Arcybiskup z Canterbury

Mistrz Gry
  • Zawartość

    5429
  • Rejestracja

  • Ostatnio

Reputacja

904 Legenda Forum

O Arcybiskup z Canterbury

  • Ranga
    Glon
  • Urodziny 31.10.1997

Kontakt

  • Strona www
    http://oksymoron31.deviantart.com/

Informacje profilowe

  • Płeć
    Steven Magnet
  • Miejsce zamieszkania
    Wygwizdów Górny
  • Zainteresowania
    Absolutnie żadnych.
  • Coś o sobie
    Pewnego dnia dobierze się do ciebie, nauczy cię, jak być świętą krową.

Ostatnio na profilu byli

78575 wyświetleń profilu
  1. - Selena. Selena... To ładne imię. Dobre imię. Więc czekaj na mnie. Stworzę ciało i będę ci towarzyszyć. Już zawsze - odpowiedziała uradowana zjawa i dym zniknął. Zniknął o wiele szybciej niż się pojawił, odsłaniając z powrotem domek wiejskiej zielarki i tym samym zielarkę, siedzącą na krzesełku obok Victora i popijającą wywar ziołowy z metalowego kubka. Wbijała w najemnika czujne spojrzenie. - Nadałeś temu imię - stwierdziła oskarżycielsko.
  2. Krasnoludy lubiły ekstrawagancję i okazałość, ale w środowisku stromych, górskich stoków trudno było o okazałą architekturę. Dlatego też wspaniałość i kunszt budowniczych kryły się pod powierzchnią, nie na niej. Ratusz został ulokowany w wielkiej grocie, którą przez tysiące lat wyrzeźbiły woda i wiatr. Zagospodarowano wejście, zaopatrując je w kanciaste kolumny i bogate, złocone ornamenty. Ratusz przypominał nieco geoidę, łącznie w tym, że sklepienie sali obrad wygładzono i zorganizowano potężną kopułę zdobioną nieoszlifowanymi kryształami imitującymi gwiazdy. Tak też powstała ogromna mapa nieba, wykonana z niezwykłą precyzją i budząca podziw nawet w najtwardszych, północnych sercach. Sala obrad była okrągła i oświetlał ją głównie ogień. Mogła pomieścić setki uczestników posiedzeń, choć tak liczne zdarzały się naprawdę rzadko. Wzdłuż okrągłych ścian ustawiono stoły i krzesła, zajęte przez piętnastu krasnoludów. Cóż, właściwie czternastu. - Cóż, mości McGrubie, dziękuję za głos... Rufus przybył nieco spóźniony, ale nawet jego wejście nie było w stanie odwrócić uwagi od obecnie mówiącego "krasnoluda". Zauważył żółte barwy okrągłych tarcz stojących pod ścianą, co oznaczało, że do miasta przybyła delegacja Lanvgadsonów z sąsiedniej krasnoludzkiej osady. Sprawa musiała być nagląca, skoro przybyli bez zapowiedzi. Co się zaś tyczyło obecnie mówiącego... Był wysoki. Krasnoludy zazwyczaj nie miały więcej niż metr siedemdziesiąt wzrostu, co było bardzo rzadkim wynikiem, a ów egzemplarz miał niecałe dwa metry i górowałby nad resztą nawet siedząc. Ciężki ubiór nie zdołał zamaskować szczupłej sylwetki, a sztuczna broda (choć należy przyznać, że odpowiadająca kolorowi włosów) była dodatkowo niepasującym elementem. Co chwila spod warkoczy wystawały też spiczaste uszy. Gość był elfem. Spojrzał na Rufusa niepewnym wzrokiem i wrócił do przerwanej wypowiedzi. ...Zacznę od tego, że MÓJ OJCIEC, wódz klanu Lanvgadsonów, pragnie przeprosić za tak niespodziewane przybycie... - Należy wtrącić, że przy słowach "mój ojciec" niektórzy z miejscowych rzucili staremu McGrubowi niepewne spojrzenia, a ten dyskretnie kiwnął głową, każąc im zachować powagę. -... Ale sprawa nagli, dlatego też mam tu dowód poselstwa przekazanego przez MOJEGO OJCA i pragnę zauważyć, że - jak się zdaje - nasze problemy są najprawdopodobniej bliźniacze. Czy prawdą jest, że zagościł u was smok?
  3. - Dlaczego nie? Ludzie nie lubią dowcipów? Sądziłam, że to będzie zabawne. Nie skrzywdziłam tamtych, byli już przecież martwi. To rzeczy. To znaczy, wcześniej nie byli rzeczami, ale wtedy byli niebezpieczni. Miałam nadzieję, że będziecie się śmiać - odparła z wyraźnym rozczarowaniem. - Nie mam imienia. Nie urodziłam się jak człowiek i nie miał kto mi go dać. My nie mamy imion - padła odpowiedź, ale nie było w niej słychać krzty żalu. Rozczarowanie w mgnieniu oka zmieniło się jednak w kolejną falę ekscytacji, a cień znów położył dłonie na ręce Victora. - Dasz mi imię?
  4. - Nie rozumiesz, mój drogi. Nie zgodzę się na samowolkę. Nie chcesz mieć nad sobą grupy osób? Dobrze. Będzie to jedna osoba. Ale możliwe, że nie zrozumiałeś koncepcji. Jako Mroczny Jedi aspirujący na Sitha nie jesteś zwykłym żołnierzem, którego można wysłać na front bojąc się jedynie o jego życie. Jesteś niebezpieczny, Kater. Nie pozwolę ci na wyruszanie samemu ani w towarzystwie drugiego. Możesz przystać na moją propozycję, albo możesz wrócić, ale tym razem do celi, nie do pokoju - odpowiedziała.
  5. - Dzięki, Patrick. Będę mieć krzyżyk. Dobranoc! - rzuciła. Najpierw ruszyła do łazienki, a kiedy już się umyła i przebrała z ulgą powitała łóżko. Najpierw odłożyła ubrania do walizki i przygotowała ubrania na następny dzień, a potem rzuciła się na łóżko i głośno westchnęła. Sen ciążył...
  6. Zmora przez chwilę zastanawiała się nad wypowiedzią, emanując zagubieniem. Zafalowała nerwowo, a zwały dymu na chwilę się rozproszyły. - Przed niebezpieczeństwem. Złymi ludźmi. Złymi potworami - odpowiedziała, jakby jej własne słowa ją wprawiły w osłupienie. - Znajomego? Znamy się wszak od... od... paru godzin. To już dużo. Istnieją stworzenia, które tyle żyją. Czy chcesz wiedzieć coś jeszcze?
  7. - Dwójkę ludzi zjadły wilkołaki. Podążyliśmy ich tropem, ale niestety okazało się, że ktoś był szybszy. Jacyś łowcy, zdaje się. Mieli maga, który odkrył kim jestem i rzucił zaklęcie, przez które nie mogłam się prawie ruszyć. Aleksandra spętali siatką ze srebrnymi nićmi. Udało mi się przyzwać żmiję, która go ugryzła, czar puścił i uciekli. Potem poleciałam do domu i dalej już wiesz, co się działo - streściła. - Dobrze, że już mu lepiej.
  8. Przez twarz Lei Organy nie przebiegło nawet drgnięcie. Teraz jednak wzrok był jakby mniej pogodny i nie odwzajemniła próby nawiązania kontaktu wzrokowego Luke'a. - Sprawiedliwość, panie Kater, proszę zostawić w spokoju. Są inni, którzy mogą zająć się tą sprawą, a ja nie będę tolerować samotnych strzelców. Nie wyrusza się obalać dyktatury uzbrojonym jedynie w miecz świetlny i magiczne sztuczki. Pańscy przeciwnicy również to potrafią. Mogę zaproponować panu współpracę pod warunkiem, że zaakceptuje pan działania rebelii i zwierzchnictwo naszych dowodzących - powiedziała chłodno. Mistrz podniósł brew, patrząc na Katera. - Korriban?
  9. - Na jakiej planecie i przez jaki wypadek zostałeś ranny? - zapytała. Głos i spojrzenie starszej kobiety były jak najbardziej uprzejme, wręcz troskliwe, ale w słowach był pewien rodzaj nacisku, a i nie można było odmówić jej przenikliwości. Mistrz tymczasem obserwował Katera uważnie, jakby chciał wyczytać z jego twarzy najwięcej jak tylko się da. - Chciałabym także wiedzieć co teraz zamierzasz.
  10. - Dobranoc, Liandro - odparła. Cóż, Saskia nie podzielała romantycznego zdania Liandry na temat zwierząt. Owszem, lubiła je, ale mieszkając na wsi ma się na ich temat inne zdanie. Zwłaszcza na temat królików. - Tak, chyba już pójdę. Dzięki za herbatę i dobrej nocy - odpowiedziała mu z niewinnym wyrazem twarzy. Odniosła kubek i ruszyła w stronę swojego pokoju, czując narastające zmęczenie. Jeszcze tylko sprawy higieniczne i można było pójść spać...
  11. - Z węgla. Z węgla... Z czego jeszcze? Co jeszcze ma człowiek? Muszę znać każdy składnik ciała, aby je stworzyć. Każdy jeden. Teraz z kolei zmora wyglądała na szczerze zafascynowaną. Więcej: kształt zaczynał przybierać konkretną formę. Istota uwypukliła biodra i pierś, za cel najwyraźniej obierając kształt kobiecy. - Nie zrobię tego teraz, ale jak najszybciej jak będę potrafiła. Dowiem się, jak działają ludzie i będę jednym z was. U twojego boku!
  12. - Liczę na zaufanie. Nasza rozmowa jest rejestrowana, wolę ostrzec już teraz - odpowiedziała, uśmiechając się pogodnie i przerzucając papiery, które leżały na stole. - Wiem o tobie to i owo. Wiem, że byłeś w Zakonie. Moje pytanie brzmi więc: dlaczego z niego odszedłeś i jak trafiłeś na Kessel?
  13. - To dobrze - odpowiedziała, kończąc rozmowę z Regusem. Potem zwróciła twarz ku Liandrze. - Nie wszystkie. Jeśli któreś nie chce przybyć, to nie przybędzie. Z tego też względu bardzo rzadko przychodzących koty. Kot do byle czego nie przyjdzie, trzeba go poważnie zainteresować. A szkoda, bo koty dużo potrafią. Królików nigdy nie przyzywałam, bo króliki interesują tylko dwie rzeczy: jedzenie i prokreacja, z czego to drugie nawet bardziej. Króliki są... Niemądre - odpowiedziała.
  14. - Skrywam się w cieniu, bo nie chcę, żeby ci się coś stało. Muszę pilnować - odparł stwór. W jego głosie brzmiała autentyczna troska, a także coś, co sugerowało że istotą jest dosyć infantylna jak na nieokiełznane zło. Cóż, to mogło być nawet groźniejsze. Dym zafalował i zgrabnie podpłynął bliżej najemnika, wpatrując się w jego oczy. - Jestem jeszcze tylko cieniem, ale przybiorę ciało. Dla ciebie. Muszę tylko wiedzieć, z czego składa się człowiek. Z wody, prawda? To na pewno. Z czego jeszcze? Powiedz mi, a wówczas zdobędę składniki i stanę się materialna - rzekła zjawa błagalnym tonem, kładąc na przedramieniu Victora dwie chude, widmowe dłonie. Nie było czuć ich dotyku.
  15. Dopiero cztery godziny później drzwi do pokoju otwarły się. Stało tam dwóch rebelianckich żołnierzy. Blastery mieli u boków, względnie zabezpieczone, ale Kater wyczuwał, że stan ten bardzo szybko mógł się zmienić. - Generał Organa zaprasza - powiedział jeden z nich i gdy Kater się zbliżył, poprowadzili go przed oblicze komisji. Nie było to szumne spotkanie. Przede wszystkim komisja składała się z całych dwóch osób, wbrew wyobrażeniom Zabraka. Z Generał Organy, dawnej księżniczki i kobiety o zmęczonym, choć istotnie pogodnym spojrzeniu i z mistrza Skywalkera w postaci chmury gradowej. Siedzieli oboje za stołem, naprzeciwko stało krzesło i stolik dla Katera. Generalnie wskazała, by usiadł. - Dzień dobry, panie Kater.