Elizabeth Eden

[GRA] Długo i Zawsze Szczęśliwie (Akademia Dobra i Zła) (~Magus)

39 postów w tym temacie

Napisano (edytowano)

DŁUGO I ZAWSZE SZCZĘŚLIWIE

Elizabeth Eden

 

~~~

W prastarej puszczy trwa

Akademia Dobra i Zła.

Bliźniacze wieże jak dwie głowy,

Jedna dla szlachetnych,

Druga dla podłych.

Ucieczka z niej niemożliwa.

Jedyna droga wyjścia

W baśni się ukrywa.

~~~

 

Dobro i Zło.

Zawszanie i Nigdziarze.

Kim jesteś ty?

 

 

Sesja w uniwersum trylogii Akademia Dobra i Zła autorstwa Somana Chainani, przetłumaczonej przez Małgorzatę Kaczarowską. Wydarzenia mają miejsce przed historią Sofii i Agaty i śledzą przygody Lisy, Adelii, Alana, Sophie i wielu innych uczniów, których Dyrektor Akademii wybrał, dając im tym samym szansę na własną baśń. Ale czy naprawdę jest to szansa?

 

Akta Postaci

Dokumenty Rady

Ranking Uczniów Akademii

 

 

Dodatkowo

- Stworzone w internetowej grze portrety dziewcząt z Akademii

(Są super :V)

- Prowizoryczna mapa fragmentu Bezkresnej Puszczy z zaznaczonymi trasami Kwietnej Kolei

 

Spoiler

58ff64948d4fd_MapaAkademia.thumb.png.74494e05a449153b8666e667bf39bb81.png

Linie żeńskie

Czerwony - Linia Różana*

Różowy - Linia Peoniowa*

Fioletowy - Linia Fiołkowa

Linie męskie

Żółty - Linia Daliowa*

Zielony - Linia Drzewna*

Pomarańczowy - Linia Mandarynkowa

Dla Nigdziarzy

Niebieski - Linia Hibiskusowa*

 

* Linie Akademii

 

 

 

Gram z Magusem, to sesja dwuosobowa, więc nie ma zapisów.

 

Czas na wycieczkę do Świata Baśni.

 

Edytowano przez Elizabeth Eden
1

Udostępnij ten post


Link do postu
Udostępnij na innych stronach

Dodano: (edytowano)

Wstęp wstępem, reszta postów nie będzie tak długa XD.

____

 

To był właśnie ten dzień.


Ten jeden, jedyny dzień, którego wszyscy mieszkańcy Gawaldonu oczekiwali z takim strachem. Co każde cztery lata na jeden dzień miasteczko zmieniało się nie do poznania. A kiedy ten dzień w końcu minie i jutro po raz kolejny wszystko wróci do normy, ludzie ponownie zaczną swoje odliczanie, by za cztery lata powtórzyć wszystko z nadzieją, że tym razem wyjdzie. Jeśli ktokolwiek jeszcze ją miał.


Elisabeth nie pamiętała wiele z wczesnego dzieciństwa, ale jeśli tylko chciała, znów mogła zobaczyć tę scenę - kiedy jako czterolatka w ramionach mamy obserwowała zamieszanie na rynku. Jak zaciskała rączki na jej bluzce, widząc śliczne dziewczyny obcinające swoje długie, lśniące włosy i wcierające w jedwabistą skórę brudny muł i piach. Jak chowała twarz w zagłębieniu jej szyi, kiedy te inne dzieci chodziły po domach i z wymuszonymi uśmiechami częstowały ludzi babeczkami z różowego koszyczka.


Potem miała osiem lat i przeżyła wszystko o wiele bardziej świadomie. Już wiedziała kim jest Dyrektor Akademii. Wiedziała o co chodzi z baśniami, których kolekcję, jak każde dziecko w Gawaldonie, układała z rodzicami na specjalnej półce w salonie. Czytała o księżniczkach i o wiedźmach, o księciach i wilkach, i bała się tego wszystkiego, chociaż przecież wszystkie miały zawsze dobre zakończenie.  Tego dnia nie poszła na rynek, tylko siedziała z mamą na altance w ogrodzie. Czuła jej dłoń we włosach, kiedy przeczesywała uspokajająco jej rude loki. Lisa patrzyła na las, który wyłaniał się za domami i zastanawiała, gdzie znikają dzieci, jeśli mieszkańcy nie mogą ich potem znaleźć. Jeszcze wtedy nie rozumiała co znaczy, że każdy, kto wejdzie między drzewa i tak zawsze wróci z powrotem w to samo miejsce. Zaczynała nawet wątpić w to, czy dzieci naprawdę są porywane do świata baśni. Książka, którą trzymała na kolanach, nie wydawała się być czymś więcej niż tylko stosem kartek. Tego dnia, tak jak wszyscy, znowu wracała do obsesyjnego przeglądania ich, chociaż większość historii znała na pamięć. Przewracała szybko kartki, by dotrzeć do zakończenia, do Długo i Zawsze Szczęśliwe, a potem patrzyła na mamę ze strachem, a ona delikatnie zamykała książkę i zabierała z jej rąk. Potem kazała jej opowiadać o szkole. O koleżankach. O kółku sportowym. O tym co mówiła babcia i o tym, że Betty zwichnęła palca na boisku.


To właśnie tej nocy, kiedy miała osiem lat, po raz pierwszy usłyszała krzyk. Jedynie kilka domów dalej, przecinający ciszę jak syrena alarmowa. Pamiętała jak podbiegła do okna i wspięła się na parapet. Pamiętała jak przyciskała nos do szyby, pamiętała tłum ludzi z pochodniami i wielki, czarny cień, który zdołała uchwycić spojrzeniem, zanim nie odskoczyła ze strachu do tyłu, spadając na ziemię i boleśnie obijając łokcie i tyłek.


Kiedy parę lat później zobaczyła Betty od zwichniętego palca na kartkach jednej z nowych książek, jej wątpliwości całkowicie się rozwiały.


Najgorzej było, kiedy miała dwanaście lat i po raz pierwszy w życiu łapała się na listę potencjalnych ofiar Dyrektora. Mama była wtedy w ciąży i Lisa bała się tak bardzo, że kiedy wstała tego dnia rano z łóżka brzuch bolał ją tak, że niemal nie mogła stanąć prosto. Tata przyszedł do jej pokoju i zabrał ją do kuchni. Pani Leanne, z wielkim brzuchem, w którym mieszkał wtedy jej mały braciszek, rozkładała talerze na stole. Pan Michael posadził córkę na krześle, pogłaskał po rozczochranych włosach i pocałował w czoło. "My też przez to przechodziliśmy", "Zobaczysz, że wszystko będzie dobrze". Na śniadanie przyszła babcia, wujek z ciocią i kuzynka, która miała czternaście lat i piękne, brązowe włosy. Co chwilę przeczesywała je palcami i przygryzała wargi ze zdenerwowania. Lisa gmerała w talerzu, a babcia oparła łokieć na blacie i przyglądała jej się przez wielkie okulary.
- Marion i Edward ostrzygą dzisiaj Nancy - od strony starszej dziewczynki dobiegło stłumione łkanie. - Zastanawiam się, czy Elisabeth też trzeba będzie oszpecić... - spojrzała na jej piegowatą twarz i burzę rudych włosów. - ... czy może lepiej spróbować w drugą stronę...


Lisa miała wrażenie, że tak naprawdę jeszcze się nie obudziła, ale i tak usłyszała wyraźnie jak tata odstawia głośno szklankę na stół i mówi, że nie będzie brał udziału w tym nonsesnie. Pamiętała też, jak mama pogładziła się po wypukłym brzuchu i z zacisniętymi zębami nazwała ją "cudowną dziewczynką o dobrym sercu". Lisa nie chciała być cudowną dziewczynką o dobrym sercu, bo to by oznaczało, że zostanie porwana. Chciała byś sobą, chodzić do szkoły w za szerokich dżinsach, grać w piłkę nożną, ale też pomagać mamie w opiece nad braciszkiem i opatrywać kolano młodszej koleżance po tym jak upadła przed szkołą na beton. 


Tego dnia nie było szkoły, prawie cały dzień spędziła na boisku, goniąc samotnie za piłką, do czasu aż była zdyszana, czerwona i spocona. Potem wracała przez rynek wystraszonych i załamanych dzieci, mijając okropnie ostrzyżoną, brudną Nancy, która z udawaną złością deptała dżdżownicę, chociaż przecież Lisa widziała, że jest na skraju łez. Wróciła do domu, gdzie pożegnała się z tatą, który musiał iść na patrol. "To bezcelowe" - powiedział i obydwie wiedziały, że chciał zostać, chociaż nie mógł. 


Lisa w ciągu dnia nie odczuwała już takiego stresu, jak rano, ale kiedy mama zamknęła drzwi od domu na kilka zamków, zabrała ją do pokoju swojego i taty, a potem jego drzwi również dokładnie zamknęła, z dziewczynki uleciała wola walki i po prostu trzęsła się jak osika, stojąc w ciemnościach i obejmując ramionami. Leanne zatrzasnęła okiennice, odcinając im widok na rozjaśniony pochodniami Gawaldon, a potem zapaliła trzy świecie na nocnej lampce. Lisa nie chciała sobie tego przypominać. Na pewno nie tej nocy. Ale tego wieczoru leżała w wielkim łóżku, ściskając w dłoniach egzemplarz baśni z Betty od zwichniętego palca i coraz wyraźniej widziała wielki czarny, cień, a w uszach wibrował jej krzyk. Mama wyciągnęła jej wolumin delikatnie z rąk, jak wtedy, gdy miała osiem lat, a potem objęła ją w taki sposób, że jej głowa przyciśnięta była do jej serca. Słyszała jego uspokajające bicie i czuła jej ciężarny brzuch z braciszkiem, który wkrótce miał się urodzić. Żadna z nich tej nocy nie spała. Leanne przez większość czasu opowiadała jej historie ze swojego własnego dzieciństwa albo śpiewała piosenki. Przerwała tylko raz, kiedy spokój nocy rozdarły zrozpaczone wrzaski i ryki tłumu.


***


- Lisa, popacz! Zrobiłem zajączka! 
Leanne, kobieta o ciemnoblond włosach, gdzieniegdzie poprzecinanych siwizną, wyciągała z szafki talerze i miski. Michael siedział już przy stole i czytał gazetę, zaraz obok niego Lisa opierała się na drewnianym krześle z czteroletnim Nathanem na kolanach. Chłopczyk z dużymi, zielonymi oczami gmerał właśnie w talerzyku z groszkiem i kukurydzą, układając z nich różne kształty.


- Ślicznie! Tylko trzeba mu jeszcze dodać wąsiki - w przeciwieństwie do braciszka ona przesuwała jedzenie widelcem, a nie palcami. 
Miała już szesnaście lat i dość długie, splątane i rude włosy. Kolor odziedziczyła po tacie. Jej twarz zdobiło mnóstwo piegów, a zielone, charakterystyczne dla jej rodziny oczy lśniły rozbawieniem. Nie stresowała się tak jak cztery lata temu, przynajmniej jeszcze nie teraz, nie rano. Jeśli rodzice czegoś ją nauczyli, to tego, że zamartwienie się tym wszystkim zawczasu nie miało sensu. Łatwo jej było w to wierzyć, nawet jeśli jej mama chyba w tym roku zapomniała o swoich własnych słowach, bo już wczoraj rzucała córce niespokojne spojrzenia.


- Jestem już za stara na porwanie, prawda? - babci i wujostwa jeszcze nie było, przy stole siedziała za to osiemnastoletnia Nancy, wysoka, szczupła, z gęstymi, ciemnymi włosami.
Lisa spojrzała na nią niedowierzająco znad czupryny brata. Michael złożył gazetę i westchnął, niezadowolony z tego, że dziewczyna zaczęła ten temat. Za to Leanne wydawała się zirytowana, chociaż kiedy stawiała przed nią czysty talerz, przykryła to łagodnym uśmiechem.
- Oczywiście, że jesteś, skarbie. Jesteś dorosła - dziewczyna uśmiechnęła się i pokiwała głową, spuszczając ciemnozielone oczy.


Lisa jedynie westchnęła, kołysząc Nonny'ego na kolanach. Chłopczyk zaśmiał się uroczo i sięgnął ręką do talerza, żeby całkowicie zniszczyć poprzednie działo i rozpocząć nowe. Siostra obserwowała go z czułością, choć tak naprawdę myślała o czymś innym. Nie winiła swojej kuzynki o nic, ani nie poczuła się jakoś gorzej, ale przyszło jej do głowy, że nawet ona miałaby więcej taktu, niż wspominać o czymś takim przy dziewczynie, której realnie groziło porwanie. Zadrżała. No dobrze, ta myśl wciąż skręcała ją w żołądku, chociaż tamta noc cztery lata temu, którą spędziła w ramionach mamy, nieco ją uspokoiła. Skrzypnęły drzwi wejściowe, przybyła rodzina, aby jak zawsze w ten dzień mogli zjeść wspólne śniadanie.


Kiedy wszyscy usiedli, a mama Lisy rozłożyła już jedzenie na stole, Nancy znowu uśmiechnęła się z widoczną ulgą.
- To co? Za spokojną noc w tym roku? Tak dla odmiany - dziewczyna pisnęła, jakby ktoś kopnął ją pod stołem. Sądząc po minie była to jej własna matka, dla Lisy ciocia Marion. Osiemnatolatka spojrzała przez stół na rudą dziewczynę z bratem na kolanach, jakby pierwszy raz ją dzisiaj zobaczyła, a potem jej uśmiech stał się bardziej zażenowany, kiedy próbowała jakoś załagodzić swoje słowa. Lisa i tak jej nie słuchała. Uważała, że jej kuzynka nie była jej winna żadnych przeprosin. Na pewno nie mniej niż wszystkim innym mieszkańcom Gawaldonu, którzy dzisiaj nie zmrużą oka, bo będą zamartwiać się o swoje dzieci albo stać na patrolu. Ale najwyraźniej Nancy nie interesowało to, dopóki jej własny los nie był zagrożony. Dziewczyna pomyślała, że kuzynka cztery lata temu nie płakała nad martwymi robaczkami tylko nad własnym wyglądem i zaczęła zastanawiać się po co ją szpecili skoro...


Sięgnęła szybko po koszyk z chlebem, czując jak w jej gardle rośnie gula. No nie, o czym ona myślała? Reszta śniadania minęła na szczęście bez większych zgrzytów, przynajmniej dopóki nie przyszła pora na zbieranie brudnych talerzy. Babcia, która zazwyczaj była kochaną staruszką u której Lisa uwielbiała spędzać dnie, tego dnia zmieniała się nie do poznania.
- Widzieliście najnowsze baśnie? - zapytała, ale zanim ktokolwiek zdążył coś odpowiedzieć, Leanne podeszła do stołu, sięgając po maselniczkę i nożyk.
- Nie rozmawiajmy dzisiaj o baśniach, dobrze? - zapytała z napiętym uśmiechem odstawiając wszystko na blat.


Babcia nie wyglądała na zadowoloną.
- Znowu będziecie udawać, że nic się nie dzieje? - obrzuciła zdenerwowanym spojrzeniem swojego syna i Leanne. - Że to normalny dzień? Powinniście zabrać Elisabeth na plac i zadbać o jej bezpieczeństwo jak wszyscy inni odpowiedzialni rodzice.
- To nie jest żadne dbanie o bezpieczeństwo, mamo - odpowiedział Michael, zaciskając palce na gazecie. Nathan z zainteresowaniem przechadzał się pomiędzy nimi, chociaż ledwie sięgał brodą do blatu kuchennego stołu. - To nic nie daje, a jedynie jeszcze bardziej stresuje dzieci...


Lisa westchnęła. Spodziewała się tego, w końcu rok temu było tak samo. Wstała i zgarnęła ostatnie brudne naczynia, odstawiając je do zlewu. Mama podziękowała jej i pocałowała w czoło, szepcząc przy okazji, aby zabrała stąd Nonny'ego. Pomiędzy tatą, a babcią wywiązała się kolejna ognista dyskusja, w której ciocia i wujek nie chcieli uczestniczyć, więc razem z Nancy zaczęli zbierać się do wyjścia. Dziewczyna pokiwała głową i chwyciła braciszka, niosąc go do małego salonu, w którym stała jedynie kanapa, dwa fotele, stoliczek i wielka półka z książkami. Znajdowało się tam pięć osobnych regałów na baśnie. Lisa złapała spojrzeniem baśń z Betty od zwichniętego palca i przełknęła ślinę. Nathan, kiedy tylko odstawiła go na ziemię, pobiegł wspiąć się na jeden z foteli na którym leżała porzucona przez kogoś wcześniej baśń o Czerwonym Kapturku. Nie umiał jeszcze czytać, ale przeglądał barwne obrazki. Jego siostra za to podeszła do regału i przesunęła palcem po tej jednej, konkretnej baśni. Starucha w lesie, taki miała tytuł. Niezbyt dumny, niezbyt przyjemny, ale ona i tak zawsze nazywała ją bajką o Betty od zwichniętego palca. Przez chwilę jeszcze wpatrywała się w nią, dopóki nie usłyszała delikatnego pukania do drzwi wejściowych. 


Sądząc po odgłosach babcia i tata wciąż dyskutowali, więc mama mogła tego nie usłyszeć. Sama więc wyszła na korytarz i poprawiając nieco podciągnięte rękawy zielonej koszuli, uchyliła drzwi, żeby zobaczyć kto to. Kiedy tylko jej wzrok padł na stojącą na kamiennych schodkach dziewczynę nie mogła powstrzymać się przed głośnym westchnięciem.
- Adelia?


Adelia była drobną i niską dziewczynką z cienkimi, brązowymi włosami i nieco przygaszonym spojrzeniem. W klasie siedziała cichutko na samym końcu i zawsze nosiła grube rajtuzy, nawet jeśli było akurat bardzo gorąco. Mieszkała po drugiej stronie Gawaldonu, jej rodzice prowadzili mały zakład krawiecki. Pewnego dnia Lisa miała dość patrzenia na to, jak dziewczynka siedzi samotnie na placu przed szkołą, więc przysiadła się do niej, żeby ją trochę lepiej poznać i w ten oto sposób zakolegowały się. Lisa była ognista i energiczna, broniła Adelię przed wszystkimi, którzy jej dziwny ubiór uznawali za powód do drwin, natomiast spokojna i nieco wyciszona postawa Adelii była dla Lisy uspokojająca. Dzisiaj jednak w ogóle jej nie poznawała.
Jej cienkie włosy były skręcone w niezbyt ładne loki, okalające bladą twarz. Ktoś, prawdopodobnie mama, próbował ozdobić ją mnóstwem kolorowych specyfików, w tym czerwoną szminką na usta i różowym pudrem na policzki. Krawcowa mogła tworzyć piękne ubrania, ale na makijażu nie znała się niestety zbyt dobrze. Jedyne, co było naprawdę ładne w jej nowym wizerunku to różowa, koronkowa sukieneczka z falbankami, ale chociaż była uszyta na miarę i starannie, to w ogóle nie pasowała do kogoś takiego jak Adelia. Sama dziewczynka wyraźnie nie była z tego wszystkiego zadowolona i jej twarz zdobił szeroki, ale cierpiętniczy uśmiech. 
- Chcesz... ciasteczko? Lisa - powiedziała bardzo cicho, machając w jej stronę koszykiem.


Elisabeth nie odpowiedziała jeszcze przez chwilę chłonąc wzrokiem ten niecodzienny widok. Później zmarszczyła brwi. Skoro rodzice Adelii wystroili ją w ten sposób i kazali spędzić cały dzień na udawaniu słodkiej księżniczki to znaczyło, że uznali jej cichy i przygaszony sposób bycia oraz przeciętny wygląd jako znak tego, iż może skrywać w sobie czarownicę. Ruda dziewczyna zacisnęła zęby. Jej spokojną przyjaciółkę prawdopodobnie bolało to bardziej niż jakakolwiek usłyszana w szkole drwina. Coraz lepiej rozumiała podejście ojca. Ten cały cyrk sztucznie dzielił dzieci na dwie strony, krzywdząc je przy tym. Rodzice powinni zamiast tego skupić się na próbie bezpośredniej ochrony swoich dzieci przed porwaniem. Lisa wciąż jeszcze kryła gdzieś głęboko w sobie tę nadzieję, że być może komuś się kiedyś uda i porwania zakończą się.
- Dziękuję, ale chyba zrezygnuję - Adelia pokiwała głową bez żalu. - Wyglądasz... - rzuciła jej błagalne spojrzenie, więc Lisa ugryzła się w język i zamiast tego zapytała: - Może wejdziesz na chwilkę, co? Będziesz mogła... poprawić makijaż.
Dziewczyna zrozumiała aluzję i uśmiechnęła się blado, wchodząc do środka.


Jakiś czas później, kiedy babcia już sobie poszła, a mama wyszła z Nonnym do sklepu(Lisa miała wielką nadzieję, że ominęła rynek) dziewczyny siedziały w jednym z pokoi na piętrze z rozłożonymi na pościeli kosmetykami. Praktycznie żadne z nich nie należało do Lisy. Były to albo nieliczne specyfiki jej matki albo drobiazgi, które notorycznie zostawiała w ich domu Nancy, jakby w nadziei, że jej kuzynka kiedyś zacznie z nich korzystać. No cóż, przynajmniej raz się do czegoś przydały - pomyślała kwaśno dziewczyna, kiedy mokrymi chusteczkami zmywała koleżance ten horror z twarzy i delikatnie pokrywała jej policzki pudrem. Na początku zaproponowała jej, by całkowicie zrezygnowała z makijażu, ale Adelia przebąknęła coś o tym, że mama będzie się okropnie martwić, jeśli wróci do domu wyglądając jak zawsze. Lisa wyczuwała w tym jednak jej własny strach. 


Samej Elisabeth nie wychodziło to wszystko najlepiej, bo w ogóle nie znała się na kosmetykach. Poza zwykłymi środkami czystości i ewentualnie raz na jakiś czas jakąś perfumą, nie używała praktycznie niczego, bo nie miała ochoty cały dzień spędzić na martwieniu się, czy czasem nie rozmazał jej się tusz. Poza tym uważała, że tego nie potrzebuje, podobała się sobie taka, jaka była. Tej pewności siebie nauczyła jej matka, którą z charakteru bardzo przypominała. Cóż, w każdym razie jej niezdarne pociągnięcia pędzelkiem i tak były lepsze od intensywnych kolorów, jakie wcześniej rozprysnęła na twarzy córki krawcowa.
Kiedy skończyły, przez chwilę siedziały rozmawiając o pierdołach, dopóki ciszy w domu nie przerwało trzaśnięcie drzwi. Tata Lisy również wyszedł do miasta. Dziewczyna poinformowała o tym Adelię, a ta spuściła nieco głowę, wpatrując się w nią szeroko otwartymi oczami.
- Rodzice nic z tobą nie robią? - zapytała cicho.


Lisa zamrugała szybko.
- No... nie. Uważają, że to niepotrzebne. W sensie... że to nic nie daje. Jeśli Dyrektor zdecyduje się kogoś porwać to i tak zrobi, prawda? - wzruszyła ramionami, choć jej dłonie zaczęły nieznacznie drżeć i poczuła, że oblewa się potem. - Tak było cztery lata temu i osiem lat temu i... i tak pewnie będzie teraz, nie?
Adelia pokiwała głową, a jej dolna warga zaczęła drżeć.


Kiedy później Lisa zamknęła dom i razem z koleżanką wybrała się na spacer, słońce wisiało już wysoko na niebie i z daleka dało się słyszeć krzyki i lamenty na rynku. Wszystkie te odgłosy sprawiały, że ruda dziewczyna czuła coraz intensywniejsze mdłości. Wyciągnęła dłonie z kiszeni i spięła włosy w prosty kucyk, a potem skręciła w stronę boiska, które znajdowało się na obrzeżach miasteczka, zaraz za szkołą. Tam właśnie miała zamiar się udać, przynajmniej dopóki nie poczuła jak drobna dłoń Adelii chwyta jej własną, ciepłą i obsypaną piegami. Spojrzała na nią pytająco i zobaczyła w jej oczach wahanie.
- Myślałam, że... - zaczęła cicho. - ... że pójdziemy na rynek.


Elisabeth przełknęła ślinę i już chciała odmówić, ale widziała w jej oczach wręcz błagalną nutę, więc ostatecznie westchnęła i zmieniła kierunek, idąc w stronę harmidru w centrum Gawaldonu.
- Dlaczego chcesz tam iść? - mruknęła, wykrzywiając się nieco. - Nie ma tam nic przyjemnego do oglądania.
Adelia przez chwilę nie odpowiadała, a potem wzruszyła jednym ramieniem, machając przed sobą koszykiem z ciastkami. Lisa bez pytania sięgnęła po jedno, a jej koleżanka skwitowała to uśmiechem, wyglądającym prawie jak te, którymi obdarzała ją w zwykłe dni. Dopiero potem dotarła do niej jej miękka odpowiedź.
- No wiesz, chciałabym móc widzieć co się dzieje, żeby... żeby nie czuć się tak całkiem samotna w tym wszystkim. Żeby zobaczyć, że całe miasto cierpi razem ze mną i jednoczy się w walce... nie odbierasz tego w ten sposób?


Lisa zobaczyła wyłaniający się spomiędzy kamienic brukowany rynek, pełen teraz różnorakich stoisk przy których piękne dziewczyny traciły włosy, rozszarpywały swoje sukienki albo kopały manekiny wystylizowane na koty, króliczki albo kilkuletnie dzieci. Przy innych chłopacy naprawiali starszym, schorowanym paniom ręczne pralki, Lisa wyłapała też wzrokiem ławkę na której ubrana w słodką sukienkę dziewczynka z krzywą miną pomagała jakiemuś dziadkowi zacerować spodnie. Wszystko sprawiałoby wrażenie jakiegoś dziwnego jarmarku, gdyby nie łzy w oczach, obrażone miny albo drżące ręce wystraszonych rodziców. Lisa spróbowała przełknąć gulę w gardle, ale nie udało jej się to, więc w odpowiedzi na pytanie Adelii jedynie pokręciła głową. Przysiadły na pustej ławce na samym skraju placu, w pewnym oddaleniu od innych. Ruda dziewczyna poczuła, że Adelia przysuwa się do niej bliżej, jakby ją ten widok też napawał strachem. Jeśli tak było, to tym bardziej nie rozumiała dlaczego tutaj przyszły.
- No tak, w końcu ty masz rodziców, którzy wysilają się, żeby ten dzień był dla was jak najprzyjemniejszy i normalny - westchnęła Adelia. - Mój tatuś za to już od tygodnia mówił mi o tych wszystkich rzeczach, jakie powinnam dzisiaj zrobić. - zadrżała. - Jak na razie nie wykonałam ich zbyt wiele.


Lisa położyła jej dłoń na ramieniu i uśmiechnęła się kojąco.
- Nie przejmuj się tym. Uwierz mi, że to naprawdę nic nie zmieni - oczy Adelii stały się jakby jeszcze większe i bardziej wystraszone, więc szybko dodała. - Szansa na to, że to ty zostaniesz porwana jest bardzo mała. Zobaczysz, jutro rano odetchniesz z ulgą, a za cztery lata będziemy już za stare i nie będziemy musiały się tym martwić - Adelia wypuściła powietrze, które wcześniej wstrzymywała i skinęła głową, kładąc swój koszyk na jej kolanach. Ty nie będziesz musiała się martwić. Ja mam młodszego braciszka. Lisa sięgnęła po kolejne ciastko, żeby się nim zapchać. - Kogo w tym roku obstawiają? - zapytała, żeby nieco rozproszyć ją i siebie..


Adelia zacisnęła dłonie na ławce i spojrzała na głośny tłum.
- Stellę, wnuczkę Starszego. Niektórzy się boją, że jeśli zostanie porwana to ludzie ze straży zostaną ukarani - Lisa zacisnęła zęby. Jej tata miał na szczęście patrol z całkowicie innej strony Gawaldonu. - Wiesz o którą dziewczynkę chodzi. To ta trzynastolatka ze ślicznymi, niebieskimi oczkami, która się zawsze do wszystkich uśmiecha. A jeśli chodzi o drugą osobę to Toby'ego, tego nieprzyjemnego chłopca z naszej klasy, który dręczy młodsze dzieci. Widziałam go dzisiaj, rozdawał maluchom cukierki, ale nikt nie chciał ich przyjąć, bo miał taką minę jakby zamierzał jutro skopać każdego dzieciaka, który je od niego weźmie. Zachowuje się tak, jakby w ogóle go nie obchodziło, że może zostać porwany.


Elisabeth skrzywiła się na myśl o nieprzyjemnym chłopaku, z którym kiedyś wdała się w ostrą kłótnie na korytarzu i przez to skończyła z wykręconym nadgarstkiem. Nie przeszkadzało jej to jednak, bo dzięki temu nauczycielka miała okazję zobaczyć na żywo jak się zachowuje i był zmuszony przestać zaczepiać dzieci z drugiej klasy, żeby zabierać im drugie śniadanie. Mama potem powiedziała, że zachowała się nieodpowiedzialnie, ale widziała, że tak naprawdę była dumna.


Kiedy dotarło do niej ostatnie zdanie Adelii, spojrzała na nią ze zdziwieniem.
- Nikt nie chce zostać porwany, Adelia - powiedziała przygaszonym tonem, a dziewczyna spojrzała na nią i pokiwała głową. Loczki na jej głowie zatrzęsły się jak listki na wietrze.
- Ale są ludzie, którzy powinni - dodała nieco podłamana, a Lisa wiedziała, że mówi o Toby'm i innych dzieciach, które naśmiewały się z niej w szkole. Sama Elisabeth natomiast spojrzała na ratuszową wieżę, na widniejącą na horyzoncie szkołę oraz na schludne kamieniczki, a potem na ledwie widoczną linię lasu i na dziewczynkę, którą mama w szarawej sukience twardo obsmarowywała błotem od góry do dołu, nie zwracając uwagi na to, że dwunastolatka wyciąga ręce i rozpaczliwie próbuje odepchnąć jej dłonie. A potem, nagle, jej wzrok padł na przeciwległy koniec rynku, gdzie zobaczyła swoją własną matkę, jak próbuje szybko przemaszerować przez chodnik, zakrywając oczy Nathanowi ramieniem na którym zwisała płócienna torba z zakupami. Oddech uwiązł jej w gardle i pomyślała nagle, że nie zgadza się ze swoją koleżanką. Nic jednak nie powiedziała, tylko zaczęła bawić wstążeczką od koszyka.


- Boisz się? - zapytała Adelia szeptem, a Lisa szybko podniosła głowę. Zobaczyła, że koleżanka wpatruje się w nią swoimi dużymi, ciemnymi oczami. Po usłyszeniu pytania poczuła się tak zdenerwowana, że przypadkiem porwała kawałek wstążeczki.
- Oczywiście, że tak - odpowiedziała cicho. Adelia sięgnęła dłonią do jej ręki i uścisnęła ją pocieszająco.
- Nie martw się, szansa na to, że zostaniesz porwana jest bardzo mała - powtórzyła jej wcześniejsze słowa, na co Lisa uśmiechnęła się. - Nie dziwię się twoim rodzicom, że nie dręczą się tymi wszystkimi metamorfozami. Ty Lisa jesteś taka zwykła i niewyróżniająca się, że Dyrektor pewnie nawet by cię nie zauważył. Nie nadajesz się do baśni - powiedziała, cicho, najwyraźniej uznając, że te słowa ją pocieszą. Uśmiech Elisabeth jednak zbladł i poczuła się tak, jakby ktoś znienacka wbił jej szpilkę w serce. Chciała być normalna, chciała być sobą, to prawda, ale to nie to samo, co bycie nudną i niewartą uwagi. Spojrzała w oczy koleżanki i zobaczyła w nich uprzejmość i rozbrajającą szczerość, więc spróbowała zmusić się do kolejnego uśmiechu.


W tym momencie na rynku rozległ się wysoki, dziewczęcy krzyk. Gwar ucichł. Lisa wstała i podeszła bliżej, zatrzymując się koło ponurego chłopaka w eleganckiej koszuli, którego cała twarz była czerwona ze stresu. Obok stała jego matka, obejmując go ciasno ramieniem. Wszyscy patrzyli w stronę jednego ze stoisk, gdzie na oko dwunastoletnia dziewczynka krzyczała ze łzami w oczach, wyciągając rękę w stronę mamy.
- Mamusiu, proszę nie! Oddaj, błagam cię!


Dopiero teraz Lisa zauważyła, że starsza kobieta z siwym kokiem trzyma w ręku piękną, porcelanową lalkę z blond lokami. Wyglądała na wystraszoną, ale jej oczy płonęły determinacją i miłością.
- Kochanie, nie oszukasz Dyrektora, jeśli będziesz przyzdabiać pokój tymi lalkami
Dziewczynka zaczęła płakać jeszcze głośniej. Lisa poczuła, że zaczyna ją boleć brzuch. Wróciła do ławki.
- Adelia, proszę cię, chodźmy na boisko. Nie mogę już na to patrzeć. 
Tym razem koleżanka skinęła głową i wstała. Krzyki towarzyszyły im jeszcze długo na drodze w stronę szkoły.

 

Resztę dnia spędziła dokładnie tak, jak cztery lata temu, jedyna różnica była taka, że teraz nie była sama. Adelia na początku nie była przekonana do piłki. Wiedziała o tym, że Lisa regularnie gra w drużynie na pozycji napastnika, bardzo często podczas meczów siadała na ławce i kibicowała jej na swój cichy sposób. Nigdy jednak nawet nie spróbowała wyjść na boisko. I teraz przebąkiwała coś o tym, że sukienka jej się zniszczy i że powinna rozdawać ciasteczka mieszkańcom zamiast ganiać za piłką, na co Elisabeth odparła, że jeśli pozwoli się ponieść radości gry to będzie to jeszcze dobitniejsze udowodnienie cokolwiek tam jej rodzice chcieli, żeby udowodniła. Elisabeth tego potrzebowała, żeby nie myśleć o tym, co będzie działo się w nocy. Adelia dała się namówić, bo miała nadzieję, że to zmniejszy jej szanse na porwanie. Obydwie bawiły się jednak świetnie. Chociaż koleżanka Lisy nie miała w ogóle wprawy w rozrywkach sportowych i cały czas popełniała błędy, to już po paru minutach energicznego biegu przy piłce zaczęła się szczerze śmiać i nie czuła już żadnego stresu, nawet kiedy upadła na ziemię, brudząc jasne falbanki trawą. Kiedy dziewczyny nie miały już więcej sił, położyły się na murawie i rozmawiały o błahostkach. Tutaj krzyki z rynku nie dochodziły, a jeśli już było coś słychać to raczej śpiew ptaków z doskonale widocznej teraz puszczy. Kiedy zapadały pomiędzy nimi dłuższe chwile milczenia, a obserwowanie obłoków na niebie przestało być tak interesujące, Adelia patrzyła ze strachem na las, podczas gdy Elisabeth patrzyła z nadzieją na Gawaldon. Wiedziała, że tam, za ratuszem, stoi jej dom i nagle zaczęła zastanawiać się co robi akurat Nonny. Powoli zapadał zmrok, sprawiając, że uśmiechy zaczęły znikać z ich twarzy, zastępowane przez poważne i napięte grymasy podszyte niepokojem. Zagrały po raz ostatni, a potem Lisa odstawiła piłkę do szatni i ruszyły w stronę bramy szkoły. Adelia po raz kolejny wepchnęła rękę w jej dłoń, szukając pocieszenia. Kiedy się żegnały dziewczyna nagle przytuliła się do niej, przepocone teraz, sprężynowate loki zasłoniły jej całkiem widok.
- Dziękuję, Lisa - powiedziała Adelia, znów powracając do swojego spokojnego i cichego sposobu bycia.
- Nie masz za co - objęła ją ramieniem, klepiąc po plecach. - To jak? Widzimy się jutro w szkole, nie? 


Adelia pokiwała głową i odsunęła od niej, by skierować się w stronę własnego domu. Widziała jej sztywne kroki i zaciśnięte, drżące pięści. Nie powinno tak być, pomyślała Lisa, kiedy sama skręciła za róg i minęła piekarnię, idąc powoli pustoszejącymi uliczkami. Po szczęśliwie spędzonym dniu Adelia powinna też wracać szczęśliwa. I pewnie tak by było, gdyby nie to, że to był ten dzień. Gdyby nie to, że właśnie zapadał zmrok i nadchodziła ta noc. Dokładnie cztery lata od nocy, którą dwunastoletnia Lisa spędziła wtulona w mamę i jej ciężarny brzuch. Przełknęła ślinę.


Droga do domu nie była długa i udało jej się zapukać do drzwi jeszcze zanim słońce zdążyło schować się za horyzontem. Otworzyły się od razu, więc ktoś musiał stać zaraz za nimi. I rzeczywiście, to tata ubierał płaszcz przygotowując się do wyjścia na patrol. Za nim stała Leanne z Nathanem na rękach, a kiedy jej spojrzenie padło na Lisę wydaje się, że westchnęła z ulgą.
- Lisa, jesteś wreszcie - powiedziała i kiedy tylko dziewczyna ściągnęła buty zagarnęła ją ręką do siebie. Przytulona do ramienia mamy Elisabeth uśmiechnęła się do braciszka, który sięgał ręką do jej rudych, nieco wilgotnych włosów.
- Gdzie byłaś, Lisa? - zapytał, ale siostra nie zdążyła mu odpowiedzieć, bo podszedł do nich tata, składając na czołach swojej rodziny krótkie pocałunki. 
- Cóż, pora na mnie. Bezpiecznej, bezproblemowej nocy - powiedział z lekkim napięciem, a potem spojrzał na córkę. - Elisabeth, kocham cię, wiesz o tym, prawda?
Zaczyna się, pomyślała Lisa, a potem skinęła głową, czując jak jej gardło się zaciska.
- Ja też cię kocham, tato.


Po krótkim pożegnaniu Leanne położyła Nathana na ziemi i rozpoczęła zamykanie drzwi na wszystkie zamki oraz zatrzaskiwanie okiennic na parterze, dokładnie tak jak cztery lata temu. Lisa czuła, że Nonny przytula się do jej kolan, więc położyła dłoń na jego miękkich włoskach, chociaż skupiona była przede wszystkim na mamie. Widziała w niej tak wiele z siebie. Posiadały nie tylko takie same charaktery, ale też identyczne, wysportowane sylwetki. Miały podobne rysy twarzy, obie były wysokie, ich skóry lekko opalone i obsypane piegami. Jedyną rzeczą, która je różniła były włosy. Rozczochrana, ruda czupryna Lisy nijak miała się do tej gładkiej, w odcieniach ciemnego blondu, którą posiadała Leanne. Przez całe to zamyślenie prawie nie zauważyła, że matka podeszła do niej i znów wzięła zaspanego czterolatka na ręce.


- Mały jest śpiący - powiedziała, łagodnie kołysząc Nathana w ramionach. Uśmiechnęła się blado do Lisy. - Dzisiaj będziemy spać we trójkę.
Spać. Oczywiście. Matka i córka zaczęły wspinać się na górę po schodach i parę chwil później ruda dziewczyna była już umoszczona wygodnie na pościeli obok chrapiącego cichutko braciszka. W jej dłoniach, jak zawsze, spoczywały baśnie. Dzisiaj nie jedna, a kilka. Poza tą o Betty od zwichniętego palca zabrała też dwie losowe, zdjęła je z półki nawet nie patrząc na tytuły. Teraz je kartkowała, podczas gdy Leanne również i tutaj dokładnie blokowała drzwi i zatrzaskiwała okiennice, sprawiając, że jedynym źródłem światła w sypialni stały się stojące na szafce świece. Lisa najpierw prześledziła wzrokiem dziewczynę, którą kiedyś znała, jak przerzucała piękne pierścienie porozkładane na wielkim stole. Następna baśń okazała się nosić tytuł Titelitury i Lisa szybko doszła do końca, by obejrzeć ilustrację przedstawiającą córkę młynarza, teraz już królową, ze swoim synkiem. Trzecia była Królewna Śnieżka i siedmiu krasnoludków. Znów przerzuciła na ostatnie strony, na piękny obrazek przedstawiający ślub księżniczki i księcia, oraz złą macochę umierającą w męczarniach. Księżniczka była piękna i łagodna. Wiedźma wykrzywiała się w grymasie nienawiści i bólu. Długo i Zawsze Szczęśliwie. Poczuła, jakby jej żołądek skręcał się w ciasny supeł. 


Chwilę później czyjeś delikatne ręce zabrały jej książki z kolan. To mama, znowu wiedziała, kiedy jest na to najlepsza pora. Teraz nachyliła się nad nią, żeby łagodnie odgarnąć rudy, niesforny kosmyk z jej czoła. Widziała miłość i zmartwienie w jej poważnych, ciemnozielonych oczach.
- Lisa, wiesz doskonale, że i ja i twój tata też musieliśmy przez to wszystko przejść. Tak samo jak ciocia, wujek, babcia i Nancy. To tylko jedna noc stresu i tyle. Wytrzymamy to, tak? Razem. Cały czas będę przy tobie - ścisnęła jej dłoń, a Lisa skinęła głową i uniosła z łóżka, żeby przebrać się w nieco przydużą koszulę nocną i z powrotem wsunąć pod kołdrę. Nonny sapnął coś sennie i obrócił w jej stronę, nieświadomie do niej przytulając. Nie mogła powstrzymać lekkiego uśmiechu, kiedy delikatnie przesunęła palcami po jego blond czuprynce. Chwilę później materac ugiął się od ciężaru jej mamy, która położyła się i oparła na łokciu, żeby móc cały czas widzieć swoją córkę w przymglonym blasku świec. Uśmiechnęła się do niej pokrzepiająco i Lisa odpowiedziała tym samym, choć z trudem. Jej nogi drżały, a do bólu brzucha dołączyły też mdłości, kiedy próbowała nie przypominać sobie wielkiego, czarnego cienia. Krzyk z jej wspomnień powrócił tak realny, że miała wrażenie, że naprawdę go usłyszała. Zamknęła na chwilę oczy i przełknęła ślinę. Poczuła przyjemnie chłodną dłoń mamy na policzku. 
- Zastanawiam się o czym mogłabym ci dzisiaj poopowiadać - powiedziała cicho Leanne. Na zewnątrz panowała absolutna cisza, ale w końcu zmrok zapadł niedawno. Mieszkańcy Gawaldonu z napięciem oczekiwali przybycia porywacza. Strażnicy pilnowali lasu z pochodniami i bronią, przygotowani, ale również i w pewien sposób zrezygnowani.


Lisa wzruszyła ramieniem i podciągnęła kołdrę wyżej.
- Jesteś teraz już trochę starszą dziewczyną, więc może opowiem ci o moich troszkę bardziej... szalonych przygodach z młodości, co? - zapytała cicho Leanne z uśmiechem, który pogłębił jej zmarszczki w kącikach oczu.
- Z chęcią posłucham - odpowiedziała Lisa i cicho odchrząknęła, bo jej głos okazał się być nieco zbyt zachrypnięty. Przymknęła oczy, tak jak cztery lata temu, słuchając kojącego głosu matki i sennego sapania braciszka. Na pewno nie zaśnie. Nawet kiedy już usłyszy krzyki, nie będzie w stanie zmrużyć oka przed nastaniem świtu.


Czas mijał, świece roztapiały się, wosk skapywał na podstawki. Lisa nie wiedziała, czy to była godzina, półtorej, czy dwie. Opowieści matki, naprawdę ciekawe i takie, których nawet Lisa by się nie spodziewała, czasami doprowadzały ją do wybuchów krótkiego, cichego śmiechu. Cały czas uważała, że nie obudzić Nonny'ego. Czasami Leanne na chwilę przerywała, żeby odgarnąć córce kosmyki włosów z twarzy lub żeby pogładzić ją po piegowatym policzku. Szybko jednak wznawiała swoje historyjki, bo wiedziała, że to właśnie jej głos jest tym, co Lisę uspokajało. Jej głos i mała, ciepła istotka, która cały czas przytulała się do niej, jak kiedyś ona do mamy. Leanne też raz na jakiś czas sięgała do Nathana dłonią, żeby poprawić mu kołdrę lub poduszkę. Trwały w tym spokoju, ale im później się robiło tym głos jej matki stawał się bardziej napięty i jakby przygaszony. Rozumiała ją. W jej wypadku był to tylko nasilający się ból brzucha i zimny pot na plecach. Oczekiwanie na krzyki. Cztery lata temu było identycznie. Z każdą minutą stawały się coraz bardziej napięte, czuwając. Najgorsze było właśnie to, wiedza, że w każdej chwili ciszę mogą przerwać krzyki. Niby było się do tego przygotowanym, ale i tak przychodziły z zaskoczenia, podrywając z pościeli. To właśnie czekanie było najgorsze. Czy to przed meczem, egzaminem, czy przed badaniem lekarskim. Ale Leanne dzielnie kontynuowała opowieść, na której Lisa tak rozpaczliwie starała się skupić. Widziała kolejne krople wosku spływające po świecy stojącej na szafce za jej mamą. Zamiast je liczyć spojrzała z powrotem na nią. W jej zdenerwowane, pełne miłości oczy.


Nagły dźwięk poderwał je z pościeli. Lisa zacisnęła mocno oczy, czując niemal ulgę, że to już koniec. Że resztę nocy spędzi słuchająć opowieści mamy bez tego strachu, że widzi ją po raz ostatni. Otworzyła oczy i zobaczyła, że Nonny zmarszczył we śnie brwi i obrócił się na drugi bok. A potem podniosła wzrok na matkę, ale nie zobaczyła już jej smutnych, pełnych miłości oczu. Nie, ponieważ Leanne z otwartymi szeroko ustami wpatrywała się w zamknięte drzwi sypialni.

 

Wtedy Lisa zrozumiała.
Dźwięk, który je poderwał, pochodził z parteru ich domu.
I nie był krzykiem.


Lisa zastanawiała się, czy może jakimś cudem nie udało jej się jednak zasnąć. Ale wtedy Leanne spojrzała na nią i zobaczyła w jej oczach coś, czego nie widziała jeszcze nigdy wcześniej. Absolutny strach. Jakimś cudem ten właśnie widok upewnił ją, że nie jest to sen. Jej mama zwróciła wzrok na śpiącego Nathana i machinalnie poprawiła jego kołdrę. W domu nie rozległ się już żaden dźwięk. Nie słyszały kroków na schodach. Nikt nie próbował dobijać się do drzwi. Leanne jednak wstała i na palcach okrążyła łóżko, a Lisa jak w amoku dała się z niego wyciągnąć. Nawet nie zauważyła, kiedy mama zaciągnęła ją w róg pokoju i schowała własnym ciałem, mocno obejmując ramionami. Słyszała przyspieszone bicie jej serca zaraz przy uchu.
- Mamo... - powiedziała, a jej zazwyczaj ognisty głos był prawie tak cichy jak głos Adelii. - Może to tylko skrzypnięcie starych ścian albo... albo coś spadło z szafek. Może przypadkowo zruszyłam jakąś książkę, kiedy zabierałam baśnie.


Leanne objęła ją jeszcze mocniej.
- Może - brzmiała tak, jakby sama siebie próbowała przekonać. Dziewczyna w całym swoim życiu jej takiej nie słyszała. 
Mijały kolejne sekundy i wciąż nic się nie działo. Uścisk matki zaczął nieco słabnąć i Lisa była nawet w stanie zaczerpnąć głębszy oddech. Sięgnęła dłonią do jednej z obejmujących ją rąk i delikatnie na nią naparła, pokazując mamie, że może już ją zostawić. Leanne nie chciała jednak tego zrobić i nawet kiedy wykonała krok z powrotem w stronę łóżka, to i przyciskała córkę do serca, jakby miała jej już nigdy nie puścić.
Drugiego kroku nie zdążyły postawić, ponieważ Lisa poczuła, że matka znów spycha ją w kąt, zasłaniając ciałem. Nie zdążyła nawet zadać żadnego pytania, ponieważ ciszę sypialni przeszyło przenikliwe skrzypnięcie otwieranych drzwi. Dokładnie tych, które Leanne z taką starannością wieczorem zamykała. To się nie dzieje naprawdę - pomyślała i objęła mocno mamę, chowając twarz w jej szyi. Wszystko wydało jej się nagle nierzeczywiste. Spazmatycznie zaciskające się na jej ramionach palce, dudniące bicie serca, każdy wdech, który z trudem udało jej się wciągnąć w płuca. Poczuła, że kolana mimowolnie się pod nią uginają, nie mogąc już wytrzymać drżenia.
- Nie... - Leanne sapnęła jej nad uchem, odwracając głowę w stronę drzwi. Lisa uniosła na nią nieco nieprzytomne spojrzenie i zobaczyła, że wpatruje się w nie z szeroko otwartymi ustami. Chwilę później jej wzrok zaczął strzelać między szafką stojącą obok, a oknem, jakby nie mogła się zdecydować. - Błagam... Idź stąd, zostaw moje dziecko...


Dziewczyna zebrała całą tę odwagę, jaką od dziecka posiadała i odsunęła nieco od matki, żeby spojrzeć na drzwi. Stała w nich wysoka, ciemna postać, przypominająca dym. W słabym świetle świec nie było widać żadnych szczegółów. Żołądek podszedł jej do gardła. Przecież to nie było możliwe. Nie mógł zabrać akurat jej. Adelia powiedziała, że jest nudna. Chociaż wcześniej jej się to nie spodobało, teraz słowa koleżanki brzmiały jak najpiękniejsze marzenie. W obliczu tej sytuacji(a może naprawdę po prostu zasnęła i utknęła w koszmarze?) wszystko zaczęło nabierać realności, zupełnie tak, jakby całe życie obserwowała jakiś inny świat za szybą, a teraz, w tym jednym momencie, bariera została roztrzaskana na milion drobnych kawałeczków. Zacisnęła dłoń na ramieniu mamy tak mocno, że prawdopodobnie zostawi siniaki. Nieświadomy niczego Nathan zaczął się nerwowo kręcić w pościeli, a Lisa spojrzała na niego z przerażeniem, chociaż wiedziała, że Dyrektor nie zamierza mu nic zrobić.


Sekundy wydawały się ciągnąć wieki, ale cienista postać wsunęła się w końcu do pokoju. I wtedy Leanne się zdecydowała. Sięgnęła dłonią po leżącą na szafce książkę, baśń o Betty od zwichniętego palca, drugą ręką wciąż ściskając córkę, a potem cisnęła woluminem w cienistą postać. Nie dało to absolutnie nic, baśń przeleciała przez ciemną sylwetkę, zupełnie jakby ta w ogóle nie była bytem materialnym. Jej mama wydała z siebie cichy okrzyk zaskoczenia i w tym momencie Nathan zaczął kwilić, zdenerwowany tą nagłą pobudką. Ten dźwięk obudził Lisę z transu. Złapała matkę za rękę i pełna nowej energii, choć wciąż czuła się nieco nierealistycznie, przeskoczyła przez nogi łóżka, ciągnąc starszą kobietę za sobą. Cień przesunął się na środek pokoju, ale Leanne, na całe szczęście tak wysportowana jak jej córka, zdążyła już razem z nią dobiec do drzwi i wypaść na korytarz. Nathan podniósł się sennie, a kiedy zobaczył mroczną postać Dyrektora zaczął głośno krzyczeć. Lisie krajało się serce, gdy tego słuchała, ale wiedziała, że w tej chwili ważniejsza jest ucieczka, żeby mogła go następnego dnia utulić i zabrać w ramach przeprosin na długi spacer. Teraz miała tylko nadzieję, że krzyki braciszka zaalarmują strażników.
Czuła dudniącą jej w uszach krew, kiedy zbiegała ze schodów, prawie z nich spadając, kiedy ciągnęła mamę za sobą. Myśli zaczęły jej się plątać w nieskładne urywki słów i zdań. Nonny. Mama i tata. Nancy. Księżniczka. Wiedźma. Długo i szczęśliwie. Dobro i zło. Adelia. Toby. Szkoła. Betty.To tylko jedna noc stresu.

Szansa na to, że zostaniesz porwana jest bardzo mała.
- L... Lisa - usłyszała drżący głos mamy, ale zobaczyła też, że drzwi frontowe są otwarte, chociaż żaden z założonych przez Leanne zamków nie był uszkodzony. Rzuciła się w ich stronę, ale zanim zdążyła do nich dobiec zatrzasnęły się z hukiem, który sprawił, że gwałtownie obróciła się za siebie. Dlaczego nikt jeszcze tutaj nie przyszedł?


Mama znów próbowała zasłonić ją własnym ciałem, ale cienista postać z ogromną szybkością spłynęła na dół i zdecydowanie ruszyła w ich stronę. Nijak miało się to do jej wcześniejszych powolnych ruchów, zupełnie jakby uznała, że czas na gierki się skończył. Leanne objęła swoją córkę ciasno ramionami, tak, że ta ledwo mogła oddychać. 
- Proszę, błagam cię, zostaw moją Lisę. Nie możesz mi jej zabrać - cień cały czas się do nich zbliżał, z oczu Leanne popłynęły łzy, gdy próbowała wycofać się do salonu, z góry dochodziły do nich coraz bardziej rozpaczliwe krzyki Nathana.
Dyrektor jednak bez żadnej litości w przeciągu ułamku sekundy zbliżył się do nich i Lisa poczuła, że coś ściska jej kostki. Próbowała się temu wyrwać, ale wtedy zaczął słabnąć też uścisk jej matki. Coś gwałtownie nią szarpnęło i chociaż robiła wszystko, żeby się uwolnić, nie była w stanie. 
- NIE! - Leanne rzuciła się w jej stronę, ale cień był szybszy. Obrazy migały Elisabeth przed oczami. Najpierw przedpokój, potem ganek, gdzie owionęło ją zimne powietrze. Wydała z siebie zdławiony dźwięk, próbując po raz kolejny wyszarpnąć się z niewidzialnego uścisku, ale jak miałaby walczyć z dymem? Jakimś cudem w nic nie uderzała, wydawało się, że przez cały ten czas lewitowała kilka centymetrów nad ziemią. Warknęła z desperacją i poczuła, że unosi się do góry. Przerażenie ścisnęło jej gardło, gdy zobaczyła jak jej dom z niewyobrażalną prędkością się oddala. Leanne wybiegła boso na drogę, tłum ludzi z pochodniami szybko do niej dołączył, ale żadne z nich nie było w stanie nic zrobić i wkrótce stracili ich z oczu, kiedy czarny cień rozpłynął się w ciemności nocy i wydawało się, że Lisa razem z nim. Leanne upadła na kolana i przycisnęła obie piegowate dłonie do lśniących od łez policzków, z jej gardła wyrwał się zrozpaczony krzyk.


Pierwszy tej nocy.


***


Elisabeth frunęła, inaczej nie dało się tego nazwać. Kiedy była młodsza czasami zastanawiała się jakby to było, gdyby mogła latać jak ptaki. Siedząc na ramionach taty wyciągała w górę ręce i ze śmiechem udawała, że chwyta obłoki. Skłamałaby, gdyby powiedziała, że nigdy o tym nie marzyła, ale w końcu chyba każdemu chęć latania przeszła kiedyś przez myśl. Ale w tych wyobrażeniach zawsze widziała siebie w pełnym słońcu z wyciągniętymi rękami i szerokim uśmiechem. Jej umysł nigdy nie podpowiadał jej scen takich jak ta, kiedy w prawie absolutnej ciemności przeszywała powietrze ciągnięta za nogi przez przerażający cień, próbując na wszystkie sposoby wyrwać się z tego stalowego i fizycznie niemożliwego uścisku. Próbowała uciec, przynajmniej dopóki nie spojrzała w dół i nie zauważyła jak wysoko są. Gdyby Dyrektor teraz ją puścił na pewno by zginęła. Czy to sprawiało, że się bała? Nie. Zaciskała zęby z wściekłości, a do oczu napływały jej łzy, ale nie przerażenia, tylko żalu i frustracji. Dlaczego to musiała być ona? Nie nadawała się do baśni, tak powiedziała Adelia. Pociągnęła nosem i przestała się szarpać, próbując zebrać myśli. Nie była w stanie. W jej głowie pojawiały się coraz to okrutniejsze obrazy z baśni. Nie przypominała sobie już żadnego Długo i Zawsze Szczęśliwie. Widziała wiedźmy, którym wydziobywano oczy i kazano umierać w męczarniach w metalowych, rozgrzanych do czerwoności pantoflach i nikt nie widział w tym nic złego. Widziała rodziców, którzy porzucali dzieci w lesie, bo uważali, że są zbyt biedni, żeby je utrzymywać. 


Pisnęła w szoku, kiedy nagle coś gwałtownie pociągnęło ją w dół. Zobaczyła strażników z bronią i pochodniami. Wciąż byli w miasteczku, więc może była jeszcze jakaś nadzieja. Zaczęła do nich krzyczeć, ale oni wydawali się jej nie słyszeć. Spróbowała jeszcze raz i dalej nic. Co się działo? Czy była pod jakimś urokiem? Wciąż nie była w stanie podciągnąć się w powietrzu, ale usłyszała trzask łamanego drewna. Zanim tak naprawdę zdążyła się zorientować co się dzieje już została pociągnięta za cieniem do jakiegoś ciemnego pokoju. Podłogę, nad którą wisiała, pokrywały trociny, gwoździe i kawałki porąbanych desek. Uznała to za swoją szansę i ponownie zaczęła się wyrywać, ale chociaż złapała się stojącego obok stoliczka, uścisk na jej kostkach wydawał się być nie do pokonania. Przygryzła wargę z bólu, kiedy stał się jeszcze mocniejszy, jakby w ostrzeżeniu. Z niewyobrażalną siłą została pociągnięta w kierunku jakiejś szafy z której dobiegało ciche kwilenie. I dopiero wtedy uświadomiła sobie gdzie są.


Znała ten pokój.
Wiedziała co to za dom.
I zdecydowanie poznawała ten głos.


Nie. Po prostu nie. Na pewno śniła. Przez chwilę naprawdę poczuła ulgę i wypuściła powietrze, mrużąc powieki. To nie było możliwe, aby ta noc potoczyła się tak źle. To po prostu musiał być koszmar. Długi, realistyczny i szargający nerwy koszmar. Mama prawdopodobnie była bardzo zadowolona z tego, że zasnęła, zamiast spędzać noc w takim stresie. Miała nadzieję, że kiedy się w końcu obudzi będzie już ranek. Pierwsze co zrobi to pójdzie do Adelii i opowie jej o tym śnie, żeby obie mogły się pośmiać z jego głupoty. Albo cieszyć, że nie okazał się dziwaczną prawdą.


Zacisnęła oczy i próbowała skupić na tym, żeby się przebudzić. Ale uścisk na jej nogach wcale nie zelżał, a kwilenie nie zniknęło. Wręcz przeciwnie, kiedy drzwi od szafy otworzyły się z trzaskiem, stało się głośniejsze i gdy Lisa otworzyła oczy zobaczyła swoją koleżankę, jak kuli się między płaszczami w swojej różowej, nieco zabarwionej od trawy sukience. Przyciskała dłonie do twarzy, przez palce prześwitywały lśniące od łez policzki, więc nie mogła jej teraz zauważyć. No dalej, Lisa - pomyślała - Obudź się. Mam już dość tego snu. Adelia wciąż nie zabrała rąk, zamiast tego zaczęła kręcić szybko głową, powtarzając pod nosem jak mantrę "Nie chcę, nie chcę, nie chcę" na zmianę z "Proszę, proszę, proszę". Ale Dyrektor po raz kolejny całkowicie to zignorował. Lisa widziała jak cień pochłania nogi Adelii, a potem w uszach usłyszała jej wysoki krzyk, kiedy została wyciągnięta z szafy tak gwałtownie, że kilka płaszczów pospadało z wieszaków. Jej koleżanka zaczęła szlochać coraz głośniej i w końcu oderwała dłonie od twarzy, żeby zapuchniętymi od płaczu oczami spojrzeć na swojego oprawcę. 
Ale jej wzrok padł najpierw na drugie porwane dziecko. 


Lisa widziała jak jej brwi unoszą się z niedowierzaniem, a do oczu napływa jeszcze więcej łez. Z gardła Adelii wyrwał się najpierw zduszony jęk, a potem to jedno, drżące słowo:
- L...Lisa? 


Wtedy Elisabeth zaczęła wątpić w swoją teorię o koszmarze. Tym razem obydwie dziewczyny krzyknęły, kiedy cień porwał je z powrotem w stronę okna. Obydwie próbowały się wyrwać, obydwie szarpały nogami i obydwie starały się złapać mebli albo parapetu. W ostatniej chwili drzwi do pokoju otworzyły się i do środka wbiegła nieco pulchna kobieta w jasnym fartuchu. Jej oczy zrobiły się wielkie z przerażenia i natychmiast rzuciła się w stronę okna, ale było już za późno. Palce, którymi Lisa próbowała złapać się framugi, zostały od niej gwałtownie oderwane, zostawiając w jej skórze drzazgi. Matka Adelii wychyliła się na zewnątrz i wyciągnęła rękę za swoim jedynym dzieckiem, wydając z siebie rozpaczliwy krzyk.


Drugi tej nocy.


Dzieci i ich rodzice mogli odetchnąć spokojnie i zacząć zastanawiać się, kto to był tym razem.
Natomiast dwie dziewczyny, frunące ponad miasteczkiem i nieubłaganie zbliżające się do puszczy zrobiły ostatnią rzecz, jaką teraz mogły zrobić obydwie. 
Chwyciły się za ręce.


***


W pewnym momencie do Elisabeth musiało dotrzeć, że nie ma już nadziei. To na pewno nie był sen, ból ściskanych kostek, chłód na skórze i wiatr rozwiewający jej włosy były zbyt realne, tak samo jak zimna z przerażenia dłoń Adelii trzymająca jej własną tak mocno, że Lisa niemal traciła czucie w palcach. Spróbowała spojrzeć na Gawaldon, chociaż wymagało to od niej nieprzyjemnego wykręcenia szyi. Zobaczyła ratuszową wieżę, szkołę, boisko, kamienice, wszystko rozjaśnione blaskiem pochodni bezradnych, jak zawsze, strażników. Nie była jednak w stanie zobaczyć swojego domu. Szarpnęła się po raz ostatni, ale słabo, z rezygnacją. Mogła być już pewna, że nie uda jej się uciec od cienia, ale nie zamierzała się jeszcze tak całkiem poddawać. Zbyt bardzo pragnęła wrócić do domu.


Adelia krzyknęła, kiedy z wielką prędkością wleciały pomiędzy drzewa, Lisa jedynie zacisnęła mocniej zęby, czując jak paznokcie koleżanki wbijają jej się w skórę. Małe gałązki koron drzew chłostały je po ubraniach, twarzy i włosach. Adelia próbowała się ich łapać, Elisabeth już nie. Poczuła, że jej umysł się rozjaśnia, robi się czysty i pusty, jak bezchmurne, ciemne niebo ponad nimi. Przez chwilę jedynie odczuwała, była świadoma każdego swojego szybkiego oddechu. Potem przyszło jej do głowy, że żałuje, że w tych ostatnich chwilach nie uspokoiła Nathana, nie pożegnała się z nim, nie wzięła go w ramiona. Powinna wiedzieć o tym, że nie mają żadnych szans w starciu z Dyrektorem. Nikt nie miał. Czując jak gałąź szarpie jej koszulą nocną pomyślała też o tym, że nie powinna w ogóle przebierać się w piżamę. Cały czas słyszała szloch Adelii, choć sama nie płakała.


W nagłym przypływie logicznego myślenia spróbowała wyciągnąć rękę w kierunku własnej kostki i choć było to trudne, Lisa była przecież niezwykle wysportowana i po chwili udało jej się to zrobić. Aha! Chociaż od początku nie widziała osoby, która ją trzymała, a jedynie mroczny, bezcielesny cień, to teraz rzeczywiście wyczuła czyjeś palce. Momentalnie zaatakował ją parzący i kłujący ból w dłoni, jakby coś próbowało zmusić ją do zabrania jej, ale ona zacisnęła z determinacją zęby i na to nie pozwoliła. Ostatecznie wbiła paznokcie w rękę Dyrektora i próbowała szarpać za jego palce, nawet jeśli to by oznaczało, że wyląduje na drzewie w środku lasu...


No i wylądowała. Lisa i Adelia z ogromnym impetem wpadły na szeroką gałąź i już na niej zostały, podczas gdy cień rozpłynął się, jakby nigdy go nie było. Lisa w chwili oszołomienia zaczęła zastanawiać się, czy jej się czasem nie udało. Spojrzała na mokrą, czerwoną, zdezorientowaną twarz Adelii, ale nim zdążyła się choćby odezwać i zastanowić co dalej, gałąź z olbrzymią siłą wystrzeliła je do przodu, przerzucając na inne drzewo. Stało się tak jeszcze kilka razy. Leciały bezwładne jak podrzucone do góry szmaciane lalki i podczas gdy Adelia piszczała, Lisa machała rękami i nogami próbując złapać się w końcu czegoś stabilnego. Jej dłonie i stopy były już porządnie obdrapane.


Kiedy po raz kolejny upadły rękami do przodu na jakieś drzewo były przygotowane na następny podrzut, który jednak nie nastąpił. Lisa zamrugała i spróbowała nieco uspokoić drżenie kończyn. Cokolwiek się tu działo, nie było przecież niczym dziwnym, prawda? Teraz byli w świecie baśni. Powstrzymała gorzki śmiech, podnosząc się na kolana. Zdecydowanie opuściły Gawaldon. Drzewa były zieleńsze, wschód słońca na horyzoncie piękniejszy, a dziwne szumy i skrzeki z rozciągającego się pod nimi lasu w niczym nie przypominały ćwierkania ptaków, które słychać było na boisku. Lisa poczuła, że coś kłuje ją w kolana, więc spojrzała w dół i zobaczyła, że trafiły do gniazda, a obok nich leży wielkie jajo. Instynkt podpowiadał jej, że to zdecydowanie nie wróżyło dobrze. Spróbowała wstać, ale całe jej ciało było obolałe, kostki i dłonie piekły, na ramionach widniały drobne ranki, a koszula nocna była brudna i gdzieniegdzie porwana. Nawet nie chciała sobie wyobrażać jak wyglądały w tej chwili jej włosy. 


Usłyszała bolesny jęk i szybko odwróciła się, żeby spojrzeć na Adelię. Jej koleżankę, która teraz siłą rzeczy stała się jej towarzyszką i ostatnią osobą przypominającą o domu i o tym, że miała o co walczyć. Bo nie zamierzała rezygnować z prób powrotu do Gawaldonu.
W tej chwili Adelia wyglądała nie lepiej niż Lisa. W jej lokach tkwiło sporo liści i gałązek, sukienka stała się raczej swoją smutną parodią, białe rajstopy były w wielu miejscach podarte, a na ramionach również widniało wiele zadrapań. I zdecydowanie była też obolała, bo z jej gardła wyrwał się cichy jęk, kiedy sama próbowała podnieść głowę z szorstkiego podłoża gniazda. Lisa wyciągnęła do niej rękę, żeby jej pomóc, ale ona tylko uniosła na nią wystraszone, ciemne oczy, nie przyjmując oferty.
- Lisa, proszę... - urwała, zachłystując się własnymi słowami.
- O co mnie prosisz? - spojrzała z zaniepokojeniem na jajo, które wydawało się pękać. Musiały natychmiast stąd uciekać. Tylko jak? Lisa nie miała nawet żadnych kapci na nogach, a ziemia, niewidoczna pod gąszczem gałęzi, na pewno była daleko w dole. 
- P...proszę powiedz mi, że... że - jej wargi drżały. - ... że ja nie jestem w...wiedźmą.
- Nie jesteś, Adelia. Oczywiście, że nie jesteś - zamiast próbować podnieść koleżankę, Lisa upadła obok niej na kolana i objęła ją ramionami. Starała się nie zwracać uwagi na chrzęst niszczącej się skorupki. Mogła albo próbować uciec albo okazać Adelii swoje wsparcie, a nie zamierzała popełniać tego samego błędu, co chwilę temu(a może całą wieczność?) w Gawaldonie, w sypialni na piętrze rodzinnego domu. A jednak słowo "wiedźma" spowodowało, że w jej żołądku coś się gwałtownie przewróciło.


Adelia chwyciła się jej jak ostatniej deski ratunku i wtuliła mokrą twarz w jej szyję.
- Powiedz mi, Lisa... - szepnęła. - Powiedz, że masz jakąś ukrytą naturę o której nikomu nie mówiłaś. Powiedz mi, że to nie ja jestem wiedźmą.
Lisa zesztywniała i wtedy jajo całkowicie popękało, wypuszczając na zewnątrz ptaka, który nie miał prawa żyć, bo składał się z samych kości. Ptaszysko szarpnęło je zanim zdążyłyby choćby krzyknąć i poleciało ponad drzewami. Lisa czuła wbijające jej się w żebra szpony, jej nogi latały bezwładnie miotane wiatrem z powodu wielkiej prędkości, cały czas trzymała też dłoń Adelii, która drżała ze strachu zaraz obok. W jej głowie jednak nie było teraz miejsca na to, co się wokół niej działo. Myślała o czymś całkowicie innym, a słowa koleżanki odbijały się jak echo w jej uszach. 


Wiedźma.
Księżniczka.


Lisa poczuła frustrację. Czy Adelii do reszty odbiło? Ona nie była ani wiedźmą ani tym bardziej księżniczką! Żadna z nich nie była!
Warunki nie były jednak w tej chwili sprzyjające do przemyśleń, na które na pewno przyjdzie czas później. Teraz obydwie dziewczyny zostały rozproszone przez widok dwóch ogromnych zamków wyłaniających się na horyzoncie. Jeden był biały, choć lśnił kolorami, świecący, choć przyjemny dla oka, pogoda nad nim wydawała się być wieczna idealna. Drugi emanował mrokiem i okrucieństwem, czarne wieże wyciągały się do zachmurzonego nieba jak pale czekające na to, by wbić na nie ofiarę. Obydwa zamki łączył most nad którym wznosiła się jedna, samotna wieża, wyglądająca na najbardziej zwykłą, neutralną i spokojną. Przy dwóch wyraźnie ukierunkowanych na dobro i zło zamkach niemal biła po oczach normalnością i Lisę uderzyła irracjonalna myśl, że jeśli autentycznie miałaby tu zostać, to chciałaby mieć pokój właśnie tam.


I to właśnie była jedna z jej ostatnich racjonalnych myśli tej ogromnie nieracjonalnej nocy, która powoli zaczęła przemieniać się w zapewne równie nieracjonalny świt. Chwilę później szkieletowaty ptak zatoczył koło nad Akademiami i wypuścił Adelię w mułowate wody mrocznego zamku. Jeśli ktokolwiek pomyślałby teraz, że Lisa poczuła ulgę, byłby w ogromnym błędzie, ponieważ nieważne jakie głupoty jej koleżanka plotła pod wpływem stresu, Elisabeth jej potrzebowała. Tak więc to właśnie tutaj, trzymana szponami przez potwora, ruda dziewczyna wyciągnęła rękę w stronę znikającej koleżanki(a może przyjaciółki?) i wydała z siebie prawdziwie zrozpaczony krzyk, taki, na jaki tej nocy jeszcze sobie nie pozwoliła. 
A potem poczuła, że stalowy uścisk na jej żebrach się rozluźnia, a ona sama również spada bezwładnie w dół. Nie widziała nawet gdzie leci, bo jedyne co miała przed oczami to twarz Adelii w chwili w której z jej twarzy zniknęło przerażenie i rozpacz, zastąpione zrozumieniem, jakby dopiero teraz uświadomiła sobie, co się tak właściwie działo przez ostatnie godziny.


Bo to był przecież ten dzień. Ten jeden, jedyny dzień, raz na cztery lata.

Edytowano przez Elizabeth Eden
0

Udostępnij ten post


Link do postu
Udostępnij na innych stronach

Jak zawsze nad królestwem opadały liczne płatki śniegu. Nigdy nie było to niczym niezwykłym gdyż znajdywało się ono wysoko w górach.  Ludzie już przywykli do mroźnych wieczorów a z czasem dla każdego stawały się one urokliwe. Śnieg, który leżał na dachach i uliczkach sprawiał, że całe to miejsce wyglądało niemal magicznie. Widoki, jakie można było podziwiać ze szczytów zapierały dech w piersiach nie jednej osoby. A nawet potrafiły pobudzić duszę artystyczną. Zawsze można było podziwiać widok niekończącej sie puszczy pod ogromnymi szczytami naszego królestwa. O tej godzinie jak zawsze wszystko żyło własnym życiem. Dzieci bawiły się na ulicach zaś dorośli maszerowali do swych prac. Tylko wokół pałacu dochodziły głośne dźwięki uderzeń stali. Zasłoniłem się powoli swym ostrzem przed atakiem napastnika. Wrogie ostrze opadło na moje, dzięki czemu mój plan się powiódł. Próbowałem użyć wszystkich mięśni by odepchnąć go. Jednak byłem zbyt słaby. Nie dość, że był cięższy to posiadał więcej doświadczenia.  Poczułem jak coś uderza w moją nogę a ja sam tracę równowagę i przewracam się. Mężczyzna o długich szatynowych włosach, silnych rysach twarzy jak i bliźnie na policzku stanął nade mną chwilę na mnie spoglądając brązowymi oczami nagle jednak schował swój miecz i podał mi rękę.

 

- Bardzo dobrze wasza wysokość idzie ci coraz lepiej - odrzekł uśmiechając się do mnie i próbując mi pomóc wstać. Zmarszczyłem lekko brwi jakby się wahając czy skorzystać z pomocy jednak w końcu chwyciłem ofiarowaną mi dłoń.

- Miałeś mnie tak nie nazywać - burknąłem powoli wstając. Zdjąłem powoli swoje karwasze i przejechałem dłonią po spoconym czole przy okazji odgarniając kosmyk ciemnych włosów z czoła. - Nie jestem królem - powiedziałem jakbym nie był do końca zadowolony z tego tytułu. Może rzeczywiście tak było? Sam nie byłem pewny czy się na niego nadaje.

- Jeszcze nie jesteś - dodał z uśmiechem. Ponownie lekko się skrzywiłem jednak nie zdążyłem nic powiedzieć, bo wtedy usłyszałem kolejny dobrze już mi znany głos. Należący jednak tym razem do płci przeciwnej.

- Zgadzam się z Henrykiem - skierowałem swoje zimne spojrzenie w kierunku, z którego docierał głos. W naszym kierunku szła młoda blada dziewczyna o długich ciemnych włosach. Ubrana była w żółtą sukienkę a w dłoni trzymała równie żółtą parasolkę, którą trzymała nad głową. W drugiej za to ręce trzymała wiklinowy koszyk. Kierowała się do jednej z pustych ławek, które nas tu otaczały.

- Przyszłaś tu patrzeć jak dostaje wycisk czy może jest inny powód twojej wizyty? - spytałem z krzywym uśmiechem, na co ona odpowiedziała niewinnym uśmieszkiem.

- Och pomyślałam po prostu, że jesteście głodni chłopcy, więc poprosiłam służbę by coś wam przyrządziła - powiedziała otwierając koszyk by zaraz samej usiąść i zaprosić nas do siebie machnięciem dłoni.

- To bardzo miłe panienko - odparł szczerym głosem Henryk uśmiechając się do niej. - Jednak muszę odejść porozmawiać z królem w pewnej sprawie. Jednak książę ty powinieneś coś zjeść i odpocząć byśmy mogli dalej poćwiczyć później. Inaczej będziesz jeszcze bardziej obolały - odrzekł uderzając mnie lekko pięścią w ramie. Uśmiechnąłem się lekko w jego kierunku a ten go odwzajemnił zanim zaczął odchodzić. Dziewczyna nie wyglądała na złą, że zostaliśmy tu sami. Nadal się uśmiechała i wskazywała dłonią bym się dosiadł do niej. Ostatecznie uległem i skierowałem się by usiąść naprzeciw niej.

- Czym zatrułaś jedzenie? - spytałem poważnie na nią patrząc a ta otworzyła szeroko oczy jakby się czegoś przestraszyła. Nagle jednak na mojej twarzy pojawił się uśmiech sugerujący, że tylko żartuje. Na ten widok i ona znowu się uśmiechnęła.

- Ty i te twoje poczucie humoru - powiedziała sięgając dłonią do koszyka by wyciągnąć chusteczkę i przetrzeć mi nią czoło z potu. - Muszę dbać o mojego ulubionego kuzyna - skierowała swój wzrok chwilę patrząc w moje niebieskie oczy. - Mógłbyś się też oduczyć tego zimnego spojrzenia przynajmniej w stosunku do kochanej kuzynki

- Wiesz, że to nie zależy ode mnie Sophie - powiedziałem spoglądając na nią . - Poza tym jestem twoim jedynym kuzynem

- Tym bardziej powinnam o ciebie dbać. Co zrobimy, gdy królestwo straci dziedzica? - spytała lekko zmartwionym głosem.

- Sama zajmiesz tron - powiedziałem sięgając do koszyka dłonią, na co ona się uśmiechnęła.

- Nigdy tak na to nie patrzyłam - wyjąłem bułkę, którą podzieliłem na pół jedną połówkę dając jej.

- Nie powinnaś zawracać głowy służby. Sam mam ręce i umiem sobie zrobić jedzenie

- Czy nie od tego są? By nam służyć jak najlepiej - ugryzła kawałek pieczywa.

- Zawsze inaczej na to patrzyłem - zmrużyłem delikatnie oczy. - Sophie a jeśli ja tu nie pasuje? Może nie nadaje się na króla?

- Nie bądź głupi - nagle dotknęła dłonią mojego ramienia. - Twoje treningi dają efekty. Jeszcze trochę i zrobi się z ciebie naprawdę twardy mężczyzna, który szybko pozna piękną księżniczkę a reszta już będzie formalnością

- Sam nie wiem - opuściłem lekko wzrok w ławkę. - Nie jestem chyba na to gotowy

- Niepotrzebnie się zamartwiasz wszystko będzie dobrze - nagle wstała poprawiając sukienkę. - Muszę na razie odejść. Mam dziś kilka spotkań a ty obiecaj mi, że przestaniesz się martwić głupotami rozumiesz?

 

- Spróbuje - odrzekłem z krzywym uśmiechem. Na co ona odpowiedziała swoim niewinnym i powoli się obróciła. Nie mogłem już tego zobaczyć jednak na chwilę w jej oczach pojawiła się istna nienawiść w chwili, gdy już na mnie nie patrzyła. Ostatecznie odprowadziłem Sophie wzrokiem aż w końcu zostałem sam na placu. Chwilę wpatrywałem się w wiklinowy koszyk zastanawiając się czy faktycznie jestem głodny. Jednak, gdy dotarł do mnie dość nieprzyjemny dźwięk burczenia uśmiechnąłem się pod nosem i otworzyłem koszyk powoli zajadając się jego zawartością. Kolejne godziny zwykle mijały tak samo. Gdy nie było treningów udawałem się do biblioteki zamkowej czytając przeważnie baśnie, bo to właśnie one tworzyły nasz świat. Zawsze zastanawiał mnie fakt zwycięstwa dobra od tak dawna, co oczywiście mi nie przeszkadzało. A jednak trochę zastanawiało. W końcu po wielkiej wojnie Dyrektor zapewnił, że stanie na straży równowagi a teraz tej równowagi nie było widać. Niestety nigdy sam nie widziałem, co się stało w tamtych latach, bo było to na długo przed moim urodzeniem jednak sądziłem, że odpowiedź kryła się w momencie, gdy wyłonił się tylko jeden dyrektor. Były to dosyć nietypowe rozmyślania a jednak mnie pochłaniały. Czy sam pragnąłem dostać się do akademii?  To było ciężkie pytanie, bo szczerze mówiąc nigdy nie uważałem bym nadawał się na bohatera baśni. Gdy jednak miałem niewielką chwilę w codziennych zajęciach często wkładałem na siebie płaszcz z kapturem i tajemnym przejściem, które znalazłem dawno temu umykałem z zamku. W takich chwilach maszerowałem swobodnie po królestwie udając przez te niewielką chwilę jednego ze zwykłych mieszkańców. Często siedziałem na jakimś murku patrząc na bawiące się dzieci i żałowałem w takich chwilach, że moje dzieciństwo było wyłożone nauką odkąd pamiętam. W końcu taki był mój obowiązek, jako dziedzica tronu. Zacisnąłem lekko pięść wspominając to. Poprzysięgłem sobie, że jeśli zasiądę na tronie i dochowam się potomka to nie wychowam go w ten sposób. Sprawię, że jego dzieciństwo będzie tak szczęśliwe, że zawsze będzie je wspominał z uśmiechem.  Wtedy jednak wracałem na ziemie, bo jak miałem tego dokonać skoro nigdy nie spotkałem właściwej damy, której mógłbym oddać serce? Byłem niby młody i miałem jeszcze na to czas jednak nie w rachubie królewskiej i rodzina cały czas mnie ponaglała aranżując kolejne spotkania z ich zdaniem idealnymi kandydatkami na samą myśl mnie wykrzywiało, gdy przypominałem sobie każde takie spotkanie. Tak właśnie mijał mój codzienny czas potem zwykle następowały wspólne rodzinne posiłki. Przy dużym stole bogatym w różnorakie niesamowite potrawy siedziałem ja ubrany w ciemną koszulę i ciemne spodnie dopasowane kolorem. Nigdy się zbytnio nie stroiłem, więc to można było uznać za jeden z moich elegantszych strojów. Po drugiej stronie siedziała Sophie ubrana w wytworną fioletową suknię. Tym razem była tu sama gdyż jej rodzice zniknęli w ważnych interesach.  Poza nami znajdował się tu również mężczyzna w średnim wieku o podobnym spojrzeniu jak ja. Ubrany był w krwisto czerwoną szatę gdzieniegdzie pozłacaną. Na jego głowie spoczywała korona zaś na palcach miał liczne pozłacane sygnety. Obok niego siedziała nieco młodsza kobieta o ciemnych długich włosach związanych w kok. Ubrana była w błękitną suknię a na jej głowie spoczywała mniejsza korona. Z pewnością było widać, że byłem istną mieszanką tej dwójki. Nigdy nie zaczynałem rozmowy, bo zwykle wiedziałem gdzie to zmierzało, więc zawsze miałem nadzieje, że posiłek przebiegnie w ciszy, co niestety nigdy się nie zdarzało. Dlatego skupiałem się w tej chwili na swoim talerzu, po którym leniwie mieszałem widelcem. Sama Sophie też wyglądała na bardziej zainteresowana oglądaniem swojego odbicia w sztućcu niż szukaniem tematu rozmowy. Dopiero mój ojciec przerwał te niezręczną ciszę kierując swój wzrok na mnie.

 

- Henryk chwalił twoje umiejętności. Mówił, że jesteś coraz lepszy - nagle poczułem na sobie wzrok zarówno matki jak i Sophie.

- Poległem na prostej sztuczce - odparłem nie podnosząc głowy z nad talerza i dalej mieszając sztućcem po nim. Nie chciałem tego kontynuować, bo wiedziałem, dokąd to zmierza. Ojciec lekko jednak zmrużył oczy wcale nie będąc zachęconym do przerwania tematu rozmowy. Cała jego uwaga skupiała się na mnie.

- Podobno Alwina już opuściła zamek - teraz wbiłem widelec w ziemniak by w końcu podnieść głowę i na niego spojrzeć.

- Nie byłbym w stanie jej dać tego, czego chciała. Poza tym nie pasowaliśmy do siebie - przypomniała mi się każda chwila, gdy tu była. Jej zachwyt rozległy zamkiem służbą i całym tym bogactwem. To nie ja ją interesowałem a to jak żyłem. A ja nie chciałem związać się z kimś takim. To nie byłoby życie już nie. - Jeśli to wszystko to już pójdę - powiedziałem powoli wstając.

-  Wyjdziesz, gdy pozwolę - odrzekł ponuro nie spuszczając ze mnie wzroku. - Czy zdajesz sobie sprawę, że od ciebie zależy przyszłość rodu?

- Oczywiście - odparłem bez emocji. - Jednak nie mam zamiaru się z kimś wiązać w taki sposób - teraz w moim głosie wyczuć można było złość. Wpatrywałem się dobrą chwilę w mojego ojca jak i on zresztą we mnie. Moja matka jak i Sophie wyglądały jakby chciały coś powiedzieć jednak ostatecznie wolały się chyba nie mieszać. W końcu mój ojciec machnął dłonią wskazując mi w ten sposób, że mogę odejść. Kiwnąłem tylko głową i opuściłem salę. W chwili, gdy oczy mych rodziców mnie odprowadzały nikt nie zauważył, że teraz na twarzy Sophie pojawił się dosyć nieprzyjemny uśmiech wskazujący, że to, co się stało bardzo ją cieszyło z jakiegoś powodu. Poszedłem do zbrojowni gdzie włożyłem na siebie zbroje przy okazji pozbywając się obecnego stroju. Zaraz potem zabrałem swój miecz i tak wyszedłem na plac, na którym zawsze trenowałem z Henrykiem. Tym razem byłem tu sam pod rozgwieżdżonym niebem ćwicząc machanie mieczem. Musiałem tak po prostu odreagować całą te rozmowę. Problem z doborem potencjalnych narzeczonych przez moich rodziców zawsze był taki sam. Kierowali się wyglądem każdej niby księżniczki, ale nie poznawali jej intencji i charakteru. Chcielibym spędził resztę życia z kimś, kto zupełnie do mnie nie pasował a tylko byśmy razem dobrze wyglądali. Wściekle przepoławiałem kolejne kukły treningowe na każdą taką myśl. Może po prostu nikt nie jest w stanie mnie do końca zrozumieć? Nie wiem jak wiele czasu już minęło, gdy tak wymachiwałem mieczem jednak nie czułem zmęczenia. Może na jutrzejszym treningu w końcu pokonam mojego instruktora? Widząc ciemne okna w zamku byłem pewny, że wszyscy już śpią. Kolejne chwile mijały, gdy wymachiwałem mieczem jednak nagle przestałem spoglądając zdziwiony w stronę zamku. Był na pewno środek nocy a światła w zamku znów się paliły. Nawet w komnacie Sophie. To było naprawdę dziwne. Ojciec nigdy nie wstawał z byle powodu o takiej godzinie. Nagle z zamku wybiegł sługa, który zaczął biec w moim kierunku. Ciężko dysząc poinformował mnie żebym się nawet nie przebierał tylko wrócił natychmiast wrócił do pałacu a potem skierował się do sali tronowej. Nic z tego nie rozumiałem, ale ostatecznie schowałem miecz do pochwy i zacząłem się za nim kierować do zamku. Gdy tam dotarliśmy na miejscu była już zaspana Sophie ubrana w błękitną koszulę nocną wykonaną z jedwabiu. Natomiast na tronach siedzieli mój ojciec i matka spoglądając na nas poważnym wzrokiem. Oni jednak byli ubrani w swoje szaty. W końcu mój ojciec kazał odejść słudze, bo chciał mówić tylko z nami. Nie mówił zbyt dużo jednak to, co powiedział było wystarczające. Byłem kompletnie zszokowany stojąc jak sparaliżowany z niemal wychodzącymi z orbit oczami. Sophie natomiast od razu wyglądała na bardzo pobudzoną i zachwyconą. W końcu z moich ust wyrwało się jedno słowo po dłuższej chwili niczym bym wyszedł z transu.

 

- Akademia? - spytałem z niedowierzaniem.

- Czyż to nie wspaniale? - spytała tym razem z ogromnym entuzjazmem moja matka. - Oboje macie szanse zostać zapamiętani w całej puszczy z chwilą, gdy baśniarz napiszę o was wasze własne baśnie. A jak wiemy dobro zawsze w nich wygrywa, więc będziecie żyć długo i szczęśliwie - nadal byłem jak skamieniały. Po prostu nie byłem w stanie podzielać tego entuzjazmu, który promieniował z mojej matki. Inaczej było z Sophie, która niemal skakała z radości słysząc to wszystko.

- Pod warunkiem oczywiście, że baśniarz nie zdecyduje byście oboje mieli jedną baśń - odparł teraz ojciec. Słysząc to wraz z Sophie skierowaliśmy spojrzenia na siebie. - To niewątpliwie ogromne wyróżnienie nie tylko dla was, ale i dla naszego królestwa. Pamiętajcie, że musicie nas tam reprezentować godnie - powiedział kierując wzrok to na mnie to na Sophie.

- Mam nadzieje, że akademia zaprzestała sprowadzania tych beznadziejnych czytelników - odrzekła Sophie spoglądając na swą dłoń. - Wszyscy wiemy, że tak by było dla nich lepiej. W końcu wiadomo jak zwykle kończą

- Jesteś niesprawiedliwa Sophie - odparłem w jej kierunku marszcząc brwi. - To prawda, że często radzą sobie gorzej. Jednak trzeba pamiętać, że poza czytaniem baśni oni nie byli gotowi do życia w naszym świecie. Co dla nas jest codziennością dla nich jest czymś zupełnie obcym. Musimy również pamiętać, że są ofiarami haniebnej praktyki Dyrektora, który porywa ich wbrew własnej woli - Sophie jednak nie wyglądała na wzruszoną tym wszystkim dalej podziwiając swoją dłoń.

- Spokój - warknął ponuro mój ojciec marszcząc brwi wściekle. - Nic mi o tym nie wiadomo by ten zwyczaj się zmienił Sophie. A co do ciebie synu nie nam oceniać jego czyny. Przez lata dobro wygrywa a więc jasne jest, że sprzyja nam. Więc z pewnością wszystko, co robi choćby nie wiadomo jak okropne było robi dla naszego dobra - chciałem coś powiedzieć jeszcze, ale ostatecznie zagryzłem język marszcząc brwi wściekle. Nie było sensu się kłócić i tak wiedziałem, że mnie nie posłuchają. Nagle zwrócił się w kierunku mojej kuzynki.

- No dobrze. Sophie idź się pakować. Wiem, że późno, ale niedługo wyruszacie kolejnej okazji nie będzie - Sophie lekko się ukłoniła i zaczęła odchodzić. Myśl o dostaniu się do akademii była dla niej niesamowita do tego stopnia, że już była całkiem pobudzona. Nie dość, że niedługo będzie napisana o niej baśń to pozbędzie się problemu, który oddziela ją od tronu, gdy tylko nie zda. Sam miałem zamiar wyruszyć zaraz za Sophie jednak, gdy tylko ruszyłem ojciec skinięciem ręki nakazał mi zostać.

 

- Akademia jak wiesz to nie tylko szansa zostania bohaterem baśni, ale i możliwość znalezienia prawdziwej miłości - przełknąłem ślinę słysząc to i zacisnąłem lekko pięści. Wspaniale. Tylko tego mi brakowało bandy księżniczek o płytkim rozumowaniu szukających narzeczonego jak z bajki.

- Pamiętaj synu, że gdy tylko się pojawisz wśród księżniczek musisz rzucić róże tej jednej szczególnej. Co prawda będzie tam wiele potencjalnych rywali, ale prawdziwej miłości nic na drodze nie stanie - mówiła szczęśliwa matka jakby nie wiadomo jak ważne to było wydarzenie. Jeśli już chodziło a jakieś zwyczaje to mogliby zrezygnować z tego. Jak miałem wybrać właściwą osobę z tłumu? Nie mogłem ocenić kogoś za sam wygląd. Było to płytkie spojrzenie, którego zawsze nienawidziłem.

- Ojcze matko - powiedziałem w końcu w ich kierunku. - Chodzi o to, że nie wiem czy się nadaje. Nie jestem pewny czy mogę być księciem a co dopiero bohaterem baśni - matka zamarła przerażona przykładając dłonie do policzków a ojciec się wyraźnie wściekł słysząc to. - Radzę ci zmienić, więc nastawienie, bo z takim na pewno nie zdasz. A oboje chyba wiemy, co to oznacza? - kiwnąłem z wyraźną niechęcią głową. - Dobrze teraz możesz odejść - odrzekł dość szorstko a ja się lekko ukłoniłem i zacząłem odchodzić jednak wyraźnie niezadowolony. Wpatrywałem się w swój kufer dobrą godzinę. W mojej głowie szalał natłok myśli i bynajmniej niespowodowanych tym, co miałem spakować. Akademia marzenie każdego mieszkańca puszczy, więc dlaczego nie czułem tej radości a niepewność? Niestety, co do jednego mój ojciec miał racje, jeśli nie wezmę się w garść nie zdam. A wtedy będę bohaterem baśni jednak nie w takiej roli, która by mi odpowiadała zresztą jakby którakolwiek mi odpowiadała. W końcu wstałem z łóżka i zacząłem pakować najbardziej potrzebne przedmioty. Chwilę zastanawiałem się, co to będzie miało być. W końcu zdecydowałem się spakować swój miecz, ubrania na zmianę i środki higieny osobistej. Co prawda wiedziałem, że akademia jest pełna takich rzeczy. Mieściła się tam podobno nawet sala urody, z której nie miałem raczej w planach korzystać. Jednak mimo wszystko wolałem swoje przedmioty. Gdy już spakowałem wszystkie rzeczy, które były mi potrzebne położyłem się spać. Przynajmniej taki miałem plan, bo prawdą było, że przez całą noc nie byłem w stanie zmrużyć oka przez cały ten stres.

 

Leżałem tak wierciłem się próbując zasnąć do czasu aż pierwsze promienie słońca zaczęły wpadać przez okno mej wieży. Nie miałem zbyt wiele czasu z rana. Wszystko skupiało się na szybkim przygotowaniu i ostatnim wspólnym śniadaniu przed wyjazdem. Sophie przez cały ranek tylko mówiła, jaka to jest podekscytowana wyjazdem. Całą noc dobierała odpowiednie sukienki by zdeklasować pozostałe księżniczki i skupić uwagę wszystkich książąt na swojej osobie. Chciała być gwiazdą tego roku w akademii jak to mówiła. Moi rodzice byli bardzo zachwyceni całym jej entuzjazmem i byli pewni, że akademia będzie świetnym miejscem dla niej. Widziałem natomiast, że co jakiś czas rzucali mi zaniepokojone spojrzenia. Najwyraźniej widzieli moje nerwy, ponieważ przez cały czas milczałem i tyko machałem sztućcem po talerzu nic nawet nie jedząc. Gdy matka zasugerowała bym w końcu coś zjadł zbyłem to mówiąc, że nie jestem głodny. W końcu nastał czas pożegnań. Nie było z nami rodziców Sophie, którzy nie zdążyli jeszcze wrócić. Natomiast moi rodzice żegnali nas z tłumem poddanych życząc nam szczęścia i mówiąc, jacy to dumni są z nas. Powinienem się cieszyć a jednak to wszystko sprawiało, że czułem się jeszcze bardziej niepewnie. Sophie natomiast wyglądała jakby już była bohaterką baśni. Gdy kierowaliśmy się na kolej została z nami jeszcze niewielka grupa służby, która nam towarzyszyła. A właściwie bardziej mojej kuzynce. W momencie, gdy opuszczaliśmy zamek przydzielono nam grupę służby, która miała nam pomóc zabrać kufry nim wsiądziemy do kwietnej kolei. Sam odmówiłem tego uznając, że jestem w stanie donieść jeden kufer na miejsce. Mojemu ojcu niezbyt się spodobało moje zachowanie i znów zaczął nadmieniać, że nie zachowuje się jak na księcia przystało. Sophie nie miała możliwości przenieść sama swoich rzeczy. Okazało się, bowiem że spakowała 6 kufrów, więc bardzo chętnie przyjęła pomoc służby. Zastanawiałem się czy przypadkiem nie spakowała całej swojej komnaty do tych kufrów. Jednak wolałem to przemilczeć i tak byłem pewny, że wykorzystałaby pomoc służby nawet gdyby to był tylko 1 kufer byle samej nie nosić. To były nasze ostatnie wspólne chwile do czasu aż spotkamy się w akademii. Jednak przebyliśmy drogę w milczeniu. Nie byłem w nastroju do rozmowy, co było zresztą widać po wyrazie mojej twarzy. Natomiast Sophie marzyła, że już jest na miejscu. Gdy tylko dotarliśmy w okolice gdzie miała nas zabrać kwietna kolej pierwsza wyruszyła Sophie zaraz po tym jak spakowano jej kufry.  Na odchodne powiedziała tylko, że zobaczymy się na miejscu. Gdy zniknęła w kolei również odeszli słudzy z powrotem do zamku wiedząc, że już nie będą potrzebni. W końcu zostałem zupełnie sam aż pojawiła się moja kolej, do której wpakowałem swój kufer i sam również ruszyłem chwilę dosłownie po Sophie.

 

W milczeniu zająłem jedno z wolnych miejsc obserwując jak mija podróż i przysiadają się kolejni pasażerowie. Rozpoznawałem wśród niektórych z nich książąt, którzy podobnie jak ja najwyraźniej zmierzali do akademii. Jeden, co najmniej wyglądał jak żywcem wyjęty z bajki. Wszystko było w nim idealne nie wiedziałem ile czasu spędzał na poprawianiu własnej urody jednak musiało mu to zajmować sporo czasu. Teraz wiedziałem, dlaczego nie czułem się jak jeden z nich.  Wiedziałem, że wkrótce dotrę na miejsce i tam może zacząć się najważniejszy rozdział mojego życia. Pozostał jeszcze ten idiotyczny zwyczaj rzucania róży. Postanowiłem, że rzucę białą, która przypominała mi swą barwą dom. Jednak nie miałem zamiaru rzucać jej nikomu tylko rzucić w powietrze i pozwolić by przeznaczenie ją pokierowało we właściwe miejsce. Uznałem, że to najlepszy wybór niż wybrać kogoś za to jak wygląda. Z perspektywy Sophie cała sytuacja wyglądała zupełnie inaczej. Całą noc przed wyjazdem była podekscytowana pakując kolejne rzeczy. Oczywiście nie mogła sobie również pozwolić na brak snu, co to by była za księżniczka z opuchlizną pod oczami? Dlatego też pozwoliła sobie po spakowaniu na niewielką drzemkę. To był jej czas gdzie szczęście się w końcu do niej uśmiechnęło. Myślała od tak dawna jak pozbyć się Alana, który był pierwszy w kolejce do tronu a teraz wszystko szło po jej myśli. Znała swojego kuzyna lepiej niż ktokolwiek inny i wiedziała, że nie jest jak typowy książę z bajki. Konkurencja powinna szybko go przyćmić i sprawić, że ten nie zda. Zastanawiała się jednak, co to za pomysł, że został tam ściągnięty? Jaką niby baśń można by było o nim napisać? Kto by chciał to czytać? Sama myśl o bajce o wiecznie ponurym księciu z jego mrocznymi przemyśleniami ją odtrącała. Takie rozmyślenia jej towarzyszyły, gdy kierowała się na kolej. Nawet nie zwróciła większej uwagi na brak własnych rodziców na pożegnaniu. Przywykła już do tego, że zwykle byli czymś zajęci a ona przez to chowała się w zamku. Nie przeszkadzało jej to jednak. Jak mógłby jej przeszkadzać ten luksus, który ją otaczał i pewnego dnia będzie jej? Niedługo zresztą się zdziwią, gdy zobaczą baśń o niej. Wtedy nie będzie nic ważniejszego niż ona. Wyruszyła, jako pierwsza, dzięki czemu mogła oddać się nadal spokojnemu rozmyślaniu. Przez cały całą podróż siedziała wpatrzona w lusterko podziwiając swoją twarz i szukając na niej czegoś, co mogłoby zepsuć jej wielkie wejście. Sama myśl o tym, że wkrótce mogła zostać znana w całej puszczy dzięki własnej baśni zachwycała ją. Na dodatek, jeśli zyska dzięki temu tron spełni wszystkie swoje marzenia. Gdyby mogła to zapewne teraz skakałaby z radości. Ten plan po prostu nie mógł się nie powieść wszystko było idealnie dopracowane i nic nie mogło stanąć jej na przeszkodzie. Jednak, po co ryzykować? Pamiętała o tradycji rzucania kwiatów przez książęta i wiedziała, że i on rzuci swój. Nie miał zresztą wyboru. Znając go nie rzuci go ku konkretnej osobie a da szansę szczęściu. Jeśli któraś z księżniczek go złapie będzie ją tylko trzeba przekonać by jej go oddała, co nie powinno być trudne. Jeśli pojawi się sam na balu to już straci połowę punktów. Z drugiej jednak strony przydałoby się pozbyć części konkurencji pomyślała rozglądając się wokół i za innymi księżniczkami. Właśnie do tego mogłaby wykorzystać właśnie jego. Być może i nie wyglądał jak wyśniony książę z bajki jednak, gdy ktoś jest dziedzicem to na pewno znajdzie się jakaś, która się tym zainteresuje. Na szczęście to i tak była strata czasu gdyż każde takie spotkanie w jego przypadku kończyło się tak samo. Akademia była z pewnością pełna typowych księżniczek, z którymi nigdy nie potrafił się porozumieć. Więc jeśli jakikolwiek z jego związków potrwałby choćby tydzień to by się na pewno zdziwiła. Teraz wystarczyłoby tylko dojechali już na miejsce by zacząć realizować plany pomyślała malując usta szminką. Zarówno mi jak i Sophie towarzyszyły zupełnie różne plany i myśli o tym, co się stanie, gdy tam dojedziemy. Jedno nas jednak w tej chwili łączyło.

 

Oboje rozmyślaliśmy, co nas tam spotka jednak na zupełnie różne sposoby. Prawdą było jednak, że jak bardzo byśmy nie myśleli nie mogło nas to przygotować na to, co nas czekało. W końcu dojazd się zakończył a zarówno ja jak i Sophie zniknęliśmy z kolei, która nas zawiozła na miejsce. Sophie w jednej chwili wyrosła jak z podziemi ubrana w swoją ulubioną żółtą sukienkę nad głową trzymała jak niemal zawsze swoją równie żółtą parasolkę, która jak uważała dodawała jej uroku. Wylądowała tak z bardzo miłym i serdecznym uśmiechem czekając na to, co ma nadejść. W jednej chwili zamiast w kolei znalazłem się na ziemi, z której dosłownie wyrosłem. Chwilę klęczałem na jednym kolanie podpierając się mieczem i rozglądając po okolicy ubrany w ciemną koszulę dopasowaną do równie ciemnych spodni. Chociaż nie bardzo mnie to obchodziło to rodzice prosili bym ubrał najlepszy strój na rozpoczęcie akademii. W końcu uległem ich prośbą i tak zrobiłem. Sam powoli wstałem unosząc miecz i chowając go do pochwy.

0

Udostępnij ten post


Link do postu
Udostępnij na innych stronach

Dodano: (edytowano)

Akademia Dobra, dziewczęta

Oddychała ciężko jakby ostatnią godzinę spędziła na boisku. Chyba leżała na brzuchu, ale w tej chwili nie była pewna niczego. Całe ciało piekło ją i mrowiło od zmęczenia i niezliczonych małych ranek, zarobionych podczas lotu przez korony drzew. Gdzieś w okolicy paznokcia na pewno miała drzazgę, czuła tam nieprzyjemne pulsowanie. Była też całkowicie przekonana, że jej kostka obleczona jest sinymi pierścieniami od zbyt mocnego uścisku, który w sumie sama sprowokowała.

Zmysły wracały powoli, jeden za drugim. Kiedy odczuła już po kolei każdą ze swoich obolałych kończyn, powrócił słuch. Słyszała ciche głosy, ale nie była w stanie rozpoznać ani jednego słowa. Tak jedwabistych i szumiących dźwięków nie mógł chyba wydawać żaden człowiek. Następny był węch, woń trawy i kwiatów, które kojarzyły jej się raczej z drogimi odświeżaczami powietrza niż z Gawaldońskimi łąkami. A może po prostu w jej miasteczku nie było tak intensywnie pachnących roślin?

W jej miasteczku.

Nagle zaczęła sobie wszystko przypominać. 

Ostatnia noc powróciła z całą mocą, umysł się rozjaśnił i wszystko zaczęło nabierać sensu.

Jedenasty dzień jedenastego miesiąca, Dyrektor Akademii po raz kolejny miał terroryzować mieszkańców Gawaldonu porywając dwójkę dzieci, jedno dobre, drugie złe. Wielki czarny cień pojawił się w jej domu i wyszarpał za nogę na zewnątrz. Leciała ubrana jedynie w nocną koszulą, po drugą dziewczynkę, a potem do lasu. Dyrektor już dokonał wyboru. To była ona i Adelia.

Adelia.

Siły zaczęły jej wracać, kiedy przed oczami zobaczyła jej wielkie, ciemne oczy i usta otwarte do krzyku. Wyciągała do niej rękę, kiedy spadała do mulistej zatoki. Odruchowo spróbowała ją złapać, ale pod palcami poczuła tylko łaskoczące źdźbła trawy. No tak, przecież nie była już w powietrzu, tylko na ziemi. No właśnie. Gdzie?

 

W końcu udało jej się uchylić powieki i unieść na kolana. Znajdowała się w jakimś ogrodzie. Spróbowała wstać, ale wciąż była na to chyba zbyt oszołomiona. W każdym razie dopóki nie poczuła jak dziwne pnącza oplatają jej ramiona i podnoszą do normalnej pozycji. Spróbowała im się wyrwać, ale nie miała żadnych szans w swoim aktualnym stanie, więc ostatecznie pozwoliła podciągnąć się do góry. Kiedy poczuła, że jej stopy ułożyły się już pewniej na miękkim podłożu, uniosła głowę do góry, żeby zobaczyć, gdzie właściwie jest. I może rzeczywiście lepiej, że była podtrzymywana, bo prawdopodobnie w tej właśnie chwili upadłaby z wrażenia. Dokładnie przed nią wznosił się ogromny, baśniowy zamek, który na początku oślepił ją bielą tak idealną, że wydawało się to niemożliwe. Do tego wszystkiego poprzetykany był on akcentami w łagodnych odcieniach różu, zieleni, błękitu, fioletu i wszystkich innych kolorów, jakie tylko można by sobie wyobrazić. To całe piękno nieco ją zemdliło, ale chwilę później jej uwaga została na szczęście rozproszona. Lub chyba raczej nie na szczęście. Szarpnęła się do tyłu, kiedy z ziemi, jak kwiaty, zaczęły nagle wyrastać dziewczyny. Każda z nich była piękna, starannie ubrana, zadbana, z łagodnym uśmiechem. Obok nich materializowały się bagaże. Wyróżniała się tylko jedna postać - nastolatki, która z nieco zirytowaną miną zarzuciła sobie przez ramię torbę i przyglądała się zamkowi z wyraźną niechęcią. 

Lisa tym razem naprawdę spróbowała się wyrwać i zauważyła, że trzymały ją zielone pędy wielkich kwiatów, które najwyraźniej mogły mówić i trzepotały do siebie beztrosko, prawdopodobnie o nowych uczennicach. Znikąd w ogrodzie pojawiły się wysokie nimfy i malutkie wróżki, które zajmowały się bagażami dziewcząt, poprawiały im włosy i częstowały jakimiś napojami. Zauważyła też, że jedna z dziewczyn, ta która miała ze sobą tylko jedną torbę, rzuciła nią do nimfy w taki sposób, jakby w ogóle nie przejmowała się tym, co w niej miała.

 

Sama Elisabeth poczuła natomiast, że robi jej się słabo. To wszystko nie mogła być prawda. Na pewno śniła. To było zbyt niemożliwe. Zbyt dziwne. Przecież ona tu w ogóle nie pasowała. Przecież to wszystko nie powinno nawet istnieć. Natychmiast przypomniała sobie baśń o Betty od zwichniętego palca. Widocznie jednak istniało.

Wycofywała się dalej, wciąż niezauważona, ale wtedy podleciały do niej wróżki i zaczęły gniewnie brzęczeć, jakby nie spodobał im się stan w jakim się znajduje. Próbowały wyciągać gałązki z jej rudych włosów i przyglądały się ranom, ale ona wciąż odpędzała je od siebie jak natrętne muchy, aż w końcu z jej ust wyrwało się zirytowane warknięcie.

I właśnie wtedy pozostałe uczennice oderwały w końcu wzrok od zamku, nimf, własnych odbić w lusterkach lub stanu swoich pantofelków i odwróciły głowy w jej stronę. Kilka księżniczek wydało z siebie stłumione westchnięcia, jeszcze inne starały się tłumić uśmieszki za maską uprzejmego zmartwienia. Jedynie na kilku twarzach dało się dostrzec realny szok i współczucie.

Lisa na początku zdrętwiała ze strachu. Stała tam przecież w samej koszuli nocnej, do tego podartej i brudnej, na boso, z rozczochranymi włosami pełnymi gałęzi i podrapanymi ramionami.
Ale potem w gardle coś zaczęło ją palić i pozwoliła ujść wszystkim tym emocjom, które nagromadziły się w niej przez ostatnie godziny.

- No i na co się tak gapicie, co?!

Jakaś wróżka brzęczała jej obok ucha, więc z całej siły uderzyła ją dłonią, tak, że ta zrobiła parę koziołków w powietrzu. Kwiaty zaczęły szumieć z oburzeniem i puściły jej ramiona. Kolana nieco się pod nią zatrzęsły, ale udało jej się ustać o własnych siłach. Spojrzała w końcu na resztę tych małych stworzonek i zobaczyła, że wyglądają prawie jak ludzie, tylko miniaturowi i ze skrzydełkami. Zagryzła wargę z poczuciem winy, ale teraz przecież nie miała czasu na rozważanie, czy postąpiła słusznie, czy nie. Musiała natychmiast dostać się do Adelii.

Wciąż oddychała ciężko, ale zmusiła się do tego, by spojrzeć na grupę dziewcząt. Jedna z nich, z długimi ciemnoblond włosami, ta, która wcześniej patrzyła na zamek z niechęcią, teraz wystąpiła parę kroków do przodu z szerokim uśmiechem na twarzy. Elisabeth patrzyła w szoku jak dziewczyna wyciąga do niej opaloną rękę.

- Jestem Stephanie, a ty?

Nimfy powoli znikały, a Lisą zaczęły wstrząsać dreszcze. 

Adelia.

- Musz... Muszę się dostać do tamtego zamku - powiedziała, wskazując na stojącą po drugiej stronie mroczną, zamgloną twierdzę nad którą cały czas pojawiały się szkieletowate ptaki, zrzucając kolejne dzieci do mulistej wody.

- Ewidentnie - rozległ się delikatny głos i obydwie, razem ze Stephanie, spojrzały do tyłu na szczupłą dziewczynkę w bogatej sukni, której wiśniowe włosy skręcone były w wymyślne loki. Uśmiechała się do nich uroczo.

 

Stephanie chyba chciała jej coś powiedzieć, ale w tym momencie wróżki, które do tej pory jedynie delikatnie poprawiały stroje dziewcząt, chwyciły je grupkami za ramiona i uniosły w górę, ponad krystalicznie czystą wodę. Lisa wyraźnie mogła odczuć w tym uścisku, że na nią wciąż są zdenerwowane. 

Spojrzała w górę na błękitne niebo nad dobrym zamkiem, a potem z powrotem na lecące wokół niej eleganckie uczennice, które mogła nazwać jedynie księżniczkami.

Odniosła wrażenie, że wkrótce będzie tęsknić za Nancy.

 

Akademia Dobra, chłopcy

Gdzieś po drugiej stronie zamku, od strony Błękitnego Lasu, z ziemi wyrastali chłopcy. Najczęściej natychmiast stawali na nogi i przyjmowali dumne pozy, obserwując swoją nową szkołę. W rękach trzymali dłuższe i krótsze miecze, ubrani byli w eleganckie koszule, płaszcze, momentami nawet z elementami zbrój. Jeden miał nawet łuk zatknięty za plecami. 

Niektórzy dyskutowali głośno.

- Nie mogę się doczekać, żeby zobaczyć, jaki w tym roku będzie wybór wśród dziewcząt. Masz różę, prawda, Julianie? Oczywiście, że masz. Myślisz, że znajdzie się jakaś dama wystarczająco piękna, dobra i mądra, abym mógł ją nazwać moją księżniczką?
- Nie mam pojęcia, Ambrosiusie - odpowiedział spokojnie blondyn o lekko opalonej skórze, marszcząc brwi. - Ja w każdym razie wiem, komu podaruję różę.

- Ah, no tak, słyszałem coś o tym. Ta dwórka z twojego zamku? Aria, o ile dobrze pamiętam? Ale ty chyba nie chcesz czynić ją damą serca? Przyjaciółka wśród służby jest jeszcze akceptowalna, ale...

Julian milczał.

Wśród grupy byli również tacy chłopcy, którzy przy umięśnionych i przystojnych książętach wydawali się być nie na miejscu. Jeden, o jasnej skórze i ciemnych oczach, nie dzierżył żadnej broni, jedynie dodatkową torbę na ramię i przyglądał się z uwagą zamkowi, jakby go analizował. Kolejna dwójka była szczupła, ale dość wysoka. Chłopak z piegami na spiczastym nosie i drugi, z okularami i lekkim uśmiechem.

Powoli wśród mężczyzn zaczęły pojawiać się nimfy, bez słów zabierające ich bagaże i wnoszące je do zamku. Uczniowie przyglądali im się raczej obojętni, a chwilę później nadleciały wróżki i zaczęły obsypywać ich złocistym pyłem, który nadawał im eleganckiego blasku. Większość wyglądała na zadowolonych, jedynie piegowaty chłopak odbiegł nieco na bok, bo część pyłku wpadła mu do nosa i zaczął gwałtownie kichać.

Edytowano przez Elizabeth Eden
0

Udostępnij ten post


Link do postu
Udostępnij na innych stronach

Alan

Zacząłem rozglądać się po okolicy najpierw oceniając wieżę akademii dobra. No to mi się dostało pomyślałem na sam jej widok, który przypominał mi zamek z baśni, które czytałem. Już tęskniłem za murami zamków, z których pochodziłem. Nie rozumiałem, co to był za niedorzeczny pomysł by mnie tu ściągać. Sophie potrafiłem zrozumieć, bo zawsze zachowywała się jak księżniczka, ale ja? Zacząłem teraz rozglądać się po otaczającym nas terenie. Zupełnie nie przypominał tego, który widywałem, na co dzień. Ledwo się tu pojawiłem a już brakowało mi domu i chciałem wracać. Zapowiadał się świetny początek. Dopiero, gdy usłyszałem męskie głosy wokół zacząłem rozglądać się po innych książętach.

 

Gdy tylko słyszałem ich rozmowę lekko się skrzywiłem patrząc na swoją różę. Nie do końca rozumiałem, co status społeczny ma do szczerego uczucia. Jeśli tamten był rzeczywiście zakochany w dwórce jak dla mnie rozsądnie robił, że jej chciał rzucić różę. Ja sam do końca nie wiedziałem czy w ogóle mam ochotę rzucać różą. Przy odrobinie szczęścia wyląduje niezauważona na ziemi i zostanie przez którąś przydeptana przez nieuwagę wtedy będę miał ten problem z głowy. Oceniając ich wygląd widziałem, że co niektórzy z nich wyglądali jak prawdziwi książęta z bajki, którzy dbali o siebie jak tylko potrafili najlepiej. Inni wyglądali dość typowo jednak jak dla mnie nie powinno się oceniać nikogo wyglądem pomyślałem spokojnie zauważając nimfy, które kierowały się po nasze bagaże.

 

Dość niechętnie oddałem swój nie lubiąc mieć świadomości, że ktoś coś za mnie dźwiga. Sam miałem ręce i mogłem to zrobić. Szybko jednak moje przemyślenia na ten temat się skończyły, bo nagle poczułem jak coś jest na mnie sypane. Spojrzałem krzywo na wróżki i ten przeklęty pył. Wiedziałem już, że ta szkoła to będzie dla mnie ciężkie zadanie. Całe życie broniłem się przed takim traktowaniem, jak więc to zrobić tutaj? Na chwilę spojrzałem na kichającego chłopaka bardziej z powodu ciekawości niż jakiegoś zainteresowania. W końcu jednak nic nie mówiąc ruszyłem w stronę akademii.

 

Sophie

Przyglądała się sobie w lusterku podziwiając każdy cel swej urody i jakby nie zwracając uwagi na inne księżniczki. Nie zwracała nawet uwagi na wróżki, które przyszły po jej bagaże. Jednakże pozwalała by te układały jej włosy nawet się nie opierając i chętnie częstując się napojami od nich. W końcu to nie było nic nadzwyczajnego powinny być tak traktowane, jako księżniczki. Jednakże ukradkiem przyglądała się pozostałym dziewczyną jednak robiła to tak by nikt tego nie spostrzegł. Wiedziała już, że łatwo nie będzie i ma tu sporą konkurencje. W zamku łatwo było manipulować Alanem jednak tych tutaj nie znała i musiała zdobyć ich zaufanie. Nagle jednak zatrzymała się na jednej dość nietypowe i lekko się uśmiechnęła. Wiedziała już przynajmniej, kto nie będzie stanowił zagrożenia. Sama jej twarz wskazywała, że przyszła tu za karę. Przestała ją obserwować dopiero, gdy usłyszała czyjś wrzask. Skierowała wzrok ku jego źródłu.

 

Dopiero teraz się skrzywiła na widok tego, co zobaczyła. Kim była ta dziewczyna i skąd się tu wzięła? Bosa w koszuli nocnej, cała obdrapana i jeszcze te gałęzie we włosach. Wyglądała jakby uciekła z puszczy i jakimś magicznym cudem trafiła do akademii. Jednak jak to było możliwe? Przecież ona nie mogła być księżniczką. Nawet najbiedniejsi ludzie w królestwie, z którego pochodziła nie wyglądali tak tragicznie jak obecnie ta dziewczyna. Chyba się jednak pomyliła to nie tamta szybko odpadnie, bo jeśli ktoś pierwszy tu nie zda to będzie ta, na którą teraz patrzała o ile w ogóle wpuszczą ją do szkoły. Gdy usłyszała jej słowa, że chce do akademii zła ponownie położyła rozłożoną parasolkę nad głową i się do niej ciepło uśmiechnęła.

 

- Nie martw się jestem pewna, że trafisz tam jeszcze dzisiejszego dnia - powiedziała ciepłym głosem tak jak by miał dać jej nadzieje na spełnienie tego życzenia. Chciała nawet już spytać ją skąd się tu w ogóle wzięła, bo to ją zaintrygowało jak można doprowadzić się do takiego stanu jednak nim ponownie zdążyła otworzyć usta poczuła jak wróżki ją chwytają i unoszą w powietrze. Uśmiechnęła się widząc to wszystko wiedziała, że to miejsce jest po prostu dla niej stworzone.

0

Udostępnij ten post


Link do postu
Udostępnij na innych stronach

Dodano: (edytowano)

Akademia Zła

Moment w którym uderzyła w szlamowatą, ciemną fosę, otaczającą zamek zła, był momentem w którym była przekonana, że umiera. Wciąż słyszała rozpaczliwy krzyk Lisy, która przecież nigdy nie krzyczała, zawsze była tą silniejszą, która broniła ją przed dręczycielami i pocieszała, kiedy było jej smutno. Nawet pod powierzchnią obrzydliwej wody nie mogła powstrzymać łez. Czy to właśnie to, że zawsze była taka słaba, nieśmiała i płaczliwa, czyniło z niej straszną wiedźmę? Czy to, że brakowało jej odwagi, było powodem dla którego nie zasługiwała na szczęśliwe zakończenie? Adelia oczywiście nigdy nie chciała w ogóle znaleźć się w baśni, chciała być zwykłą dziewczynką z Gawaldonu, ale jeśli już Dyrektor ją wybrał, to dlaczego kazał zrzucić ją tutaj? Mogłaby się nauczyć jak nie być nieśmiałą. Mogłaby się nauczyć być ładną.

Ale nigdy nie byłaby w stanie stać się tak silną, żeby poradzić sobie w przerażającej Akademii Zła.

Lisa by była. Ona zawsze radziła sobie ze złymi ludźmi.

 

Ta ostatnia myśl spowodowała, że z jej gardła wyrwał się kolejny szloch, przez co zakrztusiła się szlamem. Jakimś cudem udało jej się wypłynąć na powierzchnię i chwycić się dryfującego kufra, na którym natychmiast oparła głowę. Mokre, brudne loki przyklejały jej się do czoła, kiedy zamknęła oczy i płakała dalej, nie chcąc patrzeć na tę szkołę, ani zastanawiać się, co dalej. Nie wiedziała co ma zrobić, więc czekała na cud.

- Zjeżdżaj z mojego kufra - ktoś bardzo mocno uderzył ją w bok, spychając do wody.

Pisnęła zaskoczona i zobaczyła, że była to jakaś straszna dziewczyna z zielonymi włosami i czerwonymi oczami, która obrzuciła ją wściekłym spojrzeniem i odpłynęła w stronę brzegu.

Adelia po raz kolejny skończyła z głową pod wodą. Dopiero teraz zaczęła zauważać, że cała fosa wypełniona była bagażami. Z góry szkieletowate ptaki zrzucały kolejnych uczniów, którzy odnajdywali swoje torby i płynęli w stronę zamku. Drobna dziewczyna również spróbowała to zrobić, nie dlatego, że chciała, ale dlatego, że brakowało jej już powietrza. Panika zaczęła ściskać ją za gardło, gdy zaczęła sobie uświadamiać, że nie da rady. Przez szlam płynęło się ciężko, a ona nie miała sił, wyczerpana porwaniem i ciągłym płaczem. Właśnie miała krzyknąć "pomocy", kiedy czyjeś dłonie schwyciły ją niezbyt delikatnie za ramiona i pociągnęły na w stronę zamku. Kiedy wyszli na kamienisty brzeg natychmiast została puszczona i upadła boleśnie na kolana, chowając twarz za mokrymi włosami.

- Gdyby nie to, że wilki mi kazały - usłyszała nad sobą zirytowany głos. - To bym tego nie zrobiła.

Powoli uniosła głowę i spojrzała załzawionymi oczami na dwie postacie, które przed chwilą pomogły jej się wydostać. Dziewczyna miała nieprzyjemnie skrzywione usta i rudawe włosy, które może kiedyś były piękne, ale lata niedbalstwa sprawiły, że spłowiały i przypominały raczej strzechę, przy głowie przetłuszczoną, a na końcówkach łamiącą się i rozdwojoną. Chłopak był zwalisty, miał ciemną skórę i przekrwione oczy. Obydwoje szybko odeszli, zostawiając ją drżącą na ziemi. Adelia spojrzała do góry na wielki, mroczny zamek i poczuła, że jej policzki zaczynają wysychać, a sama robi się otępiała. Wszystko ma kiedyś swój koniec, łzy też. Wciąż z trudem łapała oddech, kiedy zbliżył się do niej wielki wilk i kazał jej wstać. Ona w odpowiedzi jedynie bardziej się skuliła, przyciskając ręce do swojej przemoczonej, śmierdzącej sukienki. Z jej ust wyrwał się tylko cichy jęk, kiedy została siłą podniesiona na nogi i popchnięta w stronę bramy, przy której stała już część uczniów.

 

Ci nigdziarze, którzy zostali zrzuceni jako ostatni, również zbliżali się już w stronę brzegu. Adelia widziała dwójkę chłopaków, z których jeden był całkiem fioletowy, a drugi blady jak śmierć, jakąś dziewczynę z ponurą miną i blizną przy kąciku ust oraz blondynkę, która wydawała się wyglądać nawet całkiem normalnie i ładnie, a wychodząc bezceremonialnie oparła się na jakimś chłopaku, wpychając go głębiej pod wodę, jakby uważała to za najnormalniejszą rzecz na świecie, że może użyć kogoś jako swojej podpory, żeby aż tak bardzo nie zatonąć butami w mule na dnie fosy. Chwilę później postawiła stopy na kamieniach i nieco otrzepała rękawy z wody, obserwując z zainteresowaniem zamek. Światła pochodni migoczące w oknach odbijały się w jej niebieskich oczach.

Wilki zaczynały się niecierpliwić i poganiać nastolatków biczami, żeby dołączyli do szeregu.

Adelia odwróciła wzrok i spojrzała na żelazną bramę, poprzetykaną prawdziwymi wężami. Drżącymi wargami odczytała na głos napis:

- Akademia Zła. Kształtowanie i Propagacja Niegodziwości.

Edytowano przez Elizabeth Eden
0

Udostępnij ten post


Link do postu
Udostępnij na innych stronach

Thomas, Christian

Chłopak wpadł w obrzydliwą mulistą ciecz cały się w niej zanurzając zaraz jednak wypłynął na powierzchnie by znów złapać powietrza. Spojrzał wściekle na kościste ptaszysko, które go tu wrzuciło. Za co niby tu trafił? Myślał wściekle nad wszystkim, co zrobił. Jednak nie sądził by zrobił komuś coś złego. W końcu tylko nie pozwalał tylko zapomnieć, jakie życie jest ciężkie wszystkim ludziom wokół a za to powinna być raczej nagroda pomyślał wściekle zapierając się mięśniami i płynąc do brzegu byle wydostać się z tego bagna.

 

W pewnym momencie jednak poczuł na sobie ciężar, przez który znów zaczął zanurzać się pod tą cieczą. Niedaleko tej sceny przepływał inny chłopak, który widząc dziewczynę jak zapiera się na innym nigdziarzu wybuchnął niekontrolowanym śmiechem płynąc dalej do brzegu. Chłopak, który natomiast został podtopiony ponownie w mule znów wypłynął na powierzchnie, gdy tylko uwolnił się od niechcianego nadbagażu teraz wściekły na twarzy bardziej niż wcześnie rozglądając się za tym, kto mu to zrobił. W końcu zobaczył ją. Sądziła, że mogła z nim tak postępować, bo była dziewczyną? Musiał pokazać jej jak bardzo się myliła. Powoli zaczął iść w jej kierunku, gdy tylko dotarł do brzegu cały pokryty mułem nawet jego włosy były nim posklejane. Gdy jednak stanął tuż przed nią chwilę na nią patrzył w milczeniu jak by nie mógł dobrać słowa. Nie rozumiał tego, ale zobaczył nagle jakby coś, czego w innych ludziach nie widział coś, czego nie potrafił zrozumieć. W końcu jednak zebrał się w sobie by powiedzieć coś tak twardo jak był tylko w stanie starając się przy okazji ukryć to dziwne uczucie, które go owładnęło.

 

- Ty! - warknął w jej kierunku. - Czy ja ci wyglądam na twoją prywatną tratwę? - spytał nieprzyjemnie. Jednak nim zdążyła coś odpowiedzieć nagle odezwał się inny męski głos chłopaka, który śmiał się z tej sceny w mule.

- Ledwo tu trafiłeś a już dziewczyna cię pozbawiła twojej męskości. Jesteś pewny, że trafiłeś do odpowiedniej akademii? - spytał wrednie chichocąc. Thomas słysząc to spojrzał na niego teraz i zaczął śmiać się wraz z nim aż nagle złapał go za gardło, na co tamten zaczął się lekko dusić.

- Uważaj, bo zaraz o twojej męskości będą śpiewać już tylko w legendach - powiedział z miłym uśmiechem, który raczej nie sugerował nic dobrego. Nagle jednak go puścił a ten zaczął się ledwo zbierać z ziemi. Natomiast Thomas ponownie spojrzał na tajemniczą dziewczynę. - Nie jestem niczyim popychadłem - powiedział w jej kierunku i powoli idąc wyłowić swój kufer.

0

Udostępnij ten post


Link do postu
Udostępnij na innych stronach

Akademia Dobra, dziewczęta

Lisa usłyszała słowa jednej z dziewcząt, zanim została poderwana przez wróżki. Zmarszczyła brwi, patrząc w jej stronę. Była gustowna i piękna w swojej sukni, tylko Elisabeth zastanawiała się na co jest jej potrzebny ten kretyński parasol. Wydawało się, że chciała być wobec niej miła, ale ona czuła w tym wszystkim jad. Patrzyła na śliczne księżniczki i widziała za ich uśmiechami złośliwość, którą starały się tłumić, aby pokazać jakie to nie są dobre. Nie miała pojęcia jak, ale potrafiła świetnie odróżnić te szczerze dziewczyny od tych fałszywych.

Wróżki przefrunęły jezioro, tak czyste, że mogła się w nim bez problemu obejrzeć jak w lustrze i dojść do wniosku, że wygląda jakby przeprawiała się przez puszczę pieszo. Teraz nie mogła dziwić się dziewczętom, że się jej wystraszyły. Odwróciła się nieco i zobaczyła, że Stephanie również przygląda się czarnowłosej księżniczce.

- Na co jej ten kretyński parasol? - mruknęła, a Lisa nie mogła powstrzymać drobnego uśmieszku, który zniknął jednak, kiedy tylko została postawiona przed złotą bramą. Akademia Dobra. Oświecenie i Oczarowanie - głosił lustrzany napis, a Lisa skrzywiła się, czując, jak w jej żołądku zaciska się supeł. Im szybciej się stąd wydostanie tym lepiej. Młode księżniczki z gracją lądowały na ziemi, a wróżki puszczały je, poprawiały rękawy ich sukni i leciały w stronę oszronionych, ozdobionych dwoma białymi łabędziami wrót zamku, wyraźnie pokazując, że mają iść za nimi.

Elisabeth odwróciła się i spojrzała na zamglony zamek zła stojący po drugiej stronie zatoki. Nie ma szans, żeby do niego przepłynęła. Musiała znaleźć wyjście na most. 

Ruszyła po schodkach do korytarza, w którym każda ściana zrobiona była z luster. Starała się unikać spoglądania na nie, żeby nie musieć widzieć jaki obraz nędzy w tej chwili sobą przedstawiała. To i tak nie było istotne, nie wtedy, kiedy miała koleżankę, przyjaciółkę, do uratowania. Zaraz po tym uciekną. Bardzo chciała wierzyć w to, że znajdą jakiś sposób.

Nie żałowała, że nie miała ze sobą żadnego bagażu, nie wtedy, kiedy nie zamierzała zostawać tu na dłużej. Doszła jednak do wniosku, w momencie w którym zaczęła kłapać bosymi stopami po marmurze, że przydałyby jej się chociaż jakieś buty. Powoli zbliżały się do przejścia do jakiegoś większego holu, ale w tym momencie księżniczki na przodzie zatrzymały się i odwróciły w jej stronę, ignorując brzęczenie wróżek.

Do przodu wystąpiła jedna z nich, o niezwykle eterycznej urodzie. Miała długie i bardzo jasne włosy, które miękkimi falami opadały na jej plecy, duże, błękitne oczy, nieskazitelną figurę i łagodny uśmiech, w który prawie uwierzyła.

- Mam na imię Vivienne. Jak brzmi twoje?
- Lisa - odpowiedziała z niechęcią, a obok niej znikąd pojawiła się Stephanie ze skrzyżowanymi na piersi ramionami.

- A więc, Lisa, tak się tylko zastanawiałam... - powiedziała miło, lustrując wzrokiem jej brudną koszulę nocną. - Czy jesteś pewna, że trafiłaś do właściwej szkoły? Mogłaś się pomylić, to zrozumiałe, wtedy...

- Jestem pewna, że nie powinno mnie tu być - przerwała jej, a jakaś inna księżniczka z wysoko spiętymi włosami sapnęła z przesadnym oburzeniem.

- Oh - Vivienne uśmiechnęła się jak troskliwa matka chrzestna, która chciała pomóc Kopciuszkowi w dostaniu się na bal. Lisa odniosła jednak wrażenie, że jej intencje wcale nie były takie hojne. - Rozumiem, więc pewnie nie masz biletu na Kwietną Kolej?

- Nie mam - odpowiedziała ruda dziewczyna, zastanawiając się czym do cholery jest Kwietna Kolej i kiedy będą mogły w końcu pójść dalej. Zauważyła, że kilka dziewcząt, w tym ta z ciemnobrązowymi włosami i poważnym wyrazem twarzy, oraz drobna, z ustami przyozdobionymi złotą szminką, zaczynają już powoli kierować się w stronę holu i zaczęła na poważnie rozważać przepchnięcie się przez pozostałe księżniczki.

 

Akademia Dobra, chłopcy

Wszyscy chłopcy, lśniący złotym pyłem, zaczęli kierować się w stronę zamku. Wróżki podzwaniały wesoło, prowadząc ich do pięknego, przestronnego pomieszczenia, które okazało się być pewną formą zbrojowni. Ściany przyozdobione były płaskorzeźbami i malowidłami, przedstawiającymi dzielnych rycerzy walczących w obronie kobiet i dzieci, z sufitu zwieszały się piękne żyrandole. Wszędzie poustawiane były profesjonalne uchwyty i stojaki na broń. 

Książęta rozglądali się z zaciekawieniem, piegowaty chłopak niemal podskakiwał z ekscytacji, ale była dwójka, której dobór miejsca wyraźnie niezbyt się podobał. 

Ten poważny, który wcześniej analizował wygląd zamku, oraz drobny, który od początku ani razu nie odszedł od znacznie większego od siebie blondyna z wyraźnie zarysowanymi mięśniami. Cały czas dyskutowali między sobą energicznie, jakby znali się od zawsze i może tak rzeczywiście było.

- Oh, zbrojownia. Czy oni oczekują od nas, że mamy pokazać od razu, co potrafimy? W sensie... - chłopak energicznym ruchem głowy strząsnął z oczu loki w kolorze złocistego piasku. - ... rozumiesz, Odionie, ja nie za bardzo znam się na walce i nieco mnie to martwi.

- Nie martw się, Kato, ze mną na pewno dasz radę.

Kiedy jednak wszyscy zawszanie znaleźli się w środku zbliżyły się do nich dwie, wysokie na dwa metry nimfy wodne. Jedna miała granatowe włosy i usta, druga ciemnozielone.

- Tradycją jest... - zaczęła mówić pierwsza, a wszystkie rozmowy ucichły. - ... że damy jako pierwsze witane są przez kadrę nauczycielską. Chłopcy spotykają się z nauczycielami i dziewczynkami... - podkreśliła. - ...dopiero podczas Ceremonii Powitalnej, która odbędzie się za dwie godziny. To miejsce nie jest główną zbrojownią zamkową, ale możecie tutaj przechowywać broń, którą przywieźliście z rodzinnych stron, bez obaw o to, że zostanie skradziona lub zniszczona. Proszę was, abyście zostawili tutaj swoje miecze. Wrócicie po nie przed samą uroczystością - Kato odetchnął z ulgą. - Oczekuję, że do tego czasu odświeżycie się i dokładnie przygotujecie. Jeśli macie na to ochotę, możecie ćwiczyć w tym miejscu szermierkę. Młode księżniczki uwielbiają ją oglądać i na pewno ucieszyłby się z drobnego pokazu - część książąt uśmiechnęła się, błyskając idealnie białymi zębami. - Jeśli nie, spędzicie ten czas w swoich pokojach, dopóki nie zostaniecie wywołani na Ceremonię. Do tego momentu będziecie poruszać się poza głównym holem, wróżki pokażą wam drugie przejścia na wieże Męstwo i Honor. Pamiętajcie o przygotowaniu róż, ponieważ jest to niezwykle istotna część uroczystości powitalnych.

Kiedy pierwsza nimfa skończyła mówić, znajdujące się za nią dwuskrzydłowe, pozłacane drzwi otworzyły się i do środka weszły kolejne trzy. Każda z nich trzymała w ramionach różne przedmioty.

Nimfa o włosach koloru alg morskich rozdawała plany lekcji, ta o ustach lśniących neonowym fioletem wręczała błękitne mundurki, ostatnia, której skóra była barwy wieczornego nieba, wręczała stosy podręczników o tytułach takich jak Kodeks Rycerski dla pierwszego roku, Sztuka honorowej walki, Dobre zaklęcia dla początkujących, czy Nowoczesne sposoby pielęgnacji męskości. 

Drzwi pozostały otwarte, wróżki zaczęły wylatywać, a potem zatrzymywały się w korytarzu, czekając na tych, którzy zdecydowaliby się na spędzenie tych dwóch godzin w pokojach.

0

Udostępnij ten post


Link do postu
Udostępnij na innych stronach

Alan

Nie czułem się najlepiej, gdy oglądałem to wszystko. Coraz mniej mi się to podobało. Wiele czytałem o akademii, ale zobaczyć to na własne oczy to zupełnie, co innego. Malunki rycerzy broniący niewiast jakoś nie były w moim typie. Nigdy jakoś tak nie dostrzegałem treningów walki mieczem bym miał potem ratować kogoś przed smokiem czy trollem. Jednak gdyby zaszła taka potrzeba zapewne bym to zrobił tak nakazywał zdrowy rozsądek choćby. Większość książąt wyglądała jakby ziścił się ich największy sen. Co ciekawe niemal wszyscy w jakimś stopniu się tu najwyraźniej znali takie przypuszczenia miałem słysząc ich rozmowy. Cóż nawet w zamku poza opiekunami znałem tylko Sophie, więc nie było to dla mnie nic nowego. Chociaż wsparcie, jakie okazywali sobie ci, których teraz słyszałem było naprawdę niesamowite.

 

Nagle jednak ponownie pojawiły się nimfy, które miały dla nas kolejne instrukcje. Miałem ochotę już mieć to wszystko z głowy. Te tradycje akademii były już dla mnie męczące. Nie mogliśmy zacząć tych zajęć bez powitań by mieć to wszystko z głowy? Gdy jednak usłyszałem, że mam zostawić swój miecz lekko się skrzywiłem dotykając jego rękojeści. Henryk mi go podarował za zaliczenie pierwszych testów pod jego okiem. Wiele dla mnie znaczył dziwnie było się dla mnie z nim rozstać w tym dla mnie obcym budynku nawet, jeśli miał tu na mnie czekać. Zmarszczyłem jednak brwi słysząc, co możemy zrobić dalej. Odświeżanie się czy siedzenie bezczynnie w pokoju na pewno nie było dla mnie. Jednak to nie to mnie zdenerwowało a powody, dla jakich mieliśmy pokazać nasze umiejętności szermierki. Nie miałem zamiaru nikomu imponować uczyłem się tego dla siebie a nie po ty by jakaś dziewczyna za mną latała by popatrzeć jak macham mieczem. A słysząc ponownie o tych różach jeszcze bardziej się skrzywiłem. Gdybym mógł to sam bym najchętniej zdeptał swoją by mieć to z głowy.

 

Nagle jednak po zakończonej przemowie pojawiły się kolejne nimfy. Zacząłem patrzeć na to, co przyniosły. Podręczniki czy plan lekcji nie było to dla mnie niczym niezwykłym, ale na widok mundurka zrobiło mi się słabo. Miałem ubrać się w coś takiego? Wiedziałem jak w tym będę wyglądał. Spojrzałem po innych idealnych książętach będę jak jeden z tych kretynów. Na chwilę spojrzałem na otwarte drzwi jednak nie ruszyłem ku nim a ku zbrojowni wyciągając swój miecz i machając w dłoni idealnie jego rękojeścią nie zwracając już dalszej uwagi na nimfy czy innych wokół. Byłem tu teraz tylko ja i jedno z mych ulubionych zajęć. Dopiero z nim w ręku poczułem się znowu sobą.

 

Sophie

Dziewczyna była zachwycona lotem cały czas obserwowała swoje idealne odbicie w tafli jeziora. Wszystko jak do tej pory przebiegało tak jak sobie zaplanowała. Ciekawa była nawet jak szło jej kuzynowi. Znając go zapewne nie bardzo podobały mu się tutejsze zasady. Ale na to też miała nadzieje. Może jej się jednak przydać by pozbyć się części konkurencji zanim nie zda. Niektóre księżniczki mogły być dla niej nie lada problemem. Delikatnie stanęła spoglądając na złotą bramę i wspaniały napis na niej, gdy tylko wylądowała. Wszystko tutaj było takie wspaniałe. No prawie wszystko wzdrygnęła się lekko z myślą o tych dwóch. Dziwiła się, że wróżki wzięły w ogóle tutaj te obszarpaną czy one nie widzą, że tu nie pasuje i nie jest księżniczką.

 

Sophie ruszyła eleganckim krokiem za wróżkami roztaczając przy tym cały swój wdzięk. Nagle jednak stanęła słysząc jakąś rozmowę powoli obróciła się w kierunku głosów. Teraz przynajmniej znała imiona dwójki dziewczyn. Wiedziała jednak, że ta obszarpana interesowała wszystkie tutaj, dlatego ktoś w końcu przemówić musiał. Gdy bardziej przysłuchiwała się tej rozmowie była coraz bardziej przekonana, co do swojej teorii, choć wydawała się jej wtedy bardzo niedorzeczna to jednak teraz po tym, co usłyszała nie była już taka pewna. W końcu, gdy przestały mówić tera ona podeszła do tajemniczej zaniedbanej dziewczyny miło się w jej kierunku uśmiechając.

 

- Nie masz biletu i jesteś pewna, że nie powinno cię tu być - powiedziała jakby bardziej zmartwionym tonem jakby bała się o jej los. - Nigdy jeszcze nie widziałam by ktoś był aż w tak opłakanym stanie - znów odrzekła z udawanym, ale jakże naturalnym smutkiem patrząc na gałęzie w jej włosach i zadrapania. - Skąd właściwie pochodzisz? Chyba nie zamieszkujesz puszczy i jakimś cudem udało ci się tu wedrzeć prawda? - spytał lekko przechylając głowę z niewinnym wzrokiem.

0

Udostępnij ten post


Link do postu
Udostępnij na innych stronach

Akademia Zła

Prawie wszyscy uczniowie stali już w szeregu przed szkolną bramą. Także Elvira, wysoka dziewczyna o jasnych włosach, zaczęła kroczyć w stronę zamku, dopóki czyjś głos nie zwrócił jej uwagi. Obojętnie przyglądała się jednemu z nowych Nigdziarzy, prawdopodobnie temu na którym się przed chwilą oparła. Nie odpowiedziała od razu na jego śmieszne zarzuty, tylko spokojnie obserwowała jak szarpie się z jakimś innym chłopcem. Kiedy znów spojrzał w jej stronę na jej ustach błąkał się już drobny uśmiech.

- Kiedy zostanę Czarnym Charakterem, ty będziesz moim sługą - powiedziała z niezachwianą pewnością, a potem podeszła do pozostałych uczniów, omijając groźniej wyglądające wilki. 

Była zbyt ładna na to miejsce, ale nie dało się pomylić ją z księżniczką. Żadna zawszanka nie potrafiłaby uśmiechać się w tak mściwy sposób ani obserwować mrocznej twierdzy ze wzrokiem wyrażającym jedynie chłodną ciekawość.

 

Adelia w tym czasie stała gdzieś na początku szeregu, ściskana pomiędzy nieprzyjemną rudą dziewczyną, a jakimś kościstym chłopcem z szyderczo obnażonymi zębami. Starała się uspokoić drżenie nóg, ale nie była w stanie, mogła mieć tylko nadzieję, że nie przewróci się przed dotarciem do środka. Strach tak mocno ściskał jej wnętrzności, że starała się słuchać każdego polecenia, co chwilę zerkając ze strachem na ogromne, straszne wilki. Ich ciemna sierść była splątana i śmierdziała, ale najgorsze były ostre zęby i pazury. Adelia błagała w duchu, aby żaden z nich nie zwrócił na nią nagle uwagi.

Cały czas próbowała domyślić się dlaczego właśnie ona tu trafiła. Czy zrobiła kiedykolwiek coś złego? Przecież nie mogła, nawet gdyby zechciała! Była zbyt drobna na bijatyki, zbyt nieśmiała na kradzieże i rozmawiała tak naprawdę tylko z Lisą i może dwiema innymi dziewczynkami z klasy, więc nikogo nigdy nie obraziła! Pociągnęła nosem i spojrzała na stojący po drugiej stronie zatoki zamek, piękny, lśniący, żywcem wyjęty z baśni. Teraz, kiedy stała na ostrych kamieniach, cała mokra, zmarznięta i śmierdząca, przyszło jej do głowy, że zrobiłaby wszystko, by być tam razem z Lisą.

Ale przecież ona na pewno po nią przyjdzie. Na pewno jej nie zostawi.

Rozmyślania Adelii przerwał trzask bicza.

Jeden z chłopców stojących na brzegu dostał nim w plecy, wydawało się, że za wszczynanie bójek. Dziewczyna poczuła, że oblewa ją zimny pot. Nie zdążyła nawet krzyknąć, kiedy wilki, zniecierpliwione, popchnęły wszystkich uczniów w stronę topornie ociosanego korytarza. Podeszwa odpadała jej z bucika, kiedy drżąc jak osika szła przejściem, które z każdą chwilą coraz bardziej się zwężało, aż widziała jedynie jasne włosy i czerwoną od krost szyję chłopaka przed sobą. Przez ostatnie kamienie musiała się przeciskać, co nie zadziałało dobrze na jej podrapane ramiona.

 

Powieki znowu ją paliły i pewnie zaczęłaby płakać, gdyby nie szok, jaki ogarnął ją, kiedy zobaczyła ogromny czarny hol od którego odchodziły w górę trzy pary kręcących się spiralnie schodów. Na każdych znajdowała się przyozdobiona potwornymi płaskorzeźbami tabliczka. Szkoda, Występek, Niezgoda. Jej usta rozchyliły się w szoku, szeroko otwartymi brązowymi oczami pochłaniała koszmarny widok, marszcząc przy okazji nos od panującego tutaj smrodu. W ścianach tkwiły żelazne, przerdzewiałe pochodnie, oświetlając wielkie litery na kolumnach, które razem układały się w słowo N-I-G-D-Y. Na skalnych występach siedziały mroczne gargulce, które wydawały się obserwować nowo przybyłych uczniów, a prawie każda ściana zapełniona była portretami. Adelia zobaczyła, że jakieś dwie dziewczyny, jedna z wysoko spiętymi czarnymi włosami i przetłuszczoną skórą, a druga anemicznie biała, z tęczówkami koloru krwi, zbliżają się do nich, żeby lepiej się przyjrzeć

Sama widziała stąd kilka portretów, w tym Drogana z Mruczących Gór, obok którego znajdowała się ilustracja mężczyzny przykładającego jakiejś kobiecie sztylet do szyi, kojarzyła ją z baśni Sinobrody. Zrobiła parę drżących kroków i jej wzrok przyciągnęła dziewczyna z jedną brwią i wąskimi ustami. Urszula z Lasu za Światem, a obok niej obraz z baśni Starucha w Lesie. Adelia krzyknęła głośno, ignorując wściekłe syki pozostałych uczniów. Przecież ona ją pamiętała! Pamiętała tę nieprzyjemną dziewczynkę, którą kiedyś jej matka przeganiała z ich podwórka, bo próbowała ukraść kosz z owocami. Porwali ją razem z Betty, która potem stała się księżniczką! Natomiast Urszula...

Zadrżała jak liść szarpany wiatrem.

- Imponujące, co? - rozległ się obok niej jakiś głos, a kiedy się odwróciła zobaczyła chłopca z wystającymi przednimi zębami i strzechą niestarannie przyciętych włosów. Spróbowała od niego uciec, ale przez to zbliżyła się do wilków, co sprawiło, że prawie upadła ze strachu. Przerażenie sprawiało, że oddychała coraz szybciej, zaczęła biec w przeciwną stronę i wtedy jej oczom ukazał się zatrważający widok - demona, który przybijał do ściany nowe portrety, jak na razie bez żadnych ilustracji z baśni.

Sava z Altazar, to była ta straszna dziewczyna, która uderzyła ją w fosie

Vin z Akgul, chłopak o całkiem fioletowej skórze

Margo z Lisiego Gaju, ruda wiedźma, która pomogła jej się wydostać z wody

A zaraz obok... Wciągnęła powietrze tak gwałtownie, że aż się nim zakrztusiła.

Adelia z Lasu za Światem, ona sama, z oczami lśniącymi przerażeniem.

 

Jej ramiona zaczęły się trząść od suchego szlochu, zaraz jednak podskoczyła na dźwięk głośnego, warkliwego okrzyku:
- CISZA!

Wszystkie rozmowy, jakie prowadzili ze sobą młodzi nigdziarze umilkły, każde oczy skierowały się na wielkiego, białego wilka, który przystanął na schodach wieży Niezgoda. Obserwował ich ze złością i pewną odrazą, ale nie powiedział nic więcej. Zamiast tego pomiędzy uczniów wszedł bezceremonialnie ogromny, szary ogr i zaczął wciskać im w ramiona stosy różnych przedmiotów. Adelia próbowała od niego uciec, ale nie uchroniła się od zasypania podręcznikami, które pospadały wokół niej na ziemię. Zobaczyła, że biały wilk marszczy gniewnie nos, patrząc w jej kierunku, więc powoli, na drżących kolanach, zaczęła kucać, żeby je pozbierać, mrugając zaciekle by powstrzymać łzy. Przesunęła drobnymi dłońmi po śliskim materiale czarnej, workowatej i gdzieniegdzie porwanej tuniki. Czy właśnie to miała teraz nosić? Mogłaby to zrobić, jeśli pozwoliliby jej za to wrócić do domu. Schwyciła w ramiona podręczniki, ale mignęły jej tylko dwa tytuły, Historia Puszczy - wersja dla szkół oraz Porwania i morderstwa dla początkujących, zanim owinęła je wszystkie w szkolny mundurek, żeby nie musieć na nie patrzeć. Ostatni był mały świstek papieru, który okazał się być planem lekcji.

Spoiler

5900835d48da3_PlanAdelii.png.81000d1949c46ef0af707dac4c0778d6.png

Adelia wpatrywała się w niego z niedowierzaniem, dopóki nie rozproszyły ją kolejne słowa białego wilka.

- Za dwie godziny rozpocznie się Ceremonia Powitalna. Tam wszystkiego się dowiecie. A teraz marsz do pokoi i nawet nie myślcie o tym, żeby je opuszczać!

Uczniowie zaczęli przepychać się w stronę schodów, ciągnąc Adelię za sobą.

Dziewczynka spojrzała na jeden z ostatnich portretów, wiszący zaraz u podnóża schodów wieży Występek. Przedstawiał chłopca, tak samo wystraszonego jak ona, ale bez żadnej baśniowej ilustracji obok. Znajdowała się tam jedynie mała, zaśniedziała tabliczka z napisem "Nie zdał". 

 

Po drugiej stronie holu do Elviry podeszła dziwnie uśmiechnięta dziewczynka w okularach, za którymi kryły się nieco obłąkane oczy.

- Szkoda 66, a ty? - zapytała, widząc, że Elvira wchodzi na te same schody.

Blondynka rzuciła szybkie spojrzenie na swój plan, a potem spojrzała z góry na drugą nigdziarkę. Na jej wąskich ustach błąkał się drobny uśmiech.

- Ja też.

0

Udostępnij ten post


Link do postu
Udostępnij na innych stronach

Thomas, Christian

- Ja ci pokażę sługę - warknął pod nosem na słowa tej aroganckiej panny powoli szarpiąc swój kufer z tego bajora. Gdy tak go ciągnął chwilę zaczął się zastanawiać, dlaczego właściwie nie złapał jej za ubrania i nie wrzucił do tego bagna, w którym ona go podtopiła. Przecież nie pierwszy raz robiłby takie rzeczy. Ponownie na chwilę na nią spojrzał by zaraz odwrócić wzrok. A jednak nie potrafił tego zrobić z jakiegoś powodu jej i nie do końca rozumiał, dlaczego. Lepiej jak będzie się chyba trzymał z dala o tej panny pomyślał ciągnąc bardziej kufer aż nagle poczuł ból na plecach tak, że się aż wyprostował a jednak nawet nie krzyknął. Spojrzał wściekle na wilka, który go tak potraktował.

 

- Przeklęty burek - powiedział pod nosem dołączając do innych. Christian natomiast na widok uderzenia bata w plecy chłopaka lekko zachichotał z satysfakcją. Miło było widzieć, że ktoś się na nim odegrał, ale on sam też się jeszcze na nim zemści w odpowiednim czasie. Sam Thomas szedł w milczeniu obserwując okolicę i rozmyślając nad tym, co powiedziała do niego ta dziewczyna. Sługa, co? Sam do końca nie wiedział, kim właściwie ma być w tej durnej jego zdaniem zabawie. Miał stać się mordercą czy coś? Nie widział problemu w dręczeniu ludzi a jednak nie widział siebie, jako wielkiego pana wszelkiego zła. Właściwie to nawet nie planował się tu znaleźć. Z zamyślenia wyrwał go dopiero wrzask, który miał kogoś uciszyć.

 

Skierował spojrzenie na przerażoną trzęsącą się dziewczynę i pokręcił lekko głową patrząc teraz na obrazy. Faktycznie artysta był beztalenciem, ale od razu płakać z tego powodu? Mogła mu, chociaż okazać resztę łaski i mu to darować. Nagle jednak spostrzegł jak pojawił się jakiś ogr wciskający im różne rzeczy. Thomas spojrzał na swoje podręczniki dość obojętnie, gdy nagle znowu usłyszał czyjeś głosy. Ponownie zerknął na tą dziwną dziewczynę, która niedawno go podtapiała i pokręcił głową. Skup się pomyślał uderzając pięścią w swoją głowę. Co miało go obchodzić niby gdzie będzie mieć komnatę musiał sprawdzić swoją. Popatrzył na listę lokatorów żadnego nie znał jednak, gdy rozglądał się po wszystkich zauważył, że chłopak, z którym niedawno miał utarczkę miał na liście taką samą wieże i komnatę jak on. Uśmiechnął się lekko w jego kierunku, na co tamten się szybko cofnął. Widać było, że nie podobało mu się życie z takim lokatorem. Chwila moment pomyślał Thomas patrząc na listę i znów spojrzał kątem oka na te dziewczynę. To było po prostu niemożliwe warknął lekko.

0

Udostępnij ten post


Link do postu
Udostępnij na innych stronach

Akademia Dobra, dziewczęta

Niektóre księżniczki zaczęły już kierować się do wielkiego holu, jednakże dla Lisy przesłuchanie wciąż trwało. Kolejna dziewczyna wystąpiła do przodu, tym razem ta z czarnymi włosami, która odezwała się do niej w ogrodzie. Lisa po raz kolejny utkwiła wzrok w jej parasolce, a dopiero potem skupiła na pytaniu. Stephanie chyba również miała dość, ponieważ ciągnęła ją za podrapane ramię, starając się zachęcić do przepchnięcia pomiędzy uczennicami. 

Lisa jednak poczuła, że powoli ogarnia ją coraz większa złość. Dopiero co przeżyła najgorszą noc swojego życia, została siłą zabrana z rodzinnego domu, oddzielona od przyjaciółki i wrzucona do świecącego zamku pomiędzy eleganckie księżniczki, ubrana tylko w poszarpaną koszulę nocną, nie mając na nogach nawet najzwyklejszych klapków, a teraz ta dziewczyna posądzała ją o to, że sama chciała się tutaj dostać. Jeszcze czego.

- Nie próbowałam się tutaj wedrzeć - powiedziała gniewnie, zaciskając zęby. - Pochodzę z Gawaldonu i zostałam porwana przez tego waszego cholernego Dyrektora. Wyciągnął mnie w środku nocy z łóżka, dosłownie wyrwał z ramion mamy i za kostkę ciągnął przez las, a potem rzucił na jakieś drzewo, a potem pojawił się ten szkieletowaty ptak, który mnie porwał i tu zrzucił - tłumaczyła nieskładnie. - Serio, czy ja ci wyglądam na kogoś, kto chce tu być? - prawie szturchnęła ją palcem, ale Stephanie złapała ją za rękę.

Księżniczki patrzyły na nią z niepewnością, nawet ze strachem i zaczęły się powoli wycofywać. Zanim któraś mogłaby odpowiedzieć, dobiegł do nich głos poważnej dziewczyny, która zatrzymała się, żeby posłuchać historii Lisy. 

- Do Akademii nie da się wedrzeć. Czy tylko ja to wiem? - zapytała, a jej oczy rozszerzyły się w uprzejmym zdumieniu. - Każda osoba, która spróbuje, zginie. Zostanie rozszarpana przez stymfa, gargulca albo inne stworzenie. Stymf to właśnie ten "szkieletowaty ptak". Jest ich tu sporo - powiedziała, patrząc na Lisę. - Mam na imię Magdalene - dodała po chwili. - A ty jesteś najwyraźniej Lisa z Lasu za Światem i powinnaś tu być.

Zanim Elisabeth zdążyłaby zaprzeczyć nadleciały wróżki i zaczęły brzęczeć, wskazując, że powinny się pospieszyć. Vivienne i jej towarzyszki poprawiły swoje sukienki i dumnie ruszyły w stronę holu, a za nimi poszły również pozostałe dziewczęta. 
Lisa poczuła, że pali ją w gardle. "Powinna tu być", tak? Oj, już ona im pokaże, jak "powinna tu być". Musiała się tylko szybko dostać do Adelii, a potem uciekną do lasu i wrócą do Gawaldonu, jakoś dadzą radę. Ale z tego co mówiła ta cała Magdalene, to każdy, kto próbował się tu wedrzeć, ginął. Czy działało to również w drugą stronę? Nie, nie mogła wątpić. Na pewno sobie poradzą.

 

Przeszła pod ozdobnym portalem i w końcu znalazła się w tym wielkim holu, który widziała już z daleka. Teraz jednak aż zaparło jej dech w piersiach z wrażenia. Podłoga wykonana była z mlecznego marmuru, nad ich głowami mieściła się szklana kopuła, a każdą ścianę przyozdobiono pięknymi malowidłami i płaskorzeźbami, przedstawiającymi szlachetnych książąt, wspaniałe królowe, romantyczne śluby i dzielnych młodzieńców. Księżniczki odwracały głowy w każdą stronę i z zachwytem oraz zainteresowaniem podziwiały całą tę szopkę. Lisa natomiast czuła się przytłoczona, a sądząc po minie Stephanie, ona również. Spróbowała zamiast na dziełach sztuki, skupić się na czymś, co realnie mogło jej jakoś pomóc. Prześledziła wzrokiem ogromne, ozdobne litery na ścianach, które okazały się układać w jedno słowo: Z-A-W-S-Z-E. Parsknęła cicho, ale bez prawdziwej wesołości. Pośrodku holu znajdowały się lśniący, kryształowy obelisk, który sięgał aż do przeszklonego dachu. Z tego co udało jej się zauważyć, na samej górze, w pozłacanych ramach, znajdowały się portrety najbardziej znanych baśniowych postaci, takich jak Królewna Śnieżka, czy Jaś od łodygi fasoli. Niżej ramki zmieniały kolor na srebrny, a później brązowy, przedstawiając postacie pomocników oraz sług głównych bohaterów, takie jak dzielni myśliwi, czy mądre wieśniaczki. 

Lisa jednak tak naprawdę widziała tylko jeden z nich, wiszący w górnej połowie obelisku. Betty z Lasu za Światem. Uśmiechająca się lekko dziewczynka z krótkimi, brązowymi włosami, a zaraz obok ilustracja, którą Elisabeth doskonale znała, ta, na której dziewczyna odkrywała, że gołąb był tak naprawdę zaklętym księciem i teraz stała w jego ramionach, już jako księżniczka. 

Wpatrywała się w obraz dziewczyny, która kiedyś tak niefortunnie przewróciła się na gawaldońskim boisku, a do głowy przyszła jej całkiem irracjonalna myśl: Czy kiedy Betty stała tutaj, w tym holu, w którym teraz była Lisa... miała nadal zwichniętego palca? Pewnie tak.

- Eee... wszystko w porządku? - zapytała szeptem Stephanie i szturchnęła ją nieco w bok.

Elisabeth zamrugała szybko i zamknęła usta, które do tej pory miała uchylone. Tak bardzo zapatrzyła się na portrety, że dopiero teraz zauważyła cztery pary przeszklonych schodów, dwie niebieskie i dwie różowe, na których stali ludzie, którzy najwyraźniej byli nauczycielami. Lisa poczuła się niepewnie, widząc, że wzrok każdego z nich utkwiony jest właśnie w niej. Czy pomogą jej w powrocie do domu? Mówiąc szczerze, to w to wątpiła.

 

Każdy nauczyciel wyglądał elegancko, kobiety miały na sobie dopasowane suknie, które różniły się jedynie kolorami oraz drobnymi detalami, takimi jak koraliki, czy tiulowe kokardy, natomiast mężczyźni ubrali się w aksamitne koszule, gustowne kamizelki i starannie wyprasowane spodnie. Wszyscy mieli na piersiach srebrnego łabędzia. Lisa zmarszczyła lekko nos. Naprawdę, nawet dorośli w tej szkole musieli sprawiać tak idealne wrażenie? Przecież to wszystko było po prostu nienaturalne! Jedna z nauczycielek, kobieta w średnim wieku, z ładnie związanymi białymi włosami, wydała z siebie ciche westchnięcie i zaczęła schodzić na dół, postukując krótkimi obcasami. Ruda dziewczyna pobladła nieco pod piegami, kiedy zauważyła, że idzie właśnie w jej stronę, wyciągając przy okazji coś, co wyglądało na różdżkę. Co zamierzali jej zrobić? Do tej pory uważała, że jeśli uznają ją za niepasującą do tej szkoły, to będzie to najlepsza rzecz jaka mogłaby jej się przydarzyć, ale teraz zaczęły ogarniać ją wątpliwości. A co jeżeli mimo wszystko nie pozwolą jej wrócić do domu? W baśniach często działy się dziwne rzeczy. Zaczęła się powoli wycofywać.

- Nie bój się dziecko, nie zrobię ci krzywdy - powiedziała nauczycielka łagodnym, przyjemnym dla ucha głosem. - Jestem profesor Klarysa Dovey, dziekan Akademii Dobra. No już, zatrzymaj się - Lisa zrobiła to niechętnie i zmrużyła oczy, cały czas w obronnej postawie. - Zazwyczaj dzieci z Lasu za Światem nie są tak... Och, już, nie przejmuj się. Jestem pewna, że Dyrektor nie chciał do tego dopuścić - delikatnie stuknęła ją różdżkę w głowę.

Poczuła, jakby po jej ciele spłynęła chłodna woda, a kiedy uchyliła powieki i spojrzała w dół, zauważyła, że jej rany zniknęły, a koszula nocna nie była już brudna ani podarta. Co prawda wciąż nie miała butów, ale i tak wyglądała o wiele lepiej, przynajmniej jak dla niej. Piegowata twarz, niezgrabny krok, mięśnie na łydkach i ruda strzecha pewnie wciąż był daleko za standardami piękna uczennic Akademii Dobra.

- Widzisz. Od razu lepiej - powiedziała niejaka profesor Dovey, a potem oddaliła się z powrotem w stronę reszty nauczycieli. Lisa wśród nich jednego takiego, który wydawał się nawet całkiem sympatyczny, bo patrzył na każdą z nich z takim samym uśmiechem, jakby naprawdę uważał je za równe.

Zresztą. To i tak nie było ważne. Nie chciała być uważana za równą innym uczennicom, chciała wrócić do domu, utulić brata i nauczyć Adelię naprawdę grać w piłkę.

 

Profesor Dovey ponownie stanęła na schodach i spojrzała z uśmiechem na nowe zawszanki. Rozłożyła ręce w powitalnym geście i zaczęła krótką przemowę:

- Z wielką przyjemnością chciałabym powitać nasze nowe księżniczki - każdy z nauczycieli obdarzył je teraz pełnym uznania uśmiechem, jakby oczekiwali od nich wielkich rzeczy. Stephanie zmarszczyła brwi i skrzyżowała ramiona. - To wielka radość móc po raz kolejny ujrzeć najbardziej obiecujące dziewczęta z Puszczy, które być może staną się kiedyś znanymi bohaterkami własnych baśni. Jesteście tutaj, aby przygotować się właśnie do tego, moje drogie.

Wróżki podleciały do góry i posypały je złotym pyłem. Stephanie syknęła, a Lisa starała się go unikać, ale nie było takiej możliwości. Wszystkie zaczęły delikatnie błyszczeć i nawet jeśli efekt ten nie będzie utrzymywał się długo, obie dziewczyny był zirytowane. Pozostałe uczennice przyjęły to z obojętnością lub wyraźnym zadowoleniem. Profesor natomiast kontynuowała:

- Ceremonia Powitalna rozpocznie się za dwie godziny. To właśnie tam zapoznacie się z zasadami panującymi w Akademii oraz spotkacie chłopców - kilka dziewczyn westchnęło. - Do tego czasu możecie swobodnie odpocząć i odświeżyć się w swoich pokojach. Pamiętajcie o tym, że podczas Ceremonii rzucane będą róże, więc polecam wam zastanowić się, co takiego wyjątkowe macie w sobie, co mogłoby przyciągnąć uwagę księcia - uśmiechnęła się do nich łagodnie. Vivienne odrzuciła do tyłu swoje cudowne włosy, ewidentnie całkowicie pewna własnej wyjątkowości.

Lisa natomiast czuła, że robi jej się niedobrze. Róże? Książęta? Co?
- Stephanie... - zaczęła cicho, a dziewczyna spojrzała na nią z rezygnacją.

- Opowiem ci później.

Elisabeth jednak raczej w to wątpiła. Planowała, że gdy tylko zostanie sama, spróbuje dostać się do drugiego zamku.

 

Nagle pomiędzy zawszankami pojawiły się po raz kolejny wysokie nimfy wodne, każda trzymająca w rękach koszyki skompletowanych zestawów dla każdej z księżniczek. Lisa również taki dostała, ale nie zamierzała w nim grzebać. Zauważyła, że są tam jakieś książki i starannie poskładany kawałek różowej, koronkowej tkaniny.

- Co to jest? - zapytała ze średnim zainteresowaniem, sięgając po leżącą na wierzchu karteczkę, która okazała się być planem lekcji.

Spoiler

5900749665189_PlanLisy.png.1f0fd29464bcef619423dbd01628aef9.png

- Co to jest? - zapytała jeszcze raz, ale dobitniej, śledząc wzrokiem absurdalne zajęcia. Pielęgnacja Urody?!

Stephanie skrzywiła się, wyciągając jeden z podręczników, o tytule Jak zdobyć swojego księcia? pod którym leżał kolejny, chyba o przywileju piękna. 

- To podręczniki, plan lekcji i... mundurek - wzdrygnęła się, spoglądając na absurdalnie krótką sukienkę, przyozdobioną kokardkami, delikatną, białą koszulkę z za dużym dekoltem i szklane pantofelki.

- Nie zamierzam tego nosić - powiedziała Lisa pewnym tonem. Nie zamierzała, bo wkrótce jej tu nie będzie.

- Też chciałam to powiedzieć, ale chyba będziemy zmuszone - odpowiedziała Stephanie zbolałym tonem, a potem spojrzała na jej plan. - O, mamy ten sam pokój. To super, już się bałam, że mi przydzielą jakąś nadętą księżniczkę.

Elisabeth spojrzała w pełną nadziei twarz opalonej dziewczyny i nagle poczuła, że łapie ją lekkie poczucie winy z powodu tego, co zamierzała zrobić. Ale nie, nie mogła jej żałować. Miała rodzinę i przyjaciółkę do uratowania. Wyobraziła sobie przerażoną, zapłakaną Adelię pośród wiedźm i czarowników i na nowo nabrała pewności.

 

Nauczyciele powiedzieli, że mogą się rozejść, a wróżki z chęcią pomagały dziewczynkom w noszeniu ich podręczników. Lisa zobaczyła, jak Magdalene wchodzi na różowe schody i rozmawia cicho z jakąś drobną i nieco wystraszoną dziewczyną o kasztanowo-wiśniowych włosach. Stephanie również zaczęła kierować się w tamtą stronę, odmawiając jednak pomocy w dzierżeniu koszyka. Lisa powoli zaczęła iść za nią.

 

Chyba miała już pomysł na to, jak od niej uciec.

 

Akademia Dobra, chłopcy

W małej zbrojowni nieco się przerzedziło, kiedy część książąt opuściła pomieszczenie, żeby udać się do swoich pokoi. Byli wśród nich między innymi chłopak w okularach, ramię w ramię z tym poważnym oraz Kato z Odionem, który powiedział do jednego z zawszan, że skoro jego brat idzie, to on również. Najwyraźniej byli więc braćmi. Pozostali chwycili za miecze i zaczęli treningowe sparingi, a jedne były bardziej widowiskowe od drugich. Przystojny książę o jasnych i idealnie zadbanych włosach walczył z chłopcem o skórze białej jak śnieg, którego wygląd mógł wydawać się dziwnie znajomy dla każdego, kto choć trochę znał baśnie...

- No, Edwardzie - powiedział blondyn z nieco drwiącą nutą w głosie, blokując jeden z kolejnych świetnych ataków - Najwidoczniej będziesz tutaj znany nie tylko jako syn Śnieżki.

Wspomniany Edward uśmiechnął się półgębkiem, przyjmując wyzwanie.

- Ty Abraxasie również nie jesteś najgorszy. A twoja matka była... kim? Bo chyba zapomniałem...

Blondyn zwany Abraxasem wyglądał na zirytowanego aluzją, jakoby jego matka miała być mniej znana i ważna.

Walczyli dalej.


W tym czasie do samotnie ćwiczącego Alana podszedł chudy, piegowaty chłopak o spiczastym nosie, który wcześniej z taką ekscytacją oglądał zbrojownię.

- Cześć - powiedział głośno, stając w bezpiecznej odległości. - Jestem Aidan, a ty? Pochodzę z Nottingham. Zawsze chciałem nauczyć się walczyć, ale do tej pory nie miałam za bardzo okazji - nawijał szybko z szerokim uśmiechem. - No ale teraz będę miał, nie? Marzę o tym, żeby nauczyć się strzelać z prawdziwego łuku. Wcześniej korzystałem tylko z atrapy, którą zrobił mi tata...

Nie wyglądał jakby zamierzał w najbliższym czasie odejść.

0

Udostępnij ten post


Link do postu
Udostępnij na innych stronach

Alan

Nawet nie zwracając uwagi na innych szybko spostrzegłem, że trochę ludzi tu ubyło. Zostało w rezultacie kilkoro książąt, którzy już się najwyraźniej dobrze się znali, czego mogłem się domyśli, gdy dobierali się w pary i ze sobą rozmawiali. Mi partner potrzebny do niczego nie był. Mogłem poćwiczyć na kukłach lub popracować nad pozycją czy wymachem. Pamiętałem słowa Henryka, który mówił mi zawsze bym nie spoczywał na laurach, bo wtedy stępieje z czasem jak me ostrze. Brakowało mi go teraz. Tylko z nim mogłem najlepiej trenować i dostać pomocną radę. Kątem oka obserwowałem innych, którzy tu ćwiczyli wyszukując słabości w ich taktyce. Nie mogłem zaprzeczyć, że znali się na rzeczy. Zapewne podobnie jak ja ćwiczyli od dzieciństwa a jednak mogłem zobaczyć pewne luki, które kiedyś mogłem wykorzystać gdyby zaszła taka potrzeba.

 

Zamachnąłem się po raz kolejny aż niedosłyszałem nowego głosu. Jednak tym razem, co ciekawe skierowanego do mnie. Nie zaprzestałem zwinnego machania mieczem kierując wzrok na tajemniczego rozmówcę. Pierwsze, co zwróciło moją uwagę to zbyt wiele informacji, podczas gdy ja nawet nie otworzyłem ust ten zdradził mi niemal wszystko o sobie. Nigdy nie walczył to mnie zbiło nieco z tropu. Zacząłem dokładnie oceniać jego wygląd nim się odezwałem. Nie przypominał księcia a już na pewno nie tego z bajki. Braki w mięśniach sugerowały, że mówił prawdę i nigdy nie miał do czynienia z bronią. On najwyraźniej nie pochodził z rodziny królewskiej. Inne powody ściągnęły go do akademii. Czytałem już o tym. Może dobre serce lub uczciwość wiele możliwości.

 

- Miło cię poznać Aidanie - odparłem nie zaprzestając nadal machać mieczem. - Zaczynając odpowiadać na twoje pytania. Jestem Alan ze śnieżnych wzgórz - nigdy nie widziałem powodu bym miał się odnosić ze swoim pełnym tytułem, więc teraz też tego nie chciałem robić przed nim. - Jeśli chcesz się z nimi zrównać czeka cię długa droga - odrzekłem, gdy teraz jednym wymachem ściąłem głowę kukły. Stanąłem spokojnie patrząc na niego i oceniając. - Chcesz walczyć łukiem, więc powinieneś preferować zwinność. Jeśli chcesz nauczyć się walczyć mieczem radziłbym tobie wybrać ostrze jednoręczne, bo te nie wymaga zbyt dużo siły i ponadto pozwala używać jednocześnie tarczy i miecza. Musisz jednak wiedzieć, że wtedy musisz polegać zwłaszcza na zwinności a mniej na sile - skierowałem wzrok na jeden z takich mieczy. - Możesz spróbować być może będę mógł ci udzielić kilku rad. Jeśli chcesz to weź go i zaatakuj mnie a ja ci powiem, co należy zrobić dalej - czemu chciałem mu pomóc? Sam nie wiem być może, dlatego że chciałem by każdy z nas miał jednak równe szanse. A ten chłopak miał od nas gorzej, bo nie miał możliwości pobierania takich nauk od dziecka.

 

Sophie

Dziewczyna cofnęła się lekko przestraszona na twarzy widząc wściekłość tej szkarady. Miała wrażenie, że zaraz się na nią rzuci. Wiedziała jednak już coś o niej po tej rozmowie. Ona była czytelniczką to było teraz pewne, bo ten opis oddawał to w pełni. W końcu tyle razy o nich słyszała. Oj gdyby Alan mógł teraz zobaczyć tych bezbronnych czytelników, których tak bronił przed podróżą. Ciekawe czy dalej by tak myślał gdyby zobaczył te straszną dziewczynę. Wiedziała teraz, że jednak to prawda Dyrektor był najwyraźniej nie dość, że stary to i ślepy. Czy to można było nazwać księżniczką? A jeśli ją wybrał na księżniczkę to wolała nawet nie myśleć jak straszny musiał być nigdziarz od nich. Na samą myśl lekko zadrżała. Nagle jednak skierowała swój wzrok na inną dziewczynę, która wtrąciła się do rozmowy. Ta już bardziej przypominała księżniczkę. Jednak niemal parsknęła śmiechem słysząc, że ta przerażająca dziewczyna jest tam gdzie powinna być.

 

Jednak nie chciała brać w tym dalej udziału i ruszyła dalej chcąc oddalić się od tej przerażającej dziewczyny. Gdy tylko trafiła do holu z fascynacją przyglądała się malowidłom wyobrażając sobie, że też jedno z nich będzie kiedyś przedstawiać ją. Wyobrażała już sobie jak zasiada pewnego dnia na tronie śnieżnych wzgórz gdzie było jej miejsce a potem powstaje baśń o jej życiu. Pewnego dnia dołączy do grona najsłynniejszych księżniczek takich jak te na malowidłach. Wróciła ze świata marzeń do realiów dopiero, gdy zobaczyła jak jedna z nauczycielek idzie do tej rudej dziewczyny. W myśli już się cieszyła, że zaraz pomyłka się wyjaśni i każą jej odejść wtedy na pewno odetchnie spokojnie. Jednak z zaskoczeniem zobaczyła zupełnie inny widok. Nauczycielka jej nie wyrzuciła a jej pomogła. Na jej słowa lekko prychnęła. Jej na pewno żadne zaklęcie nie pomoże pomyślała, więc lepiej na pewno nie było.

 

Gdy jednak zaczęło się powitanie Sophie ponownie zaczęła ignorować rudą dziewczynę skupiając się na słowach dziekan. Z uwagą wszystkiego słuchała a gdy pyłek ją pokrył czuła się całkiem rozpromieniona. Nagle jednak lekko zmrużyła oczy słysząc o spotkaniu chłopców. Wiedziała, że Alan też rzuci róże tylko pytanie, komu? Zawsze miał dziwny gust i pomimo że wiele z tych księżniczek mogłoby zmiękczyć najbardziej twarde męskie serca. A jednak on nie raz zbywał już ładne księżniczki. Nigdy do końca nie rozumiała, czego oczekiwał po swej wybrance. Spojrzała ponownie na dwie wyróżniające się księżniczki. Wiedziała przynajmniej, komu na pewno jej nie rzuci. Nie spodziewała się by miał aż tak zły gust. Mogłaby sama złapać jego różę, ale to by się dobrze nie skończyło zapewne. Wystarczy, że dowie się, która ją złapie a potem przekona ją by oddała jej te różę i problem będzie z głowy. Jeszcze tego by brakowałoby więcej osób pchało się do tronu.

 

W momencie, w którym pojawiły się nimfy Sophie wolną ręką od parasolki sięgnęła po koszyk z miłym uśmiechem sprawdzając jego zawartość. Na widok stroju się uśmiechnęła wiedziała, że będzie do niej świetnie pasował. Przejrzała szybko podręczniki a następnie sprawdziła swój plan zajęć. Wieża czystość 54? Brzmiało bardzo przyjemnie nie mogła się już doczekać poznać swoich lokatorek to będzie miła odmiana posiedzieć i porozmawiać z prawdziwymi księżniczkami takimi jak ona. Postanowiła natychmiast ruszyć do komnaty by przygotować się przed ceremonią powitalną. Kto wie może pozna też od razu swoje lokatorki? Pomyślała zachwycona tym wszystkim powoli odchodząc.

0

Udostępnij ten post


Link do postu
Udostępnij na innych stronach

Dodano: (edytowano)

Akademia Zła

Korytarze i klatki schodowe w wieżach Akademii Zła były brudne, śmierdzące, przepełnione wilgocią i cichymi skrobnięciami wydawanymi przez szczury. Adelia, nadal trzymając się swojej zasady posłuszeństwa, wspinała się po wąskich, popękanych stopniach. Nie miała pojęcia jak wytrzymywały one tak długo, skoro wydawało się, że z każdym jej krokiem skała coraz bardziej się kruszy.

W pewnym momencie dziewczyna poślizgnęła się i poleciała do przodu, amortyzując upadek zawiniętymi w czarną tunikę podręcznikami. Uczniowie idący za nią nie czekali, aż się pozbiera, tylko przepchnęli się wściekle ponad nią, depcząc i niszcząc różową sukieneczkę. Przycisnęła się do zimnej ściany i zacisnęła oczy, przekonana, że któryś w końcu naprawdę zrobi jej krzywdę, ale nie doczekała się żadnego bólu. Słyszała śmiechy i głośne rozmowy, powoli niknące, kiedy młodzi nigdziarze wspinali się dalej na wieżę Występek. Ona została, leżąc na schodach jak porzucona lalka, wpatrując się apatycznie w przeciwległą ścianę, po której pełzł jakiś czerwony robak. Spuściła głowę i przymknęła zapuchnięte powieki, próbując zebrać myśli, po raz pierwszy od momentu w którym została porwana z domu. Ze swojego małego pokoju. Jej wzrok powędrował na przemoczone koronki, których prawdopodobnie nie dałoby się już niczym doprać, a potem na poszarpane rajstopy. Jak dziecko uniosła kłykcie do twarzy i zaczęła nimi przecierać oczy. Co pomyślałaby mama, gdyby ją taką zobaczyła? Jak bardzo przerażona by była?

Zamarła, słysząc jakiś nowy dźwięk. Dochodził z dołu, ale coraz bardziej się przybliżał. Ciężkie kroki połączone z warknięciami... wilki! Zebrała swoje rzeczy, z pogniecionym planem lekcji na czele, i uciekła do góry.

 

W tym czasie na wieżę Szkoda wspinała się jasnowłosa Elvira z Nottingham. Zaraz przed nią, energicznym krokiem, pruła do góry dziwna dziewczynka, która miała zostać jej współlokatorką. Obserwowała jej długiego warkocza, a raczej coś, co mogłoby być długim warkoczem, gdyby nie to, że było tak zaniedbane i suche, że przypominało raczej wielkiego dreda. Innego wyjścia nie miała, skoro znajdował się zaraz przed jej twarzą, aczkolwiek sam widok sprawiał, że nieznacznie się krzywiła. Nigdy nie bała się rzeczy "obrzydliwych", jednak podczas analizy dwóch stron nie mogła nie stwierdzić, że ten brak jakiejkolwiek dbałości o własny wygląd był jak dla niej jedną z największych wad strony Zła. Oczami wyobraźni po raz kolejny zobaczyła swój plan, który znała już przecież na pamięć(pod tym względem mózg nigdy jej nie zawodził). Zajęcia Pielęgnacji Brzydoty. Jeśli jednak w drugim zamku, analogicznie, odbywały się zajęcia Pielęgnacji Piękna, nie zamierzała narzekać. Każda forma nauki była lepsza niż bezużyteczne i próżne pindrzenie się przed lustrem, jakby powierzchowność była jedynym atrybutem kobiety.

Och, Elvira była urodziwa, sama wiedziała o tym doskonale. Ale wygląd był jedynie przyjemnym dodatkiem do jej geniuszu.

Odchyliła głowę nieco w bok i zobaczyła swojego sługę, który właśnie wychodził na jedno z pięter wieży, na którym musiał mieć pokój. Ona cały czas wspinała się dalej, ale nie omieszkała rzucić mu z góry krótkiego, tajemniczego uśmiechu. Niech się zastanawia o co jej chodziło, kiedy tak naprawdę nie znaczył on nic.

 

Wkrótce przerdzewiała tabliczka poinformowała ją o tym, że znajduje się w tym miejscu, o które jej chodziło. Wyszła na korytarz razem z dziewczyną o imieniu Kim, jak jej się wcześniej przedstawiła. Za nią pojawiła się również dość przerażająca nigdziarka o skórze czarnej jak węgiel, na której twarzy znajdowała się niezwykle głęboka szrama. Z tego co wiedziała, musiała ona pochodzić z obrębu Krainy Oz, gdzie prawdopodobnie znajdowała się wioska ludzi takich jak ona. Zwalista uczennica nie odezwała się jednak do nich ani jednym słowem i ruszyła w głąb wieży. Pozwoliło to Elvirze wywnioskować, że jej pokój musiał znajdować się dalej.

Kim za to znalazła już drzwi do...

- Wieża Szkoda, 66. A więc to tutaj - powiedziała z entuzjazmem tak wielkim, że aż nieco niepokojącym.

Weszła do środka, a Elvira zaraz za nią, rozglądając się z zainteresowaniem.

Całe pomieszczenie okazało się wyglądać, jakby ktoś niedawno je spalił. Osmalone cegły i meble, podłoga zawalona popiołem, skrzypiąca pod stopami. Nawet jedyne znajdujące się tutaj okno było nieco sczerniałe. Na środku ktoś poustawiał ich bagaże, więc blondynka chwyciła za swój drewniany kufer, który udało jej się przed ucieczką przemycić ze strychu, a potem pociągnęła go w stronę łóżka znajdującego się właśnie pod parapetem. Jeśli stęchlizna zacznie jej przeszkadzać, mogło to okazać się wybawieniem. Szybko oceniła materac, który może nie był najwyższych lotów, ale wciąż wystarczająco znośny, aby mogła na nim spać. Na szczęście wzięła ze sobą własne koce.

Właśnie miała zamiar zapytać Kim, co znajdowało się w trzech zaklejonych słoikach, które ustawiała teraz równo na zakurzonej szafce, kiedy drzwi otworzyły się po raz kolejny i do środka weszła właścicielka ostatniego stojącego na środku bagażu.

Miała czerwone tęczówki, skórę bladą jak u trupa, oraz wiedźmowato ułożone czarne włosy, które wyglądały na nawet czyste. Obrzuciła ich spojrzeniem i wykrzywiła wąskie wargi w prawdziwie nigdziarski wyraz.

- Walburga z Krwawego Potoku - powiedziała tonem, który Elvira szybko rozpoznała jako władczy. Kim była ta dziewczyna? Na pewno wkrótce dowie się o niej więcej.

- Kim z Mruczących Gór - zanuciła Kim, kołysząc się ze swoimi słoikami i sprawiając nieco psychopatyczne wrażenie.

Elvira natomiast jedynie oparła się z obojętnością o czarną ścianę, jej oczy błysnęły.

- Elvira z Nottingham.

Wszystkie trzy uśmiechnęły się złowróżbnie.

 

W tej samej wieży, ale nieco niżej, w pokoju numer 47, na łóżku siedział już młody, szczurowaty chłopak o imieniu Navin. Chociaż wyglądał dość żałośnie, jego usta były gorzko skrzywione, a oczy lśniły złością. Czy cieszył się z tego, że znalazł się w tej Akademii? Tak, bo być może baśń da mu szansę, żeby uwolnić matkę z więzienia. Spojrzał przez popękane okno na wznoszącą się nad Zatoką Połowiczną wieżę Dyrektora Akademii i skrzywił się nieco. Oczywiście, jeśli jakimś cudem Złu uda się w końcu zwyciężyć w jakiejkolwiek. Mogli sobie mówić co chcieli, ale jak dla niego Dobro od lat było faworyzowane przez Baśniarza, a odpowiedzialny za to mógł być tylko jego Strażnik. No ale nie mógł powiedzieć tego głośno. Jeśli ktoś wzbudzał taki szacunek lepiej było udawać, że również się go uwielbia, w ten sposób można było uniknąć problemów.

Navin pociągnął nosem i spojrzał z powrotem na swój na wpół otwarty kufer z którego przed chwilą wyciągnął brązowy koc, ten sam, pod którym spał zawsze w sierocińcu. Zdążył już przebrać się w swoją nową, czarną tunikę, oraz poukładać podręczniki na półce, teraz pozostawało mu tylko czekać na nowych współlokatorów.

Edytowano przez Elizabeth Eden
0

Udostępnij ten post


Link do postu
Udostępnij na innych stronach

Dodano: (edytowano)

Thomas, Christian

Chłopak ciągnął swój kufer za sobą omijając innych i nawet się do nikogo nie odzywając tylko wciąż myśląc. Co z tego, że byli w jednej wieży przecież nie musiał na nią wpadać prawda? Nie żeby mu się podobała czy coś po prostu była jakaś dziwna i wolał jej raczej unikać. W końcu był nigdziarzem, więc na pewno mu się nie podobała to była po prostu jakaś chwila słabości. Nagle jednak się zatrzymał czując na sobie czyjeś spojrzenie do tego stopnia, że zaczął się rozglądać i wtedy ponownie ją zobaczył. Uśmiechała się do niego spoglądając w jego stronę. Mrugnął kilkukrotnie z szeroko otwartymi oczyma widząc ją. Czego ona od niego chciała? Nie był jej sługom i nie będzie nikt nim nie rządzi, ale dlaczego za każdym razem tak reagował, gdy ją widział?

 

W międzyczasie Christian właśnie wszedł do komnaty spoglądając tylko kątem oka na chłopaka i chytrze się w jego kierunku uśmiechając. Nadal nie do końca rozumiał, o co chodziło tamtemu gościowi z fosy, ale miał nadzieje już go więcej nie widzieć na oczy i to dla dobra tamtego, gdy zaczął podchodzić do swojego materaca dalej nad tym myślał. Tamten uważał, że się go bał? Jak tylko go zobaczy jeszcze raz pokaże mu, kto tu rządzi i kto jest prawdziwym nigdziarzem nie raz miał do czynienia z takimi jak on. W tym momencie otworzyły się nagle drzwi a w nich stanął chłopak, o którym właśnie Christian myślał. Lekko przełknął ślinę jakby bał się, że przeczytał jego myśli, ale ten nawet nie zwrócił na niego uwagi i ciężkim krokiem zaczął wchodzić do pokoju. Christian zdecydował się w końcu do niego podejść, ale bardzo ostrożnie.

 

- Słuchaj nie musimy być wrogami ja wtedy tylko żartowałem chyba nie jesteś zły prawda? - Thomas nic nie mówił tylko szukał czegoś po kufrze. Nagle jednak podniósł głowę i spojrzał najpierw na nieznajomego chłopaka.

- Thomas z mruczących gór - ponownie spojrzał teraz na tego, co do niego mówi. - Nie denerwujcie mnie i nie przeszkadzajcie a wszyscy dożyjemy końca tej akademii w spokoju - nagle wyciągnął z kufra jakiś wiejski kapelusz i podszedł do materaca by na nim legnąć. - Obudźcie mnie jakby stało się coś ważnego jednak, jeśli tego nie zrobicie lub zrobicie to z błahego powodu nie ręce za siebie - powiedział kładąc na twarz kapelusz. Prawdą było, że nie szukał sobie wrogów, ale nie miał zamiaru pozwolić nikomu wejść mu na głowę. Christian cały pobladł słysząc to.

- Czy rozpoczęcie jest ważne? - spytał lekko speszonym głosem jednak chłopak nic już nie opowiedział. Spojrzał teraz na tajemniczego lokatora i do niego podszedł i zaczął szeptać w jego kierunku. - Cześć jestem Christian słuchaj może mu się postawimy? We dwóch na pewno sobie z nim poradzimy, co ty na to? - Thomas nawet nie drgnął na te propozycje może naprawdę zasnął?

Edytowano przez Magus
0

Udostępnij ten post


Link do postu
Udostępnij na innych stronach

Dodano: (edytowano)

Akademia Dobra, dziewczęta

Piękne, oszronione schody, szklane tunele z których można było podziwiać zatokę i puszczę, korytarze pełne złotych zdobień, kryształowe żyrandole i wszechobecna woń świeżych kwiatów. Jakim cudem mógł istnieć zamek tak uderzająco idealny, że aż człowiek zaczynał mieć wrażenie, że jego obecność tutaj zaburza panującą harmonię? Cóż, w każdym razie Lisa miała takie wrażenie, ponieważ większość księżniczek pewnie czuła się tutaj jak brakujący puzzel. 

Stephanie razem z Lisą jako jedne z pierwszych pobiegły na wieżę, przepychając się między Magdalene i jej drobną towarzyszką. Nie miała pojęcia z jakiego powodu spieszyła się Stephanie, ale ona była bardzo zadowolona, bo oznaczało to, że szybciej zacznie wdrażać w życie swój plan. 

Na nogach miała już bardzo miękkie, różowe bambosze, podarowane jej przez nimfę. Pewnie w ogóle nie zdziwiło jej to, że dziecko z Gawaldonu nie ma sobą żadnego bagażu, musieli już być do tego przyzwyczajeni. Kolor kapci był okropny jak na jej standardy, ale przynajmniej nie człapała już boso, chociaż podłogi w tej szkole były tak nieskazitelnie lśniące, że pewnie mogłaby obejść zamek wzdłuż i wszerz i wciąż mieć czyste stopy.

 

- Tam pewnie będzie nasz pokój. Piętro wyżej jest już... Perłowa Czytelnia. Brzmi strasznie - Stephanie oglądała właśnie posrebrzaną tabliczkę przybitą do ściany w wieży Czystość. - No to chodźmy.

Skręciły i przeszły przez krótki korytarz z oszklonym dachem. Kiedy Lisa spojrzała w górę zobaczyła, że Perłowa Czytelnia połączona była różowym tunelem z jakąś inną wieżą. Finezja i doskonałość tego miejsca coraz bardziej ją przytłaczały. Chciała już wrócić do swojego zwykłego, małego i przyjaznego domu. 

Mijały właśnie drzwi, każde oznaczone złotą tabliczką z numerem, ale Lisa nie skupiała się na nich, tylko rozglądała naokoło, aż w końcu...

- Emm, Stephanie... - powiedziała, dotykając ją lekko w ramię.

- Tak?

- Muszę iść do toalety.

Stephanie spojrzała w jej stronę.

- Z tego co wiem, to każdy pokój swoją ma, nie martw się.

- No tak, ale tu obok jedna jest... - wskazała na połyskujące drzwi ze złotą klamką. - ...a ja naprawdę muszę, wiesz to całe porwanie w zimny las i chodzenie na boso nie działa dobrze na pęcherz. Za chwilę do ciebie przyjdę, możesz już znaleźć nasz pokój.

Stephanie uśmiechnęła się i wyciągnęła rękę po jej koszyk. Była kompletnie nieświadoma tego, że Lisa tak naprawdę nie zamierza iść do łazienki i dziewczynie po raz kolejny zrobiło się nieco głupio.

- No dobra, daj od razu swoje rzeczy. Na pewno dasz radę potem sama znaleźć pokój?

- Tak, wszystkie są przecież ponumerowane. I nie musisz brać moich rzeczy... - powiedziała, żeby nieco stłumić poczucie winy. Stephanie jednak już postanowiła i prawie siłą wyjęła jej koszyk z rąk.

- Nie są takie ciężkie. Widzimy się za chwilę - powiedziała ze szczerością, a potem ruszyła dalej.

 

Lisa przez chwilę obserwowała ją, zagryzając dolną wargę, ale potem znowu przypomniała sobie szlochającą Adelię i zrozpaczoną mamę. Wrócę do was - pomyślała z przekonaniem, a potem wzdrygnęła się, słysząc odległe brzęczenie wróżek. Zmierzały najprawdopodobniej tutaj.

Odwróciła się i wbiegła do miejsca, które miało być toaletą. Chciała przeczekać tam, aż wszyscy znajdą się już w pokojach i nie będzie aż takiego zagrożenia, że na kogoś wpadnie. Problem w tym, że toaleta okazała się nie być toaletą, tylko składzikiem. Skrzywiła się. W tym zamku drzwi do składziku były droższe, niż wszystkie drzwi w gawaldońskiej szkole razem wzięte. 

No ale dobra, to nie było ważne. Stephanie chyba też o tym nie wiedziała, bo nie słyszała już jej kroków na korytarzu, coraz wyraźniejsze stawało się za to dzwonienie wróżek.

Pozostawało czekać.

 

W tym czasie Stephanie zdążyła znaleźć pokój numer 54. Nacisnęła ozdobną klamkę i weszła do środku, natychmiast krzywiąc się na widok pokrywających ścian malowideł przedstawiających razem królewski ślub. Wszystko wykonane było z niezwykłą dbałością o szczegóły. Prychnęła, a jej wzrok skierował się na trzy ogromne łóżka z baldachimami i idealnie złożoną koronkową pościelą. No naprawdę, wystarczyłoby jedno takie łóżko i zmieściłyby się w nim wszystkie, pewnie nawet z luzem. Przyjrzała się złotemu żyrandolowi, miękkim dywanom i ogromnym oknom, wykonanym ze szkła, które zdawało się mienić kolorami tęczy. 

 

To jednak naprawdę było jeszcze nic. 

Ponieważ dopiero kiedy Stephanie zrobiła parę kroków w głąb pokoju, była w stanie zauważyć stojące pod najbliższą ścianą bagaże.

Aż otworzyła usta w szoku, widząc ilość kufrów i walizeczek. Lisa na pewno nie miała ze sobą nic, a taką ilość rzeczy mogły zabrać ze sobą tylko te "prawdziwe" księżniczki. Skrzywiła się i zaczęła rozsuwać kufry, próbując znaleźć swoją płócienną torbę. Okazało się, że została wygnieciona przez o wiele cięższą walizkę.

- Super - syknęła Stephanie, poprawiając ją.

Miała ochotę zajrzeć do tych bagaży,  zobaczyć, co takiego można było zabrać ze sobą, żeby było tego aż tyle. Zrezygnowała jednak z tego pomysłu. Durna paniusia jakby ją przyłapała, to pewnie zaczęłaby krzyczeć i oskarżyła ją o kradzież. Jeszcze tylko tego jej brakowało.

Rzuciła torbę na jedno z łóżek, a potem sama na nim usiadła. Pozostawało czekać na Lisę.

Miała nadzieję, że pojawi się tutaj przed nieznaną właścicielką miliona toreb i walizek.

 

Akademia Dobra, chłopcy

Oczy Aidana niemal zaczęły świecić, kiedy Alan objaśnił mu podstawy wybierania broni. Momentalnie podskoczył trochę do góry, uśmiechając się szeroko.

- Dziękuję! Wiedziałem, że podejście do ciebie będzie dobrym pomysłem. Wydawałeś się jakiś taki milszy - mówił szybko, ignorując to, że wysoki, opalony Ambrosius co chwilę zerkał na niego rozbawiony z drugiej strony zbrojowni. Sądząc po jego minie, nie widział w nim innego zawszanina, tylko błazna, który znalazł się tu, żeby umilać im czas. 

Aidan był jednak zbyt podekscytowany, żeby się tym przejmować.

- Tak, jestem bardzo zwinny, ale niezbyt silny - zgodził się z nim. -  Bardzo chciałbym nauczyć się strzelać z łuku. Robin Hood jest w tym świetny. Ale praktyka w walce mieczem też by się przydała, jako zabezpieczenie. - sięgnął szybko po jeden z nich, a potem mrugnął do Alana. - Jesteśmy teraz przyjaciółmi, prawda, Alan? - i zanim chłopak mógłby mu odpowiedzieć zaatakował go, dokładnie tak jak prosił.

Zrobił to koślawo i zdecydowanie nieefektywnie, co mocno wskazywało na to, że do tej pory takie walki widział tylko w książkach z baśniami.

Niektórzy książęta przerwali na chwilę, żeby się temu przyjrzeć, ale szybko stracili zainteresowanie, najwyraźniej przekonani o tym, że młody chłopak nie był dla nich żadną konkurencją i szybko skończy na dole rankingu.

Edytowano przez Elizabeth Eden
0

Udostępnij ten post


Link do postu
Udostępnij na innych stronach

Alan

Przyjaciółmi? Ten jeden zwrot utkwił mi najbardziej w głowie z całego monologu Aidana. Nie miałem żadnych przyjaciół za wyjątkiem Sophie, z którą się wychowałem i służbą, która dbała o moje wychowanie. Nigdy nie miałem za bardzo kontaktu z rówieśnikami. Czy więc w akademii można było ją zawiązać skoro wszyscy byliśmy swego rodzaju rywalami? Tak bardzo to wszystko utkwiło mi w głowie, że omal zapomniałem o tym, że go właśnie szkoliłem i w ostatniej chwili zdołałem się obronić przed jego niemrawym atakiem. Atak nie był efektywny i wiedziałem już, że ma sporo pracy przed sobą. Patrzyłem chwilę na nasze ostrza tkwiące w zderzeniu, gdy nagle bez większego problemu odepchnąłem chłopaka od siebie.

 

- Robin Hood tak? - spytałem lekko przechylając głowę. Wiele czytałem baśni, więc znałem też te o nim.- Czeka cie, więc sporo pracy, bo on nie tylko ładnym uśmiechem okradał bogatych i dawał biednym - odparłem z delikatnym uśmiechem. - Podstawa walki mieczem na pewno ci się przyda zwłaszcza, gdy dojdzie do bezpośredniego starcia, gdy łuk ci już nie pomoże, ale zacznijmy od początku - lekko westchnąłem by zaraz zacząć tłumaczyć. - Jak widzisz jestem od ciebie silniejszy i walczę ostrzem dwuręcznym najlepszym dla ciebie sposobem by mnie pokonać będzie mnie zmęczyć używając przy tym swojej zwinności. Jednak będziesz musiał pracować nogami robiąc uniki przy każdym moim ataku, jeśli przejdziesz tylko do gardy w końcu wytrącę ci miecz z rąk i zostaniesz wtedy łatwo pokonany. Dobrze teraz ja cię zaatakuje a ty spróbuj uniknąć ataku - odrzekłem powoli unosząc miecz w powietrze by się zamachnąć. Chciałem zaatakować go powolnym atakiem. Niestety miał spore zaległości w stosunku do innych. Jednak tamte bęcwały nie powinny go od razu skreślać, bo jeszcze mogą się potem zdziwić.

 

Sophie

Dziewczyna powoli zaczęła kierować się do komnaty mijając po drodze inne księżniczki. Na jej twarzy tkwił tym razem szczery uśmiech. Pomimo że wiedziała, że wszystkie są rywalkami o miejsce w baśni to naprawdę chciała spędzić trochę czasu z takim księżniczkami jak ona. W Locketorp były, co prawda dwórki, ale jednak nie dorównywały jej szykiem i finezją. Zawsze wiedziała, że jest stworzona do większych rzeczy a teraz miała dowód, co do tego była w akademii. Poza dwórkami był tam jeszcze tylko Alan pomyślała lekko się krzywiąc. Ale on nigdy nie zachowywał się jak na dziedzica tronu przystało, więc rozmowy z nim były jak dla niej nudne. Tak naprawdę nigdy za nim nie przepadała. A teraz spędzi czas wspólnie z księżniczkami takimi jak ona na wspólnych rozmowach czy wzajemnych radach, co do pielęgnacji urody. Na samą myśl miała ochotę piszczeć ze szczęścia, gdy tylko znalazła się pod komnatą 54 i ze szczęśliwą miną weszła do środka.

 

- Witajcie drogie lokatorki jestem pewna, że będziemy się wspólnie wspaniale bawić a może nawet się zaprzyjaźnimy - tak właśnie chciała zdobyć ich zaufanie. Być miłą i pomocną by i one były takie dla niej. Nagle jednak otworzyła szeroko oczy widząc odpychającą dziewczynę, którą widziała już wcześniej. Była tutaj i siedziała na jednym z łóżek. Czy one miały wspólną komnatę? - To jakaś pomyłka jestem druga w kolejce do tronu - mówiła z niedowierzaniem patrząc na dziewczynę. - Jestem księżniczką czystej krwi i mam mieszkać z plebejuszką? - mówiła nadal będąc najwyraźniej w szoku. Miała nadzieje, że chociaż ta druga księżniczka będzie podobna do niej. Na pewno tak będzie. Niemożliwe przecież by przydzielili tu te straszną rudą dziewczynę na samą myśl się wzdrygnęła. Gdy pojawi się druga to na pewno coś wymyślą a ta tutaj i tak zapewne szybko nie zda, więc problem będzie szybko z głowy. Zastanawiał ją jednak fakt gdzie bagaże kolejnej księżniczki. Jeszcze ich nie wnieśli?

0

Udostępnij ten post


Link do postu
Udostępnij na innych stronach

Akademia Zła

Adelia nie mogła już złapać oddechu, tak szybko biegła po schodach, żeby tylko czasem nie spotkać tych okropnych wilków. Znalazła odpowiedni korytarz i wleciała do niego niemalże na oślep, bo mokre włosy wciąż przyklejały jej się do oczu. Właśnie przez to nie była w stanie na czas zauważyć wysokiego chłopaka, na którego wpadła z takim impetem, że podręczniki znów wysypały jej się z rąk. W takim tempie wkrótce nic z nich nie będzie, co napawało Adelię przerażeniem. Lisa na pewno będzie próbowała jej pomóc, ale jeśli nie zrobi tego wystarczająco szybko? Jeśli komuś w tej strasznej szkole nie spodoba się to, co zrobiła z rzeczami, które jej dali i stwierdzą, że zasługuje na karę? Po plecach przebiegł jej dreszcz. Z drugiej strony... wszystko w tym zamku było takie brudne i zniszczone, że to chyba nie mogło być aż tak ważne. 

- Przepraszam - wydukała i schyliła się, żeby pozbierać swoje rzeczy. Poczuła, że ktoś wsunął jej długie, zimne palce w loki i szybko uniosła głowę. Okazało się, że jest to chłopiec, uczeń, ubrany już w czarną, poszarpaną tunikę, która z jakiegoś powodu dobrze na nim wyglądała. Miał ciemne obwódki pod oczami i zapadnięte policzki. Najgorszy był jednak jego uśmiech, który Adelia mogłaby opisać tylko jednym słowem...

Zły.

- Pomóc ci?

Krzyknęła, zacisnęła powieki i na oślep złapała książki, nie zwracając uwagi na to, że trzyma je tylko za okładki. Prawie na czworakach wyminęła strasznego ucznia, a potem wstała i biegła nie zwracając uwagi na to, że coś jeszcze mówił.

Złapała wzrokiem liczbę 62 i pognała tam bezmyślnie, wpadając na uchylone drzwi i chwilę później uderzając kolanami w zakurzoną, drewnianą podłogę. Owinęła ramiona wokół brzucha, próbując złapać oddech i powstrzymać mdłości. Spróbowała policzyć w myślach do dziesięciu, tak jak kiedyś nauczył ją tata, ale doszła tylko do sześciu i rozproszyło ją głośne trzaśnięcie.

Powoli uniosła głowę.

Na jednym z łóżek leżała znajoma ruda dziewczyna, w rękach trzymała gruby podręcznik. Druga, o ciemnych oczach i surowym wyrazie twarzy, przed chwilą zamknęła drzwi. Obydwie w ciszy wpatrywały się w tę nędzną postać w poszarzałej i zniszczonej różowej sukieneczce, policzkach czerwonych i lśniących od łez, oczach pełnych strachu, która przed chwilą tak nagle wleciała do ich pokoju.

- Mówiłam ci, że dostałyśmy Czytelniczkę - skrzeknęła stojąca nigdziarka, kręcąc głową. - Wstawaj - dodała z irytacją, przechodząc obok niej w taki sposób, że uderzyła ją w twarz swoją tuniką. - Wyglądasz żałośnie.

Nie stawiaj się, to nie zrobią ci krzywdy. Wytrzymaj, dopóki nie przyjdzie Lisa.

Pokiwała szybko głową i zebrała swoje sponiewierane rzeczy.

- Jest... jest tutaj jakaś łazienka? Chciałabym się przebrać - powiedziała cichutko.

- Co? - warknęła ruda dziewczyna, podnosząc się do siadu. - Nie słyszałam. Poza tym najlepiej by było się chyba najpierw przedstawić, nie? Jestem Margo z Lisiego Gaju, a to jest Judith z Piekielnego Lasu.

Wspomniana Judith jedynie zacisnęła usta, nie do końca zadowolona z tego, że ktoś wypowiedział się za nią. Na jej łóżku znajdował się otwarty, czarny kufer, który właśnie wypakowywała.

- Adelia z Gawaldonu - odpowiedziała Adelia nieco głośniej, ale wciąż bardzo cienko.

- Masz na myśli Las za Światem, tak? - dopytywała się Judith swoim nieprzyjemnym, skrzekliwym głosem.

Nigdy nie słyszała, by ktokolwiek nazywał Gawaldon w ten sposób, ale tak pisało na jej planie lekcji, więc jedynie pokiwała głową. 

- Jest tutaj jakaś łazienka, żebym mogła się przebrać? - zapytała po raz kolejny, czując, że znowu palą ją powieki. Ale tym razem nie zamierzała płakać. Jeśli to właśnie jej słabość była powodem, dla którego się tutaj znalazła, to musiała chociaż próbować z nią walczyć.

- Jest jedna na korytarzu - odpowiedziała obojętnie Margo, wracając do swojej książki. W świetle padającym zza brudnych szyb jej włosy wydawały się być jeszcze bardziej zniszczone.

Adelia pomyślała o strasznym chłopaku, którego tam spotkała i przełykając gulę w gardle podeszła do najdalszego rogu pokoju, gdzie w drewnianej podłodze rozwijało się coś, co wyglądało na pleśń. Odwróciła się tyłem do dwóch dziewcząt i złapała za rogi przemoczonej sukienki.

- Nie patrzcie, dobrze? - zapytała łamiącym się głosem, podszytym błagalną nutą. Czuła się tak straszliwie upokorzona.

- Tak jakbyśmy w ogóle chciały - rozległa się drwiąca odpowiedź Margo.

Powoli zaczęła się przebierać, a jej klatka piersiowa trzęsła się od szlochu, który nie dosięgnął ust.

 

W tym czasie w wieży Szkoda Navin z lekko uchylonymi ustami wpatrywał się w swoich nowych współlokatorów. Wyglądali... groźnie. Zresztą, jak prawie każdy uczeń w tej szkole. Nie powinno go to w ogóle dziwić, ale i tak poczuł się nieco niepewnie. Ale czy powinien? Oni wszyscy mogli straszyć swoją powierzchownością, ale Navin był niepozornym złem, takie, które wbija ci sztylet w plecy, kiedy się tego najmniej spodziewasz. Uśmiechnął się lekko pod nosem. Na pewno nie da sobą tak po prostu pomiatać. Ale żeby być całkiem zabezpieczonym nie może też od razu robić sobie z nich wrogów.

- Navin z Kyrgios - odpowiedział na powitanie, a potem usiadł bardziej po turecku - Jasne - dodał cicho, słysząc "prośbę" Thomasa. Aż miał ochotę go nie obudzić na Ceremonię, ale przecież sam coś przed chwilą sobie powiedział.

Potem spojrzał na drugiego nigdziarza, Christiana, który właśnie próbował wciągnąć go w jakąś intrygę. Co za kretyn. Nawet nie sprawdził, czy Thomas naprawdę śpi, kiedy przecież dopiero co się położył.

Navin pokręcił obojętnie głową i odpowiedział dość neutralnie.

- Nie obchodzi mnie to wszystko. Dla mnie najważniejsze jest, żeby zdać będąc jak najwyżej w rankingu - to była częściowo prawda.

Sięgnął po jeden z podręczników, chcąc zobaczyć, czy jest tam coś ciekawego. I tak nie miał teraz ochoty na rozmowy z kimkolwiek.

0

Udostępnij ten post


Link do postu
Udostępnij na innych stronach

Thomas, Christian

- Czasem usta nie idą w parze z myśleniem - odparł głos chłopaka pod kapeluszem nim Christian zdołał cokolwiek odpowiedzieć Navinowi. Christian cały ponownie zbladł patrząc teraz w kierunku Thomasa, który nawet się nie ruszył tylko nadal leżał pod kapeluszem. - Ostrzegałem cię Christianie. Powiedz, więc czy mam teraz dotrzymać swej obietnicy?

- Nie możesz... - powiedział jąkając się i trochę dygocąc. - Jeśli coś mi zrobisz zostaniesz ukarany

- Przez lata nauczyłem się, że ból fizyczny jest tylko czymś, co nam się wmawia i można do niego przywyknąć. Więc na przyszłość, kiedy myślisz, że śpię zamiast się naradzać z kimś, kogo nawet nie znasz zacznij działać i poderżnij mi gardło może wtedy nie zdążę zareagować - Christian kiwnął lekko głową jakby przyznał mu racje. Nagle jednak Thomas odkrył jedno oko. - Oczywiście, jeśli spotkasz idiotę, który spokojnie zaśnie wśród ludzi, którzy chowają się na przyszłych morderców - warknął i spojrzał teraz na Navina. - Wysoko stawiasz sobie poprzeczkę, ale mogę ci w sumie pozazdrościć - odrzekł teraz patrząc w sufit ze znużonym wzrokiem. - Niestety ja wciąż do końca nie wiem, czego chce i co tu właściwie robię - odparł ze znużeniem.

- Jak to nie jesteś nigdziarzem? - spytał teraz Christian jakby zbierając odwagę.

- Sam to oceń. Czy gdybym nim nie był to czy powinieneś się bać choćby spróbować odetchnąć w mojej obecności? - Chłopak nic nie odpowiedział. - Sądzę, że najlepiej będzie, jeśli wszyscy spróbujemy żyć w pewnej zgodzie w końcu żaden nie chce nie zdać. Co wy na to? - Christian przytaknął jednak i tak nie znaczyło, że się zgodził. Jeszcze się na nim odegra jak tylko będzie okazja. Teraz Thomas spojrzał na Navina czekając na jego odpowiedź.

0

Udostępnij ten post


Link do postu
Udostępnij na innych stronach

Dodano: (edytowano)

Akademia Dobra

Siedziała z głową opartą na kolanach, plecami dotykając drzwi. Z jednej strony skupiała się na dźwiękach z zewnątrz. Wróżki wydawały dzwoniące dźwięki, kiedy najpewniej odprowadzały którąś z księżniczek do pokoju. Potem zawróciły i zniknęły. Spokojne kroki, dwie dziewczyny rozmawiające szeptem. Kolejna, dreptająca nieco szybciej. Zaczekajcie - chyba to powiedziała. Potem kolejny trzask drzwi i koniec. Cisza.

Jedyne co teraz dźwięczało Lisie w uszach to jej własny oddech i odgłosy przeszłości, tłukące się po czaszce. 

Lisa, popacz! Zrobiłem zajączka!

Teraz, kiedy została sama i adrenalina nieco opadła, wszystko zaczęło wracać. Zacisnęła oczy i wsunęła palce w gęste włosy, ciągnąc za nie do poziomu w którym zaczęła je rwać. To i tak nie miało znaczenia, miała ich tyle, że kilka w tą czy w tamtą nie robiło żadnej różnicy. Jej kolana drżały, musiała się uspokoić. Natychmiast, bo inaczej nic się nie uda. Przecież właśnie to zamierzała zrobić, tak? Wrócić do domu, więc nie mogła się tym zadręczać, bo cała ta sytuacja już wkrótce stanie się jedynie złym wspomnieniem do opowiadania wieczorami. Chwytała się tej wiary jak tonący brzytwy. Żadne porwane dziecko z Gawaldonu nie wróciło jeszcze nigdy do domu. Ale ona przecież nie była jak wszyscy.

To co? Za spokojną noc w tym roku? Tak dla odmiany.

Wstała, przełykając ślinę i nasłuchując. Na korytarzu wciąż było cicho. Powoli uchyliła drzwi i wyjrzała ostrożnie. Rzeczywiście, całkiem pusto, jedynie jakieś szmery dobiegające z pokojów. Trzymając się blisko ściany wróciła na klatkę schodową, wciąż nikogo nie spotykając. Co dalej? Nie miała pojęcia gdzie co było, wiedziała tylko to, że musi dostać się na most łączący obie szkoły. Skoro znajdował się u podnóża zamków logiczne wydawało się, że powinna najpierw zejść z wieży. Pokonała kilka stopni, ale wtedy usłyszała charakterystyczne dzwonienie wróżek, dobiegające, na jej nieszczęście, z dołu. Powstrzymała wzbierającą panikę i przypomniała sobie o szklanym moście łączącym Perłową Czytelnię z następną więżą. Nie było to najlepsze wyjście, bo stamtąd ktoś mógł łatwo ją zobaczyć, ale nie miała innego, brzęczenie zbliżało się. Najciszej jak tylko potrafiła wspięła się do góry, docierając do białych, oszronionych drzwi. Zaczęła dostrzegać plusy doskonałości tego zamku - żadne nie skrzypiały.

Widzieliście najnowsze baśnie?
Perłowa Czytelnia okazała się być swego rodzaju świetlicą, urządzoną na motyw oceanu, przywodzący na myśl Małą Syrenkę. Obrzuciła wzrokiem cudowne perły, które zdobiły ściany i sufity, realistyczne malunki morskiej piany, oraz wygodne kanapy, ale na więcej nie miała czasu. Mogło tu być pięknie, ale absolutnie nie mogła się teraz skupiać na podziwianiu wnętrz. Adrenalina po raz kolejny buzowała w jej żyłach, tym razem nie tłumiąc wspomnień, ale czyniąc je motorem do działania. Zanim weszła do szklanego tunelu oblizała zeschniętego ze stresu wargi. Jak bardzo widać z zewnątrz, że ktoś nim przechodzi? Cóż, albo to zrobi albo się podda, a to drugie nigdy nie wchodziło w grę. Nie w przypadku Elisabeth z Gawaldonu. Przed oczami mignęła jej puszcza, kiedy jak najszybciej przebiegała przez tunel, ale nie przyglądała jej się uważniej. Miękkie bambosze na szczęście tłumiły kroki i pozwalały jej poruszać się bezgłośnie. 

Rozejrzała się po pomieszczeniu w którym się teraz znalazła. Również przypominało świetlicę, ale dziwną, wypełnioną koronkowymi zasłonami, lśniącymi rzeźbami i lustrami. W każdym z nich widziała swoje odbicie, dziewczyny bladej z napięcia, ale również niezwykle skupionej. Tutaj również panowała cisza. Wyszła na klatkę schodową i doszła do wniosku, że wie już, gdzie dokładnie się znalazła. Z niższego piętra dobiegały do niej rozszczebiotane, dziewczęce głosy. Wieża Dobroć. Szlag.

Nie nadajesz się do baśni.

Ostrożnie, najciszej jak tylko mogła, zbliżyła się do łukowatego przejścia na korytarz prowadzący do pokoi. Stały w nim trzy dziewczyny, rozmawiając beztrosko o książętach, sukienkach i środkach do pielęgnacji włosów. Lisa zacisnęła zęby. Długo zamierzają tak gadać? I dlaczego nie mogą robić tego w pokoju? 

- Och, nie mogę doczekać się Ceremonii. Jestem ciekawa ile róż dostanę - dobiegł do niej słodki głosik, który znała już z ogrodu.

- Mi wystarczy jedna, ale od właściwej osoby. Na szczęście mogę być o to spokojna - ten jedwabisty głos na pewno należał do dziewczyny, która wcześniej przedstawiła jej się jako Vivienne.

- Rozumiem. Może zdradzisz nam kim jest ta właściwa osoba?
- Na pewno go rozpoznacie. Nie będzie tam drugiego tak idealnego księcia... - w głosie Viviennie dało się usłyszeć wyraźną przyjemność.

Nie miała czasu na to, żeby słuchać tych pierdół. Wychyliła się nieco i zobaczyła, że wszystkie trzy stoją w taki sposób, że było bardzo prawdopodobne, iż nie zauważą jej, jeśli szybko się przemknie. Raz kozie śmierć, jak to mówią - pomyślała Lisa nieco histerycznie i poleciała jak najszybciej na dół.

- Słyszałaś to? - rozległ się głos nad nią, ale Elisabeth zignorowała go i pobiegła dalej. 

- Pewnie coś ci się wydawało. Wracając... - Vivienne najwyraźniej zirytowała się tym, że ktoś przewał jej wywód na temat księcia. Parsknęłaby śmiechem, gdyby nie to, że była tak zdenerwowana.
Na piętrze leżącym jeszcze niżej również znajdowały się pokoje, ale tam mogła usłyszeć jedynie szmer rozmów, wskazujący na to, że tutejsze lokatorki dla odmiany nie wybrały korytarza na doskonałe miejsce do pogaduszek. Na szczęście.

Elisabeth, kocham cię, wiesz o tym, prawda?

Na sam dół udało jej się dotrzeć już bez większych komplikacji. Problemy pojawiły się dopiero wtedy, kiedy znalazła na parterze i nie miała pojęcia, gdzie powinna skierować się dalej. Jak długo mogła tak błądzić? W końcu na pewno na kogoś wpadnie. Przełykając ślinę przemierzała korytarze, chowając się i umykając, kiedy tylko usłyszała z daleka szmer rozmów profesorów, kroki nimf lub dzwonienie wróżek. Starała się trzymać tej strony zamku, która, jak pamiętała, wychodziła na Akademię Zła, ale wciąż nie mogła niczego znaleźć. Serce biło jej coraz głośniej, stawiała większe kroki, oddychała szybciej i nieco urywanie. A niech to szlag. Trzy wróżki, trajkoczące wesoło, zauważyły jej rude włosy znikające za rogiem korytarza. Już wiedziała, że ją gonią, bo słyszała ich wściekłe brzęczenie. Nie - pomyślała z rozpaczą. - Dajcie mi więcej czasu! Gdzieś musi być wyjście na most! Całe szczęście na boisku nabyła szybkości i zwinności, więc wciąż udawało jej się uciekać w taki sposób, aby je zmylić, ale na pewno wkrótce wezwą resztę wróżek, może nawet nauczycieli, żeby poinformować ich o tym, że jedna z uczennic szwenda się po zamku, zamiast siedzieć tam, gdzie jej miejsce. Profesor Dovey wydawała się naprawdę miła... czy nadal taka będzie? Dzwonienie coraz bardziej się przybliżało, obok jej ramienia przeleciała jakaś dziwna, złota pajęczyna, przed którą zdołała się uchylić w ostatniej chwili. W akcie desperacji skręciła za róg w jakiś całkiem obcy jej korytarz i popędziła najszybciej jak tylko potrafiła, wpadając do jednego z kilku możliwych pomieszczeń, mając nadzieję, że to je zmyli. Zamknęła za sobą drzwi i rozejrzała się panicznie, może zdąży się schować...

O kurde. O kurde. 

Błagam... Idź stąd, zostaw moje dziecko...

 

W czasie w którym Lisa uciekała w panice przed wróżkami, w zbrojowni Aidan z uwagą słuchał tego, co mówi do niego Alan, jego nowy przyjaciel. Zagryzał wargi i kiwał szybko głową, pokazując mu tym, że rozumie, co chce przekazać. Na koniec uśmiechnął się po raz kolejny, tym razem trochę bardziej nieśmiało.

- Robin Hood to mój największy idol - powiedział cicho i nie dodawał nic więcej, bo przyszła pora na praktykę. 
Aidan starał się stosować do rad Alana, jednak przyjął je chyba nieco zbyt dosłownie. Prawie nie korzystał z miecza, cały czas podskakując i biegając wokół niego, unikając tych specjalnie powolnych uderzeń. Rzeczywiście był zwinny i szybki, jednakże gdyby Alan naprawdę go zaatakował, to najpewniej by mu nie wystarczyło. Kilkoro książąt po raz kolejny zaczęło przyglądać się temu z rozbawieniem, ale nawet jeśli którykolwiek z nich miał ochotę na rzucenie jakiejś prześmiewczej uwagi, to to, co stało się chwilę później, doskonale temu zapobiegło.

Drzwi otworzyły się gwałtownie i do środka wbiegła dziewczyna. Wszyscy przerwali swoje treningi i osłupieli, nie mogąc oderwać od niej wzroku i to wcale nie dlatego, że była jakoś niezwykle urodziwa, bo na pewno nie była. Po prostu niecodziennie spotyka się zadyszaną zawszankę, która w kapciach i koszuli nocnej wpada do zbrojowni książąt, których notabene w ogóle nie powinna jeszcze zobaczyć, a kiedy zauważa w końcu, gdzie trafiła, przełyka jedynie ślinę i uśmiecha się słabo, strzepując z twarzy niezbyt zadbane rude włosy.

- Możecie... pomóc mi się schować? 

Zza drzwi dobiegło do nich dzwonienie wściekłych wróżek, ale wciąż byli zbyt zaskoczeni, żeby zareagować. Jedynie Abraxas okazał nieco emocji, marszcząc z niedowierzaniem brwi. Piegowata dziewczyna westchnęła, słysząc, że wróżki próbują się tu dostać i podbiegła wystraszona do przodu, łapiąc po drodze Alana za ramię, tak naprawdę tylko dlatego, żeby nie potknąć się o miecz, który na jej widok upuścił Aidan.

Drzwi otworzyły się po raz kolejny i do środka wleciała cała chmura wróżek, a za nimi biegły trzy zdenerwowane nimfy. Ruda dziewczyna złapała wtedy jeden z leżących na stoliku mieczy i zamachnęła się nim niezdarnie, co jeszcze bardziej zszokowało chłopców. Nic jej to jednak nie dało, bo i tak nie potrafiła się nim posługiwać. Nimfy pochwyciły ją i szybko wyprowadziły na korytarz. W pewnym momencie zaprzestała nawet prób wyrwania im się, przyjmując minę człowieka, który raz już coś w tym stylu przechodził. 
Ani wróżki ani nimfy nie kłopotały się wyjaśnieniem tej sytuacji, po prostu zamknęły za sobą drzwi, pozostawiając chłopców w pełnej niedowierzania ciszy. Na ziemi wciąż leżał miecz, którym dziewczyna próbowała się obronić.

W końcu milczenie zostało przerwane przez cichy śmiech Eryka, jednego ze wzorowych książąt.

- A mówili, że nie zobaczymy dziewczyn przed Ceremonią.

Julian natomiast wyglądał jakby obudził się z transu i przykładał teraz opaloną dłoń do twarzy, wyglądając na zirytowanego.

- To godzi w mój honor, żeby dziewczyna w otoczeniu tylu książąt musiała sama chwytać za miecz...

Wszyscy odwrócili głowy w stronę Ambrosiusa, który prychnął i oparł się o ścianę.

- Ja tam myślę, że przesadzacie, nazywając to-to dziewczyną. Mam nadzieję, że większość tegorocznych księżniczek nie jest do niej ani trochę podobna, bo jeśli jest, to chyba jakoś przeboleję tę połowę punktów i nie zaproszę żadnej.

W zbrojowni rozległy się ciche śmiechy na ten żart, aczkolwiek nie dla każdego wydawał się on zabawny. Widać było to między innymi po zirytowanej minie Aidana i zmarszczonych brwiach księcia Juliana.

 

W porównaniu do tej sytuacji, atmosferę w pokoju numer 54 na wieży Czystość można by nazwać prawie spokojną, a to "prawie" było tutaj słowem kluczowym. Stephanie na początku zesztywniała, kiedy zobaczyła jaką współlokatorkę przypisano jej i Lisie, potem wybuchnęła śmiechem na jej wytworne powitanie, a następnie zdenerwowała się, gdy usłyszała, że nazwano ją "plebejuszką".
- Powinnaś się powoli przyzwyczajać. To pokój mój i Lisy. No i twój - dodała, krzywiąc się. - Poza tym, to chyba dość niemiłe nazywać kogoś innego plebsem. Moja mama ma własną baśń i własne Długo i Zawsze Szczęśliwie. To, że twoja jest szlachcianką nie czyni z niej kogoś lepszego, w naszym świecie najważniejsze są baśnie - powiedziała z przekorem, a potem wstała. - No ale dobrze, chyba powinnyśmy spróbować żyć w jakiejś zgodzie, nie? - odgarnęła włosy na plecy. - Po co ci aż tyle bagaży? Mi wystarczyła jedna torba.
Starała się, naprawdę starała, zachowywać uprzejmie i nie oceniać po pozorach. Ale, mówiąc szczerze, nie mogła się doczekać, aż wróci Lisa i będzie mogła porozmawiać z kimś normalnym. No właśnie.
Tylko gdzie ona była?

Edytowano przez Elizabeth Eden
0

Udostępnij ten post


Link do postu
Udostępnij na innych stronach

Alan

Nie wiedziałem jak do końca zareagować na to, co zobaczyłem. Aidan zupełnie źle mnie zrozumiał z walki mieczem przemieniło się to w jakąś zabawę w berka. Teraz wiedziałem, co musiał przeżywać Henryk, gdy dostał mnie pod swoje skrzydła. Dobrze pamiętałem ten dzień jak cały czas się przewracałem, gdy próbowałem machać mieczem. Niestety taktyka Aidana nie sprawiała abym, choć trochę się męczył. Obawiam się, że gdyby walczył z kimś na poważnie skończyłoby się to dla niego tragicznie. Był szybki, ale jednak to nadal było za mało. Niestety najwyraźniej będzie czekało nas sporo pracy. Chciałem nawet powiedzieć, że źle mnie zrozumiał i by zmienił swój sposób walki, ale nagle wszystko stało się tak szybko.

 

Zauważyłem jak drzwi stają otworem sądząc, że przyszedł tu kolejny książę lub jakaś nimfa z kolejną informacją. Ale nie było to żadne z nich, bo wbiegła tu dziewczyna ubrana w koszulę nocną jak i zwykłe kapcie. Patrzyłem na to będąc jak skamieniały. Czy to była księżniczka? Nie przypominała żadnej, którą kiedykolwiek poznałem. Nie byłem już nawet w stanie skupić się na Aidenie. Niedługo później usłyszałem jej pytanie. Prosiła o pomoc a nikt nie reagował łącznie ze mną, dlaczego? Nagle poczułem jej dłoń na swoim ramieniu nadal jednak będąc zamurowanym. Widziałem jak sięga po miecz jak próbuje się bronić a jednak została złapana. Rusz się mówiłem do siebie. No rusz się w końcu, ale mięśnie ani drgnęły i tajemnicza dziewczyna zaczęła powoli znikać tak jak się pojawiła. Czułem się okropnie ona się bała prosiła o pomoc a ja nawet nie zareagowałem. Wpatrywałem się dobrą chwilę w miejsce, za którym zniknęła mi z oczu aż zacząłem słyszeć słowa innych książąt. Powoli schowałem swój miecz do pochwy jak bym w jednym momencie stracił całą wolę walki a na mojej twarzy pojawił się delikatny uśmiech.

 

- Mówią, że człowiek przy narodzinach nie może mieć wszystkiego - powiedziałem chyba coś pierwszy raz w kierunku innych książąt tego dnia. - Wy jak widzę dostaliście opakowania - odparłem spoglądając na nich nadal z uśmiechem zaraz jednak moja mina spochmurniała. - Szkoda jednak, że zabrakło pewnego ważniejszego czynnika, jakim jest, choć gram intelektu. Ta dziewczyna była z jakiegoś powodu przestraszona a nikt z nas nie kiwnął palcem by coś zrobić. Po co nam cała ta nauka skoro nawet tego nie potrafiliśmy zrobić? A teraz jeszcze z niej drwicie? Jakież to żałosne - nagle spojrzałem na Aidena. - Wybacz utraciłem całą wolę walki

 

Stephanie

Komnata jej i Lisy? Chwila słyszała już wcześniej te imię. Kim była Lisa? Nagle przed oczyma zobaczyła kępę rudych włosów i zaczęła sobie przypominać te straszną dziewczynę z rana. Dlatego nie było tu walizek? Cała zbladła przerażona uświadamiając sobie to wszystko. Dlaczego ją tu przydzielono? Ona nie mogła z nimi mieszkać nie poradzi sobie. Sama nie wierzyła, że tak myśli, ale zaczynało jej brakować kuzyna. Chciała teraz uciec jak najdalej do domu. Musi porozmawiać później z panią dziekan o zmianie komnaty. Na razie jednak musi być spokojna i udawać tak jak zawsze to robiła jakoś się chwilę przemęczy. Jednak, gdy usłyszała, że powstała baśń o mamię tej dziewczyny niemal ją zatkało. Kto by chciał czytać o takich ludziach? Uśmiechnęła się w końcu delikatnie podchodząc do swoich walizek.

 

- Mówisz zupełnie jak mój kuzyn - odparła najbardziej ciepłym głosem, na jaki było ją stać. - On też przytachał tylko jeden kufer i nawet nie pozwolił go nosić służbie dasz wiarę? Również nie rozumiał, dlaczego tyle ze sobą zabrałam - spojrzała na torbę dziewczyny nie rozumiejąc, co tam mogła spakować. - Ale nadal ci nie odpowiedziałam. W jednej jest moja bielizna. W innej suknie wieczorowe a mówiąc o kolejnych to koszulę nocne, moje buty, suknie na poranek jak te na południe. No i oczywiście cała masa przyborów do upiększania się - ponownie spojrzała na Stephanie. - Może nawet będę ci mogła coś pożyczyć, co mogłoby i pomóc tobie - wcale nie chciała tego robić, ale na razie musiała dalej grać. Zmrużyła delikatnie oczy stojąc nad walizką i ponownie obróciła się do lokatorki z ciepłym uśmiechem. - Posłuchaj jestem pewna, że ktoś na uroczystości będzie rzucał charakterystyczną białą róże czy mogłabyś mnie powiadomić, gdy taką ujrzysz? Bardzo mi na tym zależy - odparła z niewinnym uśmiechem.

0

Udostępnij ten post


Link do postu
Udostępnij na innych stronach

Akademia Zła

Adelia od kilkunastu minut siedziała na swoim łóżku, obejmując ramionami kolana na których oparła głowę. Nie płakała, jej policzki bladły, a oczy nieprzytomnie wpatrywały się w okno za którym mieniła się kolorami Akademia Dobra. Czekała. Kiedy zjawi się tu Lisa? Nie mogła oczekiwać po niej nie wiadomo czego, to na pewno nie mogło być takie łatwe, a jednak... w ustach czuła gorzki posmak na samą myśl o tym jak wiele czasu już tu spędziła, od zrzucenia do szlamowatej fosy, po dotarcie do obskurnego pokoju. A jeśli Lisie się tam spodoba i już nie będzie chciała jej ratować? Zdrętwiała na samą myśl. Nie, na pewno nie. Ona nie chce być księżniczką, nienawidzi strojenia się i wytwornych przyjęć. Na pewno chciała wrócić do domu. Kochała swoją rodzinę, szczególnie małego Nathana. I na pewno troszczyła się też o nią, o cichą, nieśmiałą Adelię. Rozluźniła się nieco. Przecież były koleżankami. A może przyjaciółkami?

Kichnęła cicho i rozprostowała zdrętwiałe nogi. Miała już na sobie ciemny mundurek, który był zimny, śliski i nieprzyjemny, a do tego nieco za duży. Spróbowała jakoś się nim owinąć, żeby było jej cieplej, ale nic to nie dało i zaczęła na poważnie myśleć nad skorzystaniem ze śmierdzącego starością koca, na którym siedziała.

Spojrzała kątem oka na swoje współlokatorki. Praktycznie od początku cały czas ze sobą rozmawiały i wydawały się nawet polubić. W pewnym momencie przestała ich słuchać, bo historie, jakimi się wymieniały, napawały ją niepokojem i stresowały. Teraz jednak mimowolnie znowu zaczęła się im przyglądać.

- Wiesz co, chciałabym nawet, żeby się okazało, że moja kuzynka też trafiła do Akademii. Może wtedy powstałaby baśń w której ja byłabym wielką wiedźmą, a ona lisem, którego patroszę, a skórę wieszam sobie nad łóżkiem.

- Zło nie wygrywało w baśniach od bardzo dawna - odpowiedziała Judith grobowym tonem, skubiąc wystające nitki w swoim rękawie.

- Ale to chyba nie znaczy, że nie może, tak? Wystarczy odznaczyć się jakąś inteligencją. Moja matka jest leniwą idiotką, więc nic dziwnego, że przegrała - Margo naburmuszyła się. Od dłuższej chwili bawiła się w podpalanie skrawków papieru zapałką, a potem patrzenie jak popiół powoli opada na brudną pościel.

Adelia nie miała odwagi się odezwać, ale zacisnęła w ciszy usta, będąc lekko zdezorientowaną. Oczywiście, że zło nie mogło wygrywać. Na tym przecież polegały baśnie, tak? Każda musiała mieć szczęśliwe zakończenie, więc nie miała pojęcia po co uczniowie tej szkoły w ogóle się trudzą. Po raz kolejny wbiła wzrok w Margo i właśnie wtedy ich spojrzenia się spotkały.

- A ty? Adelia, tak? Powiesz coś o sobie, czy będziesz tak siedzieć jak ta sierotka?

Drobna dziewczyna przełknęła ślinę i pokręciła głową, ale i Judith i Margo wciąż się w nią wpatrywały. Wyglądały na nieco rozgniewane, ale tak było w sumie przez cały czas, do tego zauważyła też nutę znudzenia w ich oczach. Tak naprawdę pewnie nie chciały nic o niej wiedzieć, więc nie rozumiała dlaczego po prostu nie wrócą do ignorowania jej.

Przecież na pewno było po niej widać, że nie chciała się tu znaleźć.

 

W tym czasie w Wieży Szkoda Navin wpatrywał się w Thomasa z lekkim uśmiechem na twarzy. No proszę, być może nie będzie mu tak trudno zdobyć sympatii swoich współlokatorów. Życie w zgodzie było już połową sukcesu. Pokiwał głową i podciągnął bliżej kolana.

- Jasne, jak dla mnie to najlepsze wyjście. Nie ma sensu się kłócić, najważniejsze jest w tej chwili poradzenie sobie z zajęciami. W końcu zło nie wygrywało od ponad półtora wieku, nie? - westchnął, tym razem naprawdę szczerze. - Jestem ciekaw, czy... - przerwał, kiedy przypomniał sobie, że miał nie mówić złego słowa o Dyrektorze. Szybko pokręcił głową. - Nie ważne. W Lesie Stymfów rozmawiałem z paroma takimi, co też tu trafili. Z Hadrionem, Prismą i Elvirą... Hadrion i Prisma podchodzą do Akademii Zła tak jak wszyscy, bo pochodzą z rodzin nigdziarskich i mówią, że takie jest ich przeznaczenie. Ale Elvira powiedziała, że jest tutaj, bo doszła do wniosku, że chce tu być, zupełnie jakby to była jej decyzja, a nie Dyrektora Akademii. Ale wspomniała też, że jej rodzice nie są nigdziarzami. Pewnie dlatego była taka ładna - wzruszył jednym ramieniem, a potem zamilkł, bo uświadomił sobie, że jako nigdziarz nie powinien tyle nadawać. Może mam to po ojcu - pomyślał z przekąsem.

Edytowano przez Elizabeth Eden
0

Udostępnij ten post


Link do postu
Udostępnij na innych stronach

Thomas, Christian

Słuchając słów  Navina obaj się skrzywili jednak nie na pomysł o życiu w zgodzie a na to, że zło przegrywało za każdym razem już od półtora wieku. Thomas o tym słyszał, co prawda i dlatego nie był zadowolony, że go ściągnęli do tej akademii a on zapewne któregoś dnia zginie w baśni w jakiś kretyński sposób. Natomiast Christianowi ta prawda była bliższa. Wychował się w sierocińcu, ale zaraz po tym jak z niego uciekł i go spalił chciał znaleźć swych prawdziwych rodziców. Nie było to jednak z miłości chciał zemsty za to, że ci go tak porzucili. Jednak spóźnił się. Jego ojca powieszono za piractwo a matka spłonęła podobno na stosie. Tylko tyle się o nich dowiedział.

 

- Interesując - odparł Thomas słuchając historii Navina. Christian sam spojrzał ponownie na chłopaka z kapeluszem na twarzy zastanawiając się, co jest tak interesujące. - Moi rodzice też nie byli nigdziarzami a zostali po prostu zamordowani na moich oczach, gdy miałem 7 lat - odparł teraz jakby z krzywym uśmiechem. - Ironią losu jest, że mam się zapewne teraz szkolić na kogoś pokroju katów moich rodziców

- Nie jesteś rodowitym nigdziarzem? - spytał Chrsitian z niedowierzaniem.

- Najwyraźniej nasze czyny kształtują to, kim się staniemy a nie jak się rodzimy - teraz Christian bał się go bardziej, bo zastanawiał się, co takiego robił chłopak, który się nie urodził nigdziarzem, że go ściągnięto do tej akademii. Jednak nagle coś dotarło do chłopaka, który leżał pod kapeluszem. Ładna nigdziarka nieurodzona nią podobnie jak on nigdziarzem. Czy była tu naprawdę jakaś ładna wśród tych wiedźm? Nagle w jego głowię zapaliła się czerwona lampka. "Będziesz moim sługą". Te słowa uderzyły w niego z taką siłą, że ten nagle wstał jak poparzony, na co Christian lekko się cofnął.

 

- Elvira? - spytał patrząc na Navina bardzo ponurym wzrokiem. - Blondynka o niebieskich oczach z blizną? - spytał dalej na niego patrząc i nie zmieniając spojrzenia. To było niemożliwe nie mogło być. To mogła być każda nigdziraka na pewno nie ta. Christian spojrzał na Thomasa i lekko przechylił głowę jakby coś kojarzył i nagle sobie przypomniał dziewczynę, która podtopiła wcześniej chłopaka, którego teraz się bał. Gdyby wtedy tego nie widział nie miał by z tym problemu. Jednak nadal nie rozumiał skąd to jego zainteresowanie nią. Dziewczyna jak dziewczyna a nigdziarze się nie zakochują. Chyba, że wciąż nie był do końca nigdziarzem ciekawe pomyślał.

Edytowano przez Magus
0

Udostępnij ten post


Link do postu
Udostępnij na innych stronach

Akademia Dobra, dziewczęta

Światło z okna padało kolorami na niedbale przerzucone przez ramię włosy Stephanie, a na jej twarzy widniało osłupienie. Przesuwała wzrokiem od walizek i toreb do Sophie, jakby chciała się upewnić, czy to wszystko nie jest jedynie jakimś żartem. Na co komu była cała walizka koszul do spania? Suknie balowe? Przecież chodzili prawie tylko w mundurkach! W mniemaniu Stephanie potrzebna była tylko jedna, na ten przeklęty bal o którym wspominała jej matka. 

Uniosła jedną z opalonych rąk i niezręcznie podrapała się za uchem, starając się przyjąć zakłopotaną minę, żeby przypadkiem nie zacząć się śmiać i jej nie urazić. Musiała chociaż próbować, przecież będzie mieszkać teraz z tą dziewczyną przez miesiące. Dobrze, że trafiła jej się też Lisa, bo chyba by oszalała. W sumie może tak byłoby lepiej, pewnie odesłaliby ją wtedy do domu, tak jej się przynajmniej zdawało.

- Jaaasne - odpowiedziała ostrożnie, nie mogąc ostatecznie powstrzymać uśmieszku. - Tylko my chodzić będziemy głównie w mundurkach, więc nie wiem po co... no... ale nie ważne - skończyła w miarę ugodowo. - Nie chcę niczego od ciebie pożyczać - stwierdziła twardo, chcąc, żeby to było jasne. - Czuję się w swoim ciele dobrze. Co do twojego kuzyna to wydaje się być całkiem dobrym gościem - w każdym razie lepszym od ciebie, dodała w myślach. - A jeśli chodzi o różę, to w sumie mogłabym, tylko po co? Jeśli ci zależy, żeby ją złapać, to i tak będzie już za późno, no bo... sama wiesz.

Jej niezbyt składne(Stephanie nigdy nie była dobra w zmuszaniu się do uprzejmości) odpowiedzi zostały na szczęście przerwane. Na korytarzu rozległ się wściekły furkot wróżek. Chwilę później drzwi do ich pokoju otworzyły się i do środka została wepchnięta... Lisa? Co ona robiła przez ten czas, że teraz została tutaj siłą przyprowadzona? Nie wyglądała na poranioną, wciąż miała na sobie koszulę nocną i kapcie, ale jej wyraz twarzy oscylował pomiędzy kompletną rozpaczą, a gniewną wolą walki. Ruda dziewczyna oparła się o ścianę i zsunęła się po niej, siadając na ziemię i spoglądając na nie z niechęcią. Nie wydawała się nawet zdziwiona wystrojem pokoju, jakby zobaczyła już gorsze miejsca. Wróżki po raz ostatni groźnie zadzwoniły, a potem zamknęły drzwi i gdzieś odfrunęły.

- Lisa? - zapytała Stephanie, całkiem ignorując teraz Sophie. Zbliżyła się kilka kroków do swojej drugiej współlokatorki, a potem skrzyżowała ramiona. - Co ty próbowałaś zrobić? Nie mów mi, że naprawdę chciałaś się dostać do tamtej Akademii.

Lisa sapnęła ze zdenerwowania i podniosła się z ziemi.

- Tak, tak chciałam! Tam jest moja przyjaciółka, czy wy tego nie rozumiecie? Muszę ją uratować! Musimy wrócić do domu! Ja mam tam rodzinę, wszystko! Ta Akademia niszczy moje życie - mówiła gniewnie, wymachując rękami.

Stephanie na początku wyglądała, jakby zamierzała zacząć się z nią kłócić, na to przynajmniej wskazywały jej zmarszczone brwi i zaciśnięte usta, chwilę później jednak rozluźniła się i westchnęła.

- Lisa, ale wy nie możecie już wrócić do domu, proszę cię, zrozum to. Nie próbuj więcej dostać się do Akademii Zła, tam jest zbyt niebezpiecznie. Ktoś może ci zrobić krzywdę.

Stephanie momentalnie uświadomiła sobie, że nie powinna była tego mówić. Elisabeth zaczęła denerwować się jeszcze bardziej.

- No właśnie! No właśnie, tam jest niebezpiecznie, więc tym bardziej muszę uratować stamtąd Adelię!

- Nie możesz się z nią przyjaźnić, skoro ona jest zła - odpowiedziała jej, ale zrobiła to niemrawo, nieprzekonana. - Takie są zasady...

- A ty chyba sama w nie nie wierzysz, co? Poza tym, Adelia nie jest zła - rzuciła Lisa. Jej piegi na pobladłej skórze stały się jeszcze wyraźniejsze, dłonie i kolana drżały.

 

Ruda dziewczyna ostatecznie pokręciła szybko głową i spojrzała na Sophie. Nawet jeśli jej również nie spodobała się wizja mieszkania z taką księżniczką, to nie skomentowała tego słowem, wciąż przecież nie zamierzała się poddawać i zaakceptować swojej przynależności do świata baśni. Przeszła obok niej obojętnie i zbliżyła się do krystalicznie czystego okna. Widać z niego było mroczny zamek nad którym szalała burza, oraz zatokę i most, przy którym wznosiła się pojedyncza, cienka wieża.

- Co to za wieża? - zapytała zrezygnowana, wskakując na parapet i podciągając kolana pod brodę.

Stephanie z jakiegoś powodu wydawała się być nieco smutna, jakby nie spodobało jej się to, że Elisabeth, którą zdążyła już polubić, wzbraniała się przed swoim przydziałem jeszcze bardziej niż ona. Myślała o tym, że przecież ta dziewczyna naprawdę nie zobaczy już swojej rodziny, podczas gdy Stephanie wciąż mogła po ukończeniu Akademii wrócić do Lisiego Gaju. Oczywiście, jeśli w ogóle zda. Zaczęła czuć lekkie wyrzuty sumienia.

- Tam mieszka Dyrektor Akademii, przynajmniej według tego, co mówiła moja mama. Też kiedyś się tu uczyła.

Lisa ożywiła się lekko, w każdym razie dopóki nie przypomniała sobie swojego ostatniego spotkania z tym... człowiekiem? Jeśli w ogóle nim był. 

- Kiedy nas porywał nie miałam możliwości z nim porozmawiać, ale może w szkole zachowuje się inaczej. Jak mogę się do niego dostać? Mam poprosić nauczycieli, żeby mnie zaprowadzili, czy...

- No... wiesz... w sumie to nie wiem, czy w ogóle można się z nim spotkać.

Ruda dziewczyna prawie parsknęła śmiechem na bezsensowność takiej zasady. Przecież w Gawaldonie uczniowie bardzo często trafiali do Dyrektora, choćby za jakieś przewinienia, poza tym nauczyciele cały czas mieli z nim kontakt, no bo w końcu był ich szefem. Wiedziała, że nie była już w swoim rodzinnym miasteczku, ale to wciąż wydawało się być absurdalne. 

Właśnie wtedy zauważyła chmary wróżek, słabo widoczne w promieniach słońca, jak unosiły się nad wieżą, najwyraźniej jej chroniąc. Oparła dłonie o szybę i spojrzała w dół, aż zobaczyła jakieś potężne, uzbrojone sylwetki u jej podnóża. Czy Dyrektor fortyfikował się przed resztą szkoły?
- Po co ta cała ochrona? - zapytała w szoku, a Stephanie spojrzała ponad jej ramieniem.

- Wydaje mi się, że to nie chodzi o Dyrektora, tylko o Baśniarza. Ewentualnie o nich obu.

- Baśniarza? - dopytywała się Lisa.

O jak wielu niewyobrażalnych sprawach przyjdzie jej jeszcze dziś usłyszeć?

 

Akademia Dobra, chłopcy

Książęta wpatrywali się w Alana w niedowierzaniu i pewnego rodzaju złości. Abraxas odwrócił ostentacyjnie wzrok, Eryk prychnął pod nosem. Co dziwne, wyglądali oni raczej na zdziwionych niż obrażonych. Tak jakby nie spodziewali się, że Alan, którego na pewno kojarzyli jako dziedzica tronu jednego z królestw, zdecyduje się wystąpić przeciwko nim i to jeszcze poprzez haniebne szyderstwo. Uważali go za jednego ze swoich i nie spodziewali się takiego obrotu spraw. Z każdą chwilą przybierali jednak coraz wynioślejsze pozy, jakby nie zamierzali sobie pozwalać na to, żeby jakiś jeden dziwak naruszał ich godność.

- Skoro jesteś taki mądry, to powinieneś wiedzieć, że skoro tę... uczennicę, jeśli w ogóle nią jest, ścigały wróżki, to znaczy, że zrobiła coś złego. Zachowaliśmy się tak jak powinniśmy. Byliśmy posłuszni zasadom Akademii - Abraxas odezwał się w stronę Alana, z drobnym uśmiechem na idealnych ustach i unosząc nieznacznie swój miecz. - Nie mogliśmy pomóc komuś takiemu. Na pewno nie stanie jej się nic złego, to tylko wróżki, które pewnie zabiorą ją do nauczycieli albo odprowadzą do pokoju.

Większość książąt zgodziła się z Abraxasem, ale Julian wciąż wyglądał na nieprzekonanego. Zresztą nie tylko on. Chudy Aidan zacisnął pięści i zebrał się na odwagę:
- Ja się zgadzam z Alanem! Tak naprawdę nie macie pojęcia, co się z nią stanie ani dlaczego w ogóle uciekała. Chyba musiała mieć jakiś powód, tak?
Tym razem nikt nie wyglądał już ani na zaszokowanego ani zdenerwowanego. Co więcej, w zbrojowni rozległy się drobne śmiechy.

- No to tyle -  powiedział Ambrosius rozbawiony. - Nawet jeśli chciałem zastanowić się nad tamtymi słowami, to teraz widzę, że nie ma sensu.

Krótkim żartem pokazał domniemaną niższość Aidana nad innymi książętami i to jak bardzo nieistotne było dla nich to, co myśli.

Chłopak na początku tego nie zrozumiał, ale kiedy w końcu wszystko do niego dotarło skulił się nieco i posmutniał.

- Przepraszam, Alan - wymamrotał. - Mogłem się nie odzywać. Powinienem wiedzieć, że moje zdanie nie jest tak ważne, jak... - przełknął ślinę. - ...was wszystkich.

Edytowano przez Elizabeth Eden
0

Udostępnij ten post


Link do postu
Udostępnij na innych stronach

Alan

Wpatrywałem się cały czas w miejsce, za którym zniknęła dziewczyna. Nadal nie potrafiło dać mi spokoju, dlaczego uciekała? Każdy dobrze wiedział, że niema ucieczki z akademii a nawet, jeśli niema, do czego wracać. Każdy, kto został wybrany miał być tym zaszczycony pomimo możliwych konsekwencji. Sam również nie byłem szczęśliwy tu będąc, ale, do czego miałem wracać? Nawet gdybym zdołał uciec rodzice byliby wściekli za zmarnowane szanse dla naszego królestwa. Jednak nagle coś do mnie dotarło. Uciekałaby tylko osoba, która nie rozumie zasad akademii. Czy to była jedna z czytelniczek, o których czytałem? Powoli podszedłem do leżącego miecza, który upuściła by chwilę później powoli go podnieść i na niego spojrzeć. Zobaczyłem swoje zmartwione oczy odbite w klindze i powoli ją odłożyłem.

 

- Zasady z pewnością są ważne - odparłem w ich kierunku. - Jednak ona poprosiła o pomoc a my nie powinniśmy byli tego zlekceważyć - wciąż widziałem jej wystraszoną twarz przed oczami. - Być może czasem powinno się wybierać pomiędzy zasadami akademii, które zawsze mogą się zmieniać a naszym własnym kodeksem moralnym, który będzie nam towarzyszył przez resztę życia - niewiele mnie obchodziło, co mówili. Jeśli to do nich nie docierało to sami dawali sobą świadectwo. Spojrzałem na Aidana i położyłem mu dłoń na ramieniu.

- Umiejętności z pewnością wymagają u ciebie znacznej poprawy - odrzekłem ze słabym uśmiechem. - Serce jednak masz we właściwym miejscu a to ono może sprawić, że być może kiedyś dorównasz swojemu bohaterowi - ponownie obróciłem zmartwiony wzrok na miejsce gdzie zniknęła. Byłem naprawdę ciekawy, co z nią zrobili. Być może byłem zmartwiony o nią lub o to, że nic wtedy nie zrobiłem. Nie wszystko zawsze byłem w stanie zrozumieć.

 

Sophie

Wcale się nie spodziewałaby ta prosta dziewczyna była w stanie zrozumieć jej poczucie estetyki. Nigdy nie można było mieć zbyt małego wyboru strojów. Nawet, jeśli zwykle chodzą w mundurkach to były okazje gdzie musiała pokazać się w jak najlepszym stroju by pokazać swoją obecność. Słysząc natomiast, że dziewczyna nie chce skorzystać z jej życzliwości niemal parsknęła śmiechem jednak zdołała się powstrzymać. Skoro tak bardzo chciała nie zdać to jej sprawa. Przynajmniej szybciej się jej zwolni komnata. Poza tym, jeśli czuła się naprawdę dobrze z takim wyglądem to chyba naprawdę rzadko oglądała swoje odbicie w lustrze. Gdy jednak napomniała o Alanie zmrużyła lekko oczy. No tak takie zachowanie może się podobać tylko dziewczynie gorszej kategorii. Gdy jednak napomknęła o róży miała właśnie zamiar jej przedstawić powody, dla których musiała ją zdobyć. Co z tego, że je wymyśliła to było dla większego dobra.

 

Miała to zrobić, ale nagle skupiła swą uwagę na innym dźwięku niż głos swojej lokatorki. Wróżki? Co one tu robiły? Długo jednak nie czekała na odpowiedź widząc jak do komnaty wpada druga lokatorka. W sumie mogła się po niej spodziewać takiego wejścia. Ledwo zdołała powstrzymać chichot widząc te scenę. Jednak nic powiedziała tylko wyjęła ze swojej torby jakiś krem i perfumy siadając przed lustrem. Mimo wszystko słyszała każdy cal odbywającej się tu rozmowy. Po prostu nie była w stanie tego nie słuchać. Przyjaźni się z nigdziarką? Ponownie ledwo powstrzymała śmiech, gdy zamoczyła palec w kremie i zaczęła nim przesuwać sobie po twarzy. W sumie, czemu się dziwić. Sama wyglądała niemal jak wiedźma, ale pewnie Dyrektor zapomniał okularów w noc porwań. Jednak nie byłaby na pewno zła gdyby wróciła do tego swojego domu. Przynajmniej uwolniła by się od jej towarzystwa, które na pewno psuło jej wizerunek. Jak teraz wyjaśni innym, z kim musi mieszkać? Będzie musiała koniecznie po rozpoczęciu porozmawiać z dziekan by ją zabrała z tej komnaty. W końcu jednak nie wytrzymała i się odezwała.

 

- To oczywiste - odparła dalej smarując twarz kremem. - Dyrektora nikt nie widział od czasów wielkiej wojny i niema w tym nic dziwnego. W końcu lata mu już nie sprzyjają, więc izoluje się od innych pewnie odliczając ostatnie godziny i szukając następcy - powoli zaczęła się pryskać perfumami, których zapach zaczął ogarniać cały pokój spojrzała kątem oka na Lisę. - Coraz więcej zmysłów go zawodzi, więc chyba najwyższy czas - odrzekła z ciepłym uśmiechem. Chciała w ten sposób ukryć, że ma na myśli wybór Lisy na księżniczkę. - Z akademii niema ucieczki, ale nikt nie broni ci próbować to twoje życie. Jednak pamiętaj nie bez powodu puszcza jest bezkresna - znów się lekko uśmiechnęła. - Co do baśniarza to nie powinnaś się tym przejmować - tak chciała subtelnie podkreślić, że jej zapewne poświęci jedną stronę, gdy zostanie mogryfem. - Ale skoro jesteś tak ciekawa to powiem to tak właśnie on tworzy baśnie, które utrzymują nasz świat w całości i tylko najlepsi z nas dostaną własne baśnie. A teraz wybaczcie przed mną masa pracy by zwrócono na mnie należytą uwagę na rozpoczęciu - odrzekła wyciągając kolejne przybory kosmetyczne.

0

Udostępnij ten post


Link do postu
Udostępnij na innych stronach

Utwórz konto lub zaloguj się, by skomentować

Aby móc pisać komentarze, musisz być zalogowanym użytkownikiem.

Utwórz konto

Utwórz konto w naszej społeczności! To łatwe!


Zarejestruj nowe konto

Zaloguj się

Masz już konto? Zaloguj się tutaj.


Zaloguj się teraz