Jump to content

Strona Główna  |  Ogłoszenia  |  Lista Fanfików  |  Fanpage  |  Feedback
Zegarmistrz

Arena XXVIII - Hoffner vs Nimfadora Enigma [zakończony]

Hoffner vs Nimfadora Enigma  

6 members have voted

  1. 1. Kto został TWOIM zwycięzcą i potężnieszym sztukmistrzem/ sztukmistrzynią?

    • Hoffner
      4
    • Nimfadora Enigma
      2


Recommended Posts

second_round_by_famosity-d5mrfv1.png

 

Tym razem organizatorzy wybrali jedną ze starszych, choć nie mniej wspaniałych aren - Wieżę.

Szeroka kamienna budowla, u podstawy mająca lekko ponad 200 metrów, pokryta setkami obrazów, zapomnianych przez świat. Coraz wyższa i wyższa, skręcająca się spiralnie ku niebu. Niebu, którego nie było widać. Podłoga wykonana była z białego marmuru, ściany zaś z obsydianu, odpowiednio wzmocnionego zaklęciami by zawodnicy nie zwalili sobie budowl9i na głowy. Lecz to co stanowiło o wyjątkowości Wieży było jej wnętrze - setki różnej wielkości dzwonków zawieszonych na prawie, że niewidocznych linach. Zamknięte wcześniej w nich zaklęcia tylko czekały na potrącenie kielichów by uwolnić zebrane w sobie niespodzianki. Czasami były to psikusy, jak dym czy drobne osłony, a czasami kule ognia i lodowe kolce. Na szczycie zaś zawieszony był największy z dzwonów, na tyle wielki by swym potężnym głosem oznajmić początek walki.

 

Oto przed wami kolejni wojownicy, potężni magowie którzy stoczą tutaj bój ku naszej uciesze. By zostać ocenionym przez widownie i by dowieść swej siły. Hoffner, jak dotąd wygrywał każdą walkę w pięknym stylu, Lecz czy dotrzyma kroku Nimfadorze Enigmie, która jak dotąd mogła zachować wszystkie swoje sztuczki i tricki? Zatem, do boju!

Edited by Hoffman

Share this post


Link to post
Share on other sites

Niepotrzebny prolog:

Ostatnią rzeczą, jaką pamiętała z pojedynku, po przebudzeniu się przy biurku, gdy herbata już dawno zdążyła wystygnąć, a świeczki pod nią zgasnąć, były podziękowania jednorożca za starcie i jego prezent, który z niewiadomych przyczyn znalazł się zawinięty wokół jej prawej ręki, by go przypadkiem nie zgubiła. Jego pojawieniu się przeczyły wszelkie znane jej prawa fizyki i zdrowego rozsądku. Zaniepokoiło ją to odrobinę, ale szybko ochłonęła, myśląc nad tym wszystkim dalej... Obejrzała całe swoje ciało pod chłodnym prysznicem, lecz nie znalazła żadnych śladów po otrzymanych obrażeniach, spalonych włosach, co ją ucieszyło najbardziej, czy też tych drobnych skaleczeń na jej pięściach po szkle, jak zbiła lustro podczas ucieczki. Nie było nic. Ani jednego dowodu cielesnego że odbyła tą podróż. Oprócz wyłamującego się tematu podarku...

 

Bardzo podobał się jej ten prezent, lecz zielony kamień, być może szmaragd, nie do końca pasował do jej osobowości, czy też sposobu ubierania się. Nie podejrzewała że będzie mogła go za często nosić. Czego jednak mogła się więcej spodziewać po ogierze, który również był facetem pod jakimś względem... Na pewno taką miał osobowość. Nie umiał dobierać pasujących do siebie kolorów... Dając jej na przykład naturalny kryształ górski czy też diament oszczędziłby jej masę problemów z doborem ubrań do tego dodatku, co było z pewnego punku widzenia niepraktyczne, bo to powinno się robić zupełnie na odwrót.

 

Pamiętała każdy moment starcia lepiej lub też gorzej... Miała parę mniejszych dziur, jak nic się nie działo i dopiero ostrość przekazu odzyskiwała przy kolejnym błysku, który to zwiastował kolejne potężne zaklęcie ognia wymierzone w jej kierunku lub też jej kontratak na całą zaistniałą sytuację, wykorzystującym jego siłę. Spisała wszystko do zeszytu ołówkiem, dokładnie jak tylko mogła, by nie zapomnieć nic z tego, jak tylko zamknie oczy jeszcze raz i znów ją zabierze do nieznanego świata, na kolejne starcie. Już nie była taka pewna czy koniecznie chce w nim uczestniczyć, tak jak wcześniej. To wszystko czego doznała, rodziło w niej mieszane odczucia. Strach, ekscytację i wiele innych, które to niosły za sobą podniesienie adrenaliny we krwi, podczas wykonywania niebezpiecznych pokazów.

 

Z tym snem zwiastującym pojedynki się nie przejęła jakoś specjalnie. Wiedziała rano że się na coś podświadomie "zapisała", ale kto bierze sny na serio i nie wyrzuca ich przy pierwszym przetarciu oczu lub też ich mrugnięciu? Prawdą było że nierealne obrazy od razu się wyrzuca z głowy jako nieistotne dla życia. Teraz miała wątpliwości czy jest wstanie odróżnić jawę, od snu i tamtego wymiaru, a zwłaszcza to pierwsze i trzecie. Drugiego się nie obawiała. Lubiła sny, tylko czy to ostatnie można było nazwać snem? Był dużo bardziej realny niż zwykle... Miała nad nim sporą kontrolę ale różnił się treścią od jej typowych akcji podczas nocnych medytacji... Nie miała wyboru musiała spać, jak każdy człowiek...

 

***

 

Wracała ze szkoły zatłoczonym autobusem już późnym wieczorem, myśląc co można zrobić jak tylko wróci do domu i zje ciepły obiad. Za oknem leniwie mijały kolejne, znane punkty nawigacyjne w drodze do celu, gdy otoczenie wokół niej zawirowało spazmatycznie, zmuszając ją do przymknięcia oczu, by zachować ostrość... Nie zdziwił ją fakt, że zaraz pociemniało jej przed nimi i je zamknęła samoistnie, zaraz po tym jak opadła z sił, a ona legła bezwładnie na fotelu patrząc bezmyślnie przed siebie i słysząc jeszcze przez moment muzykę ze słuchawek zanim i ona ucichła w tej ciemności, w którą opadała powoli ale systematycznie tracąc kolejne zmysły na rzecz absolutnej ciszy i spokoju... Straciła kontrolę nad tym co się z nią działo...

Rozdział 1: Przybycie...

 

Na środku areny pojawiło się zaburzenie temporalno, grawimetryczne w kształcie czarnej, matowej sfery o pulsującej, nieregularnej powierzchni. Powodowało ono siłami grawitacji i przesunięć fazowych czasu, przez jego rozszerzanie i skracanie, uderzania wszystkich dzwonów w wieży nie mające żadnego składu, więc wyszła z tego jedna wielka kakofonia, nie dająca się słuchać z wiadomych przyczyn złej interferencji fal dźwiękowych od siebie i ścian całego obiektu. Wszystkie anomalie przestrzenne i czasowe znikały, a także traciły na sile podczas, gdy główna nieprawidłowość się uspakajała, gasnąc, by na końcu zniknąć zupełnie, otaczając jeszcze przez moment bańką fragment areny chroniąc swoją zawartość przed czynnikami zewnętrznymi.

 

Tak była powoli uwalniana dziewczyna z swojego przymusowego transportu, która przyklękała na jedno kolano na zimnym marmurze, opierając się dodatkowo szeroko rozstawionymi rękami, by się nie przewrócić. Obserwowała ona wszystko, co się działo wokół niej z wnętrza kuli, szykując się na to co ją czeka na tej zmyślnej arenie... W jej głowie rodziły się kolejne pomysły, na wykorzystanie otoczenia. Mniej lub bardziej udane. a większość co najmniej była szalona i niekonwencjonalna. Na razie nie widziała swojego nowego przeciwnika... Znajdowała się tam sama i chciała się zadomowić.

 

Zgodnie z założeniem działania areny z dzwonów zaczęły sypać się zaklęcia... Ognia, pioruna, wody i czego jeszcze magowie tam w nich umieścili, zasypując nimi przestrzeń próbując ją zniszczyć, a przez to zostawiając po sobie widoczne ślady ich potęgi na podłodze. Czary zwalniały przed schronieniem dziewczyny, by rozpłynąć się przez dematerializacje czasową, bo był tak wydłużona przestrzeń i czas wokół niej. Moc magiczna ulatywała się z nich, tak jakby starzejąc i zanikając sama z siebie... Monika nie miała nad tym żadnej kontroli. Wszystko działo się samoistnie i wbrew jej woli. Podobał się mimo wszystko jej ten spektakl z pierwszego rzędu. Miała na co popatrzeć... Na te wszystkie wybuchy i mieszanie się wszelkich żywiołów.

 

Gdy wszystko przeszło i była pewna że jej nic nie zagraża z góry, dotknęła palcem wskazującym pola siłowego, które ją ograniczało. Prysnęło ono na jej rozkaz jak bańka, po której rozeszły się fale stojące, by zaniknąć równie szybko, co się pojawiły. Była wolna i bezpieczna, a teraz musiała zwerbować całkowitą użyteczność areny na swoją korzyść, tak by nie musiała go non stop kontrolować. Wszystko w jej założeniu miało dziać się samo z siebie, a przez to tylko na myśl przychodziły jej programy komputerowe pisane przez jej brata informatyka tylko po to, by zrobić jej na złość...Teraz musiała tą wiedzę wykorzystać...

 

Wyciągnęła z swojego plecaka, który znajdował się rzucony luzem parę metrów od jej nogi, krótki, rozkładany nóż połączony z otwieraczem do butelek. Już miała plan tylko musiała najpierw coś odciąć... Chwyciła go w lewitacje, manipulując nim gestem rąk, zwiększając swoją precyzję... Puknęła gwintem trzpienia jego rękojeści w jeden z najmniejszych dzwonów i pewnie przez to lżejszych, by zobaczyć co takiego wypadnie akurat z tego.

 

Wystrzeliło z niego wyładowanie elektrostatyczne osmalając fragment posadzki związkami węgla z powietrza. Dokładnie tego było jej potrzeba. Przecięła pajęczą nić, na której wisiał, by móc nim swobodnie manipulować... Postawiła go delikatnie, przed sobą na posadzce mocą rysując wokół niego dziewięć przesuwnych okręgów rejestru, w których znajdowały się kolejne wielokrotności liczby dwa, czyli w ostatnim było pięćset dwanaście programowalnych, kołowych pól, które były jej potrzebne do stworzenia swojego replikującego się tworu o zakodowanym kodzie źródłowym... Istnej zarazy, co od zaraz będzie gnębić całą tą wieżę i jej dzwony na jej wyłączny rozkaz...

 

Zaczęła wypełniać je językiem, według swojego uznania, który kiedyś widziała w telewizji, ale nie bardzo pamiętała dokładnie z czego to było. Wiedziała że kolejne znaki były kołowe, a ich zawartość stanowiły dziwne ścieżki, jakby z płytek scalonych ułożonych dość chaotycznie. Nie znając ich przeznaczenia ciężko było stwierdzić, co dokładnie oznaczają, znajdowało się ich tam dokładnie 32, co stanowiło całką sporą liczbę... Monika podświadomie wykonywała wszystkie czynności, jakby coś ją sterowało. Istny instynkt. W samym centrum umieściła zmienną harmoniczną, powodującą samoistną zmianę tego programu podczas replikacji i jego ulepszenie, po przez dążenie do doskonałości i zwiększenie łącza mocy pochodzącej z podplanu powietrza, a mianowicie planu burzy, gdzie stykają się nawzajem plany wody i powietrza... Tam cały czas biły pioruny.

 

Dzwon rozpłynął się jak rtęć, po całym polu magicznym, by później unieść się w powietrze przybierając kształt kuli, która podzieliła się na dwoje, jedna była większa i to w niej było zmagazynowane większość energii planowej... Z druga była bardziej szczegółowo kształtowana. Wyrosło z niej 4 kończyny jak u pająka i ostre jak szable, na których zgięciach doskonale widać było miniaturowe wyładowania zasilające go, parę masywnych szczypiec mogących przecinać zbrojony beton i otwór gębowy bezpośrednio w korpusie, składający się z dwóch walców, które zamiatały wszystko do swojego wnętrza, by coś przerobić na własne ciało w ramach ewolucji...

 

Gdy skończyła kształtować części swojego mechanicznego pająka, wielkości sporego psa, przeniosła krąg magiczny na jego odwłok, tak jak klepsydra widnieje u czarnej wdowy, łącząc go przy okazji z jego korpusem, stanowiącym całe ciało... Następnie zerwała z nim swoją więź magiczną, zakręcając kurek z swoją magią do niego. Nie rozpadł się, tylko swobodnie upadł na podłogę chwiejąc się przez moment szukając równowagi. To już okazało się sukcesem. Podniósł się i zasyczał po swojemu nie skacząc na dziewczynę, jakby się czegoś domagając właśnie od niej... Od swej pani i stworzycielki.

 

- Idź mój sługo i się rozmnażaj do woli... Ewoluuj... Wezwę cię, gdy przyjdzie taka potrzeba - rozkazała mu spokojnie, wskazując za niego na ścianę i dalej na kolejne dzwony... Zerwał się i zaczął wykonywać polecenie Moniki, przemieszczając się na kolejne metalowe obiekty zostawiając na nim swój krąg, co w niedługim czasie zwiastowało całą armią tych pajęczaków, co mogła stanowić nie lada wyzwanie dla przeciwnika, który się tu dopiero pojawi... Pozostało jej tylko czekać spokojnie, tworząc w głowie całe scenariusze tego starcia bazujących na wykorzystaniu mocy tego miejsca. - Mechaniczna zaraza... Nawet dobrze brzmi, a ja jestem umysłem tego roju... - westchnęła uśmiechnięta.

Edited by Hoffner

Share this post


Link to post
Share on other sites

Anzelm uśmiechał się, oglądając jeden z dzwoneczków zawieszonych przy obsydianowej ścianie. Pół godziny oczekiwania na przeciwnika wypełniła mu krótka wycieczka wieżoznawcza, podczas której zwiedził spokojnie korytarze przylegające do murów wieży na pierwszym piętrze, okrągłą salę o średnicy około stu metrów, i drugie piętro będące gabinetem luster, do którego prowadziły długie spiralne schody znajdujące się po środku sali. Resztę czasu postanowił poświęcić na dokładną analizę  działania tej nietypowej areny. W tym celu magicznie przeskanował kilkanaście dzwonków, ale ten jeden przed którym stał już przez dobre kilka minut wydał mu się inny niż pozostałe. Roztaczał dookoła siebie niesamowicie silną aurę, wręcz pękającą od złej magii.

Faun walczył ze sobą, czy iść dalej przez korytarz obwieszony dzwoneczkami, czy raczej aktywować ten jeden dzwoneczek, i zobaczyć co się stanie. Zdecydowanie, nie byłaby to najmądrzejsza decyzja, więc nasz kochany faun zdecydował się odejść, zostawiając tajemnice dzwoneczka w spokoju.

Po chwili stwierdził, że podjęta przez niego decyzja była niezwykle mądra. Do konkluzji tej doszedł uciekając przed czarnym, dziwnie chichoczącym, nieokreślonym kształtem, który krzycząc "ZAMIENIĘ CIĘ W OGÓRKA!" wypełzł z tegoż właśnie dzwonka. Naturalnie, niedotkniętego…

 

Uciekając, z krzykiem wpadł do wielkiej, już odwiedzonej przez siebie sali. Jak się okazało, jego przeciwnik już przybył. Na dodatek, okazał się nie być przeciwniekiem, lecz przeciwniczką.

- Och!

Ochnął Anzelm gdy zobaczył konkurenta, a na jego twarz wypłynął szczery, szeroki uśmiech. Podbiegł do dziewczyny, pochylił się, złapał ją za dłoń i zaczął potrząsać nią z taka siłą i entuzjazmem, jakby chciał wyrwać ją ze stawu.

- Oponent! Fenomenalnie, naprawdę znakomicie! Po przygnębiających absencjach poprzednich mych rywali, ad extremum stawiła się persona z którą skrzyżuję wiatry magii. - niemal wykrzyknął (cały czas potrząsając jej dłonią) nie szczędząc 'ochów' i achów' - Ach, istna to idylla dla mnie, tak zdumiewający byt napotkać!
Po chwili szczęścia, faun zmrużył oczy, podejrzliwie przypatrując się Monice. Puścił jej dłoń, wyprostował się i zaczął obchodzić ją, skubiąc przy tym swoją kozią bródkę.

- Hmm.. Jasnym jest że przybywasz z daleka, tym bardziej kontent jestem że dane nam będzie pojedynkować się w tym turnieju. - Powiedział zamyślony, bez śladu entuzjazmu który wręcz wylewał się z niego jeszcze chwilę temu. - Twój brak aury, z którym nie zetknąłem się nigdy w życiu moim jest… Cóż… - zamyślił się chwilę - zastanawiający. Czyżbyś była homunkulusem, przygotowanym do celu turnieju? Może jesteś jedynie iluzją, a prawdziwe Twe ciało znajduje się w ukryciu? Iluzja tak rzeczywista, która zwiodłaby moje oczy musiałaby zaiste być arcydziełem godnym magów największych.

Mówił bardziej do siebie niż do Moniki, obchodząc ją i omiatając spojrzeniem każdy jej cal. W końcu stanął przed nią, a na jego usta powrócił szczery, szeroki uśmiech.

- Cóż, niezależnie od tego jaka koniunktura jest naszego spotkania, me imię wypada mi wyjawić. I przeprosiny składam za tak późne uczynienie tego. Jestem Anzelm Ad’Astra - tutaj zgiął się w pas - i pojedynkować się będę w imieniu Nimfadory Enigmy.

Share this post


Link to post
Share on other sites
Monika nie zdążyła zrobić kompletnie nic, gdy tamten wbiegł, przywitał się i rozgadał, jednocześnie patrząc na nią jak na obiekt swoich badań, a nie przeciwniczkę, snując niestworzone teorię na temat jej istnienia, zamiast te wszystkie uwagi, kulturalnie zachować tylko dla siebie. Wiedziała przecież że jest prawdziwa z krwi i kości. Ostatnio krwawiła, a moc czuła w swoim ciele, jak kumulowała się nawet właśnie w tamtej chwili w rękach, w postaci ciemnofioletowych, spalających się ogników, ruszających się jak na niewidocznym wietrze, gdy buzowały w jej jej głowie różne emocje, ale stosunkowo słabe i duszone po przez zaciśnięcie zębów, podczas gdy porządkowała myśli na jego temat, przypinając mu różne, nie konieczne przyjemne określenia.
 
Opanowała ją odrobina niepokoju, złości po przez niewiedzę, co powinna z nim zrobić i że się właśnie tak zachowuje, więc stała tam moment cicho, a po jej twarzy jasno było widać że nie podobał się jej ten stan rzeczy ani trochę... Wysuwał tezy o niej samej, gdy sam był jakimś cudakiem kozła i człowieka. To on był inny, a nie ona z jej punktu widzenia. Ten faun, w jej uznaniu był kompletnie nienormalny i na dodatek nadpobudliwy, jak dziecko po dawce energetyka z podstawówki, któremu dostało się coś z pisarza, po nocnym maratonie poezji - nieprzewidywalny, a tacy byli najgorsi. - Gdzie była kultura jego wypowiedzi... Nie znalazła jej. Chaos, który panował w jego słowotoku skutecznie ją zniechęcił do tej znajomości. Już wolała ponownie spotkać Shadow Stara.
 
Zrobiła krok jak do krakowiaka, mocno trzaskając krańcem podeszwy o podłoże odskakując parę metrów do tyłu, w powietrze, gdzie została odrobinę nad ziemią, trzymając bezpieczny dystans między sobą a nim, od tego chodzącego znaku zapytania. Od miejsca uderzenia, rozeszła się świetlna fala kolista, odbijająca się od każdego napotkanego punktu według zasady huygensa1 tworząc następne odbicia i dyfrakcje, co stanowiło dość ciekawy obiekt artystyczny, ale tylko chwilowy. Tam gdzie przeszła fala, czyli po całej marmurowej podłodze, marmurowi został nadany jeszcze większego połysk niż wcześniej. Stało się tak przez to, że usunęła całe tarcie z jego widocznej powierzchni.
 
Przez to że nie dotykała już ziemi, wszystkie skutki tego ruchu miały uderzyć w jej gościa. Na razie zaczęła delikatnie, bo nie moc utrzymania pionu, poruszania się, czy wstania to był pikuś przy tym co działo się ostatnio z jej udziałem. Miała nadzieję że to go sprowadzi twardo do parteru i da do myślenia że sobie nie życzy, by mówiono o niej w ten sposób.
 
- Słuchaj Azele... - Miała spore trudności z wymówieniem jego imienia przez nerwy. - Anzelmie, jestem Monika. Jestem prawdziwa z krwi i kości... Jestem tutaj sama, walczę dla siebie i koniec. Nic więcej mnie nie interesuje. Starczy mi wiedza na ten temat jak ma się to skończyć. - Wyciągnęła rękę, a do niej wleciał nóż, który do tej pory był w powietrzu i przypięła go sobie do pasa, uprzednio składając lewą ręką. - Kapiszi? Mam nadzieję że tak i przestań gadać jak wieszcz narodowy, bo działa mi to na nerwy. Jak nawijasz o tym i siam tym, bez końca. - Przedrzeźniała go ruszając gadającą dłonią. - Gaduł nikt nie lubi i nie zachowuj się jak baba... - mówiła te słowa z pewną odrazą i spojrzała na niego wymownie, jakby chcąc mu coś uświadomić.
 
 
1Zasady huygensa - Każdy punkt, z którym spotka się czoło fali, jest źródłem nowej fali kolistej.
Edited by Hoffner

Share this post


Link to post
Share on other sites

- Au!

Jęknął faun, uderzając plecami o posadzkę. Co jak co, ale takiego 'powitania' się nie spodziewał.

Rozmasowując potylicę wysłuchał zimnej wypowiedzi przeciwniczki, podczas której Monika okazała się być co najmniej niegrzeczną osobą. Oczywiście, zdawał sobie sprawę z tego że jego zachowanie było niespotykanie ekspresyjne, ale przecież nie trzeba było rzucać go na ziemię!

 

- Restitario trrea.

Powiedział cicho faun i wstał bez najmniejszych problemów.

Nie zdjął uroku z całej powierzchni sali. Było by to tylko niepotrzebne marnowanie energii. Zamiast tego, rzucił na swoje ciało czar który negował konkretne typy zaburzeń - w tym wypadku dysharmonii otoczenia. Każda magia - od najprostszą lewitację, po tworzenie skomplikowanych barier czy portali - opierała się przecież na naginaniu norm panujących we wszechświecie.  Kiedy były to zaburzenia bierne, ich wyprostowanie było bardzo proste. Rozwiązanie według Anzelma zdecydowanie mądrzejsze, prostsze i mniej wyczerpujące niż lewitacja.

Faun wyprostował się, poprawił pas na biodrach i spokojnie podszedł do jeszcze wiszącej w powietrzu Moniki. Stanął przed nią, i spojrzał jej w oczy. Cisza która zwisła przez ten moment na arenie była niemal upiorna.

 

Przez chwilę, zastanawiał się co powiedzieć, mając na uwadze zastrzeżenia przeciwniczki dotyczące jego wyrażania się. Zdecydował się ująć swoją myśl możliwie tak monosylabicznie i zgodnie z zasadami wypowiedzi tego świata jak tylko zdołał. Postanowił również dać oponentce przykład dobrego zachowania i pomimo jej nieuprzejmego wywodu zachować się przyjaźnie. W tym celu, przywołał na twarz przepraszający, uprzejmy uśmiech.
- Przykro mi że język mój cię złości - odpowiedział spokojnie. - Uwierz proszę, że od tej chwili dołożę wszelkich starań abyś zadowolona była z przebiegu tej konwersacji, która chociaż niewątpliwie krótka, może być brzemienna w skutki. Wierzę również, że pomimo przykrego początku naszej znajomości nasz pojedynek zaliczony będzie do najlepszych.

Kiedy skończył mówił uśmiech zniknął z jego twarzy. Odwrócił się na pięcie i spokojnie, bez najmniejszego pośpiechu oddalał się od Moniki. Równomierny stuk kopyt o zimną, marmurową posadzkę echem odbijał się od obsydianowych ścian sali, wypełniając ją niemal upiornym dźwiękiem.

Kiedy oddalił się od przeciwniczki na około 30 metrów stanął. Odwrócił się, zamknął oczy i wyciągnął przed siebie rękę z otwartą dłonią.
- Persona assillo telum. Parteneo naza denoi isil.- Powiedział głosem spokojnym ale mocnym.
Z początku, wydawało się że inkantacja nie będzie miała żadnego skutku. Po chwili jednak, dało się zauważyć że dłoń fauna powoli pokrywała zielona, pulsująca co kilka sekund jasnym światłem mgiełka, jednocześnie przybierająca kształt włóczni. Poniżej jego dłoni ciągnący się w dół opar zmieniał kolor na ciemno-brązowy i formował drzewiec, powyżej mgła przeobrażała się w stal o dziwnym szmaragdowo-szarym odcieniu tworząc grot.

Po krótkiej chwili, dziwna materia zastygła na tyle że tylko ciągnący się jeszcze z tulei włóczni opar przypominał, że przed chwilą ta broń była tylko kłębem bliżej niezidentyfikowanego dymu.
 

- A więc zacznijmy! - Krzyknął z uśmiechem Anzelm, biorąc włócznię w obie dłonie. - Wierzę, że starcie nasze będzie interesujące!

Share this post


Link to post
Share on other sites
Mechaniczna zaraz uwijała się pod sufitem, infekując kolejne dzwony i przekształcając je w twory podobne sobie. Specjalne funkcje tych magicznych przedmiotów, będące materią budulca, stawały się główną bronią metalowych pajęczaków, po odpowiednim przystosowaniu korpusu do tego lub innych mechanicznych części, by zwiększyć maksymalnie skuteczność. Nie miały istnieć dwa identyczne w swoim działaniu, a rozwijały się w zawrotnym tępię, tworząc nowe, większe i potężniejsze modele same z siebie, że za parę minut miały zająć całe następne piętro, bo to zdążą ogołocić z potrzebnych sobie materiałów do intensywnego rozwoju, oraz zastanowić się nad wydobyciem obsydianu, z wykorzystaniem z niego jego magicznej odporności, nadanej przez magów, co stworzyli całą tą arenę.
 
To wszystko można było stwierdzić, po pochodzących stamtąd odgłosach. Ciche, acz dość wyraźne ocieranie się spiżu w dziesiątkach pajęczych kończyn, syk przeskakujących wyładowań pomiędzy ruchomymi częściami i ogólne poruszanie się metalicznych elementów, zwłaszcza w ich ciągle ruszających się sporych żuwaczkach, które chciały tylko mielić i przetwarzać materię, by zwiększyć swą doskonałość.
 
Monika wiedziała dokładnie co się działo tam ponad nimi. Odbierała krótkie, telepatyczne sygnały na temat populacji swoich sług... Słyszała dokładnie 32 głosy ciężkie do zrozumienia, bo ktoś ograniczył im bardzo ilość kb/s możliwych do wykorzystania w transmisji. Ich liczebność podwajała się co około 30 sekund... To dawała jej naprawdę sporę możliwości ataku, ale nie zamierzała z nich korzystać teraz, gdyż mogła osiągnąć znacznie więcej. Najpierw jednak musiała poznać przeciwnika i dostosować taktykę do sytuacji.
 
Uważnie słuchała tego co mówił do niej faun, a jego ton i styl bycia bardziej przypadł jej do gustu niż poprzedni sposób wyrażania się, lecz ciężko zmazać skutecznie, nie dość dobry efekt początkowego wejścia. Zwięzłość i wymowność przekazu, to było coś co ceniła Monika bardzo u swoich rozmówców, kolegów, a przede wszystkim przyjaciół... W pewnym sensie była to oznaka zdecydowania się na dany cel. Siła przekazu, a przez to i wewnętrzna danego osobnika tkwiąca w nim. Mówiąc prosto, zwykle się nie kłamie. To kłamca kombinuje zazwyczaj jak coś powiedzieć, a z jego wypowiedzi wychodzi prawdziwa zagadka, trudna do rozwiązania, dołączając do tego specyfikę zachowania Anzelma z początku i można było się po nim naprawdę wszystkiego spodziewać.
 
- Ja i moja nowa rodzinka, nie zawiedziemy cię... - rzekła pewnie w odpowiedzi na jego nadzieję dobrego starcia, po czym słychać była ciąg krótkich eksplozji i wyładowań przerywających tą chwilową ciszę. Spory kawałek sufitu opadł na ziemię z rumorem, krusząc się i rozlatując na wszystkie strony z powodu braku tarcia. Było to skutkiem wybicia otworu na wyższe piętro wykonanego przez 4 największe pająki, którym udało się znaleźć dzwony z największym potencjałem na bycie bronią na ich plecach w ramach nieruchomego miotacza wychodzącego wprost z ich odwłoków prostopadle w stronę ich przodów.
 
Mniejsi przedstawiciele zarazy odcięli nie potrzebne i ostanie już dzwony w tym pomieszczeniu. które miały za mało potencjału na stanie się pajęczakami... Miały posłużyć w zupełnie innym, wyższym celu niż proste odstąpienie im zaszczytu w uczestniczenia w dziele stworzenia czegoś więcej niż dzwonu, który wydaje z siebie tylko pusty dźwięk ogłaszający zwykle żałobę, przestrogę, bądź też radość… Zanim zdążyły opaść i rozbić się, kończąc tym żywot w tej postaci, dziewczyna wyciągnęła dłoń przed siebie zbierając magię, którą użyła do poprzedniego zaklęcia użytego na podłodze zbierając ją w jednym punkcie, w równej odległości pomiędzy nią a faunem, następnie pozwoliła jej się rozszerzyć, tworząc wielkie oślepiające własnym blaskiem koło, które po chwili ściemniało pozostawiając po sobie wielki krąg magiczny, a raczej dwa w jednym… Dwa osobne kręgi.
 
Jeden,  znajdował się na linii okręgu i stanowił okno na inny plan istnienia, zapisany w dziwnym pofalowanym języku… Był to plan powietrza. W tym wielkim otworze znajdował się nieskończony błękit i chmury ułożone zupełnie inaczej niż przy oddziaływaniach grawitacyjnych planety. Znajdowały się tam w dziesiątkach osi w zupełnym nieładzie i przemieszczające się według kaprysów wiecznych wiatrów, burz i innych zjawisk pogodowych z powodu oddziaływaniu równoległego planu wody. Otworzenie tego przejścia spowodowało gwałtowną wymianę powietrza, które wleciała do środka budowli podnosząc odłamki tynku, by zaraz opaść. Skutkiem ubocznym tego było typowe dla zmiany ciśnienia uczucie zapchanych uszu. Monika nie miała z tym najmniejszego problem. Sięgnęła do kieszeni, skąd wyjęła listek gumy…
 
Pochwyciła dzwony, rozpijając je na sporej środkowej platformie wewnątrz bramy. Był to krąg o fraktalnej naturze, gdzie językiem wiatrów, burz i piorunów, bądź nazywany również prościej językiem planu powietrza, będący jednym z żywiołakowych, zapisane było zaklęcie przywołania jednego z mieszkańców tego wymiaru istnienia dość potężnego, by dostąpić zaszczytu posiadania ciała zbudowanego z metalu. Liczyła na szczęście...
 
Z jej prawej dłoni wystrzelił pojedynczy piorun topiący cały spiż, z którego to były zbudowane dzwony, kształtując pojedyncze podłużne sekcje, co w niedługim czasie opadły na granicę wewnętrznego kręgu tworząc całe ciało metalowej kobry, połykającej własny ogon co było znakiem nieskończoności jak i w pewnym sensie właśnie jej natury, długiej na 15 metrów z tego powodu że wszystkie jej części miały w sobie więcej lub mniej pustej przestrzeni, oszczędzając tak metal i zmniejszając masę po przez zastosowanie budowy plastra miodu. Wcale cała konstrukcja nie traciła na wytrzymałości.
 
Z okna strzelił potężny piorun, który trafił w metalowe cielsko przesuwając się po całej jego długości od ogona zaopatrzonego w ostrze, łącząc energetyczną więzią kolejne jego części. Gdy wyładowanie doszło do głowy w miejscach oczodołów pojawiły się dwa pulsujące ogniki. Całe ciało kobry zadrżało spazmatycznie, podnosząc się równie gwałtownie i patrząc się nerwowo  na oboje magów. Otworzyła swój kaptur sycząc gniewnie… Na nim widać było te same znaki co na kręgu bramy, ale różniły się. Każdy fragment był samo podobny do siebie, a całość zamknięta była w niby trójkącie o krzywych, pofalowanych bokach.
 
Monika spojrzała bez wahania w enigmatyczne spojrzenie żywiołaka, bądź golema. Ciężko było stwierdzić czym dokładnie to się stało. Może jednym i drugim jednocześnie... Wyciągnęła rękę otwierając ją. Nic nie błysnęła, ani huknęło. Z jej ust wydobyło się parę syczących głosek naśladujących w swym wydźwięku wiatr. Brzmiało to dość twardo, jak rozkaz. Niosła się w jednak w tym wszystkim dziwna magia, co rezonansowa moment z otoczeniem. Wielka brama z środka pomieszczenia zamknęła się, a na grzbiecie kobry pojawiło się rozmyty zygzak, co swym wyglądem mógł przypominać narysowane dziwnie regularne kłęby dymu… To była ostateczna pieczęć utrzymująca ten twór w całości.
 
- Twój ruch… - powiedziała biorąc oddech po tym co właśnie zrobiła. Była dość zadowalana z siebie. Założyła czerwone ręce za plecy zaciskając je, jakby miała coś do ukrycia. Tak naprawdę pokryły się potem z drobnych nerwów jak często miewała w rzeczywistości przed czymś niewiadomym. Twarz jednak jej tego nie zdradzała. Była zacięta i pewna siebie maskując emocje, gdy obserwowała wahadłowe ruchy swojej nowej podopiecznej, kątem oka postrzegając, co zacznie robić przeciwnik.
 
Kobra obróciła się i syknęła groźnie, okazując kły, między którymi przeszło poziome wyładowanie nadające całości dość ciekawego efektu syku uciekającego powietrza, połączonego z elektryczną nutą rozciągniętego grzmotu. Widać było że to ona będzie stała na drodze do dziewczyny. Pytanie brzmiało: "Po co to wszystko?". W tym wszystkim mogła być większa logika, ale ta wcale nie musiała się tam znajdować. Dziewczyny bywają kapryśne i tak też mogło się dziać i w tamtej chwili. Wszystko miało się być może okazać, gdy to faun wykona ruch.
Edited by Hoffner

Share this post


Link to post
Share on other sites

Anzelm zasłonił przedramieniem oczy kiedy spory kawałek sufitu upadł, a jego kawałki podleciały we wszystkie strony. Nie zauważył żeby dziewczyna użyła do tego jakiejkolwiek magii, a na pewno nie stało się to przypadkowo.

Rozważania na ten temat przerwały mu dalsze poczynania przeciwniczki. Odsunął się, kiedy ta stworzyła portale, i zaczął zastanawiać się nad tym dlaczego Monika zrobiła coś tak… ryzykownego. Tworzenie dwóch, równoległych do siebie portali na tej samej płaszczyźnie mogło się skończyć katastrofą, ale o tym chyba Monika nie pomyślała kiedy je tworzyła. Nie robiła sobie zupełnie nic z tego, że swoimi czarami naraża na niebezpieczeństwo nie tylko swojego przeciwnika, ale i siebie.

Nie przeszkadzał jej jednak gdy tworzyła. Zamiast tego patrzył, podziwiał, uczył się. Wiedział że starcie z osobą która nie ma aury będzie interesujący, ale nie spodziewał się że już na samym jego początku zobaczy tworzenie między-wymiarowe w wykonaniu… małolaty. Uśmiechnął się, obserwując to co robiła. Zapowiadał się wspaniały pojedynek…

Uśmiech zszedł mu z twarzy, kiedy stworzona przez przeciwniczkę spiżowa kobra zasyczała a pomiędzy jej kłami przeszło wyładowanie elektryczne. Cofnął się, i przypatrzył uważnie nowemu tworowi. Musiał przyznać, że wykonany był wspaniale. Nie rozumiał tylko jak przetopienie dzwonów, scalenie ze sobą ich odrębnej energii i wykorzystanie jej dziewczyna wykonała bez najmniejszego trudu. Podobnie jak utworzenie obu tych portali. Na jej twarzy nie można było dostrzec zmęczenia, czy jakiegokolwiek wysiłku. To było… conajmniej, niepokojące.

Jednak w tej chwili, stwierdził, że nad wszechmocą Moniki może zastanawiać się później. Teraz, większy problem stwarzała kobra i to, co pozbawiło sufitu sporej jego części.

Do czegokolwiek miała posłużyć Monice, żeby mieć z nią jakieś szanse musiał znaleźć jej słaby punkt. Ocenił uważnie każdy Jedyne co przyszło mu do głowy, to zaatakowanie jej od środka, czyli musiałby… dać się zjeść.

Wzdrygnął się gdy ten pomysł wpadł mu do głowy, z drugiej strony, nie miał pojęcia czy spiżowa żmija posiada jakikolwiek układ pokarmowy. Gdyby go nie miała, po znalezieniu się w niej byłby po prostu w dużej, ruszającej się rurze. Perspektywa wciąż nie była kusząca...

Brał jednak pod uwagę możliwość, że wąż nie został stworzony do walki z nim. Z jednej strony, byłaby to ulga, z drugiej… Cóż, w takim wypadku powinien bać się jeszcze bardziej.

Share this post


Link to post
Share on other sites

- Nic nie zrobisz? - spytała się nerwowo z pretensjami, mrużąc oczy i spoglądając bardzo uważnie na niego, po prostu się gapiąc jak słup soli, wytrzeszczając swe niebieskie oczęta, że prawie wyszły z orbit. Stwierdziła po paru sekundach że jest dość niemrawy i nie rusza się do żadnej bitki, bo nie mogła się w nim dopatrzeć widocznej zmiany, co było dla niej więcej niż niepojęte. Jak to mógł nie czarować i nic nie pokazywać? Tracić kolejkę, na jej rzecz. Przecież to była kpina w najczystszym wydaniu ~ lekceważenie i olewanie jej ważnej osoby... W dalszym jej rozumowaniu była to prosta droga do przegranej, przez co poczuła się urażona za bardzo głupie zagranie fauna, że się nie stara, nawet nie próbuje zmierzyć się z jej potęgą, stawić czoła... Przy okazji można wspomnieć że Monika nigdy nie lubiła za długo czekać, jak nic się kompletnie się nie działo, to zwykle gnała dalej, byle do zwycięstwa. - W takim razie pomogę ci... Byś miał powód do pokazania czegokolwiek w innym wydaniu... Poza tym, tym... - mówiła przeciągając by na pewno do niego dotarło, bo mógł należeć do tych niekumatych. Jednocześnie wskazała palcem na jego broń. - Wiesz dobrze o czym mówię. Dziwisz mnie, ale to nie ważne. - Machnęła lekceważąco ręką, a ton stwardniał... - To zdziwi Cię bardziej... i to o wiele, bo założę się że tego jeszcze nie widziałeś. Na pewno nie z tej perspektywy - powiedziała pyszniąc się, co widać było w całej jej dość luźnej postawie w tamtym momencie wyrażającej pewność siebie. Musiała korzystać z tego póki mogła. Póki nic nie robił...

Kazała mechanicznej zarazie jedną myślą zlecieć na dół, przy pomocy tylko siły grawitacji, bez żadnych dodatkowych spowalniaczy... W normalnej sytuacji, by się wszystkie pajęczaki po prostu rozbiły o marmurową podłogę i cała jej ciężka praca poszłaby na marne. Jednakże w jednej chwili, szybkim ruchem, przecięła od tak sobie powietrze i chwyciła w swe palce czas, a pomiędzy palcami jej rąk przeszły złote nitki wykonane z piasku. Wszystko zatrzymało się w promieniu paruset metrów od niej, a przed nią pojawił się mieniący się złotem, niewielki krąg magiczny z znanym i lubianych przez sąsiadów koneserów głośnej muzyki znakiem dwóch pionowych kresek, albo krócej "STOP". Był wciśnięty i tylko na nią nie działały efekty jego oddziaływania.

Następną rzeczą jaką zrobiła było zaginanie przestrzeni, by pozbyć się z wszystkich możliwych wymiarów niepotrzebnej wysokości przedmiotów. Chciała tym ograniczyć pole batalii do tego ogołoconego z dzwonów piętra, już bez żadnych niespodzianek, bez wyjścia... W swych rękach pojawiły się dwie niewidzialne kule, które widoczne były tylko dlatego że zakrzywiały swą mocą światło wokół siebie. Jej ruchy były płynne i zdecydowane... Wyciągnęła ręce przed siebie równolegle... Zatoczyła okrąg nimi, a poniżej poziomu podłogi pojawiła się pieczęć przypominająca wir z kołem w środku, którego środek był tam gdzie osie symetrie wieży... Wysokości tego świata znikły momentalnie.

Zmienił się sposób w jaki bohaterowie postrzegali przestrzeń i zasady nią rządzące. W tamtej chwili widzieli świat z perspektywy 3 osobowej, a obraz stanowił 8 bitowy wygenerowany świat komputerowy z drobnych kwadratów w dużym uproszczeniu jak z gry telewizyjnej, wyprodukowanej przed rokiem 1990. Oboje widzieli tylko swoje głowy na tle posadzki, to stanowiło pole tej batalii... Schody zniknęły stając się zupełnie płaskie i stała tam nieprzekraczalna bariera dla obu postaci. Dziura w suficie nie była widoczna z wiadomych powodów braku wysokości i możliwości spoglądania w górę. Nie było górnej granicy świata, jako że nie była widoczna i dostępna, a całość rozgrywała się na jednej płaszczyźnie... Za ścianami widocznie unosiła się mgła wojny, zakrywając to co miało pozostać niewidoczne dla oboje. Na podłodze pomiędzy Moniką, a Anzelmem znajdował się istna linia frontu. Na środku królowała, straszliwie sycząca kobra, a skrzydła na całej długości obsiadły uproszczone modele pajęczaków w równej linii. Wszystkie jej twory stały przed faunem jak pluton egzekucyjny tylko w półkolu. Była ciekawa jak zareaguje

Ręka Moniki wykonana z idealnych, różnokolorowych prostokątów dotknęła złotą kreskę, która stanowiła jej krąg czasowy widoczny z góry, odblokowując tym upływ czasu w tamtym miejscu. Rozproszył się on w postaci fali dookolnej niosącej nieszkodliwe ziarna czasowego piasku. Tylko po tym można było stwierdzić że do czegoś jednak doszło. Nie dała wiele czasu na przemyślenia i przystosowanie się swojemu przeciwnikowi.
- Teraz masz okazje się wykazać! - powiedziała wyzywająco, ale nie wydała z siebie żadnego słowa oprócz pikania wybijającego szybki rytm wypowiedzi. Pojawił się nad nią dymek z informacją o tym co chciała powiedzieć, w tym zapisanym wersie jej dialogu. - A teraz orient. Nie ma czasu do stracenia! - pojawił się następne słowa, zastępując poprzednie w polu tekstowym, po czym wyparowały znikając z klatki na klatkę.

Jej twory zaczęły pulsować białą energią przygotowując się do strzału, każdy na swój wyjątkowy sposób, gotując piksele wokół siebie... Pulsowały coraz szybciej aż przyszedł taki moment że wystrzeliły jednocześnie. W stronę Anzelma poleciały różnokolorowe kwadraty. Jedne leciały mieniące się czerwienią i najprawdopodobniej stanowiły jakieś kule ognia czy coś w tym guście... Mieniły się też jakieś żółte będące w rozsypce mogące być gazem lub też burzą piaskową... Różne promienie, stożki w wszelkich kolorach z ograniczonej palety. Długo by opisywać, więc wspomnę tylko że to wszystko stanowiło jedną zbitą fale, czy chmurę lecącą nieubłaganie w stronę fauna tylko by go zgnieść swoją mocą. Miało to stanowić karę za ignorancję, że nie chciał się z nią bawić dyktując swoich zasad. Dlatego zaczęła tak ostro. Musiała go zmusić siłą skoro nie przyjął jej propozycji.

Edited by Hoffner

Share this post


Link to post
Share on other sites

Takie czary w wykonaniu takiej małolaty, ha! To dopiero niespodzianka. Tylko jak ona do cholery to wszystko utrzymuje magicznie, i nawet nie wygląda na zmęczoną. Ba! To tak jakby te stwory nie pobierały od niej żadnej, absolutnie żadnej energii…
 

Anzelm uśmiechnął się lekko, i zmrużył oczy. Chwila którą dała mu Monika na przypatrzenie się jej małej armii, była niewystarczająca. Zdecydowanie niewystarczająca.
Czas… Potrzebuję więcej czasu na przemyślenie sytuacji tylko…
Przemyślenia przerwał mu nagły, niespodziewany szok związany ze zmianą punktu widzenia. W jednej chwili jego oczy w jakiś dziwny sposób utraciły połączenie z mózgiem, zamiast tego zyskał je jakiś punkt za nim, tworząc sztuczne dla jego umysłu powiązanie. Zatoczył się, poczuł piszczenie w uchu i nagły ból głowy kiedy umysł przystosowywał się do nowych bodźców.
Faun zatoczył się i podparł na włóczni drugą ręką ściskając za ucho.
- Aua!

Jęknął, i syknął z bólu. Ten, utrzymywał się przez moment. Jednak po chwili pozostało po nim tylko ciche piszczenie.

Sprawdził motorykę zaciskając dłoń w pięść. Wszystkie jego odczucia i  szybkość z jaką bodźce przekazywane były po ciele pozostały niezmienione.

Uśmiechnął się jeszcze szerzej. To zaklęcie bardziej mu pomagało niż przeszkadzało. Oczywiście, musiał przystosować się do nowego pola widzenia co wymagało trochę czasu. Z tej perspektywy jednak miał znacznie lepszy widok na pole walki. Świadomie wybrał defensywę, podczas której musiał obserwować niemal każdy, nawet wydający się być nie istotnym, ruch wroga. W tej sytuacji, taki obrót sprawy działał zdecydowanie na jego korzyść natomiast odpowiednie jej wykorzystanie mogło zadecydować o zwycięstwie.

Nie wierzę żeby Monika zdecydowała się na taką zmianę bez powodu. A może po prostu nie wzięła pod uwagę przewagi jaką mi to daje? Nie… Wydaje się na to zbyt mądra. Wygląda na to, że to zachowanie jest jej kaprysem, albo przyniesie jej jakieś korzyści. Jednak, w tej chwili to ona prowadzi ofensywę, więc co jej to daje?... Do obserwacji wszystkich swoich sił i kontrolowania ich nie są jej potrzebne natychmiastowe informacje o tym gdzie się aktualnie znajdują, szczególnie że to ona nimi porusza, i decyduje o każdym ich ruchu…. Więc, dlaczego to zrobiła? Musi mieć swój powód, jednak teraz nie jest to mój problem… Znacznie większy stanowi ta dzika armia pająko-dzwonów i wielka spirzowa kobra.

 

- Teraz masz okazję się wykazać - krzyknęła Monika, a Anzelma zachwycił prosty sposób w jaki teraz przekazywane były wypowiedzi. Uśmiechnął się jeszcze szerzej.

- A teraz orient. Nie ma czasu do stracenia!

Pojedynek, dopiero się zaczynał…
 

 

Kiedy pajęczaki wystrzeliły Anzelm zamachnął się włócznią. Większość energii w niego skierowanej została odbita przez specjanie przystosowany do tego grot, i poleciała w bok robiąc wyrwę w ścianie. Nie ocenił jednak szerokości fali i nie odbił całej lecącej na niego energii. Oberwał. Uderzenie to, było tylko pchnięcie telekinetyczne, jednak to wystarczyło aby odrzuciło fauna do tyłu i wyrwało mu oddech z piersi. Upadł na podłogę, i jęknął. Usłyszał trzask.

Cholera… Złamała mi moją szczęśliwą łyżkę!

- Iriaden hsila improbius ens!

Wykrzyknął, zamachując się włócznią której grot nakreślił w powietrzu zieloną linię. Ta, po chwili rozjarzyła się dziwnym blaskiem i zwijając się w wężowaty sposób pomknęła w kierunku Moniki. Nie było to silne zaklęcie, nie miało też zaszkodzić przeciwniczce, za to ten typ magii utrzymywał się długo i zadawał minimalne obrażenia. Jego wygląd jednak, sugerował coś niewiarygodnie silnego. Sens wysyłania takich pocisków był prosty. Faun, chciał zobaczyć jak jego rywalka zareaguje na silny atak. Musiał znać siłę i sposób jej obrony, wiedzieć czy Monika otoczyła się kolistą barierą czy też postawiła na unikanie jego ataków lub odbijanie ich.

 

Szybko podniósł się, i przybrał postawę bojową. Zgięte kolana, pochylone plecy. Nie miał zamiaru czekać aż pająki wystrzelą w jego kierunku drugą falę magii, a już na pewno nie chciał pozostawać bierny w obecności tak wielkiej kobry.
- Mianaria kasta, etrim! Seelaza dan rekast! Inoriaa tempus, fanareu!

Wyrecytował inkantację. Brzmiała śpiewnie, ale w połowie jej recytowania na czole fauna pokazały się kropelki potu. Wyglądało to na męczące. Bardzo, bardzo męczące

Pierwsze zdanie, utworzyło okrągły, otwarty jedynie z jednej strony portal, zaraz przed faunem. Koło miało wysokość fauna, otaczały je runy. Natomiast w środku, Monika widziała pustynię. I tylko pustynię.

Druga sentencja, miała za zadanie wywołać ruch w przestrzeni za portalem tak, by oddziałował na jego wnętrze. Było to trudne. Wręcz niesamowicie trudne. Inaczej jednak, nie dało się tego zrobić. Wystawił rękę zgiętą w łokciu, z otwartą dłonią. Wystarczyła chwila, aby od fauna zaczął lecieć wiatr. Przez pierwszą sekundę spokojny, po chwili jednak, przeobraził się w wichurę o takiej sile, że mniejsze pająki poleciały do tyłu. Z portalu natomiast, zaczął wysypywać się piasek który stopniowo, ale skutecznie i coraz szybciej przesypywał się do sali.

Trzecia fraza, była najtrudniejsza w wykonianiu. Polegała na chwyceniu wszystkich ziarenek piasku i tchnięciu w nie życia, sprawiając że mogły stać się czymś, co miało prawo nie istnieć...

W jednej chwili, drobinki piasku zadrżały, i zaczęły sunąć do fauna, który z połprzymkniętymi oczyma cały czas trzymał wyciągniętą rękę. Piasek, otworzył dookoła niego okrąg o średnicy sześciu metrów.

 

- Jeżeli chcesz bawić się w twórcę istnień, uważaj kogo wybierasz na przeciwnika. - Powiedział cicho, niemal mrocznie. Jego ton, komicznie wypikany, nie dał spodziewanego efektu… - IKASTANAA BIIAZ ERU-NA UMIWERA!
Krzyknął, a piasek zadrżał, i szybko, niemal natychmiastowo zaczął formować ogromy kształt zaraz obok fauna. W całej sali echem odbijał się głos sunącego po marmurowej posadzce piasku. Po chwili, przed Moniką i jej armią stał wielki lew, o gabarytach podobnych do kobry. Całkowicie zbudowane z piasku zwierzę potrząsnęło grzywą, z której na podłogę poleciały drobinki piasku.

Wydawać by się mogło, że istota stworzona z czegoś tak nietrwałego rozleci się zaraz po pierwszym uderzeniu. Tymczasem, odpowiednie zastosowanie piasku, tworzyło z niego idealny materiał do tworzenia pół-organizmów przeznaczonych do walki. Przykładowo, jeżeli w piasek wsadzi się patyk, nie będzie stawiał oporu, ale nie wytworzy mu to żadnej szkody. Ziarna po prostu odsuną się a potem wrócą na swoje miejsce. Sytuacja jest identyczna jeżeli chodzi o nie skomplikowane organizmy wykorzystywane batalistycznie. Nie posiadają one organów ani układów wewnętrznych, a utrzymywane są tylko za pomocą magii. Ta cecha umożliwia ich nieskończoną i szybką regenerację. Brak potrzeby odtworzenia każdego narządu czyni odbudowę organizmu prostszą a co za tym idzie, mniej energochłonną niż w przypadku żywych, niemagicznych organizmów.

- Tworzenie form życia z czegoś co nigdy nie miało prawa nimi być, wymaga wielkiej siły magicznej. Dowiodłaś więc, że ją posiadasz, co nad wyraz mi imponuje. - Krzyknął do Moniki, i położył dłoń na łapie lwa. Ten, opuścił łeb i położył się na przednich łapach aby faun szybko wskoczył na jego grzbiet, i usadowił się zaraz za grzywą. Kiedy tylko to zrobił, lew uniósł się i ustawił się bokiem do armii Moniki. - Jeszcze większej mądrości, wymaga odpowiednie wykorzystanie. Czy masz jej wystarczająco wiele, aby i na tym polu zdobyć mój szacunek?

Share this post


Link to post
Share on other sites

- Nie wchodź na moje pole... Powietrze jest moje - rzuciła ostrzegawczo, uśmiechając się jak jej pająk jest trafiany pociskiem przeznaczonym dla niej. Przestrzeń dwuwymiarowa była dla niej błogosławieniem, po przez prostotę oddziaływań i ich interpretacji... Pajęczak rozpłynął się zniszczony, a energia planowa będącą wysoce niestabilną w jego odwłoku, otworzyła poziomą, niekontrolowaną wyrwę na plan burzy. Stworzyło to nowe źródło punktowe wiatru na arenę, rozchodzącego się we wszystkie kierunki zgodnie z prostą mechaniką tego świata... Włosy Moniki zaczęły być targane tymi silnymi podmuchami. Nie przeszkadzało jej to.

 

- Tworzenie to tylko przywilej, by brać znacznie więcej z tego wszystkiego... Przeciwnik się nie liczy... Każdy ma problem z czymś... a ty będziesz miał może z tym... - prychnęła przeciągając tylko dłonią po horyzoncie i bez wyrzutu sumienia kolejne pająki eksplodowały, powiększając wielokrotnie niestabilność z której zaczęły bić kolejne pioruny i wydobywać się jeszcze więcej silnego wiatru... Różnicą w tym wszystkim było to że tamto wejście miało widoczną trójwymiarową głębię, a to oznaczało większe możliwości... Zwłaszcza jak pole zostało całkowicie podzielone rozcięciem na dwoje. Pojawiły się zaburzenia wizualne widoczne w budowie posadzki. Że nie wszystko gra i kolejne zaklęcia ze sobą kolidują tworząc elementy chaosu. Że wszystko może się załamać.

 

- Twórcę istnień? Proszę cię... To nic nie czuje. Samo się porusza, wypełniając program i utrzymuje w działaniu. Czy to żyje? Nie. To działająca dobrze maszyna, a nie istnienie. - Sprostowała jego słowa o istotne szczegóły dla siebie. - To nie ma duszy, tak jak ty czy ja... Nie myśli - urwała nie chcąc się mądrzyć. Nikomu to nie było potrzebne.

 

Jego wiatr z portalu starł się pochodzącym z tym wprost z planu burzy wyciszając się nawzajem... Krople wody mieszały się z piaskiem zbrylając go i sprawnie zatrzymując. Ich siły były równe, z tą różnicą że jedno było ściśle kontrolowane, a drugie nie... To mogło przynieść różne efekty.

 

Kobra ruszyła dalej, rozpoczynając szarżę na przeciwnika. Naładowanie atmosfery kolejnymi ładunkami dodawało jej siły... Małe pioruny przeskakiwały między członami iskrząc dosyć nieprzyjemnie, gdy zbliżała się coraz szybciej do Anzelma, po mocnym łuku z prawej strony, a piasek nie był wstanie jej zetrzeć na proch. Był o wiele za słaby i tylko odbijał się od jej ciała, piaskując jej powierzchnie z szumem na błysk, jakby mało hałasu powodowała swoim zachowaniem. Część wokół niej szkliła się od wyładowań dodając do całej mieszanki ostrych szklanych odłamków.

 

- Po prostu sooran shab i kropka! - krzyknęła z wyrazem triumfalnej pogardy. W wyciągniętą otwartą rękę uderzyły pioruny zbierając się w niewielką kulę ujarzmionych wyładowań... Powietrze wokół niej zaczęło gęstnieć przybierając coraz bardziej ciemnofioletowy kolor. Ciepło wydobywającego się z tego procesu utrudniało jej oddychanie, ale zacisnęła zęby i pracowała dalej nad tym wszystkim. Ona chciała mu jeszcze pokazać co można zrobić z powietrzem. Że wiatry i tornada, a przede wszystkim jego burza piaskowa są oklepane i dopiero w połączeniu z wodą dają odpowiednie efekty niszczące dorównujące mocą samemu słońcu i jego blasku.

 

Z kuli, którą trzymała, wydobywał się coraz większy blask i gaz zaczął wydawać się bardziej ciałem stałym niż powietrzem. Całość nieregularnie pulsowała ściskana coraz mocniej, mieszana z piorunami aż wreszcie odmówiło to z nią współpracy uwalniając się w postaci ostrego stożka, który zaczęła kształtować według własnego uznania najpierw w strumień, a później w głowę smoka wykonaną z gorącej plazmy, by uderzyć w lwi twór i zmienić jego ciało w sztywne szkło, które będzie musiało ulec samozniszczeniu o ile zostanie trafiony po przez naprężenia powstałe podczas nierównomiernego stygnięcia całej masy.

 

- Mądrość? A na co to komu. - Wzruszyła ramionami. - Wiedza zabija wyobrażanie. Niepotrzebnie ogranicza myśli, bo tak się nie da... A wręcz przeciwnie, jest to możliwe, gdy jej się nie ma. Szacunek? Tylko potrzebny na dzielnicy... O twój nie muszę zabiegać. Nie ma to znaczenia - zlekceważyła go. - Kończymy to... - Kobra miała klapnąć mu zębami przed nosem. Atak miał nadejść od strony ogona. Miał zostać trzepnięty przez niego, a ostrze na jego końcu miało uświadomić go że został oszczędzony...

Edited by Hoffner

Share this post


Link to post
Share on other sites

Moi drodzy, nadeszła pora na zakończenie pojedynku!

 

Pozostało nam jeszcze wyłonienie zwycięzcy!  Moi drodzy, kto okazał się lepszy? Kogo zobaczymy w kolejnej rundzie? Czy będzie to Nimfadora Enigma, czy też Hoffner? Wybór należy do Was!

 

Zapraszamy do głosowania i komentowania!

Share this post


Link to post
Share on other sites

Pojedynek bardzo fajny. Obie strony pisały ciekawe posty w tym pojedynku. Jednak mój głos pada na Hoffnera. Według mnie tworzył ciekawsze posty. Fajnie opisywał zaklęcia jak i reakcje swojej postaci. Nimfadora też nie pisała złych postów. Jednak dopiero na koniec pojedynku zobaczyłem z jej strony jakieś ciekawsze zaklęcia, podczas gdy Hoffner używał ich przez cały pojedynek. Dlatego też głosuje na niego.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Nadszedł czas na poznanie zwycięzcy magicznego pojedynku. Zobaczmy zatem jak rozłożyły się głosy i czyja potęga przeważyła na szali. Kogo zobaczymy w kolejnej rundzie?

 

Hoffner - 4

Nimfadora Enigma - 2

 

A zatem, przewagą dwóch głosów, z bitwy wychodzi zwycięsko Hoffner! Nimfadora walczyła dzielnie, uwolniła mnóstwo mocy, którą zresztą bardzo długo zbierała, jednakże Hoffner zaskarbił sobie uznanie większej części publiki. Gratulujemy zarówno jemu, jak i jego przeciwniczce! Na pewno o niej nie zapomnimy, kiedy przyjdzie czas na konkurs o Statuy Uznania... Tak jak i o wielu innych wojownikach.

 

Niemniej, nie zapomnimy także, że Hoffner przechodzi dalej. Zobaczymy, jak dalej potoczą się jego losy...

Share this post


Link to post
Share on other sites
Guest
This topic is now closed to further replies.

×
×
  • Create New...