psoras

Brony
  • Zawartość

    246
  • Rejestracja

  • Ostatnio

Reputacja

360 Wzorowa

O psoras

  • Ranga
    Samozwańczy awatar Księżniczki Kadecji
  • Urodziny 09/19/1987

Kontakt

  • Strona www
    http://psoras.wordpress.com
  • Skype
    psoras
  • Gadu-Gadu
    1740923

Informacje profilowe

  • Płeć
    Ogier
  • Miasto
    Wrocław, Ołbin
  • Zainteresowania
    kolej
  • Ulubiona postać
    Newag Impuls 31WE :P



    Dooooobra. Twilight Sparkle.

Ostatnio na profilu byli

2680 wyświetleń profilu
  1. Parafrazując Gombrowicza, fandom to taki potwór, który od 2010 rodzi się i narodzić się nie może, od 2010 umiera i umrzeć nie może, a tylko ciągle wymaga kolejnych ofiar (losu). Tak było, jest i będzie. Nie ma się co tym przejmować.
  2. Długo myślałem, co mógłbym napisać, co nie powtarzałoby poprzednich komentarzy i co w sensowny sposób zebrałoby w całość moje wrażenia dotyczące tego fanfika. No to na początek napiszę, ze mi się podobał. I to bardzo. Kiedyś wymyśliłem taką analogię, że pisarz swoich opowiadań właściwie nie tworzy, tylko składa z klocków. Pożycza te klocki od innych pisarzy, bierze z życia własnego i innych, z historii, z innych dzieł kultury, a jeśli zostaną między nimi dziury, to wciska trochę kitu i gotowe. W przypadku „Krwawego Słońca” klocki pochodzą przeze wszystkim z historii. Verlax zabrał nas tu w długą podróż poprzez skucowaną wojnę chińsko-japońskią. Trzeba pochwalić, że porządnie dostosował ją do realiów uniwersum (oddziały pegazów, magia bojowa i przede wszystkim i przedstawiają zarówno funkcjonowanie wojsk biorących udział w konflikcie, jak i zakulisowe rozgrywki oraz wewnętrzną politykę w siłach zbrojnych. Wiem też od samego autora, że masakra Makinu, która wzbudziła kontrowersje w komentarzach, jest niemalże dosłownie „przepisana” z historycznych zdjęć i materiałów. Właściwie z każdego akapitu bije pasja autora dotycząca historii, co widać między innymi po tym, że sposób rozumowania postaci wynika z warunków, w których funkcjonują (nie został tu popełniony tak częsty błąd bohaterów o współczesnej mentalności w historycznym otoczeniu). Dla mnie bardzo duży plus. Jeśli już o postaciach mowa, autorowi udało się je zróżnicować na tyle, że nie mylą się ze sobą, ale większość nie dostała dość czasu antenowego, żeby się z nimi zżyć. W pamięć zapadają głównie Double Iris, Rising Storm, generał Yang i... Indy Rate. Rzadko widuje się w literaturze nazistów przedstawionych inaczej niż jako bezwzględni zabójcy, a jeszcze rzadziej – takich autentycznie wierzących w ideę narodowego socjalizmu, u których nie jest to jednoznaczne ze skreśleniem ich z listy bohaterów pozytywnych. To jest coś. Mam z tymi postaciami jednak jeden problem, który nieco mnie wybija z immersji. Fanfik jest po polsku, dzieje się na Dalekim Wschodzie, a połowa obsady ma angielskie imiona. Rozumiem, że wynika to z dostosowania fabuły do realiów uniwersum MLP, i, szczerze powiedziawszy, nie bardzo sam miałbym pomysł, jak z tego wybrnąć – niemniej trochę drażni. Rainbow Dash... przyznam, że na początku wydawała mi się wrzucona trochę na siłę (najpierw po prostu sobie była, a potem głównie zajmowała się leżeniem i byciem połamaną), ale od pewnego momentu zaczęła pełnić bardzo ważną rolę - dała czytelnikowi dodatkowy, przyziemny punkt widzenia na rozgrywające się wokół wydarzenia. Może i, jak twierdzą przedpiścy, dało się ją zastąpić kimkolwiek innym, ale absolutnie mi to nie przeszkadza. Jest tu niewiele więcej niż chodzącą kamerą i jako taka się sprawdza, i mnie to wystarczy. Ogółem, mimo iż nie jest to dzieło idealne, to naprawdę wybitny fanfik wojenny, do tego oparty na dość mało w Polsce znanym konflikcie, co jest ważnym powiewem egzotyki na naszej skostniałej scenie fanfikowej. Leci głos na EPIC.
  3. A wiesz, że ciężko mi powiedzieć? Od czasu do czasu wracam do tego projektu, ale mam inne priorytety (np. pracę). Mam nadzieję, że uda mi się to dokończyć, choć trochę to potrwa. Pocieszam się, ze jeszcze nie minęła rocznica mojej bezczynności...
  4. Po długiej przerwie wracam do pisania i publikowania dłuższych fanfików. Mam nadzieję, że się spodoba. Będzie więcej, obiecuję. Naprawdę. Awaria portalu międzywymiarowego łączącego Grudziądz z Ponyville spowodowała, że jego twórcy znaleźli się wraz z Twilight Sparkle w jednym świecie, a Rarity i Rainbow Dash w innym. Co ich czeka? Czy uda im się przeżyć i znaleźć drogę do domu? Nie wiem. Ale chyba warto spróbować. Prolog Rozdział 01 Rozdział 02 Rozdział 03 Rozdział 04
  5. Piękna rzecz. Urzędy naprawdę są przeklęte. Duży plus za opisanie, w jaki sposób biurokracja wchodzi w drogę naszym zamachowcom. I za liczne aluzje do spraw bieżących. I za zebrę-zakładniczkę. Świetna postać drugoplanowa i dobrze opisana. Warto przeczytać, zwłaszcza że długie to nie jest.
  6. Do przeczytania fanfika skłonił mnie brak komentarzy. Akurat w momencie, gdy (pod silnym wpływem gier z serii Hearts of Iron) zastanawiałem się, czy i jak niewielki naród byłby w stanie stworzyć potężne imperium, znalazłem tego fanfika. Ciekawy świat stworzyłeś i ciekawie go ukazałeś. Pochwała należy się przede wszystkim za silny wątek wywiadowczo-spiskowy. Zdecydowanie za rzadko widujemy w fanfikach działanie państw i ich instytucji oraz politykę międzynarodową. Zwłaszcza w sytuacji, gdy wśród dawnych potęg pojawia się nowe państwo, niewielkie, ale wybitnie zaawansowane technicznie i silnie uprzemysłowione. Plus też za świetny opis sceny akcji w canterlockim zamku. Ocena ogólna: polecam/10.
  7. I wiesz co? To już NIE BĘDZIE oklepane Zresztą nie wiem, coś się tego tak czepnął, powtarzam już trzeci raz, że to fanfika nie dyskwalifikuje. Masz jakiś uraz z dzieciństwa na punkcie sztampy czy jak? Normalnie, na komputerze. Nawet jeśli używanie angielskich nazw to fanaberia, to fanaberia większości fandomu, a tak się składa, że to większość ustala normę. Wszyscy na forum (a na pewno w tym dziale) od paru ładnych lat sobie radośnie gawędzą o Sugarcube Corner, Sweet Apple Acres albo Cutie Mark Crusaders, piosenkach "Raise This Barn" czy "Smile Song" albo fabule odcinka "It's About Time", a tu nagle pojawia się Lyokoheros i żąda używania wyłącznie nazw polskich... Nie spodziewaj się sukcesu swojej krucjaty. Dyskusję dotyczącą sztampy, podobnie jak tę dotyczącą polskich nazw i dubbingu, proponuję przenieść do Stowarzyszenia Żyjących Piszących, po to ten temat jest. I nie zgodzę się, że polskie wersje piosenek są ładniejsze od angielskich (pomijając już fakt, że mnie osobiście się najbardziej podobają niemieckie). Nie chce mi się też sprawdzać na wikipedii, jak się co w polskim dubbingu nazywało, za każdym razem, kiedy będę pisał komentarz. Wybacz, ale będę używał nazwy, którą znam i pamiętam. Widać są rzeczy na niebie i na ziemi, o których się filozofom (a przynajmniej Lyokoherosom) nie śniło. Przy okazji wiem, że nie jestem jedynym, który miał takie skojarzenia, więc zostałeś przegłosowany. Masz rację, wydaje ci się. W tej chwili Xana, z perspektywy czytelnika, to po prostu program komputerowy, który zamienił się w przepakowanego alikorna, zbudował sobie magiczne wieże i wzmacnia za ich pomocą swoje zaklęcia. Tajemnicy w tym tyle, co poezji w ziemniaku. Oczywiście pomysł, który zaproponowałem, to tylko jeden z wielu możliwych. Zresztą wyraźnie zaznaczyłem, że to ja bym tak zrobił, ty możesz zupełnie inaczej, w końcu to nie mój fanfik. PS. Hurra, więcej elaboratów o wyższości fanowskiej interpretacji nad materiałem źródłowym!
  8. Rozbieżność opinii to rzecz normalna (nie istnieje coś takiego jak obiektywny komentarz). Niemniej wypadałoby doprecyzować parę kwestii, ponieważ, cytując „Sarnie Żniwo”, najwyraźniej nieuważnie słuchałeś, albo ja nieuważnie opowiadałem. Najpierw kwestia Xany. To, że jest alikornem wyglądającym jak skucyfikowany Reichtangle, to akurat dla mnie nie problem (zresztą napisałem, że to fanfika nie dyskwalifikuje). Niemniej muszę się odnieść do tego: Gdyby to była to prawda, to każdy z tysięcy identycznych wierszy o tym, że wiosną to nawet słońce jaśniej świeci, jeśli tylko byłby poprawny językowo, automatycznie stawałby się arcydziełem. Twórczość nie jest zawieszona w próżni i była, jest i zawsze będzie oceniana poprzez porównywanie do innych dzieł, chociażby dlatego, bo jeśli nie ma w niej nic oryginalnego, to w zupełności wystarczy to, co już napisano. Dobra, dość o tym. Na temat głównego antagonisty pisałem co pisałem, bo po prostu ja bym to tak rozegrał (bardzo lubię motyw wielkich planów, którym na drodze stają pozornie zupełnie nieistotne przeszkody). Ale jeśli u ciebie przez ten cały czas po prostu siedział w lesie, rozpracowywał magię (swoją drogą natura serialowej magii nie jest w oczywisty sposób całkowicie rozpracowywalna - zanim walniesz ścianę tekstu na temat tego, jak to wszystko wynika z różnych wskazówek porozrzucanych po materiale źródłowym, informuję, że nie każdy czytelnik analizuje najmniejsze szczegóły serialu, więc jeśli zdecydowałeś się to tak zinterpretować, to wypadałoby o go tym poinformować) i gapił się spomiędzy liści na kuce, to faktycznie nie ma co o tym pisać. Ech, tyle zmarnowanego potencjału nieistotnych przeszkód w wielkim planie... Czyli postanowiłeś pójść raczej w stronę uczynienia go tajemniczym antagonistą... tylko że czytelnik (a w każdym razie ja) nie bardzo tę tajemniczość odczuwa. Zdradzone jest bowiem za mało, żeby mieć poczucie, że się wie, co się dzieje, ale jednocześnie za dużo, żeby stworzyć atmosferę tajemnicy. Jeśli ja miałbym taki cel, to w ogóle nie mówiłbym o tym, skąd w Equestrii bierze się moc Xany. Po prostu mamy przepowiednię Zecory, potem scenę z Elementami, a potem rozpierduchę. Wszyscy w szoku, nikt nie wie co się dzieje, wiadomo tylko jedno - Xana nie tylko jest OP, nie tylko udało mu się w jakiś sposób zakląć Elementy Harmonii, żeby podporządkowały mu Powierniczki, ale w ten czy inny sposób ma po swojej stronę wszystkich serialowych antagonistów. Discord nie pojawia się aż do sceny w lochu i dopiero tam okazuje się, że jest zły, a następny rozdział dzieje się nieco wcześniej i jest od początku do końca opisem przekonywania Discorda przez Xanę (to serio jest materiał na cały rozdział, a nie na kilka zdań - jasne że Discord woli broić sam, ale wątpię, aby serio nigdy nie przyszło mu do głowy, że ze znajomymi też fajnie się rozrabia). O istnieniu wież i całej reszty dowiadujemy się dopiero w momencie gdy alter-M6 to rozpracują. Do tego czasu wiemy tyle co postacie, czyli nic. Sama wiedza o tym, że Xana czerpie swoją moc z systemu wież, wystarczy, żeby odrzeć go z aury tajemniczości. Jasne, dalej pozostaje zagrożeniem, ale czytelnik wie, przymnajmniej mniej więcej, dlaczego. No i parę pomniejszych kwestii: Tylko że ja te informacje mam, ba, przeczytałem to już po tym, jak dowiedziałem się, jak dokładnie ukazane jest w KL opętanie przez Xanę, a i tak moja wyobraźnia podrzuciła mi taki właśnie obraz. Po prostu wyrażenie „znaczek ogiera” zbyt mocno kojarzy się z rysunkiem konika. Zamiast tego lepiej byłoby użyć słów „symbol Xany” albo czegoś w tym rodzaju. To słowo weszło już dawno do języka polskiego, więc piszemy je, jak wszystkie czasowniki w języku polskim, małą literą, tak jak wszystkie inne zapożyczenia z niemieckiego, typu „fach”, „dach” czy „handel”. Fakt, palnąłem. Pośród członków Wielkiej Tajnej Loży Fanfikowej panował niepokój. Zebrane w wielkiej sali postacie w identycznych czarnych płaszczach wymieniały między sobą przyciszone szepty. Obowiązujący od początku fandomu Układ ze Schragestraße był właśnie renegocjowany za zamkniętymi drzwiami i wielu zastanawiało się, jakie będą jego nowe postanowienia. Spekulacjom nie było końca, ale co rozdądniejsi, bardziej doświadczeni członkowie Loży, ci na wyższych stopniach wtajemniczenia, tłumili ciekawość nowicjuszy, zapewniając, że już niedługo wszystkiego się dowiedzą. Nagle rozległ się szczęk otwieranych drzwi. Wszyscy natychmiast zamilkli i zwrócili się w stronę wielkich, podwójnych wrót na końcu sali, które z wolna rozwarły się na całą szerokość. Stali w nich ONI. Jedyni dwaj członkowie na najwyższym stopniu wtajemniczenia. Redaktor Wielki Prereader i Moderator Dzierżący Łopatę, znani bardziej jako Kredke i Dolar. - Postanowiliśmy - rozpoczął swoim głębokim głosem Moderator - że od dziś, na złość Lyokoherosowi, będziemy używać wyłącznie angielskich nazw własnych... - ...zarówno na mlppolska, jak i na FGE - dokończył Redaktor. Zabrzmiała owacja. Na forum już dawno utarło się, że używamy angielskich nazw własnych. Jest kilka powodów: 1) Angielski to język oryginału. Istnieje całkiem spora grupa osób, nie tylko w tym fandomie, które uważają wszelki dubbing za rakotwórczy ze względu na to, że gubi się wiele aluzji czy smaczków w oryginalnym tekście - w związku z czym, w miarę swoich możliwości lingwistycznych, oglądają wszystko w oryginale. (Ja oglądam w oryginale, bo po polsku mi się nie chce). A akurat znajomość języka angielskiego jest w Polsce dość popularna, szczególnie w grupie wiekowej stanowiącej trzon fandomu. 2) Jest kilka wersji tłumaczenia. Zanim pojawił się oficjalny dubbing, były napisy dodawane m.in. przez ObsessionOctopusa i Mystherię22. I każda wersja jest trochę inna, zwłaszcza jeśli chodzi o nazwy własne. Sporo osób, nawet tych, którzy po angielsku nie rozumieli, oglądało wersje z napisami, ponieważ one pojawiały się dużo wcześniej, więc wersji dubbingowej w ogóle nie kojarzy. 3) Polski dubbing MLP może nie jest najgorszą rzeczą na świecie, ale umówmy się - nie jest to też jakieś arcydzieło. 4) No i wreszcie tak się po prostu przyjęło. Jeśli nosisz się z zamiarem rozpętania na forum krucjaty na rzecz używania wyłącznie polskich nazw, zrezygnuj. W najlepszym razie zostaniesz zignorowany. Odnośnie samej kwestii młodzieżowej grupy zwiadowczej, podczas każdej wojny obowiązywała zasada, że kobiety i dzieci (czternastolatki to też dzieci, choć same często twierdzą inaczej) należy chronić za wszelką cenę. W uniwersum MLP panuje, jak w końskim stadzie, matriarchat, więc w przypadku kobiet mogli z tej zasady zrezygnować, ale z dzieci nie - dzieci to przyszłość narodu i wysyłanie ich na front drastycznie zmniejsza szanse przetrwania populacji w przyszłości. No chyba że już naprawdę inaczej się nie dało. Orlęta Lwowskie czy Powstanie Warszawskie to przypadki ekstremalne. Gdybyś stworzył w tym rozdziale atmosferę oblężonej twierdzy, gdyby czytelnik faktycznie widział, że Kryształowe Królestwo to ostatni bastion, który broni się ostatkiem sił, gdyby wszędzie dookoła było widać oznaki powszechnej militaryzacji... to by było zupełnie co innego. PS. Wyjaśnienia, że twoja fanowska interpretacja jest bardziej kanoniczna od kanonu (który jest dziurawy jak sito, zresztą są ku temu powody), są bardzo zabawne. Rób tak dalej
  9. Cie pierona, dlaczego wcześniej się na to nie natknąłem? Strona techniczna pozostawia nieco do życzenia. Zdarzają się Wielkie Litery w wyrazach, w których nie powinno ich być, oraz przecinki w niewłaściwych, miejscach. Nie należę jednak do osób, którym by to w dużym stopniu psuło czytanie. Muszę jednak przyznać, że nawet bez tego daleko temu dziełu do ideału. Sceny z rodziną i znajomymi wydawały mi się nadmiernie przeciągnięte i pełne zbędnych wątków, które prowadziły donikąd. Za to propsy za ukazanie struktury organizacyjnej i sposobu działania Patrolu Pogodowego. Funkcjonowanie rozmaitych equestriańskich instytucji i wgląd w ten świat "od podszewki" są moim zdaniem fascynujące, a zdecydowanie za rzadko pojawiają się w fanfikach. Pochwała należy się też za ukazanie mechanizmów działających wewnątrz organizacji, zwłaszcza przyśpieszania awansu krewnych ważnych osób w nadziei na ich wdzięczność. Scenę na zebraniu uważam osobiście za najlepszą i najciekawszą część fanfika Ogólnie poziom mocno nierówny, ale widać potencjał. Dzięki, Ravik, że to wygrzebałeś z odmętów forum.
  10. Boże, ktoś to jeszcze czyta? Nie wiem. Naprawdę nie wiem. Mam pracę, studia, życie prywatne i chęć jeżdżenia po kraju i za granicą, więc ciężko mi powiedzieć, kiedy napiszę następnego fika. Ale chęć pisania wciąż mam. Więc nadzieja jest.
  11. Okej, przeczytane. UWAGA, będą spojlery. Stronę techniczną pozostawię do skomentowania bardziej wrażliwym; zamiast tego zabiorę się od razu za fabułę. Zaczynamy od prologu. Prolog ma do spełnienia w opowiadaniu bardzo ważną funkcję. Ma zainteresować czytelnika i zachęcić go do dalszego zagłębienia się w dzieło. No i na dzień dobry dostajemy w twarz sceną, którą ciężko zrozumieć, jeśli się nie zna materiału źródłowego (czyli Kodu Lyoko). Byłoby to zrozumiałe, gdybyś publikował to na forum fandomu KL, ale to jest forum fandomu MLP. Jeśli publikujesz coś tutaj, możesz spokojnie założyć, że odbiorca wie jak wygląda Applejack, ale przydałoby się wspomnieć kim jest Jérémie i czym się charakteryzuje. Kiedy czytałem to po raz pierwszy, niedługo po publikacji, czułem się trochę jakbym trafił na streszczenie odcinka serialu publikowane w Tele Tygodniu („Janusz i Grażyna kłócą się o Karynę. Seba zwierza się Brajanowi ze swoich uczuć wobec Dżesiki. Andrzej i Pszemek odkrywają marihuanę”) – mamy całe mnóstwo postaci, o których czytelnik, który tego nie śledzi, nic nie wie, a które w gruncie rzeczy guzik go obchodzą. Do tego jest to ciężki spojler z ostatniego odcinka serialu. Mnie spojlery wiszą kalafiorem, ale mimo wszystko wypadałoby ostrzec bardziej wrażliwych niż ja. Fakt, czasem stosuje się zabieg z rzuceniem w czytelnika wyrwaną z kontekstu sceną zaraz na początku. Ale jest to raczej scena z dalszego ciągu dzieła, która ma oddawać, nie wiem, napiętą atmosferę pola walki albo jakiś dramatyczny moment. I ma za zadanie wzbudzić ciekawość czytelnika, żeby się zastanawiał, jak do tego doszło. W obecnej formie prolog wzbudza najwyżej irytację, przynajmniej moją. Gdy przy pierwszym czytaniu dotarłem do następnej sceny i zorientowałem się, że autor wcale nie ma zamiaru wyjaśniać o co chodzi, po prostu zamknąłem kartę przeglądarki. Później, z ciekawości, postanowiłem sprawdzić co to jest ten cały Kod Lyoko, więc odpaliłem fandomową wiki i poczytałem sobie conieco. Dowiedziałem się, ze chodzi o francuski animowany serial przygodowy dla młodzieży, traktujący o trzynastolatkach z francuskiej szkoły tworzących dość międzynarodową grupę walczącą w wirtualnym świecie ze złym programem komputerowym. Po dłuższym czasie spędzonym na tym portalu uznałem, że jestem gotowy do zmierzenia się z tym fanfikiem. To nie powinno być konieczne. To na autorze spoczywa obowiązek sprzedania świata przedstawionego czytelnikowi w taki sposób, żeby ten wiedział, co się dzieje. To tym większy błąd, że materiał źródłowy czasem operuje na stosunkowo wysokim poziomie zawieszenia niewiary (chodzi o kwestie takie jak to, że osoba wkraczająca do wirtualnego świata znika w tym czasie z rzeczywistości, albo że Xana jest w stanie kontrolować maszyny nie sterowane komputerowo, a nawet ludzi). W telewizyjnym serialu przygodowym, w którym można zastosować skrót wizualny, nie jest to problem, ale kiedy zaczyna się o tym pisać, trzeba to wyjaśnić albo przynajmniej dobrze zaprezentować, inaczej potencjalny czytelnik, który nigdy z Kodem Lyoko nie miał kontaktu, stwierdzi że to bez sensu i po prostu rzuci fanfik w cholerę. Okej, żeby być sprawiedliwym, trochę się jednak z tego prologu dowiadujemy. A mianowicie, że Xana to megazaawansowany program komputerowy sztucznej inteligencji, że jest zły i chce zawładnąć światem i że Wojownicy Lyoko to grupa ludzi, którzy chcą go powstrzymać. I że go w końcu dopadają. I że spiernicza on do Equestrii, bo gdzieżby indziej – w końcu to fanfik MLP – do końca zachowując stuprocentową pewność, że z nowego świata będzie w stanie odgryźć się swoim prześladowcom, pomimo absolutnego braku informacji, co to za świat. (Ja na jego miejscu nie byłbym taki pewien – mógł zawsze wylądować w próżni kosmicznej, wnętrzu gwiazdy albo czarnej dziurze). No i dobra. Co dalej: lądowanie w lesie Everfree, alikorn, czarno-czerwony (plus biały), w momencie rozpoczęcia akcji serialu. To wszystko jest, jak zresztą zostało już powiedziane, oklepane jak cholera, ale fanfika nie dyskwalifikuje. Zobaczmy co następne... Następna jest ziejąca pustka. Serio. Okej. Xana ląduje w Equestrii. Jest alikornem i czuje w sobie wielką moc magiczną (albo nie ogarnął jeszcze swojego nowego ciała i zwyczajnie bardzo mu się chce do łazienki). Ale nie wie nic. Nie zna żadnych zaklęć, ba, nie wie w ogóle jak się używa magii. Nie ma bladego pojęcia, w jakim świecie się znalazł i jakie prawa nim rządzą. Jego priorytetem jest więc zdobycie informacji. Scena, w której rozgląda się dookoła i wyciąga wnioski, całkiem mi się spodobała, zwłaszcza że pisana jest z jego perspektywy i w pełni uwzględnia fakt, że jest on programem komputerowym. Ale po tym, jak postanawia on zająć się obserwacją, przeskakujemy od razu do momentu, w którym wszystko wie, wszystko może i jest w stanie rozwalić Celestię jednym pierdnięciem. A mówimy tu o osobniku, który w momencie zniknięcia nam z oczu nie tylko nie posiada prawie żadnych informacji na temat tego świata i zjawisk w nim zachodzących, nie tylko nie zna jeszcze żadnego sposobu na wykorzystanie swojego ogromnego potencjału magicznego, ale w dodatku wyróżnia się z tłumu niczym Hindus w pomarańczowym turbanie w prowincjonalnej Polsce. Natychmiastowy przeskok do momentu realizacji niecnego planu przejęcia władzy spowodował wrażenie, że omija mnie znacznie lepszy fanfik, ze scenami, w których Xana zdobywa fundusze na swą zbrodniczą działalność metodami nielegalnymi, półlegalnymi i legalnymi, ale zawsze absolutnie amoralnymi, albo włamuje się do Archiwów Canterlot w celu zdobycia zaklęć kontroli umysłu i inych, które pozwoliłyby mu odtworzyć umiejętności, jakie dawał mu Superkomputer. Jak dla mnie z dużą korzyścią dla dzieła można byłoby dokonać pewnego przetasowania – zacząć go od sceny, w której Xana przejmuje kontrolę nad Powierniczkami Elementów Harmonii, a potem, kiedy będzie się miało czytelnika zaciekawionego, jak do tego doszło, opisać wszystko od początku. Czytałem już wiele książek i widziałem wiele filmów, w których wiedziałem doskonale dokąd zmierza akcja, ale nie miałem bladego pojęcia którędy – i muszę przyznać, że to bardzo skuteczny zabieg. Kampanię reklamową „Dnia Niepodległości” do dziś uznaje się za bardzo dobrą, a wszystko, co pokazywała, to Biały Dom wylatujący w powietrze – co w filmie następuje dość późno. Ludzie walili do kin drzwiami i oknami, żeby zobaczyć, co do tego doprowadziło. Okej, idziemy dalej. Mamy Discorda i Pinkie, i niniejszym stwierdzam, że powinieneś popracować nieco nad pisaniem postaci spontanicznych. Spontaniczność nie polega na robieniu tego samego co poprzednio, tylko z małymi zmianami. Spontaniczność to ciągłe wynajdywanie nowych sposobów na zaskakiwanie otoczenia. Discord, choć wielokrotnie pojawiał się w serialu, tylko raz użył chmur z waty cukrowej z czekoladowym deszczem, co z jego punktu widzenia jest całkowicie zrozumiałe. Po co miałby wymyślać po raz drugi to samo, jeśli może wymyślić coś kompletnie nowego? W końcu jest awatarem Chaosu, a Chaos to nieustanna zmienność. Twoja wersja draconequusa zachowuje się zdecydowanie za bardzo konwencjonalnie. Pinkie za często robi rzeczy, które byłyby może zabawnie pinkaczowe w wersji animowanej, ale w tekście trochę irytują. Choć może to problem nie samej konstrukcji postaci, a sposobu opisania jej zachowania... Zresztą w ogóle opisy są czasem skonstruowane w wybitnie mylący sposób. Sweetie Belle opisana jest tu w sposób statyczny, Apple Bloom się ukrywa, co sugeruje, że wcześniej była widoczna, a Scoot wręcz się od obserwatora oddala (no dobra, przesuwa się w bok), więc ciężko sobie wyobrazić, w jaki sposób mogłyby się nagle pojawić. Ktoś je teleportował? Pozwolę sobie wybiec nieco w przyszłość i dla pełniejszego obrazu zwrócić uwagę na kolejne wystąpienie problemu. Obraz, który w tym momencie pojawił się w mojej wyobraźni, wyglądał mniej więcej tak. A trzeba dodać, że ja czytałem fandomową wiki i rozumiem, co się w tym fragmencie właściwie stało. Niemniej podstawowy problem z opisami jest w tym fanfiku nie tylko taki, że bywają mylące, ale przede wszystkim taki, że ich jest za mało. To staje się bardziej ewidentne w dalszej części, ale tu ma swój początek. Otoczenie jest na ogół ledwie zarysowane. A podstawową funkcją opisów powinno być nie tyle określenie gdzie rzecz się dzieje, co budowanie klimatu. A tymczasem tutaj zdarzają się opisy w stylu „a potem była wielka bitwa i Voldemort zginął”. No dobra, może aż tak źle nie jest, bo nie przeskakujemy ważnych punktów fabularnych, ale i tak przydałoby się więcej opisów. Ponownie wybiegając w przyszłość: kiedy mamy ciężką bitwę, nie czujemy stopniowego przechylania się szali zwycięstwa na jedną ze stron, ani nawet potężnej przewagi Xany i jego popleczników. Kiedy mamy długą wędrówkę, nie czujemy trudów długiej wędrówki. Kiedy jesteśmy w Kryształowym, nie widać za bardzo, że to ostatni bastion – owszem, żołnierze i dowódcy są zmęczeni, ale nie ma śladu po tłumach uchodźców z całej Equestrii, którzy powinni zrobić całkiem spory tłok w tym niewielkim przecież kraju. A jeśli zostali ewakuowani razem z resztą mieszkańców, to miasto powinno emanować nienaturalną pustką. Tutaj jedyne, co można o tym mieście powiedzieć, to że po prostu sobie stoi i tyle. Dobra, wracamy do fabuły. Dowiadujemy się, że Xana właśnie ukończył budowę w Equestrii systemu wież, analogicznych do tych z Lyoko, aczkolwiek uzyskanych za pomocą innych metod. To też wybitnie konwencjonalne, ale akurat w tym przypadku to ma sens. Xana, nawet jeśli uczy się wybitnie szybko, jest przede wszystkim programem komputerowym, a te mają to do siebie, że działają trochę jak ten matematyk z dowcipu, który najpierw długo męczył się z wyciąganiem gwoździa wbitego w deskę po sam łebek, a kiedy wreszcie się z nim uporał i napotkał następny, wbity tylko do połowy, stwierdził, że trzeba sprowadzić ten problem do uprzednio rozwiązanego i wbił gwóźdź do końca. Z tego powodu logiczne jest, że Xana odtworzył sobie te same moce, które miał w świecie Lyoko. Tyle że znowu napotykamy wspomniany już problem hermetyczności fanfika. Nie dziwię się komentarzom, wspominającym o tym, że Discord zdecydowanie za łatwo dał się przekonać – jeśli ktoś nie kojarzy Kodu, to nie wie nic o sposobie działania mocy Xany. Za to sposób przechytrzenia Mane 6 jest moim zdaniem wiarygodny. Owszem, można uznać działanie Twalota za wybitnie naiwne, a postąpienie dokładnie odwrotnie niż zalecała Zecora za głupie, ale totalnie jestem w stanie wyobrazić sobie serialową Szóstkę robiącą dokładnie to samo. To mimo wszystko wciąż bajka dla dzieci, więc postaci popełniające tego rodzaju dziecinne błędy nie są tu niczym niezwykłym. Tymczasem Spike wzywa pomoc z innego świata – czyli ze świata Equestria Girls. (Przyznam, że po informacji o tym, że pomoc ma przybyć z innego świata, oczekiwałem przyzwania pomocy oryginalnych Wojowników Lyoko i portalu do Francji, a po cichu liczyłem na „merde, le cheval parlant!” wypowiedziane przez Jérémiego, ale trudno, nie można mieć wszystkiego). Po opętaniu Powierniczek Elementów Harmonii, błyskawicznym rozwaleniu przez Xanę sił zbrojnych Equestrii, uwięzieniu Celestii i przemianie Luny w Nightmare Moon przechodzimy do świata Equestria Girls, gdzie zasadniczo nie dzieje się nic ciekawego... do momentu spotkania ludzkiej wersji Sunset Shimmer. Alter ego naszego bekonorożca nie pojawiła się jeszcze w serii Equestria Girls, jest więc w całości twoją kreacją. Ma wypasioną chawirę, kamerdynera i rodziców nadzianych jak pierogi ruskie mojej babci. I to wszystko spoko, podobnie jak zrobienie z niej materialistki podobnej do Sunset w pierwszym Equestria Girls. Tyle że do tego próbuje rozpracować magię metodami naukowymi, w sposób podejrzanie podobny do alter-Twalota (co trochę do niej nie pasuje, bo jednak Sunset nie ma aż takich skłonności do zafiksowywania się na punkcie jednej rzeczy). Do tego ma laboratorium w piwnicy, a jej rola w fabule to pomoc w przedostaniu się do Equestrii (poprzez skonstruowanie piekielnej machiny analogicznej do tej zbudowanej przez Twalota w drugim EqG) plus wygłaszanie dialogów o przyjaźni, od których aż bolą zęby. Wybacz, ale ludzie tak nie mówią. Nawet jeśli ktoś jest skrajnym cynikiem i uważa przyjaźń za bzdurę rodem z bajek dla dzieci. To brzmi wyjątkowo infantylnie, nawet jak na standardy MLP. Rolą alter-Sunset jest też dziwienie się wszystkiemu co equestriańskie, żeby alter-M6 musiały jej co chwila wyjaśniać rozmaite aspekty świata przedstawionego. To byłoby nawet niezłe wprowadzenie w uniwersum MLP dla kogoś, kto widzi je po raz pierwszy... tylko że akurat tu, na tym forum, wszystko to już wiemy. (Czy ten fanfik nie był aby pisany bardziej pod fandom Kodu Lyoko niż MLP? Bo sprawia takie wrażenie). Zasadniczo uważam, że na obecnym etapie można byłoby ją spokojnie wywalić i zastąpić alter-Twalotem. Wszystko, co byśmy stracili, to wiedza, którą i tak już mamy, oraz dialogi o tym, jak to przyjaźń ssie i nie ma sensu, które są strasznie drętwe. Czyli byłoby nawet lepiej. Fanfik się wprawdzie dopiero zaczyna i może alter-Shimmerka ma jeszcze do odegrania jakąś większą rolę fabularną, ale na razie jest kompletnie zbędna. Alter-M6 i dwie Sunset Shimmer przechodzą więc do Equestrii i kucyfikują się. Equestriańska Shimmerka zostaje alikornem, a alter-Twalot nie. Autor decyduje się zignorować „Legendę Everfree”, o czym informuje nas w przypisie. Nie czepiam się tej decyzji (jak to ujął jeden z moich ulubionych internetowych recenzentów, UncleMroowa, „jak dla mnie możesz zamienić Batmana na wielkiego królika, jeśli tylko wymyślisz jakieś uzasadnienie”), pozwolę sobie jednak zwrócić uwagę, że ignorowanie części materiału źródłowego jest nieco zabawne w kontekście poprzednich postów w tym wątku, pełnych niemalże redditowej obsesji na punkcie szczegółów oryginału Ale tak ogólnie, jak już wspomniałem, nie mam z tym problemu, zwłaszcza że zalikornizowana Sunset Shimmer ma potencjał jako wunderwaffe Kryształowego Królestwa, którego Xana się zupełnie nie spodziewa i którego nie ujął w swoich kalkulacjach. Equestria okupowana jest przez podmieńców, Discorda i Nightmare Moon, panuje wieczna noc, a wszystkimi głównym drogami maszerują wielkie armie podmieńców (z jakiegoś powodu nie lecą, choć przecież podmieńce mają skrzydła). Po dłuższym czasie, korzystając z mapy otrzymanej od Zecory, alter-M6 i dwie Shimmerki docierają do Kryształowego... ...a tam Cutie Mark Crusaders (czyli dzieci) robią za zwiadowców. W czasie wojny, kiedy to nie jest zwykła zabawa w podchody i kiedy wiąże się to z groźbą śmierci. I w czasie, kiedy dorosłe kuce (Flurry, Thorax i inni) zosatły ewakuowane, bo jest zbyt niebezpiecznie. Co w tym obrazie jest nie tak? Hm, zastanówmy się... A, i jeszcze razi mnie interpretacja niektórych postaci – serialowa Rainbow Dash nie przywołuje co chwilę procentowego ekwiwalentu jednej piątej, a serialowa Rarity nie jest jednak aż taką stuprocentową mimozą i potrafi zebrać się w sobie, kiedy trzeba się poświęcić dla przyjaciółek. To na razie tyle, bo tu fabuła się kończy. I żeby nie było, że tylko marudzę – niektóre motywy mają potencjał. Na przykład motyw wykorzystania koszmarów przez Nightmare Moon do osłabiania morale obrońców Kryształowego Królestwa. Podobnie jak przeniesienie mechaniki oryginalnego Kodu Lyoko na equestriański grunt... Pisz dalej. Ale zwróć uwagę na przywołane powyżej kwestie, zwłaszcza na hermetyczność powodującą niezrozumienie fanfika u ludzi, którzy z Kodem Lyoko nigdy styczności nie mieli – bo na razie, na własne życzenie, odstraszasz sobie czytelników. Ostateczny werdykt?
  12. Gemacht. Ziemia Święta [Slice of Life][Tourist] Temat 2. Luna Vult i Celestia Akhbar Nie będzie herbatnika [Political][Comedy] Temat 3. Chimeryczna rodzinka: Discord, Dyskurs i Dysfunkcja Proszę słonia [Crossover][Comedy] Temat 6. Noc, krew i kły Poczekaj, Kiedyś Przyjedzie [Slice of Life][Rail] Temat 8. W szponach chaosu Życzę jury miłego oceniania.
  13. Księżniczka Kadecja pozdrawia sąsiednie województwa.

    1meblg.jpg

  14. Przeczytałem trzy ostatnie rozdziały, wypadałoby się wypowiedzieć. Dwa rozdziały poświęcone były zakulisowym rozgrywkom gabinetowym, mieliśmy okazję więc zobaczyć najpierw trochę dyplomacji w działaniu i poznać frakcje działające w Imperium Wschodzącego Słońca. Dyplomacja i polityka zdecydowanie za rzadko występują w fanfikach, a zawsze uważałem je za bardzo ciekawe rzeczy, które pozwoliłyby np. pokazać Celestię jako faktyczną przywódczynię equestriańskiego państwa. Tutaj Celestii nie ma, ale to wciąż sama przyjemność poznawać poszczególne strony, ich racje i sposób działania oraz cyniczny do bólu komentarz Courta (no tak to działa, niestety). Ogólnie bardzo miła przerwa od tłuczenia się. A trzeci rozdział to kolejna bitwa. Tym razem z udziałem Piękny koncept i totalnie mający sens w ramach uniwersum - aż dziwne, że w innych fanfikach wojennych go nie widziałem (w sumie przypominam sobie podobne pojazdy tylko w FoE). Opis bitwy świetny, nie jest niepotrzebnie rozwlekły i czytelnik cały czas wie co się dzieje. A do tego mamy cliffhanger na końcu rozdziału, a choć zwykle nie cierpię tego zabiegu, to reszta była na tyle dobra, że tu ma on u mnie taryfę ulgową. Ciekawi mnie co z Rainbow Dash, ale o tym pewnie dowiemy się w kolejnym rozdziale.
  15. Uff, przeczytane. Uwaga, komentarz może zawierać złośliwości, jad, przytyki, czepialstwo, spojlery i śladowe ilości czerstwych żartów. Może powodować raka, choroby serca i ból dupy, albowiem jego autor, choć nic do autora fanfika nie ma i życzy mu wszystkiego najlepszego, nie ma zamiaru powstrzymywać się przed negatywną oceną jego wypocin. No, to wstęp mamy już za sobą. Jedziemy! Zacząć trzeba od strony technicznej. Która nie byłaby taka straszna, gdyby nie kilka naprawdę irytujących błędów. Przykładowo, pomimo iż trochę fanfików już przeczytałem (w tym sporo słabych), nie widziałem wcześniej takiego, w którym imię Spike'a odmieniałoby się jako „Spikie'go”. Gdzieś znalazłem też „zabraliśmy go jeleniĄ”, co wywołało u mnie gigantyczną salwę śmiechu. (Od razu mówię, że nie zaznaczałem błędów w tekście, bo z oszczędności transferu – i żeby móc fanfika czytać w samolocie – zgrałem sobie wszystko na telefon w formie plików .txt). I weź przepuść wszystkie rozdziały przez automat zamieniający podwójne dywizy (--) na myślniki (–). Ktoś bardziej wrażliwy ode mnie pewnie zwróciłby uwagę też na stylistykę zdań itp. (fanfik, zwłaszcza w początkowych rozdziałach, często brzmi jak historia opowiedziana przy piwie i nie, to nie jest zaleta – zostaw włączony dyktafon na stole przy piwie z kolegami, a potem spisz DOSŁOWNIE wszystko, co się tam nagrało, i spróbuj to przeczytać), ale moja wrażliwość na te aspekty została mocno stępiona przez wieloletni kontakt ze słabą literaturą, więc tu ci nie pomogę i nie powiem, co jest do poprawy. Postacie można podsumować bardzo szybko – dwóch Garych Stu (męskie wersje Mary Sue) i banda idiotów. Jeśli były jakieś wyjątki, to słabo rozwinięte. Kapitan i jego towarzysz są zdecydowanie zbyt idealni, zwłaszcza kapitan. Tu pewnie autor stwierdzi, że wcale nie, przecież mają liczne wady... okej, tyle że cierpią na podstawową przypadłość Garych Stu – zdają się być otoczeni Niewidzialnym Bąblem Zarąbistości, który zakrzywia czasoprzestrzeń tak, że nic poważnego im się nie może stać (a w efekcie całe napięcie siada). Luna szpieguje kapitana we śnie? Co tam, zna się chłop na świadomym śnieniu i potrafią wypierniczyć stamtąd samą Władczynię Snów! Kapitan zostaje ciężko ranny? Nic to, jest napompowany magią i błyskawicznie się leczy! Zatrzaśnięci w celi bez wyjścia? Spoko, wbrew podstawowym zasadom więziennictwa Ceśka i Luna nie kazały rozebrać pojmanych do rosołu i nie zabrały im wszystkiego, co ci mieli ze sobą, dając w zamian jedynie więzienne pasiaki (albo, z braku strojów dostosowanych do anatomii więźniów, jakieś prześcieradła dla przyzwoitości), dzięki czemu kapitan-McGyver i jego płaszcz z zaszytą w nim połową Ikei wyciągają wszystkich z opresji przy pomocy tunelu wykutego w ciągu kilku dni w litej skale, właściwie bez snu i na okrągło ze śpiewem na ustach (fizycznie niemożliwe – rozumiem że to Ślązacy, ale nawet naturalne dla osób z tego regionu powołanie do kopalni ma chyba jakieś granice). Mogą zawisnąć za piractwo? E tam, tak naprawdę to nie, a poza tym Twilight się za nimi wstawia! Sam diabeł przybywa po nich z piekieł? SAM BÓG ICH CHRONI! No i w rezultacie ich przygody nieszczególnie mnie obchodziły, bo jak tu się przejąć, skoro wiadomo, że po wszystkim okaże się, że tak naprawdę nic im nie jest? Przy okazji, doceniam próbę urozmaicenia ich postaci poprzez wykorzystanie gwary śląskiej (jako zamieszkały we Wrocławiu, oznaczonym na lingwistycznej mapie Polski jako „nowe dialekty mieszane”, bardzo lubię wszelkie regionalizmy), ale szkoda, że pojawia się tak rzadko. Jestem zdania, że powinna w większym stopniu nadawać charakter rozmowom kapitana i starszego oficera albo nie powinno jej być wcale. Celestia i Luna są zwyczajnie głupie. To bardzo częste w fanfikach, ale nagminność nie jest usprawiedliwieniem wykroczenia, a poza tym to część problemu z Niewidzialnym Bąblem Zarąbistości, jaki otacza naszych Garych Stu – cytując nonsensopedyczny poradnik, w konfrontacji z nimi każdy okazuje się zaradny jak anemik i inteligentny jak warzywo (scena we śnie z Luną, przesłuchania). Rozumiem, że w założeniu mieli być wyjątkowo sprytni, ale tworzenie takich bohaterów to naprawdę niełatwe zadanie – autor musi być odrobinę inteligentniejszy od każdej ze swoich postaci. Nie, nie uważam autora za idiotę, uważam tylko, że zrobił idiotów ze wszystkich dookoła głównych bohaterów, chcąc z nich samych zrobić spryciarzy. Wyszło trochę nie w tę stronę co miało. A dać się zirytować tekstami rodem z gimnazjum to coś naprawdę niegodnego władczyni z tysiącletnim doświadczeniem. Twilight za to zdecydowanie za szybko przechodzi do porządku dziennego nad przebywaniem na jednym statku z osobami, które na jej oczach zabijały kuce i zniszczyły statek Celestii. Powinna najpierw wzbraniać się wszelkimi możliwymi sposobami przed wciągnięciem na pokład (i bez żadnych wymówek z mokrymi skrzydłami, jest alikornem i Powierniczką Elementu Magii, jakiś sposób na pewno by znalazła), a po wciągnięciu na pokład i zamknięciu w kajucie strzelić focha jak stąd do Newport News. O rzezi jeleni już nie mówię i nie, to, że stanowiły załogę statku, z którego pochodził zabójca gryfiej pani doktor, nie stanowi żadnego usprawiedliwienia. Serialowa Twilight to porządnisia, która poza Celestią świata nie widzi. Zrobienie właśnie z niej adwokatki piratów to wybitnie karkołomne zadanie – moim zdaniem w tej roli znacznie lepiej sprawdziłaby się Rainbow Dash, której znacznie mniej potrzeba byłoby do uznania, że piraci wymiatają, są awesome i cool, a ich statek to już w ogóle. Spike'a nie ma. To znaczy jest, a jakoby go nie było. Jego rola sprowadza się do istnienia i jednorazowego pobiegnięcia z wiadomością. Nie służy nawet jako mobilny faks, a pomysł skorzystania z niego w ten sposób nie wpada do głowy ani Twilight, ani Celestii – choć jest kilka momentów, kiedy odległość między nimi jest stosunkowo niewielka, a sporo by to pomogło. Załoga statku pirackiego zlała mi się w jedno. Brakuje tam wyrazistych postaci, które zapadłyby w pamięć. Można o nich powiedzieć tyle: chleją, piracą, rozrabiają i boją się kapitana. Trudno to nazwać charakterem. Papuga nazwana po ś.p. polityku nie jest złym motywem (jest trochę za inteligentna jak na zwykłą papugę, ale mieści się to w granicach mojego zawieszenia niewiary), tyle że autor zdecydowanie za często o niej zapomina. Jest przedstawiona, potem długo jej nie ma, zjawia się na chwilę raz czy drugi, potem znowu jej nie ma, a potem pomaga w więzieniu. A potem znowu jej nie ma. Jej chamskie komentarze bardzo ożywiłyby wiele momentów fanfika. Pora zacząć znęcać się nad fabułą. Tu taka drobna rada od kogoś, kto „humanów” kilka ma już na koncie. Jeśli piszesz fanfika, w którym ludzie trafiają do Equestrii – przemyśl to poważnie. Jeśli jeden z bohaterów jest bardzo mocno wzorowany na tobie – przemyśl to trzykrotnie. A jeśli to w dodatku twój pierwszy fanfik – to... napisz coś innego. Serio, ten motyw jest niesamowicie wyeksploatowany, a do tego z jakiegoś powodu większość decydujących się na jego użycie łomocze go na okrągło w ten sam sposób. Tutaj za pomocą dość nietypowego settingu (fanfiki dziejące się na morzu to rzadkość) udało się uniknąć może tego, że ten fanfik brzmi jak tysiąc innych... ale irytującego marysuizmu głównych bohaterów już nie. Naszych bohaterów poznajemy na środku Atlantyku, który, jako mechanicy ze stoczni, przemierzają statkiem. I to nie byle jakim statkiem, lecz prawdziwą pływającą fortecą z mnóstwem dział, pancerzem grubym jak świnia, silnikiem który pójdzie na wszystko co się pali i najnowocześniejszym wyposażeniem nawigacyjnym. Tu wypadało powiedzieć coś więcej. Jeśli statki, jak twierdzą niektórzy, posiadają dusze, to Żelazny Orzeł zasługuje na miano honorowego Gary'ego Stu. Jest OP do potęgi entej. Wszystkie inne jednostki bierze taranem na raz, a armaty i, co niezwykłe, zaklęcia, nic mu nie robią – pewnie ma na wyposażeniu generator pola antymagicznego. Bez trudu rozwala całą flotę Equestrii czy okręty jeleni, które wypowiedziały piratom wojnę. Problem? Ten sam co z idealnością głównych bohaterów – jak tu się przejąć ich losami, skoro w zasadzie nic im nie zagraża? O ciężkich bitwach z morskimi potworami, które rzeczywiście stanowią jakieś zagrożenie dla jednostki, dowiadujemy się z opowiadań, ale ich nie doświadczamy. Do tego miał być zamówiony przez jakiegoś miliardera ze Stanów... a wyposażony jest jak okręt wojenny. Nie wydaje mi się żeby to w ogóle było legalne. Jak przeczytałem, jak on właściwie wygląda, moje zawieszenie niewiary pękło z trzaskiem. Jakiś nieco podrasowany jacht, ze sporym arsenałem pod pokładem – okej, to byłbym w stanie przełknąć, ale cholerny okręt wojenny? Co ten facet chciał tym statkiem robić, zatopić całą flotę Raula Castro i odbić Kubę? Czy też szykował się na apokalipsę zombi? Dobra, idziemy z fabułą. Mamy sztorm, puf – załoga znika, jesteśmy w Equestrii (później ni z gruchy ni z pietruchy główni bohaterowie mówią coś o wojsku, co z niczego wcześniejszego nie wynika), a nasza dwójka postanawia zostać piratami. I ta decyzja jest największym problemem tego fanfika. Wpływa ona na wiele późniejszych wydarzeń, a motywacje bohaterów i sposób podejmowania decyzji pozostawiają wiele do życzenia. Sprawia ona wrażenie strasznie wymuszonej i podjętej nie w wyniku autenycznego procesu myślowego, a „bo tak mówi fabuła”. I autor chyba zdaje sobie z tego sprawę, bo później próbuje to uzasadniać – że niby magia, że kapitan był niepewny (on miałby się czegokolwiek bać? Nigdy! On tylko był niepewny!), że rząd może ich pociąć na kawałki (bo, cytując pewną parodię My Little Dashie, „to jest po prostu coś, co rząd robi”), co by nasz rząd zrobił z kosmitami... (swoją drogą to szczególnie zabawne, jeśli przyjmiemy za „rząd” nie agencje i instytucje, a Beatę Szydło, Mateusza Morawieckiego i tak dalej – ciekawe jakie miejsce miałby kapitał kosmiczny w Planie Odpowiedzialnego Rozwoju). Okej, nabijam się z tego, ale tak na serio uważam, że ta ostrożność w kontaktach z miejscowymi jest znacznie mądrzejsza niż ślepy entuzjazm, który pojawia się w większości opowiadań typu „brony w Equestrii” – to, że coś wygląda jak w kreskówce dla dzieci, nie znaczy, że będzie się zachowywało w kreskówce dla dzieci (gry z serii Touhou są bardzo zdradliwe pod tym względem). Tylko że chwilę później dwaj kamraci lądują na wysepce o wybitnie podejrzanym wyglądzie, o której również nic nie wiedzą, zgodnie z Prawem Wygody Fabularnej całej utytłanej w paliwie nadającym się znakomicie do ich silnika. I postanawiają zająć się piractwem. Tym samym przekreślając całkowicie swoje szanse na stałym lądzie, bez najmniejszej próby nawiązania kontaktu. I z góry zakładają (przypominam – nic nie wiedząc ani o tym świecie, ani o jego mieszkańcach), że dadzą radę przepić tego czy innego lokalsa. I że uda im się wygrać z nimi pojedynek na rękę. I że w tym świecie ręczna broń palna nie istnieje (choć istnieją armaty). I że po zastrzeleniu jakiegoś przypadkowego gościa cała wyspa nie rzuci się na nich. I mają rację. Niewidzialny Bąbel Zarąbistości wszedł ostro. Swoją drogą kapitan ma być przypadkowym gościem, który znalazł się w tej sytuacji, w której się znalazł, w wyniku okoliczności. A ma pistolet i umie się nim podługiwać, choć w Polsce bynajmniej nie jest to coś typowego. Aż by się prosiło o jakieś wyjaśnienie, że, nie wiem, kapitan należał do zorganizowanej grupy przestępczej i dlatego tak łatwo przyszła mu decyzja o wyborze tej a nie innej drogi życiowej w nowym świecie czy coś podobnego... Przeskakujemy kilka lat w przód. Piraci sieją spustoszenie na morzu, a z jeleniami mają wręcz otwartą wojnę – a mimo to większość equestriańskich marynarzy uważa ich za legendę. I tak, wiadomo, że piraci starają się pozostać w ukryciu, a sytuacja między Equestrią i Rushią jest napięta, ale chyba jakiś handel jednak prowadzą, a i prasa przecież istnieje w tym świecie... jeśli mowa o otwartym konflikcie, to jakieś wieści chyba by się przedostały. Twalot płynie sobie statkiem, pojawia się Żelazny Orzeł i rozwala statek, a fioletowego alikorna wyławia załoga na wniosek starszego oficera, który jest broniakiem i jara się na widok Twalota jak ja na widok angielskiego Intercity 125. Dowiadujemy się, że celem rozbicia statku było to, żeby galera nie mogła ostrzec innych... ale z jakiegoś powodu piraci nie pozabijali całej załogi, tylko tym, którzy nie zginęli w zderzeniu, pozwolili odpłynąć szalupą, tym samym niwecząc cały sens swojego ataku. Z późniejszych wątków dwa zasługują na szczególną uwagę. Jeden to Niewidzialny Bąbel Zarąbistości ogłupiający Ceśkę i Lunę podczas przesłuchań, dzięki któremu piratom uchodzą na sucho odzywki rodem z gimnazjum. A drugi... to wątek nadprzyrodzony. Autorze, dobra rada: wejdź w archiwum forum, poszukaj dzieła pod tytułem „Anioł z Ponyville” i poczytaj komentarze. Doradzam niezwykłą ostrożność, jeśli w ogóle chcesz dotknąć świata nadprzyrodzonego w swoim dziele. Mefistofeles dybiący na Celestię i Lunę i odstraszany jedynie przez Niewidzialny Bąbel Zarąbistości (w dodatku w tym momencie zapewniany przez samego Najwyższego, który z jakiegoś powodu uważa dwóch rzezimieszków za godnych Swojej opieki) o tej ostrożności bynajmniej nie świadczy. Podobnie jak scena ze św. Piotrem... Mnie to nie uraża. Mam prawie trzy dychy na karku i przez te lata wyhodowałem sobie na tyle grubą skórę, że jestem w stanie czytać teksty z karachana bez uczucia obrzydzenia. Ale ostrożnie, bo może trafić się ktoś bardziej wrażliwy na tym punkcie. Pora się zabrać do rzeczy, która mnie w tym fanfiku naprawdę irytowała. A jest nią konstrukcja świata przedstawionego. Nie, nie mam nic do zamieszczonych map, nie mam nic do samego pomysłu Czarnej Wyspy (poza tym, że fakt, iż jest utytłana w paliwie, trochę za bardzo śmierdzi mi wygodą fabularną). Nie mam nawet nic do tego, że w tym świecie mówią po angielsku i po polsku (choć to też trochę zbyt wygodne). Mam coś do poziomu technicznego Equestrii i w ogóle całego świata. Zdaję sobie sprawę z tego, że materiał źródłowy nie do końca może się zdecydować w jakiej epoce się dzieje i trochę miota się od ściany do ściany, niepewny, czy świat przedstawiony ma być stricte baśniowy, czy też ma być jakąś wariacją na temat współczesności. Ale, do jasnej ciasnej, elektryczność to oni na pewno mają, a choć Twilight może i byłaby zaskoczona widokiem elektrycznego tramwaju, nie byłby on dla niej nieodgadnioną zagadką, podobnie jak blacha spawana. Wyspa, jak bardzo by się nie rozwinęła od czasu, kiedy piraci zainstalowali na niej akap monarchię konstytucyjną i nawieźli łupów, raczej nie odleciałaby całej reszcie świata aż tak daleko, jak fanfik zdaje się sugerować. Serialowa Equestria zdecydowanie nie jest w średniowieczu. Stawiałbym raczej na przełom dziewiętnastego i dwudziestego stulecia. A te ciągłe gadki o tym, jacy to ludzie inteligentni, jakich to oni niepojętych rzeczy nie zbudowali i jak bardzo Equestria nie jest w tyle za nimi są strasznie irytujące. To jak te wszystkie opowiadania TCB, gdzie kuce są święte, a ludzie to potwory – tylko w drugą stronę. Tutaj mamy super-zarąbiście-fajnych ludzi i kuce, które potrafią tylko gapić się z niedowierzaniem i z otwartymi pyskami na ich wynalazki. Dlaczego tak mało osób pisze fanfiki, w których kuce mogą być dla ludzi równorzędnymi partnerami (bez skojarzeń), a obie cywilizacje w jakiś sposób wzajemnie się uzupełniają? A teraz nadeszła pora, na którą nikt nie czekał. Panie i panowie... uwaga, nadciąga rant miłośnika kolei. Do dziewięćdziesięciu kilometrów na godzinę rozpędzi się ta lokomotywa. Powstało jej 1822 sztuki, co czyni ją najliczniej wyprodukowaną lokomotywą w Polsce. A towarowe, choćby nawet bardzo chciały, nie rozpędzą się do stu osiemdziesięciu kilometrów na godzinę. W Polsce zdecydowana większość pociągów towarowych, zwłaszcza tych z ładownymi węglarkami, porusza się z prędkością maksymalną... siedemdziesięciu kilometrów na godzinę. Pewnie, istnieją też szybsze. Zwłaszcza za granicą, w Europie Zachodniej i Stanach Zjednoczonych (kolej towarowa ma się w USA bardzo dobrze). Tyle że i one pojadą maksymalnie sto dwadzieścia kilometrów na godzinę, a prędkość ta dotyczy tylko najszybszych pociągów kontenerowych na najlepiej utrzymanych głównych liniach. Ba, większość pociągów pasażerskich w Polsce nie jest w stanie osiągnąć tych stu osiemdziesięciu kilometrów na godzinę, które nasi bohaterowie przypisują pociągom towarowym. To jest EU07. Najpopularniejsza lokomotywa PKP Intercity. Jest to konstrukcja licencyjna, opracowana przez firmę English Electric na początku lat 60. XX wieku, a następnie produkowana we wrocławskich zakładach Pafawag i, po pewnych przeróbkach, w poznańskiej fabryce Cegielskiego aż do roku 1992. Obecnie narodowy przewoźnik pasażerski posiada 236 takich lokomotyw, z czego 150 w zmodernizowanej wersji EP07. Ich prędkość maksymalna to zaledwie 125 km/h. Pojazdów zdolnych osiągnąć wyższą prędkość jest w tej chwili na ilostanie firmy 142, z czego tylko 30 osiąga więcej niż 160 km/h (dziesięć lokomotyw Husarz, prowadzących pociągi do Berlina, oraz dwadzieścia pendolin). Nie mówiąc już o tym, że w Polsce można rozpędzić się najwyżej do 200 km/h na kilkunastokilometrowym odcinku Centralnej Magistrali Kolejowej. A teraz zajmijmy się zagranicą. Trzy razy dziewięćdziesiąt to dwieście siedemdziesiąt kilometrów na godzinę. Hmm... nie. Jasne, superekspresy pomykają sobie trzysta i więcej, ale nawet w Niemczech czy Francji większość pociągów, nawet dalekobieżnych, jest w stanie rozpędzić się najwyżej do 200 km/h, co jest warunkowane wytrzymałością sprzęgów i aerodynamiką wagonów. Nawet specjalnie przystosowane zestawy wagonów typu Railjet, kursujące w Austrii, Czechach, Szwajcarii i na Węgrzech, są w stanie jechać najwyżej 230 km/h. A nie wspomniałem nawet o tym, że prędkości maksymalne są maksymalne i że w najlepszych kolejowo krajach też istnieją liczne odcinki, gdzie pociągi swojego maksimum osiągnąć nie mogą, choćby dlatego, bo linię kolejową zbudowano wzdłuż rzeki i podąża ona za jej zakrętami. NIE. Nie zwiększy. W najlepszym razie uruchomi zawór bezpieczeństwa. W najgorszym – rozsadzi kocioł. Kotły parowozów buduje się z uwzględnieniem ich maksymalnego ciśnienia roboczego (w polskich parowozach z międzywojnia zwykle kilkanaście atmosfer). I jest to ciśnienie bez trudu możliwe do utrzymania, a nawet przekroczenia, przy zwykłym paleniu węglem. Do tego ciśnienia dostosowane są też tłoki, rozrząd pary i cała armatura. Dlatego właśnie kotły wyposażane są w zawory bezpieczeństwa, które po prostu upuszczają nadmiar pary do atmosfery. I to właśnie stałoby się z dodatkową parą, wydzieloną po wrzuceniu do pieca dopalacza. Chyba że equestriańscy inżynierowie są idiotami i zaworu bezpieczeństwa w swojej konstrukcji nie umieścili. Wówczas – bum. Okej, pora na jakieś podsumowanie... Jak chyba można zauważyć, nie bardzo mi się to podobało. Przyznam szczerze – przeczytałem ten fanfik bardziej dla beki, tak samo jak ogląda się kiepskie filmy typu „Mega Rekin kontra Gigantyczna Ośmiornica”. No i w tej roli sprawdził się nieźle, bo niektóre sposoby, na jakie objawiał się Niewidzialny Bąbel Zarąbistości, były przezabawne. Ale dobre to to nie jest. Nie zniechęcam jednak autora do dalszego pisania. Tylko niech spróbuje czegoś innego. Ale „Upadłego z niebios” nie tknę. Powód? No właśnie.