Jump to content

Strona Główna  |  Ogłoszenia  |  Lista Fanfików  |  Fanpage  |  Feedback
Arcybiskup z Canterbury

The Walking Dead: Danse Macabre

Recommended Posts

Słońce powoli chowało się za horyzont. W lesie panował spokój. Zupełnie tak, jakby tego miejsca to nie dotyczyło. Zaledwie kilka dni temu na Equestrię spłynęli Jeźdźcy Apokalipsy - Wojna - pomiędzy żywymi, a martwymi. Głód - jedyne uczucie znane umarłym. Zaraza - rozprzestrzeniła się w przerażającym tempie. I wreszcie Śmierć - ona jedyna była w Equestrii zawsze, a teraz ustąpiła. Przychodziła z trudem i zwykle po dwa razy. W lesie jednak - spokojnym, harmonijnym, niewzruszonym lesie tylko czasami pojawiały się skutki epidemii. Poza jednym - oto drobny kucyk o rudej grzywie podąża zatartą ścieżką, coraz głębiej w las.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Ciągle myślałam o tym okropnym widoku, o moich zmarłych rodzicach i ukochanym, łza spłynęła mi po policzku. Wiedziałam że to nie czas na mazgajenie się i rozdrapywanie tego. Nie mogłam tylko zaakceptować tej myśli że moi bliscy nie żyją. W głowie siedziała tylko jedna myśl " Mogłam nie iść do tego lasu i zostać z nimi...".

Share this post


Link to post
Share on other sites

A jednak, myśl o powrocie do domu w pewnym sensie odstraszała Saggitę. W lesie było bezpiecznie... Względnie bezpiecznie. W mieście natomiast kłębiło się od szwend, zdolnych rzucić się na wszystko, byleby tylko miało puls.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Za drzewem klacz dostrzegła szwendacza. Nie wyglądał strasznie, a raczej żałośnie. Przegniłe narządy leżały koło niego, wywleczone i na pierwszy rzut oka niepołączone z ciałem. Skóra zwisała luźno, A okolice pyszczka były krwawą masą. Charczał i próbował zbliżać się do Saggity.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Zbierało mi się trochę na wymioty od samego widoku- Co za ohyda...- Wystrzeliłam strzałę która trafiła w sam środek twarzy tego czegoś.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Z tyłu zaś nadchodził drugi, w lepszej kondycji. Zdawało się, że wszystkie jego organy wewnętrzne są nie dość że w całości, to jeszcze na swoim miejscu. Zmętniałe, puste oczy wyrażały jedynie głód... I nic więcej. Zbliżał się szybko, choć utykał. Kiedyś zapewne futro klaczy było błękitne. Teraz stało się bordowo - brązowe od krwi. Zapewne własnej. Szwenda nie zdążyła się zbliżyć. Głuchy huk metalu o czaszkę rozbrzmiał, rozchodząc się falami w powietrzu. Trup, będący już teraz prawdziwym trupem, upadł. Nie podniósł się więcej.

Share this post


Link to post
Share on other sites

- Huh? - Odwróciłam się do w stronę gdzie szedł ten stwór, od razu przygotowując łuk i strzałę, jak zawsze dla mnie ostrożności nigdy nie było za wiele.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Za zwłokami stała klacz jednorożca o granatowej sierści i jasnobłękitnej grzywie splecionej w dredy. Dyszała ciężko i wyglądała na przestraszoną. Trzymała niewielką siekierę, która najprawdopodobniej pozbawiła życia szwendacza. Z pewnością była żywa.

3341661.jpg

Share this post


Link to post
Share on other sites

- Nie wierzę! - Ryknęła klacz i rzuciła się na bohaterkę. Uścisnęła ją tak mocno, że przez chwilę Saggita straciła pewność co do jej przyjacielskich zamiarów.

- Ty jesteś żywa! Zupełnie żywa! - Dla pewności dotknęła kopytem czubka jej głowy, z miną wyrażającą skrajne skupienie.

- Haaa! Tak! Żywa! - Krzyknęła z triumfem w głosie. Zaczęła podskakiwać w miejscu z radości.

Share this post


Link to post
Share on other sites

- Jestem żywą. Teraz tylko to ma znaczenie! Chyba że chcesz znać moje imię... Możesz je poznać. Jeśli chcesz. Pewnie chcesz. O to się w końcu pytałaś. Na imię mi Inflorescence. Ale nazywaj mnie Florence, tak wszyscy mnie nazywają. Nazywali - poprawiła się.

Share this post


Link to post
Share on other sites

- Witaj, miło mi cię poznać, ja jestem Saggita Greitai...też żywa... - Powiedziałam zmieszana trochę - Skąd pochodzisz? - Zapytałam zaciekawiona.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Pobiegłam za nią rozglądając się - Gdzie biegniemy? - Powiedziałam szeptem, nie chciałam iść z kimś bo wolałam być sama, ale poniekąd cieszyłam się widząc żywego kucyka.

Share this post


Link to post
Share on other sites

- Jestem tu już kilka dni, a i za życia mieszkałam niedaleko. Te skały to istny labirynt. Są jak twierdza, ale trzeba dobrze je znać. Potrafią obrócić się przeciwko każdemu, kto nic o nich nie wie. Jak już dotrzemy na miejsce, powiem ci o miejscach, gdzie ustawione są pułapki. I jak się tu odnaleźć. Często tu bywałam, jako dziecko. Mój ojciec był strażnikiem lasu, a mama zielarką. To było świetne miejsce na zabawę, dopóki się nie zgubiłam. Zresztą, zgubiłam się tu nie raz. Ale nie chciały mnie zabić, tylko chyba nauczyć pokory... Inaczej nie byłoby mnie tutaj. - Powiedziała.

http://2.bp.blogspot.com/_qwkawrWbol8/TAYpHHfNqHI/AAAAAAAABoo/akipikudUEg/s1600/IMG_2526.JPG

http://farm2.static.flickr.com/1294/1028474746_5128e6f95b.jpg

http://farm3.staticflickr.com/2375/2035530016_b6f65a3af7_z.jpg?zz=1

http://i.wp.pl/a/f/jpeg/20587/bledne072_skaly.jpeg

Miejsce na podstawie Błędnych Skał.

Share this post


Link to post
Share on other sites

- Cóż... Teraz już nie. Ale tak, byłam tu całkiem sama. Jestem. Zorganizowałam sobie schronienie, pożywienie potraię zdobywać... Ale było ciężko. Nie wiem, gdzie są moi rodzice. Miałam też starszego brata. Ile masz lat? - zapytała.

Share this post


Link to post
Share on other sites

-Dzisiaj...to już 19... ja kierowałam się do Fillydelphi, pochodzę z Baltimare, niestety gdy wróciłam do niego, zastałam wszystko w gruzach...

Share this post


Link to post
Share on other sites

- Ja mam szesnaście lat. Mój brat ma dwadzieścia jeden. Albo miał. Ja byłam w domu, kiedy epidemia wybuchła. Wszyscy uciekali, a ja przez przypadek odłączyłam się i zostałam chyba czymś uderzona. Nie pamiętam. Musiałam sobie jakoś radzić. - Wzruszyła ramionami i przecisnęła się przez wąską szczelinę. Miejsce było otoczone spiętrzonymi skałami. Z boku stało wielkie, rozłożyste drzewo. Na nim zaś postawiony był niewielki, drewniany domek.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Patrzyłam na ten domek, z ciekawością i zastanowieniem. Wyglądał niepozornie, taki mały domeczek, podążałam nią rozglądając się i nie tracąc ostrożności.

Share this post


Link to post
Share on other sites

- Spójrz. Do domku wchodzisz po skale. Tutaj jest wąska ścieżka. Schron opiera się o jedną ze skał, a gałęzie pod nim i obok niego są wzmocnione, chociaż wcześniej też by się nie zawaliły. Tutaj - wskazała niewielką grotę umieszczoną wysoko na skale - obok domku. - Tutaj trzymam zapasy. Wiesz, jest chłodno. Tylko muszę je zamykać, żeby coś ich nie zabrało. Wejdźmy do środka. - Zarządziła. Domek był częściowo wydrążony w pniu. Pomieszczenie było szczelne. Florence zadbała nawet o okna, zapewne wyrwane z jakiegoś prawdziwego domu. Wewnątrz pełno było książek, kartek i świec.

Share this post


Link to post
Share on other sites

×
×
  • Create New...