Skocz do zawartości

Strona Główna  |  Ogłoszenia  |  Lista Fanfików  |  Fanpage  |  Feedback

Arcybiskup z Canterbury

Mistrz Gry
  • Zawartość

    5406
  • Rejestracja

  • Ostatnio

Reputacja

488 Wzorowa

O Arcybiskup z Canterbury

  • Ranga
    Glon
  • Urodziny 10/31/1997

Kontakt

  • Strona www
    http://oksymoron31.deviantart.com/

Informacje profilowe

  • Płeć
    Steven Magnet
  • Miasto
    Wygwizdów Górny
  • Zainteresowania
    Absolutnie żadnych.

Ostatnio na profilu byli

80529 wyświetleń profilu
  1. - He... - zaczął, ale znów zakrztusił się krwią. Coś będącego ręką Irene pociągnęło Adama do tyłu tak mocno, że niemal stracił równowagę. Potem zas poprowadziła go w stronę gęstych zarośli, a nowe umiejętności towarzyszki, czyli jej siła, nie pozwoliły się Adamowi wyzwolić póki nie znaleźli się w ukryciu. A nadchodziła w ich stronę grupka żołnierzy, czy też jak się wkrótce okazało - partyzanci. Nie wszyscy mieli kompletne mundury, niektórzy mieli prawie cywilny ubiór i bliżej okazało się też, że paru ma niemieckie karabiny. Na przedzie szedł nie kto inny, jak Wilk. Ale w odróżnieniu od ducha, od tego młodego mężczyzny biła siła i pewność siebie. Idealny przywódca, można było powiedzieć. Przynajmniej na takiego wyglądał. Ranny chłopak oczywiście nie umknął ich uwadze. Wyglądało to wręcz tak, jakby go szukali. - Spocznij - padła komenda z ust Wilka. Przybliżył się i stanął nad rannym. - Tyś to bratku zwiał moim chłopakom wczoraj pod wieczór? - zapytał przyjaźnie. Do uszu Adama nie dotarła odpowiedź Niemca. - Mareczek, chrzest bojowy. Gdzie jesteś, powsinogo? No, chodź tutaj. Śmiało, chłopie, ile mam czekać? Wspomniany Mareczek był chyba nawet młodszy niż Adam. Jasne włosy, wątła postura i niezbyt pewny krok, choć może to ostatnie wynikało z tego, że wiedział, co go czeka. Wilk wcisnął mu w rękę pistolet. - Co robimy? - szepnęła Irene.
  2. Zmartwiony kapłan kiwnął głową i zaczął wykonywać zadanie zlecone przez Hamzata, to jest najpierw poszedł poszukać czegokolwiek organicznego co mogło się nadać na rozpałkę. Cały czas miał przy tym niewesołą minę. Dumna jak paw Sigrid ruszyła w stronę Hamzata, niosąc ze sobą zdobycze. Jak to dzieciak, wyglądała najbardziej beztrosko z całej trójki, zupełnie jakby nie czekało na nich niebezpieczeństwo w postaci sępiego boga. - Tak - stwierdziła, stając przy nomadzie i oczekując lekcji.
  3. - Groch, groch, groch... - Iriel poważnie się zastanowił. - Groch. A może i być groch, byle nie za dużo, bo to też nie najlżejsze. I nie wszystko co zielone jest zdrowe, mój panie - powiedział, podnosząc ostrzegawczo palec wskazujący. - Jak gnije to też zielone, a nie zjecie bo sami zgnijecie. No, to tyle póki co. Któryś jeszcze? - zapytał, zastanawiając się jednocześnie nad możliwością wybadania większości zbójów. - O, ja coś jeszcze mam, przypomniałem sobie. Będzie bezpieczniej jak zbadam wszystkich chłopaków, coby sprawdzić czy który jeszcze się czegoś nie nabawił. Może być tak, że znaków nie ma, a choróbsko już sieje spustoszenie w trzewiach.
  4. - Och. Szaleństwo? Klątwa rodzinna? Kto mógł ją rzucić? - zapytał hrabia, wyglądając na naprawdę poruszonego. - Dlaczego upiorowi nie udało się do tej pory panienki dotknąć? Od kiedy go panienka widuje? - zapytał. Kamerdyner stał w milczeniu, przejawiając kompletny brak emocji. - Jest środek nocy, musimy już iść, nim ktoś się zorientuje, że panienki nie ma w pokoju. Ostatnio miała już wystarczająco problemów - przerwał Isleen. - Nie pan o tym decyduje.
  5. - Co się dzieje, Adam? Ten chłopak jest wrogiem, tak? - zapytała cicho Irene. Młody Niemiec zakasłał okropnie i wypluł kolejną porcję krwi. Teraz dopiero Adam zobaczył rany na korpusie - w podbrzuszu i na klatce piersiowej, wyglądające jak zadane nożem. Kimkolwiek był, a wyglądał na szeregowego żołnierza, nie zasługiwał na takie cierpienie i raczej nie było dla niego ratunku. Tym gorzej patrzyło się na przerażoną twarz z błagalnie wykrzywionym grymasem. Irene odwróciła głowę. - Adam? - zapytała, szarpiąc go za rękaw. - Ktoś tu idzie! Musimy się zwijać! Jeszcze jest daleko.
  6. - Podobno? - zapytał hrabia. - Czy nie wypadałoby tej klątwy unieważnić? Isleen ruszył w stronę straszydła, ale w połowie kroku istota zniknęła. To było nawet bardziej niepokojące - w końcu nie było wiadomo, gdzie teraz jest. - Mógł pan tam nie iść. Może dowiedzielibyśmy się, co chce zrobić.
  7. REDWATER Kości Reda dawno już nie zaznały luksusu miękkiego i sprężystego materaca i choć tęsknota za nim przemknęła mu przez myśl, miał ciepły kąt i to się liczyło. Istotnie, Cooper został wyprowadzony przez niezadowolonego lokaja, który tym samym dał Redowi swobodę. No, poza jednym. Coś jeszcze nie pasowało. Miał wrażenie, że nie jest w pokoju sam i bynajmniej nie chodziło o szczury ani im podobne paskudztwa. Jednocześnie Reda przepełniało poczucie bycia obserwowanym i wiedział, że nikt inny by się w schowku nie zmieścił. Były tam przecież tylko rupiecie i szafa... ROSE Ptasi, nieco szalony wzrok gryficy omiótł Rose od kopyt do głowy. - No, no, Chia. Nie wyglądasz na kogoś kto miałby takie złotko w rodzinie. He, he. Żartowałam, nie krzyw się tak. No, co cię sprowadziło tu z Canterlotu, maleńka? I dlaczego Chia ci poskąpiła na suknię? - Klasyczna czerń bardziej pasuje do delikatnej urody Rose - pospieszyła z wyjaśnieniem klacz. - A może i faktycznie... No, to co tu robisz? Rozrywek ci się zachciało?
  8. Mogła się domyślić, że reakcja nie pozostanie bez echa. Tak się też stało. Hrabia i jego służący natychmiast odwrócili głowy w stronę okna. - Co do...? - zapytał hrabia, a pytanie zawisło w powietrzu niczym zła wróżba. - Nic takiego nie widzę, panienko - odpowiedział zaraz, zwracając spojrzenie na Ruby. - A jednak tam jest - odparł Isleen, wstając z miejsca. Kamerdyner hrabiego również postanowił opuścić powóz i zaraz potem cała czwórka stała już na zewnątrz. Szary człowiek zamigotał i chybotliwym, wolnym krokiem ruszył w ich stronę. Im bliżej był, tym bardziej materialny się stawał. Ruby była kiedyś na uroczystości rozwinięcia starożytnego egipskiego zmarłego. Ciała preparowane przez Egipcjan nazywały się mumiami i egzemplarz który Ruby widziała był bardzo podobny po rozwinięciu z bandażów do tego, co szło w jej stronę. - Czy ciąży może nad panienką jakaś klątwa? - zapytał niewzruszenie kamerdyner. Było pewne, że widzi straszydło.
  9. - No to może, Rose... Nie wiem, na przykład bądź onieśmielona? - zapytała Chia z lekkim zniecierpliwieniem. Właśnie cała rozentuzjazmowana grupka przekraczała próg do wielkiego holu budynku. Minęły odzianego w brązy kuca ziemnego, sprawującego rolę kamerdynera sprawdzającego zaproszenia. Kiwnął głową - nawet ich nie zatrzymywał. Cały hol rozświetlony był ciepłym światłem świec z żyrandoli. Na balustradę naprzeciw wejścia można było wejść zakręconymi schodami z lewej i prawej, a centrum balustrady wieńczyła rzeźba dziobowa przedstawiająca alicorna. Z holu odchodziły przejścia do innych komnat, ta jedna wyłożona była boazerią różnych barw i różnego pochodzenia. Prócz tego wszędzie posągi, zazwyczaj pozłacane. Klacze skierowały się w stronę sali po lewej, skąd dochodziła muzyka skrzypiec. Wszystko było wystawne, ale na pewno nie gustowne. Widać było, że budulcem były statki. Gdzieniegdzie nawet stały jeszcze beczki. Pod oknami sali stał długi stół uginający się od jedzenia. Były nie tylko owoce, warzywa i wszystkie ich możliwe pochodne łącznie ze słodyczami, ale i owoce morza i ryby, choć przygotowane na tyle dobrze, że nie obezwładniały kucyków zapachem. Rose widziała przedstawicieli swojego gatunku, widziała też gryfy, pegazy, kuce ziemne i dziwaczne morskie stworzenia. Niektóre ładne, inne pokraczne, ale wszystkie w fikuśnych, jak najbardziej pstrokatych strojach. No, prócz jednego jegomościa, który miał na sobie idealnie czarny surdut. To był ten sam, którego widziała na rynku podróżując z Roo. Granatowy jednorożec okazał się jednak nie być jednorożcem. To co wcześniej skrywała szata, teraz odsłaniał surdut, a były to skrzydła. Alicorn? W takim miejscu? - Chia! - krzyknął ktoś piskliwym głosem. Rose ujrzała gryfa o brązowych piórach i bladoróżowej głowie. Gryfica właśnie zajmowała się przyjaznym duszeniem właścicielki przybytku. - To samo miasto, a tyle się nie widziałyśmy! Co słychać? - zapytała. - Stara bieda, Doni. Stara bieda. No, może prócz pewnej nowości! ROSE CHODŹ NO TUTAJ, POKAŻ SIĘ. Tym razem żadna tam nowa dziewczynka, a moja własna siostrzenica, świeżo z Canterlotu! PRZYWITAJ SIĘ! - zarządziła Chia, wskazując kopytkiem na uśmiechniętą gryficę.
  10. Hrabia skierował wzrok na bożka, patrząc bardzo przenikliwie i bardzo uważnie. Powóz ruszył z szarpnięciem, na bruku stuknęły końskie kopyta. - A pan? - zapytał. - Ślady pazurów, mało krwi, dziura na wylot, przerażona twarz. To samo co panienka, nie widziałem niczego szczególnego. Jestem nieco staromodny, że tak się wyrażę. Nie mam pojęcia o dzisiejszych technikach kryminalistycznych, choć natrafiłem na ten zwrot. - Oczywiście. Rozumiem - odparł hrabia. - Cóż, podobne zgony zdarzały się w Londynie. Obwiniono zwierzę zbiegłe z ogrodu zoologicznego, ale według pracowników nic nie zniknęło. Poza tym, Sebastianie? Co takiego zauważyłeś przy ciele? - zapytał chłopak. - Światło. Ciało emitowało światło, mój panie - odparł mężczyzna. Było w nim coś wysoce niepokojącego. Powóz zatrzymał się. Za oknem była szkoła Ruby. - Zmiana planów, wybaczcie proszę moje maniery. Herbata oczywiście wchodzi w grę, ale musimy zdobyć więcej śladów, a póki co pożegnamy się. Panienka... Ale do Ruby przestały docierać bodźce z najbliższego towarzystwa. Tuż pod jej oknem stała postać, jednolicie szara, dwunożna. Postać drgała dziwacznie, zakrzewiając w dziewczynie poczucie nie tyle niepokoju, co przerażenia. Ciel dalej mówił, ale ona już tego nie słyszała, bo całą jej uwagę przykuwał Szary Człowiek. Była pewna, że ją widzi. Była pewna, że na nią patrzy, choć nie widziała jego oczu.
  11. To - Przecież ty tu zaraz zejdziesz, kretynie. Zostań, pójdę po kogoś! - oświadczył krasnolud, czmychnął za drzwi i zamknął je Pete'emu przed nosem niemalże. Terier burknął coś w odpowiedzi, ale najważniejsze że smród zielska złagodniał, żeby zaraz potem prawie zupełnie zniknąć. Apetytu co prawda Pete nie odzyskał, ale przynajmniej mógł w miarę normalnie funkcjonować. Torn wrócił nieokreślony czas później, bo w międzyczasie wróciła część nieprzyjemności sprzed parunastu godzin i Pete mnie dość że miał gorączkę, to jeszcze mdłości. Tornowi jakimś cudem nawet udało się sprowadzić Aug, obecnie zakrytą czarną peleryną. Zarówno ona jak i krasnolud mieli już przekroczyć próg domu, kiedy bogin-terier się uaktywnił, podniósł zad sprzed paleniska i ruszył w ich stronę, szczerząc kły i warcząc. Efekt nie był powalający w porównaniu do poprzedniego pokazu umiejętności.
  12. Karoca w środku była wyłożona ciemnogranatowym aksamitem. Najpierw wprowadzona została Ruby, za nią Ciel, potem Isleen, a na samym końcu nieznajomy kamerdyner. - Jesteśmy w gronie, które mam wrażenie wiele już widziało, ufam więc, że możemy pokusić się o nieco szczerości i twierdzeń, które mogłyby osoby spoza naszej grupy nieco zaskoczyć. Czy w czasie gdy doszło do tragedii powstały jakieś... Nieoczekiwane zdarzenia? Może natury metafizycznej, a przynajmniej niesamowitej? - zapytał hrabia. Spojrzenie Isleena przewiercało Ruby na wylot, zimne i nieprzyjemne. To było ostrzeżenie.
  13. - Będę zaszczycony - odparł arystokrata. - A zatem proszę za mną - rzekł i wziął Ruby pod ramię. Isleen i kamerdyner zostali z tyłu. - Proszę mi powiedzieć szczegóły - rzekł Ciel. - To może być okropne wspomnienie z pewnością, ale przecież sprawiedliwości musi stać się zadość. Szli w stronę czarnej karocy z równie czarnymi końmi, którą Ruby miała okazję poznać z innej perspektywy. Do dziewczyny należała decyzja czy opowiedzieć o paranormalnych szczegółach tego co widziała i tego co widział Isleen czy pominąć niektóre z nich.
  14. Wszystkiego najlepszego z okazji pełnej pełnoletności! :NjdaT:

  15. - Oczywiście, że nie było - odparł hrabia i zachichotał. - Wypadki się zdarzają. Może jestem w stanie namówić państwa na filiżankę nocnej herbaty i omówienie pewnych ważnych spraw? Mam wrażenie, że to właśnie panienki szukaliśmy. Potrzebujemy szczegółów, aby rozwiązać tę makabryczną zagadkę. Tym bardziej, że przypadki tego typu zaobserwowaliśmy w Londynie, przemieszczające się stopniowo w stronę Dublina. Oby to nie zaszło nigdzie dalej... - dodał z nieszczęśliwą miną. - Jest późno, panienka jest już zmęczona. Może lepiej byłoby spotkać się jutro? - wtrącił Isleen, nie siląc się na uprzejmości. - Pozwólmy jej zadecydować.
×