Jump to content

Strona Główna  |  Ogłoszenia  |  Lista Fanfików  |  Fanpage  |  Feedback

Arena XXIX - Matalos vs Zegarmistrz  

4 members have voted

  1. 1. Czyja potęga przeważyła w tym pojedynku?

    • Matalosa!
      0
    • Zegarmistrza!
      4


Recommended Posts

Witam wszystkich i zapraszam na półfinałowy pojedynek Matalosa i Zegarmistrza! Jak do tej pory ci niezłomni i potężni zawodnicy z łatwością lub bez, pokonywali swoich przeciwników, co pozwoliło im dotrzeć aż tutaj. Który z nich wywalczy sobie drogę do wielkiego finału? Przekonamy się już za chwilę!

 

 

once_upon_a_time____by_crappyunicorn-d4u

 

 

Arena na której zaraz rozpoczną się zmagania Matalosa i Zegarmistrza jest prawie trzy razy większa niż regularna arena. Jej powierzchnia jest niemalże idealnie równa, zaś ściany bogato zdobione przez posągi tytanów. Każdy z nich trzyma w jednej ręce inne insygnium, zaś drugą unosi ku sklepieniu, podtrzymując je, jednocześnie, wskazując wzrokiem na centrum areny. Monumentalnością i klimatem arena ta ustępuje jedynie miejscu, w którym odbędzie się finałowe starcie.

 

Kto zwycięży w tej walce? Kogo zobaczymy w finale? Niech rozpocznie się pojedynek!

Edited by Hoffman

Share this post


Link to post
Share on other sites

Tym razem Edwin wszedł na arenę krokiem pewnym a mimo to ostrożnym. Słyszał co mówią w szatni o jego przeciwniku. Utalentowany, nieprzewidywalny, słowem, ktoś, kogo trzeba będzie rozgryźć. Jak uprzednio ubrany był w strój prosty, ciemno zielone spodnie i równie zielona koszula z kamizelką. Na to ciemna narzuta, z wyszytym czarnym cierniem, znakiem żałobnym Śniących.

Czuł niedosyt po ostatniej walce, teraz planował dorównać swojemu przeciwnikowi.

Jak poprzednio i tym razem skłonił się publiczności.

- Witam w moim Opuszczonym Domostwie.

Ta sama inkantacja co zwykle, rozpoczynająca jego możliwości.

Rozejrzał się uważnie na arenie korzystając z faktu że jego przeciwnika jeszcze tu nie było. Dość pokaźna w rozmiarach, choć z zamkniętym sufitem. Edwin podszedł do jednego z posągów i przyjrzał mu się. Zdecydowanie, musiał uważać teraz na swoje techniki, nie było tutaj miejsca na obijanie się o ściany. Wspominał walkę z Hrabią Dolarem, co jak co ale ten potrafił zaserwować solidne uderzenie.

- Wyzywam na pojedynek prawa wiary i rozsądku. Ha Neh Kao Beru.

Kiedy wypowiedział te słowa, ziemia pod jego stopami zalśniła lekko. Lśnienie zaś przerodziło się w mały okrąg, średnicy jednego metra.

Zostawił go i udał się ku środkowi areny. Planował w tym pojedynku więcej widowiskowych zagrywek aniżeli tych czystko atakujących. To przede wszystkim miała być możliwość nauki, pokaz dla widowni. Próba zabicia przeciwnika jednym uderzeniem mijała się w takim przypadku z celem.

Rozejrzał się raz jeszcze za swoim przeciwnikiem i zwrócił się do widowni, wzmacniając swój głos magicznym zaklęciem.

- PANIE I PANOWIE! CHŁOPCY I DZIEWCZĘTA! OTO DLA WAS POSTARAM SIĘ ZADEMONSTROWAĆ WSPANIAŁE WIDOWISKO. MAM NADZIEJĘ IŻ RAZEM ZE MNĄ, BĘDZIECIE SIĘ BAWIĆ WYŚMIENICIE!

Tak przygotowany czekał na swojego oponenta.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Ambrożemu ostatnio nic się nie układało. Przechodził jakieś załamanie nerwowe. Był smutny i zasępiały.

Ale jednocześnie wiedział, że nie może stanąć smutny na arenie. Jednak środek jakiego zamierzał użyć był zakazany w szeregach czarodziej kawy. Tylko nieliczni opierali się jego uzależniającej sile. Jednak De Couffe nie miał wyboru.

***

Na arenę wkroczył czarodziej. Odziany był w wypracowane, nowe, pachnące prażoną kawą ubrania, a jego szata powiewała za nim. Przeszedł przez bramę, chwilę po przemowie jego opoenenta.

Nie spotkał się z nim jeszcze... Ale prawdopodobnie poprosił go kiedyś o cukier. Z drugiej strony mógł to być ktoś podobnie wyglądający, więc de Couffe nie zastanawiał się nad tym długo.

Wkroczył na arenę i przez chwilę stał zadumiony, widząc wielkość i epickość areny. Jeśli to miał być jego ostatni pojedynek, to z dumą stoczyłby go na tej arenie.

Ukłonił się oponentów a następnie publiczności. Następnie pstryknął palcami.

W centrum areny pojawił się srebrny imbryk, z którego unosił się przyjemny zapach kawy. Obok, na srebrnej zastawie znajdował się cukier, mleczko, a nawet mała maszynka do spieniania.

- NIECHAJ NASZ POJEDYNEK BĘDZIE WSPANIAŁY, TAK JAK KAWA KTÓRĄ ZROBIŁEM! - krzyknął. - ZWYCIĘZCA ZATRZYMUJE IMBRYK I JEGO ZAWARTOŚĆ - dodał.

Ustawił się w pozycji i czekał na ruch jego oponenta. Palce drżały mu z ekscytacji.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Edwin podszedł do imbryka i powąchał jego zawartość.

- No panie De Couffe, słyszałem wiele o pańskich napitkach, ale muszę przyznać, że jeśli to smakuje choć trochę tak, jak pachnie, to chylę kapelusza, którego aktualnie nie mam, ale mimo to chylę.

Odsunął się od wspaniałego zapachu i przygotował się do walki.

- Na początek, zaczniemy spokojnie.

W jego dłoni, znikąd, pojawiła się batuta.

Deloria mart kaftaranis delo legha farra.

Matko Ziemio, Ojcze Wietrze, wysłuchajcie i przemówcie.

Ja Edwin proszę o waszą potęgę, błagam o wasze dzieci.

Taar-łajh!

Za plecami Edwina pojawił się wielki portal, ten sam, który towarzyszył mu w walce z Chemikiem.

 

Edwin szybko poruszał dłonią, jakby wprawiał w ruch wielką orkiestrę. Zaś im dłużej to robił, portal stawał się większy. W końcu osiągnął stosowne wymiary.

- Con Passione!

Z portalu, z dużą prędkością, wyleciały dwie kule. Jedna, rubinowo czerwona, druga zaś, szafirowo niebieska. Obie zaczęły latać wokół Ambrożego.

- Zasady są proste. Jedna z nich ma ładunek dodatki, druga ujemny. Swoim ładunkiem mogą podzielić się z kimś.

Edwin pstryknął palcami u wolnej dłoni i Czerwona kula rozświetliła się. Po chwili Niebieska podleciała do jednej ze ścian i rozświetliła ją na błękitno. W tym momencie Ambroży poczuł jak niewidzialna ręka, zwana magnetyzmem, szarpie go bezlitośnie w kierunku twardego materiału budulcowego, zwanego potocznie powierzchnią płaską, albo ścianą, jak kto woli.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Ambroży zarumienił się lekko, słysząc komplement. Rzadko je słyszał i jeszcze rzadziej je wypowiadał, więc nie przychodził mu do głowy żaden konkretny komplement. Kiwnął głową i uśmiechając się zamruczał w zakłopotaniu.

Na szczęście ta niepewność szybko minęła, kiedy to jego przeciwnik rozpoczął inkantację. Ambroży wsłuchał jej uprzejmie, w końcu pojedynkowali się niczym ludzie honorowi. Nie przystoi nikomu przerywać zaklęcia podczas pojedynku.

Mag kawy stał jak zauroczony, kiedy kolorowe kule zaczęły krążyć dookoła niego. Przyglądał się każdej z nich, praktycznie nie słuchając słów oponenta. Co mógł poradzić, że te kolory działały na niego tak...

Wtem poczuł mocne szarpnięcie, gdyby ktoś przytwierdził go do rozpędzonego pociągu. Jakaś tajemnicza siła, zwana "magnetyzmem" zaczęła ciągnąć go prosto na ścianę.

"Przypomnij sobie szkolenie" pomyślał. Ładunki o przeciwnych biegunach przyciągają się do siebie... natomiast ładunki te same odpychają się... Tylko tyle uczyli ich na pierwszym roku, poza zbieraniem najlepszych ziaren kawy. Wtedy nie wierzył że mu się to kiedykolwiek przyda. A tu taka niespodzianka.

Czyli musi teraz zamienić jakiś ładunek. Najlepiej by było to zrobić poprzez...

Rozmagnetyzowanie ściany! Czy raczej rozmagicznienie.

Wyszarpnął z torby szare ziarenko i rzucił je w ścianę. Miał nadzieję, że zdążył.

Po ścianie, wysuwając się z ziarenka, zaczęły snuć się szare pnącza oplatając kamienne bloki  i wysysając z nich magiczną energię jaka przelała do nich kula. Powoli siła przyciągania zaczęła słabnąć, aż w końcu zniknęła. Niestety de Couffe nie znał się na prawach dynamiki, co brutalnie odbiło się na nim. Rozpędzony uderzył w ścianę, może nie aż tak mocno jak wcześniej, ale i tak zabolało.

Przyszedł czas na kontrę. Czarodziej kawowy wyciągnął z torby białe ziarenko. Rzucił je wysoko w górę i zakrzyknął:

- Oto i zaklęcie... "TRAPPUCINO!"

Na jego oponenta zaczęła spadać z wysoka olbrzymia, półkolista, plastikowa pokrywka. Zbliżała się nieubłaganie do ziemi, gotowa uwięzić w swoim przeźroczystym więzieniu zarówno Edwina jak i jego portal.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Spodziewał się wybuchów. Ognistych kul, ba, nawet wrzątku. Ale to go zaskoczyło.

pokrywka z tępym łup walnęła o arenę zanim Edwin zdążył dobrze jej się przyjrzeć. Jedyną jej zaletą był fakt że była pół okrągła. I że spadła tą stroną, która zrobiła nad nim kopułę, a nie z niego. Edwin zniknął z oczy wszystkim zebranym.

To czego nie widzieli zebrani, to to, że Edwin leżał teraz płasko na ziemi(wbrew pozorom pod pokrywką było ciasno) i obmyślał co by tu zrobić. Chwilkę to zajęło, lecz pomysł był prosty. Wykonał kilka gestów dłonią a czerwona kulka podleciała i chwilkę poskakała po pokrywce. W tym czasie druga kulka zrobiła to samo z jednym z odległych końców areny i to właśnie tam nagle została przyciągnięta owa pokrywka.

Edwin wstał i otrzepał swoje ubranie. Musiał przyznać, jego przeciwnik miał to samo poczucie humoru co Hrabia.

Poprawił chwyt na batucie.

- Hex ignis!

Szybko ruch dłonią i przez Edwinem pojawił się jeszcze jeden, tym razem o wiele mniejszy, portal. Wypluł on kilka prętów które zaczęły wbijać się w arenę. Najpierw tworząc okrąg średnicy 3 metrów. Potem zaś, w tym okręgu, stworzyły literę V zwężającą się ku Edwinowi. No może prawie V, bo końcówka była jakby urwana. Jedna z kulek wylądowała płasko pomiędzy obiema liniami tego niedokończonego V, druga zaś osiadła Edwinowi na ramieniu.

- Accello!

Czerwona kulka zalśniła, a razem z nią wszystkie pręty wbite z podłoże. Odrobinka telekinezy i okrąg przesunął się tak, że Pan Ambroży znalazł się w prostej linii - Ambroży, czerwona kulka, Edwin.

Edwin sięgnął w pustkę. Jak w poprzednich pojedynkach, powietrze zafalowało w miejscu gdzie jego dłoń znikła do mniej więcej nadgarstka. Szybko cofnął dłoń i zamachnął się.

W tym momencie Niebieska kuleczka zalśniła i podobnie też rozświetliła się dłoń Edwina.

W Stronę De Couffe poleciała dosłownie chmara metalowych pocisków wystrzelona z niezwykła siła. Nie były one celne ale było ich dość sporo. Śrubki, nakrętki, gwoździe, szpilki i pinezki. Wszystkie naładowane ujemnie, kiedy trafiły w bardzo silne pole dodatnie, odepchnęły się od niego. A że pole pozwalało tylko na jeden kierunek odpychu, całość poleciała tam, gdzie wycelował nimi Edwin. W Ambrożego.

Lecz Edwin nie czekał aż te dolecą. Szybko odskoczył od metalowych prętów i zaczął wykonywać kolejne znaki dłonią.

- Aegis rectus. Wzywam Cię byś Strzegł Mnie! Taar- łajh!

 

Przed nim rozbłysł oślepiająco żółty blask. A po chwili, tak jak się pojawił, znikł.

Share this post


Link to post
Share on other sites
Ambroży masował rozbolałe żebra i uważnie obserwował ruchy przeciwnika. Wyczarował sobie małą, porcelanową filiżankę i szybko opróżnił zawartość, wypijając wszystko do dna. Pomacał resztki kawy jakie znajdowały się na dnie palcem i odłożył filiżankę na ziemię. Gdy Edwin przyszykował pręty, Ambroży sięgnął do torby i zaczął w niej grzebać.
Z racji tego, że cały czas obserwował przeciwnika, zajęło mu to sporo czasu i gdy jego oponent szykował się do wykonania ataku, mag kawy szczęśliwie znalazł to czego szukał.
Wyciągnął całą garść brązowych kulek, mniej więcej wielkości orzecha włoskiego.
Wtedy właśnie Edwin wystrzelił w jego stronę chmarę metalu.
Ściana wypełniona drobnicą żelazną wyglądała iście przerażająco i Ambroży nie chciał za żadne kawy świata stanąć na jej drodze. Musiał zmienić swój plan.
Miał kilka sekund do namysłu. Chwycił mocno leżącą filiżankę, wrzucił do niej wszystkie kulki i wbił porcelanę w ziemię denkiem do góry. Nie miał czasu na inkantacje, więc zakrzyknął szybko:
- Rakietowe Expresso!!
I wzbił się w powietrze  na strudze gorącej pary i kawy, która wyniosła go poza zasięg metalowej fali. Widział jak tuż pod nim fala nakrętek, śrubek i gwoździ, szpilek... Cała drobnica metalowa, która mogła zmienić czarodzieja w pociętego trupa. Miał szczęście, że zdążył wyciągnąć te kulki na czas.
Wylądował na ziemi, fala przeszła za nim i uderzyła o ścianę, rozsypując się.
Ambroży martwił się pojedynkiem. Dopiero drugi czar a on już prawie pozbył się swoich najlepszych zaklęć. Jak tak dalej pójdzie zostanie mu robienie kawy z żołędzi...
Tymczasem magowi kawy przybyło zmartwień. Oto jego oponent... zniknął. Teraz De Couffe był w kropce. Edwin nie mógł uciec z areny, bo by sędzia coś ogłosił.
Spodziewał się jakiejś sztuczki. Postanowił jednak działać.
Pierwsze co zrobił to rzucił w ziemię kilka drobnych ziarenek. Następnie wyciągnął czarną kulę wielkości guzika i położył ją na ziemi. Wzniósł ręce do góry i mocno nadepnął na nią. W ciągu kilku sekund arena wypełniła się kawą. Nawet jeśli Edwin był niewidoczny to każdy jego ruch spowoduje zaburzenia na powierzchni. De Couffe rozejrzał się uważnie w poszukiwaniu przeciwnika.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Nie spodziewał się że jego plan zostanie rozpracowany tak szybko. I w taki sposób.

Owszem De Couffe zobaczył naruszenie powierzchni.

A mianowicie 4 naruszenia.

- Teraz!

Okrzyk Edwina dał się słyszeć z najdalszego punktu, z kiedy krzyknął, opadło zaklęcie pomniejszej niewidzialności.

Na Arenie prócz zawodników było też 3 obitych zbroją wojowników.

Dagoth, Iria i Roc pojawili się na arenie jak uprzednio w walce z Chemikiem - pod osłoną prostego zaklęcia wychodzili po kolei z portalu.

Iria bez słowa uniosła swój łuk i wycelowała w Ambrożego. W międzyczasie zarówno Roc jak i Dagoth rozpoczęli szarżę z 2 stron, redukując możliwości ucieczki. Nie mieli co prawda czasu na zapoznanie się z wzorcem magicznym, przez co magia pana de Couffe była w pełni skuteczna, ale i na to przyjdzie czas.

Nie czekając dłużej, Roc uderzył obojgiem mieczy w podłoże, co spowodowało że podłoga zamarzła na sporym obszarze.

- Droga Wody - Lodowy Oddech!

Miało to utrudnić uniki jego przeciwnikowi. W czasie kiedy Roc zajmował się podłożem, Dagoth zakręcił halabardą i uderzył nią w podłogę.

- Droga Światła - Pryzmat!

Oślepiające światło przez chwilę zniwelowało zdolność widzenia Ambrożemu do minimum. Minimum, które wykorzystała Iria.

- Droga Metalu - Nawałnica!

Pojedyncza strzała wystrzelona w sufit. W chwili kiedy zaczęła spadać rozbłysła i zamieniła się w iście stalowy deszcz. Strzały powieliły się, tworząc dość ciekawą kombinację. Wprawne oko mogło zauważyć, że na końcu, zamiast ostrego grota, każda strzała miała mała kulkę.

W czasie zaś kiedy ta trójka zajmowała oponenta, Edwin szykował kolejną niespodziankę, tym razem, jak w walce z Hrabią, zwyczajnie złośliwą ale za to widowiskową.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Ambroży uśmiechnął się, widząc że jego plan na wykrycie Edwina działa.

Jednak mina mu zrzedła, kiedy zobaczył, że przeciw niemu staje nie jeden, ale aż czterech oponentów.

Trzy zakute w zbroję postaci. Jedna z łukiem, druga z dwoma mieczami i trzecia z halabardą. I każdy z nich wyglądał bardziej przerażająco od pozostałych.

Postać z łukiem wymierzyła w maga kawy, ten instynktownie cofnął się i sięgnął do torby bo ziarna. Jednak w jego kierunku nie poleciała ani jedna strzała, ani jeden pocisk.

Tymczasem pozostałe dwie postaci, te z bronią białą, zaszarżowały z dwóch stron, odcinając biednemu De Couffe drogę ucieczki.

Pierwszy z nich, ten z dwoma mieczami, zamachnął się trzymaną bronią i kawa między nim a kawowym magiem zaczęła zamarzać. De Couffe już miał w ręku odpowiednią broń, gdy nagle przed jego oczami błysnęło niesamowicie jasne światło, które sprawiło, że Ambroży dalej chlapał kawą niż widział.

Pozbawiony wzroku De Couffe musiał zdać się na inne zmysły. Słuch. I zapach. Nie przydały mu się za bardzo, gdyż magowie kawy nie są szkoleni w polepszaniu swoich zmysłów w sytuacjach kryzysowych.

Więc przypartemu do muru magowi kawy pozostało tylko jedno...

Sięgnął do torby i wyciągnął z niej kolejne ziarenko. Ci którzy byli na widowni wyraźnie widzieli jadowito-zielony kolor tej kulki. Ambroży postanowił zdać się na ślepy traf i liczyć że dostanie coś porządnego.

Zgniótł ziarenko w palcach. Natychmiast poczuł jaki typ ziarenka zgniótł i wiedział, co nadchodzi.

Kawa jaka była rozlana na całej powierzchni areny zaczęła obniżyła swój poziom znacząco. Magia zaklęta w ziarenku była tak silna, że przekroczyła bariery rozpięte nad areną i ci co posiadali jakąkolwiek kawę w kubkach, widzieli jak ich napój powoli opuszcza ich naczynia i zmierza w kierunku pola walki.

Dookoła Ambrożego, który już powoli zaczynał odzyskiwać wzrok, zaczął się tworzyć olbrzymi walec, na szczycie którego pojawiła się gruba warstwa z wzmocnionej pianki kawowej, która powinna zatrzymać strzały i nie pozwolić im dotrzeć do Ambrożego.

Kawowy konstrukt wytworzył ręce i nogi. Miał dobre pięć metrów wzrostu i trzy obwodu. Posiadał nawet własna słomkę, przez którą Ambroży sobie oddychał. Konstrukt przypominał przeźroczysty, wypełniony po brzegi kubek na kawę, tylko powiększony kilkaset razy.

Monstrum tylko przez chwilę stało w miejscu, rozglądając się dookoła. Gdy tylko ujrzało Edwina, ruszyło na niego z furią pary wylatującej z ekspresu. Zamrożona powierzchnia pękała, kiedy ta istota, pchana rządzą wyrządzenia komuś krzywdy biegła, napędzana mocą czystego cafe Brule. Nie zatrzyma się, nie wystraszy się niczego... Będzie cały czas biec na przeciwnika. Jest niczym nosorożec podczas szarży.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Musiał otwarcie przyznać, że jego przeciwnik każdorazowo zaskakiwał go coraz bardziej.

Ledwo odskoczył kiedy monstrum go mijało. Chcieć nie chcieć zahaczył nogą o rozpędzonego kolosa przez co odrzuciło nim dość mocno w bok.

I nie wyglądało na to, że to miał być koniec. Ledwo wstał, czując jak noga pulsuje tępym bólem a już gigantyczny kubek obracał się żeby wykonać kolejną szarżę.

Szarże której Edwin by nie uniknął, a przynajmniej nie z taką nogą.

- Roc, łap!

Wyciągnął małą czarną kulkę którą rzucił wojownikowi uzbrojonemu w dwa ostrza. Ten przez chwilę gapił się na owy przedmiot a po chwili naszło go co Edwin zmajstrował. Gdyby Roc nie miał na głowie pełnego hekimu, widownia mogła by zobaczyć jego szeroki uśmiech. Nie zwlekając zgniótł kulkę wspomagając ją inkantację.

- Droga Wody, Przekazanie Elementu, Glacies Sepulturae!

Groty strzał, które ugrzęzły wcześniej w kawie teraz zalśniły błękitem i wybuchły. Lecz nie ogniem, a lodem. Na oczach widowni monstrum zaczęło spowalniać, zmrożone magią Rica przekazaną przez małe kulki. Co jak co, ale Iria umie dobrać odpowiednie uzbrojenie dla swojego męża.

Z każdą sekundą coraz więcej i coraz grubszego lodu pokrywało konstrukt Ambrożego. Lecz Edwin nie czekał na rozwiązanie tego procesu - miał własne zadanie do wykonania, z dedykacją dla pewnej ważnej osoby.

Sięgnął w otchłań Opuszczonego Domu i wyciągnął stamtąd coś, co skopiował w walce z Hrabią. Bowiem z przestrzeni wyciągnął wielki bojowy młot. Naszpikował go odpowiednią magią poprzez kilka prostych symboli a kiedy Ambroży znalazł się w końcu w zasięgu, Edwin zamachnął się i ryknął:

- Malleus Maleficarum!

Tak samo jak Hrabia Dolar, gdy traktował tym cudeńkiem samego Edwina.

Młot z grzmotem godnym Thora uderzył w zamarzniętą powierzchnię kawowego potwora. Uderzenie było na tyle silne, że od miejsca w którym stali rozeszła się fala, zdmuchując wszelakie odłamki na wszystkie strony. Lecz to nie siła, która swoją drogą była spora, stanowiło o potędze tego młota. Edwin bowiem wpakował w niego zaklęcie rozbijające magię przy kontakcie. Zatem ten oręż literalnie stał się Młotem na Czarownice.

Dagoth nie czekając aż Edwin skończy przygotował własne zaklęcie.

- Droga Światła, Łańcuchy Sprawiedliwych!

Zakręcił młynka nad głową swoją halabardą a po chwili ta rozbłysła, jak uprzednio, oślepiającym światłem. Lecz tym razem nie było to zaklęcie ograniczające pole widzenia a zaklęcie wiążące. Z broni, niczym z wężowej jamy, wystrzeliło pełno lin zbudowanych ze światła. I wszystkie, zakończone ostrym grotem, skierowały się wprost na de Couffe, przez wyrwę którą stworzył Edwin.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Początek wydawał się w porządku. Trafił Edwina, odrzuciło oponenta na sporą odległość. To zapowiadało się dobrze.

Ambroży uśmiechał się złośliwie, kiedy to konstrukt obracał się w kierunku jego oponenta. Ambrożemu podobała się wizja Edwina wciągniętego do wnętrza kubka z kawą.

Edwin krzyknął coś (Ambroży źle słyszał przez całą warstwę kawy oddzielającą go od oponenta) i rzucił jakiś przedmiot w kierunku jedne z postaci. Ten chwycił ją i przyjrzał się temu przez chwilę.

Ten wzniósł to coś w górę i krzyknął. De Couffe na początku nie zauważył żadnej różnicy. Jednak gdy poczuł jak jego twór spowalnia, spojrzał go góry. Musiał się powstrzymać przed opadem szczęki, który niechybnie by go utopił. Bo oto jego wspaniałe dzieło zaczynało zamarzać, a fala lodu kierowała się ku niemu.

Ambroży postanowił działać. Sięgnął do torby i wyjął trzy kulki. Zaczął szybko wymawiać inkantację:

- Eksspresso... Grande... Chilii... - kulki zabłyszczały na czerwono i połączyły się w jedno.

Instynkt kazał mu spojrzeń na Edwina. Mag kawy podniósł głowę znad wykonywanego czaru i spojrzał na oponenta. Ten trzymał w dłoniach... Wielki młot bojowy! I właśnie zamachiwał się nim na niego.

Niewiele myśląc, czarodziej kawy wypłyną poza swój konstrukt. Właśnie wychylał głowę, kiedy Edwin zadał cios.

Trudno było uwierzyć, że w takiej postaci znajduje się aż taka siła. Uderzenie rozniosło się po arenie. Kawałki lodu i kawy leciały na wszystkie strony, Ambroży poleciał na fali kawy, jaka kiedyś była jego konstruktem.

W ręce nadal miał gotowe zaklęcie. Tera wystarczyło zgnieść kulkę i skierować gniew chili na jakiegoś oponenta.

Wtem dostrzegł blask światła i ujrzał świetlne liny, jakie kierowały się ku niemu. Zadziałał na szybko.

Rzucił zaklęcie przed siebie, uprzednio zgniatając kulkę. Przed Ambrożym pojawiła się ściana ognia, która powinna wytrzymać przez jakiś czas. I która powodowała, że cała kawa w okolicy zaczęła parować, tworząc małą, brązową chmurę.

De Couffe wyjął z torby swój bojowy ekspres, KAVA 1000, odkręcił spieniacz na maksa i rzucił go, rzutem mogącym mu zapewnić zwycięstwo w turnieju koszykówki, prosto na liny. Te powinny zaplatać się na nadlatującej maszynie. Alb przynajmniej strumień pary zmieni trochę ich linię lotu.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Edwin poczuł falę gorąca zanim jeszcze zobaczył tą cholerną ścianę.

Do tego ta boląca noga, coraz bardziej zaczynała dawać się we znaki. Musiał coś z tym zrobić teraz, bo potem będzie już tylko gorzej.

- Dagoth, potrzeba mi twoich umiejętności.

W międzyczasie taktyka Ambrożego spisywała się nad wyraz dobrze. Świetliste nici uderzyły w ekspres po czym dokładnie go omotały, aż do granicy pęknięcia sprzętu. Wszak nie były ukierunkowane na coś konkretnego a na pierwszy lepszy obiekt w który trafią.

Kiedy KAVA 1000 zmagał się z linami, Dagoth podbiegł do Edwina i szybko wykonał kilka znaków nad zranioną nogą.

- Droga Światła - Ukojenie.

Proste zaklęcie znieczulające. Nie leczyło nogi, tym zajmie się potem, ale też pozwalało na korzystanie z niej bez obaw, iż ta zawiedzie w ważnym momencie.

- Dobra, to powinno wytrzymać, teraz trzeba przygotować się na coś ciekawszego. Ale po kolei. Roc, Iria - chmura. Dagoth, defensywa, ja zajmę się atakowaniem.

Nie potrzebowali by im powtarzano.

- Droga Metalu - Spętanie!

Kilka strzał połączonych linami  wyleciało z łuku Irii w kierunku chmurki. Nim doleciały, zamieniły się w metalową bańkę z atrelum. Metal ten działał jak jednokierunkowe pole siłowe - można było do niego wkładać, ale już nie wyciągać A jako że przeciwnik udowodnił, że nawet zmienioną kawę umie wykorzystać, trzeba było do raźniejszych środków. Iria przyciągnęła Chmurę w zasięg Roca.

- Droga Wody - Spętanie!

Za to uwielbiał ich duet. Oboje byli wyjątkowi pośród Śniących, bowiem potrafili nie tylko korzystać z tych samych formuł, ale też potrafili zmieniać własne żywioły.

Co też Roc właśnie udowadniał. Kiedy metalowa kula z kawową chmurą upadła koło niego, wbił w nią oba miecze i rozpoczął pieczętowanie. W ciągu sekund całość zamarzła. Lecz nie zwykłym lodem a jadowicie fioletowym. Lodem który umie wytworzyć tylko Roc a który blokuje i niszczy każdy rodzaj magii. Chmura która była w środku teraz stała się bezużyteczną bryłką lodu.

Lecz to działo się za Edwinem i nie zwracał na to większej uwagi. Jego przeciwnik był przed nim, chroniony płonącą ścianą. I na to trzeba było coś poradzić.

- Dagoth, manewr 3.

-Pamiętaj, masz tylko 4 minuty - łagodny głos Dagotha kontrastował wręcz komicznie z jego olbrzymią budową. To tak, jakby wielki zawodnik drużyny futbolowej nagle odezwał się dość wysokim Falsetem.

- Droga Światła - Umagicznienie!

Cała postać Edwina pokryła się światłem, upodobniając go do innych okutych postaci na arenie. I w tej postaci rzucił się przez ścianę ognia ku Ambrożemu, z zamiarem umówienia jego nosa z Edwinową pięścią.

Share this post


Link to post
Share on other sites
Ambroży zaśmiał się wesoło. Jego zaklęcia sprawdzało się nadzwyczaj dobrze, a fakt rosnącej chmury tylko sprawiał mu przyjemność.
Teraz, kiedy miał chwilę, uklęknął i odetchnął głęboko. Żebra, które pewnie sobie uszkodził przy zderzeniu ze ścianą, zaczęły znowu go boleć. Co gorsza, wzrok zaczął mu się rozmywać, a serce przyspieszało bicie.
Musiał jak najszybciej reagować, zanim nastąpi fala drgawek a na koniec serce mu wysiądzie. Sięgnął do torby, nie zważając na czyny przeciwnika już zupełnie. Grzebał tam, czując jak jego oddech staje się coraz bardziej płytki. W końcu jego palce trafiły na fiolkę której szukał. Wyciągnął ją i zerwał magiczną plombę.
Po arenie rozszedł się zapach kawy. Ten jednak był okrutnie mocny, jak gdyby ktoś sproszkował mocną kawę i wepchnął ją każdemu do nosa. Nie przeszkadzało to, ale też zbyt przyjemne nie było.
Ambroży przechylił fiolkę i wypił prawie cały brązowy, gęsty płyn jaki znajdował się na dnie. Poczuł jak odzyskuje werwę i pomysły na dalszą walkę.
Rozejrzał się po arenie. Ściana ognia utrudniała widoczność, jednak coś mógł zobaczyć. Ujrzał, jak jego kawowa chmura zostaje zamieniona w blok lodu i czuł, jak cała zamknięta w niej magia znika. Troszkę się tylko tym zasmucił, gdyż chmura miała być tylko dodatkiem do wielkiego ataku, jaki szykował.
Rzucił za siebie kilka ziaren. Następnie spojrzał na Edwina. Zobaczył, jak zmienia się w świetlistą sylwetkę, upodabniając się do pozostałych trzech na arenie. Następnie oponent Ambrożego ruszył szarżą w jego stronę.
Mag kawy jednak wpadł na genialny plan. Wykorzystał swoje niesamowite umiejętności rzutu i jednym, celnym wymachem posłał ziarenko kawowe dokładnie tam, gdzie chciał aby trafiło. Pod bryłę lodu.
Jeśli dobrze rozumiał zasadę działania tego lodu, uniemożliwiał na używanie magii wewnątrz pokrywy. Jednak popychanie kuli lodu to coś zupełnie innego. Kulka wybuchła, tworząc falę kawy, która skierowała bryłę lodu w kierunku Ambrożego.
Ten, w czasie kiedy jego ziarenko leciało, przemieścił się tak, by Edwin znalazł się na linii Ambroży-Edwin-Bryła Lodu
 
Mag kawy przyszykował też plan awaryjny, na wypadek gdyby lód blokował każdą magię, nawet tą dookoła. Zamierzał stoczyć z nim uczciwy pojedynek, uzbrojony w swoją łyżkę bojową, długości męskiej ręki, którą właśnie wyjmował z torby. Był szczęśliwy, że jego torba potrafiła pomieścić niemal wszystko.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Edwin przeskoczył przez ścianę i zaczął nabierać prędkości, kierując się na Ambrożego. Już miał skoczyć w celu zadania ciosu gdy poczuł solidne uderzenie w plecy.

Przynajmniej plan żeby dostać się w pobliże kawowego maga zadziałał.

Szkoda tylko, że o wiele za mocno, specjalnie kiedy Edwin przeleciał obok tego.

Z drugiej strony, lądując na twarzy, Edwin cieszył się że zbroja Dagotha to nie jakaś tam chitynka podatna na większe obrażenia.

Wstał i chwycił kulę która jeszcze chwilę temu grała nim w kręgle po czym jednym mocnym rzutem skierował ją na Ambrożego.

Zobaczymy jak ten radzi sobie z baseballem.

Lecz nie mógł czekać, kończył mu się Czas.

- Mirmi taori, chwalę i wysławiam. Rozświetlaj!

Zbroja na nim rozpadła się, a chwilę później przed twarzą de Couffe wybuchła najjaśniejsza światłość. Ot prosty czar oślepiający, który w połączeniu z lecącą kulą mógł się okazać nad wyraz skuteczny.

W międzyczasie Roc do spóły z Irią sklecali kolejny "projekcik".

Metalowo lodowa konstrukcja na początku przypominała konia, potem zaś tygrysa, żeby na końcu stać się Kirina - legendarnego potwora z ciałem konia a głową smoka.

A kiedy skończyli, Dagoth dosiadł go i w trojkę rozpoczęli nasycanie tworu magią.

Niestety proces ten wymagał czasu, który Edwin właśnie planował kupić.

Share this post


Link to post
Share on other sites

"Dobrze... Na razie wszystko działa" - mruknął Ambroży, widząc jak jego oponent otrzymuje trafienie z lodowej kuli. Edwin upadł na ziemię a Ambroży, korzystając z chwili triumfu, schował swoja łyżkę i zaczął przygotowywać swój najnowszy zakup.

Położył torbę na ziemi i najpierw wsadził jedną rękę do niej, następnie drugą a na samym końcu włożył do niej głowę. Wyprostował się z workiem na głowie i pozwolił, aby ten zsunął się na niego. Cały proces trwał zaledwie dwie sekundy i Ambroży wyłonił się ze swojej torby, uzbrojony w nową zabawkę.

KAVA 2000 była ekspresem ręcznym, przez co uniemożliwiała magom kawy czarowanie i musieli polegać na tym urządzeniu. Dlatego też, ośrodki badań techmagicznych magów kawy wypuściły ostatnio na rynek nowy model, KAVA 3000.

Jest to magiczny pancerz, który nie tylko ochrania użytkownika przed obrażeniami kinetycznymi, dzięki obudowaniu go pianką kawową,to jeszcze dzięki wbudowanemu na plecach ekspresowi jest w stanie zapewnić nosicielowi odpowiednią siłę ognia i mobilność. No i robi kawę.

KAVA 3000 składa się z dwóch elementów, ekspresu i pancerza. Ekspres jest umieszczony na plecach i pokryty dodatkową warstwą rozpraszacza magicznego, przez co wszelkie czary są na niego nieskuteczne. Natomiast pancerz to podwójna warstwa pianki kawowej, z wzmocnieniami i układem rurek wewnątrz. Z dysz umieszczonych nad rękawicami można wystrzeliwać strumienie wszystkiego, co ekspres naprodukuje.

Ambroży wyszedł w dobrym momencie, aby zauważyć jak lodowa kula leci w jego stronę. KAVA 3000 prawdopodobnie wytrzymałaby ten atak, jednak Ambroży wolał być pewny.

Szybkim ruchem nadgarstka wybrał interesujący go strumień, wymierzył i wystrzelił.

Rozgrzana para z sykiem wyleciała z dysz i trafiła prosto w kulę, powodując jej topnienie. Do Ambrożego doleciała o wiele mniejsza kula, która uderzyła o jego pancerz pozostawiając delikatne wgniecenie w powierzchni pianki.

Mag kawy przyglądał się polu walki poprzez otwór umieszczony przed oczami. Ograniczał poro pole widzenia, jednak postać Edwina zobaczył wyraźnie. 

- Ice caffe - mruknął pod nosem i wymierzył w przeciwnika jedną ręką. Wyleciał z niej strumień kawy wraz z dużą ilością lodu. Ten atak, jeśli trafi to w najlepszym wypadku zamrozi Edwina w miejscu. W najgorszym, Edwin zostanie poczęstowany bardzo dobrym napojem.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Edwin zobaczył strumień i uskoczył w bok.

A raczej uskoczył by gdyby nie noga, która się pod nim ugięła. Znowu.

Nie wiedział co go bardziej zaskoczyło, ugięcie nogi czy fakt, że zaklęcie Dagotha nagle wysiadło.

Widział jak strumień się zbliża.

I jak zatrzymuje się półtorej metra przed nim.

- Nie strasz mnie tak.

Oczom zgromadzonych ukazał się kolejny Śniący. Brunatna zbroja, wielka tarcza zakrywająca prawie cała posturę i równie wielka lanca w dłoni. Gaya, Tarczownik, Ten który Strzeże.

- Droga Ziemi - Ścieżka Wiary! - Gaya uderzył trzonkiem lancy w podłożę, a to wystrzeliło ku sklepieniu.

Ambroży znalazł swoją osobę na szybko unoszącej się ku sufitowi kolumnie z litej skały. Celem było rozpłaszczenie go.

- Droga Metalu - Tchnienie Żywota.

- Droga Wody - Tchnienie Żywota

- Droga Światła - Tchnienie Żywota.

3 zaklęcia połączone w jedno. Lodowo-metalowy Kirin zalśnił światłem i ożył, drapiąc kopytami podłoże.

Mieniący się fioletem i bielą stwór niósł Dagotha ku wznoszącej się kolumnie, każdym uderzeniem kopyt zamrażał powietrze, tworząc sobie kolejne stopnie.

- Droga Światła - Spętanie!

Kamienną kolumnę otoczyła taka sama, lecz świetlista. Ot zabezpieczenie, by pan de Couffe miał trudności z wydostaniem się z kamiennej "windy".

Lecz to był tylko początek, bo Edwin planował niedługo coś odrobinę większego.

- Dagoth, utrzymuj spętanie, reszta do mnie, szykujemy finał!

Prócz Dagotha który krążył wokół kolumny na swym baśniowym rumaku, cała reszta otoczyła Edwina użyczając mu swoich mocy i umiejętności.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Ambroży cofnął się zaskoczony, kiedy zobaczył że jeszcze jeden przeciwnik pojawił się na arenie. Nie widział już Edwina, gdyż ten nowy oponent ustawił się z olbrzymią tarczą, która zasłaniała mu widok.

Zanim jeszcze zaskoczony Ambroży zdążył zareagować, nowy przeciwnik wbił w ziemię lancę, którą trzymał w drugiej ręce i mag kawy poczuł, jak zaczyna się wznosić do góry. Rozejrzał się i zobaczył, że jest na jakiejś kolumnie, która wznosi się w górę z zamiarem zmiażdżenie Ambrożego o sufit. Zanim zdołał wymyślić odpowiednie zaklęcie, otoczyła go kolumna światła.

Mag kawy postanowił zastosować zaklęcie, za które na pewno będzie musiał stanąć przed radą. Jednak wolał to, niż zostać zgnieciony o sufit.

Ambroży umieścił jedno, czarne ziarenko w filiżance a następnie położył się na ziemi, byle jak najdalej od niego. Wyszeptała inkantację i machną palcami.

Filiżanka wypełniła się czarną kawą. Nie zwykłą, jaką dostajemy z ekspresu, lecz kawą tak czarną, że pochłania ona światło. Magowie kawy stworzyli to zaklęcie podczas walk z Serterami, istotami które żywiły się światłem.

Kawa zaczęła pochłaniać całą kolumnę światła, a przy okazji zaczęła rozsnąć i wypływać z filiżanki.

Sufit był coraz bliżej Ambrożego, jednak on musiał jeszcze chwilę poczekać.

Kiedy cała kolumna światła zniknęła wewnątrz czarnej kawy, nastąpiła druga faza zaklęcia, czyli eksplozja.

Wybuch odłamał spory kawał kolumny i odrzucił Ambrożego bardzo daleko, praktycznie na drugi kraniec areny.

Mag kawy, kożystając ze strumieni pary wylatujących z dysz na jego rękach wylądował na ziemi. Rozpoczął finałowe zaklęcie.

Najpierw przyzwał wszystkie rozrzucone przez niego ziarenka kawy. Potem zebrał w jedno miejsce tą resztkę kawy jaka wypełniała arenę.

Uformowała z tego wszystkiego olbrzymią ścianę kawy, w którą rzucił jeszcze kilkanaście czarnych i czerwonych kulek.

Ściana za plecami Ambrożego sięgała już do połowy sufitu i składała się z nieprzeliczonych rodzajów naprarów z ziaren kawowca. To był punkt pierwszy.

Punktem drugim było rzucenie fiolki z tajemniczym naparem, prosto do środka fali. Ziemia zadrżała, kawa zafalowała a Ambroży ustawił się plecami do ściany kawy.

Pstryknął palcami i na Edwina ruszyła wielka fala kawy, rycząc niczym wściekłe zwierze. Kawa przypominałem jedne z tych gigantycznych ścian wodnych na morzu, tylko że ta składała się z magicznie zasilanej kawy.

Magowie kawy tylko raz w przeszłości użyli tego zaklęcia. Było to podczas walk o Mochito, gdzie zbuntowany czarodziej schował się za wysokimi murami. To właśnie zaklęcie pozwoliło magom kawy zniszczyć umocnienia i dostać się do środka zamku.

Ambroży nie ucierpiał od fali. Jego kostium z pianki kawowej uniósł go ponad falę, robiąc z Abrożego coś na kształt deski surfingowej.

Fala kieruje się prosto na Edwina, niosąc Ambrożego na swoim grzbiecie ze spienionej kawy.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Edwin był przygotowany na taką ewentualność. Kiedy reszta Śniących szykowała się do finału, Edwin sięgnął do Opuszczonego Domu po kolejny Dolarowy prezent.

 

- Frigidus penetralis Unda magna!

 

Magiczny stożek, oferowany mu przez Hrabiego. Teraz odrobinę wzmocniony paroma sztuczkami Edwina i jedną modyfikacją Roca.

O ile sam stożek w połączeniu z zaklęciem wysłał fale bezwzględnego zimna w kierunku fali, o tyle sam Edwin nie zamierzał na tym poprzestać.

Bo kiedy lód uderzył w fale, ta zaczęła nie tyle zamarzać co krystalizować się. A to już w pierwszych sekundach ją zatrzymało, bo fala która nie ma podłoża upada.

 

Cieknąca kito zmętnienia.

Aroganckie naczynie obłędu!

Zgotuj przód i zaprzecz! Martwiej i migocz! Zakłócaj sen!
Czołgana królowo żelaza! Błotna lalko wiecznej autodestrukcji!

Zjednocz! Odepchnij!

Wypełnij ziemią i znaj swoją bezsilność!

Pod niebiosami.

Drżyj w moim głosie i rozerwij rzeczywistość!

 

Ostatnie słowo spowodowało, że Edwin nabrał powietrza w płuca.

I kiedy ponownie je otworzył, w kierunku Ambrożego poleciała fala dźwiękowa.

Ziemia przed czarodziejem popękała i co większe kawałki zostały zdmuchnięte. Sam Edwin złapał się za uszy, wkładając w nie magiczne zatyczki.

290 tysięcy ukierunkowanych decybeli. Energia zdolna rozerwać to, na co trafi.

Co jak co, ale to dość mocno przeczyło przydomkowi Edwina, który brzmiał "Niemy".

 

Kiedy Edwin zajmował się Ambrożym, koło reszty śniących tkających czar pojawiło się dwóch kolejnych.

Identyczni, niczym bliźniaki, tak samo wysocy. Biała zbroja będąca rozpoznawalnym znakiem tychże.

Jedyne co ich różniło to broń którą trzymali.

Jeden miał dwuręczny topór od którego biło ciepło, drugi dzierżył dwa sztylety utkane jakby z ciemności.

Szykowali zaklęcie które mogło przesądzić o wyniku tego starcia.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Nareszcie! Po znacznych opóźnieniach, mam przyjemność ogłosić, że właśnie utworzona została ankieta, która pomoże nam wyłonić zwycięzcę tej batalii. Szkoda tylko, że musimy w tym miejscu zakończyć starcie, jednakże Finał nie może czekać!

 

A zatem, kto Waszym zdaniem, droga publiczności, popisał się większą mocą? Kto po tak długiej drodze i licznych bojach dowiódł, że to właśnie on jest godzien przystąpienia do ostatecznego pojedynku, wieńczącego turniej? Zapraszam do oddawania głosów i komentowania!

Share this post


Link to post
Share on other sites

No ładnie. Parę dni temu zamknąłem ankietę i temat (i tak spóźniłem się o kilka godzin, ale to szczegół), a zapomniałem ogłosić wyniki. Cóż, lepiej późno, niż wcale. Zatem przekonajmy się, kogo ujrzymy w Wielkim Finale Turnieju.

 

Matalos - 0

Zegarmistrz - 4

 

Zostały oddane cztery głosy, wszystkie na konto Zegarmistrza. Walka była wyrównana i zacięta, jednakże, choć głosów nie było zbyt wiele, wszystkie powędrowały na konto jednego wojownika, którego to finałowe starcie przyjdzie nam śledzić już niedługo. Tym wojownikiem jest Zegarmistrz i to właśnie on przechodzi do Wielkiego Finału, w którym to zmierzy się z Fiskiem Adoredem! Gratulujemy!

 

Kończąc, dodam, że byłem trochę zaskoczony ilością głosów w tymże pojedynku. Zdaje się, że już tylko finałowy pojedynek ma szansę przebić pod tym względem legendarne starcie KochamChemie i Zegarmistrza. Oby nie zabrakło emocji i chętnych do głosowania w nadchodzącym, rozstrzygającym wszystko starciu...

Share this post


Link to post
Share on other sites
Guest
This topic is now closed to further replies.

×
×
  • Create New...