Jump to content

Strona Główna  |  Ogłoszenia  |  Lista Fanfików  |  Fanpage  |  Feedback

Advilion vs Zegarmistrz  

9 members have voted

  1. 1. Kto uwolnił więcej mocy i zwycieżył?

    • Advilion
      3
    • Zegarmistrz
      6


Recommended Posts

Kilka prostych gestów i okalające okrągłą arenę znicze zapłonęły, oświetlając pomieszczenie. Posiadały one formę gadzich paszczy, a ich przeraźliwie długie ogony okalały podtrzymujące sklepienie filary. W oczodołach wykonanych ze srebra bestii brakuje szlachetnych kamieni, lecz w centrum areny możecie dostrzec zestawione na stalowym stojaku pryzmaty. Zostały one ustawione tak, aby nie tylko przechwytywać wiązkę światła słonecznego, ale też odbijać ją z powrotem, ku gigantycznej kuli wodoru.

 

Specjalne zaklęcie ochronne sprawi, że się nie poparzycie. Poza tym, utworzy wokół wiązki aurę, dzięki której zdobione diamentami płaskorzeźby będą połyskiwać, dodając miejscu charakteru. Zatem, jak widzicie, mieliśmy naprawdę dobry powód, by zrezygnować z kamieni w oczach srebrnych gadów. W ich przypadku efekt nie byłby tak zadowalający.

 

Gigantyczny mechanizm znajdujący się pod areną zaskoczył, a pośród sal rozległy się odgłosy współpracujących kół zębatych, klikania zapadek, zgrzyty oraz szurania. Odbijały się echem na całej arenie, zaś spadający z sufitu pył mógłby pogryźć w oczy, o ile nie przeszkadzałoby mu właściwe zaklęcie. Za moment arena znajdzie się na odpowiedniej wysokości, by system pryzmatów mógł chwycić jakiś promień. Podłoże drży niespokojnie, ale nie musicie się o nie martwić. Wytrzyma wszystko.

 

 

role_reversal_by_lestrangelady-d7b2ady.j

 

 

Już za chwilę obejrzymy starcie między Advilionem, a Zagarmistrzem! Dla jednego z nich, będzie to prawdziwy "chrzest ognia", który z całą pewnością dostarczy nam emocji i nakarmi oczy niezapomnianym widowiskiem. Zegarmistrz ma już za sobą całe mnóstwo zażartych batalii, zaś Advilion staje do walki po raz pierwszy. Być może, ich potyczka przejdzie do historii. Czy tak będzie? Już za chwilę się przekonamy.

 

W tym pojedynku, uczestnicy będą ograniczeni limitem postów, wynoszącym 12 wiadomości. Pamiętajcie o panujących pośród sal zasadach i nie dajcie się zaskoczyć!

 

Gotowi? Zatem, do boju!

Edited by Hoffman

Share this post


Link to post
Share on other sites

Oczekiwanie... interesujące uczucie. Wiesz, że coś nastąpi, ale musisz na to poczekać. Na coś miłego albo też zupełnie na odwrót, budzącego niepokój. A on czekał na obydwie te rzeczy naraz. Wiedział, że przeciwnik ma doświadczenie w walce, z którego nie omieszka się skorzystać. Pierwszym krokiem do porażki jest niedocenianie przeciwnika. On nie zamierzał popełnić tego błędu.

Nasunął na oczy czarny, kowbojski kapelusz i sprawdził jeszcze raz czy był dostatecznie przygotowany. Talia kart tarota była na swoim miejscu, zupełnie tak jak się spodziewał. Wprawdzie potrafił czarować bez niej, ale używanie kart było bardziej efektowne. Wyciągnął trzynastą, zatytułowaną "śmierć" i spopielił ją w magicznym płomieniu, biorącym źródło w jego dłoni. Ta jedna karta mogłaby skończyć pojedynek przed jego początkiem, co byłoby nieuczciwe względem oponenta. Oprócz tego była ogromna ilość o wiele ciekawszych sposobów na zwycięstwo. Nim jednak się je osiągnie, trzeba rozpocząć bitwę. Uważnie obserwował jej pole, nie chciał przecież przegapić zapewne efektownego wejścia przeciwnika.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Ruchoma arena. Hoffman wiedział jak urozmaicić mu życie.

Mógłby ot tak wejść, ale to było by zbyt proste. Ludzie oczekiwali czegoś więcej. Czegoś wspaniałego. A on po raz kolejny stawał na arenie by im to ukazać.

Lecz każda kolejna walka niesie ze sobą ryzyko. Powtórzeń, małostkowości, zwyczajnej nudy.

I tego musiał uniknąć.

A nic nie rozpoczynało dobrego pojedynku tak dobrze, jak dobre wejście w dobrym stylu.

Już w szatni Zegarmistrz badał arenę Okulusem. To proste acz skuteczne zaklęcie szpiegujące ukazało mu kolejny wspaniały twór, jakim mógł się pochwalić ten Magiczny Przybytek. Ruchome miejsca były istnym zabójcom dla wszelakich zaklęć teleportacyjnych. Co innego gdyby użyć zaklęć kotwicznych.

Okulus wykwitł w jednym z krańców areny niczym trujący kwiat - zgniłozielona kula migoczącej energii która rozrastała się z każdą mijającą sekundą.

A kiedy rozmiar był wystarczający, kula pękła jak balon z wodą, rozlewając zieloną posokę na wszystkie kierunki.

I w taki oto sposób Zegarmistrz ukazał się publiczności.

A przede wszystkim, w ten oto sposób ukazał się przeciwnikowi, ociekający trucizną, zabójczy lecz tylko jeśli nieodpowiednio się zbliżysz.

Zegarmistrz na ten pojedynek wybrał prosty strój. Ciemna zieleń była dominującym kolorem, który pasował do czarnych butów oficerskich, czarnego pasa i rękawic sięgających łokci. Jego ramie zdobił prosty naramiennik, bez żadnych zdobień, zaś twarz kryła się pod kapturem zaciągniętym mocno poza linię czoła.

- Witaj mój oponencie. Witaj księgo mądrości z której planuję się uczyć i czerpać. Witajcie droga publiczności, drodzy widzowie, damy, panowie. Witajcie i niechaj przyniosę wam wspaniałe widowisko.

Jego głos był ciężki, nie znudzony, co to to nie, ale zwyczajnie stary i być może zmęczony.

Lecz to nie maskowało go w żaden sposób. Bowiem jeśli jego przeciwnik mógł wyczuć magię, to zwyczajnie by go wyśmiał.

Bowiem obecnie stan Zegarmistrza przedstawiał poziom ledwie nowicjusza, młodzika który jeszcze podglądał co tam mistrz wyciągnie z rękawa.

Planował to zmienić w najbliższym czasie, choć potrzebował ku temu lepszych okoliczności. A te z pewnością przyjdą same, wszak jego przeciwnik wydawał się odpowiednią osobą do rozbudzenia takowych.

I choć energii chwilowo nie posiadał za wiele, to jednak mógł dogryźć tym i owym.

- Rektus!

Z jego dłoni wystrzeliła dość spora zielonkawa chmura, kryjąc go przed oczami oponenta. Lecz nie było to zwykłe zaklęcie maskujące, bowiem tam gdzie owa zielonkawa cholera dotknęła areny pozostawiała osad wypaczający powierzchnie.

- Korupcja.

Wszystkie miejsca powoli zamieniały się w ruinę, to było nieuniknione. Tak jak i rozprzestrzenianie się trującej chmury na arenie. I każde z zarażonych przez nią miejsc coraz bardziej ulegało skażeniu. Skażeniu, które tworzyło jego strefę rażenia.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Widocznie przeciwnik nie miał zamiaru poświęcać zbyt dużo czasu na uprzejmości. Advilion wprawdzie wolał okazać oponentowi szacunek, ale tamten nie miał zamiaru zwlekać, więc tylko ściągnął na chwilę kapelusz z głowy, aby wyrzec jedno krótkie słowo.

- Witaj - choć głos brzmiał młodo, czuć w nim jednak było swoiste doświadczenie, dające znać, że czarodziej swoje już przeżył.

Wkładając z powrotem swoje nakrycie głowy, rozejrzał się szybko po polu walki. Powoli trawiąca je zielonkawa chmura, nie pozostawiała żadnych wątpliwości. Trucizny, podlegające magii ziemi. A najlepszą odpowiedzią na zaklęcia z tej szkoły jest przecież żywioł odwrotny, czyli powietrze.

Nie było czasy na efektowną zabawę w karty, przeciwko temu przeciwnikowi znacznie lepszym wyborem wydawały się magiczne formuły, nie porażające wprawdzie wyglądem, za to niszczące swoją siłą.

- Oczyszczenie.

Te krótkie i pozornie słabe zaklęcie, nie miało razić prosto w oponenta, lecz w jego magiczne sztuczki, pozbawiając je włożonej w nie mocy. Gdyby jednak wrogie zaklęcia okazały się za silne, mag miał już w zanadrzu drugą opcję, pozwalającą oddalić się od niebezpiecznego podłoża, zarazem zapewniając mu lepszą mobilność.

- Lewitacja.

Efekt był łatwy do przewidzenia, rzucający to zaklęcie magik uniósł się w powietrze. Jednak przecież nie tylko obrona miała znaczenie, ważny był też atak. A pomysł na ten wydawał się ciekawy i co ważniejsze, skuteczny.

- Zamieć.

Niewidoczne kropelki wody znajdujące się w powietrzu, zaczęły zmieniać swą strukturę, aby stać się krótkimi, acz ostrymi kawałkami lodu. Zmniejszająca się temperatura także przy okazji mogła pomóc, oczywiste jednak byłoby to, że przeciwnik, podobnie jak on sam, był odporny na mróz. Lekki jego strój nie wydawał się dostatecznie wytrzymały, by ochronić się przed zmierzającymi w jego kierunku, ostrymi jak miecze kryształami lodu. Siłę nadawał im wicher, biorący swe źródło niedaleko pryzmatów, zapewniających magom światło. Z każdą sekundą wiatr nabierał większej mocy, kontrolowany jednak nie mógł uczynić żadnej krzywdy swojemu twórcy, czego nie można było powiedzieć o jego oponencie, który musiał się zmierzyć już nie z jednym żywiołem, lecz dwoma, tak samo silnymi.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Czuł jak jego magia słabnie. Jego oponent okazał się dobrym analitykiem. Z każdą chwilą jego Korupcja traciła na sile, a z nią, on tracił możliwości.

Lecz nie osłabienie było problemem, a ta cholerna wichura, posyłająca w niego lodowe szpikulce. Wprawdzie nie były one aż tak niebezpieczne jak pokazowe, mimo tego wolał raczej nie mieć z nimi kontaktu. Kilka już go musnęło, rozcinając na razie tylko ubiór, ale czuł też jak każde trafione miejsce zamarza, a co za tym szło, te ostrza mogły go załatwić przy jednym konkretnym trafieniu.

Nie mógł wylewitować się z tego, bowiem miał pewność iż przeciwnik zestrzelił by go niczym jakąś kaczkę na strzelnicy. Zatem, trzeba było wykorzystać to, co było pod ręką. A pod ręką miał światło pryzmatów.

- Ambustio Adamantis.

W miejscu gdzie światło trafiało w pryzmat pojawił się drugi, lecz mający liczne pęknięcia. A kiedy światło padło na niego, stały się dwie rzeczy.

Pierwszą był fakt, że na chwilę arena zgasła w ciemności.

Drugą było pojawianie się licznych, nieregularnych linii, które dosłownie rozpoczęły wypalać podłogę i ściany. Oj, lepiej nie stawać im na drodze. Zegarmistrz zaś upewnił się, że jeden z większych promieni stał na drodze. Lodowych kolców i jego osoby, przez co uderzyła w niego tylko ciepła para, pozostałość po chwilę temu zabójczym ataku.

- Rotacja.

Nieregularny pryzmat rozpoczął się obracać, najpierw powoli lecz nabierając coraz większego pędu. A co za tym idzie, arena zamieniła się w iście dyskotekową nawierzchnie, gdyby nie fakt że w dyskotekach światła nie są skoncentrowanymi wiązkami ognia. Nawet on miałby problem z uniknięciem wszystkich promieni, gdyby nie fakt że był odporny na własną magię.

Zegarmistrz zrobił kilka kroków w tył, w te drobne ilości trującej mgły które mu zostały i rozpoczął przygotowywać kolejne zaklęcie, tym razem nie tylko ofensywne, ale i takie, które pozwoli mu na odzyskanie części sił, które już były mu odebrane, jeszcze przed rozpoczęciem pojedynku.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Advilion nie ukrywał satysfakcji z tego, że udało mu się zadać rany dla przeciwnika. Nie było jednak czasu na cieszenie się. Walka była jeszcze nieskończona, a oponent odpowiedział z taką samą siłą, jeśli nie większą.

Ogniste promienie raziły zbyt gęsto, aby ich uniknąć. Trzeba zareagować szybko, inaczej walka mogłaby skończyć się za szybko.

- Aegis!

Maga otoczyła cienka warstwa powietrza, skutecznie blokująca niemalże całą siłę wrogiego zaklęcia. Właśnie, niemalże. Wciąż panowało niemiłosierne gorąco,  a w miejscach w których tarcza była wyjątkowo słaba, promienie parzyły ukrytą pod ubiorem skórę. Nie były to rany śmiertelne, lecz piekący ból znacząco utrudniał skuteczny kontratak. Advilion szukał w swojej pamięci zaklęcia, które przywróciłoby mu przewagę. Znalazł.

- Oxytolle

Zaklęcie pozornie nie robiło nic. Pozornie, gdyż tak naprawdę pozbawiało tlenu całą arenę. Poza oczywistym skutkiem, czyli osłabieniem przeciwnika brakiem tego życiodajnego gazu, wiązki płomieni zmniejszyły swą średnicę, a pozbawione ognistej otoczki, stały się łatwymi do uniknięcia promieniami, na dodatek niemalże niegroźnymi. Czar mógłby zakończyć tę walkę, ale Advilion domyślał się, że przeciwnik ma już w zanadrzu odpowiedź na to zagranie, na dodatek rzucenie dwóch tak potężnych zaklęć w tak krótkim odstępie czasu znacząco osłabiło maga.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Potrzebował chwili żeby zrozumieć co się dzieje. I dlaczego jego krtań zwężała się niczym ściśnięta niewidzialną dłonią. Padł na kolana krztusząc się własną śliną, zaskoczony brakiem powietrza niczym ryba wyciągniętą z wody.

Tak, przeciwnik był nie tylko Inteligentny. był też zabójczo skuteczny.

W normalnych okolicznościach musiał by przeczekać ten moment, wszak utrzymanie próżni na otwartym terenie było wyczerpujące nawet dla niego. Ale walczyli w zamkniętej przestrzeni co tylko potęgowało moc zaklęcia.

Na jego szczęście był dobry w zaklęciach niewerbalnych, pod warunkiem że te były wspomagane odpowiednimi narzędziami.

Jego magiczna chmura mimo wszystko unosiła się wokół niego, lecz nie mogła zastąpić powietrza. Natomiast posłużyć jako medium - jak najbardziej.

Wyrył w niej kilka magicznych znaków zanim krew zaczęła pukać mu do głowy. Wspaniałe uczucie, mógł polecić je każdemu.

Znaki zalśniły żółcią, wypalając chmurę od środka. Ta zaś zamieniła się w bańkę, powoli wypełnianą powietrzem sprowadzonym z poza areny.

Kiedy już odzyskał oddech uśmiechnął się nerwowo. Wystarczyła by chwila zwłoki a byłby zwyczajnie martwy. Zimny pot wystąpił mu na czoło kiedy brał kolejne ciężkie oddechy. Nie docenił swojego przeciwnika a teraz zbierał za to baty. Tyle dobrego że chociaż zaklęcie zadziałało jak powinno. Teraz musiał tylko przygotować odpowiednie miejsce i może, ale tylko może, uda mu się odwrócić szale na swoją korzyść.

Wiedział już, że oponent znał się dobrze na magii żywiołów, czy to rozpoznając ją i analizując, czy też używając takowej. Zatem ataki czysto żywiołowe z pewnością będą mniej skuteczne. A co za tym szło, trzeba było uderzyć inaczej.

Nigdy nie lubił używać dwa razy tych samych zaklęć w dwóch różnych pojedynkach.

Lecz tym razem zamierzał uczynić wyjątek.

Cięknąca kito zmętnienia. Aroganckie naczynie obłędu!

Zgotuj przód i zaprzecz! Martwiej i migocz! Zakłócaj sen!
Czołgana królowo żelaza! Błotna lalko wiecznej autodestrukcji!

Zjednocz! Odepchnij! Wypełnij ziemią i znaj swoją bezsilność!

W jego prawej dłoni pojawił się mały kwadratowy medalion który schował do wewnętrznej kieszeni płaszcza, lewą natomiast dosłownie wsadził w przestrzeń, by wyrwać z niej długi miecz o czarnym ostrzu. Zdawać by się mogło, że ostrze pochłania nawet światło, bowiem nie odbijało go, a nawet wydawało się zaginać.

Nieskończony deszcz metalu spada poprzez głosy anielskie.
Pociąg błogosławionej niewiasty, o lufo ze stali,
Odpowiedź na nasze prośby, uwolnij moc.
Nieskończona Nawałnica Ołowiu!

Wbił ostrze głęboko w podłoże areny, co skutkowało istnym gejzerem skał i identycznych kopii owego ostrza, wystrzelonych w powietrze i nie tylko. Owy las rozrastał się bardzo szybko, bowiem "deszcz" wyrastał także ze ścian i sufitu.

- Dobra, zamierzam uderzyć wyjątkowo twardo! Szykuj się! Zgromadź! Rzeko światła która prowadzisz wróżki! Zalśnij! By zniszczyć kły wszelkiego Zła! Rozprosz! O wrót Babilońskich Bramo! Rozwiązanie!

Miecz w jego dłoni rozświetlił się niczym płonąca lanca. A kiedy wepchnął go głębiej w ziemię, reszta ostrzy uczyniła to samo. I kiedy arenę przeszedł oślepiający błysk, rozległ się też potężny huk. To wszystkie ostrza wybuchając posyłały swoje odłamki na wszystkie strony niczym nieskończenie liczne kartacze.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Już prawie się udało. Właśnie, prawie. Przeciwnik nie odpuszczał ani na chwilę, trzeba było działać szybko, inaczej zostałby przebity przez setki czarnych odłamków. Fakt, że przed chwilą niemalże wyczerpał swoje siły, wcale tego nie ułatwił. Za to zaklęcie przeciwnika, mimo iż nie było oparte na magii żywiołów, nadal dało się skontrować przez jeden z czarów czterech elementów. Rzucenie tak potężnego zaklęcia jak to, mogło do końca wyczerpać jego siły. To było szalone. Ale czym było szaleństwo? Szansą na zwycięstwo.

Podniósł ręce do góry, samemu zlatując w dół, dalsza lewitacja w niczym by nie pomogła, a tylko dalej wysysała energię magiczną. Po chwili odłamki, poczynając od najbliższych, zaczęły unosić się do góry, aby rozbić się o zaklęcie zabezpieczające sufit. Wprawdzie niebezpieczeństwo minęło, ale kilka kawałków zdążyło naciąć odsłoniętą skórę rąk. Rany boleśnie krwawiły, ale na całe szczęście nie były na tyle groźne, by sprowadzić śmierć, chyba że walka przedłuży się na tyle, aby ubytek krwi naprawdę mu zaszkodził.

Był wyczerpany, potrzebował chwili odpoczynku, musiał rzucić zaklęcie, które dałoby mu chwilę czasu, nie zużywając przy tym resztek jego energii magicznej.

- Kamienne więzienie!

Z podłoża wyłoniły się skały, z każdą chwilą przybierające na masie i rozmiarze. Popędziły w kierunku oponenta. Wątpił, by tamten dał się tak po prostu się im zmiażdżyć, ale na pewno zapewni mu to chwilę czasu, wystarczającego na regenerację zarówno magiczną, jak i fizyczną.

- Wichrze, ziemio, ogniu! Dajcie mi siłę, abym mógł walczyć dalej!

Zaczęły go otaczać eteryczne smugi w najróżniejszych kolorach, od jaskrawej zieleni do ciemnego brązu, zasklepiające rany i dające energię. Jeśli przeciwnik szybko nie odpowie, mag żywiołów będzie miał jeszcze więcej mocy, niż na samym początku walki.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Skały literalnie zamknęły go w sobie. Otoczył go dość sporych rozmiarów kamienny pokój. A raczej więzienie, bowiem skały z każdą sekundą ściskały się coraz bardziej, pozostawiając mu coraz mniej miejsca i powietrza. A jego ostatnie zaklęcie trochę go wyssało z mocy. Odrzucił w bok resztki zniszczonego miecza które z głuchym dźwiękiem uderzyły o zbliżającą się do niego ścianę. Nie minęła chwila a kamień, szurając po podłożu zmiażdżył resztki miecza na drobny pył.

Co gorsza nie widział swojego oponenta i nie miał pojęcia co też ten robi.

Szybko wyciągnął z kieszeni ową tajemniczą blaszkę, którą tak pieczołowicie chował jeszcze chwilę temu.

- Tempus Furiato

Prędkość poruszania się skały zmalała. Zaklęcie było bardzo wyczerpujące na dużym obszarze, zaś to małe 'pomieszczenie" kumulowało siłę tego zaklęcia, czyniąc je o wiele mniej męczącym niż jest zazwyczaj.

Ale, spowolnienie ścian to nie ich zatrzymanie. To tylko kupienie czasu. Czasu którego potrzebował ponad wszystko inne.

Rzucił przed siebie kwadrat i ten zawisł w powietrzu. Pora na zaklęcia kontrujące wiązane. W tych był specjalistą. I nie wymagały one wbrew pozorom aż tak dużo energii.

Wee ki ra chs Chronicle Key en grandee sos dius yor.
Wee ki ra araus tes soare an giue mea iem.
Was au ga whai pauwel ferda enter whou na nedle sor,
en whai pauwel gaunji yasra whou na cenjue sor tou zuieg
Was au ga, Diasee, Pauwee,
aiph yos delij zuieg, en nedle eterne falfa,
slepir tes pauwel an hyzik,
fatere tes pauwel chs deleir, en ousye yor.

Kwadracik powielił się sześciokrotnie, przez co teraz miał ich siedem. Te zaś zaczęły coraz szybciej latac wokół niego, otaczając go coraz większą ilością magicznej energii. A kiedy miał jej wystarczająco, rozpoczął kolejną inkantację.

Na zewnątrz mogło by się zdawać, że skały zrobiły swoje, bowiem jazgot jaki się rozległ mógł tylko świadczyć o zgniataniu jednej o druga. Lecz ku zdziwieniu publiczności, kiedy skały pękły, oczom jego oponenta ukazał się sam Zegarmistrz zamknięty w siedmiu kolorowych kulach.

Niczym rybka w kulistym akwarium, Zegarmistrz poruszał ustami tkając kolejne zaklęcia które lądowały w jego osłonach, coraz mocniej je wzmacniając.

Każda miała inny kolor, jak i inną prędkość obracania się. Jedna kręciła się leniwie, inna szybko niczym koło w wozie sportowym. Jeszcze inna zdawała by się prawie w ogóle nie poruszać, gdyby nie delikatne drgania umieszczonego na niej kwadraciku. Kwadraciku, który gościł na każdej z tych ochronnych barier.

Jego przeciwnik mógł rosnąc w siłę. Ale nie znaczyło to że Zegarmistrz nie mógł się przed tą siła chronić. Ba. Gdyby udało mu się kupić odpowiednio dużo czasu, to kto wie, może i wygraną sobie kupi?

Share this post


Link to post
Share on other sites

Za szybko, to działo się za szybko.

Wprawdzie miał już siłę do kolejną ataku, ale wciąż nie wystarczającą do ostatecznego unieszkodliwienia oponenta.

Walka będzie trwała jeszcze długo.

Zdziwienie wywołało w nim to, że przeciwnik nie kontratakował. Miał ku temu idealną okazję, mógł już zakończyć bitwę ciosem z zaskoczenia, a dał szansę do ataku dla Adviliona.

Czemu by jej nie wykorzystać?

Ale nie znał zaklęcia, którego użył przeciwnik, tak samo kontry na niego. Będzie musiał eksperymentować, a nie lubił robić tego, gdy mógł przegrać. Przecież o wiele bezpieczniejsze jest utworzenie golema do testów. Lecz tym razem nie miał tej wygody.

A gdyby tak?

To dobry pomysł.

- Flamma, glacies, fulgure, petra, vi divina virtus unita plus quam unum pervideo penetrare!

Cztery magiczne pociski, każdy oparty na innym żywiole, poleciały w stronę Zegarmistrza. Bo gdy sposób zawodzi, wciąż można użyć brutalnej siły, mogącej zlikwidować każdą przeszkodę. Pytaniem było tylko, czy z tą też dadzą radę?

Share this post


Link to post
Share on other sites

Ogień, lód, błyskawica i skała.

4 typy od których zawrzało na arenie.

Lecz nie wszystko poszło po myśli Adviliona.

Pierwsze dwa pociski uderzyły w zewnętrzną, lekko żółtawą tarczę Zegarmistrza z głośnym sykiem, nie czyniąc żadnych szkód. Trzeci pocisk spowodował potężny rozbłysk światła w wyniku którego wielkość bańki uległa powiększeniu. Dopiero czwarty pocisk przeszedł przez pierwszą barierę jakby jej tam nie było, rozbijając się w drobny mak na kolejnej, wyglądem przypominającej jakiś rodzaj gładkiego metalu.

I na to liczył Zegarmistrz, bowiem każda z barier była wyjątkowa, co dawało mu sporo czasu nim przeciwnik je wszystkie rozgryzie.

A w międzyczasie planował mu to utrudnić nagłymi atakami.

Co prawda nie mogły być one nadmiernie silne, ale nawet te słabe czasami są wystarczające.

- Z północy na zachód, z czerwieni w błękit. Ogień, woda, metal, serce. Avariero!

W dłoni Zegarmistrza pojawiły się 4 małe kulki, białe niczym ze szkła. Nie czekając zbytnio rzucił nimi w przeciwnika.

Te zaś, przechodząc przez poszczególne bańki zaczynały nabierać nie tylko pędu, ale i żywiołowej mieszanki.

Jedna wydawała się z ognia, lecz czarnego niczym smoła.

Druga mogła by być bańką wody, tyle że owa woda była mętna i fioletowa.

Trzecia drgała niczym metalowa kula naładowana energią kinetyczną, wszak jeszcze tańczyły na niej ładunki.

Czwarta zaś wydawała z siebie potężne dudnienie, niczym bijące serce, na tyle głośne by rozbolały od tego uszy.

To miało na chwilę zająć przeciwnika razem z zagadką 7 barier które ochraniały Zegarmistrza.

- Metalu, okryj mnie hańbą, ogniu oczyść me żyły. Więzień Mithrilu, władca nieskończoności. Obdarz by zostać okradzionym, umrzyj by móc walczyć.

W Najmniejszej bańce która osłaniała bezpośrednio Zegarmistrza z podłoża wyłoniło się sporej wielkości kowadło. W dłoni zaś jego znikąd jakby ukazał się wielki młot, naznaczany Runami Twórców, tych którzy używali go na długo przed nim. Każdy używający dał z siebie cząstkę by ten oto młot mógł Tworzyć. I to właśnie zamierzał wykorzystać.

Najmocniejszym zamachem na jaki było go stać uderzył w kowadło. Wysoki dźwięk przeszył arenę niczym odgłos pękającego szkła. Uderzenie za uderzeniem, iskra za iskrą, Zegarmistrz planował wykuć sobie zwycięstwo.

- Nie ma odpoczynku dla pokręconych, Runy usłyszcie mnie!

Wokół Zegarmistrza zaczęły unosić się mistyczne Runy, niczym ćmy zwabione ogniem. Uderzenie po uderzeniu, stawały się coraz wyraźniejsze otaczając go licznymi pasami zaklęć.

- Mistrzu kowalski, obdarz mądrością, wolą Tworzenia!

Z niezliczonych Run zaczęły wypływać smużki energii magicznej, spływającej na kowadło, wprost pod jego młot.

- Słowa w metal, wola w ogień. Kowalski to Twór, kowalskiej Magi dziecię.

Zegarmistrz potrzebował czasu by uformować swoje dzieło. Czasu i sporej ilości energii czerpanej wprost z Run.

Lecz miał przeczucie że jego przeciwnik zbyt szybko nie rozgryzie jego obrony, zatem o czas nie musiał się martwic.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Nie wyszło.

Siła nie zadziałała, a posobu nie znał.

Ale nie miał zamiaru się poddać.

Nie dziś, nie teraz.

Miał ważniejsze sprawy na głowie, takie jak pędzące w jego kierunku naładowane magiczną energią energią kulki.

- Festinatio!

Jedno z prostszych zaklęć powietrznych jakie znał. Powodowało ona znaczne przyspieszenie ruchów rzucającego je maga. Idealne do uniknięcia pocisków, dodatkowo nie wykorzystujące dużo energii magicznej.

Kulki poleciały zaś dalej, powodując ogromne zniszczenia na arenie. Zdecydowanie nie chciał nimi dostać.

Obrócił się do przeciwnika, podglądając jego plany. Magia runiczna, tak? Mimo iż ona sama była niesamowicie skomplikowanym gatunkiem magii, to podlegała pod znacznie prostszą szkołę ziemi.

- Run irritum!

To, że nie potrafił się przebić przez osłonę przeciwnika, nie oznaczało od razu, że nie może trochę zamieszać w jej środku. A zaklęcie łamiące runy wydawało się odpowiednią odpowiedzią na to, co oponent zaczynał tworzyć.

Być może to był właśnie sposób, nie atakowanie od zewnątrz, tylko stworzenie piekła wewnątrz? Nie zaszkodzi spróbować.

- Inferno!

Powietrze pod barierami powinno zacząć się nagrzewać, z każdą sekundą powodując coraz to gorsze męczarnie w oponencie. Jeśli on szybko tego nie powstrzyma, sam zacznie się palić.

Ale to nie wszystko, co Advilion miał zamiar zrobić.

- Stali zimna, w milczeniu kryjąca swój gniew, obudź się i powstań z głębin ziem. Walcz za to, co straciłaś, gdy wróg rzucił na ciebie swój cień.

Z ziemi zaczął wyłaniać się ogromny kształt, mający kolor jasnej szarości. Był on golemem, posłusznym swojemu panu i co ważniejsze, całkowicie odpornym na magiczne sztuczki. Bo nie został on tutaj stworzony, on tylko przyszedł na wezwanie swojego władcy.

Powstał na nogi i skierował się ku przeciwnikowi. Nie należał do powolnych, amatorskich konstruktów, o których tak często słyszy się w opowieściach. Był niesamowicie szybki, a jego metalowe pięści zdolne były pojedynczymi uderzeniami niszczyć mury. Albo łamać kości żyjących.

Ciekawe, jak przeciwnik poradzi sobie z tym kolosem niewrażliwym na zaklęcia, będąc w iście piekielnej sytuacji. Naprawdę ciekawe.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Zegarmistrz podziękował by przeciwnikowi gdyby tak naprawdę zwracał na niego uwagę.

Było to karygodne, owszem, lecz nie po to użył najpotężniejszego znanego sobie zaklęcia osłony żeby musieć się przejmować pewnymi rzeczami.

To jak noszenie zbroi - po co to robisz skoro i tak musisz się osłonić mieczem?

Zaklęcie kruszenia runów utknęło pomiędzy 6 a 7 barierą, gdzie wnętrze było wypełnione cząstkami wyłapującymi i niszczącymi nieprzyjazne zaklęcia.

Zaklęcie Inferna zaś pomiędzy 3 a 4, gnie wszystko co ogniste trafiało i było pochłaniane.

Tylko golem był problemem. I to sporym, bowiem skoro odporny był na magię, to i bariery nie były dla niego większą przeszkodą.

Ale po to właśnie go Zegarmistrz potrzebował.

I za jego przyzwanie by ze szczerego serca Advilionowi podziękował.

Kiedy konstrukt ruszył na osłony, Zegarmistrz kończył wykuwać sporych rozmiarów klucz.

Golem przebił się przez największą barierę przy akompaniamencie sporej ilości iskier i błyskawic, kiedy tylko uszkodził kwadracik poruszający się po tejże barierze.

I wtedy arenę zalał dźwięk jakby z rogu myśliwskiego, tak silny że mogły od niego rozboleć uszy.

Lecz golem nie miał uszu, nie wzruszył się dźwiękiem, uderzając w kolejną barierę, metalową, rozbijając ją w drobny mak razem z kwadratem który zdawał się ją napędzać.

I jak uprzednio, arenę zalał dźwięk.

A golem borował się dalej, wchpodząc w nawałnice ognistą, jakby jej tam wogóle nie było. A kiedy zahaczył cielskiem o zawieszony w ogniu kwadrat, jego anty magiczna struktura zniszczyła artefakt.

I znowu rozległ się dźwięk rogu, potężniejszy niż uprzednio.

Golem przebijał się przez bariery szybko, lecz kolejna miała sprawić mu odrobinę trudności, bowiem była z powietrza, tyle tylko że dzięki ciśnieniu wywołanemu magicznie, owo powietrze miało konsystencję betonu. I stwór spowolnił, choć chwilę później rozpoczął istną kanonadę ciosów która dosłownie pokruszyła barierę w drobne.

I zanim jeszcze dobrze rozległ się róg, golem już niszczył kolejną, tym razem wodną barierę.

Po niej zaś ziemną, przedostatnią, bowiem ostatnia była, tak jak i on, anty magiczna, mająca za zadanie zatrzymać wszelaką magię która chciała ingerować w pracę osoby wewnątrz. Prócz tego pochłaniała też dźwięk, energię kinetyczną i cieplną - innymi słowy, wszystko co pochodziło z zewnątrz.

I to w nią golem uderzył z cała mocą. Cios był tak potężny że Zegarmistrz zapadł się razem z kulą na dobre kilkadziesiąt centymetrów w arenę.

A monstrum nie czekało i nie szczędziło kolejnych ciosów, które opadały na osłonę.

A opadały wystarczająco długo by ta nie tylko zagłębiła się w podłożu, ale też nie pokryła cała pajęczyną pęknięć.

A mimo to Zegarmistrz się uśmiechał.

Podniósł klucz z kowadła i wycelował w kwadrat zawieszony bezpośrednio przed nim. A kiedy golem uderzył ostatni raz, rozbijając barierę w drobny mak, on był na to gotowy.

Bariera wybuchła, uwalniając energię którą udało jej się zgromadzić dzięki niszczycielskiej sile Advilonowego pupila.

Kurz wybuchu osłonił Zegarmistrza, ukrywając go przed wzrokiem zarówno przeciwnika jak i konstrukta, lecz tylko na chwilę, bowiem na arenie rozświetliła się nowa pochodnia.

A był nią sam Zegarmistrz.

Kiedy tylko konstrukt go zobaczył, ruszył wściekle i potężnym zamachem wymierzył miażdżący cios w jego głowę.

To trwało jedno mrugnięcie, kiedy Zegarmistrz stanął za golemem z jego ramieniem u swoich stóp.

Monstrum jeszcze nie zrozumiało co się stało kiedy rozpadło się pod naporem setki przecięć powstałych w jego ciele.

- Muszę ci podziękować. Przez spory kawałek czasu próbowałem się pozbyć tej klątwy - co mówiąc powoli podszedł do miejsca gdzie jeszcze chwilę temu stał i podniósł pokruszone resztki blaszki.

- Opracowałem zaklęcie pozwalające spowolnić zabójczą część klątwy na rzecz energii magicznej którą się żywiła. Z czasem też nauczyłem się wykorzystywać te drobinki magii które omijała, a które pozwalały mi na tworzenie zaklęć będących namiastką dawnych zdolności. Udało mi się dzięki temu opracować sposób by nadać klątwie fizyczną postać, mimo że nie posiadałem mocy by ową postać zniszczyć.

Wyrzucił resztki artefaktu, wdeptując je w ziemię z satysfakcją malowaną na twarzy.

- Dobrze się domyślasz, potrzebowałem kogoś na tyle silnego, na tyle potężnego by mógł zniszczyć fizyczną manifestację tego cholerstwa. Kogoś kto uwolni moje umiejętności, moją moc. I za to ci dziękuję, Fierro!

Spod jego stóp wybucha fala żółtawego dymu który dość szybko pokrył arenę gęstą acz niewysoką mgłą. Niewysoką, bowiem ta sięgała najwyżej do kolan i to tylko jeśli ktośsię poruszał.

I była by całkowicie niegroźna gdyby nie dotarła do czarnego ognia który wciąż płonął w miejscu, gdzie trafiła posłana uprzednio przez Zegarmistrza kula.

A kiedy gaz otarł się o ogień, nastąpiła eksplozja. Ogień pokrył cała arenę, wypalając z niej zarówno gaz jak i powietrze.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Na całe szczęście zaklęcie przyspieszające wciąż działało i gdyby nie one, Advilion mógłby już się pożegnać z życiem. Bo nie tylko przyspieszało ono ruchy, lecz i skracało czas reakcji, niczym potężna dawka adrenaliny. Tej zresztą też mu nie brakowało, przecież dopiero co dowiedział się, że jego przeciwnik pokazał mu tylko drobny odłamek swojej potęgi. Ale nie czas, by myśleć, czas, by działać.

- Mocy cyklopów, w podziemiach z ogniem walczących, daj mi odporność przeciw ogniom niszczącym.

Jak powiedział, tak się stało i ogień nie podpalił nawet skrawka jego ubrania. Wszystko było tak, jak powinno. A tlenem nawet się nie martwił, podstawą treningu każdego elementalisty jest w końcu magiczne zabezpieczenie tego gazu, aby uniknąć nieprzyjemnych konsekwencji w przypadku nieudanych eksperymentów, służących odkryciu nowych, potężniejszych zaklęć.

Miał teraz chwilę, by spojrzeć na oponenta, widocznie ucieszonego swoim jakże udanym planem.

- Sprytnie, naprawdę sprytnie - stwierdził z uznaniem. - Nigdy bym na to nie wpadł. Co chcesz mi zaprezentować? Jakie potężne zaklęcie? Bo to, co przed chwilą pokazałeś, znają wszyscy studenci pierwszego roku w mojej akademii. Chyba, że twoja „uwolniona moc" jest równa ich - wiedział, że to na pewno nie jest szczyt możliwości przeciwnika, ale wiedział też o tym, że pogarda wywołuje agresję, a ta osłabia koncentrację, kluczową wartość przy sztuce magicznej.

W międzyczasie obmyślał plan kontrataku. Nie chciał zaczynać potężnym zaklęciem, gdy przeciwnik był pełny sił. Lepszym planem zdawały się ataki o średniej mocy, ale nieubłagane i, co ważniejsze, skuteczne.

- Shidiae! Adrtritio!

Zaklęcie było jednym z najprostszych jakie znał. Odrywało po prostu wszystko, co pochodziło z ziemi, także kryształy, i kierowało to w stronę przeciwnika. Deszcz kryształów i kamieni zdecydowanie nie był czymś łatwym do uniknięcia, ale też jego skontrowanie było łatwe. Lecz nie chodziło o to, by zniszczyć przeciwnika tym atakiem, ważniejszy był czas, potrzebny do wysunięcia się obelisków z ziemi. Stworzone z tej samej czarnej stali, co rodzi golemy, były odporne na magię. I miały pewną właściwość, naprawdę przydatną w tej walce. Gdy zakończą swe zadanie, walka będzie równa, sprawiedliwsza niż kiedykolwiek do tej pory.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Pogarda wywołuje agresję.

Tyle prawdy w tak krótkim stwierdzeniu

Sayan'izm magii? Czemu nie.

- ArrrraaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaAAAAAAAAA!!

Powietrze wokół Zegarmistrz pulsowało mocą tak gęstą, że wszelakie kryształy lecące w niego dosłownie zastygły w drodze.

A jego moc wcale nie planowała się zatrzymać, och nie, to było by nieambitne, a przecież to jego ambicję chciał ukłuć przeciwnik.

I ukłuł.

Nie mając potrzeby do wzmacniania magii formułami, jego moc zyskała najlepszy z katalizatorów - jego ciało.

Wystawił dłoń w kierunku przeciwnika, koncentrując się na przekierowaniu tej mocy.

Lecz zmienił zamysł. Tak, elementalista był dobry w te klocki, uważał się za lepszego może nawet.

Ciekawe jak sobie poradzi bez elementów.

Zegarmistrz podniósł leniwie dłoń w górę, tym razem maksymalizując efekt zarówno wizualny, jak i obszarowy.

Innymi słowy planował uderzyć mocno.

I dużo.

- Infinite Stratos Moon!

Na dłoni Zegarmistrza pojawiła się świetlista kula która rosła aż do wielkości sporego arbuza, rzucając przy tym coraz większe światło. Zdawać by się mogło że trzyma w dłoni mały księżyc. Kula czystej energii, magii która nie posiadała żadnego zabarwienia. Magii Pierwotnej.

- Pusty Umysł, Puste Serce!

Z tym okrzykiem we wszystkie strony poleciały niezliczone kule światła, nie tylko powodując problemy z widzeniem, bowiem ich światło stawało się coraz mocniejsze wraz z przebytym dystansem, ale też problemy z unikiem, gdyż rosły one w oczach. Świetlik niewiele większy od ziarnka pieprzu po oddaleniu się od Zegarmistrza stawał się kulą armatnią. Kulą z dość dużą prędkością i dość sporą energią, kinetyczną jak i magiczną. Co ciekawsze, kule wylatywały coraz szybciej i było ich coraz więcej.

Tym więcej im bardziej szalał zapał ich właściciela. Wnikały one w podłożę, przenikały ściany, sufit. Niczym robactwo, wchodziły w każdy zakątek areny, największe zaś skupisko wybrało za cel jego oponenta, rzucając się na niego z niebywałą prędkością, tak, jakby chwilę temu nie było tylko kuleczkami światła.

A na tym Zegarmistrz nie planował poprzestać.

- Pusty Umysł, Bomba Iluzji!

Jak za dotknięciem magicznej różdżki kule zaczęły świecić równym światłem, jedne czerwonym, drugie niebieskim, gdzie dwie uderzające się niebieskie strasznie przyśpieszały, przenikając jedna przez drugą, czerwone rosły a jeśli obie trafiły na siebie, to i rosły i przyśpieszały.

Efektem czego arena zamieniła się w istny poligon, poligon na którym Zegarmistrz planował przetestować ograniczenia swojej mocy.

Puścił kulę żeby zawisła sama z siebie, samemu wyciągając obie dłonie przed siebie.

- Zobaczmy co da się zrobić z taką potęgą.

Pozwolił by magia przepływała pomiędzy jego dłońmi niczym woda, układała ją, ugniatał, przekształcał i urzeczywistniał. Był medium, przekaźnikiem, który właśnie wykorzystywał swoje przeznaczenie.

Chwycił smugę magii która była na jego dłoni, rozpoczął formowanie jej, przerzucając swoje pragnienia na energię którą operował.

- To będzie zabawne.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Akcja wywołuje reakcję. Przeciwnik zareagował nie na to, co trzeba. Agresja przytłumiła rozsądek. Czyżby, pomimo większej mocy, stał się on słabszym przeciwnikiem? Bo sztuką nie jest posiadanie siły, lecz umiejętne nad nią panowanie.

Zaś Advilion stał spokojnie. Wiedział, że może zginąć, lecz pomimo tego nie miał zamiaru się ruszyć. Jeśli plan by nie zadziałał, nie wyszedłby żywy z areny.

Ale zadziałał.

Czuł energię, potężną moc promieniejącą od pocisków, zdolnych zakończyć jego żywot. Niewzruszony patrzył na zmierzające ku niemu różnokolorowe kule.Już jedna z nich miała spotkać się z nim, wykonać swoje zadanie.

W tym samym czasie obeliski zadziałały.

Wszystkie kule zbladły, po czym zniknęły. Nie czuł już ich mocy.

Był tylko on i jego oponent.

Oboje pozbawieni swej siły, magii, stali niczym zwykli ludzie. Bo tak właśnie działały monolity, oczyszczały teren z siły nienaturalnej, pozostawiając jedynie słabe istoty, zdolne polegać tylko na fizycznej sile.

- Nie masz już swoich zabawek, podobnie zresztą jak i ja - powiedział, wyciągając nóż z kieszeni. Pamiątka rodowa, ozdobiony wspaniałymi wzorami. Pozbawiony wszelkiej magii kawałek stali, którego jedyna szczególną cechą był związany z nim sentyment.

Twarz Adviliona rozjaśnił drobny uśmiech. Przeciwnik polegał na swojej sile, a tej jest łatwo pozbawić, doprowadzić do stanu idealnej równowagi pomiędzy walczącymi. W końcu to jest podstawa magii żywiołów, równowaga pomiędzy wszystkimi czterema. Ale teraz nie miał co liczyć na nią, obeliski były bezwzględne. Albo oboje, albo żaden.

- En garde! - wykrzyknął, zamierzając się na oponenta. Jedno celne cięcie zdolne byłoby zakończyć walkę. - Co mi teraz zaprezentujesz? - zapytał się jeszcze, wyprowadzając atak. W końcu uczył się nie tylko czarowania, lecz także szermierki, która była czymś, co miał we krwi. Nawet jeśli jego jedyną bronią podczas tej walki był ten krótki kawałek stali.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Nie zauważył by różnicy gdyby nie fakt że na wpół gotowy twór rozpadł mu się w rękach. A kiedy skupił się na przeciwniku, ten był już przy jego gardle.

Lekko zdezorientowany chwycił nóż gołą, zdawać by się mogło, ręką.

- Zarzucasz mi brak zabawek, a nie rozpracowałeś własnych?

Urywając kawałek ostrza teleportował się w pobliże jednego z obelisków.

- Widzisz, twoje obeliski są imponujące, to ci przyznam. ALE! Stawiam też na twoją inteligencję. Obeliski negują moc na bieżąco a nie stałe, zgadłem? Na pewno zgadłem, bowiem w obliczu zbliżającego się Turnieju nie zaryzykował byś pozbawienia samego siebie mocy na wieki wieków, prawda?

Co mówiąc zacisnął dłoń w pięść i przygotował się do uderzenia w kamienny monument.

- Widzisz, kto mi kiedyś powiedział na ten temat pewną mądrą rzecz. Jeśli coś wyłącza twoją magię na zasadzie negacji, wytwarzaj ją szybciej, niż to coś ją neguje. Zobaczmy jak szybko 4 obeliski zanegują to.

Na początku nic się nie stało. Zegarmistrz sięgał głeboko0 do wnętrza, wyszukując każdej drobinki jaka mu została. Z tych drobinek wzmocnił przekaz większych drobinek. I jeszcze większych i jeszcze większych.

Trwało to może z 3 sekundy kiedy podłoże pod jego stopami wyleciało w powietrze, odepchnięte niewidoczną falą czystej energii magicznej.

- Zatem tylko tyle? Ta arena jest otoczona silniejszym polem antymagicznym a i z nią dawałem sobie radę. Zatem sprawdźmy co więcej potrafisz.

Zebrał tą energię w pięści i wykonując dość prosty zamach przyłożył ją do monolitu.

Energia rozeszła się po głazie niczym kręgi na wodzie, powoli rozprzestrzeniając się w tworze jego oponenta. A kiedy docisnął tą energię, rozerwała ona ów twór od wewnątrz.

- Widzisz? Wystarczy wytwarzać energię szybciej niż ją negujesz, proste prawda?

Wykorzystując fakt, żę pole negujące osłabło, przyzwał to, co wcześniej rozpadło mu się w dłoniach. Tyle tylko, że nauczony poprzednią zabawą, teraz mógł to zrobić szybciej i efektywniej.

- Its nothing, just my BASS CANNON!

W jego dłoniach pojawiła się dość prosta gitara elektryczna, zaś z ziemi wyłonił się stosunkowo niewielki głośnik.

Z kolei fala dźwiękowa była ciup większa.

Ciup.

Wzmocnił magią fale dźwiękowe, zwiększając zarówno ich częstotliwość jak i siłę nośną, choć najlepszym fragmentem był fakt, że owa fala była całkowicie niemagiczna.

A kiedy uderzyła w pozostałe monumenty, zmiotła je niczym Diva operowa publiczność na bardzo wysokim C.

I tą energię, po zmieceniu monolitów, skierował na przeciwnika.

Share this post


Link to post
Share on other sites

To było szybkie, za szybkie. Nim się spostrzegł, został otoczony przez przeraźliwy jazgot. Trochę niezgodny z treścią zaklęcia, bo wyraźnie wysoki, nie basowy, ale wciąż potężny na tyle, by go ogłuszyć. Na nieszczęście dla oponenta, wciąż za słaby, aby zaszkodzić coś więcej.

Cisza, taka piękna. Ale do kata, ból uszu też był. Być może pękły mu bębenki, to nawet dosyć prawdopodobne. Wprawdzie nie ma niczego, czego magia by nie wyleczyła, lecz i tak będzie potrzebował czasu, aby to zrobić. Teraz musiał po prostu zignorować ból. I wszystko co mówił oponent.

Dla równowagi, pomiędzy nadużywanymi przez niego ostatnio zaklęciami ziemi i powietrza, musiał zastosować zaklęcie z pozostałych szkół. Może by tak ogień?
Najbardziej agresywny z żywiołów, chociaż swą użytecznością wciąż ustępował ziemi czy powietrzu.

- Ściana ognia!

Wbrew temu co powiedział, to nie była jedna ściana, lecz dziesiątki wysokich do samego stropu, piekielnie gorących murów. Ale nie były one nieruchome, takie zaklęcie byłoby zbyt łatwe do uniknięcia. Ruszały się niesamowicie żwawo, wciąż polując na Zegarmistrza, zaś swojego twórcę omijając, nawet jeśli tylko o kilka milimetrów. Z takiej odległości już było czuć żar podobny do czystego bólu. Przeciwnik, gdy zostanie z nimi zderzony, nie wyjdzie z tego bez oparzeń trzeciego stopnia.

Ku jednak wszelkiemu zabezpieczeniu, elementalista postanowił skorzystać jeszcze raz z magii ziemi.

- Korzenie starsze niż pierwszy las, łańcuchy mocniejsze niż czas, zwiążcie swego przeciwnika, niechaj zaklęć mych nie unika!

Jak powiedział, tak się stało. Może niedosłownie, bo „korzenie, łańcuchy" były tylko, a może aż kamiennymi więzami, zaczynającymi okręcać się wokół nóg Zegarmistrza, mając uniemożliwić mu jakikolwiek sposób ucieczki z piekła, jakie miało się wokół niego za chwilę rozpętać.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Wbrew pozorom prędkość ścian nie była aż takim problemem. A raczej nie była by gdyby nie mała drobnostka.

- AGHHRH!! - łańcuchy dość mocno go unieruchomiły. A może były to pnącza? Zegarmistrz nie tracił czasu na analizowanie z czego są te cholerstwa próbujące go zmiażdżyć.

Nic tak nie poprawia skupienia jak zgniatanie i zbliżające się inferno. Czuł jak krople na jego czole nie tylko się pojawiają, ale też natychmiastowo wyparowują. A to dość mocno świadczyło o fakcie że zetknięcie się ze ścianami będzie bolało. Pierwsze liźnięcia ognia zostawiły bolesne bąble na jego skórze, kolejne zaczynały roznosić po arenie zapach spalenizny.

Zużył już jeden strzał, ale nie miał wyboru, musiał zużyć kolejny, bowiem o ile jego zaklęcia miały pokazać jego siłę, o tyle te od przeciwnika miały jeden cel - zabić.

Nie było mądrze pokazywać wszystkie karty przed turniejem, ale tym razem nie miał innego wyjścia.

- MONOCHROM, ŚCIANA!

Z jego ciała wydostała się wibracja tak potężna, że zbliżające się ognie zamarły. Tak potężna, że kolejne odbarwiały świat wokół jego osoby, ukazując go przeciwnikowi w odcieniach czerni i bieli. Z każdą kolejną falą przestrzeń wokół niego drżała coraz bardziej i bardziej, jakoby w strachu przed jego własną osobą. Wygaszał energię która nie była jego, wyniszczał ją wręcz, zamieniając powietrze najpierw w ciesz, a potem w ciało stałe. Bowiem Monochrom to nic innego jak wyciszenie. To nie jedno zaklęcie a cała ścieżka magii tak dzikiej, że większość magów wolała nie ryzykować kontaktu z nią.

W rękach Zegarmistrza mogła ona być ścianą, mogła być osłoną, pociskiem lub nawet całym obszarem. A wszystko co znalazło się pod jej działaniem wiotczało, tak jak pnącza które posypały się w kurz na chwile przed tym jak ogniste ściany zgasły, niczym świeczka na wietrze. Chwilę potem zaś reszta ścian pękła niczym szkło uderzone ciężkim młotem.

A to był tylko początek, bowiem nauczony doświadczeniem wiedział, że przeciwnik nie podda się tak łatwo. Zaś jego Monochrom był idealną kontrą, bowiem ten rodzaj magii nie podpadał pod żaden żywioł. I nie pozwalał takowych kontrolować.

- Monochrom, Bastion.

Tym razem fale zaczęły rozchodzić się niczym kręgi na wodzie. Od jego stóp, po podłodze, poprzez ściany by zderzać się na sklepieniu, zalewając, a może raczej pozbawiając, cała arenę kolorów. Fala za falą, uderzenie za uderzeniem.

- To samonapędzające się zaklęcie, będzie działać do momentu aż go nie cofnę, lub nie stracę przytomności. Pora żebym ci się odpłacił za to małe grilowanie.

Skupił się na następnym działaniu, bowiem nie chciał złamać regulaminu areny, a o to teraz nie było trudno. Pstryknął palcami i na arenie zapanowała kompletna cisza.

To cząsteczki w powietrzu przestały drgać, zaś unieruchomienie ich spowodowało nie tylko zmiany w dźwięku, ale też i obrazie, bowiem ta część areny na której stał Zegarmistrz pokryła się nieprzeniknioną ciemnością. Tak jak zatrzymywał cząsteczki i ich drganie, tak też zatrzymywał samo światło, nie pozwalając mu podróżować po arenie.

Ścisnął dłoń, a powietrze wokół Adviliona zgęstniało, najpierw lekko, prawie niezauważalnie, potem zaś gwałtownie, zmieniając się w substancję beton-podobną. Wiedział że elementalista nie udusi się, udowadniał kilka razy że jest odporny na takie zagrywki, ale wierzył też iż ten będzie miał problemy z poruszaniem się, zaś całość mogła utrudnić też bardziej śmiercionośne zagrywki.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Odpowiadanie na zaklęcia, których się nie zna, jest trudne, nawet bardzo. Szczególnie, gdy nie można korzystać ze swojej magii. Na całe szczęście, drobne zagęszczenie atmosfery nie zaszkodziło mu, za dobrze w końcu znał magię powietrza, czego nie można było powiedzieć o dzikiej magii. Zresztą, tej wolał się nawet nie tykać, była ona zbyt chaotyczna, aby ktoś, kogo zaklęcia opierają się na równowadze pomiędzy czterema szkołami, mógł z nią eksperymentować. Ale w końcu musiał być ten pierwszy raz.

Ale jak walczyło się z czymś tak nieregularnym? Gdzieś w działach zakazanych akademii był o tym jakiś zapis. Gdyby tylko miał czas, aby dokładniej jego zbadać... a teraz musiał polegać na swojej skromnej wiedzy w tej dziedzinie. Albo zastosować sztuczkę, którą pokazał mu kiedyś jego nauczyciel i z której korzystał on do dziś. Mianowicie, chodziło o naprawę magii, tej delikatnej struktury plugawionej przez szarlatanów, sądzących, że bycie czarownikiem czyni ich godnymi walki z prawdziwymi magami..

Wyciągnął z kieszeni drobną, szklaną kulkę, wyglądającą na zupełnie pustą w środku i upuścił ją na ziemię. Roztrzaskała się ona o nią, uwalniając dziwną, eteryczną mgłę. Dla Adviliona wiadome było, że to naprawdę mocno skondensowana energia magiczna. Przetrzymywanie takiej ilości mocy w jednym miejscu było niebezpieczne, ale kto nie ryzykuje, ten nie je. Ale energia nie dążyła do zranienia kogokolwiek z walczących, jej celem było przywrócenie stabilności i co najważniejsze, udało się jej to. Kolory powróciły, a wszystko, co przeczyło harmonii, zniknęło. Teraz z powrotem miał swoją energię. I zamiar jej wykorzystania.

- Sztorm!

Pewnie, zaklęcie nie miało skomplikowanej formuły, ani też trudnego rytuału. Ale o to przecież chodziło w magii, aby rzucać jak najmocniejsze zaklęcia w jak najłatwiejszy sposób.

Zdawałoby się, że podłoże areny jest niewrażliwe na jakikolwiek rodzaj magii. Złudzenia rozproszyły się, gdy zmieniło się one w wodę. Hektolitry płynu zaczęły zalewać wszystko. Adviliona, Zegarmistrza, pryzmaty, resztki obelisków czy golema. Spieniona ciecz formowała się w gigantyczne bałwany, fale wysokie na paręnaście metrów. Ale sztorm to nie tylko zagrożenie ze strony wody, to też energia błyskawic, dążących do spalenia okrętów i zniszczenia jego ładunku.

Kolejne pioruny zaczęły pojawiać się u szczytu areny. Najpierw jeden, potem dwa, cztery, aż w końcu nie było w stanie ich zliczyć. Choć nie poprzestały pojawiać się kolejne, to starsze zaczęły już spadać, wprost na Zegarmistrza, podczas gdy Advilion stał spokojnie na fragmencie ledwo co powstałego basenu, który jako jedyny był całkowicie spokojny i wolny od energii. Umiejętność stania na wodzie to podstawa, coś, czego uczą na pierwszych latach.

Elementalista uśmiechnął się pod nosem.

- I co teraz poczniesz? - powiedział, lecz jego głos nie był i tak słyszalny wśród huku wody i przerażającego jazgotu błyskawic.

To jedno z najpotężniejszych zaklęć z jego arsenału i choć nie zasługiwało na miano najlepszego, to wciąż sprawiało problemy, będąc w stanie w sekundę zatopić setki osób w odmętach magicznej wody. Ale Advilion pozostawił swoje najmocniejsze zaklęcia na koniec, w końcu do tego one służyły, do kończenia. Chociaż, zły by nie był, gdyby wystarczył ten sztorm. Wiedział jednak, że tak się nie stanie, gdyż świadom był siły przeciwnika i błędem byłoby wychodzenie z założenia, iż walka się już zakończy.

Zaczął tworzyć drobne wyładowania na swoich rękach, okraszone drobnymi płomieniami, zdolnymi w jedną chwilę przemienić się w olbrzymie języki ognia, gdy tylko przeciwnik przebije się przez poprzednie zaklęcie.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Kiedy tylko pioruny opadły, arenę przeszedł blask. To tak, jakby w całkowitej ciemności nagle uruchomiono latarnię. Potężne światło zalało arenę, uniemożliwiając dostrzeżenie tego co się działo.

A działo się tyle, że pioruny opadały lecz nie trafiały w Zegarmistrza. Wybuchały ponad jego głową, jakby zderzone z niewidzialną ścianą. Uderzenie za uderzeniem, kolejne błyskawice marnowały swój potencjał, byle tylko opaść i rozbić się w drobny mak. I może dłużej nie wiadomo by było co się dzieje gdyby nie deszcz.

Spływająca w powietrzu woda ukazywała to, czego normalnie oko nie mogło dostrzec.

- I pomyślał by kto, będę musiał użyć Jokera przed turniejem. Trochę wstyd, ale mniejsza. ALASTOR!

Spływająca woda mogła dać dowód wielkości która wykwitła za plecami Zegarmistrza. Kształtem przypominało to wielką zbroję z dwoma gigantycznymi ramionami.

Nie czekając na reakcję przeciwnika klasnął w dłonie. Na efekt nie trzeba było czekać, prawie natychmiastowo olbrzymie ramiona powtórzyły ruch swego pana, wywołując istną katastrofę na arenie.

W pierwszej kolejności woda została zdmuchnięta we wszystkich kierunkach. Fala uderzeniowa była tak mocna, że nawet w kilku miejscach uszkodziła zarówno ściany, jak i podłogę i sufit. Lecz to była tylko dywersja, bowiem po fali nadszedł dźwięk tak mocny, że nawet na trybunach niektórym osobom popękały okulary, kufle czy butelki. Grzmoty błyskawic, dotąd rozchodzące się w sztormie były przy tym tylko cichymi nutami trąbki. Uderzenie było na tyle potężne, że zdmuchnęło nawet przygotowany płomień na dłoniach jego przeciwnika.

A kiedy większość wody została zdmuchnięta, Advilinowi ukazał się Zegarmistrz w wyprostowanej i skupionej pozie. Ręce złożone w dość prostą pieczęć, zacięty acz uśmiechnięty wyraz twarzy. I poruszające się usta.

- Alf Nero hai Rok.

Wokół Zegarmistrza pojawiły się linie z zaklęciami, wyglądające niczym pas pokryty starymi runami. Opadająca woda ukazała że niewidzialny twór, który wciąż był za nim, mimikował jego ruchy.

- Nero Rek Rand Deru.

Kolejna linia dołączyła do poprzedniej, stając się kolejnym pierścieniem orbitującym wokół Zegarmistrza.

- Veluta aeim, quifa quifa, samda maa kaav.

I kolejna.

- Sokom Sokom ra aspu herk unt koffu pau eisu asp asp asp ran.

Cztery pierścienie które unosiły się wokół niego coraz bardziej przyśpieszały, tworząc nie tylko ofensywne zaklęcie, ale też barierę która miała go chronić przed tym co planował uczynić.

- Wyzywam na pojedynek prawa Natury i Rozsądku wzywając to co Potężne! Ignoruję wszelakie Prawa i Potęgi wzywając to co Zakazane! Neru Neru, rak ra rashi!

Przed jego dłońmi nagle pojawiła się kula światła, najpierw mała, potem zaś rosnąca w niebywałym tempie.

- Jestem imieniem które wzywasz, Jestem głosem który Cię wzywa! Jestem Zniszczeniem które manifestujesz! Jestem Drogą którą przebywasz, Jestem Zapłatą którą otrzymasz! Przekuty a wciąż potężny, zapomniany a wciąż Zabójczy!

Kiedy kula rosła, każda kropla magii która jej dotknęła znikała. Nie była negowana, o nie. Była anihilowana. Magia i tylko magia, bo na nic innego to zaklęcie nie działało. Jeśli trafi swojego przeciwnika, to będzie po zawodach, kompletnie zniszczy cała magię w jego ciele. I taki właśnie był jego cel. Kolejne zwrotki zaklęcia tylko wzmacniały ten efekt, jednocześnie nakładając coraz to więcej struktur obronnych na maga. Nie chciał ryzykować, że siebie samego też wykluczy z turnieju pod pretekstem braku magii w ciele.

- Siła zaklęć dzikiej magii jest tym potężniejsza im więcej emocji odczuwa serce maga który jej używa.

Nie bez powodu za punkt wyjściowy wybrał skraj areny. Kiedy wypuści zaklęcie, ogarnie ono całą arenę nie zostawiając żadnych miejsc do ucieczki.

Pozwolił emocjom przelać się w zaklęcie. Frustracji z tylu nieukończonych pojedynków, żalu za nierzucone zaklęcia, tęsknoty za silnym przeciwnikiem. Przeciwnikiem takim jak Advilion...teraz, stojąc tutaj, mógł literalnie uwolnić swoją wewnętrzną bestię. Lets go wild!

- Me dłonie lśnią wspaniałym blaskiem. Ten płomień wspaniałości mówi mi bym Cię pokonał! Przyjmij mój dar! Moją złość, moją miłość, moją przyjaźń i wszystkie moje żale! Rozbłyśnij, Dotyk Pustki!

Przelał w zaklęcie wszystko. A teraz ono wybuchło. Kula którą wytworzył wybuchła oślepiającym blaskiem, który stopniowo acz konsekwentnie zalał arenę. Zaklęcie nie tylko było potężne, lecz zduplikowane poprzez dualną inkantację z Alastorem. To tak, jakby ktoś przywalił w cel atomówką, tyle tylko że pierwsza atomówka była tylko silnikiem napędowym drugiej atomówki. Wybuch był na tyle silny, że ogarniał arenę od ściany do ściany, sufitu do podłogi.

A w środku tego całego teatrzyku stał Zegarmistrz, który tylko dzięki ochronie jaką dawała dzika magia i niezachwianemu postanowieniu w sercu, mógł wytrzymać to co się wokł działo. Wystarczył jeden błąd, a będzie musiał odwołać uczestnictwo w zbliżającym się Turnieju Magicznym. Jeden błąd.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Na taki atak Advilion nie był przygotowanym Te małe płomyczki, pełzające po jego rękach, nie mogły równać się z siłą zaklęcia Zegarmistrza. Za szybko musiał przejść z ataku do obrony, więc tarcza, jaką utworzył była za słaba, by w całości powstrzymać atak, a nawet połowę jego mocy. Advilion czuł, jak zostaje pochłaniany przez piekielny ból. Po raz kolejny przeciwnik udowadniał mu, jaką ma nad nim przewagę. Czy to powód, by już oddawać mu zwycięstwo? Nie, walka musiała trwać do końca.

Siła zaklęcia zwaliła go na kolana, a całe ciało bolało, jakby zostało potraktowane tysiącami smagnięć biczy. Opadł na ręce, dotykając dłońmi do podłoża areny. Będzie musiał wyciągać z siebie ostatnie siły, aby rzucić chociaż najsłabsze zaklęcie. Przynajmniej bliskość żywiołu ziemi ułatwiała mu koncentrację. To pewnie będzie jedno z ostatnich zaklęć, jakie rzuci w tej walce. Nie miał nawet siły wypowiedzieć formuły, wzmacniającej zaklęcie, po prostu rozkazał żywiołowi wykonać swoją wolę.

Z podłoża areny zaczęły wyłaniać się kamienne mury. Nie były one majestatyczne ani potężne, lecz poszarpane i niskie, chociaż rosły powoli. Otoczyły zarówno Adviliona, jak i Zegarmistrza. Przebicie się przez dwie osłony zawsze wymaga zużycia większej ilości energii, niż przy jednej. Nie martwił się tym, że sam nie mógł atakować, potrzebował tylko chwili na zregenerowanie sił, aby po raz ostatni zaatakować pozostałą mu energią, choć wiele mu jej nie zostało. Cóż, pozostało mu liczyć na to, że przeciwnik sam ją wyczerpie, próbując dokończyć dzieła. Niektórzy pewnie nazwaliby to tchórzostwem, lecz dla niego to był rozsądek. Nie na darmo mówi się przecież, że to bohaterowie zawsze giną pierwsi.

 

Pozwolił zaklęciu wyjść spoza swojej kontroli, zacząć rozprzestrzeniać się, tworząc kolejne blokady, dzielące dwóch magów. Bo przecież magia nie jest siłą samą w sobie, lecz kontrolą nad znacznie większą, potężniejszą mocą. Zmęczenia nie powoduje rzucenie potężniejszego zaklęcia, lecz kontrola nad większą częścią energii. A teraz rządzi ona sama sobą, tworząc osobny byt, neutralny, nie stojący po żadnej ze stron i nikomu nie podlegający, prawdziwie wolny. Skała twardniała nie po to, by obronić Adviliona, robiła to, aby zapewnić sobie przetrwanie. To zrozumiałe, przecież nikt nie chce zginąć, nawet pozornie zimna i nieczuła ziemia. Tego się uczył, zrozumienia żywiołów i na swoje szczęście, był w tym mistrzem. Oznaczało to, że magia nie była w jego rękach niewolnicą, lecz przyjaciółką, służącą z samej dobroci serca, którego według wielu nie miała. Jak wielki popełniali w swym myśleniu błąd...

  • Upvote 1

Share this post


Link to post
Share on other sites

Wspaniałe. Wspaniałe. Wspaniałe. Wspaniałe. Wspaniałe. Wspaniałe. Wspaniałe. Wspaniałe. Wspaniałe. Wspaniałe. Wspaniałe. Wspaniałe. Wspaniałe. Wspaniałe. Wspaniałe. Wspaniałe!

Kiedy opadł blask, spodziewał się ujrzeć krater i zgliszcza swego oponenta. A zamiast tego ujrzał niezachwianą skalną ścianę, która skutecznie oddzielała go od czegokolwiek za nią. A była tak wspaniale dzika, że pozostało mu tylko podziwiać. Kto by pomyślał, że jego przeciwnik też mógł korzystać z dzikiej magii. Choć zdawał się to robić nieświadomie.

Zegarmistrz podszedł do jednej ze ścian i położył na niej dłoń. Wola która w niego uderzyła była wspaniała, zalewała go niczym dobry alkohol w ciepły wieczór. Upijała go, zachęcała i wręcz kusiła.

A on nie planował być głuchy na owe prośby.

Cel: dobić się do przeciwnika, który mógł być gdziekolwiek za którąkolwiek z tych magicznych ścian. Więc najpierw trzeba było go zlokalizować.

- Alastorze, maestro, muzyka.

Zamknął oczy i jak uprzednio, tak i teraz klasnął w dłonie. Tyle tylko, że zrobił to słabiej. Klaśnięcie nie było silne, lecz zaraz za pierwszym udało się drugie, rozchodząc się niczym echo po arenie. Stał przez chwilę pozwalając by dźwięk emanował na wszystkie strony, odbijając się od ścian, sufitu, podłogi. W ten sposób określał gdzie i co jest na arenie. A kiedy skończył, miał już wybrany cel.

- Powoli nadchodzi koniec. Mechanizm uruchomiony przez Hoffmana nieuchronnie zbliża się do swego miejsca przeznaczenia.

Co mówiąc spojrzał na mały kieszonkowy zegarek wystający z jego kieszeni. Już teraz był gotowy walczyć w turnieju, mógłby się poddać, by nie zdradzać co lepszych zaklęć zarówno przeciwnikowi na arenie, jak i tym, którzy siedzieli dziś na widowni. Ale z drugiej strony, dlaczegóż miałby się martwić?

Jego przeciwnik zasługuje na szacunek, a jakże inaczej mógłby go okazać jak nie dając z siebie wszystkiego co umie?

I z tą myślą zaczął kształtować kolejne zaklęcie.

- Wzywam Niszczyciela, niechaj upadną Niebiosa i blask wszelaki Gwiazd. Odrzucam bogów, ażeby zgnili w swej wieczności. By wrót Piekielnych bramy otworzyć, by wezwać zniszczenie gorsze od śmierci.

Jego dłonie wybuchły czarnym dymem który szybko rozniósł się po tej części areny na której stał. Dym poruszał się niczym chmara owadów, co rusz owijając się wokół Zegarmistrza. I kiedy ten uniósł dłoń ku górze, dym skupił się na niej, zbierając się w czarną sferę.

- Z narzędzi ofiarowanych, z mocy darowanej, z krwi przelanej i duszy zasmuconej. Z radości do grzechu i cnoty do walki. Tyś jest Gniewem, tyś Chciwością, tyś pochłaniaczem, Anihilatorem jutra!

Czarnawa kula na jego dłoni zmieniła barwę na purpurowy, zaś jej powierzchnia pokryła się licznymi pęknięciami.

- Odbierz to co ci należne. Pochłoń to czegoż ci trzeba. Ostrze czerni i zimna, wyrwij się z oków Niebios, potęgo zdolna skruszyć ducha bogów, stańże się moją wolą, moim ramieniem i mim gniewem! Przeto powstań! Ainecorwdo Erztso!

Kula pękła, zamieniając się w sporych rozmiarów topór. Ów oręż był dwa razy większy niż sam Zegarmistrz, lecz pewnie wisiał w powietrzu, utrzymywany silnym ramieniem Alastora.

Nie czekając aż zaklęcie się rozpadnie, jego moc bowiem była zbyt ryzykowna nawet dla niego, zamachnął się, jakby trzymał ową broń zniszczenia. I choć przez chwilę nic się nie działo, to jednak Alastor robił swoje - jednym silnym zamachem kierując ostrze poziomo ku barierze oddzielającej go od wroga. Ostrze zaś skrupulatnie niszczyło i pochłaniało wszystko co magiczne na swojej drodze, bowiem była to wspaniała alternatywa od pochłonięcia magii użytkownika.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Jaką miał władzę nad dzikim żywiołem? Żadnej. Poczuł już, że tylko odwleka to, co nieuniknione. Swoją porażkę. Dowiedział się, że przeciwnik może znać odpowiedź na każde jego zagranie. W przyszłości będzie musiał zwiększyć swój arsenał, poznać zaklęcia, dzięki którym osiągnie swoje upragnione zwycięstwo. To jednak nie był tamten dzień. Stał na pozycji, z której nawet najpotężniejsze zaklęcia nie miały szans go uratować. Mógł tylko patrzeć, jak przeciwnik żeruje na jego magii w próbie zaspokojenia nieskończonego głodu potęgi, pułapki, w którą wpada wiele osób. A on nie mógł niczego z tym zrobić.

Przegrał. Być może niedosłownie, gdyż wciąż miał siły, dzięki którym mógł przezwyciężyć ciężar swojego ciała. Spalonego niszczycielską i chaotyczną magią Zegarmistrza. A mówili, że w zegarach najważniejsza jest ich dokładność, a głośność ich bicia jest sprawą podrzędną. Aż takie błędy popełnili w swym rozumowaniu? By pomylić artystę, swym kunsztem i dokładnością biorącym za serca, z barbarzyńcą, który jedyne co potrafi to wybicie kilku zębów swoją pięścią? A on przegrał z kimś takim. Co mu było po finezji i sztuczkach, wymyślaniu nowych dróg dojścia do przeciwnika za pomocą czterech znanych żywiołów, gdy został zmiażdżony prymitywną, lecz niszczycielską siłą?

W ostatnim geście nakazał dla ziemi podarować mu ostrze. Prosty miecz, bez żadnych ozdób, dobrze wyważony, lecz nic poza tym, nawet ostry nie był. Miast wyciągnąć go z ziemi, oparł się o niego i spoglądał spokojnie na Zegarmistrza, żerującego na jego magii. I tak nie mógł nic z tym zrobić, poddał się. Nie wymagał niczego, tylko patrzył w oczekiwaniu na koniec walki. Nie musiał już robić nic, tylko spojrzeć bez cienia strachu w oczy przeciwnika. Oraz zadać mu pytanie.

- Powiedz mi jedno, Zegarmistrzu. Czy przegrałem z tobą, czy z twoją magią? - powiedział z uśmiechem. Cicho, lecz wystarczająco głośno by go dosłyszał. Nawet na samym końcu nie rezygnował z szansy na ugryzienie ambicji, wykorzystania siły grzechu pychy. - A może moją własną, którą tak ochoczo mi zabierasz? - skłamał. Przecież nigdy nie miał swojej magii, jedynie korzystał z dobrej woli tej energii. Ale nie każdy przecież to musiał wiedzieć, a już w szczególności ten pełen chciwości barbarzyńca.

Wyjął ostrze z ziemi i przyjął pozycję obronną. Był pewien, że ogarnięty gniewem przeciwnik nie zrezygnuje z szansy wyżycia się na pokonanym, potraktuje go jako manekin do ćwiczeń. Z tą tylko różnicą, że ten manekin potrafił przyjąć gardę i odbić ostrze, nawet tak gigantyczne i podtrzymywane siłą nie z tego świata. Bo jego siła pochodziła z tego świata. Powstrzymanie ostatecznego ciosu to ostatnia rzecz jaką zrobi przed tym, jak czas dobiegnie końca, a on będzie mógł swobodnie odejść z nowo zdobytą wiedzą i zaledwie kilkoma ranami.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Kiedy jedna z broni uderzyła w druga, stała się rzecz logiczna, acz przez wielu pewnie nieoczekiwana.

Ostrze które dzierżył Alastor wybuchło, niczym zrobione ze szkła. Nie było to wina zaklęcia, to było potężne, nawet można by rzec, zbyt potężne.

nie była to też wina Alastora, wbrew pozorom nie był on silny, choć jego energia płynęła od tego, kto go wezwał.

Była to wina Matki Ziemi, która odpowiedziała na prośbę prostym, acz czystym mieczem. Zaś co lepiej się nadaje jako izolator dla magii jak nie czyste żelazo? Zegarmistrz mógł postawić swoją najlepszą parę kapci na to, że oponent albo nie przewidział własnego działania, albo wbrew pozorom był lepiej przygotowany niż na to wskazywał. Rozsądnie, wszak kto chciałby pokazywać wszystkie sztuczki przed Turniejem?

Zegarmistrz patrzył ze smutkiem na kawałki zaklęcia znikające w powietrzu. Słyszał zgryźliwy komentarz Adviliona, ale cóż poradzić?

Zegarmistrz od początku planował wystawić silne karty, ba, najsilniejsze jakie posiadał. Czy było w tym coś złego?

Czy jego przeciwnik sam nie zadecydował o spaleniu jednej ze swoich najsilniejszych kart?

Czy nie mógł lepiej się przygotować do walki?

Liczył na coś, a zawiódł się iż tego nie otrzymał, szukał odpowiedzi w przegranej, która nie była mu może pisana, a którą sam poniekąd na siebie ściągnął.

Taka arogancja nie mogła być tolerowana.

- Dobre pytanie. Z czym przegrałeś mój drogi? Ze swoją magią, którą pozwoliłeś sobie odebrać? Z moją magią, którą próbowałeś mi odebrać? Czy ze mną? Nie przewidywałem twoich ruchów, starałem się tylko popisać przed naszą wspaniała publicznością. Oddałem ci w tej walce wszystko co miałem prócz honorowej śmierci, ta wszak jest zakazana. Czy dobrze postąpiłem? Czas pokaże, mamy przed sobą jeszcze Turniej do rozegrania. Mam tylko nadzieję, że to co dzisiaj tutaj ujrzałeś pozwoli ci czegoś się nauczyć.

Zegarmistrz rzucił raz jeszcze okiem na klepsydrę która widniała koło tablicy odmierzającej czas.

- Pora na nas, za chwilę Hoffman zakończy naszą walkę. Wykorzystam ten czas by, mimo wszystko, podziękować ci za wspaniały bój. I na dobrą radę. Pamiętaj, nie zawsze wszystko jest takim, jakim byś chciał lub oceniał. I nigdy nie mów że przegrałeś, bo przegrywasz dopiero, kiedy uznasz swoją porażkę. Rzuciłem w ciebie wieloma silnymi i potężnymi czarami. mimo to nadal stoisz, czy to o czymś nie świadczy?

Pstryknął palcami i postać Alastora wpierw zamigotała, potem zaś rozpadła się jak uprzednio broń.

- Słyszałem że otworzyli niedaleko stąd jakąś dobrą karczmę, Pod Gryfim Ogonem albo Pazurem, jakoś tak to szło. Kto wie, może dane nam będzie się napić, do tego czasu zaś, pozdrawiam!

Co mówiąc udał się w kierunku wyjścia z areny, które teraz stało otworem. Musiał co prawda jeszcze poczekać na werdykt sędziów, ale mogli go równie dobrze poinformować o porażce, bądź wygranej, w karczmie.

Share this post


Link to post
Share on other sites
Guest
This topic is now closed to further replies.

×
×
  • Create New...