Arcybiskup z Canterbury

Mistrz Gry
  • Zawartość

    5409
  • Rejestracja

  • Ostatnio

Reputacja

492 Wzorowa

O Arcybiskup z Canterbury

  • Ranga
    Glon
  • Urodziny 10/31/1997

Kontakt

  • Strona www
    http://oksymoron31.deviantart.com/

Informacje profilowe

  • Płeć
    Steven Magnet
  • Miasto
    Wygwizdów Górny
  • Zainteresowania
    Absolutnie żadnych.

Ostatnio na profilu byli

80669 wyświetleń profilu
  1. Piach gdzieniegdzie przesypywał się za pośrednictwem wiatru, ale nigdzie nie działy się z nim tak dziwne rzeczy. Kiedy łagodny ruch grzechotki ustawał, piaskowe anomalie również zamierały. - Demacjaninie... Przestań! - syknął Nomad i wstał z miejsca. Podszedł do mężczyzny i wyciągnął wyczekująco dłoń. - Oddaj to. To nie jest bezpieczne, nie tutaj! Nie igra się z Pustką. Oddaj, bo odjadę bez ciebie.
  2. - Coś. Coś! Nie jesteśmy za murami Nashramae, Demacjaninie! Nie widzisz, że to niebezpieczne? Nie, faktycznie, teraz możesz nie widzieć, ale nie masz pojęcia co przesypuje piasek. W grzechotce jest pancerz z Pustki, Pustka jest pod ziemią! Nie rozumiesz, że możesz sprowokować coś, co cię zabije? Co nas zabije! - jęknął. - Twoje skarby! Nie zdobędziesz ich, jeśli będziesz martwy! Kiedy ostatni raz Percival machnął grzechotką, piach przesypał się znacznie bliżej, bo już w zasięgu światła ogniska, choć wciąż w odległości parunastu stóp od ognia. Z bliska widać było, że ziarenka układają się w leciutki wir z płytkim zagłębieniem i zamierają, kiedy zabawka przestaje wydawać dźwięk.
  3. Za każdym razem kiedy obracał grzechotkę w dłoniach, kiedy płytka osuwała się w stronę któregoś z kamieni, na pustyni, w jednym miejscu piasek przesypywał się jakby przeszła przez niego wąska fala wiatru. Póki jednak działo się to wolno, póki zabawka nie grzechotała jednak regularnie, całe działanie ograniczało się do niewinnego przesypywania się piasku po wydmach. - Hej, uspokój się - zwrócił uwagę Percivalowi przewodnik. - Co ty robisz?
  4. Przedmiot był dokładnie taki, jak za pierwszym razem. Wzięcie grzechotki do ręki spowodowało, że chitynowa płytka mimowolnie się przesunęła i z cichutkim stukotem uderzyła w kamień. Kątem oka Percival zauważył, że przez najbliższą wydmę przetoczyła się fala wiatru, która wkrótce się wyciszyła i zanikła. Nomad również musiał to zauważyć , bo podniósł wzrok znad swojej wołowiny i spojrzał niespokojnie na Percivala i przedmiot trzymany w ręce. Niepokój był jednak chwilowy, bo zaraz potem ten wzruszył ramionami i wrócił do jedzenia.
  5. - Ruiny znane tylko mnie. Bliskie terenów łownych Rek'sai. Mnóstwo tam puskląt i jej mniejszych braci, ale mój drogi towarzysz... - Tu klepnął śpiącego, pochrapującego gada. -... Jest nieustraszony! Bo bardzo głupi i po prostu się nie boi - wyjaśnił z zadowoleniem. Gdzieś w oddali zabrzmiały pohukiwania jakiegoś nocnego ptaka. Na gładkiej skale może nie było zbyt wygodnie, ale jak wyjaśnił przewodnik, spanie na piachu jest ostatecznością. W piachu kłębić się mogły skorpiony, pająki, węże i właściwie wszystko, co tylko żyło na pustyni. Było niebezpiecznie. W torbie Percivala, część chitynowego pancerza w grzechotce mieniła się tajemniczo w świetle płomieni ogniska.
  6. - Nie, turysto. "Ona" to Pustka. Rek'sai to tylko jedno z jej dzieci. Wielkie i przerażające, ale nic nie jest tak straszne, jak sama Pustka. Ona cała żyje. Ludzie pustyni nie raz składali jej ofiary, aby ją przebłagać, ale czy to coś dało? Nie wiem. Nikt nie wie. Wiadomo, że pożera wszystko co znajdzie na swej drodze, jest ślepa i pewnego dnia, jeśli nie znajdziemy na nią sposobu, pożre całą Shurimę i w następstwie cały świat - odparł Nomad, absolutnie się tym nie przejmując. Albo to co opowiadał było dla niego odległym scenariuszem, albo miał to za legendę. Spojrzał jeszcze na grzechotkę trzymaną przez Percivala i odchrząknął. - To bardzo ładnie z twojej strony, turysto. Jakieś dziecko które się nią bawiło... No, pewnie przetrwa pamięć o nim czy tam inne bzdury - stwierdził tonem sugerującym, że to co powiedział jest czymś co powinno się mówić, żeby standardowy turysta poczuł się lepiej i sypnął złotem. Z początku pustynia i jej krajobrazy są zawsze fascynujące, ale owa fascynacja mija praktycznie zawsze po paru godzinach. Dla obolałych pośladków Percivala, zatrzymanie się na noc wydawało się być prawdziwym powodem do szczęścia. A zatrzymali się pod wielkim łukiem skalnyn, rozbijając prowizoryczny obóz na płaskiej, gładkiej skale. Z jednej strony byli osłonięci, trzy pozostałe mieli na widoku. Nigdzie tutaj nie było widać ramion Pustki, ani żadnych innych jej objawów. Były za to gwiazdy, jak zwykle lepsze niż w Demacji. Niebu nad Shurimą dorównywało podobno tylko niebo Freljordu i Targonu i widząc nieboskłon Percivalowi łatwo było w to uwierzyć. Zapadł też chłód, z początku przynoszące ulgę, potem z kolei znacznie przesadzony. Zrobiło się naprawdę zimno. - Za dwa dni dotrzemy do celu, po drodze planuję jeszcze miejsce-niespodziankę - odezwał się przewodnik, jedząc porcję suszonej wieprzowiny, takiej samej, jaką dostał Percival.
  7. - To są ramiona Pustki. W określonych miejscach wychodzą z ziemi, kiedy są głodne. Kiedy ONA jest głodna. Ktoś kto tu mieszkał, pewno nie zdołał uciec. Ale teraz niech już idzie. Im dalej stąd będziemy, tym lepiej. Pustka czasem wypluwa to, co zjadła. Zmienione - poinformował mężczyzna, rzucając Percivalowi znaczące spojrzenie. Wielki gad natomiast nie przejawiał niepokoju swego pana. Było mu zaskakująco wszystko jedno. - A to jest... zabawka dziecka, ale z kawałkiem Pustki. To w środku to jest jakby no... To jakby łuska? Kawałek pancerza? Niegroźne już, bo to co było groźne już to straciło. Nie musi się obawiać, może tego dotykać - uspokoił, ale przyjrzał się zabawce, prosząc Percivala, żeby mu ją wręczył. - Barachło. Śmieć. Ale nostalgiczny i smutny, jak chce, niech weźmie. Jako suwenir.
  8. "Dziennik podróżny, dzień drugi. Sykliwą mową, niepodobną mnie do żadnego innego yęzyka, a adekwatną wyelce do nieprzyaznego, pyaskowego otoczenia, towarzysze nomadowie oznaymili mi, że i piekielne istoty spod ziemi o pancerzach i fyoletowej powłoce zwą między innymi xer'sai. Xer'sai mayą królową-matkę, poczwarę Rek'sai, podłą i okazalszą potworę niźli one wszystkie razem wzięte. Rozmyślasz może czytelniku, skąd li mje taka dygresyi przez xera naszła? Otóż kiedy słońce zaświtało nad pustynią, przyszło nam miyać spaczone za sprawą obrzydłych xer'sai szczątki wioski osiadłych nomadów na oazie. Oczy me uyrzały wyrastayące z piasków zęby pokryte nieziemskim fioletem, walne kolumny nienaturalne, a podłe. Wnet moi dzielni walczerze wycofywać się poczęli, mje nakazuyąc to samo. Szczęśliwem zbiegiem okoliczności, prócz zniszczonych chat, żadna poczwara nas nie napadła. Jakaż siła kryje się za tymi ogromnemi kośćmi dziurawiącemi ziemię? Oto było pierwsze spotkanie Vade'a de Martinequa z dyabelskim tworem zwanem tutaj powszechnie Pustką. Zapamiętaj to, dzielny podróżniku i miej Pustkę na uwadze i w szacunku". - Eee, myślałem, że naukowiec. Nawet nic nikomu nie opowiem ciekawego, niech to, tylko ci czyściciele ruin - burknął niezadowolony i pognał swojego jaszczurzego stwora, co nieznacznie przyspieszyło jego tempo. Na parę godzin przed zachodem słońca natrafili na poprzeplataną dziwną, czarną strukturą skałę. Pod skałą znajdowały się resztki glinianej chaty, rozbite i na wpół zakopane piaskiem. Z bliska powykręcana substancja była twarda i błyszcząca. Pod słońce była ciemna, w cieniu mieniła się fioletem. - Możecie zobaczyć z bliska - powiedział przewoźnik. W szczątkach domu rozerwanego twardymi, zastygłymi mackami leżało parę pozostałych po ludziach bibelotów. Był kawałek zniszczonego, skórzanego paska, parę potłuczonych waz, zasypanych brudnych tkanin, które kiedyś były różnokolorowe. Były też jakieś drewniane opaski o niskiej wartości, zardzewiały nożyk z pękniętą rękojeścią, bandaże i coś, co wyglądało jak kamienna grzechotka z rączką, dwiema metalowymi obrączkami i płaskim kawałkiem czegoś, co przypominało w dotyku muszlę z dziurkami i paroma koralikami na sznurkach. Kiedy się nią trzęsło, wydawała klekoczący i syczący dźwięk.
  9. - Niech sobie porobi jakieś drobne zakupy, zdobędzie suweniry z Nashramae, a ja się tymczasem przygotuję, o! Tak się możemy umówić. Pół godziny i ruszamy, drogi panie! Wysokość słońca nie ma znaczenia, trudno będzie tak czy inaczej - wyjaśnił, po czym ponownie klepnął swojego wierzchowca i jak gdyby nigdy nic po prostu ruszył w tłum, zostawiając go. Przygotowania potrwały dłużej niż pół godziny, ale wreszcie nomada zjawił się z paką klamotów na plecach. - Już jestem, już jestem - oznajmił, po czym położył torbę w licznych jukach jaszczura. Na wielkim grzbiecie było dużo miejsca nawet na trzy osoby, więc podróżować będzie się pewnie całkiem wygodnie. Na twardy pancerz narzucone zostały skóry i tkaniny, Shurimianin postawił nawet prowizoryczny daszek chroniący przed palącym słońcem. - No, można wsiadać! I wyruszyli. W drodze mężczyzna przedstawił się jako Deindar i po pokonaniu tłocznych ulic Nashramae, niezliczonej ilości przekleństw i krzyków w końcu udało się wyjść na pustynię. Gorące powietrze musiało skórę Percivala, zgrywając się z pomarańczowymi wydmami i wystającymi gdzieniegdzie skalnymi zębami. Siedzenie na grzbiecie jaszczura, wysoko nad gruntem, dawało poczucie bezpieczeństwa. - To czego w zasadzie szuka o tu, na pustyni? - zapytał przewoźnik.
  10. - Nie, nie, nie... Powtarza za mną: "Al-eks-ku-zif". Taki uczony, a prostych zwrotów nie zna, co? No nic, analfabeci zdarzają się wszędzie. - Przewoźnik rozłożył ręce, a zaraz potem jego uwagę przykuł medalion w dłoni mężczyzny. Pogładził się po swojej gęstej, pokazowej brodzie i chwycił klejnot w dwa palce, poprzedzając czynność pytającym 'hm?', wyrażając tym prośbę o pozwolenie. Nomada przyjrzał się uważnie ozdobie, a dla pewności zza pasa wyjął szkło powiększające, pod którym kontynuował badania. Celem upewnienia się przygryzł jeszcze metal okalający żółty kamień, a potem kiwnął z zadowoleniem głową. - Tak, zdaje się, że nie fałszywka. Zgoda, możemy się tak umówić! - stwierdził, wyciągając dłoń w stronę Percivala.
  11. Wkrótce na horyzoncie pojawiła się zrujnowana kamienica, w której na pewno nie było nikogo. Zniszczenia były na wysokości pierwszego piętra i sufitu parteru, a więc budynku nie zniszczyła bomba. Zapewne zrobił to czołg. Wokół oczywiście były też inne poniszczone budynki, ale ten był ukryty pomiędzy dwoma innymi i sprawiał wrażenie bezpiecznie opustoszałego. Trzeba było przedrzeć się przez górę luźnych, osmalonych cegieł, ale nie stanowiło to większego problemu ani dla Adama, ani dla Irene. Mogli więc wkrótce usadowić się w dziurze, która wcześniej musiała być czyimś salonem. Na ścianach były resztki zielonej, wzorzystej tapety, a nawet dało się znaleźć dziurawą kanapę, na której zresztą usadowiła się Irene. Poklepała miejsce obok siebie.
  12. Wszyscy wkrótce ruszyli w drogę. Wydawało się, że mgła jest lepka. Temperatura nie osiągnęła standardowej pustynnej atmosfery, ale wciąż było ciepło i miało się wrażenie, że to nie mgła wywołuje uciążliwe uczucie wilgoci na skórze, a pot. Niewątpliwą ulgę jednak dawał brak rażących promieni słonecznych i to, że stopy podróżników nie grzęzły w piasku. Dzięki temu wędrówka była znacznie szybsza i mniej męcząca, bo po twardym gruncie szybciej się szło. Po jakimś czasie Hamzat usłyszał delikatne pluskanie płynącej wody i po reakcjach pozostałych mógł dojść do wniosku, że nie on jeden odebrał ten sygnał. Temperatura zresztą znów spadła, dając wytchnienie od duszącej wilgotności połączonej z gorącem, a ziemia pod stopami wydawała się być nieco bardziej miękka. Tylko wielbłąd wydawał się nie być przekonany wizją dalszej podróży. Prychał i kładł uszy po sobie, trzęsąc łbem i wyraźnie stawiając opór. - Czyżby coś było nie tak? - zapytała bogini. - Moi towarzysze nam nie pomogą. Widzą we mgle to samo co my - oświadczyła. Co chwila zresztą, na dowód jej słów, w białym dymie widać było niewyraźną, ptasią sylwetkę. Sigrid też nie wydawała się być przekonana. Szła blisko Hamzata, nerwowo rozglądając się w koło. Jeśli chodzi o ptasznika, zajął wygodne miejsce na wielbłądzim garbie, gdzieś pomiędzy pokrywającymi go szmatami i póki co się nie odzywał. Nie pokazał się też dziewczynce, decydując się na zachowanie dyskrecji. Hamzat miał wrażenie, że coś ich obserwuje. Mgła była bardzo gęsta i powodowała dziwne, nienaturalne poczucie zaszczucia. Cisza jaka panowała dowodziła, że nie tylko on to odczuwał.
  13. - Nie znam wielu piratów w czapkach, nie jestem pewien czy trzeba warczeć, a już na pewno nie trzeba warczeć śmieszną gwarą - odrzekł po chwili zastanowienia. - Ale tak jak mówię, to kradzieże na większą skalę i w dodatku w drużynie, czy może być coś lepszego? Pewnie tak, ale to też jest chyba niezłe. Całkiem przypadkiem jako źrebak spędziłem parę tygodni na statku pirackim, wspominam to naprawdę pozytywnie. Jeśli nie pasuje ci kariera szpiega z burdelu, czemu nie zająć się tym? - zasugerował.
  14. Iriel jednocześnie był i nie był zdziwiony, ale jego zaskoczenie byłoby zdecydowanie większe, gdyby Bezdech nie uwierzył. Swoją drogą zauważył, że uzewnętrznienie przy zielarzu było zaskakująco łatwe i nawet poczuł się trochę lepiej. Taki Bezdech wydawał się być bardzo dobrym słuchaczem, a byłby słuchaczem idealnym, gdyby jego opary nie próbowały odebrać rozmówcy wolnej woli. - Przyznałem się tobie, bo wyglądałeś na kogoś, kto zrozumie. A jeśli nie to, to zaakceptuje czy coś w ten deseń. Wyczucie, ot co, tak mi się zdaje - odparł Iriel, choć w rzeczywistości jego działanie miało charakter czysto eksperymentalny. Nie było to jednak zupełnie kłamstwo - nikomu innemu póki co by się nie wygadał. Mowa zielarza zrobiła na Irielu niemałe wrażenie, ale jednocześnie potwierdziła domysły o tym, że przygłup w rzeczywistości wcale przygłupem może nie być i że trzeba na niego uważać. Poczuł głęboką, wewnętrzną satysfakcję. Nie tym razem, świecie. - Wydajesz się być mądrym człowiekiem, panie zielarzu - rzekł anioł, ale nie z wyższością, a ostrożnym, nieco zdystansowanym szacunkiem. - A już na pewno otwartym i w pewien sposób światłym. - Dzięki za twoje słowa. To mi było potrzebne - dodał. Choć nawet jeśli dalej był aniołem, to wolał być nim ze skrzydłami i swoimi oryginalnymi umiejętnościami.
  15. - No to dlaczego po prostu od niej nie odejdziesz, jeśli uważasz, że dasz sobie radę... W co nie wątpię, bo przecież nie wiem w istocie jak by to wyglądało? Jeśli nie zakuła cię w łańcuchy to droga wolna, idziesz gdzie chcesz, robisz co chcesz, kradniesz co chcesz... Albo umierasz przy próbie kradzieży, ale to przecież ryzyko wpisane w zawód. Możesz też zaciągnąć się do załogi pirackiej, to dopiero kradzieże - zachęcił Jalen mrugając do klaczy znacząco, ale bez żadnego podtekstu. - W przeciwieństwie do Canterlotu tu naprawdę można zrobić co się chce, ze wszystkimi tego skutkami.