Arcybiskup z Canterbury

Mistrz Gry
  • Dodanych treści

    6242
  • Dołączono

  • Ostatnia wizyta

  • Days Won

    4

Arcybiskup z Canterbury last won the day on December 5 2016

Arcybiskup z Canterbury had the most liked content!

Reputacja społeczności

847 Legenda Forum

Informacje o Arcybiskup z Canterbury

  • Ranga
    Glon
  • Data urodzenia 31.10.1997

Informacje profilowe

  • Płeć
    Ogier
  • Miejsce zamieszkania
    Wygwizdów Górny
  • Zainteresowania
    Absolutnie żadnych.
  • Coś o sobie
    Pewnego dnia dobierze się do ciebie, nauczy cię, jak być świętą krową.

Kontakt

  • Strona www
    http://oksymoron31.deviantart.com/

Ostatnie wyświetlenia profilu

77506 wyświetleń profilu
  1. Dziękuję. Hola, hola, nie chodzę na ASP. I nie jestem forumowym Beksińskim, tylko forumowym Arcybiskupem/Oksymoronem i wolę, żeby tak zostało. Nie chciałabym, żeby ktoś mnie zadźgał nożem we własnym mieszkaniu. (Nie inspiruję się Beksińskim, chociaż wiem że patrząc na Głód trudno w to uwierzyć. Wszystko to wymyśliłam w mojej własnej, ciasnej puszce mózgowej bez udziału Beksińskiego. Ani starszego ani młodszego). Czuję się... zbulwersowana. Bo ujawniłeś całemu światu moje diabelskie zamiary i tak być nie będzie. Na szczęście zagląda tu tak mało ludzi, że obawiam się, że mnie ni powstrzymasz, Wilczku. *Tu wstaw błyskawicę i grzmot* Dziękuję.
  2. Patrzcie jakie to jest dobre

    /aktualizacja/

     

    1. WilczeK

      WilczeK

      Zapachniało foodemperorem. 

  3. Dzień dobry, przybywam po atencję. Oto Czterej Jeźdźcy Arcybiskupa: Głód Wojna Zaraza Śmierć
  4. Swain wyjątkowo nie był w swojej komnacie, a... przed nią. Stał, udzielając odpowiedzi na jakieś nurtujące pytanie mężczyźnie z niemal pewnym stopniem generała, łysym, który trzymał mapę i posłusznie kiwał głową. Po krótkiej chwili generał ukłonił się lekko, zmierzył wzrokiem nadchodzących Rennarda i Cassiopeię zatrzymując wzrok na dłużej na Cassiopei i odmaszerował. - Kogo ja widzę... Zaginiona panna Du Couteau w świetnej formie - odezwał się Swain bez krzty sarkazmu w głosie, a z autentyczną, oszczędną radością. Zaraz potem zwrócił wzrok na Rennarda. - O, i nawet młody DeWett jest w całości. Świetnie, świetnie, gratuluję.
  5. - Myślę, że lata na sobie... Bez niczyjej ingerencji - odparł w zamyśleniu. - Zastanawia mnie też, jak doktor Singed ukryje przed służbami Piltover swoje podwodne laboratorium. To mimo wszystko duży obiekt... Nie jest w stanie zupełnie zniknąć - stwierdził. Ale oto z przemyśleń wyrwała go pielęgniarka, która weszła do sali. - Muszę pana przeprosić, ale pani ma za piętnaście minut wizytę na sali operacyjnej.
  6. - A... O. Ojej - odpowiedziała siostra, zbita z tropu. Przez jej twarz przemknął żal, potem niezdecydowanie, a na końcu coś w rodzaju determinacji. - Może i był nieco lepszy niż matka, ale nie oszukujmy się, wciąż był z niego kawał sukinsyna. Koniec tego, młody DeWettcie. Muszę iść zmyć z siebie... mamusię - powiedziała, poklepała go po ramieniu i wyminęła, żeby ruszyć w sobie tylko znanym kierunku. Najpewniej do rezydencji.
  7. Na twarz Christine wkradła się złośliwość, ale nie przytłoczyła uśmiechu. - O, teraz cię Edward interesuje, co? Nie wiem, byłam u niego kilka godzin temu. Okaże się, jak do niego wrócimy. Cóż, teraz jesteśmy jedynymi trzema DeWettami i jeśli chcesz znać moje zdanie, ostatnimi. To znaczy, chyba że ojciec... Ale nie sądzę, żeby szybko wrócił do Noxus. Nie po tym, jak zwiał - odpowiedziała.
  8. - Przedstawiłam się już - odparła Hania, nie do końca rozumiejąc o co takiego chodzi przeciwniczce. Z tropu zbiły ją także jej dziwne zmiany emocjonalne, a naprawdę zagubiona poczuła się, kiedy Monika skuliła się na ziemi. No... Nie była pewna, czy to co powstało wokół nich miało wywołać tak piorunujący efekt. Pewnie dlatego, że jedna i druga magia działały na nieco innych zasadach, stąd ta dziwaczna rozbieżność, ale.. Aż tak? - Czy powiedziałam coś nie tak? - zapytała w końcu z bezgranicznie zdziwionym wyrazem twarzy. Zęby srebrnego lisa... Dziwne, że nie dotknęły jej bezpośrednio, a mimo to poczuła ból. Nigdy wcześniej nic nie oddziaływało na nią w tej rzeczywistej dla niej sferze. W tej metafizycznej. I chociaż uczucie było niepokojące, otrzeźwiło Hanię po tych wszystkich procesach, które rozegrały się wokół w ciągu kilku chwil. Lis rozerwał łączący je most... Czyli katedra znów była tylko jej? Tak się wydawało. Tylko dlaczego ściany zaczęły szarzeć? Atrament w oczach posągów nie był jak sądziła problemem, a jednak coś naruszyło strukturę jej wewnętrznego sanktuarium. Problem polegał na tym, że Flamboyant był efektowny, ale wielce skomplikowany. Wszystkie te ornamenty, witraże, tworzące jedną całość podzieloną na różne tkanki. Jeden ogromny, kamienny i żywy organizm zasilany przez to, czym była Hania. Każde sanktuarium musi mieć ducha. Inaczej stanie się tylko kamieniami ułożonymi w narzuconym przez kogoś porządku. A tych tkanek, tych szczegółów, było póki co zbyt wiele aby sprawdzić każdy z osobna i wykryć przyczynę nieprawidłowości. Gotyk płomienisty był dobry do przepływu energii, dobry do wzniesienia się aż pod niebo i dobry aby rozproszyć mrok w sercu. Ale był zbyt skomplikowany. Hania doszła do wniosku, że czas porzucić tę formę. Bo bywało, że nie chodziło o to jak sanktuarium wygląda... ...Ale chodziło o to, czym jest. To coś co zakłóciło strukturę katedry zakłóciło też strukturę Hani. Czuła gdzieś w głębi siebie drzazgę, coś istotnie przeszkadzało. Należało więc całą tę katedrę ponownie w siebie wchłonąć... Hania twierdziła, że nie lubi znajdować się w centrum uwagi. Oczywiście nie było to prawdą, bo każdy lubi czasem skraść sceniczne pięć minut dla siebie. Nawet jeśli był tylko personifikacją. A może aż personifikacją? Jej oczy rozbłysły białym światłem, a mury wokół, posągi, witraże i wszelkie inne elementy konstrukcyjne rozmyły się, tworząc barwne wstęgi wnikające w Hanię. Po niedługiej, acz elektryzującej chwili przy której zdawało się że nieistniejąca ziemia drży i wieje porywisty wiatr, pozostała ponownie tylko pustka. Ale zacznijmy od początku... Od prostych form, od esencji rzeczy. Od momentu, gdy nie miał wielkiego znaczenia kształt. Tak będzie łatwiej. Postać Hani poddała się temu samemu zabiegowi co cała katedra - stała się rozmazana, ale wciąż promieniowała światłem, teraz pomarańczowoczerwonym. Zapadła pełna napięcia cisza... A po chwili wszystko eksplodowało. Wszędzie czerwienie, brązy i żółcie. Wszędzie czarne, faliste linie układające się w proste kształty. Bizony, konie, renifery, tygrysy. W rzeczywistości żadne z tych zwierząt tak nie wyglądało. Bo nie chodziło o to, jak wyglądały, ale o to, czym były. Wokół Hani, będącej teraz tylko zbiorowiskiem świetlistych linii, nieukształtowaną postacią, powstał krąg z wielkich kamieni. I ponownie kamienie były linią ochrony, czymś za co świadomie się nie przechodzi i znów one były nią, a ona nimi. Oto było sedno sanktuarium, najprostsza jego postać i najtrwalsza. Była w trakcie szukania zadry... I znalazła ją. Skupisko światła podeszło do jednego z kamieni i znalazło na nim prosty rysunek lisa. Ktoś kto rysował tego lisa wiedział, jak lis wygląda, wiedział jak się porusza i zdołał utrwalić ten ruch. Nie chodziło o szczegóły. Chodziło o esencję. Hania wzięła ów rysunek, zabrała z kamienia i wypuściła go w powietrze, materializując płaską formę w formę trójwymiarową, która leniwie dołączyła do reszty zwierząt, opuszczając samą Hanię. Gdzieś w oddali słychać było bębny.
  9. - Teraz? Teraz to już w jak najlepszym, Ren. Szkoda tylko, że matka mnie zafajdała jakimś paskudztwem, które miała we krwi... Strasznie swędzi - stwierdziła. Omiotła brata wzrokiem od stóp do głów, potem spojrzała na Cassiopeię i uniosła dłoń w geście powitania, dyskretnie nie patrząc na ogon. - Widzę, że całkiem dobrze się miewasz, Cassiopeio. Dobrze że wróciłaś. A ty... - zmarszczyła czoło i wyciągnęła dłoń z palcem wymierzonym w stronę brata. - Jesteś cały! Jednym susem znalazła się przy Rennardzie i uścisnęła go serdecznie, trochę tylko za mocno, kołysząc się z nogi na nogę. - Czy to drugie truchło też jest już ostatecznie truchłem?
  10. - Ale on jest gdzieś tutaj, Rennard. Chociaż obstawiam, że nieco wyżej. Chodźmy do jego komnat. Im dalej od bramy, tym lepiej było pod względem natężenia szczątków - w głębi pałacu nie było ich już tak wiele, a na drugim piętrze nie było ich już wcale. Na tym samym piętrze Rennard i Cassiopeia trafili na interesujące odkrycie, mianowicie na trupa Celii. Kobieta leżała na podłodze twarzą do ziemi, z podziurawioną piersią i zadrapaniami... Właściwie wszędzie. Krew też była wszędzie. A niedaleko stała Christine, gorączkowo i z obrzydzeniem wycierając ręce o potężną kolumnę.
  11. Zapanowało poruszenie. Szepty i nerwowe dyskusje odbijały się echem po jaskini. Trzeba było czekać kilka minut, aż wrota się rozwarły. A rozwierały się powoli, jak paszcza ogromnego jaskiniowego stwora. Brzmiały jeszcze bardziej upiornie. Stanęło w nich kilku belugańskich żołnierzy. W przeciwieństwie do Kage, ich pancerze były ciężkie i wydawało się, że wytrzymałe. Celowali z broni podobnych do blasterów, ale żadna z luf nie była skierowana w samą Yuri. - Król zgadza się na przyjęcie ambasador i przedstawiciela Kage, pod warunkiem, że towarzyszyć mu będzie tylko dwóch ochroniarzy - odezwał się jeden z nich, zapewne dowodzący. Seth kiwnął głową. - Wspaniale! - oznajmił. - Więc ruszajmy! Wraz z dwoma strażnikami (jeden wciąż trzymał ostrze przy gardle Yuri, ale wystarczająco daleko by jej nie zranić) i obstawą Belugan ruszyli płaskim, szerokim traktem od bramy w stronę oddalonej o kilkaset metrów stacji pociągu. Od traktu odchodziło wiele płaszczyzn schodów, które prowadziły zaś do szerokich otworów w dnie i ścianach, świecących różnokolorowym światłem. Kryształy. Mijali kopalnie kryształów, z Beluganami uwijającymi się jak mrówki. Niektórzy byli na tyle blisko, że Yuri była w stanie rozróżnić ich chude sylwetki w łachach z koszami na grzbietach, bądź prowadzących wózki z wykopanymi materiałami. Zewsząd słychać było mechaniczne trzaski i uderzenia metalu o kamień. Pracownicy nie wyglądali na wolnych i zadowolonych mieszkańców miasta. Co ciekawsze, było ich dość mało, a wszyscy szli wgłąb kopalń, jakby ktoś na szybko próbował usunąć ich z widoku. Seth też nie wyglądał na zadowolonego. Skład czekał już na stacji. Czteroosobowa grupka została wpakowana do jednego przedziału i tym razem pociąg był strzeżony o wiele lepiej niż poprzedni którym jechali. Dowodzący obstawił żołnierzami oba wejścia, tak że nikt nie mógł wyjść bez spotkania się z Beluganami.
  12. - Masz na myśli... Ach. Tak. Prawdopodobnie widząc Milodona zaczną strzelać bądź też na inne sposoby spróbują nas zabić. Żeby do tego nie doszło, jesteście wy. Będziemy udawać że grozimy wam śmiercią, oni przestraszą się tego co może im się stać gdyby coś stało się wam. Tobie. Wówczas powinni wpuścić nas do środka, my wejdziemy bezpieczni i potem pójdziemy do króla ustalać zasady umowy - odparł. - Jeśli mogę coś zasugerować, byłoby świetnie gdybyś udawała przerażoną. Niebawem Milodon dotarł pod olbrzymią, metalową bramę miasta. Mur który oddzielał miasto od jaskini mógł mieć dobre dziesięć metrów, jeśli nie więcej i po obu stronach ciasno stykał się ze skałami. Nim dotarli jeszcze pod same wrota, jeden z wojowników podszedł do Yuri i przyłożył jej ostrze do gardła. - Najmocniej przepraszam - wymamrotał, nie będąc najwyraźniej pewnym tego, co robi. Na szczycie muru pojawili się belugańscy strażnicy, celując z broni dystansowej do... Właściwie do każdego. - To twój moment - szepnął Seth.
  13. Duff zamrugał, jakby go zamurowało. Otwarł usta, aby zaraz potem je zamknąć. - Najmocniej przepraszam bezczelność. Zaraz po powrocie do bazy każę odrąbać sobie język za tę niegodziwość - wymamrotał i ukłonił się uniżenie. Kiedy podniósł głowę, na jego ustach tańczył złośliwy uśmieszek. - Patrzcie tylko. Ubierze taka co innego niż mundur i automatycznie zaczyna się rządzić. Dlatego zawsze powtarzam: baby do wojska się nie nadają - wtrącił LV, szczerząc się w równie złośliwy sposób co Duff. Seth poczekał aż skończą się przekomarzać i dopiero wówczas zabrał głos. - Ma pani na myśli 'zapyziałej, kryształowej dziury'. Nazywamy rzeczy po imieniu - odparł cicho, ale tak, żeby tylko ona mogła usłyszeć. I mrugnął porozumiewawczo. - Teraz zbieram ludzi i jedziemy wprost do Belugan pertraktować, mając nadzieję że ta karkołomna misja i bezczelny plan wypalą - objaśnił. - Proszę za mną. I po kolejnych kilkudziesięciu minutach siedzieli już na grzbietach ogromnych insektów, płynnie poruszając się po mniej lub bardziej oświetlonych komorach wielkiego systemu jaskiń. Wraz z Yuri było dziewięciu innych żołnierzy, pozostali byli transportowani na drugim 'wierzchowcu'. W oddali widać już było kamienne wały ograniczające miasto Belugan umieszczone w skalnym zagłębieniu przypominającym kotlinę.
  14. W Bastionie już od wejścia panował smród. Porządki już trwały, to znaczy Swain ściągnął ludzi którzy zbierali trupy i pozostałości trupów. Pod jedną ze ścian stał rządek pięciu wciąż potencjalnie aktywnych zombie, które czekały na swoje przeznaczenie, to znaczy zapewne na bezpieczną utylizację. Wyglądało na to, że Lucia mówiła prawdę - w miejscach w których leżały ich szczątki, podłoga często była nadtopiona, a fetor spotęgowany o siarkę i inne niezidentyfikowane substancje dodatkowo ubarwiał scenerię. W skrócie, trup był wszędzie. Nawet w atmosferze. - Jasna cholera - jęknęła Cassiopeia, zasłaniając nozdrza i usta rękami. Póki co mało kto zwracał na nich uwagę. Gdzieniegdzie były też spore pajęczyny, co świadczyło o aktywnym udziale Elise bądź jej podwładnych w bitce.
  15. - O, już ty wiesz dobrze co o tym sądzę. Ale sugeruję najpierw skoczyć na chwilę do Bastionu, żeby wszystkim innym się wydawało że jest nam przykro z jakiegoś powodu i przejmujemy się wszystkim, co się stało. A jutro warto coś zaaranżować. Z dużą ilością alkoholu, narkotyków i płci przeciwnej - odpowiedziała, sunąc obok Rennarda po mokrych i śliskich deskach pomostu.