Jump to content

Strona Główna  |  Ogłoszenia  |  Lista Fanfików  |  Fanpage  |  Feedback
Arcybiskup z Canterbury

[Pawlex] Jak dobrze mieć wroga! [Zakończone]

Recommended Posts

Rennard miał zły dzień.

Raz jeden zdecydował się na podróż kanałami pod miastem. 'Będzie świetna zabawa, Dziarski'. 'Poznasz klimacik podziemnego Noxus Prime'. 'Zupełnie inne doznania niż łażenie po dachach, czy zwyczajne wleczenie się ulicami'. No więc nie.

Miał dotrzeć na rynek, poczekać aż rozpocznie się egzekucja jakiegoś kompletnie nieistotnego typa i zamordować jakiegoś bogacza, który wyjątkowo naprzykrzał się swoimi inwestycjami Wielkiemu Taktykowi. Stwierdził, że nie lubi kiedy cudze wieże przesłaniają mu widok z okna. To miał być koniec Petro Selvo, wybitnie irytującego noxiańskiego biznesmena.

Czy będzie, to się okaże. Bo Rennard zabłądził w kanałach.

Wlókł się już przez nie ponad godzinę. Co gorsza, nie widział już nawet kanałów. Wszedł do jakichś lochów, katakumb, czy bogowie wiedzą czego jeszcze. Klimat był, i owszem. Tyle że nie do końca taki, jakiego Rennard się spodziewał.

W pewnym momencie nadepnął na coś lepkiego. I jeszcze bardziej lepkiego. Właściwie, tak bardzo lepkiego że po kilku krokach nie mógł oderwać stóp od podłoża. Potem nie mógł oderwać także dłoni, a to z kolei wskazywało na ogromną pajęczynę o ogromnie wytrzymałych niciach.

 

Edited by Arcybiskup z Canterbury

Share this post


Link to post
Share on other sites

Kiedy chłopak postawił swoje pierwsze kroki w kanałach, odczuwał wielką ekscytacje. "Najlepszy skrót jaki znam" mówił, "Kilka minut i po sprawie". Nie, zawsze coś się spieprzy. 

Po dwudziestu minutach Rennard DeWett zdał sobie sprawę... że się do cholery zgubił. Zgubił we własnym mieście.

Po kolejnych dziesięciu echem odbijały się bardzo nieładne słowa i krzyki. 

Kiedy wyszedł z kanałów a trafił do lochów, czuł się kompletnie zdezorientowany. Teraz to już w ogóle nie miał pojęcia gdzie jest. No i smród, ten cholerny smród z kanałów na pewno nie poprawiał nastroju. 

I pogorszyło się jeszcze bardziej. Coś kleistego kompletnie go zatrzymało. Teraz to już w ogóle nerwy mu puściły. Oskarżał jego cel, Petro Selvo o wszystko co najgorsze na tym świecie. Zaczął wiercić się, chcąc uwolnić się z pajęczyny. Co tu do cholery robiła taka pajęczyna. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Wiercił się i wiercił, dopóki natarczywy, chroboczący dźwięk nie dał mu wyraźnie znać, że coś idzie.

Coś ze zbyt dużą ilością nóg i chitynowym pancerzem. Coś w liczbie mnogiej. A już najgorzej było, kiedy poczuł delikatne dotknięcie na swojej twarzy... Paskudztwo. Pająk. Dużo pająków. Gdyby Rennard słuchał plotek, nabrałby podejrzeń czyi słudzy po niego przyszli. Ale zanim zdołał się nad tym zastanowić, któryś z wielonożnych sukinsynów go ukąsił. I zapadła ciemność.

Kiedy się obudził, do jego zmaltretowanej świadomości dotarł najpierw blady odcień zieleni. Potem kształty zaczęły się wyostrzać, ale uczucie podobne do ostrego kaca widocznie nie miało zamiaru go opuścić.

Był gdzieś w podziemiach, to pewne. Komnata była kamienna, gdzieniegdzie znajdowały się baseny z zastałą wodą, a wszystko porastały - jakżeby inaczej - pajęczyny. I to potworne chrobotanie chitynowych nóżek...

- DeWett. A to ci dopiero. Co też skłoniło cię do wejścia do kanałów, nieszczęsny pętaku? Jeśli dobrze pamiętam, a pamięć mam świetną, twój ród woli przemieszczać się raczej nad, niż pod. I zwykle się tym szczyciliście - odezwał się damski, zmysłowy głos. Odbił się echem od ścian komnaty, a pierwszym co zobaczył Rennard były świecące, czerwone ślepia.

Share this post


Link to post
Share on other sites

- Kurw... - Rzekł cicho, kiedy poczuł ugryzienie. Oczywiście przekleństwa nie zdołał dokończyć...

Kiedy zaczął się wybudzać, postanowił się nie ruszać. Czuł się jak po bardzo mocno zakrapianej libacji. Co oczywiście nie było dla niego niczym nowym. Oczywiście nie chodzi tutaj o używanie trucizny zamiast alkoholu.

Mimo wcześniejszych podejrzeń, głos który dobiegł do jego uszu, od razu powiedział mu z kim ma do czynienia.

- Elise? - Zapytał, raczej wymamrotał. Można powiedzieć że jednocześnie się cieszył i nie. Ten cholerny mutant zdecydowanie był odporny na próby zmanipulowania, bądź udobruchania przez Rennarda. Ale mimo wszystko zawsze mógł próbować. W końcu miał na czym zawiesić oko...

- Pajączku mój słodki kochany... - Odezwał się chwilę później, przybierając strasznie przesłodzony głos. - Dobrze wiesz, że wszyscy wiedzą, że mój ród najchętniej nigdy by się do mnie nie przyznawał. Skłoniło mnie to że potrzebowałem jakiegoś dobrego skrótu. Wiesz, mam zabić takiego jednego grubego bogatego frajera. Zgubienie się pod ziemią a potem przetrzymywanie przez całkiem kuszącego człowieka pająka raczej w tym mi nie pomoże! 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Cisza. 

- Mam złą wiadomość, DeWett. Twój skrót nadłożył ci już dwie godziny drogi. I pewnie bym cię pomęczyła, ty mały draniu, ale nie będę ukrywać że twój otyły cel i mnie irytuje. Ciągle tylko wstrząsy i wstrząsy... - Elise zaskoczyła zgrabnie ze swojego tronu i podeszła do leżącego na posadzce zabójcy. 

- To twój szczęśliwy dzień, parszywcu - powiedziała pieszczotliwie. - Wierzę nie tylko w twój profesjonalizm, ale i to, że zrobisz to wyjątkowo wykwintnie. Tyle, że na rynku już Selvo nie znajdziesz. - Elise przecięła nici krępujące Rennarda. 

- Korytarzem prosto i w lewo. Znajdziesz schody, dalej już sobie poradzisz. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Słuchając pajęczej kapłanki, człowiek zrobił sztuczny, obrażony grymas.

- Pętak, parszywiec. Skąd w tobie tyle nienawiści do mojej niewinnej, uroczej osoby? - Zapytał, kierując głowę i oczy ku górze, kiedy Elise przecinała nici. Zaraz potem przejechał dłońmi po nadgarstkach, pozbywając się reszty pajęczyny. 

- Bardzo dziękuję ci za wskazówkę... no i oczywiście za to że nie złożysz mnie w ofierze temu wielkiemu, strasznemu pająkowi. - Powiedział radosnym tonem, kiedy nagle doskoczył do pajęczycy i szybko ucałował ją w policzek. Zaraz potem zerwał się do biegu, zanim zdążyłby tego śmiałego, chociaż dla niego całkiem spodziewanego działania pożałować.

Za jej instrukcją, prosto i w lewo do schodów. Rennard już wyobrażał sobie jak jednym pchnięciem sztyletu naciskowego pozbawia życia tego parszywego biznesmena. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Oddalając się, dobiegł go jeszcze chichot ostatniej z rodu Kythera. 

Stukot pajęczch nóżek towarzyszył mu jeszcze długo podczas wspinaczki po spiralnych schodach. Czasem schody wychodziły na inne podziemne piętra, spowite cieniem. W końcu jednak Rennard dotarł do drzwi i do kraty, na jego szczęście otwartych. 

Gdy tylko wyszedł, przesuwając z piskiem ciężkie drzwi, zaatakowało go światło dzienne, bezlitośnie palące oczy. Co za przepiękny, słoneczny dzień w... No właśnie, gdzie? 

Kamienna, biało-czarna, marmurowa podłoga, kolumny połączone ostrymi, kamiennymi łukami. Obraz któregoś z wielkich snobów na ścianie, stalowe żyrandole na suficie. Nieśmiertelny Bastion. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Rennard szybko wbiegał po schodach, chcąc w końcu opuścić te podziemia. Kiedy otworzył kratę i zasłonił oczy przed nagłym światłem, czuł się jakby uciekł z najbardziej strzeżonego więzienia. Przynajmniej przez chwilę, dopóki w końcu odsłonił oczy i zdał sobie sprawę gdzie jest.

Zabójca-szlachcic rozejrzał się zaskoczony, na jego twarzy widniał grymas zdziwienia.

Podejrzewał że był to Nieśmiertelny Bastion. Nigdy tu nie był, słyszał tylko plotki.

- Wydaje mi się... - Zaczął mówić sam do siebie, zatrzymując wzrok na portrecie. - Że ktoś mnie oszukał... 

Chłopak nie sądził że cel który miał zabić też tu był...

Share this post


Link to post
Share on other sites

- Och... - Chłopak wzdrygnął się, kiedy taki duży pająk przeszedł obok niego. W końcu nawet mordercy mają prawo mieć arachnofobię...

Gdy się mu jednak przypatrzył, wyglądał dość ładnie, oczywiście jak na pająka.

Rennard miał nadzieję że będzie jego pajęczym przewodnikiem. Ostrożnie zaczął iść za ośmionogim, jadowitym potworem.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Jadowity potwór szedł niestrudzenie przed siebie, mijając kolejne korytarze, kolejne sale i przerażonych służących (którzy reagowali na pająka, nie na Rennarda - jego twarz była w Bastionie znana zarówno szlacheckiej części mieszkańców, jak i służącym. Niektórym z tej drugiej grupy aż zbyt dobrze). W końcu wyprowadził zabójcę bocznymi drzwiami na zewnątrz pałacu - stąd to rozciągał się cudowny widok na ponurą, noxiańską panoramę i nieco mniej ponurą dzielnicę Ivory Ward, gdzie gnieździły się wszelkiej maści snoby. W tym zacny ród DeWettów.

Jeśli Petro Selvo miał gdzieś przebywać w czasie wolnym od egzekucji i różnych swoich lepkich sprawek, to właśnie tam.

Pająk zawrócił wgłąb korytarza i wkrótce zniknął.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Chłopak ochoczo podążał za pająkiem, uśmiechając się do każdej osoby, którą minął. Do niektórych nawet puszczał oczko. 

Kiedy wydostali się z pałacu, Rennard wziął głęboki wdech, ciesząc się że w końcu ogarnął gdzie jest. Zdążył jeszcze pomachać swojemu "przewodnikowi", gdy ten zawrócił, skończywszy swoje zadanie.

Skrytobójca ruszył do Ivory Ward, bardzo zdeterminowany aby wypełnić powierzone mu zadanie. Jeżeli podczas szukania swojego celu, zdoła spotkać i zepsuć dzień komuś ze swojej rodziny... to tym lepiej. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Zanim dojdzie do oficjalnego zniwelowania problemu w postaci Petro Selvo, należało dowiedzieć się gdzie takowy przebywa.

Rennard uchodził za zabójcę profesjonalnego, toteż przed akcją zdobył nieco informacji o celu - między innymi dowiedział się o miejscu zamieszkania.

Miejscem zamieszkania był olbrzymi, rozłożysty moloch w stylu podobnym bliżej do niczego konkretnego. Olbrzymia brama do ogrodu, olbrzymie okna, olbrzymie drzwi. Właściciel mógł cierpieć na megalomanię.

Od bramy i ogrodzenia graniczącego z uliczką było pół mili do samego budynku. W samym ogrodzie stały poprzycinane drzewa, był niski labirynt z żywopłotu, parę fontann i - co standardowe dla niepoprawnych romantyków - cała masa krzewów różanych.

Na samej ulicy krzątało się paru przechodniów.

Share this post


Link to post
Share on other sites

- Ciekawe czy swój... "interes" też ma taki duży. - Zastanowił się, z lekkim zażenowaniem patrząc na wielkość całego terenu i wszystkiego co na nim było. Osobiście, chłopak uważał że zagospodarowałby to o wiele lepiej. 

Bez problemu wdrapał się po dużej bramie. W końcu gdyby nie potrafiłby się wspinać, byłby frajerem a nie skrytobójcą. Nie zaprzątał sobie głowy przechodniami, dobrze wiedział że nikt nie zwróci uwagi na to co robi. Poza tym, Rennard był wystarczająco znany w Noxus ( co prawda w niezbyt dobrym świetle) aby zdecydowana większość mieszkańców wiedziała, by lepiej nie podpadać buntowniczemu szlachetce. Kogoś z takim temperamentem zdecydowanie lepiej mieć za kumpla niż wroga.

Oczywiście zabójca od razu całą swoją uwagę skupił na pięknym ogrodzie, zamiast na znalezieniu Petra. Szybko podbiegł do różanych krzewów, po czym wyrwał jeden kwiat, oczywiście uważając na kolce. 

- Chociaż ogród masz ładny ty... grubasie lubiący wielkie rzeczy. No, zaraz martwy grubasie. - Pomyślał, krocząc w stronę potężnego budynku, co jakiś czas przykładając kwiat do nosa, by trochę popieścić swój zmysł węchu. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Szczęście znów zaczęło mu sprzyjać, bo krótko po wtargnięciu do ogrodu usłyszał hałas za ogrodzeniem i szczęk otwieranej bramy.

Na podwórze wjechał dyliżans ciągnięty przez cztery kare konie. Woźnica zatrzymał pojazd niedaleko schodów i fasady budynku, po czym zeskoczył ze skrzyni, zdjął składane schodki, podstawił pod drzwi dyliżansu i je otwarł.

Ze środka wytoczył się cel. Nie był może tak gruby jak wszyscy opowiadali, niemniej parę kilo mógłby zrzucić. Ubrany w ubranie mające na celu budzić zachwyt bogactwem, wyglądał jak pisanka.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Słysząc dźwięk otwieranej bramy, chłopak automatycznie osunął się na ziemię, nie chcąc dać się zauważyć. Na szczęście woźnica raczej nie miał zamiaru obserwować cały teren wokół siebie. A co do koni, one raczej nie powinny nikomu donieść o obecności Rennarda. 

Wpadł na (przynajmniej dla niego) bystry plan. Kiedy wóz go minął, zabójca szybko i niepostrzeżenie pobiegł na drogę którą pokonał jego cel. Miało to wyglądać tak jakby szedł tutaj za woźnicą. Kiedy Petro wyłonił swoje cztery litery z wozu, Rennard zaczął machać w ich kierunku. Cały czas trzymał różę.

- Przepraszam! Panie Petro Selvo! - Krzyczał, chcąc zwrócić na siebie uwagę. - Pilna wiadomość od Wielkiego Taktyka! Sprawa państwowa... i tak dalej... - Końcówkę już wymamrotał pod nosem. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Grubas odwrócił się w stronę krzyku. Pierwszą emocją jaka pojawiła się na jego twarzy, było bezgraniczne zdziwienie. Zaraz potem zdziwienie zniknęło na korzyść strachu.

- Straż! Straaaż! Kto go tutaj wpuścił? Natychmiast do mnie, straż! - wrzasnął i odwrócił się, żeby wrócić do środka dyliżansu.

I wtedy w krótkim momencie wydarzyło się kilka rzeczy.

Pierwszą i najmniej ważną, był woźnica który dał nogę w stronę pałacu.

Drugą było ucichnięcie Selvo. Na samym początku Rennard zaczął podejrzewać, że szlachcic zobaczył coś niezwykle szokującego we wnętrzu pojazdu. Z błędu został wyprowadzony, kiedy grubas przechylił się do tyłu, stoczył ze schodków i wylądował bezwładnie i z hukiem na żwirze, z dziurą w klatce piersiowej.

Trzecią rzeczą był dźwięk przeładowywania magazynka. Cichy i dyskretny, ale słyszalny dla ucha zawodowego zabójcy.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Zabójca zastygł na chwilę, z zdziwienia. Na dźwięk przeładowywania broni palnej jego ucho aż zadrgało. Konkurencja? Broń palna była w Noxus nieco rzadkim widokiem. Rennard naprawdę nie lubił, kiedy jakiś obcy morderca wchodził na jego podwórko.

To był jednak moment, w którym wypadało skończyć śmieszkowanie a zacząć zachowywać się poważniej. Chłopak wyciągnął z kieszeni swej kamizelki sztylet naciskowy i ostrożnie zaczął zbliżać się do wozu. Zachowywał się tak szczególnie przez to że tajemniczy oponent posiadał prawdopodobnie pistolet. Jego sztylet był zbyt mały aby swobodnie odbijać pociski. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Strzał był celny - prosto w serce. Krwi też było mało. Z rany uleciał fioletowy dym przepełniony iskrami. Wydawało się przez chwilę, że owe iskry mają stworzyć jakiś miraż, czy obraz. Skończyło się jednak na dźwięku podobnym ulatującemu z balonu powietrzu i opadnięciu iskier.

- Niech to... Niech to! - syknął męski głos gdzieś z boku. Słychać go było aż nazbyt wyraźnie.

Stał kilkadziesiąt metrów dalej, przypatrując się scenie z opuszczonymi rękami. W jednej z nich trzymał biały pistolet, z drugą coś było mocno nie tak. Podobnie jak z całą jego nieproporcjonalną sylwetką. Był zdecydowanie zbyt... długi. A na twarzy miał białą, kanciastą maskę. Dziwny złodziej zleceń wyprostował się i pogładził palcami podbródek maski.

- Chociaż... Patrząc na to z tej strony, widzę dramatyzm.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Rennard odskoczył, kiedy z ciała wyleciał dym i inne rzeczy. To miała być jakaś sztuczka? Nie trzeba było być ekspertem aby zauważyć, że coś tu komuś nie wyszło. Odwrócił się w stronę, z której to usłyszał głos. Naprawdę zawiedziony głos. Szybko przeleciał wzrokiem po tajemniczej postaci. Zdecydowanie nie znał tego kogoś. Właściwie to nie był pewny czy to coś jest człowiekiem czy czymś innym. Bardziej wyglądał na jakąś abominację z Zaun. 

Chłopak syknął ze złości, by zaraz potem lekko unieść ręce w górę i przybrać najbardziej przyjacielski uśmiech jaki tylko potrafił.

- Hejże hola! Koleżko! - Mówił, powoli idąc w stronę tego kogoś. Tamten miał w końcu broń dystansową. Jeżeli Rennard chciał go uciszyć, potrzebował zbliżyć się wystarczająco. Wolał się do niego zbliżyć bez żadnych dziur w ciele.

- Rozumiem że początkujący zabójca potrzebuje od czegoś zacząć i szlifować swoje umiejętności... ale może mógłbyś przy tym nie zabierać celów osobą o tej samej profesji?! Wiesz, my mordercy powinniśmy się szanować! 

Share this post


Link to post
Share on other sites

- Nie ma tu morderców. Jest artysta i jest lalka. Zgadnij, kto jest lalką - odpowiedział zamaskowany typ, ostrzegawczo celując w Rennarda. - To było prawie udane przedsięwzięcie, choć z bólem serca przyznaję, że nie z twojej winy było tylko prawie udane. Możesz zejść ze sceny. No już, sio - rzekł. Jedna ręka wycelowana była wciąż w młodego zabójcę, druga wykonała gest serwowany zazwyczaj czemuś, co plącze się pod nogami.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Gdy zamaskowany oponent wycelował w chłopaka, ten od razu się zatrzymał, klnąc pod nosem. 

Oczywistym było, że słowa jakie padły z ust strzelca nie podobały się Rennardowi. Był lalką? Zwykłą szmacianą kukiełka na scenie niby wielkiego artysty? 

DeWett powoli odwrócił się, by spojrzeć na martwe ciało Petro. Mimo wszystko, jego cel był martwy. Robota wykonana, nie z jego ręki ale wykonana. Zabójca powrócił wzrokiem na tajemniczego jegomościa.

- Cóż, niby moje zadanie właśnie się skończyło. Więc... więc chyba sobie pójdę. - Powiedział zmieszany. Opuścił ręce i powoli zaczął kroczyć przed siebie.

Czy to była tylko taka scenka? Cóż... OCZYWIŚCIE. 

Podczas swojej udawanej gadki, zabójca zaczął skanować wzrokiem całe otoczenie, każdy drobny szczegół, razem z napastnikiem. Spojrzał na każdą przeszkodę, za jaką mógł się schować w razie ostrzału. Najszybszej drogi jaką mógłby wykorzystać aby dostać się do strzelca. Natomiast "wykonanie" polecenia o ulotnieniu się miało dać sztuczną oznakę, że Rennard nie planuje zrobić nic więcej. Najbardziej liczył na to że tamten przestanie w niego celować.

Zarżnie tego "artystę wariata". Choćby własnymi rękoma. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

- Pozwalam ci odejść - rzekł łaskawie wariat. - Ale spotkamy się, o tak. Grande finale, wszystko dopięte na ostatni guzik! Pokażę ci wyższość sztuki nad automatycznym procederem, jakiego dopuszczasz się sięgając ostrza! -  Chciał podrzucić pistolet, ale nie wszystko poszło zgodnie z planem. Broń wystrzeliła trzy razy w losowych kierunkach, niemal trafiając zarówno właściciela, jak i samego Rennarda. Zamaskowany chwycił broń pewniej, zachichotał nerwowo, ukłonił się nisko i... odwrócił w stronę ogrodzenia, a potem rzucił się biegiem w jego stronę. Wiał, a ze względu na długie kończyny przeskakiwanie nad żywopłotem szło mu łatwiej niż posiadaczowi standardowej długości nóg.

Share this post


Link to post
Share on other sites

- O nie nie mój drogi! Sztuką jest perfekcyjne trafienie takim ostrzem w małą lukę zakutego w zbroję rycerza, niż strzelanie gdzie popadnie i... - Rennard nie dokończył, kiedy broń oponenta zaczęła strzelać w losowych kierunkach. Chłopak aż przykucnął i schował twarz w dłoniach, myśląc że ten idiota przez przypadek zastrzeli ich obu. Kiedy tylko strzały ucichły, DeWett rozszerzył palce, aby cokolwiek widzieć. Tamten uciekł. Widząc z jaką łatwością pokonuje dużą bramę, teraz zdał sobie sprawę że jest od tego wariata cholernie niższy. 

Rennard wstał z klęczek, macając się po ciele w poszukiwaniu jakichś przypadkowych dziur. Na szczęście nic takiego nie znalazł. Byłoby wstydem zginąć od tak. 

Szczęka jego prawie sięgała ziemi. Taki był zdziwiony tą całą sytuacją. Spojrzał jeszcze jeden raz na ciało Petro, mając pewność że nie żyje. Chłopak klepnął się w policzek, aby się ogarnąć, po czym machnął rękoma.

- Pieprze. Petro jest martwy? Jest. Idę zdać raport i schleje się w trupa. - Obmyślił plan na resztę dnia. Na dzień dzisiejszy raczej starczyło mu tych niespodziewanych wrażeń. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Komnaty Wielkiego Taktyka znajdowały się na szczytowym piętrze pałacu. Aż dziw brał, że dziadkowi z kulawą nogą chciało się codziennie pokonywać taką ilość schodów. Z drugiej strony, stary piernik zawsze uchodził za ekscentryka i miał swoje dziwaczne przyzwyczajenia.

Na przykład to, że w przeciwieństwie do większej części szlachty nie opływał w luksusy, a prowadził prawdziwie targoński tryb życia. Widać to było od razu po wejściu do jego 'apartamentów'. No i mimo bycia ważną osobistością, nigdy nie zatrudniał straży.

- Wejść - oznajmił, kiedy rozległo się pukanie. Siedział na twardym fotelu, trzymając w dłoniach książkę. Na drewnianym biurku pod podłużnym oknem siedziało ptaszysko generała Swaina. Olbrzymi i paskudny, sześciooki kruk.

Starzec podniósł głowę.

- Słyszałem, DeWett, że nie wszystko poszło po twojej myśli, co? Melduj. Chcę wiedzieć w jakich okolicznościach zginął ten stary cep - odezwał się zachrypniętym głosem.

Share this post


Link to post
Share on other sites
Guest
This topic is now closed to further replies.

×
×
  • Create New...