Jump to content

Strona Główna  |  Ogłoszenia  |  Lista Fanfików  |  Fanpage  |  Feedback

Recommended Posts

Właśnie dotarliśmy na skalisty szczyt, na którym to niegdyś stała legendarna twierdza barbarzyńców oraz magów bitewnych. Ów lud zamieszkiwał te trudne tereny, z dala od Equestrii, wolni od władzy Celestii i w ogóle, pozostając poza czyimikolwiek decyzjami. Były to głównie kucyki ziemskie oraz zebry, lecz potem zamieszkały tu również wygnane z daleka gryfy, czy uciekające przed gniewem Celestii jednorożce, które w swych badaniach nad magią starożytną posunęły zbyt daleko. Zamek, kapitol miasta, wszystkie fortyfikacje oraz budynki mieszkalne, warsztaty, kuźnie, zbrojownie, wszystko to zostało wzniesione z drewna i kamienia. Łowcy oraz barbarzyńcy zdołali zabezpieczyć również południową część pustkowi, przepędzając agresywnych nomadów, a także oswajając dzikie harpie, trenując je do udziału w bitwach.

 

Obecnie, miasto zmieniło swych mieszkańców. Przy okazji, uległy mianom również jego rozmiary. Trudno mówić o twierdzy, lecz o imponującym rozmiarami grodzie - owszem. Miejsce to wciąż jest domem dla wielu zebr oraz gryfów, natomiast z kucyków, najwięcej jest tu pegazów. Ponieważ na przestrzeni dziesiątek lat tereny zostały zabezpieczone oraz „wyczyszczone” z wszelkich zagrożeń z zewnątrz. Mieszkańcy twierdzy wiodą spokojne życie, choć tradycje, które zdaje się pamiętają już tylko najstarsi, wciąż skłaniają ich do regularnych treningów, fechtunku, rozpalają też ogólną miłość do bitki.

 

Nowy magiczny pojedynek odbędzie się na jednej z aren, na których kiedyś specjalnie wybrane jednorożce trenowały harpie oraz przybywające ze wschodu gryfy. Jest to skryta we wnętrzu samotnej góry sala treningowa, oświetlana przez rzędy magicznych pochodni, przyozdobiona malowidłami, wykonanymi krwią najstarszych, najbardziej zasłużonych wojów. Mówi się, że w ten sposób zostaje utrwalona pośród skalnych murów cząstka ich ducha. Jak się okazuje, coś w tym jest, ponieważ jeszcze nigdy w historii nie zdarzyło się, by Przodkowie nie odpowiedzieli na wezwania z pola bitwy. Czy podobnie będzie i tym razem?

 

 

ray_s_burst_by_assasinmonkey-d7xd0rt.png

 

 

Enkiel to przeciętnej budowy mężczyzna, który na pierwszy rzut oka nie budzi żadnych szczególnych emocji. Po prostu jest to ktoś, kogo mija się codziennie, nie zwracając nawet uwagi. Czwarty syn pewnego wiejskiego kowala skrywa jednak wiele tajemnic. Jest weteranem kilku bitew z prawdziwego zdarzenia. Oczywiście, z pasji i przeznaczenia, jest on kowalem, jednakże wytwarzane przez niego przedmioty są nasycane magią, co czyni je równymi z legendarnymi artefaktami. Jego magia nie jest zatem taka, jak u większości magów. Jest inny od swych braci. Nie jest on Piromantą, nie jest Teleporterem, ani Aqualista, lecz jego moc, Dłonie Hefajstosa, czynią jego kowalstwo na tyle magicznym, że nie tylko swego czasu otrzymał on tytuł Zaklinacza, lecz także wkroczył na arenę magicznych zmagań, gotów do kolejnej bitwy.

 

Rzućmy okiem na przeciwnika. Kim jest Żniwiarz? Cóż, samo to określenie powinno coś podpowiedzieć. Niemalże kompletnie czarna sylwetka weszła na arenę, swymi białymi, pozbawionymi życia oczyma mierząc całą okolicę. Gdyby nie jego kamienna maska, bardzo trudno by było wyróżnić go spośród cieni. Jako znawca dwóch przeciwstawnych szkół magii, życia i śmierci, panuje nad bólem i krwią, choć moc ta wiąże się z pewną zapłatą…

Jako istny mieszaniec, od najmłodszych lat zdradzał predyspozycje do władania potężną magią. Zaczęło się od kontroli żywiołu lodu, a skończyło na zadziwiającej przemianie, kiedy to pewien zabójca z powodzeniem zakończył jego poprzednie życie. Oto, w jaki sposób Żniwiarz stał się tym, kim jest dzisiaj. I chce walczyć.

 

 

Jak długo potrwa magiczna batalia, zapytacie? Cóż, uczestnicy deklarują teoretycznie nieskończoną walkę. Nie czas, nie ilość zaklęć, lecz ich własne chęci oraz moc będą ich ograniczeniami.

Jesteście gotowi? Zatem, do dzieła!

Edited by Hoffman

Share this post


Link to post
Share on other sites

Wchodząc rozglądał się po wspaniałych malowidłach utworzonych wiele cykli temu. Ich piękno, prostota a zarazem zawarta w nich moc. Tak, to było dobre miejsce żeby po testować jego nowe zabawki. Zdecydowanie. Arena była surowo piękna. I tego potrzebował. Poprawił sobie krawat, upewnił się że płaszcz leży należycie, sprawdził zasobniki na pasku. Tak, wszystko było tam, gdzie powinno. Ale żeby rozpocząć taniec, potrzebna jest para. A z tego co widział, jego partner do harcowania jeszcze nie przybył. Trudno, poczeka, w końcu czekał dość długo na to wydarzenie, które miało być testem jego umiejętności.

- Gdzie ja to - krótkie poszukiwania zostały nagrodzone papierosem, lekko wygiętym, który wykaraskał z jednej kieszeni spodni. Krótkie poszukiwania w mig znalazły partnera dla fajki - zapalniczkę. Mały, żelazny pojemniczek ozdobiony miniaturowym symbolem salamandry, jeden z jego pierwszych wynalazków magicznych. Zapalniczka która wiecznie płonie. Odpalony papieros rozniósł po okolicy zapach świeżych kwiatów i jakby nutę czekolady. Kolejny wynalazek, ot drobiazgi które często umilają komuś życie. Tym się zajmował, wytwarzaniem takich drobnostek, które sprzedawał w każdej napotkanej wiosce. Wszak po co rolnikowi przepotężna zbroja? Nie lepsza będzie kosa, z zaklętym wigorem i ostrzem które się nie tępi? Czy nie lepiej, miast tarczy, sadownikowi dostarczyć kosz który nigdy nie zmienia swojej wagi, niezależnie od zawartości?

Ludzie często nie doceniają tych drobnych zaklęć, które są używane przez większość magów prawie instynktownie. Enkiel z kolei je uwielbiał. Ale choć te drobne misteria dają mu środki do podróżowania, to te potężniejsze dały mu tytył Zaklinacza. I to je zaprezentuje swojemu przeciwnikowi dzisiejszego dnia. Sięgając do kieszeni zastanawiał się jeszcze czym otworzyć pojedynek, ale nie zaprzątało mu to głowy zbyt długo. Wszak najlepiej na początek było wybadać teren. Co myśląc wyciągnął z płaszcza kilka płaskich monet, szerokości kciuka. Umieścił je w powietrzy wokół siebie, jakby przypinał magnesy do niewidzialnej tablicy. Cztery z przodu i cztery z tyłu, po dwa z lewej i takoż dwa z prawej, łącznie tuzin okrągłych blaszek wokół jego osoby.

- Jokaar fiik.

Tak przygotowany mógł teraz spokojnie czekać na szanownego oponenta.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Ból i rozpacz to uczucia, które od zawsze przerażały śmiertelników. Starali się zawsze tego unikać. Jednak ja sam byłem jak ucieleśnienie tych uczuć. Mówi się, że unikają tych uczuć a jednak tak chętnie zawierają ze mną kontrakty by tylko otrzymać to, czego tak bardzo pragną. Stałem na kamiennym klifie unoszącym się wysoko nad ziemią. W tym świecie nie istniało coś takiego jak pojęcie grawitacji. Tu nic nie miało większego sensu. Czysta esencja chaosu to najlepiej określa miejsce, które było mym obecnym domem. Wpatrywałem się jak z nieba spadają ogniste kamienie a wokół otacza mnie pomarańczowa mgła. Gdzieś w tle słyszałem krzyki bólu i rozpaczy. Najpewniej moje okrutne siostry znalazły sobie kolejną zabawkę.

 

Ich zabawy mnie tylko irytowały. Męczenie kogoś w ten sposób było głupie. Znacznie lepiej było doprowadzać kogoś do rozpaczy to napawało mnie jakby radością. Choć było mi to obce. Jedyne uczucia, które ze mną pozostawały to niekończący się ból i gniew. Próżno było szukać we mnie czegoś innego. Nagle jednak moje dalsze rozmyślania zostały przerwane. Poczułem coś. Ktoś chyba na mnie czekał. Najwyraźniej dziś czeka mnie wspaniała zabawa. Wkrótce przekona się, że spotkanie ze mną było jego najgorszym błędem w życiu.

 

W jednym momencie uniosłem dłoń w górę a ją pokryła czarna energia pod mymi stopami zaczął się formować czarny okrąg, który przybrał postać czarnej dziury, gdy został ukończony wciągnął mnie w całości. W międzyczasie na arenie powstał niemal identyczny okrąg jednak różnił się tym, że był znacznie większy. Powoli coś zaczęło z niego wychodzić a była to olbrzymia koścista ręka. Jej dłoń zaciskała się na kształt pieści widać, że coś trzymała. Nagle dłoń otworzyła się a w niej spoczywała bezkształtna czarna energia, która powoli zaczęła się coraz bardziej zmieniać aż nie przybrała mojej postaci. Gdy cały proces dobiegł końca koścista dłoń zaczęła powoli wracać do dziury a gdy całkiem zniknęła w jej wnętrzu dziura również się zapieczętowała.

 

Zacząłem przyglądać się swojemu ciału. Wolałem się upewnić, że odtworzyłem je tak jak należy. Jednak wszystko wyszło idealnie. Chwilę zacząłem ruszać nadgarstkiem by rozruszać swe kości, czemu towarzyszył ich nieprzyjemny zgrzyt. To samo zrobiłem z karkiem. Gdy już skończyłem zacząłem rozglądać się po arenie. To było dość dziwne zwiedziłem wiele różnych krain jednak tej nie znałem. Czułem magie tego miejsca. Jednak była jakaś taka nieprzyjemna dla mnie. Sam nie wiedziałem, co myśleć. W końcu nagle moje oczy spoczęły na przeciwniku, którego dopiero, co dostrzegłem.

 

Śmiertelnik? Pomyślałem spoglądając na niego i starając się go ocenić. To będzie aż za łatwe. Śmiertelnicy są słabi, jaką bronią i mocą by nie dysponował nie był w stanie nic mi zrobić. Nagle lekko się ukłoniłem przed nim.

- Witam szanownego oponenta - mój głos był mroczny mściwy a każde słowo mogło być jak szpilka wbijająca się w serce. Tak przynajmniej to działało na zwykłych śmiertelników. - Mam nadzieje, że zdołasz zapewnić mi długą zabawę nie chciałbym przychodzić tu na marne - stwierdziłem ponuro by się zaraz wyprostować. Nagle moją dłoń ponownie spowiła mroczna moc a gdy dotknąłem nią ziemi stawała się coraz bardziej spaczona aż nie powstał spaczony okrąg mrocznej ziemie wokół mnie. Zmrużyłem lekko oczy nie spuszczając przeciwnika z oczu. A nagle spaczona ziemia stworzyła dwa duże czarne kolce a przed nimi powstawały kolejne takie samie coraz bardziej się rozrastały kierując się w linii prostej w stronę przeciwnika. Czas na grzeczności się skończył teraz czas ocenić, co potrafi mój oponent.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Nie miał czasu by nacieszyć płuca zapalonym papierosem. Trzeba było przyznać, jego przeciwnik potrafił zrobić wejście. Aż trochę głupio się poczuł, gdy w myślach porównał je z własnym. no trudno, nie cofnie czasu, specjalnie iż nowo przybyły nie dął mu nawet takowego czasu by się przywitać. Jego atak był zabójczy, przynajmniej z wyglądu, ale kto wie, może uda się coś na to poradzić. Jak mawiają, im wyżej stoją, tym ciężej upadają?

Wyrwał z płaszcza drewniany kijek, na oko długości dwóch dłoni, po czym wbił go w ziemię aż ten się w pełni w niej zagłębił.

- Piekielna Kuźnia.

Ziemia pod jego stopami zamieniła się w wypalony obsydianowy blok. A kiedy tylko kolce do niej dotarły, rozszczepiły się niczym lodowe sople zanurzone we wrzątku, a towarzyszył temu syk, gdy jeden z metalowych krążków trzasnął niczym gasnąc zapałka.

Ot materiały do jego kuźni, w której to miał zamiar przygotować kilka przedmiotów. Powiadają, ogień zwalczaj ogniem - a kuźnia Enkiela miała tegoż sporo. Tupnął stopą w podłoże i z obsydianowej tafli wypłynęło, wynurzając się niczym stwór z bagien, solidne kowadło z bliżej nieokreślonego, białego metalu. Całości towarzyszył przyjemny dla ucha zgrzyt, niczym erupcja wulkanu. W ten oto sposób powstał bastion, zamek w którym Enkiel zamierzał się bronić. Mimo braku murów, miał on kilka dobrych niespodzianek. Ale na początek, żeby wiedzieć jak walczyć, trzeba wiedzieć z czym się walczy. Wyciągnął z kieszeni szkło powiększające i skierował je na przeciwnika.

- Ukaż.

Jego oczom ujawniły się całe rzędy słów i znaków, jak gdyby sprawdzał z jakiego metalu wykonany jest miecz. Czytał w pośpiechu, bowiem nie sądził by oponent pozwolił mu na chwile beztroski, a potrzebował owej wiedzy dla zwiększonej skuteczności. Wczytywał się uważnie, coraz bardziej powątpiewając w to co czyta. Czy takie istoty mają prawo istnieć? Z czego on jest utkany? To w ogóle żyje? Te i wile innych myśli przebiegło mu przez głowę, kiedy kończąc odczyt schował narzędzie do odpowiedniej kieszeni. W żadnej wojnie, jakiej przyszło mu stoczyć, nie widział czegoś nawet odrobinkę podobnego do stwora, z którym przyszło mu się tutaj zmierzyć.

No ale nic, nie można się od razu poddawać - a nuż się okaże, że facet jest uczulony na marchewki i będzie po sprawie. Prawda?

Niepokoiła go ta ziemia, którą przekształcił upiór. Zdawała się być medium dla jego umiejętności, a Enkiel nie umiał od tak usunąć czegoś takiego. No nic, na razie przyjdzie mu się bronić, do chwili aż nie wymyśli czegoś sensownego. Miał na to jeszcze 11 ładunków.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Spoglądałem jak moje kolce utkane z ciemności zbliżają się coraz bardziej do mego oponenta. To miało być tak łatwe? Przecież to była dopiero rozgrzewka. Czyżbym przybył tu na próżno? Jednak szybko zmieniłem zdanie a me oczy lekko się zmrużyły na widok tego, co się stało. Moje kolce nie miały szans się tu przebić to wszystko utraciło już sens a szkoda marnować ich energie. Uniosłem dłoń ku górze a rząd kolców, który jeszcze nie zbliżył się do przeciwnika zaczął cofać się ku mrocznej ziemi, która je zrodziła do czasu aż zostały tylko dwa ostatnie, które wszystko rozpoczęły. Te nagle wyrwały się z ziemi i w jednej chwili wbiły się w mój brzuch przebijając mnie na wylot.

 

Chwilę stałem tak zgięty dla przeciwnika mogło wyglądać, że umieram. Jednak nagle się wyprostowałem a kolce zaczęły się jakby topić by zaraz całkowicie zostać pochłonięte przez me ciało. Gdy wszystko dobiegło końca ponownie lekko przekręciłem kark i było przy tym ponownie słychać trzask mych kości. Teraz musiałem dokładnie przeanalizować to, co właśnie zrobił przeciwnik. Zastanawiało mnie te szkło, przez które na mnie patrzył. Czy chciał mi coś tym zrobić? Jeśli tak było to ten atak był zupełnie nieudany. Jednak coś tu było nie tak. Nie wyczułem w tym, co wtedy robił nic niszczycielskiego a potrafiłem wyczuć takie rzeczy. Więc co on właściwie zrobił? Dobrze na to czas przyjdzie potem. Teraz musiałem zająć się tym, co się dzieje obecnie.

 

Zacząłem się przyglądać działaniom, które zaczął ten śmiertelnik. Czy on chciał stworzyć tam na mnie jakąś broń? Próżny trud. Tak niewiele można mi zrobić. Ciało, które obecnie miałem było tylko pustą skorupą, która przechowywała maja esencje wewnątrz siebie. Jednak, po co miałem tu stać i się nudzić? Zacząłem się zastanawiać jak go teraz zaatakować. Jak na razie widać, że ten się woli skupić na działaniach ofensywnych niż na bardziej otwartej walce. Przynajmniej na razie pomyślałem złowieszczo. Ataki jak ten ostatni niewiele tu zdziałają najwyraźniej.

 

Moją dłoń z powrotem spowiła mroczna moc a sam zacząłem nią kręcić wokół aż w końcu z energii utworzyła się mała ciemna chmura. Nie była typowa jak zwykła chmura. Wyglądało to tak jakby żadne światło nie było się w stanie przebić przez mrok, który wytwarzała. Nagle zaczęła powoli unosić się w górę. Gdy znalazła się na odpowiedniej wysokości jej rozmiar zaczął się powiększać. Zaczęła lecieć powoli nad głowę mego przeciwnika. Zastanawiałem się czy ten jego bastion go ochroni przed zagrożeniem z nieba i czy jest na tyle odporny by to znieść. Na razie chciałem pozbawić go jego zabaweczek. Gdy chmura znalazła się nad miejscem gdzie aktualnie był mój oponent zaczął z niej padać deszcz. Jednak nie była to woda. Krople były czarne, tłuste i wręcz oleiste. Ale nie to było najgorsze. Gdy tylko jakaś kropla spadła na roślinę ta natychmiast gniła. Ziemia stawała się mroczna w miejscu gdzie spadła na nią kropla a metal rdzewiał. W niektórych miejscach na arenie zaczęły nawet powstawać kałuże tej mazi. Deszcz zgnilizny i rozkładu tak nazywałem te sztuczkę miała za cel niszczyć wszelką życiodajność, która nas otaczała mu by to zagroziło gdyby był na tyle głupi by się napić tej mazi.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Jego przeciwnik dał wspaniały pokaz działania niepopartego przemyśleniem, połączonego z raczej kiepską grą aktorską. Jak zademonstrował, jego własna energia nie robi mu krzywdy. A to samo w sobie było sporą podpowiedzią do jego kolejnych działań. Co innego ta cholerna chmura. Na początku zakładał, że oponent zakryje nią siebie, lub jego, lecz kiedy pierwsze krople spadły z sykiem na jego ramiona, tajemnica się rozwiązała. Deszcz substancji która działała lepiej niż większość kwasów. Wspaniały środek owado- i chwastobójczy. Lecz dla niego praktycznie nieszkodliwy. Szybko przywdział rękawiczki które wydobył z kieszeni, rozpiął kołnierz swojego płaszcza, wyciągając z niego delikatnie połyskujący kaptur, a kiedy go przywdział, cała jego postać zaczęła lekko migotać, można by rzec, iskrzyć się.

- Nie wszystkie materiały są tak podatne na zgniliznę jak inne kolego. Tak jak i nie wszystkie metale rdzewieją.

Kolejne płytki nad jego głową się rozpadały, jedna za drugą. trzecia, piąta, w końcu jedenasta, wszystkie znikły odsłaniając go na pełną siłę ulewy. Wyciągnął próbówkę i nabrał do niej trochę mazi. Wsypał do środka jeszcze trochę specjalnego proszku i całość zagotowała się wspaniałym odcieniem fioletu.

- Więc to tak. Przydatne, nie powiem. Ale koniec końców zbyt ryzykowne, tak, zdecydowanie cena produkcji przewyższy cenę sprzedaży.

Dla wielu jego marudzenie mogło by być bez sensu jako takiego, lecz on już układał w głowie jak powielić ów płyn przy minimalnych kosztach i jak znaleźć na niego kupców. Ot przedsiębiorczość to się nazywało. Oderwał się na chwilę od tych przemyśleń i jeszcze raz uważnie przyglądnął się istocie którą miał na przeciw sobie. I mając dość próbek, wiedział co musi zrobić.

- Dłonie Hefajstosa.

Jego dłonie rozżarzyły się niczym nozdrza Płomiennych Melefów, kiedy zacisnął je w pięści. Obrócił się do kowadła i z uśmiechem wykonał szeroki zamach, opuszczając swój kowalki młot na metal. Ten zaś zabrzmiał jak rażony gromem. I tak też mogło się zdawać każdemu, kto byłby w okolicy i obserwował, bowiem w chwili uderzenia cała arena rozbłysła światłem, w którym ni miejsce było dla cieni. Światłem jasnym i gorącym, światłem Ognia który nigdy nie gaśnie. Wykorzystując tą chwile odlepiającego blasku wyrzucił w powietrze swoje dzieło.

- Pieczęć Czterech Imperatorów!

Ponownie po arenie rozległ się syk, w podobie do pękniętego kotła z parą. Trwał nie dłużej niż jeden oddech, lecz zakończył się czarnym, cylindrycznym obiektem na dłoni Enkiela - zapieczętowaną chmurą jego przeciwnika. Chmurą, którą wchłonął i przekonwertował na ogień w swojej kuźni. Lecz to był tylko początek, bowiem uderzał dalej, a każde uderzenie utrwalało kształt który potrzebował.

- Droga Cierniowa.

W kierunku jego przeciwnika wystrzeliła setka bagnetów, różnej długości i metalu, ozdobione każdy drewnianą rękojeścią z herbem jego zakładu - Tarczą z wkutym w nią kowadłem. Wszystkie miały jedno zadanie - przyszpilić jego przeciwnika tak bardzo, jak tylko się dało. Fakt ich celności był dyskusyjny, zgoda, wszak wiele nawet nie leciało w kierunku celu, tylko wszędzie wokół, ale co tam, miał energie, mógł jej trochę pomarnować.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Ponownie zmrużyłem lekko oczy widząc jak mój oponent przywdział na siebie jakąś szatę, która najwyraźniej była odporna na moją zgniliznę. Nie mogę powiedzieć, że ten materiał mnie nie zaintrygował, choć trochę. Rzadko spotyka się coś, co byłoby w stanie oprzeć się memu rozkładowi. Jednak w końcu mogłem na powrót zobaczyć mego oponenta w pełnej okazałości. Na razie obserwowałem spokojnie, co też on zamierza niby zrobić. Zdziwił mnie fakt, że wziął trochę zgnilizny do jakiegoś naczynia. Próbował pojąć mą moc? Była to głupota. Śmiertelnik nie jest w stanie pojąć mnie i mojej mocy. To przekracza jego zdolności.

 

Jednak na tym się najwyraźniej nie skończyło. Nim się obejrzałem ten zaczął robić coś jeszcze. Zaczynałem mieć wrażenie, że nie walczę z magiem a kowalem. Dosyć ciekawie zapowiadał się ten pojedynek. Gdy nagle spostrzegłem jasne światło. Osłoniłem się przed nim instynktownie ręką i cofnąłem się lekko przy okazji sycąc. Nienawidziłem światła było mym przeciwieństwem. Podczas gdy ja pławiłem się w mroku zabierając nadzieje i odbierając życie ono dawało nadzieje i życie. Moje uszy skupiły się teraz na dziwnym dźwięku, który usłyszałem. Musiałem się szybko pozbierać, bo inaczej dam mu szansę, którą szybko wykorzysta. Pomimo że to światło pozostało dla mnie nieprzyjemne wciąż obserwowałem poczynania oponenta.

 

Byłem zdziwiony tym, co zobaczyłem teraz a raczej, czego nie widziałem. Moja chmura ciemności przepadła. Zdołał ją zapieczętować? To było coś naprawdę dziwnego. Pomimo że nie była najpotężniejszym zaklęciem w mym arsenale to jednak widok śmiertelnika, który jest w stanie zapieczętować magie przekraczającą ich zdolności rozumowania naprawdę potrafi zadziwić. Jednak na tym się jeszcze najwyraźniej nie skończyło. Spostrzegłem jak w mym kierunku coś leci. Więc z defensywy do ofensywy jakże oryginalne. Najwyraźniej to, co leciało w moim kierunku było bronią fizyczną. Pokręciłem lekko głową na ten widok. Nie tędy droga by coś mi zrobić. Właściwie nie musiałem nic robić  by się ratować , bo zagrożenia tu dla mnie nie było, ale, po co odsłaniać wszystkie karty przed mym przeciwnikiem?

 

Ponownie mą dłoń spowiła czerń a pod mymi stopami pojawił się czarny otwór taki sam, jakim dostałem się na arenę. Jednak, co ciekawe nie wyglądało by ten miał mnie wciągnąć. Wciąż stałem w miejscu, w którym stałem. Jednak, jeśli ktoś by się lepiej przyjrzał zauważyłby, że to, co teraz tam stało było kompletnie czarne. Nie można było odróżnić skóry od stroju a na dodatek obecna tam istota zamiast białych ślepi miała je całkowicie czarne i mroczne. Gdy tylko broń przeciwnika się zbliżyła do tego tworu przesiąkła prze niego jak przez powietrze. Widać było, że to coś nie miało fizycznej formy i tak też było. Utkałem to z cienia i mroku i było mi całkowicie podległe. Nawet to światło nie mogło go zniszczyć gdyż wir, który utworzyłem tworzył samą esencje ciemności z krainy gdzie żadne światło niema prawa istnieć a gdy się pojawia jest natychmiast niszczone. Był jak akumulator dla tej istoty, który go zasilał. Gdy byłem pewny, że jest już bezpiecznie na powrót zmieniłem się miejscami z moim dublerem a wir pod mymi stopami ponownie się zamknął.

 

Dobrze czas zobaczyć jak mój oponent poradzi sobie w innym rodzaju starcia. Uniosłem ręce ku niebu i zacząłem się w nie wpatrywać nie ruszając się niczym głaz. Trwało to dobrą chwilę, gdy nagle z kałuż, które stworzyła moja chmura, co niedawno została zapieczętowana coś zaczęło się wydostawać. Najpierw wychodziły same ręce by zaraz po nich wyszły z nich twory w całej swej okazałości. Wyglądem przypominały trochę mnie jednak wyglądały jakby były bardziej utworzone z tej mazi i były trochę bardziej mizerne niż ja. W dłoni każdego z nich spoczywało coś na wzór noża rzeźnickiego jednak jego ostrze nie było ze stali a z tej samej mazi, która dała im życie. Można było, więc spokojnie założyć, że nie miały na celu zabić mego oponenta. Tylko ja wiedziałem, co miały za cel zrobić. Stworzenia te były całkowicie bezrozumne i podległe mej woli. Gdy na arenie pojawiło się 7 takich postaci ponownie wróciłem do naturalnej pozycji i wskazałem palcem na śmiertelnika. Upiory Nagle wsiąkły w ziemię a zamiast nich na arenie pozostały mroczne plamy, które zbliżały się powoli do oponenta by zgodnie z moją wolą go zaatakować

Share this post


Link to post
Share on other sites

Cel wykonany, teraz trzeba było to wykorzystać. Założenia zostały spełnione w stu procentach - przeciwnik zamiast pozbyć się ostrzy, zignorował je, wszak, jak zakładał Enkiel, jego ciało nie było w pełni materialne. Choć co do tego w pełni dalej nie był pewny, bowiem gdyby był całkowicie odporny na rzeczy fizyczne, nie musiał by posyłać tego czegoś, zwyczajnie nie ruszał by się z miejsca. Ale mimo to wszystko poszło zgodnie z planem. Bowiem teraz mógł wykonać bardziej zaawansowane techniki. Na początek, potrzebował lepszego światła. A to akurat nie będzie większym wyzwaniem, bowiem on nigdy nie wykuwa zwykłych rzeczy.

- Kun.

Bagnety za oponentem wybuchły. A właściwie nie bagnety, ale ładunki błyskowe ukryte w drewnianych rączkach. Efektem był wspaniały, długi i szeroki, cień, który ciągnął się aż do kowadła Enkiela. Cień w który ten ochoczo uderzył, zaklinając w nim swoje zaklęcia z zatrważającą prędkością.

- Where the elves dance
Their dances of solitude
Hearken to the mountain
Can you hear the echoes
Of the hammer's beat
From deep within the shadows?

Powiadają że cienie są prawdziwą formą życia. Jeśli coś nie posiada cienia, to nie istnieje. A zaklinał w nie najprostsze zaklęcia awersji. Awersja do ognia, awersja do światła, awersja do mrozu, wszystkie tak samo potężne, jak zaklęcie na jego płaszczu chroniące go przez poprzednią chmurą.

- Yol.

Reszta bagnetów wybuchła potężnym ogniem, który nie raz i nie dwa przeszedł przez jego kuźnie. Lecz sam w sobie nie był on tylko ogniem, bowiem kowal nie karmił swej ukochanej, kuźni, zwykłymi płomieniami. Nie, ten płomień był darem samej Arati'huun, opiekunki kowali, złodziei i kapłanów. Zaś jej światło miało w sobie wiele życia, więc było ożywczo ciepłe i wspaniałe. Połączone z awersjami które rzucił na przeciwnika mogło być jednak zbyt gorące, ot tak tyci tyci. Ale to tylko zabiegi żeby kupić trochę czasu, bo szczerze powiedziawszy nawet nie wiedział jeszcze jak zająć się tymi poruszającymi się kałużami. Mógł bezpiecznie założyć, że są z tego samego materiału co chmura, ergo można je zapieczętować. Ale pieczętowanie zawsze jest ryzykowne. Wystarczy że skład chemiczny tych bajor odrobinkę różnił się od tego, który spadł z nieba i wszystko w diabli. No nic, na razie trzeba będzie je tylko unieruchomić, jak się ich pozbyć schodziło na drugi plan.

Szybko uderzył w kowadło wyciągając przy okazji z kieszeni kilka kulek z błękitnego metalu. Dwa uderzenia na kulkę.

- W imieniu podziemi, rozkazuję, zamarzajcie.

Rzucił kulkami w zbliżające się istoty, a gdy kulki eksplodowały, rozpoczął się proces zamarznięcia. Choć to nie było konkretne określenie, bowiem stwory nie zamarzały, a natychmiast zamarzły. Całość procesu nie trwała dłużej niż mrugnięcie okiem.

Uderzył jeszcze kilka razy w kowadło, w sposób jak uprzedni rozsyłając po arenie więcej światła. Tak przygotowany mógł odpowiednio zareagować na akcje przeciwnika.

Edited by Zegarmistrz

Share this post


Link to post
Share on other sites

Tego się zupełnie nie spodziewałem. Nie doceniłem mego oponenta. Tak jak on wcześniej zignorował moje oleiste kałuże tak ja zignorowałem broń, którą mnie zaatakował wcześniej. Myślałem, że same uniknięcie ataku wystarczy a jednak to nie było to. Nim się spostrzegłem doszło do eksplozji jakiegoś obrzydliwego światła. Zacząłem wściekle syczeć zasłaniając się dłońmi i cofając do tyłu.  Czułem na dodatek okropne ciepło. Moje ciało nie pojmowało zasady bólu, bo było tylko pojemnikiem jednak mogłem zauważyć, że coś jest nie tak, gdy kawał skóry na moim bicepsie wypalił się do kości.

 

- Dość! - Wrzasnąłem wściekle a mój wrzask rozniósł się po całej arenie. Zacząłem kręcić dłońmi wokół siebie aż nie utworzyłem w nich czarnej kuli mrocznej energii. Chciał mnie pokonać światłem? Zaraz się przekona jak głupi był ten ruch. Kula zaczęła unosić się ku górze opierając się zasadom grawitacji aż w końcu zawisła w miejscu. To, co zaczęło się dziać potem mogło zszokować mego oponenta, bo ta zaczęła pochłaniać w siebie całe światło, które tylko było w jej granicy i coraz bardziej rosnąć. Im więcej było światła tym bardziej rosła Była jak pasożyt, który żywił się światłem. Tym samym sprawiając, że na arenie zaczął panować coraz większy mrok. Kolejny efektem tego wszystkiego było to, że zacząłem się upodabniać do otaczającej nas ciemności, przez co mogłem się stać niewidoczny dla oczu oponenta.

 

- Chciałeś mnie pokonać światłem? - powiedziałem wściekle. - Niema światła, którego nie zniszczę. Teraz możesz rozpaczać nad swą arogancją - to były moje ostatnie słowa w jego kierunku. Nie chciałem by ze słuchu mógł określić moją pozycje. Nagle coś poczułem coś znajomego. Moje marionetki zostały zamrożone? Kiedyś panowałem nad żywiołem lodu jednak teraz to odległa przeszłość. Zresztą nie ważne niech myśli, że wyeliminował ich z naszego pojedynku. Później się tym zajmę na razie chciałem zrobić coś innego. Nagle uniosłem dłonie przed twarz a na mych wszystkich palcach pojawiły się shurikeny, które wyglądały jakby były utkane z samego cienia. One również świetnie upodabniały się do otaczającej nas ciemności. Nie miały zabić a zrobić coś jeszcze ciekawszego. Zaraz się przekonamy czy zdoła ich uniknąć w obecnych warunkach. Rzuciłem shurikeny a te poleciały w zupełnie różnych kierunkach areny w ten sposób odpowiednio się od siebie rozdzielając. Gdy były już na swoich pozycjach zaczęły lecieć w kierunku przeciwnika ze wszystkich stron areny. Podobnie jak zamrożone kukiełki i one były podległe mej woli a teraz miały za cel tylko dostać się do mego wroga za wszelką cenę.

Share this post


Link to post
Share on other sites

12 Konwerterów, po 5 bitsów sztuka. Płaszcz Większej Niewrażliwości i rękawiczki Niewrażliwości z dodatkowym zaklęciem transferu magicznego - 250 bitsów. Bagnety z pojemnikiem mogącym przechowywać proste zaklęcia, 14 bitsów od sztuki. Lodowe Klatki, 40 bitsów sztuka. To tylko względne wydatki jakie musiał przeliczać kiedy wykuwał swoje bronie i narzędzia. Planował otworzyć niedaleko sklepik z takim ekwipunkiem, zatem równie dobrze mógł teraz zrobić sobie reklamę. Każda istota która zobaczy pojedynek bez problemu połączy jego zakład kowalski z tym, co tu się dzisiaj wydarzy.

Dłonie Hefajstosa pozwalały wytwarzać nie tylko przedmioty najwyższej jakości, lecz działały odrobinkę jak ciepły nóż na masło. Wszystko czego nimi dotknął mógł uplastycznić, przekształcić, przekuć na nowo. Nie potrzebował w swojej kuźni narzędzi, bowiem wszystko mógł wykonać dłońmi. Bo faktem było, że w jego ciele magia nie była taka jak u każdego maga. Nie mógł wyczarować kuli ognia, lodowego kolca czy choćby świecącej kuli jak każdy, nawet przeciętny mag. On potrzebował jakiegoś medium, choćby nawet głupiej latarki, którą mógł nasączyć magią i zamienić w coś, co po przyciśnięciu guzika będzie strzelać owymi kulami ognia. I dlatego był Zaklinaczem, kowalem który tworzył wszystko, co tylko był w stanie sobie wyobrazić, dającym zwykłym przedmiotom magiczne właściwości.

A teraz arenę pokrył mrok. Ciemność głęboka niczym pustka bezbrzeżnego kosmosu. Czarna i wypełniona prawie że namacalną nienawiścią. Kiedy tylko zaczęły gasnąć pierwsze światła, wiedział co musi zrobić. Wszak musiał sobie to tylko wyobrazić. Zakładając że przeciwnikowi ciemność nijak nie przeszkadza, zaczął uderzać w swoje kowadło.

I wtedy nadciągnął atak. Sam Enkiel nie wiedział nawet co go zaatakowało, ale wiedział, że zadziałały artefakty ochronne. Kto, to było oczywiste. Ale co? Tego dowie się z pewnością dopiero jak pozbędzie się tej ciemności. Jego oponent z kolei mógł zobaczyć jak jego własne shurikeny nagle spadają na ziemię, metr przed kowadłem, przyczepiając się do płaskich metalowych kostek wbitych w podłożę wokół kowala. Zakrzywiacze Grawitacyjne miały proste zadanie, przyciągnąć do siebie wszystko, czy to pocisk czy osobę, która znajdzie się zbyt blisko ich pola grawitacyjnego.

Przyśpieszył uderzenia kiedy w tyle głowy kolejne zakrzywiacze zaczęły gasnąć. Ich energia nie była nieskończona, praktycznie nadawały się tylko do jednorazowego pozbycia się czegoś, bowiem ich pole grawitacyjne było na tyle silne, że na małym obszarze zgniatały cel jak starą puszkę. A on uderzał w kowadło, nawet kiedy mrok zbliżył się na tyle, że światło jego kuźni zaczęło przygasać.

Nie, na to nigdy nie pozwoli. Czuł jak rozpala się w nim gniew. Jak rozpala się w nim światło silniejsze aniżeli tysiąc słońc. Nie pozwoli, by jego ukochana została tak zwyczajnie znieważona. Po jego trupie.

Ściągnął z kowadła pierścień, jeszcze ciepły, który nałożył na środkowy palec i zaciskając pięść rozpoczął inkantację.

- In fearful day, in raging night,

Pierścień rozświetlił się delikatnym błękitnym światłem, słabym i migającym, niczym płomień świecy na wietrze, lada moment gotowy zgasnąć od byle podmuchu. Chwycił się za nadgarstek drugą ręką i uniósł ramiona wysoko nad głowę, przelewając swoje ciepło w pierścień z mocą Hefajstosa, by jego światło wspomogło światło w pierścieniu.

- With strong hearts full, our souls ignite.

When all seems lost in the War of Light...

Podniesiony pierścień rozświetlił się potężnym błękitem, bezkresnym niczym niebo pełnym ciepła, nadziei, pełen ognia który wydobywał się z jego posiadacza.

-...Look to the stars, for hope burns bright!

In Arati'huun name, those who worship evil's might

Bevare my power - Hefajstos Bright Lamp!

Wybuch błękitu i potężna fala ciepła. Wszędzie wokół kowala rozpoczął się proces wypalenia, bowiem w kontakcie z błękitnym światłem ciemność, która zdawała się wcześniej żywić światłem, zaczęła wybuchać płomieniem rozprzestrzeniającym się z siła huraganu. Nie więcej jak dwa oddechy i cała arena stała w poświęconych przez jego boginię płomieniach. Ogień w jego kuźni wystrzelił w górę niczym gejzer, przekształcając jedno kowadło w monstrualnej wielkości stół kowalski, pokryty rytami z modlitwą ku czci ognia, Arati'huun i magicznego kowalstwa. A on to wykorzystał, uderzając ponownie w kowadło, by ustabilizować formę i rozpocząć wykuwanie kolejnego artefaktu.

Edited by Zegarmistrz

Share this post


Link to post
Share on other sites

Ponownie zmrużyłem lekko oczy na widok mych shurikenów, które nie dotarły do swego celu. Czyli zabezpieczył się przed każdym tego typu atakiem? Całkiem sprytnie musiałem przyznać. To z pewnością utrudniało swego rodzaju zadanie. Musiałem przemyśleć całą sytuacje. Najpierw moje marionetki zostały zamrożone, gdy się chciały zbliżyć a teraz kolejny atak okazał się nieskuteczny. Jak widzę ten śmiertelnik posiadała niesamowitą obronę na wszelkie moje ataki. Jednak niema fortecy, która nie może runąć.

 

Chciałem przygotować kolejny atak jednak zaprzestałem tego, gdy moje oczy otworzyły się szeroko w wielkim zdumieniu. Moja ciemność. Mój przepiękny mrok się wypalał. Czułem jak mroczna energia, którą spowiłem to miejsce coraz bardziej zanika. Jednak najgorsze dopiero nadeszło. Arena stała się dla mnie wręcz wroga. Czułem teraz coś obrzydliwego gorszego niż najgorszy ból, jaki mógłby sobie wyobrazić śmiertelnik. Zmienił arenę w coś, co mnie odrzucało wręcz chciało wypędzić z tego miejsca. Spotykałem podobne miejsca w innych krainach, do których przybywałem i wtedy mogłem zrobić tylko jedno. Inaczej nie będzie w tym wypadku.

 

Położyłem dłoń na swym ramieniu i nagle włożyłem ją wprost pod skórę i zacząłem coś wyciągać z ramienia. Jak się okazało był to nóż przypominający wyglądem rzeźnicki. Podobny do tych, które miały moje marionetki. Jednak teraz ostrze było inne. Wyglądało jak wykończenie zwykłego noża, ale były na nim wyryte napisy nieznane w języku śmiertelników. Bluźniercze słowa znane tylko tak upadłym istotą jak ja. A ich znaczenie było proste "Nasyć me wnętrze a będziesz nagrodzony". Moje oczy znów zwróciły się na przeciwnika.

 

- Niema miejsca, którego nie spaczę. Niema świętości, której nie sprofanuje. Bo ja jestem bólem i strachem i wkrótce się o tym przekonasz - powiedziałem i nagle skierowałem swój wzrok ku niebu. W jednej chwili otworzyłem drogą pustą dłoń i przejechałem ostrzem po niej. Z rany, która powstała zaczęło płynąć coś, co na pewno krwią nie było. Było lepkie mroczne i obrzydliwe. Kiedy tylko krople tej cieczy dotknęły ziemi zaczęła z niej ulatywać para wyglądało to tak jakby jakiś kwas wżerał się w ziemie. Jednak nie powstawały na niej dziury. Zamiast tego w miejscach gdzie się ulała ciecz życie natychmiast znikało. Nieważne czy to była roślina czy czysta ziemia. Wszystko stawało się mroczne i bez życia.

 

- Wy, którzy mnie słyszycie. Wy, którzy już dawno w sen zapadliście przyjmijcie ten skromny dar i przybądźcie na me żądanie - mówiłem tak cały czas w powietrze jakbym już nie zwracał uwagi na oponenta, gdy nagle ziemia na arenie zaczęła się trząść i na jednym z kątów areny zaczęły pojawiać się pęknięcia, gdy ziemia całkiem tam pękła zaczął wyrastać z tego miejsca filar, który wyglądał jakby był kompletnie zwęglony temu wszystkiemu towarzyszyły niepokojące dźwięki, w których można było się doszukać rozpaczy i nieopisanego bólu, gdy filar w pełni się wyłonił osiągał 8 metrów, ale nie jego wielkość zwracała szczególną uwagę, gdy się mu przyjrzało można było zauważyć, że coś się na nim wije jak się okazało były to szkielety, które były przybite do tego filaru i to właśnie one tak zawodziły. Była to część dusz, które pochwyciłem, gdy zawierałem z nimi kontrakty teraz były skazane na wieczną służbę dla mnie i mego pana. Machnąłem dłonią a kości z filaru zaczęły się rozsypywać na ziemie pod nim aż nie zrobił się ich gąszcz. Ponownie uniosłem dłoń a teraz kości rzucone na ziemie zaczęły się łączyć aż nie powstało 3 metrowe kościane monstrum. Nie można było powiedzieć, że jest to szkielet jakiegokolwiek znanego stworzenia. Zamiast jednej ręki posiadało ogromny kościany szpikulec druga ręka była za to bardzo wielka a koniec jej palców zdobiły ogromne kościste szpony. Twarz monstrum była płaska w jego ustach można było zauważyć wielkie kościste kły, które układały się w demoniczny uśmiech. W pustych oczodołach świeciły się 2 czerwone punkty. Tors bestii był bardzo masywny tak jak i jej nogi. Bestia stała nie ruchomo czekając na mój rozkaz.

 

- Poznaj me dzieło zgadnij, czego nienawidzi ponad wszystko? - spytałem ponurym głosem. Nie dałem czasu na odpowiedź. - Życia - powiedziałem krótko a monstrum zaczęło nacierać w stronę przeciwnika. Dobrze wiedziałem, co się dzieje ze wszystkim, co się zbliży do niego jednak to stworzenie było zupełnie inne, o czym wkrótce miał się przekonać mój przeciwnik. Poza tym jego głównym celem było odwrócić uwagę ja w tym czasie zacząłem spokojnie zbierać energie by przygotować kolejną niespodziankę.

 

Share this post


Link to post
Share on other sites

No, w końcu zwrócił uwagę przeciwnika w sposób, który nie podlegał dyskusji. I zaraz się dowie, czy akurat to zwracanie uwagi było rozsądnym pomysłem.

Potrzebował czau żeby wykuć coś nowego, a zdawać by się mogło, że przeciwnik nie da mu tej możliwości. Bowiem zakrzywiacze które miały by choćby spowolnić stwora zwyczajnie się do niego przyklejały, kompletnie nie wpływając na tą pędzącą masę kości i szponów. Zaczynało się tutaj robić gorąco i to nie za sprawą jego kuźni.

Koniec końców wszystko zbiegało się do jednego prostego wniosku - nie pozwoli tej istocie, czymkolwiek by nie była, zbliżyć się do jego ukochanej. Kropka.

Wybiegł przed kowadło, wprost na szarżującego potwora i pociągnął za jeden z guzików w płaszczu.

- Perfect Warrior.

Jego płaszcz rozświetlił się światłem, tak metalicznym jak rtęć, pokrywając jego siało dokładną warstwą.

A kiedy owa warstwa opadła, oczom Żniwiarza ukazał się Enkiel w pełno-płytowej zbroi. Zdawał się być większy niż w rzeczywistości, niczym niepowstrzymany mur fortecy.

- W imieniu Arati'huun, nie przejdziesz dalej.

W zbroję miał zaklęte wszelakiej maści zaklęcia obronne. Pełne spektrum odporności magicznej, ochronę przed paraliżem, wycieńczeniem, ogniem, wodą, porażeniem, metal w niej zawarty sam z siebie był na tyle wytrzymały, że niezliczona ilość smoczych zębów została na nim złamana, co świadczyło o jego sile, pomijając wiele innych zaklęć które kowal przez lata wbijał w swoje dzieło. Hełm posiadał takie zaklęcia jak oddychanie pod wodą czy widzenie w ciemności, zaś buty wspomagały zwinność używającego, jednocześnie chroniąc go przed upadkiem z wysokości poprzez Swobodne Opadanie. Lecz to rękawice były jego mistrzostwem. Prócz prostego zaklęcia lewitacji, które powodowało iż zbroja dla użytkownika nie miała żadnej wagi, miały też zaklęte jeszcze inne potężne zaklęcia, które akurat teraz będzie jak znalazł.

- Widzisz, nie jest tak, że się nie boję. każdy się czegoś boi, każdy odczuwa jakiś rodzaj bólu. Ale nas ludzi właśnie to wyróżnia. Bo mimo bólu, mimo wiecznego strachu, dalej stoimy wyprostowani.

Kiedy stwór nadbiegł, Enkiel wystawił obie dłonie przed siebie, pozwalając by monstrum uderzyło go cała swoją masą. Zaparł się całym ciałem, ryjąc bruzdy w ziemi niczym zerwany podkład kolejowy. Lecz całość osiąga swój cel - monstrum najpierw zwolniło, potem zatrzymało się zupełnie, utrzymane pod wpływem Unieruchomienia Zmarłych z rękawic.

Lecz to był tylko środek tymczasowy, bowiem trzeba było uwolnić się od tego kolosa. I to na zawsze.

- Powiedziałeś że nie ma czegoś, czego nie dasz rady splugawić, czego nie dasz rady sprofanować. Zgadzam się. Lecz nie znaczy to, że nie będę walczył by ci w owej profanacji, koleżko, poprzeszkadzać.

Rękawice dotykające kolosa rozświetliły się czerwienią, jak uprzednio jego ręce pod wpływem Hefajstosa.

Nagle z ziemi wokół nich wyrosły świetliste linie, sześcian na tyle wielki, by całego golema umieścić w środku, za punkt stykowy głównej ściany można było uznać powierzchnię dłoni kowala. Kiedy cała kostka się zamknęła, Enkiel zaczął uwalniać energię.

- Uwięzieni w męczarniach, zwracam wam wolność. Co raz splugawione, niczym metal z ziemi, ogień mej kuźni oczyści. Jesteście wolni, Tengoku chūmon: Kasō!

Sześcian zamienił się w krematorium, gdy temperatura wewnątrz niego osiągnęła 120,000*C. Utrzymał tą płomienną wichurę do chwili, aż nie poczuł jak dusze cierpiących zaczęły się uwalniać, w wyniku pełnego spopielenia kości. Lecz nie mogły ulecieć gdzie ich miejsce, bowiem były tu uwiązane, niczym pies za ciężkim łańcuchu. Enkiel potrzebował chwili żeby zobaczyć, gdzie łańcuch ma swój koniec.

Wyrwał dłonie z kostki i przystawił je do podłoża. To popękało niczym cienka lodowa tafla na jeziorze, pokrywając arenę siatką czerwonych żył. I w nie kowal wtoczył cała energię jaka teraz szalała wewnątrz krematorium, by w jednym wybuchu eksplodowała niedaleko jego przeciwnika, kompletnie niszcząc filar z którego ten w pierwszej kolejności poodrywał cierpiących. To wystarczyło, medium zostało zniszczone, a dusze wróciły do kręgu reinkarnacji którego im pierwotnie odmówiono.

W ten oto sposób kowal zbawił cierpiących. I, jak sam zgadywał, delikatnie tym wpienił przeciwnika.

Lecz trzeba było postawić sprawę jasno. O ile Enkiel mógł wykorzystywać wszelakiego rodzaju artefakty, to jednak ich ilość nie była nieskończona. Szybko w myślach prześledził listę tego co mu jeszcze zostało i tego, czego być może będzie potrzebował. Zestawienie nie było kolorowe, brakowało czasu żeby wykuć potrzebne mu przedmioty, a był święcie przekonany że przeciwnik nie pozwoli mu na swobodne stanie przy kuźni. Ba, nawet teraz nie pozwalał mu przy niej być dłużej niż na kilkanaście sekund. Enkiel był kowalem, strategiem, więc doskonale wiedział jak dużą przewagą jest nie pozwalać przeciwnikowi odpocząć. Specjalnie gdy jest się istotą nie wymagającą wypoczynku. Jego oponent być może przemyślał to wszystko bardziej, aniżeli Kowal chciał zakładać. No ale nic, lepiej zająć się czymś konkretnym miast przemyśleń które już nic nie naprawią.

Na razie miał analizę niektórych aspektów oponenta - nie był istotą żywą, przynajmniej nie w prostym pojęciu życia. Na pewno nie był człowiekiem, potrafił uczynić swoje ciało dymem, niewrażliwym na ataki fizyczne. Ponad to kontrolował aspekty ciemności, w tym śmierci i rozkładu. Potrafił wzywać popleczników, tworzyć uzbrojenie i zmieniać otaczające go pole bitwy na takie, które sprzyjało jego umiejętnością. Zatem nie tylko nie szło go rozbroić, ale też nie można było liczyć na przewagę wynikającą z położenia. Trudność tego pojedynku wzrastała z każdym oddechem, co częściowo cieszyło kowala, ale też stawiało w nieprzyjemnej pozycji okupowanej przez widmo porażki. Ruchem dłoni odgonił nieprzyjemne myśli. Nie mógł sobie teraz pozwolić na zwątpienie, specjalnie że walka dopiero co się zaczęła. Wymienili uprzejmości, pozdrowienia można by rzec. I dopiero teraz miało się tu zacząć robić gorąco.

-  Sanktuarium.

To proste zaklęcie wkute we włócznie długości półtorej metra miało tylko jedno zadanie. Wszędzie gdzie włócznia się wbije, miało wytwarzać pole średnicy sześciu metrów, w którym wojownicy mieli czuć się bezpiecznie. Lanca poświęcała cały teren na obszarze tych sześciu metrów, nieprzerwanie i potężnie, do chwili aż coś jej nie wyrwie z ziemi. Nie była potężną bronią, lecz to właśnie jej właściwości spowodowały, że była rozchwytywana przez wszelakich łowców. Raz uruchomiona, przepędzała istoty, niszcząc je kompletnie. A że działała nieprzerwanie, to taka istota nie mogła sobie od tak podejść i ją wyrwać z ziemi. Ataki oparte na jakiejkolwiek odmianie ciemności rozpadały się w polu zanim jeszcze dotarły do broni, wszelakiego rodzaju miniony ulegały dematerializacji lub były uwalniane spod więzi zaklęć. Słowem, tylko osoba nieskalana złem mogła wejść w pole i wyciągnąć włócznie, przerywając zaklęcie.

A jego przeciwnik nie wydawał mu się czysty.

Wziął potężny zamach i rzucił w okolice wroga 3 takie włócznie, zakładając że będą niemiła niespodzianką dla jego przeciwnika.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Teraz stało się coś, czego bym nigdy nie przewidział. Nie mogłem w to po prostu uwierzyć. Nie czułem ich po prostu zniknęli. Ból, którym się karmiłem przepadł. Nie były to, co prawda wszystkie dusze, które zgarnąłem przez lata swej egzystencji a jedynie niewielka namiastka mych działań przez wszystkie stulecia. Mimo wszystko zabrał mi ich. Zerwał mój kontrakt z nimi. Otrzymali za życia, co chcieli a po śmierci mieli pozostać w mych objęciach a ja miałem czuć coś, co można by nazwać radością, gdy miałem na nich spoglądać. Przestałem dalej zbierać energie patrząc na resztki filaru. Wciąż nie mogłem uwierzyć w to, co zaszło. Nawet nie zwracałem uwagi na przeciwnika i na to, co robi cały czas chodząc w kółko.

 

Nagle spostrzegłem jednak, że ten coś we mnie rzucił. Nie byłem do końca pewny, co to jest, ale nawet mnie to szczególnie nie obchodziło. Właśnie utraciłem dla mnie coś, co było niezwykle cenne a to on za to odpowiadał! Spoglądałem na mego oponenta jak nigdy do tej pory. Pierwszy raz czułem takie uczucie jak to. Czy to był gniew? Dziwne uczucie przyznaje myślałem wpatrując się me dłonie, gdy  nagle chodząc w kółko przypadkowo stanąłem na drodze włóczni, które wbiły się w moje ciało a te niczym szmaciana kukiełka zaczęło skręcać się i przewracać po ziemi całkowicie pozbawione życia. W ciele leżały wbite włócznie, które wcześniej rzucił oponent a z niego przelewała się znajoma czarna substancja ta sama, która wylała się z mej dłoni, gdy skaleczyłem ją nożem. Na arenie dobrą chwilę zostało tylko me ciało pozbawione życia i oponent przynajmniej do czasu.

 

Ponownie na ziemi powstał znajomy czarny wir a ja wyłoniłem się z niego w pełnej okazałości jakby nigdy nic. Moje oczy zwróciły się ku memu dawnemu ciału. Myślał, że tak może mnie zabić? Pomyślałem cały czas spoglądając na nie. Szkoda było dobrego ciała jednak, co to za problem odtworzyć nowe? Moje oczy ponownie zwróciły się na przeciwnika, gdy nagle stało się coś niespodziewanego padłem na ziemi trzymając się za głowę i wijąc niczym robak wrzeszcząc z bólu. Tak tym razem nie sposób bym nie poczuł tego bólu, bowiem pochodził od istoty, której byłem całkowitą własnością.

 

- Nie! Błagam przebacz mi! Odzyskam ci nowych będzie ich więcej tylko przestań! - wrzeszczałem żałośnie w kierunku powietrza, gdy nagle ból zaczął ustępować moje błagania zostały najwyraźniej wysłuchane i ponownie dostałem swą szanse i nie miałem zamiaru jej zmarnować. Moje oczy zwróciły się na resztki filaru, który nagle zaczęła otaczać dziwna purpurowa poświata i ten zaczął się powoli topić. Czyli zabrał, co jego pomyślałem. Powoli ponownie obróciłem się w stronę mojego dawnego ciała idąc w jego kierunku spokojnym krokiem jak bym był na spacerze.

 

Gdy w końcu do niego dotarłem spojrzałem na włócznie, które zniszczyły pojemnik na moją esencje czymkolwiek by nie była ta broń jej natura zmieniła się z chwilą, gdy tylko dotknęła tego splugawionego ciała. Wyjąłem dłoń w kierunku jednej z tych włóczni, po czym wyjąłem ją z martwego ciała jakby nigdy nic. Wciąż czułem magię tej broni, bo ta nie została zachwiana jednak natura broni to już inna sprawa. Jak powiedziałem wcześniej niema rzeczy, której bym nie splugawił a mogę to robić na różne metody. Ponownie obróciłem się w stronę przeciwnika.

 

- To nie było miłe zabierać moje zabawki przez ciebie mój pan się na mnie zdenerwował. Jednak nie ważne jak nie ci to inni to nigdy nie będzie miało końca - powiedziałem spokojnie w jego stronę prawdę. Miałem jeszcze wiele asów w rękawie, ale czy ciekawej nie będzie, gdy  zobaczy jak to jest, gdy jego własna broń zwraca się przeciw niemu? Tak to dopiero mroczna myśl. W jednej chwili się zamachnąłem i cisnąłem włócznią w stronę przeciwnika byłem ciekawy czy ta jego magiczna tarcza chroni go przed jego dziełem przy okazji przekonam się jak dokładnie to działa.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Dobra, można śmiało uznać, że jego oponent jest prawdziwie nieśmiertelny. Może niekoniecznie niezniszczalny lub wszechmocny, ale na pewno nieśmiertelny. No nic, zawsze istniała możliwość unieruchomienia, tudzież innej immobilizacji.

Widział jak przeciwnik podnosi jego własny wynalazek i jak ciska w niego. Jak włócznia przecina powietrze, ciągnąc za sobą tuman kurzu. Potężny rzut potężnego przeciwnika.

I gdyby nie Perfect Warrior, Enkiel pewnie miałby nie mały kłopot. Lecz zaklęcia były na swoim miejscu, działały niezawodnie.

Szybki skręt ciała, zbyt szybki dla niektórych jak na rozmiary zbroi, zredukował szanse na trafienie do minimum. Zaś reszta potoczyła się szybko. Bowiem zaklęcia we włóczni działały bez zarzutu.

Chwycił za trzonek broni i uderzył włócznią o kowadło. Tak, jak uderza się młotem. Zaklęcie we włóczni działało dopiero, jak ta wbije się w coś, zatem w locie była kompletnie niegroźna. Co prawda korupcja w niej teraz zawarta mogła trochę namieszać, ale od tego miał kowadło by szybko i skutecznie oczyścić broń, rozbijając ją na składowe z których powstała. Ponad to wszystko, miał wcześniej kilka próbek które przeciwnik hojnie mu dostarczył, przez co wiedział już z czym walczy. I jak.

Bo broń jest dobra do chwili, aż ktoś nie użyje jej przeciw tobie. Enkiel produkował zatrważające ilości ekwipunku dla różnych osobistości. Osób prywatnych, kolekcjonerów, całych armii bądź też państw. I nigdy nie było gwarancji, że ktoś nie wykorzysta czegoś przeciw niemu samemu. Dlatego w każdy swój artefakt wkuwa praktycznie niewykrywalne zaklęcie. Mające za zadanie śledzić i przeanalizować osobę która posiada dany przedmiot. Szpiegostwo idealne. A kiedy jego przeciwnik podniósł broń, dostarczył kowalowi mnóstwo wiedzy - wiedzy którą planował użyć przeciw niemu.

Zaczął ponownie uderzać w kowadło, tym razem uwzględniając całość odkrytych informacji. Wrażliwości, odporności, pochodzenie, afirmacje. Wszystko co mogło się przydać, każdy szczegół. Jego przeciwnik nie wyglądał na takiego który się śpieszy, zatem i on korzystał z czasu mu danego. Kostkę którą stworzył położył na kowadle, gdzie zaświeciła się stalową szarością.

Sam z kolei wystawił ramię w bok i sięgając jakby w przestrzeń wyciągnął wielki młot. Ważący 90 kilogramów kolos, długa czarna rączka zakończona lekko falującą czerwoną główką przypominającą paszczę smoka, która to z kolei kończyła się kryształowym pazurem, przypominającym trochę nadtopioną wulkaniczną skale.

- Głowica Czerwonego Smoka.

Zamachnął się młotem w kierunku przeciwnika, uderzając bronią w podłoże. Na efekt nie trzeba było czekać, gdy kolistymi falami zaczęły się od niego rozchodzić pęknięcia w podłożu. Każde kolejne bardziej gorące niż poprzednie. A kiedy dotarły do przeciwnika, wybuchły stopioną skałą i ostrymi odłamkami. Lecz to była tylko zasłona, bowiem sam Enkiel postanowił w końcu zaatakować z bliska, pod osłoną jednego z wybuchów zaszarżował na wroga. Dzięki zaklęciu żwawości w butach, jego szarża była wystarczająco szybka by praktycznie w mgnieniu przysłowiowego oka znaleźć się koło przeciwnika i zamachnąć się młotem w jego nieosłonięty bok.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Ponownie lekko zmrużyłem oczy na widok tego jak włócznia mego oponenta nie zrobiła mu żadnej krzywdy. Mówiąc szczerze i tak niewiele spodziewałem się po tym ataku. Miałem, co prawda niewielką nadzieje, że zdoła, chociaż go lekko skaleczyć lub zarysować jego zbroje jednak nic takiego się nie stało. Jak to mówią nadzieja matką głupich a tu mieliśmy dowód tego. Patrzyłem w milczeniu jak sam niszczy swoje dzieło jednak sam nie próżnowałem i kumulowałem mroczną moc ze swego wnętrza do kolejnego ataku nie miałem zamiaru zwlekać i pozwolić ma na kolejny atak w moją stronę.

 

Jednak, gdy ja wciąż kumulowałem moją własną moc doszło już do kolejnego ataku z jego strony. Zobaczyłem liczne pęknięcia na ziemi i nagły atak ostrych skał. Czy naprawdę myślał, że może mnie w ten sposób pokonać czy jeszcze nie zrozumiał, że tak nie można mnie zabić? Miałem zamiar przygotować się do obrony by uniknąć licznych obrażeń, bo choć ciało było tylko pojemnikiem na moją mroczną esencje nie widziałem powodu by miało być niszczone od tak skoro oponent nie robił nic nadzwyczajnego jednak szybko zaprzestałem obrony pozwalając ostrym odłamkom wbić się w moje ciało a ogniu wypalić po części mą skórę. Ponownie można było ujrzeć moje czarne kości w miejscach gdzie trafiły mnie kamienie czy przypalił ogień, czyli głównie na rękach, torsie i nogach.

 

Dlaczego na to pozwoliłem? Powód był prosty mój oponent zrobił głupotę, za którą musiał teraz zapłacić. Wyczułem go najwyraźniej chciał odwrócić moją uwagę od niego tym atakiem jednak zapomniał o tym, że ja wyczuwałem każdy jego ruch. Jego śmiertelność mogłem wyczuć wszędzie. Żaden twór, który żyje nie jest w stanie się skryć przede mną, bo mają w sobie coś, czego nienawidzę coś, co chcę niszczyć i plugawić. Zrobił sam, co, do czego chciałem go zmusić i ułatwił mi w ten sposób zadanie a mianowicie opuścił swoją bezpieczną kryjówkę by mnie osobiście zaatakować ułatwił mi tym całe zadanie. Me dłonie pokryła mroczna energia i nagle sięgnąłem nimi przed siebie by chwycić nimi mego przeciwnika, gdy się tylko do mnie zbliżył. Jednak miało to też efekt uboczny nie zdołałem się w porę obronić i poczułem potężne uderzenie jego broni w mój bok. Jednak teraz ten ból był inny niż zwykle, bo wręcz go poczułem, co było dziwne, bo nie powinno tak być. Wiedziałem, że moje kości są pogruchotane. Ten pojemnik najwyraźniej też długo nie wytrzyma tego starcia całkiem nieźle jak na śmiertelnika jednak nie puszczałem oponenta pomimo bólu wciąż go trzymałem, gdy moje nogi były powyginane od tego uderzenia.

 

- Zrozum to w końcu, że twe życie to parodia tak jak każdego, kto się urodził jak ty. Otwórz się na to i oddaj się rozpaczy - mówiłem w jego kierunku ponurym głosem nie puszczając jego ramion i wpuszczając mroczną energię do niego. Każda chwila, gdy go dotykałem miała coraz bardziej plugawić jego zbroję jednak nie to powinno być jego problemem. Z każdą chwilą, gdy go dotykałem żywiłem się jego radością, miłością i odwagą starając się je zastąpić strachem i zepsuciem. Chciałem by zobaczył swe najgorsze lęki ugiął się przed nimi i zrozumiał, że pozostał sam ze swym bólem i nikt mu już nie pomoże. Najpierw chciałem odebrać mu wszystko, co czyniło go tym, kim jest by potem łatwo skończyć ten pojedynek. Nie spotkałem jeszcze śmiertelnika, który potrafiłby się oprzeć takiej ilości rozpaczy i nie sądziłem by on zdołał to zrobić.

Share this post


Link to post
Share on other sites

- Idealny wojownik, nieprawdaż?

Głos Enkiela nie dochodził, jak zdawać by się mogło z wnętrza zbroi, lecz z okolicy kowadła, na którym ten wcześniej postawił pewien sześcian. Zaś jego przeciwnik mógł wyczuć, że w zbroi atakującej go ulatnia się życie, owszem, lecz nie prawdziwe a jego namiastka, ot atrapa ujmując prostymi słowami.

- Wykułem go kiedyś na potrzeby pewnej armii. Przeciwnicy mieli sporą przewagę liczebną, więc musiałem jakoś nadrobić ich liczby do naszych. Perfect Warrior był do tego idealny. Mógł być sterowany w walce, a w skrajnych przypadkach służyć jako bezpieczny garnizon otoczony potężną magią. Jeden z moich najwspanialszych tworów. Trochę jak ta sztuczna świeczka, tak peeełna życia którą w nim umieściłem a która, zdaje się, zwróciła twoją uwagę.

Kostka rozświetliła się błękitem, materializując kowala w miejscu z którego rozpoczął pojedynek.

- To maleństwo - wskazał na sześcian - wymyśliłem dla pewnego naukowca, który nigdy nie miał czasu dla rodziny. Pozwala ci wejść do miejsca, swoistego warsztatu, w którym czas płynie zgoła inaczej niż na zewnątrz. Efektem czego miałem całe dwa tygodnie na przeanalizowanie twojej mazi. Słowem, wiem co sprawia że tykasz. I powoli zaczynam rozumieć jak powstrzymać to tykanie. A na razie, skoro już dałeś się dotknąć Głowicą - pstryknął palcami.

Odłamki które wcześniej powbijały się w ciało Żniwiarza teraz wybuchły z dwojoną siłą. A ponad to, Zbroja stojąca przed nim planowała wykonać kolejny zamach młotem, kompletnie niewzruszona na działania oponenta. W końcu do tego ją stworzono, prawda? Wojownik nie mający litości, nie czujący strachu czy zakłopotania, posłusznie wykonujący każdy rozkaz właściciela. Istotnie, jak wspomniał jego przeciwnik, nie ma rzeczy których nie można splugawić. Ale są rzeczy, których plugawienie może zająć całe wieki, o ile nie milenia. I to nie była kwestia użycia większej siły, o nie. To tak, jakby osoba z śmiertelną zarazą miała też czynnik regenerujący jej siało. Jeśli ciało jest w stanie się leczyć szybciej niż zaraza postępowała, to nie miało znaczenia czy było wystawione na mała lub dużą jej ilość.

A skoro Wojownik ponownie zajął uwagę przeciwnika, Enkiel zamierzał stworzyć kolejną zabawkę, która miała uprzykrzyć życie naszego Rolnika. Tym razem miał w planach coś bardziej widowiskowego. No i coś, co miało za zadanie dopiec przeciwnika do białego. Dobrze wysmażony i chrupiący, tak, zdecydowanie.

Zacisnął dłonie w pięści i z nabytą wiedzą rozpoczął uderzanie w kowadło. Kolejne elementy wysuwały się spod jego palców z przerażającą prędkością, śrubka po śrubce, blaszka po blaszce. Wiedział z jakich rzeczy składała się moc jego przeciwnika. Rozumiał ją, lecz nie miał czasu na przeprowadzenie doświadczeń z jej hostem. Pora na odrobinkę praktyki polowej, jakby to powiedział pewien medyk.

Share this post


Link to post
Share on other sites

To zaczynało coraz bardziej irytować. Pancerz, który udawał żywą istotę? Niewykonalne by coś mogło udawać śmiertelnika potrafię wyczuć wszelkie życie, bo odczuwam do niego obrzydzenie tak jak do uczuć, które ujawniają śmiertelnicy. Pierwszy raz jednak spotkałem się z czymś takim. Nie sądziłem by coś takiego było wykonalne. Nagle doszło do wybuchów odłamków wewnątrz mego ciała. Teraz wyglądałem jak szmaciana popsuta zabawka. Resztki sztucznej skóry wisiały na czarnych gnatach. Moja maska została do połowy zniszczona odsłaniając trupie zęby a w zamiast oka spoczywał pusty oczodół. Na ziemie wylewała się czarna substancja, która miała zastępować moją krew. Ledwo już byłem w stanie trzymać dalej to sztuczne ciało mego oponenta, bo mój pojemnik był niemal całkiem zniszczony. Jednak stało się coś dziwnego, bo zacząłem chichotać ponuro a mój chichot rozniósł się po całej arenie a dźwięk tego chichotu mógł wprowadzić najbardziej waleczne serce w dozę strachu.

 

- Przeanalizować? - spytałem nie zaprzestając chichotu. - Jakże to zabawne - mówiłem dalej chichocąc. - Jak można przeanalizować coś, czego wy śmiertelnicy nie rozumiecie? Moje moce są darem boskim mego pana a tak żałosna istota jak ty nigdy nie zdoła pojąć ich znaczenia. Żeby to zrozumieć musiałbyś trafić do mego świata i stanąć twarzą w twarz z mym twórcom. Jednak nikt o czystym sercu niema tam wstępu a gdyby nawet to żaden śmiertelnik nie będzie w stanie zrozumieć grozy tego miejsca, bo jedyne, co go czeka to szaleństwo i okrutna śmierć - powiedziałem powoli kończąc swój monolog i puszczając zbroję, którą trzymałem. Nie widziałem powodu by dalej ją podtrzymywać. Pojemnik zwany moim ciałem raczej nie wytrzymałby wielu już takich ataków.

 

Po tak wielu zniszczeniach pojemnik nie był w stanie nawet ustać leżałem, więc plackiem na ziemi. O ile jedne oko pozostało już tylko oczodołem to po drugim można było zobaczyć coś na wzór zmęczenia. Była to jednak tylko iluzja. Nie potrafiłem poczuć nawet tego. Gdy nagle uniosłem dłoń w powietrze nawet nie patrząc to na oponenta czy te zbroje, która zadała mi tyle zniszczeń. Nagle za zbroją pojawiła się mroczna plama a z wnętrza niej wyszła ogromna koścista dłoń taka sama jak ta, która sprowadziła mnie na arenę by nagle zacisnąć się na zbroi i nie chcąc jej wypuścić.

 

- Czas jest pojęciem względnym - powiedziałem nie podnosząc się z ziemi. 1 tydzień, 3 miesiące czy 4 lata? Dla mnie niema to różnicy o ile dla was czas jest siłą, z którą nie sposób walczyć dla mnie każdy jego okres pozostaje taki sam. Każdy dzień, który przeżywam jest niekończącą się agonią. Niczym się dla mnie nie różni od poprzedniego dnia. Tak samo jest z naszą walką i ta nie zostanie w mej pamięci a stanie się dla mnie jak każdy zwykły dzień - mówiłem, gdy z wnętrza plamy zaczęła wychodzić mroczna energia kierując się na me ciało. Energia oplatała zniszczone rejony mego ciała a gdy do tego dochodziło ciało zaczęło regenerować zniszczone miejsca. Tak dla pojemników były 2 drogi albo mogłem go zastąpić nowym lub naprawić ten, który obecnie posiadałem. Gdy pojemnik był w pełni zregenerowany ponownie wstałem na równe nogi by spojrzeć znów w stronę oponenta.

 

- Nie walcz z nią - powiedziałem bez emocji widząc jak koścista pięść się zaciska mocniej by wypuścić ofiary. Im bardziej pancerz próbował się bronić lub wydostać tym pięść mocniej się zaciskała na nim. Na dodatek kości te również plugawiły go samym dotykiem i to znacznie szybciej niż ja, bo czerpały te moc wprost ze źródła, którym był mój świat. Pancerz był, więc zapieczętowany w pułapce bez wyjścia.

- Mimo że wygląda to tylko na kruche kości to tak nie jest. Wszystko, co zrobisz w ich kierunku tylko doda im sił - koścista dłoń powoli starała się wciągnąć pancerz do dziury, z której wyszła by tam zamknąć go już raz na zawsze. Ja sam stanąłem jak głaz nie zwracając uwagi na to, co robi przeciwnik jednak były to tylko pozory, bo w tej chwili coraz bardziej magazynowałem w sobie coraz więcej mrocznej energii.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Megalomania niejednego już zgubiła.

My śmiertelnicy mamy właśnie to do siebie, że zawsze się nas nie docenia. Bo przecież jesteśmy słaby, śmiertelni i kompletnie bezmyślni.

Wcale nie zniszczył lub uszkodził pojemników swojego przeciwnika. Nie zmuszał go do drastycznych rozmów z jego własnym panem. A finalnie wcale nie wykazywał odporności na jego ataki.

Pora chyba komuś przypomnieć dlaczego śmiertelnicy, choć śmiertelni, wciąż chodzą po tym magicznym padole.

Wojownik starał się wyrywać gigantycznej łapie, ale zwyczajnie go to przerastało. To był niepodważalny fakt. Zaklęcia które w nim były zawarte nigdy nie nosiły miana słabych. Ale i one miały swoje limity. Metodą było, by wykorzystać zbroję zanim te zaklęcia się wyczerpią. Miał na to jakieś 3 minuty.

Cała wieczność.

Szybkimi ruchami dokończył swoje dzieło, przypominające złotą rękawice, która jego osobie sięgała aż do łokcia. Metalowa, topornie wielka, z masą rur, które wyglądały jak wydechy w motocyklu. Wyciągnął z przestrzeni szachownicę i położył ją na kowadle. Jedna minuta.

- Wojownik na B2, powrót.

Łapa która trzymała Zbroję nagle okazała się pusta. Tak, jakby nigdy nie trzymała niczego, gdy w mgnieniu oka zbroja zniknęła z jej potężnego uścisku, a pojawiła się jako miniaturowa figurka w zestawie białych pionków szachowych, przyjmując należne mu miejsce.

- Podręczny zestaw prawda? Poczekaj aż zobaczysz resztę.

Wybrał miniaturowego wojownika przedstawiającego gońca i postawił go obok kowadła.

- Fierce Fist.

Jego ciało ponownie pokryło się metalicznym kolorem rtęci, by przywdziać zbroję którą zaprojektował. Ta miała o wiele mniej zaklęć defensywnych, niewiele ofensywnych, ale za to pozwalała noszącemu na niebywała szybkość ruchu, wzmacniając magicznie jego refleks, zwinność, wyczucie równowagi i ogólną wytrzymałość ciała, by nawet najdziksze ruchy nie uczyniły mu szkody. Słowem, była idealna do jego następnej zagrywki.

- Powiadają, że jeśli chcesz zrobić krok, najpierw musisz odepchnąć się od ziemi na której stoisz. Zaś jeśli chcesz poruszać się szybciej masz dwa rozwiązania. Pierwsze, odpychać się szybciej, proste. Drugie, zrozumieć jak przekazywać siłę by ta nas odpychała. Musisz chwycić ziemię by się od niej odbić, użyć jej jako kolejnego schodka na swojej drodze.

Przyjął postawę bojową która wyglądała dla niektórych co najmniej dziwnie. Pochylona sylwetka, jedna noga wysunięta w przód, druga ustawiona bokiem dla balansu, jedna dłoń wysunięta daleko do przodu, zaś druga zgięta w łokciu, gotowa do zadania ciosu.

- Dla mnie jesteś tylko wzorem chemicznym. Energią, którą można powtórnie wykorzystać. Na początku byłeś niewiadomą, a tych się boję, przyznaję. Ale teraz, gdy ROZUMIEM czym jesteś, pora byś ty to zrozumiał. Chwycić Ziemię, Chwycić Świat!

Zniknął.

Zwyczajnie, zniknął. Można by uznać że nigdy go tam nie było, gdyby nie fakt stojącej kuźni i dwa odbite głęboko w ziemi areny ślady stóp.

Dla ludzi pewne prędkości są zwyczajnie niemożliwe do osiągnięcia, niezależnie od tego, jaką technologią się posługują. Nie możesz prowadzić auta jadącego z prędkością dźwięku, bo zanim zareagowałbyś na widok zakrętu, już dawno byś go minął. Ludzki układ nerwowy nie przesyła informacji aż tak szybko. Tak jak ludzkie oko nie widzi przy zapaleniu światła jak to rozchodzi się promieniami po pomieszczeniu. Zanim jego oczy wyślą stosowną informację do mózgu, całe pomieszczenie jest już jasne.

I te bariery pozwala przełamać jego zbroja.

Enkiel poruszał się po arenie z prędkością światła. Jego przeciwnik mógł wykrywać życie, ale to z jaką prędkością to robił było kompletnie inną bajką. Udowodnił to w chwili kiedy dał się uderzyć Głowicą. Jego prędkość mogła by być dla niektórych nawet ponad przeciętna. Ale do prędkości światła trochę mu brakowało. Zanim ten wykryje jego obecność, zanim na nią zareaguję, Enkiel będzie już gdzieś indziej.

- Złoty Taran.

Głownia rękawicy zaczęła się kręcić niczym wiertło, tworząc jednolitą złotą kulę która miała być rzeczonym taranem. W czasie kiedy jego zabawka nabierała rotacji, kowal umieszczał na arenie znaczniki - magiczne punkty które pozwalały mu orientować się w przestrzeni. Dzięki nim wiedział gdzie był przeciwnik względem jego aktualnej pozycji. Dodatkowo znaczniki generowały poczucie życia - osłonę dzięki której jego przeciwnik mógł mieć wrażenie że Enkiel jest teraz wszędzie, nie mogąc ustalić jego konkretnej lokacji.

Kiedy tylko rękawica skończyła ładowanie, zaatakował.

Jeśli jeden człowiek rzuci drugiego człowieka kulą z pistoletu, nie stanie się komuś wielka krzywda. Żeby kula była zabójcza, musi nabrać prędkości. Pędu. I tym właśnie był teraz kowal - prawie 100 kilową kulą która punktowo uderzała w cel. Siła uderzenia była wystarczająca by kowal nie poczuł żadnego oporu, ba, nawet go to nie spowolniło. Lecz nie to było zabójcze. Zabójcze było to, że każe uderzenie, każde miejsce które trafiła rękawica zamieniało się w kryształ. Martwy, kompletnie niemagiczny kryształ, pozbawiony energii. I z cała tą siła uderzył w wielką łapę, odrywając ją od portalu niczym fragment szmacianej lalki trafionej mieczem. Pała potoczyła się po arenie i uderzyła w ścianę, rozbijając się na setki tysięcy kryształowych odłamków. Kompletnie niepowiązanych z jej poprzednim przeznaczeniem i naturą. można powiedzieć, technika idealna do oczyszczania.

Niszczyła cel na poziomie fizycznym, magicznym i biologicznym. Z kolei resztki kryształu które zostały na kikucie zaczęły się gwałtownie rozrastać, wchodząc do portalu i poza niego. Kryształ nie miał natury którą można było spaczyć, nie miał osobowości którą można było skrzywić. Miał zadanie i ślepo je wykonywał. Jak na polach Kara'dul, gdzie całe państwo zostało skrystalizowane, kończąc wieloletnią wojnę totalną anihilacją wroga. W ten oto sposób Enkiel przeprowadził inwazję na samo źródło mocy swojego przeciwnika. Literalnie wbił mu się z butami na chatę - jak to ujął kiedyś pewien rekrut w stołówce wojskowej.

- Twój bóg czy raczej pracodawca nie jest ani wszechpotężny, ani tym bardziej wszechmocny. Gdyby był, już dawno by zgniótł mnie razem z tą areną. A fakt że tego nie uczynił, fakt że ty tego nie czynisz, udowadnia iż posiadasz pewne granice których nie jesteś w stanie przekroczyć. Widzisz, stworzyłem lekarstwo na twojego Pana. I chyba mu nie zasmakowało. Widzisz, gdyby twój pan był tak potężny jak twierdzisz, to moi Panowie nie mieli by racji bytu. A skoro istnieją, cóż, niezbyt to pochlebnie świadczy o jego sile, nie?

Jego przeciwnik miał rację co do swojej siły, ale błędnie założył, że trzeba zrozumieć coś żeby wiedzieć jak z tym walczyć. Enkiel nie rozumiał do końca jak działało źródło mocy wroga. Ale za to wiedział że jeśli potraktuje je czymś konkretnym, to doczeka się konkretnej reakcji. A masa próbek wypełnionych ową mocą którą mógł analizować dała mu konkretną odpowiedź. Przez te dwa tygodnie w warsztacie testował różne wynalazki na próbkach które zebrał wcześniej. Testował dzień i noc aż w końcu jeden z testów dał pozytywny wynik. I teraz ów test przeprowadzał na większą skalę.

Bowiem kryształ, żeby rosnąć, żywił się tą samą energią którą wypełniony był cały wymiar do którego się dostał. Możesz być czym chcesz, ale jeśli coś rozbija się na czynniki pierwsze i cię pożera, to nie masz szans, bo im więcej energii poświęcisz na pozbycie się wroga, tym więcej będzie jej miał do pożerania.

Enkiel ponownie zatrzymał się koło kowadła, w miejscu z którego zaczął szarżę i spojrzał na swoje dzieło.

- Jakieś pomysły?

Edited by Zegarmistrz
Literówki, tons of literówki...

Share this post


Link to post
Share on other sites

Nie mogłem w to po prostu uwierzyć. To, co się stało było czymś niezwykłym. Całe eony, które mój pan przebywał w swym więzieniu zostały zakończone przez śmiertelnika. Tak jak myślałem od początku pyszałkowatość i pewność siebie tego śmiertelnika sprowadziła właśnie apokalipsę na miliony istnień. Nic nie dzieje się bez powodu. Wierzył każdemu mojemu słowu nie wiedząc, jaką one są trucizną. Jak za każdym razem go zwodziłem. Twierdził, że zdołał poznać mnie być może, choć po części mu się udało jednak nie zadał sobie trudu by dowiedzieć się, dlaczego mój twórca wciąż tkwił w jednym wymiarze posyłając takich jak ja na żer po duszę śmiertelnych. Po arenie rozniósł się mój głośny śmiech jednak był inny niż do tej pory ten przypominał radość. Prawda była taka, że gdybym odczuwał emocje to najpewniej teraz leżałbym na ziemi trzymając się za brzuch przewracając się ze śmiechu.

 

- Czy głupota i arogancja reprezentuje tylko ciebie czy cały twój gatunek? A może te cechy są zaraźliwe? - mówiłem w jego kierunku a mój głos dawał jakby oznakę radości, której wcześniej z pewnością u mnie nie było. - Naprawdę sądziłeś, że kraina, w której się na nowo narodziłem była źródłem mej mocy? Czy to nie dziwne, że skoro ją bezmyślnie niszczysz dalej tu trwam? - pytałem nie dając mu możliwości odpowiedzieć. - Więc pozwól, że ci coś wyjaśnię. Mój pan był dawniej bogiem, lecz został wygnany przez innych bogów za grzechy przeciwko nim. Był tak potężny, że niemal zniszczył całą krainę swych braci i sióstr jednak ci w końcu zdołali go zwyciężyć, ale nie byli w stanie go zabić. Wszystko istnieje w jakimś celu i ma jakąś rolę. Mój pan jest władcą życia śmierci jednak zawsze pragnął więcej, dlatego wywołał wojnę ze swymi braćmi i siostrami a miejsce, które zniszczyłeś było więzieniem zarówno jego, moim, mych braci i sióstr jak i zarówno każdej potępionej istoty, która tam przebywała - mówiłem dalej nie przerywając chciałem by wiedział jak wiele zła i zniszczenia sprowadził na wszelkie istnienie. - Miejsce to ograniczało nasze moce tak jak i tłumiło moce mego władcy jednak w tajemnicy kradł duszę śmiertelnych w ten sposób coraz bardziej rosnąc w siłę a teraz jest jeszcze potężniejszy niż kiedykolwiek. Dlaczego nigdy nie podbiliśmy żadnego świata i siłą nie wyrywaliśmy dusz śmiertelnych? Bo nie mogliśmy. Dopóki istniało więzienie mogliśmy pojawiać się w różnych wymiarach pojedynczo a teraz to już przeszłość i to wszystko dzięki tobie. Twa arogancja sprowadziła cierpienie na wiele istnień. Jak się z tym czujesz? Mój pan z pewnością będzie ci wdzięczny i w nagrodę pierwszą krainę, którą pozbawi życia będzie twoja ojczysta kraina. Żyj z wiedzą, że właśnie sprowadziłeś zagładę na wszystkich swych bliskich jak i innych śmiertelnych w innych świtach. Jednak nasza zabawa też nie dobiegła końca pozwól, że okaże ci swoją wdzięczność - powiedziałem już bardziej mrocznym głosem.

 

Położyłem dłoń na swoim ramieniu by zaraz ją tam wbić i zacząć coś wyciągać. Najpierw pojawił się drewniany trzonek, który robił się coraz dłuższy w miarę im bardziej go wyciągałem aż w końcu wyjąłem bardzo długą kosę dało się w powietrzu wyczuć potęgę jej magii. Zapach śmierci, który się z niej wydobywał ogarniał coraz bardziej całą arenę. Postawiłem kosę obok siebie i ponownie spojrzałem na przeciwnika.

- Kosa każdemu śmiertelnikowi kojarzy się z jednym i zapewniam w tym wypadku nie jest inaczej jest to jeden z arkanów samej śmierci a moc jej jest potężna. Jesteś całkiem szybki jednak czy ty i twoje zabawki jesteście w stanie pokonać taką moc? - spytałem nie ruszając się z miejsca gdyż nie widziałem powodów by to robić. Mogłem teraz spokojnie czekać na jego atak a wtedy się przekona, jaka jest różnica poziomów naszej mocy.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Jak na ironię, teraz Enkiel wybuchł głośnym śmiechem. Tak donośnym, że z jego oczu zaczęły płynąć łzy zaś on sam musiał oprzeć się o kowadło by nie upaść.

- Uh, przepraszam, twoje oddanie jest godne pochwały, tak. Zdecydowanie - otarł łzy z oczu jednocześnie starając się opanować torsje chichotu które jeszcze nim targały - ale ktoś w końcu musi ci powiedzieć gdzie jest sufit a gdzie podłoga.

Wskazał palcem na rozrastający się kryształ w dziurze.

- Wydawało ci się, że to ich uwolni? Oh, jak mi przykro. Nie zadałeś sobie nawet chwili żeby przemyśleć jak to działa, prawda? Ale tak to już jest. Wiesz, wymiary mają to do siebie. W moim świecie jestem tylko Zaklinaczem, synem kowala, co w hierarchii ustawia mnie odrobinkę wyżej niż przeciętnego obywatela, z racji rzadko spotykanej mocy.

Poprawił swoją postawę i wyprostowany przestał się już śmiać, miast tego na jego twarzy wykwitła złośliwa powaga.

- A teraz spróbuj sobie wyobrazić to. Jak na razie nie uczyniłeś mi tutaj żadnej krzywdy. Czy nie chciałeś czy nie dałeś rady, twoja sprawa. Ale faktem pozostaje, że nie umiesz sobie poradzić z jakimś kowalem. Kowalem który pochodzi z miejsca, gdzie istoty pokroju twojego bożka są plus minus na poziomie strażnika w gwardii Królewskiej. A ponad tymi strażnikami jest jeszcze Straż Komnaty, czterech Panów Wojny i sam Król, który posiada wszystkie zdolności jakie mogą manifestować się w jego ludzie. Wszystko za Jedno, tak nazywa się jego moc, dzięki której włada naszym światem już przeszło 4 tysiące lat. I ty chcesz mi wmówić, że jakieś robactwo, z którym poradzili by sobie nasi strażnicy, może mu zagrozić?

Niestety, właśnie to była największa wada, a dla niektórych zaleta, walk między wymiarami. W jednym wymiarze jesteś bogiem, kiedy w innym, pełnym bogów jesteś tylko chłopcem na posyłki. Nie dało się tego uniknąć, bowiem każdy wymiar rządził się swoimi prawami, każdy miał swoich panów i stwórców, niektóre powstały w wyniku starć wielkich mocy inne pod kaprysem kogoś potężnego. Enkiel naprawdę przeanalizował substancję którą dostarczył mu Żniwiarz. Dokładnie sprawdził co w niej jest odpowiedzialne za jego moce i te właśnie moce niszczył kryształ.

Błędem było założyć, że jeśli zatrujesz gazem więzienie, to zamiast zabić uwięzionych, gaz zniszczy więzienie.

- Pełne mocy powiadasz?

Znowu zniknął, tym razem pojawiając się parę kroków za przeciwnikiem. W jego dłoni spoczywała skrystalizowana górna część kosy, którą teraz cisnął o podłoże, patrząc jak rozpada się jak uprzednio koścista łapa. Z kolei w miejscu gdzie rozerwał trzonek trzymany przez przeciwnika, zaczął rozrastać się kryształ, którzy łapczywie planował rzucić się na przeciwnika. Lecz co mu po zniszczeniu kontenera, skoro przeciwnik mógł sobie stworzyć nowy?

Ano wystarczyło na to nie pozwolić.

- Boska potęga - Monochrom: Prawdziwie mroczne Więzienie.

Znaczniki które rozmieścił wcześniej miały dość czasu żeby się uzbroić.

I żeby zabezpieczyć arenę.

Cisza to wspaniała rzecz. Od początku ich pojedynku arena rozbrzmiewała wybuchami, zderzeniami stali, zgrzytem zbroi i uderzeń w kowadło. A teraz zapanowała na niej kompletna cisza. Cała arena mieniła się kolorami szarości, jakby nagle zabrakło barw na świecie. Ale nie to było najbardziej przerażające. Bo w tej ciszy, czas stanął w miejscu. Resztki kryształu zatrzymane w powietrzu, nieruchomy ogień koło kowadła, kurz zatrzymany w powietrzu niczym jakiś duch z komiksu. Samo powietrze niezdolne do poruszenia się poprzez gęstość energii która zalała arenę. I na końcu oni, obróceni do siebie plecami w całej tej ciszy.

Enkiel powoli obrócił się do przeciwnika. Powoli i topornie, bowiem siłą zaklęcia była na tyle potężna, że jego prędkość światła została drastycznie zredukowana. Czuł się tak, jakby go zalano w smole i rozkazano biec. Powoli, krok po kroku, aż stanął za przeciwnikiem, ponownie rozkręcając swoją rękawicę do pełnych obrotów. I kiedy już je osiągnął, uderzył, topornie i powoli, lecz celnie, w sam środek miejsca, które powinno być kręgosłupem. Wystarczyło dotknąć owego miejsca, żeby siła z uderzenia, choć spowolniona, przeszła na cel. A kiedy tego dokonał, użył zaklęcia w zbroi, by teleportować się w okolice kowadła.

- Boska potęga - Monochrom: Wewnętrzne Więzienie.

Cisza znikła, po arenie ponownie rozeszły się wszystkie dźwięki, z tą różnicą, że ta dalej była otoczona szarymi ścianami. Ściany owe blokowały wszystkie rodzaje energii, które chciały by wyjść lub wejść na arenę. Przeciwnik w tym momencie powinien poczuć co Enkiel uczynił, bowiem jeśli jego pan nie zmaterializuje się tutaj z nimi, to jego wpływy na tym zamkniętym w przestrzeni i czasie obiekcie powinny drastycznie zmaleć. Jak mawiają, jeśli chcesz osuszyć basen, najpierw zakręć dopływ wody.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Pokręciłem lekko głową widząc to wszystko. Prawda była taka, że widziałem każdy ruch przeciwnika, gdy się tylko do mnie zbliżał. Dla siebie mógł być niesamowicie szybki, lecz dla mnie poruszał się jak much w smolę a to wszystko dzięki potędze mej kosy. Pozwoliłem mu myśleć, że zniszczył kosę jednak prawda była zupełnie odwrotna. Moc, bowiem która pochodziła z kosy nie pochodziła ode mnie i nie miała ze mną żadnego związku. Skradłem ten artefakt wiele lat temu. A ona sama była źródłem potężnej magii, która dla śmiertelników pozostawała tylko częścią natury, bo czym innym jest śmierć jak nie częścią natury każdego śmiertelnika? Nic nie powiedziałem a nawet nie zwróciłem większej uwagi na to wszystko. Nie puściłem szczątków kosy pomimo widoku rozrastającego się kryształu tylko nią machnąłem w powietrzu zanim kryształ sięgnął mej ręki a to, co się stało mogło z pewnością zdziwić mego przeciwnika, bowiem arena wróciła do stanu zanim ten rzucił zaklęcie, które miało blokować mą moc na dodatek kosa znów była cała bez kryształu, który ją pożerał jedyną różnicą była niewielka kreska na ostrzu a sam śmiertelnik stał w miejscu, z którego wcześniej mnie zaatakował, czyli w swojej kuźni czy jak to tam nazywał.

 

- Hokus pokus - powiedziałem wpatrując się w jego stronę. Wiem dokładnie, co sobie myślał. Zapewne zastanawiał czy cofnąłem czas jednak to by nie miało sensu. Gdybym tak zrobił to tylko ja zachowałbym pamięć a jednak i on wszystko pamiętał. Więc co takiego się teraz stało? Odpowiedź była prosta wymazałem całe tamte wydarzenie za pomocą kosy. To nie miało nigdy miejsca stworzyłem to na nowo. Jednak i to nie miało nie ograniczeń. Użycie kosy kosztowało mnie dużo mocy w pewnym momencie padłem na kolano podtrzymując się kosą. Im potężniejszego zaklęcia używałem za jej pomocą tym bardziej słabłem, dlatego musiałem być ostrożny. Domyślałem się, że ten śmiertelnik już zauważył moje osłabienie i spróbuje to w przyszłości wykorzystać, gdy ponownie spróbuje czegoś podobnego. Powoli zacząłem się podnosić, gdy energia po części mi się regenerowała. Jednak by dać sobie więcej czasu postanowiłem powiedzieć coś na temat tego, co powiedział.

 

- Kowal? Myślałeś, że w ten sposób możesz mnie upokorzyć? - powiedziałem z lekkim chichotem. - Dla mnie śmiertelnik to śmiertelnik niezależnie, co byś nie robił w swoim świecie. Możesz nawet piec ciastka czy to jednak nie sprawia, że cukiernik też może zabić? Twierdzisz, że mój pan w twym świecie były na poziomie jakiegoś strażnika? - powiedziałem znów się śmiejąc. - Twa arogancja jest naprawdę zabawna. Jak możesz się wypowiadać o bycie, którego twój słaby umysł nie jest w stanie ogarnąć? Nie wiedziałeś go nie czułeś a próbujesz go do czegoś porównać to jest dopiero zabawne. Zwiedziłem niezliczone wymiary i światy a wszędzie gdzie byłem wynik był taki sam i nie sądzę by twój świat był jakiś szczególny. Sądzisz, że zniszczysz mego pana i wszystkich mieszkańców naszej krainy jakimś żałosnym zaklęciem to jest dopiero szczyt arogancji. Wciąż go czuje i jego moc a jego potęga nie zmalała inaczej mówiąc twój atak się nie powiódł nie możesz pokonać czegoś, czego nie rozumiesz a wzorując się na mojej mocy nie zgłębisz potęgi mego władcy - zamilkłem nagle czując, że wróciła mi odpowiednia dawka mocy by przystąpić do ataku. Zastanawiałem się jak teraz użyć kosy aż coś mi nagle wpadło do głowy.

 

Ostrze kosy nagle stało się zielone i ponownie się nią zamachnąłem a całą kuźnie gdzie przebywał śmiertelnik otoczył zielony krąg, który zaczął się rozrastać ku niebu blokując wszelkie drogi wyjścia. Wszystko to przypominało ogromne tornado jednak, gdy się mu przyjrzało można było stwierdzić, że coś było nie tak. Bowiem z wiru dochodziły okrutne i bolesne jęki a samo było utworzone z tysięcy dusz zmarłych, które natychmiast wyczuły śmiertelnika w swym zasięgu, na co ogarnął je gniew i zaczęły atakować próbując przebić się do kuźni i wciągnąć śmiertelnika do wnętrza wiru by i jego dusza dołączyła do nich.

Share this post


Link to post
Share on other sites

- Nie będziemy słuchać ludzi, którzy sami są głusi. Chociaż słyszą, i chociaż patrzą to nie widzą.

Z przyjemnością patrzył jak przeciwnik używa coraz większych pokładów mocy. A jego rozrastające się ego będzie miłym dla oka obiektem do przekłucia.

- Goniec na C1, powrót.

Ponownie jego wygląd wrócił do normy, jak i zniknięcie zbroi zakończyło się dołączeniem jej do miniaturowego arsenału.

I stał tak chwilę, obserwując jak tysiące widmowych dłoni wyciągało się w jego stronę. I ulegało spopieleniu w chwili kiedy znalazły się w zasięgu jego kuźni.

- Zapomniałeś? Czy nawet nie próbowałeś pamiętać? Iron Queen!

Kolejna figura znikła, żeby pokryć go kolejną zbroją. Tym razem był to Hetman, najpotężniejsza z figur szachowych, w ważności druga po samym Królu.

Królowa miała jedno zadanie - wspomagać króla. Zatem zaklęcia w niej zawarte były proste w swojej złożoności. Potęgowały umiejętności noszącego.

A że widział siebie jako osobę praktyczną, Enkiel nie bał się używać tych samych zaklęć kilka razy. W końcu liczy się efekt, prawda?

- Uwięzieni w męczarniach, zwracam wam wolność. Co raz splugawione, niczym metal z ziemi, ogień mej kuźni oczyści. Jesteście wolni, Tengoku chūmon: Kasō!

Ponownie ogień z jego kuźni wybuchł niekontrolowanym żarem. Spowijając całe zielone tornado, tworząc tęczową siatkę barw, od głębokiej purpury po słoneczną żółć. Wciągając do swego wnętrza wszystkie uwięzione dusze, oczyszczając je i ponownie wplatając w krąg reinkarnacji. Jeśli tamten pilar był warty ile się zdawał, to ciekawe jaką wartość miało to tornado?

- Jak wspomniałem, twój sufit, dla mnie jest niestety tylko podłogą. O ile nie samymi fundamentami. Nie interesuje mnie ile mrowisk odwiedziłeś sępie, bowiem nawet po tysiącu, wciąż jesteś tylko sępem wyjadającym mrówki. Pan twój to może i orzeł, ale w moim wymiarze, sępie, nie ma mrówek. Są za to drapieżniki, które wyrwą ci zęby i skręcą kark, jak wypchanemu pluszakowi.

Zamachnął się pięścią i uderzył w kowadło. Potężne uderzenie rozniosło jego płomienne, oczyszczające tornado po całej arenie. Wzmocnione po tysiąckroć przez magiczne formuły wkute w Żelazną Królową, były wystarczająco mocne, by śnić się w koszmarach Tanatosa. A to nie było nawet ich główne zastosowanie.

Łańcuch pokarmowy był prosty. Przetrwanie dla najlepszych, a słabszych się zjada. Dla wielu, śmierć była ostatecznym drapieżnikiem. Nieunikniona, niepowstrzymana.

Ale dla Enkiela taka koncepcja śmierci nigdy nie istniała. Widział ją, owszem, w wielu wymiarach które odwiedził, w których dowodził wojskiem i widział, co potrafi uczynić.

Lecz nigdy się nią nie przejął.

Bo go, zwyczajnie, nie dotyczyła.

Tak długo, jak istniał jego Król, tak długo sam Enkiel nie musiał obawiać się śmierci. Rozpacz? Strach? Owszem, istniały, ale dlaczego miałby im ulegać, skoro nie mogły mu uczynić szkody?

Jego przeciwnik był ślepy, zapatrzony we własne ego. To samo ego, które przed 4 tysiącami lat ich Król oczyścił, pozwalając im na uwolnienie się od kajdan strachu przed śmiercią.

Tak, w jego oczach wszyscy mogli być podobni, to takimi chciałby ich widzieć. Ale guzik mógł poradzić na to, że tak nie było.To co dla Żniwiarza było niemożliwe, dla Enkiela było zwykła codziennością. Walczył z bogami, bożkami, demonami i wychodził z tych walk zwycięsko.

A jego przeciwnik? Chwali się faktem, że potrafi zabijać istoty które i tak są skazane na śmierć poprzez swoją egzystencję. Brawo. Udało ci się zabić kogoś, kto choruje na śmiertelną chorobę. Gratulację, to czyni cię naprawdę wyśmienitym wojownikiem, nie?

To, że Enkiel nie wyróżniał się jakoś specjalnie to nie jego wina, a specyfika jego ludu. Oni naprawdę niewiele się wyróżniają, ot chłopi, rzemieślnicy, żołnierze, kupcy i handlarze.

Ale faktem było, że w inne wymiary szukać wojaczki ruszył dlatego, że w jego rodzimym świecie nie istniała wojna. Wszyscy podlegali królowi, wszyscy byli zaprzysiężeni Rozkazowi. Mogli walczyć, nikt im nie zabraniał. Ale mijało się to z celem, bo jak chcesz wygrać walkę, jeśli obie strony są nieśmiertelne?

Tak długo jak działał Rozkaz Króla, tak długo żadnemu z jego podwładnych nie wolno było umrzeć. I choć większość osób widzi to jako słowa które powinny dodać otuchy, to prawda była inna - ów Rozkaz był potężną klątwą, zaklęciem które nie przestawało działać dopóki użytkownik je rzucający żyje. I jak wspomniano, nie pozwalało ono umrzeć nikomu, kto złożył Przysięgę. Tyle.

Dlatego właśnie Enkiel wychwalanie potęgi Pana który siedział na stołku ponad Żniwiarzem uważał za czcze gadanie. Bowiem widział już byty silniejsze od niego.

I ani Żniwiarz, ani jego bożek nic na to nie poradzą.

- Poczekaj aż zobaczysz to.

Uderzył kilka razy w kowadło wystrzeliwując po całej arenie czerwone kostki, które przy kontakcie z podłożem wtapiały się w nie i znikały. Teraz arena była jego domeną. Kostki bowiem zakotwiczały się w czasie i przestrzeni. Stawały się punktami nieuniknionymi, które do chwili, aż Enkiel nie zdecyduje inaczej, będą odporne na działanie wszystkiego. Niech teraz sobie spróbuje po manipulować przestrzenią, a choćby cofnął czas na arenie o miliony lat, to te cholerne kostki będą wisieć choćby i w pustce, nienaruszone.

Lecz były one nie tylko punktami, pozwalały też na rzucenie całej gamy, nazwijmy to, ciekawych zaklęć.

- Przecięcie rzeczywistości.

Przeciwnik mógł wyczuć jak gigantyczne ilości magii są pochłaniane przez kostki i przekazywane do zbroi Enkiela. Zaklęcie to wymagało czasu do ukończenia, ale akurat tym się nie przejmował, biorąc pod uwagę jak żwawy był jego oponent.

Share this post


Link to post
Share on other sites

- Sądzisz, że popełniam 2 razy ten sam błąd? - ponownie machnąłem kosą a tornado zaczęło powracać i gasić ogień, który chciał je pochłonąć. A dusze nadal próbowały sięgać dłońmi w stronę śmiertelnika. - Co chcesz oczyszczać skoro tu nic nie jest spaczone? - spytałem lekko przechylając głowę. - To nie są dusze, które szukają spokoju pochodzą z samego królestwa niebios a kosa jest kluczem, który niweluje barierę między królestwem martwych a żywych. Czemu więc chcą cię zniszczyć spytasz? Proste one uważają, że to ty jesteś intruzem, którego trzeba przegnać za plugawienie ich świata - powiedziałem znużonym głosem wpatrując się znużonym wzrokiem w arenę nie wiedziałem, co chciał zrobić i chyba nie bardzo chciałem to wiedzieć. Ponownie kilkukrotnie machnąłem kosą tworząc kilka nowych tornad na arenie tak na wszelki wypadek gdyby się w końcu wydostał chciałem mu ograniczyć pole ruchu. Ta sztuczka nie męczyła jakoś specjalnie nie tak jak przy wymazywaniu rzeczywistości. Przerywanie granic życia i śmierci nie było problemem dla kogoś, kto opanował te magię do perfekcji.

 

- Ładnie mnie określiłeś. Sęp całkiem mi się podoba chyba nawet pasuje do mej natury jednak chyba czas bym zaatakował kolejny raz - powiedziałem i nagle wbiłem kosę w swoją klatkę piersiową przebijając się na wylot i by zaraz znów ją wyciągnąć. Gdy ponownie stanąłem przed przeciwnikiem barwa moje ciała zmieniła się na w pełni białą nie sposób było odróżnić skóry od mojego ubrania. Pozostałem 2 minuty w takim stanie i nagle znów byłem spowity normalną czernią. By za kolejne 2 minuty znów stać w bieli. Byłem ciekawy czy już się domyślał, co zrobiłem. Jednak nie czekałem na jego reakcje i powoli szedłem wolnym krokiem w kierunku tornada i jego kuźni jakby nie zwracając uwagi na niebezpieczeństwo. Nie atakowałem też dystansowo po prostu szedłem w jego kierunku jak bym chodził spokojnie po parku.

Share this post


Link to post
Share on other sites

- Zatem gramy w tchórza. Zgoda, przystaję na to.

Nie przerywając sobie dalej zbierał energię.

Gra była prosta, czy jego przeciwnik się zatrzyma czy będzie szedł dalej jak gdyby nic? I kiedy zda sobie sprawę z faktu, że dał się sprowokować.

Przywołanie większej ilości tornad była właśnie tym, na co po cichu liczył Enkiel. Jego przeciwnik nie rozumiał istoty jego kuźni, tak jak nie rozumiał istoty jego działań. Nie ma co oczyszczać? Jest. Tak długo jak dusza posiadała uczucia, wspomnienia, chęci, motywy czy cele, tak długo można ją było oczyścić. Kto powiedział że on oczyszczał tylko splugawienie? Nie, on je oczyszczał do składni, energii czystej, duchowej, która lądowała w kręgu reinkarnacji, gotowa by zasiedlić nowo narodzone ciało, bez wspomnień i innych bagaży życia poprzedniego. On wydzierał duszę, nie zależnie od tego czy była w piekle, czyśćcu, niebie, Tartarze, otchłani, pustce czy nawet w żołądku samego boga śmierci.

Dlatego poczekał chwilę, a kiedy ilość tornad była odpowiednia, ponownie rozpoczął proces oczyszczania. Cóż, to zapowiadało całkiem, khm, płodny okres w tym wymiarze.

Pamiętajcie o zabezpieczeniach, zgoda?

Lecz on potrzebował czasu, zatem nie martwiąc się o tornada dalej zbierał energię, koncentrując ją w kolejne tym razem prawdziwie niszczycielskie zaklęcie. Nie był magiem, nie mógł ot tak pstryknąć palcami, wypowiedzieć formułki i gotowe. Musiał mieć przedmiot który pomieści zaklęcie które tworzył, energie którą w ten przedmiot zaklnie, nadając mu przeznaczenie i finalnie ce, który będzie adekwatny do zebranej mocy. A Przecięcie Rzeczywistości to właśnie takie coś.

Bo taktyka rodzi się od wroga, poprzez jego zdolności i naszą adaptację. Przeciwnik używa kusz, ty używasz tarcz. Przeciwnik posiada broń palną, ty tworzysz kamizelki kuloodporne. Tak było od wieków na wielu światach. I Enkiel nie podlegał wcale innym zasadom. Cała walka zbiegała się do akcji i reakcji. Przeciwnik atakował, Enkiel się bronił. Enkiel atakował, przeciwnik się bronił bądź kontratakował.

Kluczem do sukcesu było zaatakować w sposób, który albo prze siłuje wroga albo zaskoczy. I na element zaskoczenia kowal liczył.

Jeszcze kilka kroków, śmiało, nie zatrzymuj się. Jak dotąd nic ci nie groziło, prawda? Jeszcze jeden. I jeszcze jeden. I kolejny, nie waż się zatrzymywać.

Liczył w myślach ile jeszcze kroków potrzeba żeby przeciwnik znalazł się w zasięgu, wszak im bliżej tym łatwiej trafić.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Na chwilę się zatrzymałem nagle w połowie drogi do przeciwnika spoglądając po ziemi i zaczynając się po niej rozglądać jak bym czegoś szukał. Wyczułem ich w tej ziemi i zupełnie o nich zapomniałem wciąż czekali na me rozkazy. Pomimo że zostali zamrożeni wciąż tu byli. Te kawałki ciemności nie zostały wygnane. Najwyraźniej i ten śmiertelnik o nich zapomniał. W sumie ciężko się dziwić skoro pojedynek sprawił już taką lawinę zaklęć. Uderzyłem dwukrotnie kosą w ziemie i nagle można było usłyszeć charakterystyczny dźwięk jak coś pęka. Po tym wszystkim kałuże ciemności ponownie zaczęły się poruszać po arenie jednak tym razem nie w stronę oponenta. Każda z nich skierowała się w rogi areny a gdy dotarły na miejsce już się nie ruszały. Dobrze wszystko przebiegło pomyślnie niedługo powinno się zacząć.

 

Ponownie spojrzałem w stronę przeciwnika najwyraźniej dalej nie pojął mojej ostatniej sztuczki skoro pozwala mi od tak na siebie maszerować nie próbując mi przeszkodzić. Ale skoro tego tak bardzo chciał, czemu miałem pozwolić mu czekać? Ponownie zacząłem iść spokojnym krokiem w jego kierunku jakby nie zwracając uwagi na nic poza nim. Moje ciało cały czas zmieniało swe barwy z charakterystycznej czerni do bieli i tak, co 2 minuty. W miarę im bardziej się zbliżałem do niego na mych palcach u dłoni, w której nie trzymałem kosy pojawiły się zalążki mrocznej energii. Teraz wystarczyło tylko zbliżyć się na odpowiednią odległość by zdobyć, czego chce. Byłem ciekawy czy zdziwi się tym, co dla niego szykuje.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Create an account or sign in to comment

You need to be a member in order to leave a comment

Create an account

Sign up for a new account in our community. It's easy!

Register a new account

Sign in

Already have an account? Sign in here.

Sign In Now

×
×
  • Create New...