Jump to content

Strona Główna  |  Ogłoszenia  |  Lista Fanfików  |  Fanpage  |  Feedback

Serox Vonxatian vs KochamChemie  

8 members have voted

  1. 1. Kto popisał się większą mocą w tym pojedynku?

    • Serox Vonxatian
      3
    • KochamChemie
      5


Recommended Posts

Nadszedł czas na rozpoczęcie nowego magicznego pojedynku, tym razem na dosyć skromnej arenie, do której prowadziły spiralne schody, wydające się ciągnąć w nieskończoność. Faktycznie, wejście po nich i dotarcie do bram areny było niemałym wyzwaniem, zwłaszcza, że winda jeszcze nie funkcjonowała. Aczkolwiek, zejście z powrotem na dół, czyli chyży zjazd po poręczy, poza samą chęcią stoczenia magicznego pojedynku, stanowił zachętę do pokonania tego niebywale okazałego zestawu schodów. Właśnie, ktoś kiedyś zliczył ile tu jest stopni?

 

Mniejsza o to. Gdy już dotrzecie do wrót, zauważycie staroświecki zamek, który otwierał się jedynie po symultanicznym przekręceniu pięciu kluczy. Wbrew pozorom, niemalże każdy jednorożec był w stanie posłużyć się odpowiednim zaklęciem i wrota te otworzyć, jednakże nie każdy był faktycznie wpuszczany na arenę. Specjalne runy tworzyły magiczną barierę, która niczym żywy organizm oceniała, czy wstępujący w jej obszar śmiałkowie byli godni i jeśli tak, nie reagowała. Pozwalała ona w ten sposób na stoczenie między nimi batalii, gdyż wiedziała, że nie przyniosą oni wstydu temu miejscu.

 

 

priori_incantatem_by_ruffyyoshi-d6yrval.

 

 

Już za chwilę, zobaczymy starcie pomiędzy Zmiennokształtnym Obserwatorem, Seroxem, a Avatarem Fluttershy, KochamChemie! Bariera umożliwiła im wejście na zaklęta arenę, a ja z kolei, rozpaliłem znajdujący się w centrum obiektu znicz, rozpraszając panujące tutaj ciemności. Jeszcze chwilka. Podczas, gdy inny czar rozprawi się z pajęczynami, ja wspomnę, że uczestnicy pojedynku zdecydowali się na umowę, wedle której ustalili sobie limit postów, wynoszący od 15 do 20 postów. Jak to się potoczy, przekonamy się już za chwilę. Mam nadzieję, że ci dzielni wojownicy niejednym nas zaklęciem nas zaskoczą. Pamiętajcie o zasadach!

 

Powodzenia!

Edited by Hoffman

Share this post


Link to post
Share on other sites

Wysoka postać w płaszczu wkroczyła na pole pojedynku, poprawiła maskę i rozejrzała się uważnie. Oprócz płaszcza i maski z rękawa zwisał dość gruby łańcuch, po którym przechodziły łuki elektryczne. Ów łańcuch powoli wsunął się do rękawa niczym wąż sunący po gałęzi. Wreszcie przemówiłem. Głos był nieludzki, bardziej przypominający szept aniżeli mowę, lecz w głowie przeciwnika pojawiały się słowa.

- Mrok. To nie do końca to czego potrzebuje. Ale do się zmieni.

Z wnętrza kaptura wyleciało parę ciem i much, które zaczęły latać przy zniczu tworząc tańczące cienie.

- Ciekawe jak ci się uda walka z cieniem. Bo ja nie zamierzam ci odpuszczać.

Gdy skończył mówić z najbliższego cienia wyciągnął miecz jednoręczny oraz cisnął paroma pociskami w kształcie noży w stronę przeciwnika. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Dzień pojedynku... dosyć wesoły dzień. Laboratorium nie wybuchło, żadne trujące opary go nawet nie dotknęły, nawet ku jego zdziwieniu nie przypalił sobie brwi. W sumie, to nie był jeszcze koniec ów dnia... pozostało mu sprawdzić skrzynkę pocztową. 

-Pewnie rachunki za gaz lub wodę... albo w najgorszym wypadku jakieś wezwanie do sądu za zatruwanie życia sąsiadom. 

Otworzył skrzynkę za pomocą małego kluczyka. Szczerze powiedziawszy mógł to zrobić za pomocą agrafki, bo chiński zamek nie spełniał najwyższych standardów bezpieczeństwa. (a spodziewaliście się czegoś innego po takim zamku?) 

-O, ktoś o mnie pamięta. Bardzo oficjalna koperta... pewnie to Ci z sądu. 

Po odpieczętowaniu wiadomości nastał moment zdziwienia...

-To... ZAPROSZENIE?

Ładne pismo... czcionka gotycka.

-NA POJEDYNEK?!

Cóż, nie spodziewałem się hiszpańskiej inkwizycji...

 

 NIKT NIE SPODZIEWAŁ SIĘ HISZPAŃSKIEJ INKWIZYCJI! 

 

Tego się nie podziewałem nawet ja (Narrator, pamiętacie mnie?) 

Przyszli jacyś panowie w ładnych czerwonych szatach i porwali go... ale dokąd?!?

 

 

Kilka chwil później*, nasz chemiczny mag znalazł się na jakiejś dziwnej arenie, co w sumie wyszło trochę na jego korzyść, bo mógł być torturowany mięciutkimi poduszeczkami... lub WYGODNYM FOTELEM!  Na arenie stała jakaś tajemnicza osoba, coś do niego mówiła... Chemik odwrócił się do inkwizytorów i zaczął krzyczeć w ich stronę.

 

-EJ! Gdzie ja jeste... E! 

 

Coś szybko przeleciało mu obok głowy i w głośnym "STUK! i ĘĘĘĘĘĘG!* wbiło się w ścianę za nim. O, o, o! Wygląda na coś ostrego...   Znowu uniknął cudem niemiłego i bolesnego wypadku. Chemik był zdezorientowany, inkwizytorów już nie było... nikt się ich nie spodziewał. Tak jak się pojawiają, tak samo znikają.

 

-To pewnie ty jesteś tym, z którym mam walczyć... 

 

Po zrobieniu kilku szybkich ukłonów  i szybkim przedstawieniu  się wyciągnął z kieszeni nóż... po czym wsadził go do ust i zaczął wydłubywać sobie z pomiędzy zębów resztki obiadu. 

Czy on na prawdę musi robić wszystko w ostatniej chwili? O! Cicho, chyba chce coś powiedzieć...

 

-Dobra, twoja kolej minęła! Teraz ja coś rzucę!  

 

Wziął do ręki coś co przypominało petardę i zainkantował coś nad nią, po czym wziął szeroki zamach i rzucił... wysoko ponad przeciwnika. Po krótkim syczeniu nastąpił słaby wybuch... 

Tuż nad przeciwnikiem pojawiła się gęsta, wolno opadająca biała mgła...

 

-A... zapomniałem o jednym. 

 

Wyjął z wewnętrznej kieszeni fartucha manierkę i wziął małego łyka jakiejś dziwnej, zapewne niezbyt smacznej substancji. (co było widać po jego wyrazie twarzy) 

 

-A teraz najważniejsze! 

 

Pstryknął prawą ręką i ów gęsta mgła zaczęła niepokojąco jasno się świecić... serio... chyba wydziela spore ilości ciepła. Na całej arenie zrobiło się niesamowicie jasno. 

 

-Masz ładny miecz, ale spójrz... mam swój własny! 

 

Nie wiem jak to zrobił, on chyba nie przestanie mnie zaskakiwać. Z kieszeni spodni wyciągnął półtora-ręczny miecz! Dosyć solidnie wykonany, po świecących się runach można by rzecz, że nie był zbyt tani... ale na pewno potrafił wytrzymać nie jedną walkę. 

 

Chemik zrobił kilka próbnych młynków. Nakreślił kilka run na ziemi i po chwili spowił swoją najbliższą okolicę mgłą. Bardzo gęstą mgłą... 

 

 

 

 

 

 

 

*tak, hiszpańscy inkwizytorzy to nieźli sprinterzy, nie wiedzieliście o tym?

Share this post


Link to post
Share on other sites

Syk towarzyszył pojawieniu się mgły lecz był to bardziej syk z gniewu niż bólu sądząc po intonacji. Przełożyłem miecz do prawej dłoni po czym odgarnąłem rękaw. Ręka była cała owinięta jedwabnym bandażem, na którym pojawił się znak święcący się na słomkowo. Machnąłem mieczem wykreślając koło w powietrzu i lekki powiew zaczął zdmuchiwać mgłę w stronę znicza. Następnie wywinąłem młynka sprawiając, że mgła została ściśnięta w kulę o wielkości, którą posiadał płomień znicza, Znak zmienił się w złoty i przestał się jarzyć. Patrząc na przeciwnika ukrytego we mgle wyciągnąłem rękę w bok i pojawił się kolejny znak tym razem ciemno-purpurowy, a miecz zaczął się wydłużać i zmieniać kształt. Gdy skończył wyglądał jak cienista kopia miecza chemika tylko, że te runy miast świecić jakby kradły światło. Czas wyprowadzić ataki. Zmiana ręki trzymającej broń, a potem cisnąłem we wroga dwoma wiązkami mrocznej materii, które miały kształt podwójnej helisy rzutowanej tylko w wymiarze X i Y omijając znicz i zwężając się wraz z dystansem do celu. Kiedy dotarły do miejsca gdzie stał chemik nastąpiła eksplozja, a po niej implozja. Kiedy pierwsze zaklęcie leciało już do miejsca przeznaczenia skoczyłem w bok by nie mieć już tego przeklętego znicza na linii ognia i rzucił wiązkę cienia grupą na metr po sierpowatej trajektorii wymierzonej w tors chemika. Na końcu ustawił się pozycji dla siebie uniwersalnej pozwalającej na szybkie wykonanie uniku lub ataku.

Share this post


Link to post
Share on other sites

W chmurze czuł się bezpieczny... to chyba był błąd w myśleniu... rzadko kto atakuje przeciwnika który spowił siebie dymną zasłoną. Spodziewał się po przeciwniku jednego, że będzie starał się unikać tej świecącej jasno mgły. Przecież od początku można było się domyślić, że przeciwnik jest cieniolubny.  I w sumie nie pomylił się zbyt wiele... tuż po rzuceniu zasłony dymnej pobiegł po szerokim okręgu w stronę przeciwnika, runy które nakreślił na ziemi pozwoliły na wydostanie się z własnej osłony bez żadnego szelestu. Z niepokojem patrzył co przeciwnik wyrabia z tą częścią areny której miał się domniemanie kryć on sam. Ał... dobrze, że uciekł, może odbierało mu to troszkę inicjatywy, gdyż bezszelestne chodzenie, mimo alchemicznych wspomagaczy, wymagało koncentracji...  Ale numer! Miecz przeciwnika tak jakby "kradł" światło... dawało to Chemikowi szansę na atak z zaskoczenia. Trochę nie do końca, bo w trakcie wyjmowania jakiegokolwiek przedmiotu z kieszeni, albo nawet najspokojniejszego kreslenia ofensywnych run, wydałby jakiś szelest.... co na pewno nie zostało by zingorowane przez dosyć wrażliwego na dźwięk przeciwnika... w końcu lubi zmrok, więc inne zmysły mogły mu się wyostrzyć.  Co prawda znicz już zniknął... dym już zanikał. Nie miał zbyt wiele czasu. 

 

Poczekał aż przeciwnik skończy rzucać ostatnie zaklęcie... głośna eksplozja trochę ułatwiała sprawę. Dekoncentrowała przeciwnika... to dawało dosłownie moment, dobra, niech dokończy jeszcze to... 

 

-EJ TY! MASZ! 

 

Wyjął z fartucha garść drobnych kulek i rzucił w kierunku przeciwnika. Uderzając o ziemię wydawały głośne "trzask!", tak jak przy tych słabszych petardach. Jednakże przy każdym kolejnym uderzeniu w ziemię dochodził jakiś inny losowy efekt. Niektóre wydzielały kolorowe dymy, inne zaś grały makarenę... jakieś nieliczne eksplodowały dając przepiękne kolorowe kule ognia... jeszcze inne powiększały swój rozmiar milionkrotnie i stawały się ciężkimi przeszkodami terenowymi... inne zaś zaś zamieniały się w ekspandującą pianę... serio, szybko ekspandująca pianę... ale przynajmniej ładnie pachniała. 

 

-A teraz... coś na zajęcie Ciebie. 

 

Chemik klasnął w rytm jakiegoś klaskającego zespołu... wycelował palcem w kierunku przeciwnika(słabo go było widać, ale on ma pamięć do miejsc... potrafi po piwie sam wrócić do domu!) Wymarmotał, mamrotliwie kilka trudnych słów i z krawędzi paznokcia  wystrzeliła malutka błyskawica... ale zwalił... a może jednak nie?! Przepalała  ona bez trudu powstałe przed chwilą przeszkody terenowe... radziłbym uciekać... ona chyba przyspiesza.  

 

W celach ZAISTE obronnych Chemik zaczął kreślić przed sobą runy... albo rozwiązywać sudoku. Kto go tam wie... 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Nadlatującą błyskawicę tuż przede mną zatrzymał mój łańcuch, który najwyraźniej wyczuł bratnią "duszę" wchłaniając ją i jej energię.

- Będę musiał się lepiej przyjrzeć tym runom. A tym czasem nie czuj się za pewnie przecież za tobą zawsze podąża twój cień, a on mą bramą i moi szpiegiem.

Wykorzystując cień jaki pozostawiła jedna z tych dużych kulek wskoczyłem w ziemię jak w studnię by pojawić się za przeciwnikiem i jego runami ochronnymi.

- To chyba twoje.

Zamachnięty już przy skoku przez cienie uderzyłem go w plecy łańcuchem gdy był jeszcze zdezorientowany i zwróciłem mu jego błyskawicę.

- A to moje.

Ciąłem go mieczem potężnym cięciem. Rozcinając mu fartuch na plecach i robiąc dość płytkie nacięcie na skórze. By nie dawać przeciwnikowi czasu na trzaśnięcie mnie czymś z kontaktu, przyłożyłem mu wolną rękę do pleców i spowodowałem wybuch cienia odrzucając wroga między jego kulki. Spojrzałem na swoją dłoń trochę jakby coś nie ten kształt wybuch musiał mi ją jakoś zdeformować ale chwila i znowu była sobą. Rzuciłem okiem na te runy na ziemi i zauważyłem, że nie mam stóp.

- Cholerny ogień.

Nie trwało to długo a stopy też do mnie wróciły, jednak by nie stać i czekać na cios. Przelewitowałem po łuku kilka metrów, sypiąc w miejsce lądowanie masę kul cienia tak by spadały jak ostrzał moździerza. Przy kontakcie z czymkolwiek eksplodowały słabo i znikały z cichym mlaśnięciem, oczywiście to co miało pecha się z tym zetknąć również znikało.

Share this post


Link to post
Share on other sites

-Ała! To bolało! 

Lekkie nacięcie w skórze nie było niczym strasznym, reakcja miała raczej charakter wyrobionego nawyku, skóra Chemika była dosyć gruba i zrogowaciała. Też byście taką mieli, gdybyście pracowali w otoczeniu żrących, łatwopalnych i toksycznych substancji. Wybuch też nie był niczym nowym, można powiedzieć, że był on dosyć wysoko oceniany w skali chemicznego maga. Ale sam robił lepsze. Co pewnie mógł zaprezentować podczas pojedynku.

 

Został rzucony pomiędzy kule które sam wytworzył, tworzyły dobrą osłonę przed atakami z dystansu.  Musiał się szybko pozbierać, przeciwnik już pewnie miał plan jak by tu mu uprzykrzyć życie. Przeciwnik był sprytny... bombardowanie tuż po odrzuceniu go na taką odległość.   

 

-Mremrumremrumremru.... Djsihuyfgdsku! (nie wiem jak się to wymawia... serio)

 

Powietrze wokół stało się...dziwne. Oddychało się ciężko, czuć było jakiś słodkawo-słony smak. Poruszanie się sprawiało pewien problem, gorzej niż pływanie w miodzie. Atmosfera coraz bardziej się zagęszczała... chemik wykonał nagły gest ręką. 

 

-Można było dostrzec, jak czarne kule hamują w gęstym jak syrop powietrzu i poruszają się w kierunku sufitu. 

 

-KEKEKKEKEKEKEKKE! Toplelomfguwotm8! 

 

Co to za zaklęcie?! Co to za paskudny pogański język?! Co się dzieje z tymi kulami?! Powietrze wyraźnie zwiększyło temperaturę, przechwycone kule zaczęły świecić bardzo jasno... po chili zaczęło formować się tornado, takie jakby pomniejszone, ale wirujące szybko jak ubrania w pralce. 

 

-gr8b8m8Ir88/8! Lel! 

 

Z rąk chemika zaczęły wyrastać DZIKIE WĘŻE! NA, NA, NA, NA, NA, NA! Z szybkością dźwięku dotarły do przeciwnika!  Oblepiły o oplotły go całego! Myślicie pewnie, że go zaczęły kąsać i dusić? Nic bardziej mylnego. Były to węże żelkowe i makaronowe! Węże pojawiały się dzięki Wysysanej z tornada energii. A było jej sporo... 

 

-PORCJA!  

 

Chemik rzucił kolejne zaklęcie! Jeden z węży zaczął przemieniać się w brzydką nianię! "ŹLE, ŹLE, ŹLE! Nie wolno! NIE WOLNO TYLE SŁODYCZY!" Wzięła Seroxa pod pachę i położyła na karnym jeżyku... który pojawił się nie wiadomo skąd. "Masz tutaj siedzieć!" 

 

-WARIATUS TOTALUS! 

 

Po wykrzyczeniu tych słów niania stanęła w miejscu, a w jej dłoniach pojawił się wielki garnek ze zdrową żywnością! "MASZ SIĘ ZDROWO ODŻYWIAĆ!" Po tem zaczął się horror. Nadopiekuńcza niania zaczęła karmić Seroxa... porcja zbyt duża dla dwudziestu dorosłych mężczyzn. Ciekawe jak to zniesie... Nieważne... ma przynajmniej żelkowe węże na deser. 

 

Chemik miał trochę czasu... wysprzątał swoje pułapki i opatrzył niegroźną ranę. Zaczął robić przysiady i pompki... Znajdował się w runicznym kręgu. Był gotowy na walkę z przekarmionym przeciwnikiem. Na jego twarzy można było dostrzec baaaaaaardzo niepokojący uśmiech. 

 

 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Łyżka z jedzeniem przeleciała przez głowę jak przez dym.

- Ty głupia istoto. Jestem na specjalnej diecie. Jem tylko magię i cienie pokonanych wrogów. Sądzę, że ty teraz musisz zająć się sobą.

I naglę nianię do parteru sprowadziła, druga niania cienista i z maniakalnym uśmiechem ale to ta sama niania. Epicka bitwa toczyła się między nimi. Tylko brakowało błota.

Co do żelków to malutkie i łakome żuczki wydobywające się chmarą z pod kaptura zaczęły się przez nie zdrowo przegryzać.

-I znowu te runy, to się robi męczące. Nie podejdę do nich nawet o tym nie myśl.

Wyprostowałem rękę, z której zdążyła już zniknąć złota runa i naglę pojawiła się brązowa. Ziemia na której stał chemik naglę i dość szybko wysunęła się i posłała go w powietrze, o torze lotu mniej więcej kończącym się w miejscu gdzie stał cień. Gdy przeciwnik był już w powietrzu w jego stronę wysłałem chmurę dymu, która podążała za chemikiem i na pewno nie miała dobry zamiarów. Następnie zacząłem się obracać niezwykle szybko wokół własnej osi, tworząc kulę o promieniu 2 metrów naokoło mnie. Z kuli wyłoniły się kolce, a wewnątrz dało się słychać skrobanie.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Runy zniknęły za szybko! Co jest? Myślałem, że niania zajmie mu trochę więcej czasu. Ale mam pomysł...  

ALE! Przeciwnik zbliżał się do niego z dużą prędkością... na dodatek ta niebezpieczna kula... To chyba się skończy łzami! 

Ale nie moimi! Szybko, szybko rączko chemika! 

 

Z palca chemika wysunął się ładny złoty próbnik. Zaczął podążać w kierunku goniącej go chmury. Po osiągnięciu celu wessał ją w kilka sekund... i tyle widzieliśmy chmurkę.

NAGLE KU NIEDOWIERZANIU PUBLICZNOŚCI, KTÓREJ TUTAJ NIE BYŁO... Chemik wyjął kanapkę i zaczął ją jeść. Odrzucił ją po chwili i zastanowił się! 

Podniósł rękę do góry i wykonał charakterystyczny gest. 

 

-AHA! Tu Cię mam! 

 

Włożył rękę do kieszeni  i zaczął w niej grzebać, szukał namiętnie ale chyba w końcu coś znalazł. 

 

-Ale Ci zrobię psikusa - powiedział cicho pod nosem 

 

Spojrzał na będącego coraz bliżej przeciwnika, wymierzył i rzucił!  Skórkę od banana?! 

 

To nie jest zwykła skórka od banana! To specjalna magiczna, spektralnie czysta, hydrofobowa, niezniszczalna, niepalna, kiepsko topliwa...[kilka właściwości później]..., całkowalna, ciągła, wyznaczalna skórka klasy C^inf, kawałkami... GŁADKA! Zapomniałem powiedzieć, że jest samonaprowadzająca.

 

Tego się przeciwnik nie spodziewał, mogło się to dla niego skończyć. Zwykle kończyło się to upadkiem na posadzkę... ale ta skórka jest wściekła! NA DODATEK MA RUDE WĄSY I ŚMIEJE SIĘ! 

A kanapka... kanapka była dziwna, bo chemik zaczął się nerwowo poruszać w miejscu. To chyba jeden z jego wynalazków. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Nie przejąłem się stratą chmury, była ona ledwie zasłoną utworzoną by zaćmić wzrok przeciwnikowi. Prawdziwą pułapką była kula. Gdy skórka przeleciała przez iluzję ta rozwiała się, ukazując przeciwnikowi ohydny widok. Ziemię zdobiło parę znaków, które świeciły się i wyparowały zdejmując zaklęcia. Teraz dało się dostrzec i usłyszeć wszelakie pełzające i latające robactwo " Zamknięte " wewnątrz tamtej kuli. Gdy tylko barbarzyńska skórka wleciała w rój rozpoczęła się uczta. Wrzask był nieznośny ale nie trwał długo. Następnie rój rzucił się na kolejną zdobycz. Część poleciała na kanapkę, a część próbowała wpełznąć do każdej możliwej nieszczelności w ubiorze oponenta w celu skonsumowania go i jego godności. Tak to była zawartość kuli ale gdzie ja jestem? Otóż po tym jak rój ruszył z miejsca widać było jeszcze jeden znak, niesamowicie podobny to tego użytego przez alchemika ale jednak różniący się. Efekt był jednak ten sam. Ja zniknąłem i wykorzystałem to by przejść do dogodniejszej pozycji i z niej atakować. Najpierw lekko się zamazałem i stworzyłem 5 swoich kopii po czym przystąpiłem do rzucania zaklęcia. Ciemna energia krążyła chaotycznie wokół postaci wykonujących te same ruchy i zaczęła coś formować.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Więc jednak połknęły haczyk. - pomyślał Chemik. Pałaszowanie skórki od banana nie jest dobrym pomysłem... ogólnie nie jest, a jeszcze do tego trzeba dorzucić fakt, iż ta skórka nie była zwykła, była nafaszerowana specjalnym olejem(niezbyt zdrowym, bo syntetycznym). No niby miała służyć jako głupi dowcip, ale jednego się przeciwnik nie spodziewał... jego "pupilki" nie pożyją za długo... 

 

-Kurdę, te robale są coraz bli... TYLKO NIE ZA KOSZULĘ! NIENAWIDZĘ ROOOBALI! - wrzasnął Chemik. - Tylko się nie ruszajcie, za koszu... och... dziwne... czyżby  się mnie słuchały? 

Rzeczywiście, robaczki przestały się ruszać z sekundy na sekundę, olej dawał się we znaki, dla człowieka nie był toksyczny w takiej małej ilości, dla robactwa... no cóż. Niezbyt dobrze się to skończyło.  

 

-Hmm, niby dobrze, ale kanapka się już nie nadaje do spożycia. - powiedział Chemik, po czym odrzucił kanapkę za siebie. Po sekundzie ciszy nastąpił wybuch. Najwyraźniej kanapka się przeterminowała. -... ooo, wiedziałem, że coś było z nią nie tak - nieprzejęty wybuchem mag chemii odwrócił się w kierunku przeciwnika... którego było pięć... sze... pięć? Co do? Kurdę... mam zwidy, czy to znowu jedna z jego sztuczek?  

 

-Nie mam wyjścia, pora na broń ostateczną.  

Chemik podrapał się za uchem... mocno... ała! To chyba komar? Wredne gady! Dobra, chyba mu przeszło, jedyną zmianą jaka zaszła po tym jakże fascynującym procesie likwidowania swędzenia, był srebrny kluczyk w jego dło... co? To jakaś magia? Skąd on go wytrzasnął? Dobra, panikuję a tu tylko kluczyk, co prawda ta duża skrzynka stojąca przed chemikiem może wzbudzać trochę podejrz... Zaraz, może powiecie mi, że wyciągnął to z kieszeni? Taaak? Kurdę, nie mam pytań...  

Chemik otworzył wielką skrzynię i wyciągnął z niej  mały pistolecik. Na wodę? Ummm... miejmy nadzieję, iż jest to woda... 

 

-TERAZ CIERP!  

 

Wycelował w Seroxa i jego kopie. Zaskoczeniem było, że mały pistolecik wyprodukował taki strumień wody jak 1000 wozów strażackich wziętych do kupy. Strumień był mocny, szykowała się powódź... serio. Kopie przeciwnika chyba się poddały i zaczęły uciekać w siną dal. Przemoczone do suchej nitki... kto by chciał walczyć na mokro?   

Serox był teraz widoczny, mokry, zły... wściekły... serio, to się nie skończy dobrze.... 

 

-Ej! Ty mokry! Łap! - krzyknął Chemik i cisnął w przeciwnika balonem z wodą... ten trafiając go centralnie w twarz, rozprysł się i spowodował ogromny uśmiech na twarzy Chemika. 

-Hahahahhahahahhaaaa! Ale wiesz, nie chcę Ci tego ułatwiać... 

 

Chemik wyjął fiolkę z niebieską substancją... odkorkował i rzucił pod nogi Seroxa... woda zaczęła zamarzać... bardzo szybko... cóż... zapowiada się na zawody łyżwiarskie.  Chemik  założył łyżworolki i zaczął paradować po arenie. Łuki które zataczał miały charakterystyczny, znany przeciwnikowi kształt...  

  • Upvote 1

Share this post


Link to post
Share on other sites

Woda nie sprawiła bym przerwał zaklęcie jednak na tyle mnie zdekoncentrowało, że rzuciłem je zbyt późno i chybiłem oponenta o mały włos. Spory promień ciemnej energii przeszył powietrze za plecami ślizgającego się chemika. W tym momencie pozostawanie w bezruchu nie jest najlepszym pomysłem, więc odskoczyłem w tył by zbliżyć się do ściany. Wypadało by się tego lodu pozbyć, ale nie mogę użyć ognia. Więc niech będzie technologia! Mój łańcuch nagle okręcił się wokół moich stóp robiąc grzałkę o średnicy metra i zaczął wytwarzać łuki elektryczne między częściami. W ten sposób straty energii będą niczym innym jak ciepłem, który powoli roztapiał lód. Ponadto elektryczność plus woda to nie najlepsze połączenie więc przeciwnik będzie uważał. Gdy łańcuch był zajęty ja sam zacząłem rzucać zaklęcie i puściłem je na wroga. Wyczarowany mroczny szkielet bez dolnej części kręgosłupa i nóg namierzył naukowca i zaczął lecieć w jego stronę z przeraźliwym jękiem i wyciągniętymi dłońmi chcąc go dotknąć.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Dziwne, przysiągłbym, że zamroziłem go na amen - pomyślał mag chemii, po czym dostrzegł strumień czegoś, co przypominało ciemną polewę czekoladową. - To może być tylko jedno mruknął pod nosem Chemik, nie spodziewałem się takich umiejętności po nim! ALE TYM RAZEM MU SIĘ TO NIE UDA! - mag wyjął z kieszeni (o rety, ile on ma tych kieszeni?) kawałek białej substancji... przypominało to tabliczkę czekolady.

 

OREO! OREO! OREO! - wyskandował na cały regulator. - CZEKO-czeko-czeko-czekooooooooooooooooooo!!!!

 

Wiązka uderzyła w tabliczkę czekolady lekko nadtapiając jej brzegi... po wchłonięciu całej energii mag zaczął "rytuał"

 

PRZEKRĘĆ! - próbował przekręcić warstwy czekoladowej tabliczki... niestety bez skutku... udało mu się ją tylko złamać

POLIŻ! - polizał każdy kawałek czekolady i z lekkim skrzywieniem na twarzy wymówił ostatnie słowo zaklęcia

ZAMOCZ! - zamachnął się i rzucił w kierunku Seroxa dwa poślinione kawałki czegoś, co przypominało czarną czekoladę. (ohyda!)

 

 

Widział jak przeciwnik wytwarza wokół Siebie prąd elektryczny, widział jak mroczny szkielet zostaje przywoływany... w głębi ducha, miał nadzieję, że nic nie zepsuł i wszystko pójdzie po jego myśli... oj, chyba wykrakałem.

Tuż po dotknięciu wody kawałki łakoci wybuchły w kłębie czarnego dymu... chyba coś poszło nie ta... ZARAZ! Czy ja dobrze widzę? Zaklęcie nie zadziałało prawidłowo(zsyłając na przeciwnika Oreowy armagedon z nieba) jednakże, dookoła Seroxa i jego szkieletu stał tłum czekoladowych golemów. Ich wyrzeźbiona muskulatura wyglądała szczególnie dobrze w połączeniu z wiórkowo-kokosowymi włosami.

 

Drogi przystojniaku! - odpowiedział jeden z golemów - Być może chcesz... - zmaterializował w swoich kakaowych dłoniach litrową butlę z syropem czekoladowym - Dołączyć do naszego... - wylał całą zawartość na siebie, po czym jego "skóra" lśniła się jeszcze bardziej - Oreo? - w ostatnim słowie można było usłyszeć nutkę uwodzicielstwa... biedny Serox! Oglądałem zbyt wiele internetu i wiem jak się to skończy! Pozostałe golemy zbliżyły się do Seroxa i utworzyły ciasny krąg... jakaś dziwna właściwość sprawiała, że nie topiły się w ciepłej od wyładowań wodzie, a sama elektryczność nie wywierała na nich wrażenia.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Szkielet, który nie został zatrzymany w żaden sposób zbliżył się do chemika i chwycił go za nadgarstek. Ciało oponenta przeszył ból połączony z chłodem. Na razie chłód rozlazł się tylko po nadgarstku ale szedł dalej w stronę ramienia i prawdopodobnie serca. sam szkielet zaczął przybliżać głowę do twarzy naukowca jakby chcący zostawić śmiertelny pocałunek.

 

Tymczasem trzeba jakoś załatwić sprawę peda, Chu, kakaowego pociągu. Cień podciągnął rękaw i wyszeptał zaklęcie. Runa na ręce nie świeciła się płasko i blado. Ona lśniła krzywdząc maga ale to ONA była teraz przeładowania energią, którą teraz rozładowywała. Od czarownika zaczął wiać potężny wiatr, podmuchy gorącego powietrza zaczęły podgrzewać atmosferę i napalone towarzystwo. Cień wyglądał teraz jak wojownik z bajki dla dzieci, w której był smok i 9 jego jaj albo kul czy czego tam było. Łańcuch zaczął dodatkowo latać w górę i w dół tworząc coś na kształt tulei. Powietrze zaczęło wirować i gęstnieć. Powoli można było dostrzec, że przywoływane jest burzowe tornado. Cień uniósł się w powietrze i lewitował tak 5 metrów nad ziemią. Gdy był już na górze krzyknął do chemika.

- Zobaczmy jak się przeciwstawisz BURZY!!!

I zaczął wskazując miejsca, w których stał oponent ciskać w niego piorunami. Wiedział, że musi go wykończyć szybko albowiem to zaklęcie jest obosieczne i jego to boli równie mocno co wroga. No może trochę mniej boli ale wciąż boli.

Share this post


Link to post
Share on other sites

O rety... ten czar Oreo nie wypalił. Nie nadawałbym się na cukiernika... chociaż takiego golema to ja bym chętnie zjadł. Przynajmniej mamy z głowy szkielet... ej! Co jest?! To jest nieuczciwe z tym przenikaniem! ON MA WALLHACKA! Ach... bo to prawie, że duch, no racja. Kurdę... on chce mi zrobić coś złego.

 

Chłód zaczął rozchodzić się po ciele maga chemii, było by źle, gdyby coś zatrzymało akcję jego serca...  Trzeba coś wymyślić, tylko co?

 

Wielka żarówka zaświeciła się nad jego głową, dosłownie... w zasadzie skąd ona się tam wzięła?  Chemik złapał żarówkę i podłączył są to kontaktu za pomocą przejściówki, obok niego pojawiło się wielkie stanowisko z solarium "W opalonym ciele, opalony duch"... chyba wiem dokąd to zmierza. Zupełnie nie przejmując się przebiegiem walki, mag położył się w komorze solarnej. Po kilku sekundach wieko się otworzyło... szkielet wybiegł z piskiem na arenę, miał troszkę inny odcień niż poprzednio... chyba nie zastosował odpowiedniego filtru na ... kości, to może dlatego był lekko "grafitowy"?

 

Teraz należy się zająć Seroxem... ten cień coraz bardziej mnie wkurza.

Pożałuje tych błyskawic...

 

-Behapefakus! MAXIMUS!

 

Nie wiadomo skąd, nie wiadomo dlaczego Serox znalazł się nagle w wannie pełnej ciepłej wody. Bąbelki spadały na kamienną podłogę i powoli ukazywały skutki czaru chemika.

 

Znajdował się w pokoju przypominającego łazienkę... dopiero po kilku sekundach przeciwnik zorientował się co planował przeciwnik.

W ręku Seroxa znajdowały się: mikser, dwie suszarki, toster, nożyczki, brzytwa, telefon komórkowy, kawałek pizzy, cztery szklanki piwa, dwie paczki naczos... co to ma być?

Ponadto na krawędzi wanny stał telewizor oraz lodówka, butla z gazem, kuchenka mikrofalowa, nieszczelny czajnik i PRZYPRAWA DO GYROSA! 

 

Elektroniczny sprzęt miał sporo okablowania... wszystko było podłączone do dużej "złodziejki"... koło włącznika stał Chemik i patrzył się na swojego przeciwnika z lekkim uśmiechem na twarzy.

 

-Szkoda by było, jakbyś upuścił tyle niebezpiecznej elektroniki do wody...

 

Pstryknął palcami i nagle paczka z przyprawą do Gyros wybuchła i utworzyła lekką mgiełkę... oj, chyba zaraz zacznę kichać!

 

-Pamiętaj aby umyć włosy! - krzyknął Chemik i uciekł od miejsca eksperymentu na jakieś sto metrów.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Nadrabiamy zaległości i porządkujemy nierozstrzygnięte starcia.

 

Ponieważ od dłuższego czasu niewiele się w wątku działo, zaś minimalna ilość postów została osiągnięta, nie ma przeciwwskazań, by jednak zapytać publiczność o zdanie - kto okazał się lepszy?

 

Mam nadzieję, że wojownicy ci nie zostali jeszcze zapomniani... Choć z drugiej strony, być może jednego z nich czeka właśnie taki los? A może to tylko chwilowo i tylko po to, by wrócić w chwale? Kto może to wiedzieć...

 

Zatem, kto popisał się większą mocą? Czy był to Serox? A może KochamChemie?

Share this post


Link to post
Share on other sites

A ja zagłosuję na Chemika :D

Ogólnie już od czasu mojego pojedynku z tym waćpanem jego styl pisania przypadł mi do gustu. Specjalnie fragment o Inkwizycji ;>

Ale ogólnie - styl Chemika jest nie podrabialny, tak strasznie randomowy że aż wspaniały, przez co naprawdę nigdy nie wiadomo co się stanie. Brawa dla Discorda...

 

Nie mówię że styl Seroxa jest zły, nie. Tylko zwyczajnie troszkę słabszy, tyle. No i ten kolor w tekście... jestem fanem Fioletu, mój ulubiony, ale z tą czcionką jest zwyczajnie oczorąbny i nieczytelny ._.'''

 

Dlatego mój głos ląduje w ankietowej puli Chemika.

Share this post


Link to post
Share on other sites

W związku z moją niezbyt dobrą pamięcią, głosowanie uległo znacznemu przedłużeniu. Czujecie to przeciągnięcie w czasoprzestrzeni i ten kawał drogi, jaką nadprogramowo musiały pokonać wskazówki zegara?

 

Najwyższa pora poznać zwycięzcę pojedynku. Lepiej późno, niż wcale...

 

Serox Vonxatian - 3

KochamChemie - 5

 

Przewagą dwóch głosów, to starcie wygrywa KochamChiemie! Składamy serdeczne gratulacje zarówno jemu, jak również rywalowi, Seroxowi! Mamy nadzieję, że to nie Wasz ostatni raz i w bliżej nieokreślonej przyszłości uraczycie nas swoją obecnością, jak również niejednym potężnym zaklęciem ;)

Share this post


Link to post
Share on other sites
Guest
This topic is now closed to further replies.

×
×
  • Create New...