chciał wystartować. Ptaszysko obrało ku temu konkretny kierunek i nie spuszczało z księżycowego kapłana wzroku, co chwila na niego krakając.
  23. Arcybiskup z Canterbury

    Pośród całego tego mordu, smrodu, darcia mord i innych wesołych elementów przedstawienia, Iriel dostrzegł światełko optymizmu po przeprowadzonej kretyńskiej do bólu akcji, która dodatkowo zakończyła się powodzeniem. Najpierw miał ochotę skakać, żeby wydzielić jakoś powstałą radość z ocalenia tyłka, ale potem skarcił się w myślach za akt przemocy, którego właśnie dokonał i towarzyszący temu entuzjazm. Skarcił się bo uznał, że tak wypada, nie dlatego, że poczuł jakiekolwiek wyrzuty sumienia. Teraz, kiedy już odwalił pokazówkę z głupawą odwagą, mógł zająć się mniej ryzykowną moralnie kwestią, to jest postanowił znaleźć jakiegoś konkretnie rannego członka swojej bandy, zataszczyć go bliżej lasu i pomóc. Ot, żeby było widać że coś robi. W głębi siebie Iriel miał ochotę pomagać też tym napadniętym, ale zdawał sobie sprawę, że to by było bardzo nierozsądne i nie warto było psuć kontaktów, które sobie zrobił. Zabrał więc swój ciężki oręż, dodatkowo postanowił też zarekwirować broń swojego pokonanego oponenta. Z ciekawości. A być może i dlatego, że czuł, że zwyciężył i musi sobie zabrać pamiątkę. To właśnie zrobił i przywracając umysłowi czujność i powagę, ruszył pomagać ziomkom.
  24. Arcybiskup z Canterbury

    Ponieważ istotą jakimś sposobem dzieliła się z nim emocjami, mógł odgadnąć obecny jej nastrój. Obrzydliwy twór nie odczuwał w stosunku do Hamzata krzty agresji - cały czas był spokojny, wpatrywał się w niego i Nomada czuł jedynie coś w rodzaju pragnienia, którym ów emanował. Prócz tego mógł też czuć pewne niezrozumienie. Wydawało się, że abominacja czuje tym większy podziw ile więcej słyszy słów, których znaczenia nie rozumie, bo nie rozumiała. - Zostaliśmy stworzeni do prostych rozkazów, ale teraz rozumiemy. Pójdziemy za tobą jak za światłem, Księżycowy. Idź, a zrobimy co każesz - odparła całość. Wówczas to poruszył się ponownie jeden z truposzy, który wcześniej wykazywał zaskakująco dużo samodzielności. - On chce, żebyśmy byli katem! - oznajmił. Wtedy wielka, przednia łapa uniosła się, chwyciła nieposłusznego i z odrażającym dźwiękiem pękania i strzelania wyrwała z korpusu, żeby potem wyrzucić na ziemię obok. Mumia już się więcej nie poruszyła. - Dlatego właśnie kapłanów nie bierze się do projektów grupowych. Teraz wskaż nam proszę drogę, panie. Jesteśmy gotowi.
  25. Arcybiskup z Canterbury

    Iriel zastanawiał się, czy werwa tych drani do obrabowania losowego bogacza nie była uzasadniona szaleństwem. On sam obecnie nie radził sobie z ilością bodźców, to jest nakładających się na siebie dźwięków i kolorów głównie. Gdzieś w tym całym rabanie miał jeszcze podjąć akcje polegające nie tylko na przeżyciu, ale i pokonaniu jakiegoś człowieka i doszedł do szybkiego wniosku, że ktoś kto się w tym wszystkim odnajduje i jeszcze czuje przyjemność niechybnie musi być wariatem. I oto nadarzyła się okazja walki o życie. Zdaje się, że to ostre w rękach niebieskiego jest tym, czego za wszelką cenę Iriel powinien uniknąć. Skupiwszy się na celu, pozwolił działać ciału i puścił się biegiem w stronę nacierającego. Ponieważ i tak nie umiał się posługiwać bronią, postanowił zrobić coś raczej głupiego i w odpowiednim momencie rzucić tym ciężkim, nieporęcznym gównem w drania z ostrzem, a samemu odskoczyć w bok, licząc na to, że ciężki oręż zderzy się z głową oponenta. Iriel nie odmówił sobie szaleńczego krzyku w drodze do potencjalnego oprawcy.
×
×
  • Create New...