Madeleine

Seria ciasteczkowa. Momenty rodziny Cake [Seria] [NZ] [Slice of Life]

Recommended Posts

Wszystkie poniższe prace zostały napisane na organizowanego przez Kredkego Mojego Małego Fanfika. Ponieważ łączy je wspólny kontekst, uznałam, że wrzucę je tutaj jako serię.

 

Kolejność jest taka, w jakiej słałam prace na MMF.

 

NIE TRZEBA CZYTAĆ (I KOMENTOWAĆ) WSZYSTKICH. KAŻDE JEST ODRĘBNĄ HISTORIĄ.

 

Hoffmanie: Nie poprawiłam tych przecinków, strasznie mi wstyd... Ale nie miałam czasu, a nie chciałam dłużej odwlekać publikacji. Poprawię jednak, obiecuję.

Dolarze: Ja nie wiem, ja naprawdę nie wiem, jak się taguje te serie, pewnie jest źle, ale ja tego systemu nie rozumiem. Zgodnie z podpowiedzią Hoffmana dodałam tag [NZ]. A nuż kiedyś mi się zachce i ta seria będzie kontynuowana.

 

Rocznica [One-Shot] [slice of Life] [Comedy]

Liczba stron: 8

Opis: Pan Cake obchodzi rocznicę pewnego niestandardowego święta.

 

Wiadomość [One-Shot] [slice of Life] [sen] [sad]

Liczba stron: 16

Opis: Podobno dzieci, ze względu na swoją naturalną wrażliwość, widzą więcej. Przekonuje się o tym Hazelnut, sześcioletni synek Pound Cake'a, który we śnie spotyka bohatera swojej ulubionej książki. Tylko czy na pewno wszystko jest tym, czym się wydaje?

 

Medalik babci Cake [One-Shot] [Mystery] [Adventure]

Liczba stron: 31

Opis: Nastoletnia córka Pumpkin Cake, Melasa, otrzymuje niewdzięczne zadanie zaopiekowania się swoim siedmioletnim kuzynem i jego przyjacielem. Żeby młoda zbuntowana nie oszalała z nudów i frustracji, babcia daje jej tajemniczy medalik, który ma pomóc przetrwać długi dzień. Melasa nie ma pojęcia, że podarunek jest aż tak tajemniczy.

 

Wszelkie komentarze mile widziane, kolejne opowiadania zapewne się pojawią... kiedyś. Bardzo kiedyś. Albo z okazji Małego Fanfika.

Edytowano przez Madeleine
  • +1 5

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach

Póki co jestem po lekturze "Rocznicy". Za pozostałe fiki zabiorę się w przyszłości, bliższej, dalszej, przyszłości.

 

Natomiast co do samego opowiadania.

Bardzo fajny SoL, napisany przystępnym stylem. Czytało się go szybko i przyjemnie a kolejne wyjaśnienia, bądź myśli pana Cake tylko uprzyjemniały lekturę i powodowały pojawianie się uśmiechu na twarzy. Uśmiech ten, stawał się coraz to większy z kolejnymi zdaniami i opisami charakterów dzieci państwa Cake, które są, jak zostało to nakierowane w tekście, dość "specyficzne". Na swój sposób naprawdę szalone, ale przez to ciekawe i nie nudzące.

Natomiast sama obchodzona rocznica, to już swego rodzaju wisienka na torcie tego opowiadania :D

 

I tak jak nie lubię SoL i spokojnych tekstów, tak ten naprawdę przypadł mi do gustu, może właśnie przez tę nutkę szaleństwa pociech i ich pomysłów?

  • +1 1

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach

Poniższa recka dotyczyć będzie ostatniego (jak na razie) i najdłuższego (jak na razie ;P) opowiadania, które to przeczytałem zaraz po zakończeniu najświeższej edycji MMF. Niepoprawienie przecinków wybaczam, bo w końcu pojawiłaś się na XII Edycji konkursu ;) Tylko nie każ czekać na te drobne poprawki zbyt długo (mała rzecz, ale jednak cieszy)... I na kolejne opowiadania też.

 

Odnośnie tagów - jeśli seria jest niezakończona i planujesz nowe opowiadania, po prostu dodaj [NZ] - sprawa załatwiona ;)

 

 

A teraz przechodząc do meritum - czyli cóż mogę powiedzieć o tym opowiadaniu?

 

Tradycyjnie, ostrzegam przed spoilerami.

 

Pierwszą rzeczą, która cieszy mnie niezmiernie, jest długość. Oznacza to tyle, co zwiększony czas obcowania ze stylem autorki, który jak przy „Klaczy w czerwonym kapeluszu”, tak i tutaj potrafi zadowolić. I poprzez „zadowolić”, mam na myśli słownictwo i zgrabnie zbudowane zdania. Złożone z nich akapity bardzo dobrze opisują zarówno wydarzenia, jak i przemyślenia Melasy. Tych drugich jednak jest dużo mniej, ze względu na przygody i opisy kolejnych kawałków życia, którymi usłana jest historia.

 

Zdarzyły się jednak zdania, które po kilkukrotnym przeczytaniu w mojej głowie brzmiały albo dziwnie, albo nieco chaotycznie. No i jeden tylko moment, gdy padło słówko „mężczyznom” bodajże – niby nic, ale jednak nieco urągało to całości. Może dlatego, że to takie „ludzkie” określenie, przychodzące na myśl gościa chodzącego na dwóch kończynach, posiadającego palce, metr osiemdziesiąt. Po jego przeczytaniu, w głowie nie pojawia się kuc płci brzydkiej, ale właśnie wspomniany „gościu”.

 

Przez chwilę dało się odczuć lekką schematyczność, która objawia się po tym, jak bohaterka otrzymuje od babuni zaczarowany medalik. Mianowicie, do pewnego momentu wygląda to tak, że mamy wskazówkę, potem młodziaki docierają na miejsce, Melasa się nudzi, nakłada medalik, po czym świetnie się bawi, widząc rzeczy których nie widzą inni. Przy czym, zmiana jej sposobu myślenia następuje aż za szybko. Na całe szczęście, schemat ten poszedł w zapomnienie po scenie w „kukurydzianym labiryncie”. Melasa zaczęła wówczas nakładać medalik zupełnie spontanicznie, w moim odbiorze bardziej z ciekawości, niż z nudów. Nie działo się to podczas zabawy, lecz poza nią, w ramach prób pojęcia natury tegoż drobiazgu. Było więcej, jakby to ująć, "odkrywania", niż "akcji" typu: muszę uratować tych gówniarzy, co jeszcze sekundę temu mnie wpieniali i pokazać im że jednak potrafię się bawić! To było bardzo fajne – przyjemne w odbiorze i klimatyczne.

 

A tak w ogóle, czy jest się ciekawym kolejnych wizji? A i owszem.

 

Jak dla mnie, po scenie w „piekle”, zdecydowanie ciekawsze było czytanie dotyczących medalika przemyśleń i przypuszczeń, niż śledzenie zabawy jej towarzyszy. Bardzo podobały mi się fragmenty, w których ta używała przedmiotu do urozmaicenia sobie codzienności, na przykład podczas ulewy. Doskonale pokazuje to, iż wyobraźnia faktycznie ma wielką moc i potrafi uatrakcyjnić nie tylko zabawę, ale także zupełnie zwyczajne rzeczy. Dlatego też jest ona tak ważna, o czym zapomniała Melasa. Cóż, takie uroki dorastania. Rzeczy zaczynają wyglądać inaczej, a dziecięce marzenia zostają daleko w tyle.

 

Tak więc, wybierała się na nudny, monotonny zjazd rodzinny, a skończyło się na tym, że przeżyła przygodę. Babunia bardzo zmyślnie wszystko zaplanowała – gwizdnęła swej wnuczce amulet gdy ta nie patrzyła, zapewne po to by uświadomić jej, że to nie kwestia magii, czy czegoś podobnego. Że swą wyobraźnią włada sama i to od niej zależy jak na co dzień będzie postrzegać różne rzeczy.

 

Tak właśnie odbieram fabułę tegoż dzieła. Generalnie rzecz biorąc, historia skłania do pewnych przemyśleń, czy czasem warto pewne rzeczy z najmłodszych lat zachować w sobie, chociażby po to, by łatwiej odnaleźć się w rodzinnym gronie, czy też najzwyczajniej w świecie, uczynić codzienność bardziej ekscytującą.

 

Poruszając kwestię postaci – młode ogierki wypadły zupełnie jak młode ogierki. Wszędzie ich pełno, nie lubią się nudzić i ich wyobraźnia jest w znakomitej kondycji. Jednakże, zdecydowanie najbardziej spodobała mi się kreacja zaborczej i surowej mamuśki, do spółki z rozpostartym nad brukowcem tatuśkiem ;P Główna bohaterka, Melasa, ma charakterek i generalnie rzecz biorąc, swoją postawą wzbudza sympatię, choć fragmenty w których nagle udziela jej się związany z działaniem medalika entuzjazm były troszeczkę naiwne. Za pierwszym i drugim razem nastąpiło to nieco za szybko, później było już lepiej, spokojniej. Po prostu zdziwiłem się, że jak wcześniej była znudzona i poirytowana całym tym ambarasem, tak nagle zaczęła skakać po drzewach i bawić się lepiej niż jej młodsi kuzyni. Na całe szczęście, nie odkryła w sobie duszy „niani idealnej”.

 

Ogólnie rzecz biorąc, cała rodzinka wypadła na plus. Było klimatycznie, swojsko, a nawet całkiem realnie. Wszak powszechnie wiadomo, jak bardzo takie spotkania potrafią być nudne dla młodzieży (nie wspominając już o tym, że dla nich przewidziany został kompocik). Myślę, że pewne dialogi czy sytuacje nie wzięły się z niczego ;)

 

Dłużyzn żadnych nie uświadczyłem, a akcja prowadzona jest stałym tempem, przez co wrażenia z lektury jeszcze bardziej zyskują. Sprytnie wplecione fragmenty zwyczajnego, codziennego życia jak i przemyślenia Melasy urozmaicają treść i dodają całości klimatu. To lekka lekturka, porywająca i mimo takiej ilości stron, dosyć szybko się kończąca.

 

Ano właśnie. Opowiadanie przeczytałem „za pierwszym razem” i choć trochę czasu to trwało, na końcu miałem wrażenie, jakby minęło zaledwie kilka chwil. Zegarek jednak mówił co innego. Ciężko się od tego oderwać, po prostu jeśli się już wejdzie w ten klimat i znajdzie pośród bohaterów, trzeba zostać aż do zakończenia. Zakończenia bardzo ciekawie zrealizowanego i wieńczącego historię w należyty sposób. Część rzeczy trzeba dopowiedzieć sobie samemu, co pobudza wyobraźnię czytelnika.

 

Jak znakomicie odpowiada to całej fabule ;)

 

A zatem, po raz kolejny otrzymujemy porcję charakterystycznego stylu i ciekawą, ładnie opisaną, barwną historię. Tak jak ostatnim razem, siedziało w niej coś, przez co dobrze ją zapamiętałem. Może to te elementy komediowe? A może raczej sam pomysł, który napędzał tę historyjkę? A może to, że w gruncie rzeczy, przeżywa się ją jak pełnoprawny odcinek serialu?

 

To już każdy musi sobie ustalić sam, po lekturze „Medalika babci Cake”.

 

Świetna robota, oby tak dalej ;)

 

 

Na resztę jeszcze przyjdzie kolej.

Edytowano przez Hoffman
  • +1 2

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach

No i jeden tylko moment, gdy padło słówko „mężczyznom” bodajże – niby nic, ale jednak nieco urągało to całości.

 

Ale czy naprawdę to aż tak straszne? xd W końcu nawet w serialu Twilight zwracała się do przyjaciółek per "girls" xd

 

: Ja nie wiem, ja naprawdę nie wiem, jak się taguje te serie, pewnie jest źle, ale ja tego systemu nie rozumiem.

 

Emm, ale przecież jest dobrze :P Nie wiem, czego tu nie rozumieć xd 

Edytowano przez Niklas

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach

Jestem po przeczytaniu "Medalika". I jestem pod wrażeniem, tak pomysłu, stylu jak i samego fika.

 

Pomysł jest naprawdę rewelacyjny i chociaż spodziewałem się kolejnego SoL dostałem w nim małą dawkę przygody, wplecioną doskonale w realia świata. Dało to naprawdę ładny efekt, aż żałuję że zabrałem się za ten tekst tak późno. Mieli rację Ci którzy mi go polecali :yay:

 

Zakładam również, że w oczach Dolara, wygrałaś, Made, w kreowaniu nieznośnej dzieciarni :D Do tej pory to mnie obwiniał to takie możliwości. Sam chętnie pozbyłbym się tych dwóch na samym początku tekstu... ale zaraz... wtedy nie było by dalszej części przygody. Hmm... ot może jednak ich nie ruszać.

 

Zapewne nie napiszę już nic więcej ponad to co już zostało skrobnięte, czy to tutaj, czy na FGE, ale napiszę, że czytając ten tekst z każdym kolejnym akapitem uświadamiałem sobie, że ja za cholerę nigdy nie będę miał takiego skilla. O ile jeszcze czytając inne fiki, widzę elementy które sam bym poprawił, widzę, że mogę być od nich lepszy, tak tutaj, no nie ma takiej opcji. Gratuluję umiejętności, naprawdę. Będę zmuszony zapewne zweryfikować moją opinię o tym kto jest najlepszym pisarzem w fandomie.

 

Reasumując, czytało się przednio, początek jest po prostu genialny, kolejne przygody wciągające i dynamiczne, postacie przyjemne (no, większość :v). Naprawdę świetny ficzur. Pozostaje poprosić o więcej tej jakości tekstów :fluttershy5:

  • +1 1

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach

Okej, pora na mnie. Miałem w planach długą podróż autobusem, więc żeby ją sobie jakoś urozmaicić, wybrałem właśnie te fanfiki. Nie żałuję niczego poza tym, że jeden przeczytałem jeszcze w poczekalni dworca autobusowego, więc miałem o jeden mniej na drogę. No ale zacząłem, a drań wciąga jak bagno...

Zastrzeżenia? Hmmm... końska anatomia, co już niektórzy wytknęli w komentarzach w tekście (ta, ja z tych, którzy uważają, że miejsce kreskówkowej logiki jest w kreskówce, a nie w fanfikach). Przez jakiś czas zastanawiałem się też, czy opowiadania nie padły ofiarą Imperatywu Zawieszenia Postępu Technicznego, ale potem sobie przypomniałem, że w najnowszym dziele są już konsole do gier, także wszystko wydaje się być w porządku.

A teraz uwaga, bo przygotowałem sobie worek cukru i spróbuję go upchnąć w tym komentarzu.

Najpierw kilka uwag natury ogólnej. Klimat... Nosz do jasnej ciasnej, on się wylewa z tych opowiadań nawet nie hektolitrami, a metrami sześciennymi. Oprócz niesamowicie bogatych opisów mamy tu niezwykle szeroko - i naprawdę znakomicie - stosowany mój ulubiony zabieg: "zamiast mówić, pokaż". Gdy narracja jest prowadzona, dajmy na to, z perspektywy pana Cake, czytelnik rzeczywiście widzi i słyszy tylko tyle, ile on może zobaczyć i usłyszeć. Dodajmy do tego umiejętnie wplecione przemyślenia bohaterów, ich interpretacje tego, co zobaczyli, tak bardzo zależne od tego, kim są i co myślą o otaczającym świecie (w jednym z fanfików narracja prowadzona jest z perspektywy sześciolatka!), do tego znakomitą kreację postaci...

Właśnie, postaci. Jako umiarkowanie szczęśliwy członek licznej rodziny doskonale zdaję sobie sprawę, jak trudno oddać jej złożoność, dynamikę charakterów, podobieństwa i różnice, interakcje, tematy powszechnie uznawane i te, które robią za tabu... do tego stopnia, że gdy pisałem Dashie: Reloaded i nie czułem się jeszcze pewnie w roli pisarza (jeszcze?! Ja do tej pory nie czuję się pewnie!), postanowiłem przy kreacji gdyńskiej rodziny Pawła po prostu wzorować się na swojej.

I od razu powiem, że "seria ciasteczkowa" powinna być przywoływana jako przykład tego, jak powinno się kreować rodziny w opowiadaniach. We wszystkich trzech częściach kreacja jest spójna, choć nie identyczna, jako że osoby zmieniają się z wiekiem, niezależnie od liczby nóg. No i rzadko kiedy widuję tak dobrze podkreślone różnice między rodzeństwem.

A teraz po kolei.

"Rocznica" pokazuje nam nieco już podstarzałych państwo Cake'ów ("Oboje mieli dwadzieścia mniej; on lat, ona kilo" - niniejszym włączam ten cytat do swojej skarbnicy mądrości życiowych) oraz gruszki na wierzbie i śliwki na sośnie, które wyrosły z rodzeństwa Cake. Tytułowa rocznica (czego właściwie, dowiadujemy się na końcu) jest znakomitym pretekstem do pokazania nam rodziny z dwojgiem dzieci w wieku późnonastoletnim, cierpiących na nagłe ataki porąbanych pomysłów, o czym dowiadujemy się po części z wydarzeń zachodzących w ciągu dnia, a po części z retrospekcji. Jakbym, kurde, widział siebie, sprawdzającego, ile wody jest w stanie wchłonąć w siebie łazienkowy dywanik, albo brata klarującego wszystkim z poważną miną, że Bóg jest miłością, co oznacza, że między ateistami nigdy nie będzie prawdziwej miłości... Dodajmy jeszcze kucyfikacje popularnych okrzyków w stylu "święta Celestio i wszystkie alikorny", od których rechotałem tak głośno, że pół dworca autobusowego na mnie dziwnie spojrzało. Powtórzę się, ale muszę to powiedzieć - znakomita kreacja rodziny.

Dalej jest "Wiadomość". Akurat niedawno było Wszystkich Świętych, więc czas jest w sam raz na refleksje o śmierci i przemijaniu.

Powiem tak: nigdy nie lubiłem książek o panu Kleksie, no, może poza fragmentami o naprawie tramwaju w "Akademii" i o Wyspie Wynalazców w "Podróżach". Książki te wydawały mi się strasznie wydumane i naciągane, a po przeczytaniu zakończenia "Akademii" miałem wrażenie, że zostałem przez autora strollowany (choć tego słowa jeszcze wtedy nie znałem): obchodzą cię te postacie? Zaangażowałeś się emocjonalnie? Chcesz wiedzieć, co było dalej? A to się nigdy nie wydarzyło, trollolo!

Ale po przeczytaniu "Wiadomości" zrozumiałem, czemu tyle osób te książki lubi - są one pochwałą nieskrępowanej wyobraźni, która, zgodnie z mottem opowiadania, potrafi czynić rzeczy niemożliwe prawdziwymi.

Narracja prowadzona jest z perspektywy sześciolatka i w czasie teraźniejszym, co zwykle doprowadza mnie do białej gorączki i co tym razem tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, jakie pojawiło się u mnie jakieś pół roku temu - że wszystko przejdzie, jeśli zrobione dobrze. Tutaj taki sposób narracji bardzo dobrze współgra z postrzeganiem świata przez bohatera, który jest jedną z najlepiej stworzonych postaci dziecięcych, jakie czytałem, łącznie ze wszystkimi typowymi dylematami, które teraz wydają się zabawne, ale wtedy urastały do rangi spraw fundamentalnych - jak chociażby sprawa wyrażenia bądź nie opinii Hazelnuta na temat ogrodu.

Co do reszty: opisy są fantastyczne i naprawdę pozwalają się wczuć w oniryczną, niejednoznaczną naturę fanfika, a refleksje o przemijaniu podane są w formie wprawdzie zdecydowanie zbyt łopatologicznej dla dorosłego odbiorcy, ale nie razi to kompletnie, zważywszy na to, że poznajemy je z perspektywy sześciolatka. Zakończenie w zasadzie przewidywalne (nigdy nie pamiętam koloru oczu postaci z MLP, ale fartuch i piegi były dość mocnymi wskazówkami), niemniej satysfakcjonujące.

Pora na "Medalion" i od razu otwieramy sceną z udziałem rodzinki... Kurka twoja wodna, Madeleine, przez ciebie mam ochotę w kółko powtarzać jedno - ZNAKOMITA KREACJA RODZINY! Zrzędliwa, zblazowana nastolatka, matka o zapędach dyktatorskich i ojciec, który na początku wydaje się być sprowadzony do roli potakiwacza zza gazety, ale potem w wielkim stylu zdobywa tytuł pełnoprawnej postaci. No i zjazd rodzinny, na którym jedyna nastolatka nie ma co z sobą zrobić, bo dorośli ją nudzą, a dzieci wnerwiają, no skąd ja to znam...

A potem wkracza medalik i Wielka Przygoda. I od razu powiem, że jako posiadacz w dzieciństwie zdecydowanie zbyt mocno rozwiniętej wyobraźni od razu polubiłem to opowiadanie. Cholera, scena z drzewem na nowo rozbudziła mój dziecięcy lęk przed drzewami właśnie, który potrafił być tak silny, że odmawiałem wejścia do lasu... Podobnie jak scena z burzą przypomniała mi, jak bardzo zawsze uwielbiałem burze, tak że autentycznie wyszczerzyłem się wtedy do ekranu. I tak jak w "Wiadomości" zakończenie było nieco przewidywalne, tak tutaj przyznam, że zupełnie się tego nie spodziewałem.

Aha, i plus za nawiązanie do "Dżumy".

Tl;dr: wincyj, kurna, WINCYJ.

PS. Tak z innej beczki... "Madeleine" czyta się z francuska czy z angielska? ;)

  • +1 3

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach

Cóż tutaj rzec... Polecam każdemu zapoznanie się z tymi opowiadaniami. Każde z nich stoi na bardzo wysokim poziomie (Medalik zdobył główną nagrodę na MMF:). - począwszy od strony technicznej, po pomysł i fabułę - wszystko świetnie dopracowane i ułożone. 

 

Ehh... autorka zawsze pisze długie komentarze, a mi kilka linijek sprawia kłopot:/

 

 

Kolejny MMF możliwe że jeszcze dzisiaj. Wprawdzie miałem pewien pomysł na kolejną edycję, ale wpadł mi do głowy zupełnie inny - związany z pewną animacją - ma ona pewien wspólny punkt z MLP. Jaki? wyjaśnię w poście:)

 

I jak najbardziej zapraszam do udziału w kolejnej edycji (choć tym razem nie przewiduję nagrody:)

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach


(choć tym razem nie przewiduję nagrody:)

 

I już zniechęciłeś Mad od wzięcia udziału :ming: 

 


Ehh... autorka zawsze pisze długie komentarze, a mi kilka linijek sprawia kłopot:/

 

Prawda, że to taka zabawne? :P

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach


No i jeden tylko moment, gdy padło słówko „mężczyznom” bodajże – niby nic, ale jednak nieco urągało to całości. Może dlatego, że to takie „ludzkie” określenie, przychodzące na myśl gościa chodzącego na dwóch kończynach, posiadającego palce, metr osiemdziesiąt. Po jego przeczytaniu, w głowie nie pojawia się kuc płci brzydkiej, ale właśnie wspomniany „gościu”.

 

Szczerze mówiąc, często mam problem z synonimami. Uznaję roboczo, że wprowadzanie słów typu "mężczyzna" jest mniejszym złem niż "ogier" powtórzony cztery razy w jednym akapicie.

A poza tym lubię uczłowieczać kolorowe taborety ^^.

 


Poruszając kwestię postaci – młode ogierki wypadły zupełnie jak młode ogierki.

 


Kurka twoja wodna, Madeleine, przez ciebie mam ochotę w kółko powtarzać jedno - ZNAKOMITA KREACJA RODZINY!

 

Rany, dziękuję ^^. Jesteście kochani. Starałam się bardzo i cieszę się, że mi się te postaci udały, zwłaszcza, że w tej serii w zamierzeniu to nie wszystkie, oj, nie wszystkie.

 


Aha, i plus za nawiązanie do "Dżumy".

 

Boże, ktoś to zauważył! Ktoś zauważył! A tak w ogóle uwielbiam "Dżumę", ale przy pierwszym czytaniu zaspoilerowałam sobie osobę narratora jakąś trefną recenzją, co to jej autor nie potrafił trzymać języka za zębami... ale byłam wściekła.

 


PS. Tak z innej beczki... "Madeleine" czyta się z francuska czy z angielska?

 

Można i [madelen] i [madelajn]. Ja czytam bardziej z angielska. A tak w ogóle to Madzia, po prostu Madzia ;).

 

Dziękuję za komentarze. Każdy jest małym świętem.

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach

Wiecie co? Nie mam pojęcia od czego powinienem zacząć. Na obecnym etapie, z całą wiedzą którą posiadam teraz, a której nie posiadałem ostatnim razem kiedy tu zaglądałem, wydaje mi się, że to był nie tyle cud, co zrządzenie losu, że sobie o tej serii przypomniałem. W idealnym momencie, akurat na pewnym zakręcie, kiedy przejawiam szczególne skłonności do rozpamiętywania, rozmyślania i... Melancholii.

 

Zacznę nieco na odwrót, bo od podsumowania – to było niezwykle wartościowe, wyjątkowe doświadczenie. Tego nie czuje się od razu, być może trzeba swoje przeżyć, ale nawet mając to na uwadze, śmiem twierdzić, że w tym miejscu znajdują się trzy kawałki tekstu, które razem tworzą historię będącą absolutnie najlepszym opowiadaniem fanowskim jakie da się wysmażyć w tym uniwersum. Począwszy od głównego konceptu, poprzez postacie kanoniczne, postacie autorskie, na przekazie kończąc, nie ma drugiego takiego opowiadania, które pozwalałoby się odkrywać na nowo wraz z każdym kolejnym czytaniem, każdym minionym dniem, czy nowym doświadczeniem z realnego życia.

 

Wiadomo, że czas nie stoi w miejscu, ludzie się zmieniają, czy to na lepsze czy gorsze, a słowo pisane zostaje takie samo. Do tej pory nie sądziłem, że istnieją jakieś wyjątki, ale po powrocie do "Serii ciasteczkowej" wiem, że jednak są. To się trudno tłumaczy, ale myślę, że po upływie danego czasu, z nowym bagażem doświadczeń i emocji, pewne zdania, czy wnioski przekazujące daną myśl "wygasły", a na ich miejscu pojawiły się kolejne, wcześniej jakby niezauważone fragmenty, które niosą nowe, aktualne przesłanie. Jakby tekst żył i za każdym razem próbował przekazać coś innego, w zależności od tego na jakim etapie życiowym znajduje się czytelnik. Nie wspominając już o tych fragmentach, które okazały się w stu procentach uniwersalne.  Po prostu oczy widzą ten sam tekst co X miesięcy temu, w głowie pojawiają się znane zdania i zdarzenia, ale ich przekaz jest inny. To, co wcześniej wwiercało się w pamięć teraz nie zwraca na siebie uwagi, a na pierwszy plan wychodzą inne sceny, z którymi można się utożsamić dużo, dużo łatwiej.

 

Hm... Patrzę na ostatni akapit i dochodzę do wniosku, że to marnie oddaje to, co mam na myśli. Ponieważ nie chciałbym serwować wykładu, który mógłby zostać sklasyfikowany jako "nie na temat", uznam, że jest to ten aspekt lektury, którego nie da się tak w pełni wytłumaczyć i po prostu przejdę do sedna, czyli tekstów.

 

Przede wszystkim – jest to cudowny, bezbłędny [Slice of Life] którym warto się inspirować, jeśli chodzi o tempo prowadzenia historii, czy strukturę tekstu. Jednocześnie jest to konwencja idealna dla właśnie tej historii, jaką pozostawiła nam autorka. Po drugie, genialnym posunięciem było wzięcie trzecioplanowych postaci i znaczne, w pewnym sensie odważne rozbudowanie ich relacji, rodziny. Tak swe życie otrzymało kilka nowych, budzących sympatię postaci, poznaliśmy nowe zwyczaje rodzinne, których raczej nie zobaczylibyśmy w serialu, nie wspominając już o tym innym, niepowtarzalnym, pięknym klimacie.

 

Nie miałem jeszcze do czynienia z czymś takim – autorce udało się uchwycić kucykowy, w pewnym sensie cukierkowy klimat, ale jednocześnie tak to wymyślić i zrealizować, że te historie okazują się nieprawdopodobnie życiowe. Czyni to klimat serii niemalże nadzwyczajnym. Wszystkie przedstawione wydarzenia odpowiadają atmosferze takich dziecięcych wyobrażeń – z czasów, kiedy byliśmy zbyt młodzi i po prostu nie rozumieliśmy z czego żartują ci dorośli albo dlaczego niektóre rzeczy trzeba robić "bo tak trzeba". Są to też czasy, kiedy nie znaliśmy smaku doświadczeń typowych dla wczesnej, czy też późniejszej dorosłości, wielu rzeczy byliśmy nieświadomi, co na swój sposób było kojące. Zwłaszcza z perspektywy czasu, niejednokrotnie chciałbym się cofnąć, choćby dlatego, by o pewnych rzeczach nie wiedzieć, albo by pewnych rzeczy nie robić, bo przecież od tego mam starsze rodzeństwo, rodziców.

 

Jednocześnie, od pierwszego do ostatniego opowiadania z serii, od początku do końca, cały czas towarzyszy nam znajome, rodzinne ciepło. Działa to we wszystkie strony – jeśli ktoś miał to szczęście, czyli oboje rodziców, ciotki, wujów, dziadków, jeśli z pewnym grymasem przychodził na te rodzinne obiadki, słuchał tego gadania, nudził się, wówczas powinien to sobie przypomnieć, z łzą w oku przypominając sobie te starsze czasy, kiedy większość obowiązków po prostu nie istniała, a cała rodzina była młodsza, nikt nie myślał o żadnej chorobie, śmierci, czy o smutkach. Z kolei jeżeli kogoś spotkało to nieszczęście i tej pełnej rodziny nie miał, bądź też, jak napisała o tym autorka na końcu jednego z opowiadań, nie zdążył poznać niektórych krewnych, wówczas po lekturze zostaje jakaś przedziwna, niewytłumaczalna tęsknota, czy żal. Chodzi mi o to, że czytam o tych postaciach, (nota bene o postaciach doskonale wykreowanych, realistycznych, wzbudzających sympatię i troskę) i pomału dociera do mnie, że to jest coś, co zawsze chciałem mieć. Albo coś, co miałem, ale... Juz zapomniałem jak to jest. Mówię w dużym uproszczeniu, ale generalnie chodzi właśnie o ten niepowtarzalny, nostalgiczny, ciepły klimat. W pewnych momentach można nie tyle zidentyfikować się z daną sytuacją, co wręcz zobaczyć samego siebie w starciu z pewnymi problemami, czy nieuniknionym.

 

Kolejny aspekt to to, z jaką pieczołowistością i konsekwencją zostały wykreowane postacie i jak bardzo pewne zachowania, czy rzeczy czerpią garściami z prawdziwego życia. Między wierszami zastanawiamy się jak wyglądają pozostałe dni tych kucyków, jak radzą sobie z innymi kłopotami, jak się zachowują i czego jeszcze nie widzieliśmy. W przypadku państwa Cake zastanawiam się czy siadają od czasu do czasu i wspólnie przeglądają rodzinne zdjęcia, wspominając odległe już czasy, wiedząc, że mają dorosłe dzieci, wnuki i że... Ich koniec się zbliża. Jak się czują? Czy czegoś żałują? A może żegnają się z życiem usatysfakcjonowani? Co do ich potomstwa, ciągle krążą mi we łbie myśli o tym jak wyglądało ich dorastanie, jak ich rodzice sobie z tym radzili, co porabiali z przyjaciółmi, jaka była ich młodość. Jak to było, kiedy zaczęli zakładać własne rodziny, te sprawy.

 

I tutaj chyba jest idealny moment by nadmienić jak doskonale sprawdza się ta historia jako "X lat później". Pewnych postaci już nie spotykamy, a te, które już się przewijają, są dużo starsze, mają już swoje, dorosłe i odpowiedzialne życie.  Co dodaje opowiadaniom uroku, na przestrzeni kolejnych akapitów odnajdziemy rozmaite nawiązania, co czyni historię bardziej swojską. Czy to "Akademia pana Kleksa", czy "Dżuma" (lektura szkolna, jakby nie patrzeć), nawiązania te również pobudzają pamięć, czy wyobraźnię.

 

Naprawdę, po prostu nie mogę wypowiedzieć wystarczająco dużo dobrych rzeczy na temat tych opowiadań. Oczywiście, mają one pewne problemy, występują pewne zgrzyty, chociażby te nieszczęsne nawiasy, czy zamierzone powtórzenia w "Wiadomości", ale są to problemy natury technicznej i ogółem nie rzutują na to, co najważniejsze – treść, przekaz i klimat. "Rocznica" ma elementy komediowe tu i tam, chociaż mnie wciąż częściej udzielała się powaga, nostalgia, świadomość upływającego czasu, kiedy robimy się coraz ciężsi i bardziej pomarszczeni (nawązując do tekstu). Plus, już tam były elementy "X lat później", w postaci wzmianek o Pinkie, czy Applebloom. Opowiadanie drugie, "Wiadomość" zrobiło na mnie spore wrażenie, również dlatego, że odważnie spróbowało nowych rzeczy – nieco innej konstrukcji, silnej inspiracji Brzechwą, formy. Podejmuje ono tematykę bardzo ważną, bo nie tylko traktującą o rodzinie, ale także o przemijaniu i tym jak godzić się ze stratą. To chyba wlaśnie tutaj najlepiej czuć jak seria została napisana – z sercem, duszą i czcią. Ciąg dalszy historii, przedstawiony w "Medaliku babci Cake" również ma miejsce jakiś czas później, lecz ukazuje relacje rodzinne w równie barwny sposób, wplatając w serię elementy przygodowe.  Warto dodać, że serię otwierało opowiadanie, w którym pani Cake była mamą, a zamyka je opowiadania w którym jest już babcią i wdową odwiedzającą grób męża.

 

I tutaj, choć z jednej strony szkoda, że nie ma więcej opowiadań, to jednak z drugiej strony wydaje mi się, że zakończenie "Medalika" jest idealne również dla całej serii. Serii, którą odbieram emocjonalnie, jako ukłon w stronę najważniejszych spraw życiowych, życia rodzinnego oraz wspomnień – momentów, które kiedy się dzieją, wydają się bez znaczenia, albo wręcz irytują, ale dużo później w zadumie spoglądamy za siebie i wspominamy to z łezką w oku.  Ostatecznie, podtrzymuję swoje zdanie, że to niezwykły, życiowy, napisany z sercem fanfik, prawdziwe arcydzieło. Jego klimat może być momentami gęsty, melancholijny, ale także ciepły, rodzinny, ale co ważniejsze, jest wszechobecny. Potrafi się zmieniać, towarzyszy od początku do końca, jest charakterystyczny, a treść niekiedy jest jak podróż w czasie. Postacie mają duszę i natychmiast dają się polubić, nie tylko jako one same, ale także jako element wizji autorki. Po prostu są jak żywe. Każde zdarzenie wydaje się być wzięte z prawdziwego świata, momentami można stracić rozeznanie, czy Madeleine pisze o postaciach, czy o epizodach, które sama kiedyś przeżywała. W swym przekazie, jest to seria szczera i ponadczasowa. Każdy powinien poświęcić jej nieco czasu.

 

Prawdziwa perła w koronie jest tutaj.

  • +1 1

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach

Chcesz dodać odpowiedź ? Zaloguj się lub zarejestruj nowe konto.

Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony

Utwórz konto

Zarejestruj nowe konto, to bardzo łatwy proces!

Zarejestruj nowe konto

Zaloguj się

Posiadasz własne konto? Użyj go!

Zaloguj się