Arcybiskup z Canterbury

Mistrz Gry
  • Zawartość

    6369
  • Rejestracja

  • Ostatnio

Reputacja

897 Legenda Forum

O Arcybiskup z Canterbury

  • Ranga
    Glon
  • Urodziny 31.10.1997

Informacje profilowe

  • Płeć
    Ogier
  • Miejsce zamieszkania
    Wygwizdów Górny
  • Zainteresowania
    Absolutnie żadnych.
  • Coś o sobie
    Pewnego dnia dobierze się do ciebie, nauczy cię, jak być świętą krową.

Kontakt

  • Strona www
    http://oksymoron31.deviantart.com/

Ostatnio na profilu byli

78193 wyświetleń profilu
  1. Opatuliła się szczelnie kołdrą, chwilowo przybierając kształt larwy. I mogło być całkiem miło. Mogła wrócić do spania w cieple, ale jak zwykle ktoś miał inne plany. Czy w zamku w ogóle nie sypiali? Jak to jest, że za każdym razem jak kładła się spać ktoś zaczynał stepować, tańczyć, albo przestawiać meble? Saskia warknęła gniewnie i wstała z łóżka. Zastanawiała się, jakim cudem Liandra tego nie słyszy. Jeśli to byłby Patrick i Aleksander, zamierzała uprzejmie, ale z wyrzutem poprosić, żeby przestali. Nocne schadzki nocnymi schadzkami, ale bez przesady. Z drugiej strony to nie mógł być Aleksander, bo przecież był na wyjeździe. A może wrócił wcześniej? To sugerowałby koń przyczepiony do wozu poprzedniego dnia.
  2. - Nawet jeśli mówisz w innym języku, słyszę cię - zauważyła Sehtet, stojąc już za ladą herbaciarni. Zatrzymała się nim weszła na zaplecze. - W posiadanie części mapy też weszłam przez spadek. Zgarnęłam sporo rzeczy z tego spadku, niektórych do teraz nie rozumiem. Jeśli chodzi o opuszczenie planety, to nie wyjeżdżam na zawsze. Nal Hutta jak mówiłeś nie jest najlepszym miejscem żeby się zestarzeć, ale nie żyje mi się tu źle. A wyjechać chcę, bo jestem amatorskim odkrywcą - odpowiedziała, szczerząc się z zadowoleniem. - I chcę odkryć pewne związki między moją rodziną a Korribanem. Nie nastawiam się na szczególnie chlubną historię, ale dobrze będzie się dowiedzieć paru rzeczy - wyjaśniła. Izefet pokiwał z wolna głową. - Jeśli okaże się, że kombinuje, po prostu ją zabijemy - stwierdził i to wcale nie w sithiańskim. - O, właśnie - odparła Sehtet z uznaniem na twarzy. - Właśnie.
  3. Zaczęła się czuć doprawdy dziwnie. Mało było powiedzieć, że krew jej nie pociągała. Jasne, kolor był całkiem ładny, ale żeby od razu jeść? Saskia zaczęła się bać. Po raz pierwszy zaczęła się bać naprawdę, bo w wizji sennej przypomniała sobie wszystko z czym borykała się ostatnimi dniami. Martwa Klara, krew, chłopi. A odpowiedź była tak blisko... To ona ich wszystkich zabiła. Z tymi słowami w głowie obudziła się, ciężko oddychając. Chwyciła się za głowę i rozejrzała po pomieszczeniu. Spokój, cisza. To nie ona zabijała ludzi dla krwi. Nie miała ochoty na krew. Co za ulga...
  4. - Pracuję. Cały ten kram jest mój. Ze spadku - wyjaśniła. - A skąd wiem, że to wy? Na Nal Hutta nie ma Kage. Chyba nigdzie nie ma Kage, co, panie Izefet? Jesteście na wyginięciu, czy jak? Poza tym, byłam pewna że macie białą skórę i czerwone oczy. - Różowe, u kobiet. I tak, jesteśmy endemiczni. Nie ma nas nigdzie poza Quarzitem, a z Quarzite'u trudno się wyrwać. A teraz spójrz na tego przystojnego Zabraka, bo zacznę się wstydzić. To mój przyjaciel, Kater. - Witaj, panie Kater. Za mną, waszmościowie. Izefecie, czy twój przyjaciel zna warunek otrzymania ode mnie mapy? - zapytała. Kage spojrzał na Zabraka i zacisnął usta w teatralnym zakłopotaniu. - Sehtet leci z nami - oznajmił. - Już wie.
  5. - Cóż, przyjechałam tu by pracować. Dobrze, idę spać Patricku. Dzięki za herbatę i za wszystko, dobrej nocy. Saskia poszła do toalety, a potem do pokoju. Trochę żałowała, że ma w pokoju Liandrę. Czasem lubiła pobyć trochę sama, wyciszyć się. Zwłaszcza po takich przeżyciach. Odziana w bojową koszule nocną wlazła do łóżka i zakryła się kołdrą.
  6. - Każdy potrzebuje jedzenia, oni też potrzebowali. Poza tym, kto by chciał żyć bez jedzenia, spania i innych? To przyjemności - stwierdził. I wówczas dotarła do nich ludzka kobieta średniego wzrostu. Usiadła na pustej poduszce ze skrzyżowanymi nogami i uśmiechnęła się. Oczy miała ciemne, wesołe i cała emanowała entuzjazmem. Ciemne włosy nosiła spięte pod chustką, i tylko prosta grzywka wystawała spod niej. Nos miała garbaty, usta dosyć wydatne i na oko miała coś koło dwudziestu pięciu, albo trzydziestu lat. Nosiła luźną tunikę do kolan w jaskrawych kolorach. - Herbata się parzy - oznajmiła. - To wy, prawda? Wy szukacie mapy? Więc będziemy musieli iść na zaplecze, moi kochani. Nazywam się Sehtet, niezmiernie mi miło.
  7. - Jesteś agresywny - stwierdził Jim, zwracając wzrok na Hugo. Hipnoza dalej trzymała tego poprzedniego. - A ja nie lubię agresywnych ludzi. No może poza tym tam - wskazał na Drew. - Nie przeszkadzaj, jak dorośli rozmawiają. Wrócił do opętanego zbira. W wizji na czole Jima pojawiło się trzecie oko, a ręce od łokci sczerniały. Paznokcie wydłużyły się, a palce przybrały kształt nóg od pająka. - Jesteście bardzo, bardzo niemądrzy - oznajmił spokojnym, zimnym, psychopatycznym niemalże tonem. - Czego Billego mają nauczyć przestrzelone kolana? -zapytał, wskazując na bajzel jaki zrobili. - Co on będzie mógł z dziurami w nogach? To jest przemoc, kolego. Przemoc nie rozwiązuje problemów - powiedział, zbliżając palce do twarzy faceta. Inni widzieli tylko, jak podnosi dłoń do jego policzka, ale nie widzieli wszystkich tych efektów specjalnych. - Jak się nazywasz?
  8. - Idę - zdecydowała szybko i czym prędzej ruszyła za łowcą. Gospoda była na wpół opustoszała. Karczmarz, pulchny mężczyzna w średnim wieku taszczył z młodym chłopakiem jakiegoś półtrupa, który czkał i rozsiewał wokół woń alkoholu. Kiedy otwarły się drzwi, karczmarz (o jego zawodzie świadczył fartuch i szmata przewieszona przez ramię) podniósł głowę i spojrzał na nowo przybyłego. - Zamknięte, napitków już nie podajemy. Chyba, że przyszedł na nocleg. Wtedy dziesięć sztuk złota za pokój i za noc, płatne za każdą noc z góry - oświadczył. - Silniej, Johnny. Stara McCully pewnie czeka na tego zachlajmordę, noc w rowie dobrze mu zrobi.
  9. - Niech się cieszą swoją władzą, póki ją mają - odparł spokojnym tonem, choć postawa na to nie wskazywała. W głosie brzmiała ukryta groźba. Izefet odwrócił się od nich, założył maskę ukrytą w torbie i ruszył z powrotem ciasną uliczką. Przedzierali się przez tłum, aż towarzysz Katera skręcił do otworu z szyldem nad drzwiami. Okna zrobione były z kolorowego szkła, a owe szkło ułożone w spiralne wzory. Elewacja budynku pokryta była wklęsłymi, horyzontalnymi dekoracjami i wyglądała jak wydrążona w piaskowcu. Od środka bił zapach suszonych owoców i ziół herbacianych. Pomieszczenie było dość ciemne, oświetlane jedynie kulistymi, kolorowymi lampkami przebiegającymi pod ścianami. W środku siedziało paru klientów, wszyscy na obszernych poduszkach i przy prostokątnych, niskich stoliczkach. Pomieszczenie przechodziło w następne pomieszczenie i to właśnie tam udał się Izefet. W zestawieniu z krajobrazem na zewnątrz herbaciarnia była całkiem przyjemna i w środku panował chłód miło kontrastujący z parną duchotą Nal Hutta. Izefet usiadł w kącie na jednej z poduszek i wskazał miejsce Katerowi. - No, to teraz czekać - oznajmił i zdjął maskę. - Chyba wolno nam się napić herbaty. Ciekawe, czy Lordowie Sithów pili herbatę.
  10. - Taak, dziwaczny przypadek - odpowiedziała w zamyśleniu. Saskii na usta pchało się "TO NIE BYŁ NAPAD", ale postanowiła trzymać język za zębami. Żeby nie pogrążyć przypadkiem Patricka, bądź co bądź jemu się nie należało. Wypiła do reszty kubek herbaty. - Stłukła kule? O rany. Jak głośno się darła? Masz jeszcze uszy? - zapytała Saskia, szykując się z wolna do wieczornej toalety.
  11. - Dzięki, Patrick. Jak to jest, że zawsze wiesz czego mi trzeba? - zapytała, biorąc łyka herbaty. - A co do miasta to nie, nic się nie działo. No może poza wybojami na drodze, prawie straciłam na jednym paczkę - odparła, a potem znów skosztowała płynu. - A tu działo się coś interesującego? Jak się czują Regus i Liandra?
  12. - Zależy gdzie trafisz. Nie wiem, nigdy mnie tu nie było - odparł. - Piętnaście za dzień - rzucił stary człowiek, nie siląc się na uprzejmości. W jego starej ręce wkrótce pojawiły się żółte kredyty podane przez Izefeta. - Lepiej chodźmy - rzucił i ruszył w stronę miasta. Zabudowania były dokładnie takie, jak wydawało się z dala. Brzydkie domki sklecone z pordzewiałego metalu, betonowe, okrągłe molochy jak ule i całe mnóstwo ulicznych sklepików. Przez tłoczną uliczkę ciągnął się tłum. Bodźce bombardowały uszy i nos Katera - krzyki handlarzy, zapach przypraw i odór różnych organicznych wydzielin wielu gatunków żyjących na Nal Hutta. To co rzuciło się w oczy, a Kater nie widział tego nigdzie indziej, było podestem z niewolnikami. Podest wznosił się metr nad ziemię, a na nim stało trzech Twi'leków i dwóch Zabraków. Na rękach mieli przezroczyste bransolety świecące na żółto, a wokół nich znajdowało się żółte pole ochronne. Nie mogli wyjść, ale wszyscy ich dobrze widzieli. Wokół stal zresztą tłum gapiów, a ludzki handlarz przekrzykiwał się z nimi, wykrzykując ceny i zachwalając "towar". Nigdzie indziej nie manifestowano handlu niewolnikami tak bardzo otwarcie. Izefet stojący obok stał, gapiąc się na podest i zaciskając dłonie. Złość aż od niego promieniowała.
  13. Jim wiedział, kogo brać na celownik. Dlatego też pozwolił sobie na lekki uśmiech i wziął się do pracy, uprzednio rozprostowując palce z nieprzyjemnym chrzęstem. Oczy Jima rozbłysły błękitem. Spojrzał na typa z bronią i ten momentalnie przestał się ruszać. Jim był całkiem kreatywny i teraz zamierzał dać upust swojej wyobraźni. Mężczyzna widział, że wokół nagle zrobiło się zimno i chłodno. Zniknął Billy, zniknął Drew i pozostali. Był tylko Jim i typ z bronią oraz uczucie bycia obserwowanym, które starał się wytworzyć. W mroku wokół siedziało całe mnóstwo złych rzeczy, które gotowe były wyjść, wypełznąć i zaatakować. Nie zablokował mu umiejętności mówienia. Jim stanął w odległości dwóch metrów od mężczyzny, jednocześnie uważając, zeby jego kumple mu nie zaszkodzili. - Przyszliście odebrać pieniądze od Billy'ego? - zapytał, ale słyszał go tylko spetryfikowany drab. - Bardzo hałasowaliście. Nie do końca mi to odpowiada.
  14. - Nie no, jak - odpowiedziała brzmiąc, jakby pytanie było co najmniej absurdalne. Laurie założyła ręce za plecy i zaczęła się lekko kołysać, patrząc na łowcę. - Myślałam, że pójdę do tego klasztoru, he, he. Ale jak nie ma klasztoru, to ten... To nie pójdę. A potem myślałam, że pewnie nie, ale gdyby jednak... No, na pewno się nie zgodzisz, chodzisz z drugiej strony gdyby jednak to byłoby bardzo, he, he, miłe - odpowiedziała. I na chwilę zapadła cisza. - No weź! Będę ci pomagać!
  15. Miała wrażenie, że przez tę niepamięć zaraz dostanie szału, więc skupiła się na sprzątaniu. Dwa razy chodziła do schowka po potrzebne instrumenty i chemikalia, aż w końcu zaczęła pracę. Trudno było jednocześnie pracować szybko i dokładnie. Kiedy skończyła wszystko, przypomniała sobie o książkach, więc przetarła jeszcze ich grzbiety wilgotną ścierką i poszła odnieść wszystko z powrotem do schowka. Saskia doszła do wniosku, że to koniec na dziś, więc ruszyła do pokoju wspólnego się odmeldować.