Jump to content

Strona Główna  |  Ogłoszenia  |  Lista Fanfików  |  Fanpage  |  Feedback
Po prostu Tomek

[Gra] Dies irae [Oksymoron] [może trochę Dark]

Recommended Posts

Poszło całkiem nieźle, patrząc na to że Iriel póki co zwyczajnie uszkodził nogę jeszcze raz. Może nie w obrzydzenie, ale przynajmniej w lekki niesmak wprawiły go ruchy pijanego w sztok zbója. Cholerni maniacy seksualni. Owszem, to było całkiem niezłe narzędzie jeśli chodzi o możliwości manipulacji, ale Iriel był zdania że jak na coś będącego jedną ze zwykłych, podstawowych potrzeb kopulacja była zdecydowanie zbyt popularna. W swoim życiu widział zresztą co nieco i nie uważał tego za coś tak wyjątkowego, żeby tworzyć na ten temat sztukę i to czcić.

Rozmyślenia o tym i owym zostały jednak przerwane na rzecz skupienia się nad nogą. Chwycił ją i postarał się nakierować na siebie obie części kości w taki sposób, żeby było jak najmniej wystających drzazg i żeby było równo. Potem z kolei postarał się już w otwartej ranie usunąć największe, luźne drzazgi, a po tej operacji poprosił o coś do szycia i zszył ranę. A na dodatek spróbował czegoś jeszcze, dając możliwość swoim odczuciom. 

Położył obie dłonie na nodze w taki sposób, żeby wyglądało to jakby sprawdzał, czy nie spartaczył roboty. W tym czasie próbował znaleźć w sobie choć cząstkę niebiańskich (niech je szlag trafi) mocy, które wspomógłby znacząco gojenie się. Przede wszystkim miał nadzieję.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Zasadniczo cała sprawa wyglądała cakiem paskudnie. Mimo najszczerszych chęci anioła i jego godnego szacunku zaangażowania w pomoc bliźniemu - nawet za pewną nagrodę, ale wciąż - wydawało się, że zadanie może go przerosnąć. Nie że samo nastawienie kości było jakoś bardzo trudne. Iriel wiedział gdzie który kawałek powinien trafić, gorzej jednak było z tymi luźnymi drzazgami i fragmentami, które to nijak nie chciały się ładnie w nic wpasować, i tylko tkwiły sobie luźno w mięsie, chwiejąc się radośnie i zdecydowanie nie pomagając poszkodowanemu bandycie w przeżywaniu jego prymitywnych fantazji. Z pewnością po zaszyciu rany te pozostałe kawałki kości jakich Iriel nie mógł wyjąć bez włożenia znacznego wysiłku dawałyby się we znaki... gdyby nie właśnie te dziwaczne uczucia.

 

W pewnej chwili niebianin zwyczajnie odpłynął. Tak po prostu, bez ostrzeżenia. Co ciekawe, nie stracił przytomności, stało się zupełnie coś innego. Mimo absolutnego braku czucia własnego niedawno uzyskanego ciała, widzi bardzo wyraźnie swoje pracujące dłonie, pomagających kolesi... jednak na chwilę obecną jest jakoś poza tym wszystkim. Stał się bardziej pasażerem niż woźnicą, by użyć takiego porównania. Pod dotykiem jego-nie jego dłoni, które zdawały się sprawdzać powstające szwy te nieszczęsne zadziory, szpiczaste kawałki kości i drzazgi których nie za bardzo dało się wyjąć zaczęły w niewyjaśniony sposób jakby... trochę wracać na swoje miejsca. Nie tak nagle, że pstryk i już. Bardziej wygląda to tak, jakby łączyły się z nogą zbójnika w rodzaj pierwotnej materii, w coś co przypomina glinę, albo ziemię. Ręce wygnańca zdają się lepić na nowo kość i ciało w nodze, z tej właśnie coś jakby gliny. W pewnej chwili Iriel usłyszał głęboki, spiżowy głos, przenikający całe jego jestestwo, aż po najdalsze krańce podświadomości o których nawet nie wiedział, że istnieją.

 

Irielu, przemówił ów głos, mój sługo. Twój los, jakkolwiek ciężki, ma być karą a nie egzekucją. Twój powrót zależy jednak tylko od ciebie. Zapewne wiesz już, kim się stałeś i z czym się borykasz. Twe zadanie jest proste. Będąc pośród nich i poddany tym samym regułom masz udowodnić, że twoje należyte miejsce jest przy moim boku, pośród Niebieskich Zastępów. Wiara i dobroć będzie twym paliwem, a moja łaska wpływająca w ciebie z czasem, twym orężem.

 

Po tych gromkich i zdecydowanie zbyt pompatycznych słowach mistyczne połączenie zostało zerwane, a Iriel znów poczuł w pełni swoje ziemskie ciało. Krótka przemowa Boga mogłaby być motywująca, gdyby nie fakt, iż anioł w pełni zdawał sobie zapewne sprawę ilu jego pobratymców, także i tych wyższych rangą, powinno wysłuchać tego samego już bardzo dawno temu, a do dziś piastują wysokie stanowiska.

 

Do rzeczy jednak. Jedno spojrzenie wystarczyło, by ogarnąć że rana jest zaszyta a noga będzie sprawna. Oczywiście na cud to bynajmniej nie wygląda, wszystko jest totalną prowizorką i Iriel mógłby się za siebie wstydzić, gdyby nie ciężkie warunki pracy. Autorytet jest jak widać czasem całkiem mądrym bytem. Niby nie cud, więc Iriela na ołtarze nie wyniosą, ale zbójnik wyleczony, więc go też nie zabiją. Jeden chory z głowy. Zostało jeszcze dwóch.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Miał ironiczne podejście do wszelkich tego typu moralizatorskich tekstów, ale głos Pana który do niego przemówił był niczym balsam na zdruzgotaną duszę skalaną ciałem.

Tak! Iriel przez chwilę poczuł niemal euforię, której wyrazu jednakże nie przeniósł na ciało. Siedząc niemal po uszy w gównie miał wrażenie, że spłynęła na niego kropelka oczyszczenia, odciągając od otaczającej przyziemności i wszystkich jej paskudnych aspektów. 

A potem zdał sobie sprawę z przekazu. Jasne, to oznaczało, że miał szansę wrócić, ale cholera... Takie słowa nigdy nie oznaczały niczego dobrego. Nadzieja została więc szybko zepchnięta w niepamięć i zastąpiona bezsilnym poczuciem skrajnej niesprawiedliwości. Całkiem spora ilość tych skrzydlatych dupków powinna skończyć na ziemskim padole, ale oberwało się jemu. Teraz pewnie będzie musiał się poniżyć, poświęcić czy cierpieć w jakikolwiek inny sposób, po czym jak już się skrajnie upodli, ktoś sobie o nim przypomni i dopiero po tych wszystkich upokorzeniach, które jeszcze nie nastały, wróci na górę. 

Ale to odchodziło na plan dalszy. Najpierw robota. 

- Dobra, chłopaki. Prowadźcie do następnych, z tym powinno być w porządku - powiedział ponuro. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Być może to odczucia Iriela, być może kolejny znak od Szefa, albo też po prostu zbieg okoliczności sprawiły, że jego głos zabrzmiał nie tylko ponuro, ale także naprawdę autorytatywnie. Co ciekawe, brodacz i wąsaty, a w nieco większym zakresie także reszta, nawet niczego nie zakwestionowali. Byli posłuszni, a to dlatego, że spoglądali na anioła z pewnym podziwem i szacunkiem, jakie wywołuje wśród nędzarzy i nieuków nawet prosty akt w miarę dobrze i profesjonalnie wykonanej na ich oczach roboty. Natychniast obecni rozsunęli się oraz rozeszli tak, by w ich mniemaniu cyrulik miał sporo miejsca do oddechu i pełen dostęp do chorych. Byli przyjaźnie zainteresowani tym co stanie się dalej i co zrobi ten biedaczyna, co go w lesie bez gaci jakieś chujki zostawiły. Ktoś nagle też zatroszczył się, by zaimprowizować niewielką skrzyneczkę z nożami, nożycami, imadłami, klinami, młotem z ćwiekami, piłą oraz całą masą różnego innego szmelcu, którego niebianin nie mógł nawet nazwać, a co dopiero ogarnąć jego przeznaczenie. Chorzy pozostawali bez zmian: jeden żółty na zarośniętej ryżą szczeciną mordzie i niemrawy, a drugi, z tłustmi dugimi włosami, pogrążony w gorączce.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Najpierw postanowił poradzić sobie z chorym na szkarlatynę i naprawdę, naprawdę miał nadzieję, że się nią nie zarazi. 

Dla upewnienia się o słuszności swojej diagnozy, postanowił jeszcze zerknąć na język i gardło chorego. W tym celu chwycił go za szczękę i fachowym okiem przeprowadził oględziny. 

Cóż, istotnie była to szkarlatyna. A skoro była to szkarlatyna, to mógł zrobić parę rzeczy, żeby go wyprowadzić na prosto. 

- Chłopcy, słuchajcie uważnie. Ten tutaj ma być często pojony, ale wodą, nie winem! I nim mu tę wodę podacie, musi być ugotowana, a potem wystudzona. Nie dawać mu, póki w niemocy, żadnego tłustego mięsiwa. W miarę możliwości rośliny, to jest warzywa. Macie tu lniane tkaniny? Jak macie, to moi drodzy namoczcie, zawińcie go w nie, a potem okryć wszystkim co tylko macie i żeby się grzał przy ogniu - nakazał. Potem zaś ruszył w stronę pożółkłego jegomościa, zastanawiając się nad jego schorzeniem. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Rozbójnicy mimo twarzy niespecjalnie wskazujących na wysokie osiągi pod względem inteligencji ponownie po prostu pokiwali głowami na słowa Iriela. Ponownie wydawali się słuchać z tym pewnym specjalnym szacunkiem do człowieka obdarzonego wiedzą. Można było być prawie pewnym, że wedle swoich możliwości posłuchają rad domniemanego cyrulika. Kiwali głowami między sobą z uznaniem, wymieniając uwagi i rozkminając jak wykonać jego życzenia co do chorego. Niestety tutaj pokazała się jednak trochę gorsza część tego wszystkiego, nie byli w końcu bandytami tak o bo lubili przygody. Iriel mógł dosłyszeć mówione półgosem uwagi oraz gesty ludzi, którzy uważali, że jest to za duży poziom zaangażowania. Że może lepiej byłoby coś zrobić. 'Może arsen', ktoś kiwa głową, 'albo sztychnąć przy szyi, nie będzie się męczył' dopowiada ktoś inny. A co jeśli drugi chory też będzie wymagał sporej opieki? Jak na niby zżytą i życzliwą grupę, podział nastąpił nadspodziewanie szybko.
- Spokojnie, coś wymyślimy - w końcu odezwał się herszt, podnosząc dłonie i głusząc tubalnym głosem szepty. - Czy można na przykład odkrajać mu tłuszcz i dawać samo mięso, na przykład? A brukiew, może być?

Share this post


Link to post
Share on other sites

- A pewno, że można. Mięso wzmocni, byleby przez czas jak nie wydobrzeje więcej dostawał brukwi, nie mięsa i w mig powinno się mu poprawić - poinstruował, w głębi duszy odczuwając wobec herszta szacunek za głos rozsądku na tle tych wszystkich bluźnierczych sugestii co do ukatrupienia towarzysza. - No i woda, często woda do picia, w żadnym razie wino ani inne alkohole. Wzmocnią gorączkę - wyjaśnił, kładąc dłoń na czole chorego. Miało to w zamierzeniu wyglądać na sprawdzenie temperatury, ale Iriel chciał zwyczajnie spróbować ponownie podziałać co nieco swoimi leczniczymi umiejętnościami. Pomyślał jeszcze chwilkę nad tym, jak tu zapobiec PRZYPADKOWEJ śmierci chorego. Sam by tego przed sobą nie przyznał, ale bynajmniej nie zastanawiał się nad tym z empatii. Uzdrowienie mogło wzmocnić jego pozycję, czy też raczej ubezpieczyć. Ludzie z zasady byli dosyć dzicy i głupie rzeczy im czasem do głowy przychodziły, a tym lepiej było zapobiegać.

- I jedno jeno jeszcze powiem, ale to tak cichosza, nikomu nie rozpowiadać. Ja jestem człowiek nauki, więc z moich ust to iść nie powinno, a wy jesteście poważny dżentelmen, drogi panie - zwrócił się bezpośrednio do herszta, ale tak, żeby reszta słyszała. Spojrzał zresztą na niego porozumiewawczo, wstając i prostując się. - Tak jak pana chłopcy. To na co chory jest ten tutaj, nazywa się szarlatyna, od szkarłatu. Ale nie tego, co się tworzy na mordzie w czasie choroby, a tego co spowija truposza, jak z chorobą nie wygra. Nie zawsze, ale bywa, że takiego czerwonego jak burak trupa trudno jest pochować, bo go ziemia wypluwa i potem się choróbsko na całą wieś rozprzestrzenia. Niektórzy powiadają, że to mściwy duch okraszony zarazą powoduje. Ja oficjalnie wierzyć w to nie mogę, ale lepiej jest się nie przekonywać, dlatego też musimy z kolegi zarazę wypędzić za wszelką cenę. I ktokolwiek się z nim styka, niech potem dłonie myje. - ostrzegł i pogroził palcem, gotów zabrać się za kolejnego pokrzywdzonego. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Jak zapewne anioł się spodziewał kiedy myślał o tym co powiedzieć, ludzie byli jako rodzaj w sumie dość przesądni. Znaczna większość zbójników słuchając słów Iriela, opisujących wymyślone wydarzenia, pobladła. Niektórzy mniej a niektórzy bardziej, bali się tego co usłyszeli. Pośród nich niebianin mógł zauważyć tych, którzy nie wyglądali na specjalnie przekonanych, lecz zarówno żywe obrazy malowane opowieścią jaki i większość obecnych wierzących w nią szczerze sprawiły, że owi nieprzekonani się niespecjalnie wypowiadali. Porozumiewawcze spojrzenie jakie wygnaniec posłał hersztowi spotkało się z odrobiną strachu, szacunku, ale tez i zrozumienia. Wąsaty zbójnik po chwili uśmiechnął się lekko. Skinął też głową.

- Drzazga, Kola, przygotujcie dobre posłanie. Zwis, pchnij kogoś by podstawił kilka więcej wiader pod źródełko. Dziękuję za rady, panie medyk.

Oczywiście całemu zdarzeniu znów towarzyszyło trochę szeptów, które iriel zdawał się słyszeć choć może niekoniecznie powinien. 'O kurwa' przewijało się najczęściej i w sumie samo to dawało zesłańcowi generalne pojęcie, w jakich szerokościach mógł się znajdować zważywszy na nazwę kraju. Najbardziej rozwinięty, oraz najbardziej skomplikowany, kontynent. Rozbójnicy zabrali się zdumiewająco raźno do ogarniania całej sprawy, dając aniołowi na tyle spokoju, by mógł faktycznie coś popróbować swoją mocą. I tutaj czekała go niespodzianka. Sam dotyk pozwolił mu stwierdzić, że ironicznie mógł faktycznie wykrakać coś paskudnego, bowiem ognisko choroby jakie wyczuwał w ciele poszkodowanego było, chociaż niezbyt silne, bardzo agresywne. Kiedy większość ludzi wokół zajęła się poleceniami herszta lub po prostu uswaniem się z drogi i wywoływaniem chaosu, ten ostatni zbliżył się do anioła. Iriel został zaprowadzony do następnego chorego, który na pierwszy rzut oka po prostu miał żółtaczkę. Herszt szedł blisko, i w pewnym momencie pochylił się bliżej.
- Mistrzu - wyszeptał, a od tytułu bił cichy szacunek - A kołek? Tak jakby co, na wszelki wypadek, jeśli ogień choroby zabierze chorego?

Edited by Po prostu Tomek

Share this post


Link to post
Share on other sites

Idioci! Kretyni! Boże pobłogosław głupotę i zaściankowość! 

Serce Iriela szczerze uradowało się na myśl o niegodziwościach, które może poczynić w imię słusznych idei, manipulując biednych durniów ich równie durnymi zabobonami. I to miał być najbardziej zaawansowany technologicznie kontynent! Nie dziwota, że na innym tak łatwo został "bogiem". 

Chwilę tylko trwał jednak ten wewnętrzny objaw radości. Przede wszystkim eks-anioł starał się uważać, żeby jego opakowanie nie zdradzało panujących w środku nastrojów. Druga rzecz, to że chcąc wrócić na górę, musiał wyzbyć się całego tego cwaniactwa, a przynajmniej szczerze próbować, choć do żałowania było mu jeszcze daleko. Dobrzy ludzie, biedni ludzie. Mają przecież mniej wiedzy, żyją ledwie ułamek chwili i zwyczajnie nie wyjaśnili sobie wszystkich tych zjawisk, nie mieli jeszcze jak. Powinien zacząć ich szanować, bo nikt... Czy też może Bóg raczy wiedzieć kiedy znajdzie się jakiś mądry, który pokona go jego własną bronią. 

Obejrzał się na herszta. Przez dłuższą chwilę żywił wobec niego cieplejsze niż wobec reszty uczucia, a potem padło pytanie o kołek i jakoś tak entuzjazm Iriela nieco zmalał. Pokręcił głową, udając głębokie zamyślenie, podrapał się po brodzie, westchnął. 

- Pomóc pewno nie pomoże, ale i nie zaszkodzi. Jeśli ów rzeczywiście zemrze, nie inaczej, bo wówczas zjawa po niesprawiedliwie zamordowanym tylko się rozsierdzi. Tak, tak, widziałem już takie różne przypadki... Nie ducha oczywiście, żaden z nas, szefie, w duchy przecież nie wierzy, jesteśmy ludźmi światłymi... Ale wiemy dobrze, o czym mówię - stwierdził z twarzą wyrażającą głęboką zadumę i to, że jej właściciel bardzo dobrze wie, o czym mówi.

- Tego drugiego też opatulcie płótnem, szefie. I zadbajcie żeby miał przegotowaną wodę i napar z szałwii - zarządził. Wróci do niego, ale najpierw ten ze szkarlatyną. 

Spróbował potraktować ognisko choroby jako coś, co można byłoby zwalczyć. Jeśli dotyk mógł nieco pomóc w uzdrawianiu, może chociaż uda się osłabić zarazę, albo przynajmniej nie dopuścić, żeby się przeniosła na innych? Tak właśnie zamierzał zrobić Iriel i wziął się do roboty, skupiając swoje myśli na atakowaniu choróbska. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Przez bardzo krótką chwilę przez Iriela przeszedł miękki impuls i anioł mógł mieć niejasne wrażenie, że po pierwsze ktoś nad nim trochę czuwał, a po drugie, owego kogoś chyba nieźle rozbawił ten tok rozumowania anioła. Może był to Autorytet, a może też nie. Niebianin mógł także dostrzec, że herst wciąż wydaje się przyjazny i generalnie pozytywnie nastawiony do jego rad i życzeń, bowiem względnie szybko ogarniał wydawanie odpowiednich dyspozycji, a nawet sam przytachał jakieś koce i łachy żeby okryć mniej zagrożonego niespodziewanymi, kompletnie losowymi wypadkami chorego. W tym momencie już praktycznie cały obóz uwijał się na wzór mrowiska, zajmując się tymi różnymi poleceniami, pokrewnymi sprawami, albo po prostu schodząc innym zajętym z drogi. W tym zamieszaniu zapewne nie tylko ucieczka byłaby możliwa. Z hersztem owiniętym wokół palca zesłaniec mógłby prawdopodobnie nawet mieć z tych bandziorków osobistą gwardię. Czyż nie łatwiej byłoby mu dostać się do cywilizacji, lub kto wie, może przy ich pomocy ogarnąć jakąś przyjemną posadkę?

Ostateczna decyzja co zrobi należy tylko do Iriela, jednak została jeszcze sprawa tego nadspodziewanie agresywnego choróbska. Jego próby osłabienia go spełzły na niczym, bowiem organizm człowieka jest już solidnie osłabiony. Skupiając myśli na ciele poszkodowanego rozbójnika anioł odkrywa powoli różne inne dolegliwości przyległe, wywołane chlaniem na umór i generalnie naprawdę pożałowania godnym stylem życia. Szkarlatyna jest silna, bo organizm żywiciela ledwo stawia opór. Znacznie lepiej poszła Irielowi próba nie dopuszczenia do dalszych zarażeń. Ogólnie sytuacja jest trudna, jednak wydaje się, że akcje anioła długofalowo pomogą nieszczęśnikowi, bo wzmocnią jego organizm. Oczywiście jeśli jego plan się powiedzie i nikt niedawnego kompana nie kropnie.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Zostawił na razie chorego na szkarlatynę, chcąc zająć się kolejnym z chorych. Iriel zamierzał do tego pierwszego jeszcze wrócić, jako że nie zamierzał dać choróbsku za wygraną. Był bardzo zadowolony z względnego rozsądku herszta, bo jak wiadomo, nieodpowiednia osoba u władzy to spory problem, a ten przynajmniej nie wydawał się być zwichrowany psychicznie. 

Jak już chory się zbudzi, trzeba mu będzie dać ostrą reprymendę dotyczącą stylu życia. Iriel wiedział co prawda, że nie ma co kazać mu jeść sałaty, marchewek i jagód goji bo i tak tego nie zrobi (a w tym klimacie prawdopodobnie wspomnianych jagód nie było), ale gdyby ktoś w jego sytuacji (oby nie) miał znowu leczyć jakiegoś chorego kretyna przesadzającego z gorzałą, to będzie miał kłopot.

 - Szefie, prowadźcie do tego drugiego, co? 

Share this post


Link to post
Share on other sites

- Się robi - odpowiedział herszt bez najmniejszego zawahania. Nie minęło wiele czasu, a Iriel już znajdował się przy niewyraźnym i niezdrowo żółtym jegomościu. Tutaj nie było dużo do filozofowania, i aniołowi wystarczyła jego własna wiedza, by natychniast ogarnąć co, jak oraz dlaczego nie działa w ciele powalonego zbójcy jak powinno. Zapalenie wątroby, spowodowane budzącymi skrajne oburzenie warunkami higienicznymi, najpewniej mężczyzna zjadł zakażoną żywność. Co gorsza, jest spora szansa, iż ten tutaj już miał okazję kogoś zarazić, jednak jest też poniekąd pozytywna strona. Niebianin pamięta, że tego typu zaraza wylęga się całkiem długo - przy odrobinie szczęścia mógłby skończyć z tym chorym i zniknąć, zanim następny zacznie mieć jakieś objawy. Ponadto, jak poprzednio, Irielowi rzucił się w oczy ogólnie dość fatalny stan organizmu bandyty. Jeśli następne skany byłyby podobne, możnaby nawet sądzić, że ludzie ogólnie żyją w opłakanym stanie.

 

 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Miał tylko nadzieję, że nie będzie musiał leczyć całego tego tałatajstwa po kolei w każdym miejscu, w którym się zatrzymają.

Póki co nie zamierzał wiać od zbójów, bo co prawda może i było to wątpliwie moralne, ale - mimo iż Iriel nie znał dobrze standardów obyczajowych tego kraju - karmili, odziali i nie bili, a to już mogło być uznane za dobry początek. Poza tym nie znał terenu, ciało z pewnością było podatne na ataki dzikich zwierząt, dzikich roślin i dzikich ludzi, a i z pewnością nie zdążyłby spieprzyć tak szybko, żeby go nie wytropili. A konsekwencje mogły być bardzo przykre i zapewne takie właśnie by były. 

Na razie jednak skupił się na chorym. 

Zapalenie wątroby nie napawało optymizmem. Przede wszystkim trzeba było dyskretnie znaleźć ludzi, którzy mogli byś paskudztwem zarażeni, to po pierwsze. Po drugie, trzeba było jakoś ludzi uświadomić, że w miarę możliwości i potencjalnej biedy powinni zacząć trochę dbać o siebie. Optymalnie czymś ich postraszyć, bo nie sądził, żeby przeszli na lekkostrawną dietę warzywną. 

- Macie może miętę? Temu tutaj też trzeba dawać rośliny do jedzenia. Na przykład jakieś strączkowe - powiedział do najbliższego typa. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Co do tego dyskretnego znajdowania, pojawił się zasadniczy problem. Jak dotąd, moc anioła objawiała się głównie relatywnie niedaleko poszkodowanych. Zarówno przy człowieku złożonym szkarlatyną, jak i tym nieszczęśniku tutaj, Iriel ewidentnie był blisko, badał i dotykał. Niestety, jeśli faktycznie tak to wyglądało, wykluczało to jakąkolwiek dyskrecję przy szukaniu potencjalnych zarażonych. Jeśli chodzi o uświadamianie zaś...

- Eeee? - zapytał błyskotliwie najbliższy typ do którego niebianin się zwrócił, młody chłopak o twarzy łagodnej i kompletnie nieskalanej czymś takim jak wiedza. Po chwili odezwał się wciąż towarzyszący wygnańcowi herszt. Ten już był zdecydowanie bardziej ogarnięty. - Mięta się znajdzie. Nasz zielarz z pewnością wie co i jak, a te wasze... rośliny też jakoś ogarniemy. Może być nie wiem, groch? Zielone to, jak trawa, to i pewnie zdrowe!

Edited by Po prostu Tomek

Share this post


Link to post
Share on other sites

- Groch, groch, groch... - Iriel poważnie się zastanowił. - Groch. A może i być groch, byle nie za dużo, bo to też nie najlżejsze. I nie wszystko co zielone jest zdrowe, mój panie - powiedział, podnosząc ostrzegawczo palec wskazujący. - Jak gnije to też zielone, a nie zjecie bo sami zgnijecie. No, to tyle póki co. Któryś jeszcze? - zapytał, zastanawiając się jednocześnie nad możliwością wybadania większości zbójów. - O, ja coś jeszcze mam, przypomniałem sobie. Będzie bezpieczniej jak zbadam wszystkich chłopaków, coby sprawdzić czy który jeszcze się czegoś nie nabawił. Może być tak, że znaków nie ma, a choróbsko już sieje spustoszenie w trzewiach. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Jak można się już było tego spodziewać, piętno olbrzymiego wysiłku umysłowego naznaczyło twarz biednego herszta. Naczelny rozbójnik poświęcił chwilę na stanie w ciszy i dość powolne choć nie ślamazarne rozkminianie tematu. Jakiś kawałek papieru czy pergaminu z piórem z pewnością by mu w tym pomógł lecz... nawet gdyby niebianin posiadał cokolwiek swojego na tym świecie, by nie wspomnieć o papierze, chłopina zapewne i tak nie wiedziałby jak stawiać litery. Tak czy inaczej wąsal w końcu poukładał sobie we łbie wszystko tak jak chciał, bo aż odetchnął i twarz mu się wygładziła.

- Nie będę wam wadził, mistrzu cyruliku - naprędce sklecony tytuł aż bił estymą, tym szczególnym rodzajem jaki może we wdzięcznym człowieku wzbudzić ktoś mądrzejszy - Badajcie sobie ile wlezie, wraz zbiorę tych co w obozie do kupy cobyście biegać za bardzo nie musieli. A ty, młody, pchnij się po Bezdecha.

 

"Młody", czyli ów chłopak z wcześniej, nawet nie zdobył się na kolejne "eee?" zanim udał się głębiej między ogniska i drzewa, szybko znikając aniołowi z oczu. Po chwili wrócił z włochatym, brodatym i śmiesznie niskim mężczyzną w wieku... no właśnie, młody na pewno nie był lecz to wszystko co dało się w tej materii jednoznacznie określić. Mężczyzna wygląda bardzo poważnie choć ma podkrążone i zaczerwienione oczy. Nosi na sobie szubę z niesamowitą ilością doszytych byle jak kieszeni, na szyi i nadgarstkach ma od zajebania amuletów. Jednym z nich jest charakterystyczny rzemienny węzeł szubieniczny, oczywiście zawiązany wokół szyi. Ani chybi wierzył między innymi w tego właściwego Boga. Ostatnia rzecz nie tyle rzuca się w oczy, co wciska w nozdrza - facet wali jak skrzyżowanie apteki z meliną, daje od niego też znanym zapachem pewnego rodzaju konopii.
- Mistrzu cyruliku, oto Bezdech. Nasz zielarz - przedstawił przybyłego wąsaty herszt.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Eks-anioł zmierzył Bezdecha wzrokiem, starając się ogromnym wysiłkiem powstrzymać mięśnie twarzy od okazania jakichkolwiek emocji. Obawiał się, że mogłyby nie być zbyt pozytywne. 

Ksywka zielarza była do bólu uzasadniona, zdawało się że wytwarza wokół siebie atmosferę, która poza obszar mężczyzny wypycha tę właściwą, narażając przebywających wokół siebie na uduszenie. Paru takich i mogłaby powstać pierwsza broń biologiczna. 

Iriel szanował człowieka za zapobiegliwość, bo to właśnie nią tłumaczył sobie taką ilość amuletów. Ciekawe, czy sprawdziłyby się jako zbroja. Był też wewnętrznie zdziwiony, że przez tyle lat nie zauważył jak głupi jest symbol jego Pana, albo jak masochistycznie wygląda u jego wyznawców. Paskudztwo. 

- Witam  - oznajmił Iriel, siląc się na uśmiech. Zastanawiał się, czy w obecnej sytuacji powinien coś skonsultować z zielarzem, czy też może po prostu iść i robić swoje. 

  • Like 1

Share this post


Link to post
Share on other sites

Bezdech przez pewną chwilę która niemalże przeciągnęła się w niezręczne milczenie starał się ogarnąć gdzie jest, jak się tutaj znalazł i z kim do cholery rozmawia. Kiedy już mniej więcej udało mu się zobrazować swoją teraźniejszą pozycję we wszechświecie, obrócił się w stronę eks-anioła i zmierzył go spojrzeniem, takim neutralnie zainteresowanym. Następnie drugim.

- Cyrulik, aha? - zagadnął ochrypłym, szorstkim głosem, sugerującym że jego gardło i krtań były już chyba nie do uratowania. - Taki prawdziwy. Miło poznać, miło. Jestem... eeee...
- Bezdech - usłużnie podpowiedział herszt zbójnickiej bandy. Jako jedyny zdaje się być pewien, że tak na sto procent wie co robi. W miarę, znaczy się.
- No, Bezdech. Klama już wtajemniczył?

- Klama nie żyje od trzech lat kretynie... - przyduszony szept wodza dowodził jednak, że usłużność była poniekąd wymuszona. Widocznie zielarz jest bandzie tak potrzebny, że chcąc nie chcąc trzeba tolerować jego ekscesy. - Wtajemniczyłem. Mistrz cyrulik dużo nam pomógł i pomyślałem, że co dwie głowy to nie jedna.

- Bardzo mądrze Klama. Uczysz się! - lokalny reprezentant człowieka już dawno i daleko poza pewną granicą zapromieniował dumą. - Cyrulik to pewnie dużo wie, aha? Zapraszam na herbatkę, na dysputę. A jak cyrulik zajęty, to razem możemy połazić. Rozprostuję kości. Chorzy jacyś są?

Irielowi wydawało się, że chociaż ów człeczyna się naprasza, zapewne gdyby chciał mógłby dość łatwo uniknąć jakiejkolwiek konwersacji i robić swoje. Wystarczyło ćpuna najwyżej na przykład na dłużej rozproszyć. Z drugiej strony, Bezdech mimo zapachu sprawiał wrażenie jakby był w stanie przyjąć i uwierzyć w znacznie więcej niż ktokolwiek inny. A i pewnie miał nieco informacji o położeniu anioła i czasie w jakim może być, choćby przez fakt że gdzieś musiał załatwiać towar, zatem bywał tu i ówdzie.

Edited by Po prostu Tomek

Share this post


Link to post
Share on other sites

Iriel czuł się niekomfortowo.

Odkrył jak bardzo upośledzony był ludzki wzrok, kiedy spróbował jednym okiem nie spuszczać wzroku z Bezdecha, a drugim rzucić porozumiewawcze spojrzenie wodzowi, ostoi normalności i to wprowadziło do dodatkowo w rozdrażnienie. Czuł, że jego myślenie poprzez nadmiar bodźców zapachowych schodzi na niewłaściwe tory i traci na jasności. Zastanawiał się, czy znajdzie odpowiedni pretekst, aby natychmiast oddalić się na odległość umożliwiającą swobodną wymianę gazową. Najpierw jednak należało odpowiedzieć. 

- Chorzy... Są chorzy, tak, są. Zbadać trzeba... Wątroba. Czy są chorzy na wątrobę, bo jeden jest i reszta też może być, muszę sprawdzić, miło mi. To znaczy poznać pana kolegę po fachu mi miło, tak, he - odpowiedział i kaszlnął delikatnie, dusząc w sobie kolejne kaszlnięcia. Zielarz nie wyglądał na takiego, co by się przejmował zanadto opiniami o nim, ale lepiej było się opanować. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Bezdech wydaje się być w pełni usatysfakcjonowany odpowiedzią niebianina. W żaden sposób nie pokazywał jakby składnia czy cokolwiek innego stanowiło problem w zrozumieniu i dalszym porozumieniu. Po pewnej chwili niemego wpatrywania się w pustkę przed twarzą cyrulika zamiast w niego samego, odchrząknął i skinął głową.

- Taaak... wątroba... - zbójnicki zielarz zamyślił się głęboko. - Ty, nawet wiem gdzie to jest. O tu, o. Czyli chorzy na wątrobę, aha? To pójdzie mistrz cyrulik pokaże którzy. Co mistrz im zalecił dobrego? Mam pełną wnękę ziół i mikstur, aha! Jjjjadziem!

Z niepohamowanym entuzjazmem oraz nawet nie takim złym rozeznaniem się w otaczającej rzeczywistości entuzjasta różnorakich dekoktów chyżo ruszył naprzód. Mimo prośby o pokazanie miejsca, w sumie zdawał się niespecjalnie przejmować tym czy Iriel faktycznie idzie za nim. Dzięki temu nabraniu dystansu ilość powietrza dookoła anioła zwiększyła się znacznie, dzięki Bogu za istnienie prądów powietrza. Wkrótce wygnaniec mógł odetchnąć pełną piersią i rozważyć swe kroki.

Edited by Po prostu Tomek

Share this post


Link to post
Share on other sites

- Tak, tak, o tu właśnie. Panie zielarz! Halo! Stop, proszę czekać! 

Iriel wziął nogi za pas i popędził za Bezdechem. Jeśli faktycznie miał cały zapas ziół, dlaczego nie użył ich, żeby wyleczyć chociaż tych poważnie, widocznie chorych?

Bo prawdopodobnie z trudem łączy się z rzeczywistością na tyle, żeby się rano obudzić, odpowiedziały fakty, gwałtownie dobierając się do świadomości Iriela. Dlatego też po prostu ruszył za mężczyzną, korzystając z tego, że ma jakieś zajęcie. Tak po prawdzie mniej interesowali go chorzy niż zaufanie wodza, czy tam herszta, ale że byli po drodze do spełnienia celu, musiał ich uwzględnić w planach. 

- Nie wiem jeszcze którzy, panie zielarz! - poinformował. - Muszę zbadać, choroba może być dopiero w zarodku, kto wie! Jeden miał, to i inni mogą mieć. Może mi pan pokaże ten swój arsenał ziółek, co? Ciekaw jestem wielce czym dysponuje miejscowy specjalista. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Bezdech prędko podszedł do jednego z niedaleko leżących. Czystym przypadkiem tak się złożyło, że był to jeden z chorych zbójników, tych u których już było widać że coś jest nie tak. Jednak zielarz albo nie zwrócił uwagi, albo po prostu nie załadował wątków, kopnął bowiem leżącego. Nie na tyle mocno by go skrzywdzić, ale na tyle by chory wydał z siebie stłumiony stęk, kiedy zbierał swoją górną połowę do względnego pionu.

- Jak tam, mordo? - Bezdech nachylił się nad mężczyzną, niemal dokonując niemożliwego - prawie udusił go bez użycia rąk. Na całe szczęście w miarę usatysfakcjonowało go słabe stęknięcie jakie chory mógł z siebie wydać. Zielarz cofnął się trochę, otwierając poły szuby niczym starożytne tomiszcze. Zapach apteki niemal całkowicie zabił zapach meliny. W połach dało się dostrzec, cóż za niespodzianka, więcej kieszeni, wypełnionych różnymi rzeczami, część z nich z kształtu wygląda na buteleczki wielu rozmiarów. Bezdech wyjął jedną z nich, taką nieco większą, i pokazał Irielowi.

- Nazywam to kwasem, bo jest kwaśne w smaku. Jak wleję mu to do ust to nie dość, że chyba uleczy mu tę... wątrobę, to jeszcze na pewno pozwoli mu pogadać z Panem Bogiem w cztery oczy. Sprawdzone. Co mistrz sądzi o takiej terapii, aha?

Share this post


Link to post
Share on other sites

Teraz był już pewien. 

Sprawdzali go. Wszyscy go testowali. Zamarł czyniąc z siebie żyjący posąg i z nietęgą miną, dyskretnie, rozejrzał się po obecnych, rozpaczliwie próbując odnaleźć w ich spojrzeniach choćby sugestię ubawu, coś co dałoby mu sygnał, że Bezdech to żart. I że jego terapia to żart. Co oni, powariowali? Żeby swoich mordować? 

- Panie Bezdech - odezwał się, tłumiąc drżenie głosu. - Może lepiej nie uprzedzać spotkania z Panem Bogiem. Każdy przecież tego doczeka, niech sobie chłopina jeszcze pożyje na ziemskim padole. Panie... Panie wodzu? Dowodzący? Mógłby pan tutaj... Z kolegą to samo co z poprzednim, jeśli łaska. 

Odwrócił się z powrotem do Bezdecha, wyciągając dłoń w stronę buteleczki. 

- Zawsze jestem ciekaw wszelkiej maści lokalnych medykamentów. Mogę zerknąć? - zapytał. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Struchlały anioł nie dostrzegł rozbawienia na twarzy otaczających go zbójców. A przynajmniej nie w pierwszej chwili. Zmęczenie, u niektórych pijany grymas, zdziwienie. Zrazu wydawało się, że bandyci nie do końca wiedzą o co się cyrulikowi rozchodzi, popatrując niepewnie na dość zestrachanego mężczyznę. Herszt wybił się prędko ze zdziwienia, spoglądając na Bezdecha niespodziewanie ostrym i wnerwionym spojrzeniem.

- O co chodzi z tym Panem Bogiem, co jest? - wąsaty herszt, tłumiąc swój działający dotąd nawet niezgorzej instynkt samozachowawczy podszedł do zielarza szybkim krokiem. Starając się nie pozostawać zbyt długo w zanieczyszczonej atmosferze złapał za butelkę. Bez zwłoki wcisnął ją w dłoń niebianinowi. Chociaż domniemany cyrulik przybył tutaj znacznie później, ewidentnie widać kogo przywódca bandy szanuje trochę bardziej. - Czy wszystko w porządku, mistrzu?
- Jeszuo Złoty, poczekajcie! - Bezdech zdawał się dopiero teraz załapać, że ktoś zaiwanił mu fiolkę z 'lekiem'. Odwrócił się do wąsala i eks-anioła. - Coście nagle wszyscy tacy, aha? Przecież zawsze działało? Proszę, proszę się zapoznawać, ale bez szarpań, dobre?

W fiolce znajduje się mętny płyn z czymś co wygląda na kolec jadowy, z czymś jeszcze co wygląda na mały, wymiętolony zamarynowany grzybek, oraz z czymś co zdecydowanie jest osadem po proszku.

Share this post


Link to post
Share on other sites

- Wszystko na swoim miejscu, jak się zdaje - odparł cyrulik, likwidując drżenie głosu. Jakie szczęście, że herszt był rozsądny! Jakie szczęście, że panował nad tym szalonym idiotą! Może przez pozostawanie w trwałym stanie nietrzeźwości zielarz stanowił mniejsze niebezpieczeństwo, ale jeśli ów specyfik "zawsze działał", to znaczy, że korzystał z niego już wcześniej.

Pytanie, czy ktoś poza szaleńcem o tym wiedział, a jeśli tak, dlaczego dawał przyzwolenie? 

Iriel przyjrzał się wnętrzu fiolki, decydując, że nie powącha jej zawartości z bliskiej odległości. Wiedział, że jad niektórych zwierząt miał w odpowiedniej ilości zbawienny wpływ, ale konfiguracja tej oto berbeluchy zbyt optymistycznie nie wyglądała. Wydawała się być obietnicą długiego zgonu w niebywałych męczarniach.

- Panie zielarz? A co to jest to w środku?  Z czego to się składa? - zapytał uprzejmie. - Pan kiedyś już tego użył na kimś, hę? 

Share this post


Link to post
Share on other sites

×
×
  • Create New...