Jump to content

Strona Główna  |  Ogłoszenia  |  Lista Fanfików  |  Fanpage  |  Feedback

Zegarmistrz vs Zmara  

9 members have voted

  1. 1. Kto popisał się większą mocą w tym pojedynku?

    • Zegarmistrz
      6
    • Zmara
      3


Recommended Posts

Bez sensu będzie wykonywanie skomplikowanych i czasochłonnych obliczeń wytrzymałościowych oraz sprawdzenie w jakim stopniu przepływająca przez sale magia neguje prawa fizyki. Zabierze to zbyt wiele czasu, a i tak po skończonej pracy moc magów znów ulegnie zmianie i wszystko trzeba będzie liczyć od nowa. Trzeba na oko sprawdzić największe areny i po prostu oszacować, która z nich wytrzyma nadchodzącą lawinę mocy. Trudny wybór, naprawdę. Po głębokim namyśle stwierdzam, że słynny „ośmiokąt” nada się najlepiej. Arena w kształcie ośmiokąta foremnego, której podłoże zdobią malowidła, dzieła znakomitych artystów, zaś ściany pokrywają płaskorzeźby przedstawiające różne mityczne bestie. Sklepienie podtrzymują masywne kolumny, zaś z okrągłego okna, znajdującego się na szczycie areny wpada magiczne światło, skupiane przez lewitujący nad areną pryzmat.

 

 

mlp__fim__the_sixth_obstacle_by_esuka-d4

 

 

Już za chwilę będziecie świadkami walki dwóch znakomitych magów, doskonale przygotowanych i posiadających wielką moc, która z całą pewnością przetestuje wytrzymałość areny. Jeden z magów, którego magiczne zmagania zaraz zobaczymy, Zmara, ma mnóstwo zainteresowań i konkretne plany na przyszłość. Największe nadzieje pokłada w informatyce i grafice komputerowej, ale niestraszna mu też literatura, muzyka, iluzja, o siatkówce już nie wspominając. W szranki z nim odważył się stanąć Zegarmistrz - Inkwizytor oraz weteran magicznych pojedynków.

 

Ten pojedynek zakończy się wtedy, gdy jego uczestnicy tak zdecydują. Nie ma żadnych limitów, magów ograniczają tylko ustalone w tej sekcji zasady. Nie przedłużając, pragnę życzyć Wam powodzenia i wyrazić nadzieję, że nie rozniesiecie tej areny… Zbyt szybko.

Edited by Hoffman

Share this post


Link to post
Share on other sites

Nie ma odpoczynku dla pokręconych.

 

Zegarmistrz wlazł na arenę przez drzwi, zwyczajnie. Ubrany w lekki strój wzmocniony tu i ówdzie jakimś ochronnym zaklęciem.

Wygląd areny z miejsca przypadł mu do gustu. Była wspaniała. Te istoty, te malunki, słowem, cudo.

Szkoda że w większości pewnie wiele z tego ulegnie zniszczeniu. Ale co poradzić,

Szybko wystawił przed siebie obie dłonie i korzystając z faktu, że przeciwnik był chyba daleko, rozpoczął inkantację.

- Niechaj spłoną niebiosa, niechaj stopi się ziemia. Niechaj wyschną oceany, wszystko będzie nasze. Haleb Ignis, Geo Ignis!

Z jego dłoni wystrzelił płomień, niczym wężowy język. Strumień gorąca i wijący się bar ognia zatoczył kilka kręgów wokół areny a potem, niczym olbrzymi czerw, pochłonął Zegarmistrza. Przez dłuższą chwilę nie było widać nic, aniżeli wielkiego ognistego tornada.

I bum, tornado dosłownie rozerwało się od środka, ukazując Zegarmistrza zakutego w zbroję, czerwoną jak płomień który jeszcze chwilę temu tańczył po arenie.

Zatoczył dłonią koło i pojawiło się przede nim małe lustro. Przyjrzał się w nim krytycznie.

- No, to powinno na początek wystarczyć. Teraz jeszcze jeden drobiazg.

Sięgnął do paska i wyciągnął z niego trzy małe kulki: czerwoną, czarną i biała.

- Ogień, Wiatr i Mrok - na moje wezwanie, brońcie mnie!

Wyrzucił kule wysoko w powietrze a te wybuchły blaskiem. I po chwili wokół Zegarmistrza orbitowały 3 kule o średnicy metra.

Jedna płonąca niczym jądro planety.

Jedna czarna niczym bezgwiezdna noc.

I jedna ulotna, niczym wiatr na polu.

Tak przygotowany czekał na swojego oponenta.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Jeśli dobrze myślę, a myślę dobrze, to Zegarmistrz pewnie zdążył na arenę punktualnie. Zdążył też przygotować sobie miejsce działania i pierwsze zabiegi, mające na celu obronę i atak. A może los będzie dla mnie łaskawy i nie zmiecie mnie tuż po wejściu na arenę? Budzik… Przerwał monolog wewnętrzny, widząc przed sobą wrota, prowadzące na arenę. Raz Discordowi resocjalizacja. Pchnął drzwi i od razu pożałował swojego wyboru. Ujrzał bowiem w pełni opancerzoną postać, wokół której latały kule, nasączone konkretnymi esencjami. Chłopak przetarł oczy niedowierzając i wyszedł przeciwnikowi naprzeciw.

 

Adrian aka Zmara ubrany był w czarne, niekrępujące ruchów spodnie, nieznanego mu materiału, aczkolwiek nie krępującego nawet w najmniejszym stopniu. Na jego ramionach spoczywała biała koszula, oczywiście przyozdobiona czarną muszką, która starała się komponować z wyburzałym płaszczem, sięgającym mniej więcej do kolan. Głowę zdobiły długie włosy, na których spoczywała, jak niektórzy zdążą się domyślić, czarna fedora z napisem „Make your own destiny”. Całość dziwacznego wizerunku dopełniały gołe stopy, a przynajmniej na takie wyglądające.

 

Ogrom areny uderzył młodzieńca, który aż zachwiał się na nogach, podziwiając wspaniałość tego miejsca. Non omnis moriar… Jakaś część mnie musi tu zostać. Otrząsnąwszy się i oderwawszy wzrok od pryzmatu, zwrócił się do osobnika, przebywającego najbliżej:

 

-Witaj Bud… Zegarmistrzu. Niezmiernie… „cieszę się”, mogąc stanąć z Tobą w szranki. Mam nadzieję, że wiele dobrego wyniosę z tego pojedynku, co będę mógł wykorzystać podczas walki moim avatarem. Nie przeciągając, zaczynajmy.

 

Adrian, bacznie obserwując poczynania swego oponenta i tor lotu poszczególnych kul, zaczął analizę obecnej sytuacji. Jestem martwy… Zaczął analizę sytuacji. To nie zmienia tego faktu, Ja piszący to w trzeciej osobie. Ale wracając, mamy przed sobą opancerzonego przeciwnika, którego bronią trzy kule. Chociaż nie… nie mogę założyć, że go broniom. Być może to zwykła telekineza. Ewentualnie zareagują na moją magię, lub atak. Nie jest dobrze. Arena też bierze tu swój udział. Ten pryzmat, kształt podłogi i światło. Spróbujmy tak… Przerwał rozmyślania, które zmuszeni byliście czytać, a które w rzeczywistości trwały ułamek sekundy. Przynajmniej wiedział, co może zrobić.

 

Wyciągnął przed siebie dłonie i zatoczył nimi okrąg. Trzymając dłonie na wysokości głowy zaczął kierować je ku dołowi, kolejno je poszerzając i zwężając, by zamknąć swój twór na wysokości kolan. Do niewidzialnego kształtu przyłożył otwarte dłonie i zaczął cichą inkantację:

 

-Ty, któraś łączy ze sobą Odrodzenie i Lekkość, przybądź na mój rozkaz. Ty, któraś z Kryształu czerwonego czerpiesz siłę i Antymagią dysponujesz, ukaż się…

Share this post


Link to post
Share on other sites

Zegarmistrz ucieszył się że jego przeciwnik nie marnował czasu i zaczął inkantację. Zapowiadał się naprawdę wspaniały pojedynek.

- Fus!

Z jednej kuli w kierunku Zmary wystrzelił nagle mocny podmuch wiatru. Bezustanny, lecz nie na tyle silny, by zwalać z nóg. No może utrudnić stanie prosto, ale nic ponad to.

Lecz Zegarmistrz nie planował tym kończyć. Jego zaklęcie dopiero nabierało mocy, on zaś musiał kupić trochę Czasu.

- Ignis!

Malutka Iskierka. Kula złożona z ognia zawisła przed tą, która dmuchała powietrze.

Efekt był, khm, efektowny. Niczym z paszczy smoka, powietrze które chwilkę wcześniej tworzyło wiatr zapaliło się, strzelając jednym długim jęzorem ognia w jego oponenta.

Sam Zegarmistrz nie czekał na sprawdzenie czy wyszło. Szybko rozpoczął własną inkantacje, żeby przygotować się na pewną ewentualność.

Panem jest Jeden, który włada Otchłanią.

Władca Snów, które przerażają.

Mieczem On, który z Zimna i Stali.

Wyrwawszy się z okowów Niebios

A lśniący ponad Chaosem.

Eros Negi Mao Teru.

Rozproszenie!

Zegarmistrz uniósł dłoń w górę a kula z ciemności zawisła mu nad głową.

Można by pomyśleć że coś poszło nie tak, lecz nagle rozległ się głośny gwizd, jak z parowozu. A gdy ucichł, z kuli zaczęły lecieć na wszystkie strony mniejsze kulki, średnicy kurzego jajka. Trafienie nimi nie powodowało większych obrażeń aniżeli trafienie twardą śnieżką.

Natomiast ich ilość, cóż, to już była inna kategoria. Bowiem kule wylatywały w setkach o ile nie tysiącach i literalnie waliły na wszystkie strony.

Nie minęła pierwsza minuta a już cała arena była nimi pokryta po kostki zawodników. I nie zapowiadało się żeby kula nad głową Zegarmistrza planowała przestać.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Usłyszawszy znajome słowo, Zmara już wiedział, czego się spodziewać. Stanął pewnie i zaparł się mocniej nogami, lecz nadciągający podmuch wiatru i tak zakołysał młodzikiem. Dłonie jednak nie ruszyły się z miejsca i dalej przesyłały część energii w przestrzeń. A więc używa starszej mowy. Za dużo Skyrima… Przerwał rozmyślania, słysząc kolejne słowo Budzika.

 

-Ignis!

 

Jest źle. Szybko…, kończ... Kula o czerwonym zabarwieniu znalazła się tuż przed tą, która nieustępliwie nie pozwalała Zmarze chociażby postawić kroku. Jęzor ognia już mknął w stronę chłopaka, gdy tu nagle:

 

-Egido Legionu! – Nienaturalnie czysty głos, mogący równać się z chórami anielskimi, zabrzmiał na arenie. Pomiędzy przeciwnikami, tuż przed ramionami młodego czarodzieja, ukazała się wspaniała tarcza wykonana, jakby się mogło wydawać, ze szczerego złota. Na całej długości ozdobiona była licznymi kamieniami szlachetnymi, zaś na jej środku widniał czerwony kryształ, na którym widniało tylko jedno słowo, zapisane w zapomnianym już przez ludzkość, języku runicznym. Było ono proste, lecz jakże potężne w dłoniach doświadczonego mistrza arkanów tajemnych, którym oczywiście Adrian nie był. Jedno dźwięczne, proste, a zarazem zabójcze: „Nie”. Taka siła przekazu w jednym słowie. Jakże znaczącym.

 

Blask, bijący z trójkątnego puklerza, przyćmiło uderzenie weń słupa gorącego ognia. Jednak w zetknięciu z lewitującym amuletem, nawet deszcz ognisty byłby niczym. Antymagia jest potężna. A jaka kosztowna. W tym momencie odkaszlnął dotkliwie i odetchnął głęboko. Tak czy siak, niewiele brakowało. Przez zablokowanie strumienia żaru i podmuchów wiatru, Adrian wyprostował się i jednym zwinnym ruchem ręki, założył swego obrońcę na prawe ramię. Raz, dwa… trzy! W tym momencie odskoczył sprzed nacierającego wciąż wyziewu, niczym unikając podpalenia przez smoka. Zdecydowanie Skyrim. Upewnił się jeszcze, że tor lotu śmiercionośnej pożogi nie uległ zmianie. Na jego szczęście nie zauważył żadnych odchyleń.

 

-Ałaaa! – zawołał zszokowany, gdy ciemna kulka uderzyła go prosto w ramię. – Co jest?

 

Rozejrzał się szybko, po czym ujrzał, co jego znajomy narobił. Czarna kulka wymiotująca małymi kulkami. Tylko czy one mają w sobie jakąś energię? Zasłonił się swoim nowym nabytkiem, jednocześnie chroniąc się przed uderzeniem kulek w co delikatniejsze części ciała i starając się obserwować poczynania Zegarmistrza. Z jego kapelusza wysunęły się pomarańczowe okulary, które szybko znalazły się na nosie młodzieńca. Struktura raczej nieskomplikowana… Na ile może być nieskomplikowana kulka wydobywająca się z innej, powiększonej magią i naładowaną energią nieznanego mi pochodzenia, która została użyta do zakopania mnie żywcem…. Ubytków na ciele i energii też nie wyczuwam. Strój w normie. Co on kombinuje? Okularki zniknęły w okamgnieniu. A kulek było coraz więcej. Trzeba działać, nie ma wyjścia.

 

 

Zmara skierował dłoń wolnej ręki ku ziemi i przemówił:

 

-Znasz mnie, a ja znam Ciebie. Gajo, najurodziwsza w świecie dopomóż. Ventilabis! Znasz mnie, a ja znam Ciebie. Gajo największa w świecie dopomóż. Merger!

 

Zakończył inkantację. Podłoże poruszyło się, nie zmieniając swojej struktury, jednak poddające się przemianie gęstości i stanu skupienia. Środek areny zaczął się zapadać, sprawiając, że wszystkie kulki wyrzucane przez Niezidentyfikowany Obiekt Plujący, kierowały się w dół, niczym ciecz spływająca po ściankach ogromnego leja. W pewnym momencie wszystko się zatrzymało. Podłoga zastygła, pozostawiając po sobie krater, zwężający się ku środkowi areny. Na razie 100 metrów wystarczy, teraz niech mnie szuka.

 

Właściwie, to dobrze pomyślane, bo gdzie był teraz Zmara? Dobre oko, mogłoby zauważyć zanurzającego się w ziemi wysokiego młodzieńca, ale czy to ważne? Ważne są czyny odważne! Po kilku sekundach od ustąpienia dziwnej działalności podłogi, z ziemi, kilka kroków od swojego antagonisty, znalazł się Adrian, cały ubabrany piachem.

 

-To Ci niespodzianka! Radzę zajrzeć po pojedynku, co się dzieje tam na dole. Cuda nie dziwy. – odrzekł, strzepując pył z ubrania, wciąż z założoną tarczą na ramieniu. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Uśmiechał się kiedy usłyszał "ała".

Cel priorytetowy został osiągnięty, teraz trzeba było rozpocząć ofensywę, specjalnie że jego przeciwnik nie starał się atakować. Upewnił się, że biała kula zagęszcza powietrze pod jego stopami do takiego stopnia, iż dało się na nim stać. Wyśmienicie. Teraz mógł skupić się na ataku.

- Nocturne!

Czarna kula wybuchła równie czarnym dymem. W ciągu kilku sekund Oboje z walczących znikło widowni z oczu. Różnica mogła się wydawać niewielka, ale wbrew pozorom Zegarmistrz wciąż widział Zmare. Poprzez setki tysięcy czujników, które rozrzucił po całej arenie. I to dzięki nim, w całej tej ciemności, Zmara widniał się mu jako jasnoniebieski punkt. Ocenił od niego odległość i zaczął przygotowywać kolejne zaklęcie.

- Tyś który dajesz życie, wysłuchaj mnie. Tyś który targasz żywotem, wysłuchaj mnie. Nihil Afflatus!

Ciemność zniknęła tak jak się pojawiła, wracając do czarnej kuli nad głową maga. To zaś co mogło teraz uderzyć Zmarę to kompletna cisza. po chwili zaś mógł zdać sobie sprawę, że na arenie nie ma kompletnie powietrza i nie ma czym oddychać.

Lecz nie czekał na reakcję przeciwnika, musiał przygotować własną obronę, ot na zaś.

Pozwolił by obie kule, biała i czarna, rozpoczęły lot wirowy wokół niego. Kręciły się coraz szybciej, zamykając go w szarej bańce. Usiadł po turecku wewnątrz tej osłony i rozpoczął przygotowanie kolejnej inkantacji. Sama zaś osłona zaczęła się lekko kręcić, co dodatkowo wpływało na jej wartości defensywne.

Jego usta poruszały się miarowo, słowo po słowie, zaś dłonie kreśliły liczne znaki. Niestety bezdźwięcznie, gdyż w próżni dźwięk nie mógł się rozchodzić.

Share this post


Link to post
Share on other sites

I zapadła ciemność. Co on rozkminia? Przysłonił nam obu widoczność. Chyba że… Szybko przeszedł do działania. Zdjął tarczę z ramienia, złapał ją oburącz i przyłożył do piersi.

 

-Podmiana: Kongō no Yoroi!

 

Tarcza zniknęła. Ciało Adriana pokryło się blaskiem, ledwo zauważalnym w kłębach dymu, wywołanego przez zaklęcie Zegarmistrza. Ciało chłopaka pokryło się średnią zbroją, wykonaną z bardzo odpornego materiału, wzmacnianego dodatkowo za pomocą magii. Zasłania większość ciała, zostawiając jedynie otwór na twarz. Dualistyczna kolorystyka. Spodnia część zbroi i rękawice są w kolorze białym, podobnie kołnierz i część naramienników. Nakolanniki, naramienniki, rogaty hełm i znaczna część napierśnika była w kolorze granatowym. Z obu ramion wystają dwie duże tarcze, na których widniały znaki ochronne. Całość wyglądała, jakby została wyjęta z jakiejś pracowni high-tech, w którym pracują sami fanatycy fantastyki.

 

Mgła nagle opadła. Niczym za sprawą jakiegoś zaklęcia. Śmieszne. Ale coś jest nie tak.

 

-… - cisza. Ogłuchłem! Nie, to co innego. Tylko cc… Przerwał, gdy skończyło mu się powietrze w płucach. Zbroja nagle zaczęła dziwnie się zachowywać. Tak samo jego ciało. Ty… Nie myśląc więcej, złączył obie dłonie i szybkim ruchem w dół zrobił wyrwę w przestrzeni przed nim, do której szybko wskoczył.

 

Teraz mam trochę więcej czasu. Na ile pozwala mi światło. Portal ten był bowiem zamiennikiem inkantacji ustnej. Adrian nie jest mistrzem w magii gestu, więc sporo tym ryzykował, ale było warto. Udało mu się przejść w tryb świetlny, czyli do pewnego stopnia dostosował swoją prędkość do prędkości światła.

 

Szybko… Śmieszne… Khem. Kucnął i w powietrzu, tuż nad powierzchnią podłogi, narysował strzałkę w dół. Momentalnie zapadł się pod ziemię, jak to się stało ostatnio. Stał się jej częścią, nadal pozostając w swojej ludzkiej formie. Była dla niego jednocześnie powietrzem i podłożem. Mógł przez nią przenikać i po niej stąpać. Jedność z ziemią. Znak zodiaku zobowiązuje. Dziękuję Gajo za przyjęcie mnie do siebie. Tylko jakoś muszę tam wrócić, bo zostanę zdyskwalifikowany. Budzik pewnie zdołał się jakoś schować, w końcu sam siebie nie zabije. Szybka analiza magiczna. Użyłem: przyzwania inkantacją, dwie modlitewne inkantacje do Pani Ziemi, podmianę, gest magiczny i symbol. Nie wspominając o magii przedmiotu. Wymiar kieszonkowy i współpraca z siłami wyższymi. Na tym się więc skupmy. Spod hełmu wysunęły się wspomniane już wcześniej okulary. Dotknął ich i w mgnieniu oka zmieniły się w maskę, przypominającą przeciwgazową. Taką z dwoma wentylatorami. Tylko, co ciekawe, nie było w nim dziur. W ich miejscach znalazły się lakrymy, zasilające dwa wiatraczki, produkujące sztuczne powietrze, jednocześnie zużywając produkty spalania przy oddychaniu. Jeszcze tylko ciśnienie. Złączył przed sobą tarcze i wydał krótki rozkaz:

 

-Chroń.

 

Proste i skuteczne. Działało na większość niekorzystnych zjawisk atmosferycznych, nie wspomaganych magią. Plus magiczna zbroja. I tak na wszelki wypadek…

 

-Reductum. – Jeśli w tej mgle coś było, to już tego we mnie nie ma.

 

Zakończywszy wstępne przygotowania, przebił jedną ręką warstwę ziemi tuż nad nim. Efekt przypominał scenę ze starych filmów, w których zombie wydostają się na powietrze. Po krótkiej chwili znalazł się tuż przed dziwną bańką Zegarmistrza. Znów przeszedł przez portal. Dla normalnego obserwatora nie było go zaledwie pół sekundy, ale nie miał przed sobą normalnego człowieka.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Nie czekał aż jego przeciwnik zastosuje swoją magię, sam wykorzystał to, co przygotował wcześniej. Jego zbroja dalej stała otoczona bańką. Swoista przynęta na tych, którzy się skuszą. On zaś zaczął poważnie traktować tą walkę.

Prosty czar maskujący i znalazł się po drugiej stronie areny. Widział jak jego przeciwnik znika i się pojawia, lecz nie przywiązywał do tego sporej wagi. Tego gwiazda miała za chwilę zalśnić.

Usłyszcie mnie, Starsi tej Ziemi.

Jego ciało zalśniło lekką czerwienia.
Usłyszcie mnie, Starsi tych Oceanów.

Z czerwieni przeszło w błękit, pokrywając go jakby jasną farbą.
Usłyszcie mnie, Starsi tego Nieba.

Zgiął się z bólu. Zaklęcia transformacji nigdy nie były przyjemne.
Dopomóżcie, bym pozbył się tego kto stoi na mej drodze.

Fluorescencyjna baka pokryła go całego, tak, że nawet gdyby był widoczny, to i tak niewiele dało by się zobaczyć.
Zjednoczcie się ponad mną.
Zjednoczcie się ponad mną, Ojcowie.
Zjednoczcie się i wzpomóżcie potęgą!

Jego korpus się wydłużył, dłonie i nogi zmniejszyły proporcje.
W imię mocy!
W IMIĘ MAGII!
OTO POWIADAM!

Czaszka zmieniła kształt a dłonie zamieniły się w łapy.
SAI LAI LUFTI DE SANTRA MEGIDO!

Cały pokrył się futrem.
SAI LAI LUFTI DE SANTRA MEGIDO!

A futro zamieniło się w kryształ.
SAI LAI LUFTI DE SANTRA MEGIDO!

W pysku wyrosły solinde kły a łapy nabyły kryształowych pazurów.
SAI LAI LUFTI DE SANTRA MEGIDO!

Z każdą komendą zmieniał się coraz bardziej. Jego ciało, jego zmysły i odczucia. Wszystko na potrzeby wspaniałego widowiska.
USŁYSZCIE MNIE DUCHY, WEDLE MYCH KOMEND!
W IMIENIU PODZIEMIA!

I wtedy na bańce pojawiły się pęknięcia.

Reheb teru, Tenki teo, hav hav neres, Tigres!

I zaklęcie pękło.

Na arenie pojawił się w postaci ogromnego tygrysa, jakby wykonanego z ametystu. Wściekły fiolet kontrastował z jasnym światłem które od niego biło.

Masywny, niebezpieczny, ale ponad to, szybki. O czym mógł się przekonać Zmara gdy zniknął mu z oczu.

Tylko na jedn oddech, lecz to wystarczyło by pojawić się za przeciwnikiem z tarczą wyrwaną z jego ramienia. Na zbroi Zmary jakby znikąd pojawiły sie ślady pazurów, głębokie na tyle by zniszczyć zbroję, lecz mimo to zbyt płytkie by sięgnąć ciała. Lecz i na reakcję Zegarmistrz nie planował czekać. Ledwo wylądował, zgniatając kłami resztki zbroi a już zamierzał się na wykonanie kolejnego skoku, tym razem celując w nogi oponenta.

Share this post


Link to post
Share on other sites

I znów stał na arenie. Była jednak inna. Czyżby Zegarmistrz zmienił tu coś podczas mojej nieobecności? Niee… Nie zdążyłby, chyba że też skoczył… Nie wydaje mi się jednak, to dlaczego tu teraz tak pięknie? Nie ja, prawdopodobnie nie on. Więc co? Czyżbym osiągnął TO? Jest tylko jeden sposób, by się przekonać. Patrzył przed siebie. Jego przeciwnik zaczął inkantację, lecz w obecnej sytuacji niewiele obchodziło to młodzieńca. Zamknął on oczy i wsłuchał się w otoczenie. Szybko pożałował swojej decyzji. To, co poczuł wstrząsnęło nim tak mocno, że ledwo utrzymał się na nogach. Dziękuję. Mam nadzieję, że nie pożałujesz swego wyboru. Otworzył oczy. Zobaczył, że Budzik zaczął czar zmieniający jego budowę. Przechodził metamorfozę. I to niebyle jaką. Wzywa wielkie siły. I ta nowa forma… Nie ma czasu. Potrzebuję szybkiego otrząśnięcia. Wiem… Chyba już starczy tego dotleniania. Metamorfoza kończyła się. Zmara szybko ściągnął z twarzy maskę i usunął z niej dwa niebieskie kryształy. Skupił się na nich i począł przelewać weń nowo otrzymaną energię. Nie zdążył. Poczuł ucisk na ramieniu. Nie musiał specjalnie się wysilać, by domyślić się, co się właśnie stało. Ogromny tygrys odgryzł mi zbroję niczym… nie zdążył, gdyż zwierzę znów zniknęło mu z oczu. Odruchowo zrobił wysoki wyskok w powietrze, nie przerywając przesyłu energii. Robiąc kolejny podskok, niczym w grze komputerowej, znacząco oddalił się od miejsca swojego uprzedniego pobytu.

 

-Podmiana: Serious Boots! – wykrzyknął, a na jego nogach pojawiły się czerwone trampki ze skrzydłami, które komicznie kontrastowały ze zbroją. Jednak spełniały swoje zadanie i znacząco zwiększyły prędkość Adriana. Ten zaś nie przestał się poruszać, starając się dokładnie obserwować poczynania Zegarmistrza i jego okrągłych przyjaciół. Przecież nie uświadomię go zbyt wcześnie. Nie mogę jednak cały czas się uodparniać.

 

-Podmiana: Hishou no Yoroi!  -  I tak uległa uszkodzeniu.

 

Zbroja Adriana zalśniła i zniknęła. Jej miejsce zajęła nowa. Napierśnik zastąpił bandaż o wzorze w panterkę, zasłaniający pierś chłopaka. Cały pancerz pokrywający nogi zastąpiły krótkie czarne spodnie. Pojawiły się też srebrne nagolenniki i nakolanniki, o wymienionym już wzorze. Ostatnią częścią pancerza były naramienniki. Wzór wszystkim znany. Wszystko pięknie dopełniały kocie uszy, które pojawiły się na głowie maga.

 

-Dużo lepiej wygląda kobieca wersja. Cóż ja jednak pocznę? – zapytał sam siebie. Jego prędkość znów znacząco wzrosła. Zmara był ledwo dostrzegalny. Zostawiał jednak za sobą ślad, niczym samolot mknący po niebiosach.

 

-Tessenka no Mai: Hana!

 

Adrian wyprostował prawe ramię, wokół którego zaczęło formować się wiertło, wykonane jakby z kości, lecz w jego wyglądzie było coś niepokojącego. Zapewne nie był to zwykły budulec. Wzmacniany był magią i wykonany z… E! E! E! Bo zepsujemy mu niespodziankę! Dowie się w następnym poście. Khem. Wiertło rozrosło się, zakrywając całe przedramię chłopaka i rozrastało się dalej, wychodząc poza ciało maga. W innych okolicznościach byłoby to a wykonalne. Dzięki Zmara. Dziękuję i Tobie.

 

Na oczach znów zalśniły jego wierne okulary, analizując okolicę. Jest gdzieś tutaj. Takiego cielska nie sposób łatwo ukryć. Wycelował w sylwetkę kota i ruszył w jego kierunku.

Edited by Zmara

Share this post


Link to post
Share on other sites

Jego przeciwnik się przyśpieszył. Nie trzeba było większego geniuszu żeby to zauważyć.

Tak jak i nie trzeba było geniuszu, żeby zauważyć jego błąd.

Czekał aż Zmara zrobi swoje. A potem Zegarmistrz zaczął robić swoje.

- Sferis Galeo - Zbroja sama w sobie była zaklęta. Teraz pusta, wszak umknął z niej by móc się swobodnie przemienić Sięgnęła do pasa i wyrzuciła w powietrze jeszcze dwie kule.

Jedną płynną, błękitną niczym otchłanie mórz.

Drugą  w kolorze ziemi, która ją zrodziła.

Jako że sfera Ognia była zajęta, trzeba będzie poświęcić to i owo.

- Essentia Nihilia - zbroja wyposażona była w kilka sztuczek. Takie jak ta.

Ziemna sfera stworzyła kulę. Lecz pustą w środku.

Pustkę ową wypełniła  sfera Wody.

Sfera Powietrza ścisnęła cały twór do granic niebezpiecznych.

A Sama zbroja podpaliła ową kulę Ogniem z którego była stworzona.

Cała zaś mieszanka wystrzeliła w Zegarmistrza.

Tyle tylko, że na tej drodze znajdował się Zmara.

W czasie kiedy zbroja zajmowała się swoją magią. Zegarmistrz postanowił pokazać swojemu przeciwnikowi jaka jest różnica między kimś Szybkim, a kimś Przyśpieszonym.

- Chwycić Ziemię to jak Chwycić Świat!

Zagłębił pazury w podłożu dosłownie chwytając je.

I czekał, co trwało dla niego cała wieczność.

Bowiem nie tylko jego ciało było szybsze. Przy przyśpieszeniu uległy także jego myśli, odczucia i zmysły.

Efektem czego nie tylko poruszał się szybko, ale też mógł szybko reagować, szybko przemyśleć sytuację i odpowiednio zadziałać.

Lecz jak to kiedyś ktoś ujął.

Nie można przeciwnika uświadamiać zbyt szybko.

Przeciwnik się zbliżał.

3 metry.

Sierść na jego grzbiecie jakby się rozrosła.

2 metry.

Mocniej zacisnął łapy.

1 metr.

Był gotowy, biorąc głęboki oddech.

Czekał do ostatniej chwili, do momentu aż ostry szubek kości nie znalazł się milimetry od jego oka.

I wtedy skoczył. Twór Zmary zagłębił się w jego twarzy. A przynajmniej Zmarze zajmie co najmniej sekundę zanim zauważy, żę to co trafił to tylko obraz pozostawiony na jego własnej siatkówce. TO była różnica w ich prędkości.

- Shōton, Tensōga!

Kryształowe tornado prześlizgnęło się pod bronią Zmary, obijając i krojąc ją kryształowymi ostrzami. Dla niego twardość broni nie stanowiła problemu, bowiem antymagiczne części kryształów skutecznie niszczyły wzmocniony magią oręż. Lecz atakowanie nie było jego priorytetem.

Za to zajęcie przeciwnika już tak. Tornado dostało się pod jego ramię, a kiedy już tam się znalazł, znowu chwycił ziemię i wyskoczył niczym pocisk.

Oddalając się od Zmary.

I od pocisku który właśnie doleciał, uderzając w miejsce gdzie chwilę temu był Zegarmistrz, a teraz był Zmara.

A było co wybuchać.

Wrząca woda lecąca na wszystkie strony.

Ostre kawałki skały niczym zęby rekina.

A całość zamknięte w płomiennym inferno.

Lecz nawet to nie było na tyle niebezpieczne co fakt, że za pierwszym pociskiem leciały następne.

Zbroja bowiem nie obijała się.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Mam Cię! Uszczęśliwił się Zmara, gdy trafił wprost w głowę swojego przeciwnika, a jego broń zagłębiła się w… Co się dzieje?! Dopiero tu był! Dalsze zastanawianie się nad  tą kwestią nie miało sensu. Zostało przerwane przez mocny cios, zadany wprost pod ramię. Uderzenie wykręciło chłopaka i było na tyle silne i szybkie, że delikatnie uniosło go ku górze. Jest szybszy, niż my… Kolejny cios, tym razem w plecy, nie był zbyt przyjemny. Wybuch też był niemały. Zmara upadł na twarz. Skóra na jego plecach uległa poważnym obrażeniom, miejscami zaczęła odpadać, ukazując niecodzienny widok.

 

Pod warstwą skóry chłopaka było coś… No właśnie coś dziwnego. Jakby kolejna warstwa skóry, tyle że stworzona z… kryształu? Chyba tylko tak można było nazwać owy minerał. Mienił się niczym diament, lecz wydawał się od niego różnić. Czyli tak wygląda proces pełnej adaptacji. Będę musiał nad tym popracować, jednak teraz prawdopodobnie tylko dzięki temu jeszcze żyję. Dziękuję, Gajo. Pomyślał, zapadając się w ziemię kolejny już raz.

 

Muszę się pospieszyć, bo jeszcze mnie zdyskwalifikują za opuszczanie areny… Szybko wynurzył się w miejscu odległym o kilka metrów od miejsca swego upadku.

 

-To bolało! – wykrzyknął z urazem do swego przeciwnika, jednak szybko spostrzegł, że pędzą ku niemu kolejne pociski. Dlaczego ja zawsze pojawiam się w nieodpowiednim miejscu? Uderzył otwartymi dłońmi w podłoże:

 

-Rock Wall!

 

Spod podłoża wysunął się pokaźnych rozmiarów mur, stworzony z surowca, tworzącego podłoże areny. To jednak by nie wystarczyło.

 

-Przekaz: Ixeral!

 

Ściana w mgnieniu oka zmieniła się w tworzywo, które można było ujrzeć na poranionych plecach młodzieńca. Kolejne kule, które wycelowane były w tę stronę, uderzały w ścianę i rozpadały się, uwalniając swoją siłę.

 

W momencie ukazania się ściany, zbroja Zegarmistrza wpadła w sporych rozmiarów dół. Skądś musiała się wziąć ta skalna masa, a po co się męczyć z tworzeniem nowej?

 

Zaraz się pozbiera, atak pewnie znów nadejdzie. Może by przestać się bronić? Jak ostatnio próbowałem, prawie zginąłem… No nic.

Zmarę zaczął porastać kokon, wyglądający na ulepiony z ziemi. Obejmował kolejne części ciała, kończąc na czubku głowy. Pochłaniając go całego, począł twardnieć, zmieniając wygląd na coraz to inne minerały. Kwarc, topaz, korund, diament i to dziwne coś, określone przez Adriana jako Ixeral. Kopuła zalśniła blaskiem, na którym pojawiły się słowa, zdatne do przeczytania jedynie błogosławionym przez Najwyższą. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Kryształy, kwintesencja istnienia. I najpotężniejsza broń w obecnej postaci.

Widząc jak kopuła się pojawia spokojnie czekał. Nie ruszał się nawet kiedy kiedy jego zbroja wpadła do dołu. Ani kiedy z niego wyszła, utwardzając powietrze wokół siebie do takiego stopnia, że dało się po nim wspinać.

Jego przeciwnik był co najmniej sprytny. Zamknięty w kryształowej trumnie stawał się odporny na szybkość Zegarmistrza.

Ale to nie uodporniało go na wady kryształów.

Zegarmistrz oparł dwie łapy, przednie, na tworze Zmary. Dwie tylne zaś zagłębił w gruncie areny. Tak przygotowany zaczął inkantacje.

4 ptaki na 3 krańcach.

Istnienie zagłębione w nicości.

Ty który widzisz

I ty który kłamiesz.

Ty która kusisz

I ty który pożądasz.

Rozerwij ale nie skłam.

Podpal ale nie stchórz.

Rahem Regul Letari!

Najpierw rozbłysnął Zegarmistrz, potem zaś schron Zmary.

- Nasycenie udane.

Odskoczył od tworu tak szybko jak tylko0 pozwalała mu jego niezwykła prędkość.

I zaczął biegać wokół, najpierw powoli, potem coraz szybciej.

Im szybciej biegł tym bardziej zamieniał się w świetlistą smugę.

Coraz szybciej i szybciej, aż na arenie pojawiło się kryształowe tornado, sięgające aż po sklepienie.

Tak potężne i szybkie, żę nawet bez jego pomocy mogło samo się utrzymać.

Wybiegł z tornada i skoczył wprost w zbroje, scalając się z nią, pozwalając by pokryła i wzmocniła jego kryształowe ciało. Tak przygotowany zakorzenił się w ziemi kryształowymi pazurami.

- Zapłon!

Zmienił molekuły kryształów w tym, co chroniło Zmarę. To co teraz było wokół maga to tykająca bomba która właśnie została odpalona.

Na początku dał się słyszeć trzask, potem dźwięk przypominający pękający lód na jeziorze.

Następnie zaś świetliste tornado zostało rozerwane wybuchem który zdetonował twór Zmary.

Magia molekularna miała swoje zalety, można było zwykłymi składnikami osiągnąć coś "widowiskowego". Co ciekawsze, kilka dodatkowych zaklęć i całość nie tylko wyglądała ale też miała odpowiednio wielką moc.

Czuł jak fala uderzeniowa z wybuchu próbuje wyrwać go z ziemi i rzucić o ścianę. Na szczęście zaczepił się solidnie i głęboko.

Wolał nie wiedzieć co działo się wewnątrz tego płonącego filaru który powstał w miejsce tornada.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Dzieje się coś niepokojącego, mam jakieś złe przeczucie… Może to tylko te tosty z rana? Zmienił jednak zdanie, gdy zrobiło mu się troszkę jaśniej w środku. Szkoda, że nie mam książki. I szkoda, że Zegarek nie czyta run. Minęła jeszcze chwila bądź dwie. No dalej, pięć, cztery, trzy, dwa… Wybuch przerwał odliczanie, aczkolwiek efekt był szybszy od myśli.

 

Skorupa roztrzaskała się w drobny mak. Powstało sporo zamieszania, kurzu i latających wokół kryształów. A Zmara stał w samym środku z uniesioną do góry głową i otwartymi ustami, zasysając to wszytko. Na dodatek całe jego ciało stało się lśniące i w pełni pokryte ixeralem, na którego powierzchni znalazły się runy wcześniej oblegające skorupę. Wyglądał niczym Silver Surfer, tyle że miał fajne włosy z jakieś ciemnej odmiany owego surowca.  Jedyne nakrycie dla ciała stanowiła szata zrobiona z jakiegoś delikatnego, zwiewnego materiału. W dłoni dzierżył pastorał.

 

Ciekawa umiejętność. Dzięki Ci Gajo za dopełnienie błogosławieństwa, postaram nie przynieść Ci hańby. Dziękuję również za runy, o cudowna, niestety szybko musiały zostać zużyte. A teraz… Korzystając z tych kilku sekund, w których podmuch jeszcze przez chwilę robił swoje, zlokalizował Zegarmistrza. Teraz odczuwał każdy nacisk na podłoże, co w znacznej mierze mu to ułatwiło. Niestety, wzrok jeszcze nie przywykł po wybuchu, o naświetleniu wewnątrz kokonu nie wspominając. Zaryzykował:

 

-Podmuch – Kapłana - Ziemi! – zagrzmiało w powietrzu, a w stronę oponenta mknęła siła zsumowanego podmuchu po wybuchu i wydobywającego się z ust Zmary.

Traf.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Trafiło.

I to przesądziło o losie Zmary.

Zegarmistrz z uśmiechem stanął w podmuchu. A raczej grymasem który powinien imitować uśmiech na jego tygrysim pysku.

- Halok tanam, nasycenie.

Od początku pojedynku dążył do tego, żeby choć kropla jego magii znalazła się w celu.

A Zmara, niczym potulne dziecko, wykonał to zadanie za niego. Czego chcieć więcej?

Jego magia była jak rak, rozprzestrzeniała się szybko i boleśnie. Wolał nie wiedzieć co działo się w Zmarze, ale spodziewał się tego, co uczynił w podmuchu.

Kiedy tylko pierwsze drobinki magii dotknęły Zegarmistrza, zaczęły się zmieniać.

Każda drobina zamieniała się, płonęła i oczyszczała, a potem atakowała te obok, spalając je i oczyszczając.

Pełna asymilacja magiczna.

Nanity potrafią dowolny materiał rozbić, przebudować i w ten sposób produkować kolejne nanity.

Zegarmistrz zrobił to samo, tylko że z magią.

Już w momencie jak Zmara pochłonął odrobinkę jego tornada, to zaklęcie zaczęło korumpować jego własną magię, zamieniając ją w magię Zegarmistrza. A im więcej energii poświęci na zatrzymanie tego procesu, tym więcej energii dostanie się pod wpływ tej czarnej jak noc magii.

Ale to był tylko fragment pułapki.

Bowiem największy problem zaczynał się w chwili, kiedy tygrys rozpoczął pochłanianie całej tej energii.

Coraz więcej i coraz szybciej. Jedna cząsteczka zaatakuje jedną cząsteczkę. Potem te dwie zaatakują kolejne dwie. Potem cztery, osiem i tak w nieskończoność, a przynajmniej tak długo jak starczy energii. A tej było pod dostatkiem.

Zmara wykopał sobie piękny grób.

Tym bardziej że zaklęcie zaczynało krążyć nie tylko na linii Zegarmistrz - Zmara, ale też po całej arenie, przez co każda obrona przez Zegarmistrzem, każde pole siłowe, nasycenie magią czegokolwiek, spowoduje że kolejne cząsteczki będą korumpowane. Plan idealny.

Pozostało tylko obserwować jak przeciwnik będzie tracił energię.Liczył też że spróbuje uciec, co jeszcze bardziej zwiększy możliwości Zegarmistrza.

- Naznaczony a nienazwany. W imieniu Cirio, spłoń!

Energii było naprawdę wiele. Wewnątrz Zmary.

I właśnie drobny kawałek owej energii wybuchł.

Z siłą skrzynki C4.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Czyżby oberwał? Nie sądziłem, że tak prosty atak mógłby… I właśnie wtedy to poczuł. Ból, który nieporównywalny był do żadnego znanego mu bólu w przeszłości. Adrian czuł wręcz, jak pali go od środka, atakując każdy kawałek jego ciała. Co więcej, tracił duże pokłady energii magicznej w zastraszającym tempie. Myśli błądziły, nie mogąc się skupić na żadnej konkretnej.

 

Lux.

 

I w tym momencie zrozumiał. Wysilając się, przyłożył dłoń do swojego brzucha i przekręcił ją. Ukazała się na nim pieczęć, w kształcie kłódki. No i cóż mogę rzec? Chyba udało mi się w ostatnim momencie. System odpornościowy zwariował, dlatego tak bardzo bolało. Na to mnie nie przygotowałeś. Anyway, jestem w kaplicy. Zbytnio sobie teraz nie poczaruję, ale przecież się nie poddam. Kilka sztuczek jeszcze mi pozostało.

 

-Dziękuję za lekcję. Zapamiętam do końca życia. – odezwał się w stronę oponenta.

 

Zaciągnął kaptur płaszcza na głowę, zacisnął mocniej dłonie na pastorale i przyjął pozycję bojową.

 

-Niestety, honor nie pozwoli mi się tak Szybko[…] wycofać. – dokończył.

 

-Niechaj zstąpi duch Twój i odnowi Ziemię. Życiodajny spłynie deszcz, na spragnione serce. Obmyj mnie i uświęć mnie…

 

Niech się dzieje co chce.

Edited by L.ADW

Share this post


Link to post
Share on other sites

Nienawidził pasywnych pieczęci.

Otwieranie ich nie wymagało energii, zatem Zmara był dla nie go teraz tykającą bombą, zdolną wyskoczyć niczym pajac z pudełka w najmniej odpowiednim momencie.

Ale co poradzić, nie zamierzał stać i patrzeć jak przeciwnik robi swoje gusła.

Sam miał własne i planował je wykorzystać.

W końcu udało mu się wciągnąć sporo magii.

Co prawda większość z niej już wykorzystał, ale te resztki które zostały mogły się jeszcze na coś przydać.

- Figlarz, Łajdak, Wiercipięta.

Kowal, Zdrajca i Włóczykij.

Nienazwany a pamiętny.

Nie martwy a zapomniany.

Zapłoń, rozświetl lecz nie śnij.

Chroń!

Błękitna wiązka magii uderzyła w Zmarę.

Zaklęcie ochronne zadziałało natychmiastowo, otaczając go barierą w postaci kamiennych, połyskujących ścian. Niezbyt grube, lecz szczelnie oddzielające go od oponenta.

Zaklęcie było proste, zamykało wyznaczony cel w 4 ścianach o średnicy 3 metrów. Wysokie na kolejne 3, lecz bez sufitu. Ściany natomiast odbijały magię.

Bariera ta miała dwa zadania. Chronić tego, który jest wewnątrz przed atakami z zewnątrz. Oraz zatrzymać go wewnątrz, bowiem ściana nie tylko była magiczna i magię odbijała, lecz też zwyczajnie twarda była. Byle młotem się jej nie rozbije, a magiczny może się odbić.

Dla widowni mogło być to dziwne, wszak Zegarmistrz właśnie opancerzył swojego przeciwnika.

I tak być mogło.

Lecz widownia nie mogła rozumować jak Zegarmistrz.

Bowiem od początku jak tylko zobaczył arenę, postanowił ją wykorzystać.

Ściany chroniły Zmarę skutecznie, a nawet skuteczniej, bowiem choć pomieszczenie nie miało sufitu, to miało równie magiczną podłogę.

Podłogę, która odcinała Zmarę od ziemi, którą zdawał się idealnie wręcz władać.

Można było tego dotykać bez obaw, lecz użycie magii skończyło by się dość mocnym odbiciem tejże.

I to zamierzał wykorzystać Zegarmistrz.

Nad areną bowiem organizatorzy zamieścili idealne dla jego potrzeb, działo.

Kula Ognia, dotychczas gromadząca cała tą energię którą udało mu się ukraść Zmarze ukryta była ciągle w tamtym miejscu. Wysoko ponad pryzmatem rozświetlającym arenę.

I ten pryzmat powoli wypalała w soczewkę, teraz celującą w sam środek pomieszczenia, w którym przebywał Zmara.

-Purgatory!

Czyściec to odpowiednie słowo na to, co stało się chwilę później. Płomień który uderzył z soczewki był tworem magicznym, bez wątpienia. I sam ten twór nie byłby aż tak niebezpieczni gdyby nie dwa czynniki.

Gigantyczne ilości energii dostarczone dzięki Zmarze.

I pomieszczenie które zaczęło odbijać tą energię od swoich ścian.

Zmara został dosłownie zbombardowany gigantycznym "firebalem", który odbijając się od ścian nie tylko nabierał na sile, ale też prędkości, tworząc w środku supernovą...

W efekcie samo pomieszczenie wybuchło, posyłając odłamki na wszystkie strony.

Zegarmistrz miał nadzieję że tym razem zrobi na przeciwniku większe wrażenie niż ostatnio.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Nadszedł czas na wyłonienie zwycięzcy pojedynku. Po raz kolejny walczące strony uraczyły nas niebanalnym widowiskiem, jednakże zwycięzca może być tylko jeden. I tu wkraczacie Wy!

 

Kto Waszym zdaniem wykazał się większa potęgą? Kto jest Waszym faworytem? Kogo uhonorowalibyście tytułem zwycięzcy pojedynku? Wznoście kciuki w górę i wskazujcie swego zwycięzcę!

 

Głosowanie rozpoczyna się... Teraz.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Czas najwyższy poznać zwycięzcę tego starcia! Zobaczmy jak rozłożyły się głosy publiczności...

 

Zegarmistrz - 6

Zmara - 3

 

Przewagą trzech głosów, starcie wygrywa Zegarmistrz! Za kolejny sukces należą się szczere gratulacje! Z całą pewnością nie jest to ostatni raz, gdy widzimy jego i Zmarę pośród sal magicznych zmagań. Pytanie tylko, kiedy ponownie zaszczycą nas swą osobą? Jak im pójdzie?

 

Jedynie czas to wie.

Share this post


Link to post
Share on other sites
Guest
This topic is now closed to further replies.

×
×
  • Create New...