Jump to content

Strona Główna  |  Ogłoszenia  |  Lista Fanfików  |  Fanpage  |  Feedback

Recommended Posts

To powinno być interesujące…

 

Niewielki kasztel, zdobiony licznymi posągami gargulców i golemów (głównie podtrzymujących szczyt budynku), lewitował ponad chmurami, wciąż stojąc na oderwanym od ziemi kawałku. Gdyby nie zaklęte, grube łańcuchy, być może odpłynąłby ku kosmicznej pustce. W każdym razie, wewnątrz wszystko wyglądało inaczej. Na każdym kroku przepych, gustowne wykończenia, znakomite dzieła sztuki, a nawet zapomniane przez czas i napisane w nieznanym dziś języku księgi. Nie brakowało ogromnej jadalni, Sali audytoryjnej, zbrojowni oraz laboratorium. Ale to na szczycie kasztelu znajdowała się interesująca nas arena.

 

Za sprawą grubej pierzyny z chmur, ziemia nie była stąd widoczna. W ogóle, trudno było określić na jakiej wysokości się znajdowaliśmy. Choć w teorii łańcuch miał utrzymywać kasztel w jednym miejscu, porywiste wichry i kaprysy pogody często nim kołysały, zupełnie, jakby natura samodzielnie chciała go stąd „wyrwać”. Tak czy inaczej, arenę ograniczała skalna balustrada, w czterech miejscach przerwana przez niewielką wieżyczkę. Podłoże wyłożone było pięciokątnymi płytami. Spirala ulatujących ku górze gargulców (co to za problem na chwilę ożywić posąg?) to znak, że pojedynek właśnie się rozpoczął.

 

 

commission__castle_duel_by_eosphorite-d6

 

 

Moi drodzy, powitajmy na arenie Lucjana i Zegarmistrza! Właśnie teraz rozpoczął się pojedynek, którym to jedynym ograniczeniem jest nie limit postów, nie limit czasowy, lecz wola uczestników! Wszystko może się zdarzyć!

 

Gotowi? Zatem, do dzieła!

Edited by Hoffman

Share this post


Link to post
Share on other sites

Na arenie pojawił się czarny krąg który zaczął się kręcić a w jego środku pojawił się mężczyzna.

Miał dość krótkie szare włosy, wyglądający jakby go ktoś pozszywał płaszcz, pod płaszczem zwykły szary sweter, na nogach szare dżinsy a jego buty to czarne glany. Co dziwne przez głowę przechodziła śruba. A co jeszcze bardziej dziwne można było zauważyć że przez jego twarz również przechodzą szwy. Można powiedzieć, że ten genialny naukowiec eksperymentował na sobie samym. Lucjan przeciągnął się.- Wygląda na to że wreszcie będę miał godnego przeciwnika.- powiedział sam do siebie. - Ciekawe jak będzie się zachowywał jako mój obiekt doświadczalny.- mruknął cicho. Wystawił swoją prawą rękę do przodu i nagle znikąd zmaterializowała się czarna kosa.

Lucjan uśmiechnął się, wbił kosę w ziemię i usiadł na przywołanym fotelu. - A więc czekam na ciebie Zegarmistrzu!- zawołał i zaczął się śmiać szaleńczo. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Jego przeciwnik przypominał mu kogoś. kogoś bardzo odległego, kogoś kogo kiedyś podziwiał a kim w zrozumieniu zaczął gardzić.

Tak, wszystko się zgadzało, nawet ta karykatura śruby. Oto przed nim stała personifikacja doktora Franken Steina, niekoniecznie we własnej osobie.

- Analise...

Jego przeciwnik nie zwracał uwagi na szczegóły. Zegarmistrz bowiem od dłuższego czasu stał na arenie. No może nie bezpośrednio na jej podłożu, bowiem umiejscowił się na szczycie jednej z wież, ale to też kwalifikowało się jako arena.

A poste zaklęcie jakie rzucił pozwoliło mu przeanalizować jego przeciwnika. Sposób w jaki przywołał swoją broń, każdy najmniejszy aspekt jaki mógł zdradzić rodzaj i gatunek magii jaką się posługiwał. Uzgodnił w analizie także wygląd oponenta, bowiem ten mógł oznaczać nawiązanie do taktyk i działań swego oryginału. A wszystko dzięki Zmarze, ten bowiem już wcześniej zasypał go multiversum i postaciami z niego wziętymi.

- Tu jestem, nie musisz tak krzyczeć. Zero rozsądku, doprawdy.

Zeskoczył na niżej położona arenę z głośnym hukiem, lekko wgniatając podłoże. Ubrany po wojskowemu, spodnie bojówki w odcieniu ciemnej zieleni, koszulka na ramiączkach maskowała jakąś kamizelkę która była pod nią, na to narzucony prosty płaszcz który kamuflował jego obecność.

Dłoń przyozdobiona masą kolorowych pierścieni wskazała na przeciwnika.

- Zobaczymy na co cię stać. Ostatnie pojedynki zostawiły mnie w Głodzie, więc lepiej byś pokazał coś niezwykłego.

Wystawionym placem wyrysował w powietrzu kilka znaków które zawisły w powietrzu jak na niewidzialnej tablicy. Pulsowały przez chwilę zielonkawym światłem kiedy dokończał formułę.

- Zerashk Gulida!

Znaki wybuchły czarnymi kulami które zaczęły przemieszczać się po arenie w losowych kierunkach. Jedne szybciej inne wolniej, lecz nieprzerwanie. Na domiar wszystkiego, z niektórych co jakiś czas wystrzeliwały czarne kolce, przypominające drobne igły.

Sam Zegarmistrz zamachnął się płaszczem, dokładnie się okrywając.

- Adun Toridas!

Tym prostym zaklęciem i wzmocnionym poprzez magię płaszczem ukrył swoją obecność na arenie, oczekując na ruch przeciwnika.

Share this post


Link to post
Share on other sites

No Zegar. Nigdy nikogo nie rozczarujesz.- powiedział tym razem spokojnie. Przeciągnął się i wstał. Nie sięgnął nawet po kosę. Mężczyzna zrobił krótki ruch ręką

i pod nim pojawiła się czerwona pieczęć.-Unicestwienie.- szepnął a kule które krążyły dookoła areny zniknęły.-A teraz nie ruszaj się z miejsca.- powiedział Lucjan.- Oczyszczenie.- mruknął i udeżył pięścią w ziemię a Zegarmistrz musiał się pojawić.-Teraz nie znikniesz. Ani nie ukryjesz swojej obecności.- wytłumaczył przeciwnikowi. Wziął kosę do ręki i skoczył w stronę Zegara tnąc go po klatce piersiowej.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Jego przeciwnik był boleśnie wręcz przewidywalny.

Nie tylko popełniał błędy taktyczne, ale też szarżował bez uprzedniego rozpoznania terenu.

Efektem tego była głęboka szrama na klonie Zegarmistrza. Szrama, która wybuchła w twarz przeciwnika silnym środkiem halucynogennym. Przyglądający się temu z niedaleka Zegar szybko nałożył filtr na usta, żeby jego własna trucizna go nie zmogła.

- Oddychaaaaaj, odddddddychaj. Terrraz mnie widziiiiiiszzzzzzzzz, terrrrrrrrazzzzzzzz jużżżżżżż nieeee.

Technika ukrywania się jakiej używał nie polegała na prostym kamuflażu. Bowiem widownia cały czas go widziała. Jego przeciwnik skierował zaklęcie oczyszczające w kompletnie zła stronę. Jeśli uderzę cię młotkiem w głowę, aspirynę łykniesz ty, czy młotek?

Nie czekając na reakcję Lucka rozrzucił kilka zabawek na arenie. Małe dyski, które po nadepnięciu wyzwolą różnego rodzaju gazy, mniej lub bardziej wonne i trujące. Planował zaskoczyć oponenta nie tyle siłą ataku, tą bezapelacyjnie posiadał, ale faktem, że magia może być bardzo wyrafinowanym narzędziem.

Wciąż kryjąc się za płaszczem rozpoczął kolejną serię znaków, tym razem niewidocznych zarówno dla publiczności jak i Lucyfera. A kiedy zebrał powstałą energię w dłoni, jednym ruchem umieścił ją w płycie pod swoimi stopami. Jak to dobrze że twórcy areny udostępnili idealne pięciokąty, tak wspaniale nadające się do pieczętowania magii. Kiedy skończył, na ziemi lśnił delikatnie błękitny znak, odrobinkę przypominający cukierka zawiniętego w papierek. Choć niektórzy mogli by twierdzić że to symbol latarni używanych w kopalniach.

To była jego twierdza, a jeśli przeciwnik zademonstruje ponownie beznadziejny zmysł taktyki, to wygraną miał praktycznie w kieszeni.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Lucjan rozejrzał się.-Twoje opary nie robią na mnie wrażenia.- powiedział spokojnie. Usiadł i wyciągnął małą kulkę która zaczęła wciągać opary. Gdy cały dym zniknął, kulka wybuchła. Chłopak uśmiechnął się i przeciągnął się i ziewnął. Zaczął krążyć dookoła areny. Zaczął rozsypywać biały proszek. Gdy arena była nim oznaczona usiadł po środku i zaczął oddychać spokojnie. Proszek zmaterializował się w dużego orka który wciągnął wszystkie zabawki które były na arenie. Wybuchł dość mocnym światłem. Gdy Zegar odzyskał wzrok nigdzie nie mógł zobaczyć wroga.-I co zrobisz teraz?- zapytał go głos Lucjana.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Spodziewał się takiego obrotu sprawy.

Ba, nawet liczył na taki wypadek, bowiem przeciwnik w swej nieopatrzności dawał mu Czas na wykonanie kolejnego zaklęcia.

A dawanie Czasu Zegarmistrzowi niejednemu dało się we znaki.

- Wydaje ci się, że ukrycie się coś zmieni? Dopplegajger!

Przez chwilę spowił go czarny dym, a kiedy opadł, na arenie stało dwóch Zegarmistrzów. Oboje rozejrzeli się po arenie, rozumiejąc się bez słów i szykując wspólną inkantację.

"In fearful day, in raging night, - rozpoczął Pierwszy.

"In brightest day, in blackest night, - zawtórował mu Drugi.

Dłonie obu Zegarmistrzów rozświetlił blask. Jeden zielony, jeden błękitny, które to powoli zaczęły zalewać arenę.

With strong hearts full, our souls ignite.

No evil shall escape my sight.

Kolejna zwrotka dająca zaklęciu jeszcze większą moc. Wokół obu utworzyła się bańka z błękitnego światła, lecz zdawać by się mogło iż błękitne jest tylko naczynie, bowiem wypełnione było zielenią.

When all seems lost in the War of Light,

Let those who worship evil's might

Symbol pod jego stopami rozświetlił się potężnym blaskiem, który to, niesiony w niebiosa, zabarwił chmury w odcieniach błękitu i zieleni.

Look to the stars, for hope burns bright!"

Beware my power--Green Lantern's light!"

Zaklęcie wybuchło, najpierw w postaci malego pola ochronnego wokół Zegarmistrzów, następnie zaś jako szybko rozszerzająca się sfera, która pokryła calutką arenę, od końca do końca, nie pomijając nawet szczytów otaczających ich wież. Stojąc w tym polu Zegarmistrz mógł dokładnie określić gdzie, teraz widoczny jak na dłoni, jest jego przeciwnik.

- Apporiero Avelutio!

W kierunku przeciwnika wystrzeliła masa łańcuchów. Czar w swojej prostocie był łatwy do uniknięcia. Pod warunkiem oczywiście że łańcuchy nie wylatywały z każdej strony, ze ścian, z podłogi, wiele materializowało się nawet z samego powietrza. A wszystkie skierowane wprost w jego przeciwnika, przystosowane do pościgu, gdyby ten wykonał unik.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Po pierwsze nie śpiewajcie.-poprosił Lucjan spokojnym tonem. - Po drugie nie lubię łańcuchów.-powiedział i machnął ręką. Wszystkie łańcuchy zniknęły. Nie pokazywał tego po sobie ale zużył większość mocy magicznej. Postanowił, że da z siebie wszystko i wyciągnął rękę. Na niej pojawiła się biała ,długa po łokieć ,żelazna rękawica. Wciągnął głęboko powietrze. - Balance Breaker!- zawołał. Zegara mogło oświetlić mocne białe światło a po chwili mógł zobaczyć Lucjana w białej zbroi ze skrzydłami demona. - Powiem tyle. Lucjan to ludzkie imię ale pochodzi ono od Lucyfera.- powiedział teleportując się za wroga.

Uderzył go z całej siły w plecy, gdy ten leciał do przodu pojawił się przed nim i uderzył go w brzuch. Gdy w końcu oponent upadł pojawił się nad nim i wystawił rękę w jego stronę. - Piekielny promień!- zawołał. Biały promień poleciał w stronę Zegara. Gdy do niego dotarł mógł on poczuć olbrzymi ból choć na ciele nie było ani ranki. Lucjan wylądował na ziemi. - Las ostrzy!- krzyknął. Z ziemi wysunęły się ostrza wbijając się przeciwnikowi w stawy. Lucjan usiadł zmęczony. Miał nadzieję, że to choć na chwilę powstrzyma oponenta. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Przyglądając się temu wszystkiemu z boku mógł przyznać, że przeciwnik daje z siebie wiele. Choć mimo wszystko to trochę za mało. Tak, można było docenić ilość energii przeznaczonej na cały spektakl. Imponujące wręcz ilości. Ale co z tego, że karabin strzela szybko i mocno, skoro nie trafia w cel? Jego oponent nawet przez chwilę nie założył, że Zegarmistrz którego widzi mógłby być iluzją. Choć iluzja to też nieodpowiednie słowo, bowiem już od pierwszego strzału Lucyfer był pod wpływem zaklęcia hipnozy, o wiele potężniejszego niż iluzje, te bowiem były tylko omamami, a hipnoza tworzyła świat na nowo - w głowie ofiary.

W ten sposób zarówno widownia jak i Zegarmistrz mogli podziwiać, jak Lucyfer biega, skacze i czaruje na arenie, za cel mając coś, czego w ogóle tam nie ma.

Może nie było to uczciwe zagranie, ale z drugiej strony, nie było też zabronione.

Będąc kompletnie niewidocznym, wszak w głowie jego przeciwnika mógł istnieć tylko jeden, teraz przyszpilony do ziemi Zegar, rozpoczął swoje kolejne zaklęcie.

Tym razem zamierzał uderzyć bardzo mocno, choć niekoniecznie precyzyjnie. Z drugiej strony, na co komu precyzja kiedy..a zresztą, zobaczycie.

Wyciągnął z kieszeni mały dysk, bardziej przypominający ośmiokątne pudełeczko. Otworzył je i wsadził do środka czerwony pierścień. Kiedy zakończył tą prostą czynność, pudełko rozświetliło się w jego dłoni. Tak przygotowany rozpoczął mantrę.

"With blood and rage of crimson red,

Ripped from a corpse so freshly dead,

Together with our hellish hate,

We'll burn you all - that is your fate!

MASTER SPAAAAARK!"

Pudełeczko w jego dłoni rozbłysło, w pierwej czerwienią, potem zaś oślepiająco jasnym światłem. Promień lasera który wystrzelił u podstawy już miał więcej aniżeli metr szerokości, a im dalej od źródła tym bardziej się rozrastał, tak że w chwili dotarcia do przeciwnika, miał promień liczący koło 4 metrów.

Literalnie mistrzowski strzał, bowiem siła była na tyle duża, żeby zdmuchnąć stojącą za celem wieżę.

- Exo patus!

Drobne zabezpieczenie gdyby przeciwnik zdał sobie sprawę co tak naprawdę go trafiło i już był gotowy na kontratak. Teraz pozostało już tylko poczekać.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Lucjan miał szybki zapłon. A dzięki Łamaczowi Ładu był bardzo szybki. Nim Zegar ogarnąłby co się stało pojawił się obok niego i uderzył go w twarz. - Nie ma łatwo.-warknął. Pstryknął palcami. Za nim pojawił się cztery teleporty. Z jednego wyskoczył olbrzymi wilk Fenrir, z dwóch mniejszych jego dwójka synów a z największego mocno zmniejszony ale tak samo potężny wąż Mitgardu. Wszystkie stwory rzuciły się Na Zegara. - Klony nic ci nie dadzą, Fenrir już wie jaki masz zapach a Mitgardsoma poturbuje cię trochę puki nie odpocznę.-powiedział siadając na ziemi.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Exo patus. Zaklęcie proste a tak skuteczne. Nie było nadmiernie skomplikowane, zwyczajnie zakotwiczało pierwszy obiekt jaki uderzy w maga.

W tym przypadku był to Lucjan, który uderzył go w twarz.

A po co było zakotwiczenie? Ano po to, żeby wszystkie obrażenia, fizyczne, mentalne i astralne przelać na zakotwiczony obiekt. Tak więc w chwili kiedy wilk zacisnął zęby na Zegarmistrzu stały się dwie rzeczy. Pierwszą był fakt, że wilk zachowywał się w sposób świadczący o tym, że gryzie kawał skały lub metalu, bowiem jego zęby choć szorowały po ciele Zegara, to nawet nie zostawiały najmniejszych zadrapać.

Drugą zaś był widowiskowy wręcz rozmiar szram wykwitających na piersi i ramionach Lucyfera.

A że zaklęcie samo w sobie czerpało energię z zakotwiczonego, było to idealne perpetum mobile, bowiem nie tylko nie otrzymywał teraz żadnych obrażeń, ale wręcz wystawiał się na nie, transferując je do Lucka. Dwa kamienie jednym granatem czy jakoś tak.

Patrzył z zainteresowaniem jak wąż uderza go raz za razem, próbując zadać jak największe obrażenia i jak owe obrażenia zarzynają rzucać jego przeciwnikiem po arenie. W lewo i prawo, w górę i dół. mógł być sobie szybszy nawet od światła, ale nie można uciec przed tym, co nieuniknione.

A że chwilowo i tak nie musiał niczym się martwić, postanowił poczekać na reakcję obitego oponenta. Przynajmniej do chwili aż wąż nie zechce użyć swoich kłów jadowych, to bowiem mogło by być ciekawe, choć bolesne.

- Exo Nerus - kolejna inkantacja niespodzianka, gdyby jego przeciwnik postanowił dalej być tak twardogłowym jak dotychczas.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Lucjan spojrzał na swoje ciało. - No nie źle. Tylko najpierw pytaj czy moja rodzina może zadawać mi obrażenia.-powiedział chłopak wstając. Jego zbroja zniknęła a on sam usiadł na ziemi. Westchnął i zaczął medytować. Pod nim pojawił się pentagram. Zegar mógł poczuć że coś go przygwoździło do ziemi i nie może użyć swoich mocy. Żadnych. Lucjan wstał i podszedł do unieruchomionego oponenta. - I jak ci teraz?- zapytał. Pstryknął palcami i Zegar zaczął się zamrażać. Gdy przeciwnik znajdował się już w bryle lodu szaro włosy uniósł się i po raz kolejny pstryknął palcami. Z jednej z dziur którą pozostawił po sobie Chłopak zaczęła wypływać lawa. Wiedząc że Zegar może wymyślić jakąś sztuczkę chłopak nałożył na siebie podwójną obronę. Na wszelki wypadek przyzwał też Ekskalibura.

Share this post


Link to post
Share on other sites

- Jeden z twoich poprzedników już tego próbował. Nie poszło mu najlepiej, serio.

Nie możliwość używania mocy. Brzmiało to co najmniej śmiesznie, mocy, a co oni są, jacyś superbohaterowie?

- Dziecko, czy ty w ogóle zdajesz sobie sprawę ze swego potencjału?

Pamięć to figlarna kochanka, w jednej chwili nam pomaga, w drugiej walczy przeciw nam. Zegarmistrz stał nietknięty przed swoim oponentem. Nietknięty i rozbawiony. Jego przeciwnik popełnił zbyt wiele błędów by teraz je pominąć. Zbyt wiele zuchwalstwa, samouwielbienia.

Pora przebić to rozdmuchane ego, raz a porządnie.

- Ból będzie przejściowy, raczej przeżyjesz ten proces.

Jeśli nikt nie pamięta że coś się stało, to nie ma dowodów na to że to się stało. Jego przeciwnik myślał że wyłączy go jak jakąś zabawkę. A nawet chwili nie poświęcił na rozejrzenie się. Nawet chwili nie stracił by upewnić się, że Zegarmistrz w którego celuje jest prawdziwy. Czy aby na pewno stoi tam gdzie go widzi, czy aby na pewno żadne zaklęcie na niego nie działa. Mógł tak walczyć cały czas, zaklęcia służące do zmylenia przeciwnika nie były kosztowne, nie żeby martwił się o energię w pierwszej kolejności, ale samo to świadczyło że mógł robić z Lucka głupiego jasia ile tylko dusza zapragnie.

A teraz jego przeciwnik przesadził i pora nadeszła, żeby zasmakował własnego leku.

Zegarmistrz nigdy nie lubił stosować aż tak podłych zagrywek, ale skoro jego przeciwnik aż się o to prosił, to widowni też się coś z tego tortu należało.

Dzięki zaklęciu kotwicy dokładnie wiedział gdzie jest jego przeciwnik. Dzięki temu miał pewność, w przeciwieństwie do niego, że uderzy tego prawdziwego.

Jednym szybkim ruchem uderzył powietrze przed sobą. W miejscu gdzie trafił pięścią przestrzeń popękała niczym rozbita szyba.

Takie same pęknięcie pojawiło się na policzku jego oponenta gdy potężna energia odrzuciła go wprost w ścianę areny. A to był dopiero początek.

Zegarmistrz uderzał raz za razem, jak wprawiony bokser a kolejne uderzenia literalnie wbijały jego przeciwnika w ścianę, a raczej mur, otaczający ich miejsce walki. Gdzieś po drodze błysnęło jakieś światło, które dało znać że zaklęcie mające chronić Lucjana zostało potraktowane jak papierowa kartka, rozerwana przez potężny huragan ciosów który teraz na niego spadał.

- Arnamentus Arachni!

Niewidzialne żyłki przyszyły jego przeciwnika do ściany, tak, by nie mógł ruszyć nawet palcem, o reszcie ciała nie wspominając, zaś Zegarmistrz mógł kontynuować swoje zaklęcia nie martwiąc się o poruszenie się przeciwnika.

Wykonał szubko kilka znaków dłonią i z przestrzeni wysunęła się najprawdziwsza 80 funtowa armata.

- Słoneczny Strzał - Ognia!

Pierwszy pocisk wielkości sporej kuli ognia trafił w miejsce gdzie jeszcze przed chwilą unieruchomił swego oponenta.

- Słoneczny Strzał - Ognia!

- Słoneczny Strzał - Ognia!

- Słoneczny Strzał - Ognia!

- Słoneczny Strzał - Ognia!

- Słoneczny Strzał - Ognia!

- Słoneczny Strzał - Ognia!

Strzał za strzałem, kula za kulą, arenę zakrywały coraz większe ilości kurzu i latającego gruzu. Pociski były tak skomponowane, by w chwili trafienia w miękkie cele zadawać im jak najwięcej bólu, lecz nie robić prawie żadnych obrażeń fizycznych. Co gwarantowało, że nie zabije przeciwnika, ale wyrządzi mu spore zazi. Czego nie mógł oczywiście powiedzieć o obiektach stałych, latające tu i tam fragmenty muru mówiły same za siebie.

- I jak ci teraz?

Share this post


Link to post
Share on other sites

Lucjan tylko się uśmiechnął. Można było zauważyć że przestał oddychać. Nagle z widowni można było usłyszeć że ktoś klaszcze. Od tamtej strony wstał blond włosy mężczyzna w garniturze.  Na prawym oku miał opaskę a w ręku laskę. - Zegarze. Jesteś inteligentny. Ale klony to jest straszna taniocha. Non stop klony. A popatrz. Ja użyłem tylko jednego. - powiedział z uśmiechem. Gdy Zegar był skupiony na nim, jego klon wskoczył na oponenta i wybuchł. Lucjan podszedł do Zegara i uderzył go laską w twarz. - Postaraj się.- powiedział.- Werbus Centrus.- wyszeptał. Pod Zegarem pojawił się portal który do pasa wciągnał go pod ziemię. Lucjan prychnął i dmuchnął w jego stronę jakimś dziwnym białym proszkiem który oślepił Zegarmistrza. Blondyn zaśmiał się. Teraz mnie traf i używaj swoich klonów. - powiedział a jego głos było słychać na całej sali więc nie można było określić dokładnie z której strony on stoi.

Share this post


Link to post
Share on other sites

- Oh, a czy muszę?

Zegarmistrz był nie tyle rozbawiony, co rozśmieszony, choć na dłuższą metę to mogło być to samo. Koniec końców wygrał nie przez swoje umiejętności, ale przez głupotę swojego oponenta. Pstryknął palcami, aktywując wcześniej przygotowane zaklęcie, "pamięć" areny została cofnięta o dobre 15 minut, przez co sam Zegarmistrz nie stał już w miejscu gdzie miałby go wciągać portal, a tam, gdzie zaczął pojedynek. Nie mówiąc oczywiście o tak drobnych rzeczach jak odnowienie energii czy ściągnięcie z siebie efektów negatywnych. Taki zapis i wczytanie gry, jakby ktoś stwierdził.

- A gdybym ci powiedział że nie muszę bo - zerknął na zegarek którzy trzymał w kieszeni - się zdyskwalifikowałeś?

Nie musiał widzieć twarzy przeciwnika żeby widzieć jego zdziwienie.

- Widzisz, opuściłeś miejsce walki, arenę, narażając na szkodę widownie. Próbowałeś mnie dwa razy zabić, choćby poprzez nieudaną próbę wyłączenia mnie z akcji i zalania magmą. Mógłbym już teraz podnieść rękę i poprosić organizatorów o usunięcie cię z tej walki. Ale to będzie zabawniejsze. Księżycowy Strzał, Ognia!

Przestrzeń wybuchła bryłą lodu, ukazując jego przeciwnika zastygniętego w lodzie. Trochę groteskowy widok, ale lód był magiczny, pozwalał ofierze oddychać, nawet podejmować pewne, przemyślane, akcje.

- Zapomniałeś co powiedziałem? Zakotwiczyłem się, dzięki tobie, do twojej magii. Moje zaklęcia zużywają twoją energię. Zatem wydawało ci się choć przez chwilę, że nie dam rady cię namierzyć? Sam sobie to wszystko zrobiłeś, sam do tego doprowadziłeś. I po co? Rozejrzyj się, widzisz zadowolenie na twarzy widowni? Ja nie. Zamiast skupić się na swoich zaletach, tylko uwidaczniasz swoje wady, łamiąc zasady tego uświęconego miejsca. A na to pozwolić nie mogę. Resztą zajmie się Hoffman.

Co wygłosiwszy, Zegarmistrz udał się do wyjścia, bowiem nic już go nie trzymało na arenie.

Share this post


Link to post
Share on other sites

W związku z zaistniałą sytuacją, pojedynek zostaje zamknięty i przeniesiony do archiwum.

 

Starcie zostało zakończone bez zwycięzcy.

  • Upvote 1

Share this post


Link to post
Share on other sites
Guest
This topic is now closed to further replies.

×
×
  • Create New...