Elizabeth Eden

Brony
  • Zawartość

    2728
  • Rejestracja

  • Ostatnio

Reputacja

79 Bardzo dobra

O Elizabeth Eden

  • Ranga
    Eliza ;)
  • Urodziny 18 Wrzesień

Informacje profilowe

  • Płeć
    Klacz
  • Miejsce zamieszkania
    Polska
  • Ulubiona postać
    Twilight Sparkle

Ostatnio na profilu byli

8106 wyświetleń profilu
  1. Akademia Zła Chociaż Elvira i Thomas od początku domyślali się, co może być przyczyną tego nagłego zebrania, nie musieli też długo czekać na jasne potwierdzenie. Podczas, gdy wilki otoczyły grupę, warcząc coś ponuro pod nosem i machając biczami, większość uczniów wydawała się w ogóle tym nie przejmować i oddawać radosnym dyskusjom w swoich własnych grupkach. Gdzieniegdzie padały obelgi pod adresem Czytelniczki oraz (choć nieco ciszej) samej dziekan Crystal. Inni zastanawiali się, czy słaba Adelia naprawdę mogła wymyślić coś takiego, ostatecznie wzruszając ramionami i uznając, że nawet jeśli, to i tak nie zmieniało jej żałosnych wyników na lekcjach. Kilka osób stwierdziło, że w sumie nie ważne, czyja to wina, bo już od dawna mieli ochotę rozkwasić kilka ślicznych buziek po drugiej stronie Zatoki. Niewielu było nigdziarzy milczących; chyba jedynie Raver, wciąż trzymający się na uboczu, Judith, najwyraźniej czekająca na Margo oraz Alisa, z przekrzywioną głową słuchająca paplaniny Savy i Scarlett. Nic dziwnego, że także świeżo przybyła Elvira dość szybko zaczęła orientować się w sytuacji. - Adelia z Lasu za Światem... była przyczynkiem międzyszkolnej bitwy? - zapytała po krótkim wyjaśnieniu, jakie złożyła jej Kim - Nie spodziewałam się... - urwała i zmarszczyła brwi, wyraźnie niezadowolona. Chociaż nie żałowała wyprawy do biblioteki i znaczącej rozmowy z Thomasem, wciąż wolałaby zobaczyć to zdarzenie na własne oczy, tylko po to, by zdobyć lepszy materiał do analizy. - Gadanie... - syknęła Walburga, wcinając się w rozmowę. Długie włosy nigdziarki, które najwyraźniej rozplątały się podczas walki, wisiały wokół niej grubymi, czarnymi falami i tak naprawdę dopiero teraz można było dostrzec ich zadbanie i wytworny blask. Elvira zauważyła złośliwie ciekawskie spojrzenia, jakie posyłał w ich stronę posiniaczony Gilbert i zacisnęła z odrazą zęby - To, że dziekan tak powiedziała, nie znaczy, że tak jest - ciągnęła Walburga zirytowanym tonem; jej czerwone oczy lśniły morderczo - Widziałyśmy tę głupią Czytelniczkę. Żałosny kłębek łez i smarków. Nawet, jeśli miała z tym coś wspólnego, w co wątpię, to z pewnością czystym przypadkiem... W podobną rozmowę wciągnięty został Thomas, choć raczej nie z własnej woli. Gdy tylko trafił w tłum uczniów, natychmiast doskoczył do niego Navin. Chociaż niski chłopak miał spuchniętą wargę, potargane włosy i naciągnięty nieprzyjemnie rękaw tuniki, nie umniejszało to ani trochę jego ekscytacji. Podczas przytaczania współlokatorowi historii z Polany Navin ani razu nie przerwał, by pozwolić mu cokolwiek wtrącić, poza tym, jeśli akurat nie podskakiwał w miejscu, kiwał się szybko na palcach u stóp. Gadał jak najęty, zaczynając od samego początku, od Christiana, który z żałosnym wynikiem próbował zaatakować księżniczki. Potem, z zarumienionymi z podniecenia policzkami, przeszedł do Margo i jej kuzynki oraz ogólnej walki nigdziarsko-zawszańskiej za którą winą obarczona została Czytelniczka. Kiedy w końcu skończył, ledwo złapał oddech na wyduszenie podsumowującego pytania: - No i? Pewnie, żałujesz, że cię nie było, co? Chociaż słowa chłopca mogły kryć w sobie pewną arogancję, to błyszczące oczy i szeroki uśmiech wyraźnie wskazywały na to, że nie miał on złych zamiarów. Kilka chwil później wszelkie rozmowy umilkły, gdyż w Leśnym Tunelu zabrzmiały głośne kroki, warknięcia i coraz wyraźniejszy szloch; wszystkie te dźwięki wzmocnione dwukrotnie przez echo. Nigdziarze obserwowali z twarzami wykrzywionymi przez złość i złośliwość, jak wilki wprowadzają do Holu Adelię. Przy wielkim, brązowym potworze dziewczyna wydawała się być jeszcze drobniejsza i bledsza niż zazwyczaj. Jedynie twarz pozostawała różowo-sina od wstrząsającego nią bezustannie szlochu. Wystarczyło jedno spojrzenie na tę drżącą i dławiącą się własnymi łzami nigdziarkę, by po raz kolejny zwątpić w złowieszcze słowa dziekan Crystal. Wilki jednak nie pozwoliły, by pozostawała ona długo pod ostrzałem prześmiewczych spojrzeń, których i tak nie mogła zobaczyć przez zaciśnięte, zalepione powieki. Z pewnością dobrą decyzją było przeciągnięcie dziewczyny na bok i zatrzymanie przy sobie, zamiast wrzucenia w grupę zirytowanych uczniów, choć Adelia nie wydawała się nawet zwrócić na to uwagi. Po raz pierwszy nie zaprotestowała przed kontaktem z szorstkim, śmierdzącym futrem jednego ze strażników, ba, oparła się o niego, gdy przed oczami zatańczyły jej ciemne plamy. Ze wszystkich sił starała się nie zemdleć. Wiedziała, że nie przyniesie to niczego dobrego, w końcu nie mogła mieć pewności, co z nią wtedy zrobią. Po raz pierwszy od wielu godzin znów poczuła jak się ta przerażona, rozdygotana dziewczynka, dopiero co wrzucona do obrzydliwej fosy. Nie potrafiła już sobie przypomnieć, czy cała ta afera na Polanie naprawdę była jej winą; zresztą nawet nieszczególnie chciała. Jedynym pocieszeniem pozostawała Lisa, przyjaciółka, która obiecała ją stąd uratować. Lisa, którą także nazwali wiedźmą. Adelia zacisnęła powieki i wydała z siebie ciche westchnienie ulgi. Wytrzyma to. Będzie dobrze. Żaden z uczniów nie usłyszał już kolejnych, znacznie cichszych kroków. Wszyscy wrócili do zwykłego szumu rozemocjonowanych rozmów, z których najgłośniej przebijały się głosy Hadriona, Polluxa i Alarica. - Czyli jednak miałem rację i trafiła nam się dziekan-kretynka. Jak bardzo trzeba być ślepym, żeby na siłę szukać czegoś mocnego w Czytelniczce? Myślę, że ona to powiedziała specjalnie w ramach kary, żeby nas upokorzyć... - Pewnie spiskuje z Dyrektorem, obydwoje chcą nas zniszczyć... - Nic dziwnego, że zło przegrywa, jeśli dziekan zawsze stawia na takich uczniów...
  2. Akademia Dobra Przy wejściu do Leśnego Tunelu zarówno Klarysa jak i profesor Fence wyprzedzili dwójkę uczniów, nachylając się ku sobie i dyskutując cicho o tym, czego dopiero byli świadkami. Nauczyciel szermierki raz na jakiś czas odwracał głowę i posyłał Alanowi spojrzenia pełne zawodu, jakby spodziewał się po nim czegoś znacznie lepszego, szczególnie, że niecałe piętnaście minut temu książę odbył swoją pierwszą karę. Za zawszanami, w odległości kilku metrów, poszli pozostali nauczyciele Dobra, również wymieniający się uwagami. Wśród nich dostrzec można było uśmiechniętego łagodnie profesora Sadera, który trzymał przez cały czas wyciągniętą rękę, muskając palcami gałęzie oraz liście tworzące tunel. Lisa nie zwracała jednak uwagi na żadnego nauczyciela; z uporem wpatrywała się we własne pantofle i choć w oczach cały czas piekły ją łzy, tym razem nie pozwoliła im spłynąć. W głowie miała bolesną pustkę. Z jednej strony rozrywało ją od środka gwałtowne, nieokiełznane pragnienie wyrwania Adelii z Akademii Zła i wspólnej ucieczki do Gawaldonu, a z drugiej zdawała sobie sprawę, że nie może zrobić tego teraz, bo po prostu nie dadzą rady. Ta świadomość była gorsza od wszystkiego, czego już doświadczyła w tej szkole, do tego stopnia, że zaczynały dręczyć ją mdłości. Wzdrygnęła się zauważalnie, gdy Alan złapał ją za rękę, choć nie dlatego, że się go obawiała; po prostu tak mocno pogrążyła się we własnych myślach, że było to dla niej zaskoczeniem. Z zaciśniętym gardłem słuchała słów pocieszenia, nie do końca wiedząc, co mogłaby na nie odpowiedzieć. Raz prawie syknęła, zaciskając mocno zęby, gdy chłopak wspomniał o tym, by nie myślała o Adelii. Och pewnie, łatwo było mu mówić... szybko jednak przypomniała sobie, że nie miał na myśli niczego złego i chciał tylko pomóc, więc zmusiła się do przywołania na twarz wyraźnie sztucznego i napiętego uśmiechu. To było... miłe, słuchać jak Alan nazywa ją piękną i podkreśla, by uwierzyła w siebie. Problem był jednak taki, że Lisa wbrew pozorom wcale nie patrzyła na siebie krytycznie. Lubiła swoje gęste rude włosy, swoje piegi i swoje soczyście zielone oczy, bo to właśnie było krzyczącym dowodem na to, że jest członkiem swojej rodziny, z którą była tak bardzo związana, a o której sama myśl zaciskała się teraz pętlą na jej sercu. Mimo wszystko, była wdzięczna i okazała to poprzez lekkie ściśnięcie palców jego dłoni, zanim zdążył ją zabrać. - Co będzie, to będzie - odpowiedziała cicho, nieco zachrypniętym głosem. Bo taka była przecież prawda. Chociaż gdzieś w tyle wciąż głowy odczuwała strach przed tym, co może zrobić z nią Dyrektor, w obecnym stanie emocjonalnym nie potrafiła się tym tak naprawdę przejąć. Gdyby nie Adelia, czy mały, samotny Nonny, to pewnie byłoby jej całkiem wszystko jedno, a tak przynajmniej miała jeszcze jakikolwiek motyw do dalszej walki w spełnianiu durnych oczekiwań tej szkoły. Tylko co tak właściwie miałaby zrobić, by przekonać do siebie nauczycielkę?... pytanie szybko straciło na znaczeniu, gdy uświadomiła sobie, że nie zdążyła nawet zapytać Adelii jak ona radzi sobie w Akademii Zła. Uśmiech na twarzy Lisy załamał się, a potem całkowicie zniknął - Chyba dam radę - dodała poważniejszym tonem, a potem spojrzała na niego z ukosa - Jak to jest, Alan? Dziewczyny ciągle paplają o tym, jakim to zaszczytem jest w waszym świecie przydział do tej szkoły. Więc skoro dla wielu to taki zaszczyt, to dlaczego ten przeklęty Dyrektor nie może wybierać spośród tych, którzy naprawdę chcą tu trafić? Dlaczego ja? Dlaczego ty? Wyszli z Leśnego Tunelu na pachnący owocami korytarz, przez którego kryształowe okna wpadało niebiańskie, kolorowe światło, ale Lisa nie była w stanie zobaczyć w tym teraz żadnego piękna. Przygryzła mocno wargę i skuliła się wewnętrznie, gdy dotarło do niej, że za chwilę trafią do zatłoczonego Głównego Holu. Okrzyki "wiedźma" nadal były niezwykle wyraźne w jej uszach, tak samo jak wypełnione strachem i zdradą spojrzenia. Już samo wspomnienie sprawiało, że miała ochotę odwrócić się na pięcie i odejść. Kurde, o wiele lepiej zniosłaby, gdyby wciąż patrzyli na nią z niechęcią i odrazą; potrafiła radzić sobie z takimi opiniami, ale nigdy, przenigdy nie chciała wywoływać w kimkolwiek przerażenia. To było po prostu złe. Oczywiście nie mogłaby uciec, nawet, gdyby spróbowała, w końcu wciąż otaczali ich nauczyciele. Gdy jednak dotarli do Holu, szybko okazało się, że przynajmniej na ten moment nie będzie musiała znosić potępieńczych spojrzeń i okrzyków. Profesor Fawn chwilę wcześniej kazała wszystkim zgromadzić się w jedną grupę u podnóża kryształowego obelisku, a sama podleciała do góry i obserwowała ich z uwagą. Niemal każdy z nich szybko znalazł sobie własne zajęcie. Księżniczki, które, świadomie bądź przypadkowo, brały udział w bijatyce, z przerażeniem przyglądały się własnemu odbiciu w nieskazitelnie czystej podłodze, ze łzami w oczach przygładzając potargane włosy. Inne, takie jak Vivienne, czy Lucinda, otaczały poranionych książąt, wzdychając nad ich bohaterstwem, choć nie dało się przy tym nie zauważyć czerwonych śladów paznokci na jasnych policzkach Vivienne, które pokazywały wymownie jak bardzo bała się wcześniej o ukochanego. Edward, pomimo krwawiącej brwi, znalazł się blisko Sophie, upewniając, czy na pewno wszystko z nią w porządku. Nawet Stephanie nie zauważyła od razu ich przybycia, ponieważ jedna z nimf właśnie się nad nią nachyliła i przetarła mokrą chusteczką niedawno uleczony nos.
  3. Elvira Układała właśnie książki w ramionach, zdmuchując z nich nadmiar kurzu, gdy dotarły do niej słowa Thomasa. Naprawdę miała szczęście, że się wtedy nie zadławiła, choć w oczach stanęło jej kilka niechcianych łez, więc szybko odwróciła głowę i kilka razy odkaszlnęła elegancko w zaciśniętą pięść. Kiedy znów na niego spojrzała, z jej twarzy niewiele dało się wyczytać; była ona blada, chłodna i nienaturalnie wręcz stoicka. Pomimo starań nie zdołała jednak całkiem wyzbyć się zaskoczenia, które wciąż dało się zauważyć w jasnoniebieskich oczach. Już po raz kolejny tego dnia Thomas powiedział coś, czego mimo błyskotliwości nie potrafiła rozszyfrować od razu; było to równocześnie irytujące i nadzwyczaj ciekawe. Cichy głosik w głębi świadomości przypomniał Elvirze, że powinna teraz uśmiechnąć się w ten swój specyficzny, zimny i arogancki sposób, a potem rzucić drwiący komentarz o tym, jak to nigdziarz wyraźnie palił się do służenia jej. Zamiast tego zapadła pomiędzy nimi niekomfortowa, napięta cisza, w czasie której dziewczyna przyglądała się uważnie twarzy chłopca; jego ciemnym włosom, pełnym determinacji oczom i zaciśniętym ustom. Ona sama w panującej tu ciemności musiała wyglądać jak zjawa, jak zdradziecka wiła, tak oślepiająco jasna i piękna. W końcu jednak moment musiał przeminąć; Elvira uniosła powoli jedną brew i zapytała, całkiem poważnie: - Jesteś masochistą, czy księciem? - a potem, po kolejnej chwili ciszy - Choć to w sumie niemal to samo. Thomas nie zdążył dać żadnej odpowiedzi. W zamku rozległo się przenikliwe, wyraźne wściekłe wycie wilków, dobiegające jakby z niższych pięter i dziewczyna szybko wydedukowała, że najprawdopodobniej chodziło o Główny Hol. W jednej sekundzie wszystko inne straciło na znaczeniu. Tę rozmowę będą mogli dokończyć później, teraz jednak najwyższa pora, by wrócić do szkolnego życia i zrozumieć, co się wydarzyło. Według godzin podanych na planie lekcji obiad nie miał prawa się jeszcze skończyć. Nie, żeby Elvira żałowała, w końcu i tak nie zamierzała niczego jeść, jednak sama myśl, że posiłek mógłby zostać przerwany z powodu nieobecności jej i Thomasa, była nie do zniesienia. Nie chciała, by te śmierdzące wilki zbliżały się do niej bardziej niż to absolutnie konieczne; właśnie dlatego dość skrupulatnie przestrzegała regulaminu Akademii... a przynajmniej nie zamierzała łamać go w taki sposób, by ktokolwiek mógł ją o to oskarżyć. Zmarszczyła z niesmakiem swój drobny nos i spojrzała na Thomasa w zwyczajny, pełen dystansu sposób. - Powiedziałeś, że chodzi ci o zadanie dla profesora Sadera, więc bierz tę książkę, którą chcesz i chodźmy sprawdzić, co się stało - powiedziała surowo, choć z nutą dziwacznej satysfakcji w głosie. Och tak, chwila zdecydowanie przeminęła. Gdy zmierzali w stronę schodów, Elvira po raz kolejny złapała Thomasa władczo za ramię, tym razem nie posyłając mu już ani jednego spojrzenia ani komentarza. Pozwoliła, by zszedł na dół jako pierwszy, ale zrównała się z nim w drzwiach prowadzących na korytarzach. Pozostawili za sobą ciemną, śmierdzącą rozkładem bibliotekę; jedynym śladem ich obecności była wciąż dymiąca świeca na jednym z zakurzonych stolików. Mroczne i ponure korytarze Akademii Zła okazały się dla nich nieprzyjemnie jasne w porównaniu do ciemnicy, którą dopiero co opuścili. Mijali kolumny pełne okrutnych scen walk oraz popękane okna, za którymi malowało się metalicznie szare niebo. Elvira nie odzywała się i nie oczekiwała tego również od Thomasa, zbyt pochłonięta własnymi myślami i przewidywaniami na temat tego, co zostaną. A jeśli nieobecność na obiedzie jednak była karalna i trafią do Sali Udręki? Dziewczyna zmusiła się do wzięcia kilku uspokajających oddechów i dokonała szybkiej racjonalizacji. Z pewnością nie wysłaliby tylu strażników za dwójką niesfornych nigdziarzy. Prowadzeni powtarzającymi się co parę chwil wyciami i warknięciami dotarli na główne schody, a potem w dół, do Holu, dokładnie tak, jak przewidywała Elvira. Na jednym z wyższych stopni dziewczyna zatrzymała się raptownie, tym samym blokując drogę Thomasowi. Widok, jaki ujrzeli na dole, był jednak wystarczającym wytłumaczeniem. Nigdziarze, upchnięci w trzy szeregi, wytargani, poranieni, umorusani jedzeniem i bez wątpienia wkurzeni. Tę dziwaczną grupę otaczały wilki, strzelając ostrzegawczo biczami do każdego, kto próbowałby zwiać lub po prostu w jakiś sposób ich zirytował. Uwagę dziewczyny od razu zwróciły jednak trzy osoby; Raver, który stał najbardziej na lewo i w przeciwieństwie do pozostałych nie wyglądał jak ktoś, kto dopiero co opuścił pole bitwy, ciemnooka Judith, również w miarę porządna, wpatrująca się z zastanowieniem we własne dłonie oraz Kim, która pomimo krwawiącej wargi uśmiechnęła się szeroko i stanęła na palcach, by do nich pomachać, nie zwracając nawet uwagi na złowieszcze trzaski pejcza. Wszyscy wyraźnie na coś czekali i jedynym, co przychodziło Elvirze do głowy, była bójka na obiedzie, która pewnie wytrąciła z równowagi nauczycieli. Na to też wskazywał tragiczny wygląd uczniów. Zdecydowanie nie żałowała, że opuściła ten posiłek. Jeden z wilków, ten o ciemnoburym ubarwieniu, odwrócił się nagle, zauważając, że uczniowie z zainteresowaniem przyglądali się teraz czemuś na schodach. Kolejny ostrzegawczy trzask bicza, a potem agresywne pytanie; - A wy gdzie byliście?! Elvira wyprostowała się dumnie i wciągnęła powoli powietrze, unosząc wyżej trzymane w ramionach książki. - W bibliotece - odpowiedziała chłodnym tonem, ale wilk już odwrócił łeb, machając wielką, szponiastą łapą. - Do szeregu! Natychmiast! Dziewczyna zacisnęła usta, a potem powoli, z godnością, zaczęła schodzić na dół.
  4. Obiad Trudno było ocenić prawdziwą reakcję uczniów na wywód Crystal. Spętana i odesłana do Sali Udręki Margo wykrzywiła jedynie twarz w jeszcze głębszym wyrazie wściekłości, nadając rozmazanej krwi i łzom na swoich policzkach prawie groteskowego wyglądu. Zachowanie pozostałych nigdziarzy, spychanych teraz i wleczonych w stronę zamku przez wilki, pozostawało skrajnie różne. Niektórzy, tak jak Hadrion, czy Walburga, prychali ze złością, posyłając nienawistne spojrzenia nie tylko Adelii i Lisie, ale także wszystkim, których mijali. Inni, w tym Alisa i Eudon, wyglądali na niewzruszonych i obojętnych, jakby słowa dziekan nie poruszyły ich w żaden sposób i nadal uważali Adelię za słabe ogniwo, które wkrótce z pewnością pęknie. Ostatecznie, jak niby mogliby uznać za godną wiedźmę to szlochające i zasmarkane dziecko, które dławiło się własnym oddechem, przysięgając, że nie miało z tą bitwą niczego wspólnego. W czarnym tłumie zirytowanych nigdziarzy była też jednak pewna samotna postać, która co chwilę odwracała głowę i poważnymi, brązowymi oczami lustrowała dwie tulące się do siebie Czytelniczki. Dopiero gdy doszli do Leśnego Tunelu, Judith w końcu zdołała skupić uwagę na uczniach przed sobą; z jej ust wyrwało się jeszcze tylko krótkie, ledwo słyszalne westchnięcie. Nieco inaczej wyglądało to w przypadku zawszan. Chociaż niektórzy z nich, w tym Aidan i Stephanie, próbowali wrócić i posłuchać tego, co będzie dziać się dalej, nimfy i wróżki nie pozwalali im na to, tworząc mur i stanowczo wskazując drogę do białego pałacu. Po minach większości nie dało się jednak niczego odczytać; bladzi z przerażenia i oszołomienia, unikali spoglądania do tyłu, wymieniając szeptem gorączkowe uwagi. Z pewnością spora część nie uwierzyła w to co mówiła Crystal, nie tylko dlatego, że obie Czytelniczki budziły ich niepokój, ale również z powodu samego faktu, że wspomniana kobieta pełniła funkcję Dziekan Zła - a zło było przecież znane z kłamstw i mataczenia. Mimo wszystko, także i w grupie elegancko ubranych zawszan dało się zauważyć osoby ciche i zamyślone, w tym Damiena i Magdalene. Chłopak na początku złapał siostrę ochronnie za rękę, dopóki ta nie posłała mu zaskoczonego spojrzenia; wtedy zdał sobie sprawę, że nie było to zachowanie książęce i spłonął jasnym rumieńcem, zamiast tego oferując jej ramię. Polana wyludniała się powoli, pozostawiając jedynie nauczycieli, Czytelniczki i jednego upartego księcia. Profesor Fawn i Lady Lesso odłączyły się od grupy zaraz później, kierując do przeciwnych szkół, jako dodatkowo kontrola dopiero co wysłanych tam uczniów. Dziekan Klarysa Dovey podeszła bliżej Crystal, wciąż jednak zachowując odpowiedni dystans. Spojrzenie jej brązowych oczu było karcące i nieco ponure. Tak, prosiła koleżankę o pomoc w zaprowadzeniu porządku, ale nie oczekiwała, że tak brutalnie wytknie dziewczynkom prawdę i to na oczach całej szkoły. Można było to zrobić znacznie subtelniej i łagodniej. Już otwierała usta, by wyrazić swoje niezadowolenie na głos, gdy opustoszałą Polanę wypełnił okrzyk wściekłości tak gwałtowny i nagły, że wróżki ochraniające siedzibę Dyrektora zatrzepotały szybko skrzydłami i zbiły się w jedną grupkę. Małe strażniczki nie zwróciły nawet uwagi na to, że nie były jedynymi, których to zaskoczyło. Niewidoczna dla nich sylwetka w oknie wieży uniosła długopalczastą dłoń i zacisnęła ją w pięść, opierając na kamiennej framudze. To Lisa straciła nareszcie resztki kontroli nad sobą, nie mogąc już wytrzymać tych wszystkich okropieństw o które wraz z przyjaciółką zostały oskarżone. Widok Adelii, która najpierw obserwowała Crystal z rozchylonymi ustami i wyrazem szoku w oczach, a teraz zwiesiła się bezwładnie na ramieniu Lisy, chlipiąc cichutko i powtarzając jak mantrę słowo "przepraszam", bezdyskusyjnie złamał jej serce. Jak okrutnym trzeba było być, by nie zauważyć tych wszystkich cierpień, przez jakie przechodziła Adelia? Najpierw choroby i strach przed śmiercią, potem wredne dzieci w szkole, które nie rozumiały jej sposobu życia, a teraz absurdalny przydział do Akademii Zła i to. Ruda dziewczyna odczuła w całym ciele taką wściekłość wobec tej wiedźmowatej Dziekan i, przede wszystkim, wobec ich durnego, przebrzydłego Dyrektora, że niezwykle łatwo byłoby ją pomylić z nienawiścią. Oczywiście, jeśli tylko nie zwróciłoby się uwagi na to, jak ochronnie i delikatnie obejmowała wciąż swoją przyjaciółkę oraz na łzy, które zalśniły wyraźnie w kącikach zielonych oczu. - Przestań! - krzyknęła zdławionym głosem do okrutnej kobiety, sprawiając, że Adelia podskoczyła ze strachu i zaskoczenia - Przestań kłamać! To nie... ty... wy... - zaplątała się we własnych słowach, a potem zacisnęła pięści, przypadkiem przebijając sobie skórę paznokciami - Nic o nas nie wiecie! - wykrzyknęła w końcu, pozwalając łzom płynąć - Nic! To jest wszystko wasza wina! Nikt nigdy nie nazwałby Adelii wiedźmą, gdyby nie on... - wolną ręką pomachała w kierunku srebrzystej wieży, nawet na nią nie spoglądając - ...ten zamaskowany potwór! - profesor Dovey sapnęła z oburzeniem - Tworzycie sobie swój własny świat na kłamstwach!... Przez własne krzyki i roztrzęsienie nie zauważyła od razu jak profesor zmierza w ich stronę i jak Alan staje jej na drodze. Dopiero gdy czarne kruki rzuciły się w jego stronę, urwała i z niedowierzaniem obserwowała, jak otaczają go, wyraźnie sprawiając ból. Wyzwiska urwały się w połowie, zamiast tego z ust Lisy wyrwał się szept "Alan...". Posłała rozpaczliwe spojrzenie dziekan Dovey, ale kobieta jedynie zmarszczyła smutno brwi, nic poza tym nie robiąc. Najwyraźniej nie zamierzała wtrącać się w dyscyplinowanie innego nauczyciela. Zanim dziewczyna zdążyłaby choćby pomyśleć o uratowaniu księcia, kruki zaczęły krążyć także wokół nich, skrzecząc tak przenikliwe, że nie dało się tego wytrzymać... Adelia pisnęła i puściła przyjaciółkę, przyciskając mocno ręce do uszu, co oczywiście i tak w niczym nie pomogło. Lisa patrzyła z niedowierzaniem, jak drobna dziewczyna upada obok niej na kolana. Sama starała się za wszelką cenę utrzymać na nogach, chociaż przecież już zgięła się w pół z powodu tego całego bólu i drażniącego muskania czarnych skrzydeł... Zacisnęła na sekundę oczy, próbując bezskutecznie zebrać myśli... Alan na kolanach, pokonany... Adelia na kolanach, przerażona... Gdy tym razem uniosła nieco głowę, w zielonych oczach płonął najprawdziwszy ogień. Nie zastanawiała się nad tym co robi, gdy z trudem oderwała własne dłonie od uszu i natarła z całej siły na źródło irytującego dźwięku. Jakimś cudem zdołała przedrzeć się przez kruki, chociaż te zostawiły na jej mundurku niewielkie zadrapania i ślady dziobów. Jak przez czerwoną mgłę poleciała prosto na stojącą najbliżej dziekan Crystal, która oczywiście nie mogła się tego spodziewać. Lisa nie wyciągnęła pięści, nie próbowała zadać żadnego ciosu. W sumie nie była do końca pewna, co tak właściwie robi, chciała po prostu wyładować wściekłość, powstrzymać tą, która krzywdziła właśnie dwójkę tak ważnych dla niej ludzi. Wszystko skończyło się tym, że wpadła na wyższą kobietę, przydeptując przypadkiem jej długą, czarną szatę. To nie mogło skończyć się inaczej niż upadkiem Crystal, ale Lisa, na całe szczęście, nie rzuciła się na nią tak, jak wcześniej na Ravera. Po prostu stanęła, obserwując ją z góry, wciąż depcząc po materiale, dysząc z wściekłości... - ELISABETH! Nagle Lisa poczuła jak coś z całej siły podrywa ją do góry i odsuwa od mrocznej nauczycielki. To Klarysa Dovey wciągnęła różdżkę i machnęła nią krótko, sprawiając, że ruda dziewczyna zaczęła lewitować w powietrzu, niezdolna do żadnego ruchu. Kruki zniknęły, pozostawiając Adelię klęczącą na trawie i obserwującą to wszystko załzawionymi, niedowierzającymi oczami. Dziekan Dobra, zazwyczaj tak ciepła i uśmiechnięta, wyglądała teraz na prawdziwie rozsierdzoną. - Elisabeth, jak mogłaś zaatakować nauczycielkę? - wydusiła z siebie, zaciskając usta w wąską linię - Słowa nie wyrażą tego, jak bardzo jestem tobą zawiedziona. Najpierw te krzyki i wyzwiska, a potem brak pokory, by przyjąć godnie karę, jak przystało na prawdziwą księżniczkę - w oczach Lisy pojawiły się nowe łzy, gdy dziekan wyraźnie zasugerowała, że cierpienie Adelii było tak naprawdę jej winą - Crystal, naprawdę cię przepraszam - Klarysa zwróciła się teraz do koleżanki, wzdychając cicho - Myślę, że to najwyższa pora, by wreszcie zakończyć tę farsę. Zarówno Elisabeth, jak i Alan zostaną przeze mnie surowo ukarani za taki brak szacunku. Adelia to już oczywiście twój obowiązek - posłała krótkie spojrzenie trzęsącej się dziewczynie, wciąż z wyraźnie posiniaczonym policzkiem, teraz dodatkowo mokrym od łez - Ale lepiej nie traktuj jej zbyt surowo. Naprawdę wygląda marnie. Nikogo nie zdziwiło, że gdy tylko dziekan wypuściła Lisę spod zaklęcia i z powrotem postawiła na ziemi, ta natychmiast spróbowała ruszyć w kierunku Adelii. Tym razem zrobiła to jednak bardziej automatycznie, bez prawdziwej determinacji, jakby doskonale zdawała sobie sprawę, jak to się skończy. Istotnie, niemal natychmiast poczuła, że ktoś zaciska mocno dłoń na jej ramieniu, a kiedy uniosła głowę, zobaczyła surową i wyraźnie niezadowoloną twarz profesora Fence'a. - Myślę, że dobrze byłoby wykluczyć ją na dzisiaj z pozostałych zajęć, Klaryso - powiedział cicho, szarpiąc Lisą dość łagodnie na bok i kierując w stronę Leśnego Tunelu. - Nie mogę, Frederick - odpowiedziała nauczycielka zmęczonym tonem - Dostała już dwa ostatnie miejsca, więc to byłaby zdecydowanie zbyt surowa kara. Mężczyzna zmarszczył brwi i skinął krótko głową, pokazując Alanowi wolną ręką, że ma iść za nimi. Sama Lisa nie zwróciła uwagi na to, o czym rozmawiali. Nie pomyślała nawet o tym, że z pewnością powinna już zacząć się zamartwiać wynikiem następnych zajęć. Zamiast tego odwróciła głowę i rzuciła Adelii ostatnie, rozpaczliwie spojrzenie, w którym kryła się także determinacja. Miała wielką nadzieję, że dziewczyna zrozumiała, co chciała jej przekazać. Uciekną. Muszą jeszcze tylko przetrwać następne godziny. Wysoko ponad ich głowami, w miejscu niedostępnym dla uczniów i nauczycieli, ktoś zachichotał głośno sam do siebie.
  5. Elvira Tym razem szli o wiele ostrożniej, śladami bladego słońca, które opadało kilkoma zimnymi promykami na górne piętro biblioteki. Elvira nie odzywała się przez dłuższą chwilę, zamiast tego skupiając na analizowaniu otoczenia, czytaniu zaśniedziałych tabliczek na regałach i, przede wszystkim, kontrolowaniu wytrzymałości paneli po których stąpała. Obecność Thomasa mogła uspokoić większość jej nerwów, ale wciąż wolałaby w ogóle nie dopuścić do sytuacji, w której chłopak musiałby ją ratować; nie tak wcześnie, gdy mógł to jeszcze wykorzystać na swoją korzyść, zamiast zaakceptować jako symbol ostatecznej lojalności. Oczywiście po raz kolejny szła przodem. Jedną ręką ściskała mocno ramię swojego towarzysza, a w drugiej trzymała świecę, przy okazji łagodnie muskając łokciem balustradę. Wolała myśleć, że sposób, w jaki wędrowali, wskazywał na to, że to Elvira prowadzi Thomasa, ciągnie go za sobą jak prawdziwego sługę; unikała przypominania sobie o własnych słabościach, bo wtedy łatwiej było jej zachować pełnię emocjonalnej i umysłowej kontroli. Na uwagę o materacu jedynie lekko się uśmiechnęła, choć chłopak i tak nie miałby szansy tego zauważyć. Jego dalsze słowa wywołały w niej jednak dziwny rodzaj melancholii, prawie smutku, których nie odczuwała często. Nie współczucie. Oczywiście, że nie, tego typu emocje były całkowicie bezużyteczne i już dawno nauczyła się ich unikać. Nie przypominało to również zrozumienia. Ostatecznie nie mogła przecież powiedzieć, że jej życie było jakkolwiek podobne do życia Thomasa. Pochodzili z całkiem innych światów i Elvira była pewna, że na tę chwilę obydwoje nie potrafiliby do końca zrozumieć problemów i doświadczeń tego drugiego, co chłopak chwilę temu zdołał udowodnić. Dziewczyna była jednak więcej niż chętna, by spróbować; Thomas zdążył już zainteresować ją na zbyt wielu płaszczyznach. Nie wątpiła również, że to ona jako pierwsza dotrze do niego. Na tę chwilę czuła jednak dziwny rodzaj połączenia pomiędzy nimi. Gdyby miała wyrazić na głos swojego myśli, powiedziałaby pewnie "Dobrze, tak właśnie wyglądało twoje życie. Akceptuję to". Zamiast tego dotarła w ciszy do pierwszych bezpiecznych regałów, a potem odwróciła się do niego z cieniem uśmiechu na ustach i drapieżnym błyskiem w oku. - Po raz kolejny zdecydowałeś się wyjawić więcej faktów na temat własnej przeszłości. Jestem zaszczycona zaufaniem, które we mnie pokładasz - opuściła lekko powieki, jakby to, co miała za chwilę powiedzieć, nieco ją zastanawiało - Mimo wszystko, jestem pod wrażeniem. Dobrze rozegrałeś swoje karty, ale pamiętaj, że nie chodzi o to, by tkwić przy tym, co się dostało, ale o zwiększanie stawki, by ugrać jak najwięcej - po tym dziwnym stwierdzeniu, uniosła świecę, by oświetlić najbliższą tabliczkę. Historia Nikczemności Przyjrzała się dokładniej pokrytemu pajęczynami napisowi, a potem odetchnęła z satysfakcją. Nareszcie. To było prawdopodobne najbliższe działowi, który miała zamiar odnaleźć. Znacznie bardziej zadowolona byłaby, gdyby odkryła coś, co odnosiło się do historii ogólnie, a nie tylko do jej nigdziarskiej części, ale przecież każda z Akademii skupiała się jedynie na własnych specjalizacjach. Być może właśnie dlatego złu szło do tej pory tak beznadziejnie. Były takie dni w dzieciństwie Elviry, gdy zastanawiała się nad sensem podziału świata na dwie, tak różne części. Marzyła o zbudowaniu potęgi ponad kastami. Chciała być jak Dyrektor Akademii - bezstronna, wzbudzająca podziw i wszechwiedząca. Potem podrosła, by zrozumieć, że nawet Dyrektor jest zawszaninem lub nigdziarzem i że ostatecznie ona również będzie musiała dokonać wyboru. Nikogo nie powinno dziwić, że ostatecznie przeszła na tę stronę, która zapewniała największe swobody. Puściła w końcu Thomasa i zaczęła powolną przechadzkę pomiędzy książkami, przesuwając delikatnie opuszkami palców po zakurzonych brzegach. Właśnie zwróciła uwagę na jeden ze starszych egzemplarzy Historii Puszczy profesora Sadera, zaraz potem unosząc dłoń i z niesmakiem oglądając szare, podłużne ślady, które poznaczyły bladą skórę. Otrzepała je bez zastanowienia, ale zaledwie chwilę później z jej ust wyrwało się kolejne cmoknięcie irytacji, gdy na jednej z szafek zauważyła też martwą mysz. No naprawdę, czy ktokolwiek w ogóle zaglądał do tej części biblioteki? Wkrótce zdołała jednak zauważyć książkę, która przyciągnęła jej uwagę. Nigdziarze przeciw zawszanom - historia wzlotów i upadków. Nie minęło wiele czasu, a już przejrzała uważniej najbliższe regały i wyciągnęła dwie kolejne, oczyszczając je z kurzu i wkładając pod pachę. Tytuł pierwszy, razem z "Bardzo, BARDZO dawno temu... czyli dziekan VanRootney o zła zwycięstwach" oraz "Spod zaklętego pióra - co wiemy o pierwszych baśniach?" zdecydowanie będą dla niej wystarczającą lekturą na ten tydzień, potem może tu wrócić i poszukać czegoś więcej. - Myślisz, że skoro nikogo tu nie ma, to mamy pozwolenie na wyniesienie tych książek z biblioteki bez pytania? Nie chciałabym nagle trafić do Sali Udręki, bo nauczyciele zapomnieli nam o czymś wspomnieć - mruknęła, marszcząc lekko brwi. Nawet nie zauważyła, jak bardzo zdawkowe i proste było to skierowane do Thomasa pytanie, ponieważ wciąż skupiała się raczej na przeglądaniu starych okładek.
  6. Obiad Raver z niezadowoleniem był zmuszony przyznać, że atak rudej Czytelniczki go zaskoczył. W pierwszej chwili nie zdołał nawet zauważyć, co tak właściwie wpadło na niego z takim impetem i posłało ich obu na ziemię. Dziewczyna wbiła mu twarde kolana w brzuch i bez wahania zacisnęła paznokcie na twarzy, całkiem boleśnie, choć raczej nie zwrócił na to większej uwagi. Przez ułamek sekundy poczuł nawet swego rodzaju podziw, bo ostatecznie nie spodziewał się, by ktokolwiek miał odwagę zaatakować go w ten sposób, a już na pewno nie dziewczyna i to jeszcze zawszańska. Wszystko jednak błyskawicznie przeminęło, gdy dziewczyna zaczęła syczeć do niego jakieś wściekłe, poplątane zarzuty. Furia pasowała do niej doskonale, niszczyła mdłą otoczkę miłej księżniczki, jednak to wciąż nie było to, na co liczył. Cała ta złość i agresja miała swój początek wyłącznie w trosce o przyjaciółkę. Żałosne. Wykorzystując nieostrożność Czytelniczki, zacisnął na jej szyi swoje długie palce, z zadowoleniem obserwując jak z intensywnie zielonych oczu znika pewność siebie i determinacja, zastąpione przez słodki, pierwotny strach. Próbowała sięgnąć dłonią do szyi, jednak jego uścisk okazał się zbyt mocny. Rozchyliła lekko usta, ciemne źrenice zrobiły się jeszcze większe i ciemniejsze, gdy w panice zdała sobie sprawę, że nie może oddychać. Widział jak słabnie jej opór, spojrzenie staje nieostre i zrezygnowane, ale nie błagalne, nigdy nie błagalne. Ani przez chwilę nie zobaczył na jej twarzy uległości, co doprowadzało go równocześnie do wściekłości i satysfakcji. Już wiedział, że zrobi wszystko, by pewnego dnia ujrzeć ją zrozpaczoną i całkowicie zdaną na jego łaskę. W tej chwili jednak zadowolił się tym kruchym życiem, które właśnie ściskał w garści. Krzyki rozszlochanej Adelii, drugiego interesującego przypadku, tylko wszystko potęgowały. Pod palcami czuł szybki, trzepotliwy puls i twardą krtań. Tak naprawdę wystarczyło tylko, by lekko docisnął paznokcie, wbił je w ciepłą tętnicę albo jeszcze bardziej zniekształcił drogi oddechowe, a dziewczyna opadłaby na niego bez życia. Wiedział, że nie może tego zrobić, nie w Akademii, ale ta myśl i tak napełniała go iskierkami przyjemności, kumulującymi się bezpośrednio w jego kroczu. Gdy jednak w końcu miał zamiar poluźnić uchwyt na gardle dziewczyny, odrzucić ją od siebie i obserwować jak spazmatycznie łapie oddech, z jego ust wyrwał się wściekły syk bólu. Tym razem zimna furia ogarnęła go już od samego początku. Nie wiedział kto ośmielił się tak mocno uderzyć go w bok i odebrać mu śliczną zabawkę, ale po raz pierwszy od dłuższego czasu poczuł morderczą chęć, by spopielić tego człowieka do końca, zostawiając jedynie poczerniałe kości. Chłopak, książę, jak dało się rozpoznać po mundurku, podniósł go bezceremonialnie na nogi i zaczął szarpać, najwyraźniej wytrącony z równowagi. Usta Ravera wygięły się w niewielki grymas obrzydzenia, ale oczy pozostały zimne i bez wyrazu. Pomimo wyraźnego bólu w okolicach żeber, brał głębokie, szybkie wdechy, zastanawiając nad tym, gdzie zaatakować. Idiota zasługiwał na każde cierpienie za to, że dotykał go w tak arogancki sposób i zniszczył ten wspaniały moment obezwładniającej kontroli sprzed kilku sekund. Lodowata wściekłość była co prawda zbyt wielka, by mógł skupić się wystarczająco na wygenerowanie płomienia, ale i tak czuł ciepło oraz mrowienie, spływające coraz intensywniej po jego dłoniach. Korciło go, by złapać chłopaka mocno za bladą twarz, patrzeć jak skóra z sykiem staje się czerwona i pokryta bąblami, ale to z pewnością zapewniłoby mu Salę Udręki, a nie po to tak skrzętnie zaplanował sobie zabawę na uboczu, poza wzrokiem nauczycieli, by teraz to wszystko zaprzepaścić. Zamiast tego położył więc dłoń na jego sercu; rozwścieczony książę zorientował się, że jego mundurek znika pod napływem gorąca dopiero wtedy, gdy wszystkie warstwy jego ubrania przepaliły się na wylot. Zanim jednak wydarzenia zdążyłyby potoczyć się w znacznie ciekawszym kierunku, na Polanie rozległ się wysoki i pełen irytacji głos zawszańskiej dziekan; nauczyciele najwyraźniej w końcu zdecydowali się zainterweniować, chociaż było już przecież po wszystkim. Obojętnie patrzył jak chłopak odchodzi i wraca do Czytelniczek. Elisabeth, Adelia... i Alan, tak zwróciła się do niego ruda dziewczyna. Trójka przyjaciół... albo raczej dwójka. Jego twarz wykrzywił bardzo mroczny i podejrzanie zadowolony wyraz. W tym czasie Lisa opierała się ciężko o pniak, jedną ręką przyciskając do boku Adelię, wciąż chlipiącą w białe wstążeczki na jej mundurku. Oszołomienie powoli zaczęło mijać, pozostawiając ją z kilkoma okropnymi rzeczami do przemyślenia. Po pierwsze, chwilę temu otarła się o śmierć, a przynajmniej tak to odczuła, gdy przed oczami zamajaczyły czarne plamy, a dźwięki i krzyki stały odległe i nienaturalnie przeciągłe. Po drugie, to Alan ich uratował i teraz zbliżał powoli, żeby sprawdzić jak się czują; nawet nie próbowała spojrzeć na czającego się za nim nigdziarza, w głębi duszy mając nadzieję, że chłopak po prostu ich już zostawi i zniknie. Po trzecie i najważniejsze; zostawiła tutaj bojaźliwą Adelię samą na pastwę bitwy, która bez wątpienia przeraziła ją do tego stopnia, że schowała się na uboczu i została tu złapana przez jakiegoś obrzydliwego złoczyńcę. Piekące łzy po raz kolejny domagały się ujścia, więc znów zamrugała wściekle, żeby je powstrzymać. Przełykanie śliny bolało, miała wrażenie, że na jej gardle już zaczęły tworzyć się pierwsze siniaki. Bezwiednie wsunęła dłoń we włosy Adelii i zaczęła je łagodnie przeczesywać, równocześnie spoglądając na Alana. - Chyba tak - odpowiedziała cichym, ochrypłym i zupełnie nie podobnym do siebie głosem, przez który przebijała się niepewność - Chyba już wszystko w porządku. Dziękuję za pomoc - zamilkła i przyłożyła czoło do czoła przyjaciółki, mając nadzieję ją nieco uspokoić - Już dobrze, Adelia. Jestem tutaj. Przepraszam, nie zostawię cię tak nigdy więcej - obydwie wiedziały, że to niemożliwe, że za kilka chwil rozejdą się do całkiem różnych zamków, ale Adelia nic nie odpowiedziała, tylko wyciągnęła chude ramiona i owinęła je mocno wokół jej szyi, nie zważając na pokrywające ją siniaki. Lisa zacisnęła zęby z bólu, ale nic nie powiedziała. Gdzieś z tyłu rozlegały się oburzone głosy nauczycieli i uczniów, ale Lisa oni w ogóle nie zwracali na nich uwagi. Na piegowatej twarzy Lisy pojawiły się nagle wrogość i ostrożność, ponieważ nigdziarz ruszył się z miejsca; nie próbował on jednak zbliżyć się do nich, tylko powolnym krokiem ruszył w stronę tłumu po drugiej stronie Polany. W jego ciemnych oczach tliła się satysfakcjach i chociaż szedł dziwnie zgięty, najwyraźniej nadal przeżywając skutki obitego żebra, na jego twarzy nie pojawił się najmniejszy nawet wyraz bólu. Zatrzymał się tylko na sekundę, żeby posłać im niewielki, okrutny uśmiech. - Pilnuj swojej Czytelniczki, Alanie - powiedział cicho. - Jeśli nadal będzie pchać się na nie swoje terytorium, może stać jej się krzywda - przejechał językiem po zębach. Chociaż nawiązywał tylko do tego nagłego wtargnięcia na stronę nigdziarską, dla nich zabrzmiało to o wiele gorzej, nawet jeśli starali się zamaskować szok - Adelio... do zobaczenia w szkole - jego uśmiech stał się ostry, a oczy rozszerzyły szaleńczo. Chwilę później już go nie było. Adelia, która do tej pory ani na chwilę nie oderwała twarzy od szyi Lisy, podniosła nagle głowę i spojrzała na nią, cała pobladła i z oczami pełnymi przerażenia. Ruda dziewczyna zacisnęła zęby tak mocno, że nie zdziwiłaby się, gdyby któryś popękał. Sama była przerażona, ale nie chciała tego pokazywać przyjaciółce, kiedy ta potrzebowała wsparcia. Oparła tylko dłonie na jej mokrych policzkach i powiedziała stanowczo "Nie bój się", ponieważ było to wszystko, na co zdołała się zdobyć. Tak naprawdę nie mogła przecież zapewnić Adelii, że nic jej się nie stanie, tak jak nie mogła zgłosić tego nauczycielom, w każdym razie nie tym z tamtej Akademii. Wątpiła, by ich to zainteresowało, skoro pozwalali uczennicy chodzić z takim siniakiem na policzku. Tym razem już nie była w stanie powstrzymać tych kilku łez bezsilności, które spłynęły po jej twarzy, ale zadbała, by wciąż wyglądać na dzielną i zdeterminowaną. Po chwili przeciągającego się milczenia podała przyjaciółce rękę i obie wstały. Sposób, w jaki dziewczyna przyciskała się do niej histerycznie był dla Lisy jednym wielkim wyrzutem sumienia. Spojrzała na Alana i posłała mu niewielki, wymuszony uśmiech. - Chodźmy zobaczyć co się dzieje - szepnęła i razem ruszyli w stronę Polany, skąd znów zaczęły dobiegać krzyki, tym razem na szczęście nie okraszone żadną bitwą. Stanęli z boku, tak by widzieć zarówno nauczycieli, jak i to, co działo się na środku stworzonego przez uczniów półkola. Widok, jaki ujrzeli, sprawił, że Lisa wciągnęła głośno powietrze i na sekundę zacisnęła powieki z żalu. Adelia jedynie zadrżała i schowała połowę twarzy pod ramieniem przyjaciółki. Profesor Dovey wystąpiła krok do przodu, obserwując wielkimi oczami wymianę zdań pomiędzy dwiema skrępowanymi dziewczynami. Jedną z nich była Stephanie i to właśnie jej widok tak bardzo zszokował Lisę. Nic dziwnego, biorąc pod uwagę tę twarz pełną zakrzepłej krwi i zadrapań, dziwnie przekrzywiany nos, rozczochraną fryzurę oraz łzy, które skapywały tak gęsto, że zmoczyły jej już praktycznie cały przód mundurka. To, że była przytrzymywana mocno przez jasnoniebieską nimfę ani trochę nie przeszkadzało jej w wykrzykiwaniu ochryple i z desperacją: - Dlaczego ty mi to robisz?! Co ja ci takiego zrobiłam?! Po drugiej stronie niedoszłego pola bitwy wilk ściskał surowo rudą wiedźmę, Margo, pod której okiem znajdowało się ciemnofioletowe limo; jej policzki również były zmoczone łzami, jednak w tym przypadku wyglądało to o wiele bardziej wściekle, idąc w parze z obnażonymi gniewnie zębami. - Ty suko! Jak śmiesz gadać takie... Co ty mi zrobiłaś?! Co zrobiłaś?! Zabawiałaś się ze mną, a potem odrzuciłaś jak szmacianą lalkę! To była twoja decyzja, a teraz wszystkim mówisz inaczej! Myślisz, że jesteś taka cudowna i... - Nieprawda! - twarz Stephanie wykrzywiła się brzydko, a z jej oczu wypłynęły kolejne łzy. Obie krzyczały tak głośno, że nie zdziwiłaby się, gdyby usłyszał to Dyrektor w swojej wieży - To ty odeszłaś ode mnie! Chciałam, żebyś została, ale ty mi tylko ciągle wszystkiego zazdrościłaś! - ZAMKNIJ SIĘ! - krzyknęła nagle Margo, szarpiąc się tak mocno, że prawie wyrwała się wilkowi -NIENAWIDZĘ CIĘ! Te ostatnie słowa sprawiły, że Stephanie zaniemówiła i zaszlochała głucho, przykładając dłoń do twarzy i jeszcze bardziej rozcierając na niej krew. Ten płacz, krew i złość były bolesne do obserwowania. Lisa miała ochotę podbiec do swojej współlokatorki, żeby jakoś ją pocieszyć, ale wiedziała, że nimfa na pewno na to nie pozwoli. W napiętej ciszy obserwowali jak profesor Dovey unosi wysoko rękę z różdżką i wysyła w niebo kolorowe iskry, które co prawda nie wzleciały zbyt wysoko, ale skutecznie zwróciły uwagę uczniów z powrotem na nauczycieli. - Dość - powiedziała dziekan surowo, a potem odwróciła się i podeszła szybko do poranionej Stephanie - Pokaż się, dziecko, jesteś cała we krwi. Margo także wyraźnie zaczynała tracić determinacje. Sama również była poraniona, jednak nie zwróciła na to uwagi; zwiotczała w łapach wilka i wbiła spojrzenie w ziemię, próbując powstrzymać ciągle napływające łzy. Lady Lesso, która stała wyprostowana jak struna zaraz obok dziekan Crystal, uniosła głowę i spojrzała po uczniach; wielu z nich miało podarte mundurki, rozwichrzone włosy i ślady zadrapań na twarzy. - Jeśli dobrze zrozumiałam, cała bitwa zaczęła się od ataku Margo na Stephanie? Tak? - widząc, że zawszanie kiwają gorączkowo głowami, a nigdziarze syczą do nich wojowniczo, zmrużyła oczy i kontynuowała chłodnym tonem - W takim razie uczennica powinna zostać... - urwała, jakby nagle sobie coś uświadomiła, a potem złożyła ręce za plecami i spojrzała wyczekująco na dziekan Crystal. Margo, która najwyraźniej w końcu uświadomiła sobie, jaka czeka ją teraz kara, uniosła szybko głowę i spojrzała zaczerwienionymi oczami na nauczycieli. - To nie moja wina, że Stephanie to obrzydliwy kłamczuch, który rozpowiada jakieś wymyślone historie, żeby straszyć innych - powiedział jadowitym tonem - Adelia mi o wszystkim opowiedziała. A ja jej mówiłam, żeby tam nie szła, bo wszystkie księżniczki to perfidne zdrajczynie. Wspomniane księżniczki wydały z siebie ciche okrzyki oburzenia. Niczego jednak nie można było przyrównać do wyrazu szoku, który pojawił się na twarzy Lisy. Odsunęła nieco głowę, żeby spojrzeć na Adelię, która pokręciła szybko głową i znowu zaczęła płakać. Nie wiedząc, gdzie szukać odpowiedzi, ruda dziewczyna spojrzała na Alana i zapytała bezgłośnie "Co się stało?", nawet jeśli wiedziała, że chłopak nie będzie w stanie na to odpowiedzieć. Stephanie, której dziekan zdążyła już naprawić magicznie nos, a teraz próbowała oczyścić twarz z krwi, odsunęła się nagle do tyłu, żeby móc rozejrzeć gorączkowo po uczniach. Gdy jej wzrok spoczął na Lisie, zrobiła zrozpaczoną minę i również pokręciła głową. - To tak nie było, Lisa. To zupełnie nie było tak - powiedziała głośno i chrapliwie. Ruda dziewczyna nie wiedziała, co mogłaby odpowiedzieć, więc nie powiedziała nic, obserwując z niedowierzaniem tłum uczniów. Wszyscy, zarówno nigdziarze jak i zawszanie, patrzyli teraz prosto na nich. Nie miała pojęcia, o co chodzi, komu wierzyć i chyba zakręciło jej się w głowie. Po przeciągającej się chwili ciszy Adelia w końcu nie była w stanie wytrzymać dłużej tego okropnego napięcia. Od momentu ataku Ravera nie odezwała się ani słowem, ale teraz przylgnęła mocno do przyjaciółki i zaczęła mówić, szybko, urywanie, ale wystarczająco głośno, by usłyszeli ją wszyscy. - Przepraszam, przepraszam, ja nie chciałam, nie wiedziałam... Po prostu... oni na mnie patrzyli tak nieprzyjaźnie, więc ja im powiedziałam o tym, że chyba uważają mnie za wiedźmę, bo już nie mogłam wytrzymać tłumienia tego w sobie. I wtedy Stephanie powiedziała, że jak ja w ogóle tak mogę mówić, że coś sobie ubzdurałam i...i... - usta Stephanie ułożyły się w niemal idealnie "o", gdy obserwowała z niedowierzaniem szlochającą nigdziarkę - I było mi tak przykro, że sobie przypomniałam Margo... ja wiem, że ja nie powinnam o tym wspominać, ale po prostu przypomniałam sobie, że ją też tak uznała za wiedźmę... - Ruda nigdziarka, wciąż ściskana przez wilka, obserwowała Adelię w ciszy. Wszyscy wydawali się wstrzymać oddech - I ona się wtedy wkurzyła i zaczęła na mnie krzyczeć... - pociągnęła nosem - Wystraszyłam się i uciekłam stamtąd. Nie miałam dokąd pójść, więc wróciłam do nich, bo one mają ze mną pokój - machnęła ręką w nieokreślonym kierunku - I ja płakałam i one się zapytały czemu, a ja powiedziałam... Lisa, ja nie wiedziałam, że to tak będzie, naprawdę... - nic więcej nie mogła już z siebie wydusić. Kątem oka zauważyła profesora Sadera, który stał niedaleko przerażonej profesor Fawn i obserwował ją spokojnie, chociaż przecież nie powinien nawet móc stwierdzić gdzie dokładnie stoi. Równocześnie ją to zdenerwowało i zmartwiło, więc owinęła drżące ramiona wokół przyjaciółki i mocniej do niej przylgnęła. Musiała jej uwierzyć. Oczywiście, że musiała, znały się tak długo... Prawie westchnęła z ulgą, gdy poczuła ciepłą rękę we włosach. - Adelia... - szepnęła Lisa cicho, niepewnie, ale zanim zdołałaby dodać coś więcej... Krzyki podniosły się wszystkie naraz, a najwięcej dobiegało ich ze strony uczniów, których jak do tej pory zdążyła naprawdę polubić. - Co? Adelia, jak możesz tak kłamać? I to swojej przyjaciółce! - wybuchła Stephanie, po raz kolejny wyglądając na bardziej złą niż smutną. - Dokładnie! - dodał Aidan, który znikąd pojawił się przy zawszance. Jego szczęka była lekko zapuchnięta i posiniaczona, a w zazwyczaj przyjemnych oczach widniała wyraźna irytacja. Profesor Dovey opuściła powoli różdżkę i zaczęła się im dokładnie przysłuchiwać, jakby miała nadzieję zrozumieć, co naprawdę się tu wydarzyło. - Och, więc teraz to ona kłamie, tak? - parsknęła Margo i znów podjęła próbę wyrwania się wilkowi - Królowa fałszu oskarża innych o kłamstwo, coś takiego. Wilk, który ją przytrzymywał miał już najwyraźniej dość tej ciągłej szarpaniny, bo potrząsnął nią mocno i warknął "Cicho!". Lisa spróbowała przełknąć ślinę, ale zdała sobie sprawę, że jej usta całkiem wyschły. - No właśnie, bądź cicho! - krzyknął nagle Aidan do nigdziarki, nawiązując do słów wilka - I tak wam nikt nie uwierzy! Obydwie jesteście siebie warte! Wiedźmy! - syknął, bezwiednie łapiąc Stephanie za rękę. Nie zabrzmiał ani złośliwie ani szyderczo, tylko desperacko, jakby za wszelką cenę chciał zrobić coś, żeby wynagrodzić jakoś swoją wcześniejszą niemoc, przez którą ucierpiała jego koleżanka. Z ust Lisy wyrwał się okrzyk oburzenia i bólu, jakby te słowa bardziej zraniły ją niż Adelię, drżącą teraz jak osika i unikającą spoglądania na kogokolwiek. Niektórzy nauczyciele wyglądali, jakby mieli zamiar się wtrącić, ale zdążyła ich uprzedzić. - Przestań, Aidan! Adelia nie jest wiedźmą! - wykrzyknęła i choć jej głos nadal był ochrypły po dopiero co przebytym ataku, była zbyt poruszona, by w ogóle zwrócić na to uwagę - Wierzę, że Stephanie nie zraniłaby jej umyślnie, ale Adelia jest po prostu bardzo wrażliwa i mogły przypadkiem się nie zrozumieć. Jest jej przykro, nie widzisz tego?! - skinęła głową na przyjaciółkę, która znów wypłakiwała się w jej ramię. Stephanie zmarszczyła rozpaczliwie brwi i zakryła twarz rękami. Aidan jednak nie zamierzał odpuścić i uniósł wyzywająco brodę, nie odrywając od nich rozeźlonego spojrzenia. - Słuchaj, Lisa, lubię cię, ale musisz zrozumieć, że to ona... - machnął dłonią na Adelię, która zadrżała - ...zachowała się okropnie. Nie było cię tutaj, nie wiesz, jak to wyglądało... - Ale my wiemy! - krzyknął nagle jakiś damski głos i wszyscy się odwrócili, żeby spojrzeć kto to. Emeralda, której wspaniałe złote loki zostały potargane brutalnie przez któregoś z nigdziarzy, wystąpiła krok do przodu, zaciskając usta w wąską linię. Wyraźnie była wyprowadzona z równowagi, a jej wtrącenie się do rozmowy sugerowało, że miała także dość tej bezowocnej wymiany zdań i chciała, żeby to wszystko w końcu się skończyło. - My wiemy jak było! - dodała dobitnie, a profesor Dovey przechyliła lekko głowę - Najpierw ruda Czytelniczka sprowadziła nigdziarkę na naszą stronę, a potem sobie poszła i zostawiła ją bez nadzoru. Nigdziarska Czytelniczka uciekła i zaczęła wygadywać innym nigdziarzom wszystko co o nich mówimy w tajemnicy i tak się właśnie zaczęła ta bitwa - zakończyła z dramatyczną pewnością siebie - A to oznacza, że to ich wina i ta cała Adelia na pewno jest wiedźmą, bo tylko wiedźmy potrafią wywołać takie zamieszanie. Lisa zacisnęła pięści, jakby miała ochotę do niej podejść; na miejscu trzymała ją tylko rozdygotana Adelia, która znowu zaczęła szeptać coś o tym, że wcale tego wszystkiego nie chciała. Zanim ruda dziewczyna zdążyłaby ujarzmić swoje oburzenie na tyle, by być w stanie cokolwiek z siebie wydusić, do krzyków dołączył kolejny głos, tym razem Ambrosiusa. - Ale pamiętaj, że to nie tylko Adelia! Skoro ta cała Lisa jej pomagała, to na pewno sama też jest wiedźmą! Podobno nawet Rybki Życzeń przed nią uciekają! Nie zdziwiłbym się, gdyby obie to zaplanowały! Niektórzy uczniowie, zarówno po zawszańskiej, jak i nigdziarskiej stronie, zaczęli kiwać głowami na zgodę. Któryś książę wrzasnął "Wiedźmy!" i niektórzy zawtórowali mu tym samym. Prawie wszyscy patrzyli teraz na nie nieprzyjaźnie i już nie tylko Adelia wtulała się w przyjaciółkę, bo Lisa również ciasno do niej przylgnęła, czując kolejne łzy pod powiekami. Jeszcze nigdy nie czuła się tak zdradzona, jak w tej chwili. Niedaleko nich, o drewnianą ławkę opierał się Raver, obserwując roztrzęsione dziewczyny z okrutnym uśmiechem. Lisa odniosła wrażenie, że połowa szkoła rzuciłaby się w ich stronę, gdyby nie profesor Dovey, dla której to wszystko zaczynało już najwyraźniej wybiegać za daleko. - Koniec! Uspokójcie się wszyscy i bądźcie cicho! Crystal, pomóż mi! - odwróciła się na sekundę, żeby złapać z koleżanką krótki kontakt wzrokowy - Jeśli chodzi o moich zawszan; bardzo ci się dziś na was zawiodłam i nawet nie łudźcie się, że za to, co się tu stało, nie czekają was zbiorowe konsekwencje - spojrzała na nich surowo; większość miała na szczęście na tyle przyzwoitości, by skulić się w sobie - Nie macie prawa nazywać drugiej księżniczki "wiedźmą" i podważać w ten sposób decyzji Dyrektora - jej głos lekko się zachwiał i Crystal na pewno wiedziała dlaczego; ostatecznie same napisały dziś do niego list, w którym powątpiewały w jego osąd - Jako, iż pokazaliście nam dzisiaj, że jesteście jeszcze zbyt niedojrzali, by próbować z wami rozmawiać, gdy jesteś w jednej grupie, wysłuchacie tego, co mamy wam do powiedzenia po powrocie do własnych zamków - spojrzała na dziekan Zła, żeby sprawdzić, czy się z tym zgadza - Elisabeth, proszę, puść koleżankę i chodź tutaj - dodała nieco bardziej suchym tonem. - Adelia to moja przyjaciółka, a nie koleżanka! - odparła natychmiast Lisa, pomimo całego oszołomienia, które właśnie odczuwała. Tego wszystkiego było już po prostu za wiele, czuła wyraźne początki pulsującego bólu głowy... - I nie zamierzam jej zostawiać! Albo ona idzie ze mną albo ja nie pójdę nigdzie! - dodała i tym razem zabrzmiało to o wiele bardziej wojowniczo. Klarysa Dovey westchnęła głęboko i spojrzała wymownie na Crystal.
  7. Elvira Jeszcze przez dłuższą chwilę Elvira nie wydusiła z siebie ani słowa, obserwując dziurę w podłodze z niepokojącą wręcz intensywnością, jakby za wszelką cenę próbowała dojrzeć, co znajduje się pod nią. Tak naprawdę wcale jej jednak nie widziała. W głowie dziewczyny zawirowało, gdy z przerażającą dokładnością odtworzyła sobie przed oczami inny scenariusz - taki, w którym spada w nieskończoną ciemność, chwilę później roztrzaskując pomiędzy regałami biblioteki. Prawie słyszała chrzęst pękającej czaszki, czuła pod palcami ciepłą krew, spływającą powoli do jednej z porzuconej książek, wsiąkającą w jej pożółkłe kartki. Tym razem zatuszowała wzdrygnięcie znacznie lepiej niż wcześniej. Naprawdę musiała wziąć się w garść, ostatecznie nic wielkiego się nie stało. Lęk wysokości był tylko obrzydliwą słabością, której wciąż nie zdołała się wyzbyć. Ustabilizowała drżące kolana i zamknęła na sekundę oczy, biorąc głęboki, uspokajający wdech. Spokój spłynął na nią jak wiadro chłodnej wody. Gdy zdała sobie sprawę, że przylgnęła do Thomasa tak mocno, że czuła na karku jego oddech, poczuła się nieswojo i niewygodnie. To nie miało tak wyglądać. Bliski kontakt fizyczny stosowała tylko w takich przypadkach, w których mógłby on być korzystny dla jej aktualnych celów. Tak w każdym razie było od czasu odesłania z miasta Trish, jedynej przyjaciółki, jaką kiedykolwiek miała. W tym przypadku Elvira nie kontrolowała biegu zdarzeń, cały ten odruch był kompletnie nieplanowany, więc jak najszybciej się odsunęła, zamiast tego łapiąc Thomasa za ramię i mocno, niemal karcąco, zaciskając wokół niego szczupłe palce. To nie tak, że wciąż się bała, po prostu... zawsze lepiej było zachować przezorność. Tym razem z odpowiedzią zwlekała znacznie dłużej. Przyglądała się twarzy Thomasa, samej pozostając jak najbardziej beznamiętną, nie wyrażając zewnętrznie żadnych emocji ani myśli. Po tamtym żałosnym pokazie słabości nie zamierzała po raz kolejny dać po sobie czegokolwiek poznać; w jej głowie działo się bowiem całkiem sporo. Pytań było wciąż więcej i więcej, a odpowiedzi nie dorastały do standardów. Jak to możliwe, że dopiero co poniżyła tego chłopaka, nazywając jego zachowania głupimi i nawiązując do zmarłych rodziców, co z pewnością musiało być dla niego tematem niewygodnym, a zaledwie kilka sekund później otrzymała od niego tak dokładną propozycję wsparcia? Stereotypowy nigdziarz w tej sytuacji raczej z rechotem zepchnąłby ją do przerażającej wyrwy (nie, zdecydowanie nie powinna sobie tego wyobrażać...). I choć wiedziała już, że Thomas nie był typowy, inaczej by go przecież nie wybrała, to jego dziwaczna zmienność zachowań osiągała momentami poziom zakrawający o absurd. Zmrużyła błękitne oczy i rozejrzała się wokół, analizując otoczenie (przy tym umyślnie omijając wzrokiem dziurę). Potem znów skierowała uwagę na nigdziarza. - W najlepszym - odpowiedziała chłodno na jego pytanie, unosząc wyzywająco jedną brew - Nie potrzebuję twojej troski - zaakcentowała to słowo umyślnie - Byłam jedynie zaskoczona. Myślę, że najlepiej będzie, jeśli przejdziemy bokiem, jak najdalej od tej wyrwy. Nie ma sensu pchać się do tamtych półek, gdy możemy obejść piętro dookoła przy balustradzie, a potem dostać się do nich z drugiej strony - brzmiała dość surowo, ale ostatecznie nadal do końca mu nie wybaczyła. Zanim zdążyłby wysunąć rękę z jej dłoni, ścisnęła go mocniej palcami, odwracając przy tym głowę, by nie widzieć jego zaskoczonego spojrzenia. Mimo wszystko nie mogła się powstrzymać; naprawdę nie chciała go puszczać, wciąż mając w pamięci przerażające uczucie pustki pod stopą. Miała jednak dziwne wrażenie, że jeśli byłby to ktokolwiek inny niż Thomas, to po prostu przełknęłaby gulę w gardę i z uporem ruszyła dalej samotnie i bez żadnej pomocy. Nie, żeby miała zamiar pozwolić tak nagle upaść całemu swojemu wizerunkowi; zanim ruszyli dalej, rzuciła więc jeszcze zgryźliwy komentarz: - Jeżeli już mam spaść, to wolałabym, żebyś spadł razem ze mną.
  8. Obiad Judith rzuciła Adelii ostatnie, ostrożne spojrzenie, a potem pomknęła cicho za Margo, starając się nie ściągnąć na siebie niczyjej uwagi. Skulona za pniakiem Czytelniczka sprawiała wrażenie, jakby cała ta sytuacja ją przerastała i marzyła tylko o tym, by znaleźć się gdziekolwiek indziej. Judith nie wątpiła w to, że dziewczyna jest zrozpaczona, ale nie mogła też pozbyć się wrażenia, że coś jej umykało. Zupełnie jakby patrzyła na niekompletną układankę, niewykończony eliksir. Adelia nie mogła przewidzieć reakcji Margo, była zasmarkana i wystraszona, tak bardzo potrzebowała pocieszenia, że zwróciła się po nie do kogoś, do kogo zwracać się pewnie nie powinna. Wybuch ich rudej współlokatorki zdecydowanie ją przeraził - nie chciała na to patrzeć, była zbyt słaba, żeby zareagować. Logiczne, ale Judith wciąż miała wrażenie, że została perfidnie zmanipulowana. Z jednej strony powinna chyba przyspieszyć i powstrzymać Margo przed tym kretyńskim atakiem, ale z drugiej... co jej do tego? Jeśli nabrała ochoty na zemstę, to niech ją przeprowadzi, szła za nią tylko dlatego, żeby ewentualnie załagodzić sytuację, gdy stanie się zbyt intensywna. Nic więcej. Prawdopodobnie Margo i tak zostanie wcześniej złapana przez wilki i wtrącona do Sali Udręki, ale to także nie martwiło Judith - ruda wiedźma powinna ponosić konsekwencje swoich czynów, jak każdy inny. A może skradała się teraz na stronę zawszan z całkiem innego powodu? Może nie chciała zostać sama w towarzystwie Czytelniczki? Co za beznadziejnie skomplikowana sytuacja... Stanęła bardzo blisko ławki zawszan, ale nikt nie zwrócił na nią uwagi. Nic dziwnego. Margo zbliżyła się do nich, tak naładowana wściekłością, że jej skołtunione, puszyste włosy prawie puszczały iskry. Ze swojego miejsca widziała dokładnie, jak Stephanie odwraca się i blednie, natychmiast podrywając na nogi. Twarz dziewczyny wykrzywił groteskowy wyraz złości i bólu, zupełnie jakby Margo już zdążyła ją ciężko pobić, chociaż nawet nie podniosła jeszcze ręki. - Czego tu chcesz? Wynoś się stąd - głos zawszanki załamał się w taki sposób, jakby również została w dzieciństwie oblana wrzątkiem. Siedzący obok chłopak, chudziutki i piegowaty, także wystrzelił do przodu, osłaniając ochronnie swoją koleżankę. Judith pomyślała, że Margo odepchnie go bez najmniejszego problemu i nie myliła się. Zanim zdołałby się pozbierać, ruda wiedźma, bez żadnego przywitania i wytłumaczenia, uniosła pięść i przywaliła swojej kuzynce prosto w nos. Stephanie wydawała się na to przygotowana, wyciągnęła szybko ręce, próbując ją zatrzymać. Judith była w tej chwili nawet nieco pod wrażeniem siły swojej współlokatorki, na której najwyraźniej nie zrobiło to żadnego wrażenia. Obydwie upadły na ławkę; samotna butelka z sokiem przewróciła się i potoczyła na ziemię. Chłopak krzyknął i próbował zareagować, ale ani jego koleżanka ani Margo nie wyglądały na chętne do przerwania tej walki. Stephanie już zaczęła się bronić i zacisnęła palce na zniszczonych włosach kuzynki, z całej siły próbując ją z siebie zrzucić, jednak Margo bez najmniejszego problemu po raz kolejny uderzyła ją w twarz. Coś do siebie warczały, gorączkowo, urywanie, ale nie dało się tego usłyszeć z tej odległości. Przerażony chłopak w końcu oprzytomniał i mocno kopnął wiedźmę w biodro, co sprawiło, że ta na chwilę straciła rezon. Dzięki temu Stephanie zdołała odepchnąć ją w końcu od siebie i obydwie poleciały na trawę, dysząc wściekle i cały czas ściskając się za nadgarstki i ramiona. Ludzie w końcu zauważyli co się dzieje; ktoś krzyknął, pewnie dlatego, że cała twarz zawszanki pokryta była krwią, która spływała powoli na jej słodki, różowy mundurek. Wykorzystując szansę, chłopak próbował złapać wiedźmę za ramiona i odepchnąć ją jak najdalej od Stephanie, ale wtedy Margo skierowała swoją uwagę na niego i z zaskoczenia uderzyła go pięścią w podbródek. Krzyki narastały. Zawszanka pomimo bólu wrzasnęła "Zostaw go!" i rzuciła się na rudą wiedźmę, co sprawiło, że znów potoczyły się na trawę. Krzyki narastały, Judith miała wrażenie, że słyszy też ujadanie wilków. Pomimo tego nadal stała i obserwowała to wszystko beznamiętnie, jak kamienna figura. Gdy przechyliła nieco głowę, dostrzegła coś równie interesującego; inna zawszanka, ciemnooka i ciemnowłosa, także stała przy stole i patrzyła na walczące dziewczyny. Ich spojrzenia spotkały się na sekundę i Judith odczuła z nią dziwną nić porozumienia, bo chociaż pochodziły z przeciwnych szkół, obydwie dzieliły teraz tę samą rolę - milczącego obserwatora. Wzrok księżniczki przesunął się nagle na coś ponad jej ramieniem; dziewczyna westchnęła głęboko i zmarszczyła dziwnie brwi, jakby coś wprawiło ją w bardzo intensywny smutek. Judith odwróciła się, żeby spojrzeć, o co chodzi. I wtedy właśnie rozpętało się piekło. __ Vivienne szczebiotała coś wesoło do swojego księcia i przyjaciółki, pozwalając, by co kilka chwil Abraxas karmił ją łagodnie kawałkami sałatki. Constantine już nie wróciła, ale przy stole i tak panowało łagodne ożywienie. Edward rozmawiał cicho z przyjacielem o dopiero co minionej lekcji szermierki, a choć ani Lucinda ani Vivienne nie próbowały wciągać Sophie na siłę do rozmowy, obydwie rzucały jej co chwilę krótkie spojrzenia - o wiele bardziej przyjazne, niż to wcześniejsze. Gdy Sophie powiedziała, że nie jest głodna, dziewczęta zamilkły na chwilę, a potem szybko wróciły do rozmowy, najwyraźniej nie chcąc wprawiać jej w zakłopotanie. Inaczej było w przypadku Edwarda, który spojrzał na nią z wyraźnym zmartwieniem. - Jesteś pewna, księżniczko? Następny posiłek odbędzie się dopiero wieczorem - powiedział, używając oficjalnego określenia prawdopodobnie z powodu towarzyszących im zawszan. Szybko się jednak okazało, że żadne z nich nie będzie miało okazji zjeść niczego więcej. Lucinda przeglądała się właśnie w srebrnej łyżeczce, próbując poprawić wymyślną fryzurę, gdy jej wzrok powędrował nieświadomie do przodu, na to, co działo się za plecami Edwarda i Sophie. Krzyk, jaki z siebie wydała, brzmiał nienaturalnie; dziewczyna ta przecież nigdy wcześniej nie podniosła głosu i to właśnie to tak zaalarmowało wszystkich wokół. Widok, jaki ich czekał był przerażający. Wiedźma przyciskała do ziemi zakrwawioną Stephanie, a gdy chłopak próbował ją obronić, jego również uderzyła w twarz, najwyraźniej całkowicie pochłonięta furią, jak doprowadzony do ostateczności drapieżnik. Inni zawszanie także to zauważyli; dziewczęta kuliły się w sobie, a chłopcy na kilka chwil zaniemówili, najwyraźniej nie dowierzając w to, co widzą. Jako pierwszy poderwał się Damien z imieniem swojej siostry na ustach. Bez zastanowienia i strachu ruszył w jej stronę; księżniczka Magda stała niedaleko całej tej sytuacji, w zdecydowanie zbyt bliskiej odległości do kolejnej nigdziarki, która zdołała najwyraźniej przemknąć tu niezauważona. Zaraz potem wstali książęta: Ambrosius, Eryk, Leon, Abraxas... Niektórzy ruszyli już wściekle, w obronie jednej ze swoich (nawet, jeśli była ona wybitnie dziwaczną księżniczką), ale zdołali zrobić tylko kilka kroków, gdy zawarczały wilki. Nimfy także stanęły w pogotowiu, choć wyraźnie czekały, aż nigdziarscy strażnicy zabiorą swoich uczniów, tak, by mogły natychmiast pomóc zawszance. - ZOSTAĆ! My się tym zajmiemy! Rycerzyki od siedmiu boleści - sarknął któryś z wilków, ruszając pewnie w stronę bójki. Ambrosius, pomimo wyraźnej niechęci do Stephanie, nie dał się jednak zbić z tropu. - Jak mogliście w ogóle pozwolić im tu przyjść! I to znowu! - krzyknął, zaciskając pięści i wysuwając wyzywająco brodę Nie do końca wiadomym było, co się wtedy stało. Czy była to wyraźna arogancja i obrzydzenie w głosie Ambrosiusa, która tak nigdziarzy rozsierdziła, czy raczej to, jak poderwali się, obserwując jak jedna z nich wymierza sprawiedliwość zawszance i odczuwając wobec niej nagłą lojalność - ostatecznie była tam prawie sama, pozostawiona na pastwę zawszan i wilków. Może chodziło o to, że Margo zdążyła już zdobyć większy szacunek niż Christian. A może, co chyba najbardziej prawdopodobne, po prostu nudziło im się po tym, jak zjedli swoje posiłki i stwierdzili, że mają ochotę się trochę zabawić, a jeśli zrobiliby to wszyscy na raz, to kara okazałaby się mniej surowsza. W każdym razie kilku rosłych nigdziarzy rzuciło się nagle na najbliższe wilki, ciągnąć je do tyłu i kopiąc gdzie popadnie, by odwrócić ich uwagę od bitwy Margo i Stephanie. Strażnicy zawyli wściekle i próbowali złapać uczniów swoimi szponiastymi łapami, ale ci nie chcieli dać za wygraną. Co gorsza, w tym samym momencie pozostali nigdziarze ruszyli całą chmarą na stronę zawszan, wywracając pozostawione koszyki i rzucając w nich resztkami jedzenia, najwyraźniej mszcząc za ciągłe poniżenia. Księżniczki wrzasnęły, a chłopcy ruszyli do przodu, chcąc je w jak najlepszy sposób ochronić. Kato dostał w głowę wiaderkiem, a Julian z całej siły zdzielił Vina koszykiem, po tym jak ten przykleił się do Arii, najwyraźniej napawając jej krzykami. Sytuacja bardzo szybko wymykała się spod kontroli. Margo i Stephanie odepchnęły się wzajemnie i teraz dyszały ciężko na trawie, rzucając sobie nienawistne spojrzenia i najwyraźniej nie zwracając uwagi na to, co się wokół nich dzieje. Judith usunęła się w cień, tak samo jak Magda i Damien, który przez cały czas obejmował siostrę opiekuńczo ramieniem. Wilki strząsnęły z siebie uczniów i ruszyły w rozwrzeszczany tłum, ale chaos stał się teraz zbyt wielki na skuteczną reakcję; zawszanie nie zamierzali pozostać nigdziarzom dłużni i sami rozpoczęli własną walkę. Ambrosius złapał Hadriona w mocny uścisk i syczał do niego coś o "przebrzydłych bandytach". Nimfy ruszyły wilkom z pomocą, starając się separować uczniów magią, a wróżki polatywały nad ich głowami, chcąc wyłapać nigdziarzy w złote sieci, co było o tyle trudne, że kilka razy przypadkiem trafiły zawszan. Obiad stał się nagle burzą latającego jedzenia, szarpanych włosów, wrzasków i obelg, co wyraźnie dało się zauważyć z balkonów nauczycielskich. Przybycie dziekanów pozostawało kwestią czasu. Vivienne, Lucinda i Sophie kuliły się do siebie na skraju Polany, po tym jak książę Edward i książę Abraxas kazali im jak najszybciej uciekać w bezpiecznie i niewidoczne miejsce. Chociaż żadną z dziewczyn nie łączyły dłuższe relacje, każda obejmowała teraz drugą, obserwując bitwę z przerażeniem. Gdy ciemnoskóry nigdziarz, Alaric, rzucił się na Abraxasa, posyłając ich obu na ziemię, kopiąc i szarpiąc, Vivienne pisnęła, a potem przycisnęła twarz do ramienia Sophie i chlipała przerażona, najwyraźniej nie będąc w stanie na to nawet patrzeć. Na szczęście chwilę później do jasnowłosego księcia dołączył jego przyjaciel Edward i oboje rozprawili się z nigdziarzem, którego zaraz potem złapał jeden z wilków, bezceremonialnie przerzucając sobie przez ramię. Walka trwała w najlepsze, nikt już nie zwracał uwagi na Margo i Stephanie, które przepychały się koło ławki, ze łzami w oczach i zaciśniętymi z furii zębami; nawet Aidan musiał teraz bronić się przed tymi, którzy próbowali zaatakować i jego. Po stronie nigdziarskiej nie został prawie nikt; Eudon przez kilka chwil kręcił się na granicy, ale ostatecznie nie mógł się powstrzymać i również dołączył do ogólnego chaosu. Chyba tylko Adelia wciąż chowała się za pojedynczym pniakiem i chlipała we własne kolana. Z jednej strony odgłosy walki i ryki wilków przerażały ją, ale z drugiej czuła się nieco bezpieczniej; nikogo koło niej nie było, nikt nie zwracał na nią uwagi, a Lisa na pewno będzie przerażona i wściekła na siebie, że ją w tym wszystkim zostawiła. Właśnie przecierała twarz szorstkim rękawem, gdy poczuła jak ktoś złapał ją niezbyt delikatnie za łokieć. Zamarła jak nasłuchujący królik, nie mając odwagi odwrócić się i zobaczyć, kto to. Przecież wszyscy byli po stronie zawszan i obrzucali się wiadrami, tak? Była przekonana, że została tu sama. Szybko zdała sobie sprawę, w jak wielkim błędzie była, gdy jej ucho owionął czyjś chłodny oddech. - To było śliczne. Szarpnęła się do przodu, jak rażona prądem, ale pajęcze ramiona owinęły się wokół niej, zamykając ją w pułapce. Nie było nawet sensu krzyczeć; w tym hałasie nikt tego nie usłyszy, tak samo jak ona nie usłyszała zbliżających się kroków. Gorące łzy zaczęły spływać po jej policzkach intensywniej i szybciej. Zasmarkana, próbowała mamrotać jakieś prośby i nieokreślone, absurdalne przeprosiny, owijając własną dłoń wokół tej, która ją ściskała; kościstej i zimnej. - Zostaw mnie... zostaw mnie... - jęczała słabo, jakby nie miała już więcej sił. - Myślisz, że tego nie widziałem? Jak przychodzisz do rudej wiedźmy i prowokujesz ją do ataku? To było śliczne, maleństwo - wciągnęła głośno powietrze, kiedy czyjeś palce niezbyt delikatnie złapały ją za podbródek i pociągnęły go do góry. Ostry paznokieć umyślnie wbił się w siniaka na jej policzku; przez ten ból miała trudności z oddychaniem - Popatrz, co zrobiłaś. Naciesz się tym - przed jej oczami rozgrywała się obrzydliwa, brutalna i całkowicie niepotrzebna bitwa. - Ja tego nie zrobiłam, to nie ja, to nie ja... - nie była pewna, czy mówi to w myślach, czy na głos. To i tak nie miało znaczenia. Doigrała się. Nikt jej nie pomoże. Ona i Raver byli tu całkowicie sami. __ Lisa uśmiechnęła się, gdy poczuła, jak Alan całuje ją lekko w policzek. To nie tak, że nigdy wcześniej na to nikomu nie pozwoliła, jednak teraz wydało jej się to szczególnie miłe. Pozwoliła mu podnieść się na nogi, a potem, ramię w ramię i prawie tego samego wzrostu, ruszyli z powrotem w kierunku Polany. - Dziękuję, to naprawdę wiele dla nas znaczy - powiedziała w odpowiedzi na jego obietnicę, a potem uśmiechnęła się figlarnie, robiąc przy tym nieco komiczną minę - Ale co do tej królowej, to chyba nie bardzo. Wiesz, w Gawaldonie nie mamy królów, jest tylko Rada Starszych - przez kilka sekund szli w milczeniu, pozwalając, by dobiegały do nich odległe odgłosy z obiadu. Wydawały się one Lisie nieco zbyt głośne, ale być może chodziło o to, że nie przyzwyczaili się jeszcze do hałasu po tej chwili spędzonej na skraju Błękitnego Lasu - A co do Sophie, to chciałabym jeszcze powiedzieć... nie martw się - złapała go pocieszająco za łokieć - Po prostu z nią potem porozmawiaj na osobności, przeproś. Po tym, co mi opowiedziałeś o waszej więzi, jestem pewna, że ci wybaczy... Chciała chyba dodać coś więcej, ale gdy zza drzew i białych, zamkowych murów wychynęła w końcu Polana, stanęła jak wryta, nie dowierzając w to, co widzi. Spokojny obiad zmienił się nie do poznania, przypominając teraz istne pole bitwy. Ponad sylwetkami przepychających się i walczących uczniów wychylały się sylwetki wilków i nimf, próbujących opanować sytuację. Co chwila rozlegały się nowe krzyki, wyzwiska, szlochy... Lisa przez kilka chwil przyglądała się temu z uchylonymi ustami, a potem zacisnęła mocno zęby i biała na twarzy ruszyła stanowczo do przodu. Zamiast wbiec w tłum uczniów, w którym i tak nie dało się nikogo rozpoznać, przemknęła się razem z Alanem bokiem, zauważając, że na skraju Polany stoi kilka niewielkich grupek. Najpierw natknęli się na Magdę i Damiena, obserwujących ponuro to co się dzieje i trzymających się pod ramię. - Co się stało? - zapytała stanowczo Lisa, kiedy tylko się do nich zbliżyli - Gdzie jest Adelia? - jej głos wyraźnie załamał się, gdy wypowiedziała imię przyjaciółki. To co zobaczyła w spojrzeniu Magdy ani trochę jej się nie spodobało, było to bowiem coś, czego nie zauważyła u niej nigdy przedtem. Roztrzęsienie. Najgorsze było jednak to, że pojawiło się ono dopiero po tym, jak spojrzała na nią, bo gdy obserwowała bitwę wydawała się być jedynie zrezygnowana. - Adelia odeszła od naszego stolika i wróciła do nigdziarzy na chwilę przed tym, jak to wszystko się zaczęło - co ciekawe, odpowiedź Magdy była tak spokojna i wyważona jak zawsze, choć dziewczyna dziwnie przeciągała sylaby, jakby naprawdę nie miała ochoty tego mówić. - Jak to odeszła?! - krzyknęła Lisa, zaciskając pięści przy boku - Pozwoliliście jej tam wrócić?! - Nie krzycz do mojej siostry - mruknął Damien, marszcząc brwi, ale zamilkł, gdy Magda ścisnęła go ostrzegawczo za ramię. - Lisa, wybacz nam, ale nie mieliśmy zamiaru trzymać jej tam siłą - odpowiedziała, a Lisa odniosła wrażenie, że księżniczka nie mówi całej prawdy. Nie to było jednak teraz najważniejsze. - Co się stało potem? - Przyszła nigdziarka, kuzynka Stephanie, i zaatakowała ją - powiedziała to tak płaskim, spokojnym tonem, że Lisa odniosła na początku wrażenie, że się przesłyszała - Potem do walki dołączyli się pozostali uczniowie - skinęła wymownie głową w stronę rozgrywającej się na Polanie bitwy. Lisa przełknęła ślinę, próbując się uspokoić. - Gdzie jest Stephanie? - Nie wiem. Ale nie ma sensu teraz mieszać się w tę bitwę, bo i tak będzie wam ciężko ją znaleźć. Poczekajcie, aż wilki i nimfy to uspokoją. - A gdzie jest Adelia? - Nie wiem - odpowiedziała znowu Magda i Lisa nabrała nagłej ochoty, żeby rzucić się na nią i zetrzeć jej ten cholerny spokój z twarzy. Jak ona mogła być teraz spokojna? Dlaczego nie panikowała, nie wściekała się? Dlaczego nie próbowała znaleźć Adelii, która z pewnością kuliła się gdzieś teraz przerażona? Lisa nie chciała sobie nawet wyobrażać, że jej przyjaciółka mogła zostać wciągnięta w tę walkę. Najwyraźniej wiele z tej niechęci musiało pokazać się na jej twarzy, bo wielkie oczy Magdy nagle posmutniały, a sama księżniczka westchnęła tak, jakby coś bardzo ją zabolało. Chociaż Lisa czuła już pojawiające się zalążki poczucia winy, zdecydowała się, że nie ma na to teraz czasu. Nie czekając na kolejne słowa, czy to Magdy, Damiena, czy Alana, ruszyła dalej skrajem Polany. Po drodze na opustoszałą, nigdziarską stronę, spotkała jeszcze kilka osób. Samotną wiedźmę, którą stała się ominąć szerokim łukiem, chociaż ewidentnie była ona spokojna i niegroźna, jedynie śledząc spojrzeniem jej szybki marsz, oraz zbite w ciasną grupkę Vivienne, Lucindę i Sophie. Je również ominęła, rzucając im tylko krótkie, współczujące spojrzenie i mrucząc coś, co zabrzmiało jak "zostańcie tu". Gdy w końcu udało jej się obejść cały tłum, trafiła na czysty kawałek polany, pełny pustych pniaków, porzuconych wiaderek i połamanych koszyków. Obrzuciła go spojrzeniem, błagając w duchu, by znaleźć Adelię tutaj, na tej spokojniej ziemi, ale kiedy w końcu naprawdę ją dostrzegła, cała krew odpłynęła jej z twarzy, a serce zabiło szybciej. Jej mała przyjaciółka szlochała, porzucona i niezauważona przez nikogo, a za nią klęczał jakiś wychudzony nigdziarz, obejmując ją ramieniem i wbijając mocno pazury w posiniaczony policzek. Nie miała pojęcia, jak dała radę dobiec do nich, omijając wszystkie kawałki drewna i resztki jedzenia. Wściekłość rozmyła jej obraz, krew zaszumiała w uszach. Zanim zdążyłaby choćby pomyśleć, rzuciła się bokiem na tego potwora, powalając go na ziemię. Zauważył ją, ale nie zdążył zareagować; jego ciemne oczy rozszerzyły się w mieszaninie zaskoczenia i złości. Usłyszała za sobą szloch i coś, co zabrzmiało jak "Lisa, jesteś... jesteś...", ale nie zwróciła na to uwagi, zamiast tego wbijając z całej siły pazury w zapadnięty policzek chłopaka, którego właśnie przygniatała do ziemi. - Ty...ty - mamrotała wściekle, szarpiąc go równocześnie za włosy. Ale zaskoczenie znikało już z oczu chłopaka; teraz pojawił się w nich chłód i taka nienawiść, jakiej Lisa jeszcze nigdy nie widziała u nikogo. Zanim zdążyłaby zareagować, poczuła, jak wokół jej gardła owija się czyjaś koścista dłoń. Instynktownie puściła ciemne włosy i poznaczony czerwonymi szramami policzek, próbując oderwać od siebie jego rękę; na próżno. Bezlitośnie zaciskał palce na jej krtani, odbierając dziewczynie dech. Wierzgnęła nogami, wizja zamgliła się z braku tlenu, ale nadal była w stanie dostrzec wyraźnie złośliwy uśmieszek, który pojawił się na jego ustach. Gdzieś obok rozległ się wysoki krzyk Adelii, ale jej przyjaciółka była zbyt słaba, żeby zareagować. Jedyne, co mogła zrobić to szlochać rozpaczliwe: - Przestań, proszę! Robisz jej krzywdę! Gdy Lisa była już pewna, że zemdleje (mówiły to te czarne mroczki, które zaczęły pojawiać się przed jej oczami), wszystko nagle minęło. Palce puściły jej gardło i natychmiast to wykorzystała, biorąc głęboki wdech. Miała wrażenie, że usłyszała jak chłopak syknął, niczym rasowa żmija, zupełnie jakby coś go zabolało, ale nie była w stanie tego do końca zarejestrować; czyjeś ciepłe ramię odciągnęło ją do tyłu, tak, że padła obok szlochającej Adelii. Zamknęła na sekundę oczy, wciągając niepohamowanie wielkie pokłady powietrza, żeby uzupełnić tlen. Całe gardło piekło ją niemiłosiernie i nie zdziwiłaby się, gdyby pojawiły się na nim siniaki. Nie była w stanie się tym jednak teraz przejmować. Zamiast spojrzeć na to, co stało się z nigdziarzem, przyciągnęła do siebie Adelię, nadal nie otwierając oczu. Nie chciała ich otworzyć, bo czuła pod powiekami łzy, które nie miały prawa wypłynąć. Nie mogła pokazać takiej słabości przy Adelii, która tak bardzo jej potrzebowała. Nie zasługiwała na to, w końcu czym był jej chwilowy ból, przy tym koszmarze, który jej przyjaciółka musiała tu przeżyć? Pociągnęła nosem, próbując doprowadzić się do ładu, i pozwoliła, by Adelia wtuliła twarz w jej obolałą szyję, mocząc ją łzami. - Przepraszam - szepnęła cicho w wilgotne włosy dziewczyny, wciąż nie do końca świadoma tego, za co tak właściwie przepraszała. Zanim Adelia zdążyłaby odpowiedzieć, zanim byłaby zmuszona otworzyć oczy i zmierzyć się z tym chaosem, w oddali rozległ się głośny okrzyk i kilka ryków. Wilki i nimfy zdołały w końcu opanować bitwę. Wróżki owinęły część zawszan w złote sieci i przytrzymywały ich po jednej stronie; spoconych, wymiętych i urażonych. Po drugiej stronie wilki bez litości trzymały w szponach lub na ramionach rzucających się nigdziarzy. Ostatnimi, które zostały rozdzielone, były Margo i Stephanie, obydwie z twarzami pokrytymi krwią i łzami. I w tym całym rozgardiaszu, pomiędzy porozrzucanym jedzeniem i poprzewracanymi wiadrami, stanęli nauczyciele. Wszyscy zamarli i zamilkli. - Co... tu się dzieje? - wydusiła z siebie Klarysa Dovey, z fryzurą zniszczoną przez nerwy i szybki bieg, patrząc na nich spojrzeniem, które wyrażało jedynie gniew i zawód. Nikt nie był w stanie jej odpowiedzieć.
  9. Elvira Im wyżej się znajdowali, tym bardziej wzmagał się zapach kurzu, pleśni i starych kartek. Powietrze stawało się także cięższe i jakby gęstsze, co podpowiadało Elvirze, że nawet jeśli uczniowie zła fatygowali się już w jakimś celu do biblioteki, to tylko nieliczni z nich mieli na tyle ochoty i samozaparcia, by przeszukiwać najdalsze jej zakątki. W pewnym sensie wzmagało to poczucie ekscytacji i oczekiwania; oto czekały na nią książki, których niemal nikt wcześniej nie dotykał. Coraz większym problemem stawały się jednak schody. Wąskie, skrzypiące i niezwykle strome, ciągnęły się w nieskończoność, choć stojąc na dole nie odnosiło się wrażenia, że drugi poziom znajduje się tak wysoko. Elvira starała się nie patrzeć w stronę wysokich regałów, na które z powodzeniem mogłaby teraz zeskoczyć, zamiast tego skupiając na ostrożnym stawianiu kroków; drewniane stopnie były gdzieniegdzie popękane. Ciągłe gadanie Thomasa i perspektywa przejrzenia najciemniejszych części biblioteki szczęśliwie rozpraszały ją na tyle, że nawet nie myślała o tym, jak łatwo mogłaby teraz zlecieć na dół. Słuchanie Thomasa było zresztą naprawdę inspirujące. Jak wspaniałym osiągnięciem będzie uformowanie tego człowieka na kogoś lepszego, potężniejszego, bardziej zrównoważonego. Słuchała o jego gorączkowych planach zemsty i wyraźnie emocjonalnego wywodu o wolności. Z jej ust wyrywały się bezgłośne parsknięcia rozbawienia, których on jednak nie widział, ponieważ wciąż szła kilka kroków przed nim. Było wiele rzeczy, których powinna go nauczyć. Przede wszystkim mniejszego polegania na uczuciach i chłodniejszego spojrzenia na rzeczywistość. Wyrażania opinii z większą ostrożnością. Na końcu języka miała już słowa, brutalne lecz prawdzie, że nie istnieje coś takiego jak całkowita wolność. W tym świecie można było nazwać się wolnym jedynie wtedy, gdy potrafiło się dostosować do każdej zastanej sytuacji, odzyskać nad nią kontrolę i wyciągnąć jak najwięcej dla siebie. Być może dodałaby również to, że nawet nie zdawał sobie sprawy, jak bardzo zniewolony był, skoro wciąż dawał się tłamsić własnej przeszłości. Wszystko jednak straciło na znaczeniu, gdy usłyszała to, co dodał na końcu. Byli już prawie na samej górze, do wejścia na stare panele zabrakło może ze dwa lub trzy stopnie. Drugi poziom okazał się umiejscowiony tak wysoko, że znajdowali się na tej samej linii, co środek wielkich, zabrudzonych okien, których na parterze nawet nie dostrzegali zza wysokich regałów. Istotnie przestało padać. Nie, żeby to na tym Elvira się w tej chwili skupiała. Zatrzymała się raptownie na schodach i odwróciła, patrząc z góry na stojącego niżej Thomasa. Zniknęła cała sympatia i łagodnie przyjazna atmosfera. Jasnoniebieskie oczy w blasku świec wydały się być nagle zrobione z lodu. Patrzyła na niego chłodno, z twarzą bez wyrazu, choć jeśli przyjrzeć się dokładniej, można było zauważyć, że jej nos zmarszczył się nieco w mieszaninie złości i pogardy. W jednej ręce nadal ściskała świecę, drugą bez wahania sięgnęła do przodu i złapała go lekko za przód mundurka, nie ciągnąc go jednak w swoją stronę, tak, jak robiła to wcześniej. - Nie zakładaj, że wiesz cokolwiek o moich planach i celach, bo ja ci tego nie zrobiłam - powiedziała cicho tonem, w którym nie dało się już doszukać rozbawienia. - Widzę, że szybko wziąłeś sobie do serca moją radę o udowodnieniu własnej głupoty. Szkoda, bo miałam nadzieję, że tego nie zrobisz - nie przejmowała się tym, że to, co mówiła, było okrutne. Nie wtedy, gdy Thomas tak beztrosko poruszył ten temat - A już na pewno nie poprzez powtarzanie słów zawszańskich kur domowych z targu w Nottingham - uśmiechnęła się, ale nie był to przyjemny uśmiech. - Wiele lat poświęciłam na analizowanie różnych scenariuszy; jestem tu dzisiaj dlatego, że chciałam tu być i każda rzecz, którą robię, powiązana jest z moimi planami. Jesteś śmieszny, jeżeli myślisz, że twój żal z powodu braku rodziców sprawi, że ja swoich zacznę szanować bardziej. Nic o mnie nie wiesz, Thomas, bo ja, w przeciwieństwie do ciebie, wciąż niewiele ci o sobie powiedziałam - nie czekając na odpowiedź, odwróciła się i pokonała kilka ostatnich stopni wiodących na drugi poziom. Wciąż zdenerwowana, rozejrzała się surowo po pokrytych pajęczynami regałach. Kurzu i brudu było tutaj znacznie więcej niż na dole, co wcale jej nie dziwiło. Zrobiła kilka powolnych, ale zdecydowanie zbyt nieuważnych kroków do przodu, gdy poczuła jak jedna z jej nóg zagłębia się w nicości. Instynktownie ścisnęła mocniej świecę i gwałtownie szarpnęła ciałem do tyłu, wpadając przy tym na Thomasa, czym w tej chwili w ogóle się nie przejęła. Przed nimi rozpościerała się spora dziura w drewnianej podłodze, wystarczająco szeroka, by mogła przez nią przelecieć dwójka ludzi na raz. Nie dało się przez nią zobaczyć parteru, tak bardzo pogrążony był on w mroku, ale oszacowanie wysokości nie sprawiało problemu, kiedy dopiero co pokonało się prowadzące tutaj schody. Osoba, która by tu wpadła, bez większych wątpliwości mogłaby zginąć, a w najlepszym przypadku boleśnie się połamać. Elvira uświadomiła sobie, że zaledwie sekundę temu prawie włożyła w nią nogę; myśl ta sprawiła, że całym jej ciałem wstrząsnął dreszcz. Strach ścisnął ją nieprzyjemnie w gardle, a serce waliło tak szybko i głośno, że nie zdziwiłaby się, gdyby Thomas to usłyszał; bądź co bądź właśnie się o niego opierała. Przez chwilę zapomniała nawet o tym, jak bardzo ją zirytował i poniżył - szok potrafił niezwykle skutecznie wymazać wszystkie pozostałe emocje. Sala Udręki Droga do Sali Udręki musiała się Christianowi wydać jeszcze bardziej nieprzyjemna niż poprzednim razem. Bo choć nie było przy nim Thomasa, ani żadnego innego ucznia, przy kim mógłby się skompromitować, wilk-strażnik przez większość czasu niósł go przerzuconego przez ramię. Najwyraźniej mając dość krzyków i jazgotów, przycisnął jego twarz do swojego śmierdzącego futra, nie dając mu już możliwości odezwania się słowem, do momentu aż postawił go brutalnie na ziemi w znajomych, wilgotnych i śmierdzących kanałach. Żaden z wilków nie wszedł za Christianem do Sali Udręki, zostawiając go samego na pastwę Bestii. Zapach krwi, sierści i stęchlizny wydawał się przez to nawet intensywniejszy. Czerwonawe światło pochodni rzucało cień na wiszący obok łańcuchów bicz - ten sam, którym poprzedniego wieczora ukarano nigdziarza za zakłócenie powitalnego apelu. Na przybycie Bestii Christian nie musiał długo czekać - przerośnięty, umięśniony i o wyjątkowo czarnym futrze, łypnął na niego czerwonymi oczami, uśmiechając się drwiąco. - Widzę, że szybko się za mną stęskniłeś. W szponiastej łapie ściskał niewielki kawałek żółtawego pergaminu, na którym znajdowała się, najwyraźniej przesłana czarami, lista przewinień nigdziarza. - Zakłócanie obiadu, atak na uczennicę, denerwowanie strażników i ogólny kretynizm... poważne zbrodnie - powiedział z wyraźnie słyszalnym prychnięciem. - Wczoraj było dziesięć batów. To może dzisiaj piętnaście, co? Gdy kilkanaście minut później Bestia wyrzucił Christiana z Sali Udręki, chłopak był cały obolały i posiniaczony; kat nie potraktował go tak łagodnie, jak wcześniej i kilka razy uderzył też w nadal świeży ślad po zastrzyku. Christian sam miał znaleźć drogą powrotną, najlepiej do sypialni lub głównego holu; obiad i tak chylił się już ku końcowi.
  10. Obiad Gdy Emeralda i Constantine odeszły od stołu, prawdopodobnie zaszywając w bardziej odległym zakątku stołówki, Vivienne oderwała się od ploteczek z Lucindą i zmrużyła przeszywająco błękitne oczy, spoglądając na Edwarda i Sophie z mieszaniną zaciekawienia i złości. Ciężko było odgadnąć, co mogło być tego powodem, w końcu jak do tej pory Vivienne i Emeralda nie wydawały się być szczególnie blisko. Chwilę później wrażenie przeminęło, gdyż Abraxas usiadł nareszcie obok swojej księżniczki i delikatnie chwycił ją za podbródek, przyciągając do krótkiego pocałunku. - Zdajesz sobie sprawę, że będziesz musiał ją później przeprosić, prawda? - zapytał Edwarda niemal surowo, pozwalając Vivienne oprzeć głowę na swoim ramieniu. - Bez wątpienia - odpowiedział cicho Edward, a potem spojrzał na Sophie i jej posiniaczony nadgarstek. Ta księżniczka była tak delikatna... dlaczego nikt wcześniej nie ostrzegł ich, że coś takiego może mieć miejsce i powinni być ostrożni? Z drugiej strony mogliby się sami domyśleć, w końcu czego innego należało oczekiwać od nigdziarzy. Delikatnie ujął w dłoń rękę Sophie, przyglądając się świeżym, sino-fioletowym plamom. Już zaczynał szeptać coś o nauczycielach i maściach na siniaki, gdy księżniczka przerwała mu, najwyraźniej nadal roztrzęsiona. Wysłuchał jej w ciszy; jego wyraz twarzy zmieniał się powoli od zmartwionego, przez zadziwiony, aż w końcu zatrzymał na łagodnie szczęśliwym. Trzeba było przyznać, że mu on pasował i ocieplał naturalnie chłodne rysy. Gdy odpowiadał, nadal delikatnie ściskał jej rękę. Jego szczupłe, wyrobione na cięciwie łuku palce były ciepłe od dopiero co przeżytego rozgorączkowania. - Oczywiście masz rację, Sophie - powiedział na tyle cicho, że rozmawiający naprzeciwko zawszanie ich nie usłyszeli - Księżniczka Emeralda zachowała się nieodpowiedzialnie, ale najpewniej nie zrobiła tego umyślnie. Nie pomyślałem... - odwrócił na sekundę głowę, sprawiając wrażenie zawstydzonego - Wciąż byłem pod wpływem emocji, to był tragiczny nietakt z mojej strony. Przeproszę ją, gdy tylko będę miał okazję - powoli zabrał rękę z dłoni Sophie, najwyraźniej przypominając sobie o istnieniu przestrzeni osobistej. Sięgnął po swój, jak do tej pory nietknięty, koszyk i zdjął z niego serwetkę - Jesteś naprawdę dobrą księżniczką, Sophie - dodał jeszcze z lekkim uśmiechem, zanim zabrał się do jedzenia. Trzeba było przyznać, że nawet to robił elegancko. __ W tym czasie przy stole po drugiej stronie Polany panowała niezręczna cisza. Po cichych, ale stanowczych słowach Adelii nikt już się nie odezwał, a młoda nigdziarka skubała powoli kawałki mięsa, bardziej rozdrabniając je widelcem niż jedząc. Stephanie nie odrywała od niej spojrzenia, natomiast Aidan uśmiechał się sztucznie do swojej butelki z sokiem. Nieprzyjemnej aurze wydawała się opierać jedynie Magda, która tak samo spokojnie jak wcześniej wyjadała resztki sałatki z niewielkiej miseczki w koszyku. Po paru minutach, które dłużyły się niczym godziny, Aidan odchrząknął z zakłopotaniem. - No to... Magdo, to znaczy, księżniczko Magdo - ciemnowłosa dziewczyna spojrzała na niego z zaciekawieniem - Jak tam książę Damien? Czuje się już trochę lepiej? W sensie, ostatnie zajęcia nie były dla niego zbyt... - próbował znaleźć słowo, co najwyraźniej mu się nie udało, bo nic więcej nie dodał. Magda, zanim odpowiedziała, wzięła jeszcze niewielki łyk soku. - Wszystko już w porządku. Damien nigdy nie był takim typem księcia, który lubuje się w sztukach walki. U nas w Candour nie jest to koniecznie - jej oczy zrobiły się jakby większe i ciemniejsze, gdy zaczęła mówić o swojej krainie - Samo umiejscowienie zamku chroni przed większością ataków. Znaczna część straży rozlokowana jest w dolinach, choć tam również nie mają wiele do roboty. Wzgórza Banialuki otoczone są jedynie przez krainy zawszan, więc siłą rzeczy niezwykle rzadko prowadzimy wojny. Poza zwykłymi rycerzami, mamy jednak także oddziały nazywane Smoczą Gwardią, które... - Adelia, ale serio, my naprawdę nie uważamy cię za wiedźmę - Stephanie przerwała ten rodzący się wykład, przez cały czas nie odrywając spojrzenia od drobnej, ponurej Czytelniczki. Ta sprawa z jakiegoś powodu gryzła ją zbyt mocno, by mogła po prostu odpuścić, choć Magda ponownie zmrużyła oczy, a Aidan podrapał się z zakłopotaniem po czole. Adelia nie podniosła wzroku znad swojego koszyka, ale przestała skubać jedzenie widelcem, najwyraźniej nasłuchując. Aidan delikatnie dźgnął różowy mundurek siedzącej obok dziewczyny. - Stephanie, dajmy jej spokój, skoro tego chce... - szepnął cicho, prawie smutno. - Nie, Aidan - zawszanka odwróciła się do niego plecami - Nie pozwolę na to, żebyś zakładała to, co o tobie myślimy, bo jesteś w błędzie, Adelio - jej głos stał się jakby bardziej surowy - Po prostu się w ogóle nie znamy i dlatego zachowujemy ostrożność. Bo skąd mam niby wiedzieć o czym powinniśmy rozmawiać, skoro nawet nie mam pojęcia co lubisz ani jaka jesteś. My cię chcieliśmy tylko lepiej poznać, a skoro tak bardzo ci to przeszkadza, to okej, ale nie pozwolę, żebyś odeszła stąd z jakimiś iluzjami, że wszyscy uważamy cię za wiedźmę - zakończyła ostro. Magda odchyliła się nieco na ławce, a Aidan wstrzymał oddech. Adelia właśnie odstawiła koszyk na stół i uniosła głowę, patrząc na Stephanie zapuchniętymi, wilgotnymi oczami, w których kryła się tak czysta niechęć, że nie dało się jej pomylić z niczym innym. - A jakie ty masz p-prawo do mówienia takich rzeczy, p-po tym jak potraktowałaś swoją ku-kuzynkę, co? - dziewczyna jąkała się, choć ciężko stwierdzić, czy była to wina strachu, czy złości - Jej też na po-początku mówiłaś, że nie jest w-wiedźmą, t-tak? Stephanie zrobiła się nagle o wiele bledsza i poważniejsza. Odsunęła się nieco do tyłu, jakby właśnie została uderzona w twarz. Aidan, który wyczuł jej zdenerwowanie, złapał ją lekko za łokieć, co chyba miało być gestem wsparcia. - Skąd ty wiesz takie rzeczy? - wydusiła w końcu dziewczyna, choć zabrzmiało to tak, jakby zabrakło jej powietrza. Adelia przełknęła ciężko ślinę i przygryzła drżącą wargę. - Mam pokój z M-margo i ona wszystko mi powiedziała. P-powiedziała, jak zrobiłaś z niej wiedźmę. Ale Lisa taka nie jest, słyszysz? N-nie jest taką zdrajczynią, jak ty! Magda zacisnęła usta i odłożyła koszyk na stół, jakby miała zamiar wstać, ale Aidan nie miał w sobie tyle samokontroli. - Hej! Hamuj się, okej? Stephanie nie jest zdrajczynią! Jednak Stephanie najwyraźniej wyszła już z szoku i sama zaczęła sprawiać wrażenie wściekłej. Odgarnęła wojowniczo długie, jasne włosy i wychyliła się do przodu, marszcząc nieprzyjaźnie nos. - Tak sądzisz? Cóż, nie wróżę ci wspaniałej przyszłości, jeśli będziesz wierzyć w to, co mówią prawdziwe wiedźmy. Bo Margo jest wiedźmą i zawsze nią była, nie ważne jakich bzdur mogła ci nagadać - Adelia pokręciła głową i choć wciąż zaciskała zęby, w jej jasnobrązowych oczach można było dostrzec pierwsze łzy - Tak, mówię prawdę, w przeciwieństwie do niej! To ona zaczęła się ode mnie oddalać, to ona wmówiła sobie, że jest wiedźmą, to ona przestała mi ufać, to ona zabiła Rudzika, to ona, to ona, to ONA! - Stephanie wyrwała gwałtownie ramię z uścisku Aidana, najwyraźniej tracąc nad sobą panowanie - To wszystko była jej wina i niech przestanie rozpowiadać kłamstwa! - w końcu odwróciła się od Adelii i schowała twarz w dłoniach, opierając łokcie na stole. Aidan spróbował niezdarnie pogłaskać ją po włosach, posyłając przy tym nigdziarce nieprzyjemne spojrzenie. Sama Adelia natomiast nic już nie powiedziała. Drżącymi rękami odłożyła koszyk na ławkę obok siebie i wstała, otrzepując szorstki materiał tuniki z nieistniejących okruszków. Magdalene opadła z powrotem na miejsce, ale obserwowała to, co się działo, z ostrożnością i wyraźnym niepokojem. - Adelio, wracaj - powiedziała jako jedyna, gdy Czytelniczka odwróciła się na pięcie i popędziła w kierunku pozostałych nigdziarzy. Z zaciśniętymi pięściami i policzkami lepkimi od świeżych łez, Adelia starała się nie zwracać uwagi na nieprzyjazne spojrzenia innych zawszan oraz na strach, ściskający ją za gardło. Wracając do uczniów zła narażała się na niebezpieczeństwo, ale to był jedyny pomysł, jaki przyszedł jej do głowy. Nie zamierzała siedzieć z tamtymi okropnymi ludźmi, którzy uważali się najwyraźniej za najlepszych i najmądrzejszych. Po raz kolejny nie dowierzała w to, że Lisa, przyjaciółka, mogła ją z nimi zostawić. I niech ją teraz nawet dręczą wyrzuty sumienia, kiedy wróci i zobaczy, co narobiła. Całkowicie sobie na nie zasłużyła. Ani Aidan, ani Stephanie nie przejęli się odejściem Adelii tak bardzo, jak Magda, która wierciła się teraz na ławce z miną wyrażającą wewnętrzny konflikt, jakby nie była pewna, czy nie powinna za nią pobiec. Chłopak z Nottingham był w tej chwili najbardziej zainteresowany swoją koleżanką, która wciąż nie odkryła twarzy i cicho pociągała nosem. - Stephanie, czy ty... płaczesz? - zapytał ostrożnie, delikatnie odgarniając jej włosy z czoła. - Nie - odpowiedziała głucho przez własne dłonie - Zostaw mnie. Aidan zabrał powoli rękę i zwiesił ponuro głowę. Żadne z nich nie wróciło już do jedzenia, a gdy Stephanie w końcu się wyprostowała, Magda znów przybrała stoicką postawę, jakby ostatecznie podjęła decyzję o zostaniu po ich stronie. W napiętej ciszy obserwowali, jak wesoła zazwyczaj dziewczyna z Lisiego Gaju ukradkiem przeciera twarz różową wstążką, a potem podnosi głowę i z dzielnym uśmiechem sięga do koszyka. Wyjęła z niego butelkę, choć zamiast się napić, jedynie podrzucała ją w dłoni. - No to... - powiedziała po chwili, nie patrząc na żadnego z nich - Cholera i co ja teraz powiem Lisie? - zapytała, wyraźnie zmieniając temat. Aidan mógł tylko wzruszyć niezręcznie ramionami, natomiast Magda, nawet jeśli miała jakiś pomysł, nie wyraziła go na głos. W tym czasie Adelia przemykała się pomiędzy ostatnimi ławkami zawszan, docierając do grupy nigdziarzy, zajmujących miejsca na pniakach lub bezpośrednio na trawie. Scarlett, która skończyła już jeść i opowiadała coś rozwalonej na plecach Savie i siedzącej po turecku Alisie, odwróciła się na sekundę i posłała jej nieprzyjemny uśmiech, w którym wyraźnie można było zauważyć brak jednego zęba. - Popatrzcie tylko, kto wrócił - sarknęła z wyraźną drwiną, a Alisa, która do tej pory przyglądała się swoim pająkowatym dłoniom, uniosła na sekundę głowę. Adelia zadrżała i przebiegła truchtem ten kawałek, który dzielił ją od granicy Polany. Tam właśnie, na dwóch kawałkach drewna, zajęły miejsce Margo i Judith, obie z wiaderkami przy boku, jednak nieszczególnie zainteresowane jedzeniem. Chociaż sposób, w jaki na nią spojrzały, na pewno nie można było nazwać przyjaznym, to tylko je Adelia kojarzyła i tylko przy nich mogła poczuć się nieco pewniej, przynajmniej dopóki nie wróci Lisa i nie przybiegnie tu błagać ją o wybaczenie za swoją tragiczną pomyłkę. Nie wątpiła w to, że przyjaciółka nie pozwoli jej siedzieć tutaj samej, ich więź była na to zbyt silna i żadni Alan, czy Stephanie nie dadzą rady tego przerwać. Prawda? Oczywiście, że prawda. Lisa chciała wrócić do domu równie mocno co Adelia, a w Gawaldonie nikt już nie będzie mieszał się do ich przyjaźni. Zawahała się przez chwilę, zanim ostrożnie, z niechęcią, usiadła na ciepłej, suchej trawie i podwinęła kolana pod brodę, otaczając je ramionami. Nie wiedziała, co mogłaby powiedzieć, zresztą straszliwy ścisk w gardle i tak by jej to chyba uniemożliwił. Na szczęście nawet nie musiała. Dwie nigdziarki obserwowały ją z uniesionymi brwiami; Judith w beznamiętnym milczeniu, a Margo ze złością, co nie było w sumie niczym zaskakującym, tak samo jak to, że to właśnie ona odezwała się jako pierwsza. - Przepraszam bardzo, ale co ty myślisz, że robisz? - zapytała, opierając dłonie na biodrach. Była straszna nawet pomimo tego, że Adelia nieco przewyższała ją wzrostem, a teraz, gdy siedziała na pniaku i patrzyła na nią z góry, to wrażenie jeszcze bardziej się pogłębiło - Najpierw sobie idziesz jak gdyby nigdy nic do zawszan, żeby nażreć się ich sałateczkami i indykami, a potem przyłazisz tutaj i myślisz, że wszystko jest w porządku? I w ogóle to czemu ryczysz? Co, okazało się, że księżniczki jednak nie są takie milusie jak w twoich książeczkach? - dodała, mrużąc złośliwie oczy. Judith również zmarszczyła brwi, ale nic nie powiedziała; dziewczyna odzywała się bardzo rzadko, co w jej przypadku nie było niczym dziwnym. Adelia skuliła się w sobie, przyciskając nos do kolan i obserwując je zza zmierzwionych i zlepionych włosów, które jeszcze nigdy nie były w tak tragicznym stanie. Patrzyła prosto w piwne oczy Margo, pełne wściekłych, żółtych ogników, na jej wykrzywione, popękane usta i zmarszczony nos. Nagle naszła ją ochota, żeby się wygadać. Nie wiedziała, co dokładnie ją kierowało: czy chciała odwrócić uwagę dziewczyny od siebie, żeby przestała tak na nią groźnie łypać, czy po prostu potrzebowała o tym komuś powiedzieć, a Lisy nadal nie było w pobliżu? A może chodziło o coś jeszcze innego? Być może doskonale wiedziała, co się wydarzy i stwierdziła, że naprawdę tego chce? Nie miała pojęcia, ale mimo to uniosła głowę, by móc swobodniej mówić. - To wina S-Stephanie - zająknęła się jeszcze, ale nie zamierzała wycofać. Oczy Judith nieznacznie się rozszerzyły, gdy posłała swojej rudej współlokatorce ostrożne spojrzenie. - Stephanie? - odpowiedziała Margo lekceważąco, ale jej głos wyraźnie stał się o oktawę wyższy - Naprawdę dałaś się doprowadzić do płaczu komuś takiemu? Ale z ciebie słabeusz... Adelia pokręciła szybko głową, ignorując wyraźne ostrzeżenie w wielkich, ciemnych oczach Judith. - T-to nie tak - zastanawiała się, czy nie dodać "Margo", ale ostatecznie zbyt mocno się bała, by wypowiadać imię wiedźmy, jakby coś ich łączyło. Nie chciała mieć przecież nic wspólnego z tymi nigdziarkami - Ja... - nie mogła już powstrzymać wstrząsającego ramionami szlochu. Płakała z żalu, gniewu i zdrady, ale jeśli Margo zrozumie to inaczej, to nawet lepiej - Ja po prostu widziałam, jak oni na mnie patrzą, że widzą we mnie wiedźmę, chociaż w ogóle mnie nie znają - nie jąkała się, ale mówiła gorączkowo i chrapliwie, chcąc jak najszybciej wyrzucić z siebie te słowa, zanim straci resztki odwagi - Udawali, że wszystko jest okej, ale ja nie mogłam tego wytrzymać, oni na mnie tak patrzyli i powiedziałam, że mi przykro, a wtedy Stephanie powiedziała, że nikt tam mnie nie uważa za wiedźmę, żebym nie wymyślała, że to tylko moje iluzje, jakbym była jakaś obłąkana - pociągnęła nosem, łzy kapały jej na wilgotny mundurek - Przepraszam, że to zrobiłam, ale ja tylko chciałam się jakoś obronić i powiedziałam, żeby nie kłamała i powiedziałam o tobie, że ciebie też potraktowała tak z góry, a wtedy ona... - przycisnęła drobne dłonie do twarzy - ...ona zaczęła na mnie wrzeszczeć, że mam nie wymyślać, że to było co innego, że ty naprawdę byłaś wiedźmą od samego początku i że to była wszystko tylko twoja wina, że ty się od niej odcięłaś i teraz tylko wszystkim rozpowiadasz kłamstwa. Bardzo na mnie krzyczała i ja się wystraszyłam i uciekłam - nic więcej nie powiedziała, bo dostała ataku czkawki; przetarła tylko twarz rękawem, spoglądając ukradkiem na wiedźmy, pomimo żalu ciekawa ich reakcji. Choć Judith nadal wyglądała surowo i chłodno, to Adelia mogłaby przysiąc, że w jej oczach pojawiło się coś na kształt zrozumienia. Choć nie było to współczucie, to młoda wiedźma wydawała się przynajmniej rozumieć, dlaczego Czytelniczka tak bardzo to przeżywała. - A twoja ruda przyjaciółka? - zapytała świszczącym głosem, nieświadomie przykładając dłoń do gardła. Adelia wydęła usta, czując oblewające jej policzki gorąco. No właśnie. Cała ta sytuacja zaczęła się od jej odejścia, więc cokolwiek by się teraz nie stało, to wszystko była wyłącznie wina Lisy. - Lisy tam nie było... na chwilę odeszła, ale powiedziała, że wróci - odpowiedziała cienkim, urywanym głosem. Judith skinęła głową i odchyliła się nieco do tyłu. Zanim ktokolwiek zdążyłby dodać coś więcej, stało się coś, czego Adelia z jednej strony się obawiała, a z drugiej po cichu oczekiwała, nawet jeśli sama nie była tego jeszcze świadoma. Margo, która przez dłuższy czas jedynie obserwowała własne, zaciskające się pięści, żując przy tym nerwowo policzek, wstała gwałtownie z pniaka i rozejrzała się szybko po stolikach zawszan. Adelia z zaskoczeniem zauważyła, że ruda wiedźma dosłownie drżała z furii, czego jeszcze nigdy wcześniej nie zauważyła u żadnej, choćby nie wiem jak wściekłej osoby. Biorąc to pod uwagę, nic dziwnego, że Judith natychmiast również się podniosła. - Siadaj, Margo - powiedziała i wada głosu wcale nie sprawiła, że zabrzmiało to mniej stanowczo. Ale ruda dziewczyna najwyraźniej nawet tego nie usłyszała. - Moja wina, tak? Rozpowiadam kłamstwa? - syczała sama do siebie przez zaciśnięte zęby - Och, ja jej zaraz pokażę wiedźmę... od dawna się o to prosi... - odepchnęła zaciskającą się na jej łokciu dłoń Judith i pomknęła szybkim krokiem naokoło Polany, na tyle blisko linii lasu, by nie zwrócić na siebie od razu uwagi wilków. Judith zrobiła kilka kroków do przodu, jakby chciała za nią pójść, a potem zatrzymała się, krzyżując ramiona na piersi i obserwując uważnie jej znikającą za ławkami sylwetkę. W tym czasie Adelia przesunęła się nieco na trawie, chowając za większym pniakiem i mocniej obejmując ramionami kolana. W jej głowie kołatała się już tylko jedna myśl. Czy ja to naprawdę zrobiłam? __ Tak, jak Alan wysłuchał wszystkiego, co miała do powiedzenia Lisa, tak ona słuchała go teraz uważnie, opierając się bez skrępowania o chropowatą korę drzewa. Dobiegające z Polany dźwięki rozmów i ciche brzęczenie wróżek mówiło im, że obiad nadal trwał i nikt ich nie szukał. Z jednej strony dziewczyna wiedziała, że powinna się sprężać, bo czeka na nią przyjaciółka, ale z drugiej nie zamierzała pospieszać Alana wtedy, gdy wyraźnie potrzebował się wygadać. Zostawiła Adelię w dobrych rękach, nie zdziwiłaby się nawet, gdyby Stephanie udało się uspokoić i nieco rozluźnić tę wystraszoną dziewczynę swoim przyjacielskim podejściem. Ostatecznie, gdy już wrócą do Gawaldonu, będą miały dla siebie masę czasu, tak jak to było wcześniej. Nie powinna czuć wyrzutów sumienia, że teraz poświęca go innym. Poza tym, z Alanem rozmawiało się naprawdę przyjemnie; emanował od niego taki spokój, że chyba nie mogłaby się martwić, nawet gdyby chciała. Uśmiechnęła się nieco smutno, słysząc jego opowieść, a gdy skończył, pozwoliła, by przez kilka sekund nie otaczał ich żaden dźwięk, poza świergoleniem ptaków w koronach okolicznych drzew. - Wiesz... - zaczęła w końcu, wykręcając niezręcznie piegowate ręce - To dobrze słyszeć, że nie uważasz Adelii za wiedźmę, bo ona trochę się bała, że tak właśnie o niej myślisz. Powiedziała mi dzisiaj na ucho, że patrzysz na nią tak jakoś nieprzyjemnie, ale w sumie nie zdziwiłabym się, gdyby była przewrażliwiona, teraz, gdy musi siedzieć w tym okropnym zamku. Poza tym, musisz wiedzieć, że ona nigdy nie miała łatwego życia - westchnęła, a jej głos stał się wyraźnie bardziej ponury - Przyszła do szkoły o wiele później niż my, bo przez całe dzieciństwo tak chorowała, że praktycznie całe dnie musiała spędzać w łóżku. Pani Molly, w sensie jej mama, bardzo mocno się o nią troszczy, nie pozwala jej się brudzić, moczyć ani jeść niezdrowego jedzenia, bo boi się, że znowu zacznie chorować. Myślę, że gdyby mogła ją teraz zobaczyć, pękłoby jej serce - zamrugała szybko, żeby odpędzić od siebie ten obezwładniający smutek - No ale chodzi mi o to, że jak już przyszła do szkoły, to inne dzieci bardzo ją dręczyły, bo uważały tę chorowitość za jakieś dziwactwo. Zawsze ją przed nimi chroniłam i dlatego tak bardzo na mnie polega - zamilkła na kilka chwil - Co do Sophie... dziękuję, że mi o tym powiedziałeś, bo to rzeczywiście sporo zmienia. To brzmi na okropnie beznadziejne dzieciństwo. Bez urazy, ale ja bym nigdy nie chciała urodzić się jako księżniczka. Bogactwa i sława są przy czymś takim żadnym wynagrodzeniem. W każdym razie moim zdaniem - dodała szybko, żeby czasem go nie urazić - I przynajmniej już wiem, o co chodzi z tą parasolką, bo razem ze Stephanie uważałyśmy to za trochę dziwne, że tak ją wszędzie nosi. Nie, żebym się z niej naśmiewała. Dzisiaj, kiedy sobie ją przez przypadek prawie połamała, to ja złapałam ją w ostatniej chwili - zarumieniła się lekko i zmarszczyła nos - Nie, żebym się chwaliła, czy coś. Chociaż to tak zabrzmiało, uuugh - zamknęła oczy i uderzyła lekko głową w drzewo za sobą - W każdym razie, skoro uratowała ci życie, to musi być tak naprawdę bardzo dobrą osobą. W końcu Dovey coś dzisiaj mówiła, że to najważniejszy zawszański uczynek, czy coś w tym stylu - atmosfera robiła się coraz bardziej melancholijna i gęsta, a nie o to jej chodziło, więc zdecydowała się powiedzieć coś śmieszniejszego, żeby nieco ją rozluźnić. - A co do tego całusa, to ja tam nie mam nic przeciwko - uśmiechnęła się zawadiacko, wychylając ostentacyjnie policzek.
  11. Elvira Usta dziewczyny rozjaśnił uśmiech o wiele przyjemniejszy niż ten, który miała na ustach jeszcze parę chwil temu. Bardziej szczery, pełny zadowolenia, które nie miało nic wspólnego z poczuciem wyższości i zwycięstwa. Nie pozwoliła Thomasowi na zauważenie go; pozostawała w cieniu tak długo, aż jej twarz znów stała się beznamiętna i chłodna. W sercu Elviry nadal jednak pogrywało szczęście oraz triumf. Nie chodziło tylko o to, że Thomas zdecydował się przy niej pozostać, oczywiście, że nie, to byłoby dziecinne. Wszystkie emocje zrzuciła na swój kolejny zwycięski eksperyment, bo przecież nigdziarz zachował się dokładnie tak, jak sobie wymarzyła. Najtrudniejszy moment przeminął, Thomas był zaintrygowany i nie chciał odejść. Nie zmusił jej do użycia bardziej dramatycznych i wygórowanych środków. Teraz wszystko miało być już prostsze, a przynajmniej na tę chwilę, podczas tego krótkiego, przypadkowego spotkania. I jak niby miałaby nie ufać własnym umiejętnościom? Szli powoli przez coraz ciemniejsze i bardziej zakurzone zakątki biblioteki. Gdzieniegdzie zmuszeni byli odpędzić pajęczyny lub zdmuchnąć kurz z zaśniedziałych tabliczek na regałach. Elvira przyglądała się im uważnie, szukając jednej konkretnej, ale równocześnie kontynuowała tę jakże interesującą rozmowę. - No właśnie - odparła tajemniczo na pierwsze wypowiedziane przez niego zdanie, a potem wysłuchała w ciszy dalszych argumentów. Jej usta zadrżały lekko na ten jawny pokaz zazdrości, ale nie skomentowała go już w żaden sposób, nie chcąc niepotrzebnie przeciągać struny. Wymyślenie odpowiedzi nie sprawiło jednak dziewczynie żadnych trudności; ani na chwilę się nie zatrzymała, a spokojny ton, którego użyła, wskazywał na to, iż jest to dla niej dyskusja raczej swobodna i lekka - Podsumowywanie swoich zdolności po jednym dniu nie jest rozsądnym pomysłem. Nie powierzono nam dzisiaj żadnego trudniejszego zadania. Oczywiście nie twierdzę, że potem zaczniesz radzić sobie gorzej. Byłabym zawiedziona, gdyby tak było - gdy tym razem na niego spojrzała, w jej oczach nie było już tej samej kpiny i rozbawienia; ich rozmowa stała się w pewnym momencie niemal przyjacielska. Doszli do wąskich, drewnianych schodów z połamaną barierką, które najprawdopodobniej prowadziły na wyższy poziom. Elvira dla pewności nacisnęła butem na pierwszy stopień; zaskrzypiał złowieszczo, ale chyba nie miał zamiaru pęknąć. W szarym kurzu odbite były ciemniejsze ślady kroków, więc najwyraźniej dało się tam wejść. Zanim jednak zdążyliby to zrobić, Elvira zatrzymała się i odwróciła twarzą do towarzyszącego jej chłopca, zagradzając mu drogę. - Ile ty tak właściwie wiesz o Akademii Zła, Thomas? - znów użyła jego imienia, ale tylko i wyłącznie po to, by słowa te stały się bardziej dobitne - Poza rzeczami oczywistymi, o których słyszało każde dziecko w Puszczy, ile tak naprawdę wiesz o tym, jak to wszystko funkcjonuje? - zagryzła na sekundę dolną wargę - Bo ja wiem bardzo dużo. Chciałam się tutaj dostać od kiedy skończyłam jedenaście lat, chociaż pochodzę z rodziny zawszan - nie rozwinęła tego tematu, przechodząc od razu do rzeczy - Większość informacji nauczyciele przekażą nam z czasem, ale są rzeczy o których warto wiedzieć z wyprzedzeniem. Proces dobierania sobie sługusów zaczyna się bowiem znacznie wcześniej, a oficjalny podział jedynie go potwierdza. Nie istnieje tutaj żadne głosowanie, czy losowanie. Czarny charakter dostanie na pomocnika tego, z kim wyraźnie jest już związany; im więcej więc spędzasz ze mną czasu, tym bardziej realne staje się to, że do mnie trafisz. W ostateczności najzdolniejsi uczniowie i ich pomagierzy i tak muszą potwierdzić chęć zawiązania lojalności. Tak samo wygląda ewentualna transformacja. Nie mam pojęcia skąd wziąłeś pomysł, że zamienią cię w trolla. Olbrzymy zostają olbrzymami, bo są nimi od urodzenia, jak choćby ta dwójka z Mahadew. Wampir jest wampirem, bo jest dzieckiem wampirów. Człowiek wilk rodzi się już z umiejętnością zmieniania w bestię. Jeśli czarny charakter chce mieć za sługę potwora, to albo go sobie dobiera albo zmienia go na własną rękę za pomocą czarów - przechyliła lekko głowę; płomyk świecy odbijał się czarująco w jej źrenicach - Ja w takich stworach nie gustuję - wyciągnęła rękę, zupełnie tak, jakby miała zamiar go dotknąć, ale zamiast tego przesunęła jedynie paznokciem po świeczniku, zdrapując z niego część wosku - Nie wierzę w to, że pozwolisz sobie na zostanie mogryfem. Ale czy naprawdę chciałbyś być liderem? Planować i podejmować działania, które miałyby pewnego dnia doprowadzić cię do chwały? Sprawować pieczę nad własną bandą sługusów? Jeśli tak, to kogo z tych nigdziarzy byś wybrał? - powoli zabrała rękę, a potem odwróciła i zaczęła wspinać po schodach. Nie oczekiwała odpowiedzi, dała mu tylko coś, nad czym mógł i powinien się zastanowić.
  12. Obiad Gdy Edward usłyszał ciche słowa, jakie zdołała wydusić z siebie Sophie, w jego klatce piersiowej coś się gwałtownie ścisnęło. Obserwował w ciszy, jak wilki wyprowadzają szamoczącego się i krzyczącego nigdziarza, a potem objął ją nieco delikatniej drugim ramieniem. Nie miał pojęcia co w niego wstąpiło, ale nie mógł się powstrzymać, chciał zrobić cokolwiek, by księżniczka poczuła się lepiej. Pochylił więc głowę i złożył na jej włosach delikatny pocałunek, przypominający bardziej muśnięcie niż prawdziwy pokaz czułości. Nikt wokoło tego na szczęście nie zauważył. Ambrosius wygładzał beznamiętnie rękawy swojego mundurku, a Abraxas już trzymał w ramionach Vivienne, która oparła głowę na jego szyi i mówiła coś, na tyle cicho, że nie był w stanie tego usłyszeć. - Dasz radę iść, Sophie? - zapytał cicho, wspierając ją teraz jedną ręką, tak, by nie upadła - Nie masz mi za co dziękować. Nigdy bym nie pozwolił na to, by jakiś przebrzydły nigdziarz zrobił ci krzywdę. I nie jesteś sama. Obiecuję ci, że nie jesteś - powiedział w przypływie emocji, nie do końca świadomy wagi swoich słów. Książę winien przecież zawsze dotrzymywać obietnic. Poprowadził Sophie powoli w stronę ich ławki, zatrzymując się jedynie raz, by krzyknąć przez ramię - Ambrosius, przynieś księżniczce koszyk z obiadem. Nawet jeśli złotowłosy chłopak nie był zadowolony ze spełniania czyichś poleceń, nic nie odpowiedział, tylko odwrócił się i skierował w stronę nimf. Edward zaprowadził Sophie do ławki, przy której siedziały we trójkę Constantine, Lucinda i Emeralda. Dwie pierwsze miały na twarzach wyrazy szoku i przerażenia, jedynie Emeralda wydawała się czuć nieswojo i co chwilę spuszczała głowę, jakby coś bardzo ją gryzło. Ciemnowłosy książę opadł na miejsce niedaleko Constantine, która wcześniej siedziała gdzie indziej, jednak teraz przyniosła tutaj swój koszyk, najwyraźniej po to, by znaleźć się jak najbliżej Sophie. Gdy tylko wspomniana księżniczka usiadła na ławce, filigranowa dziewczyna sięgnęła dłonią i złapała ją pod stołem za rękę, co najwyraźniej miało być milczącym wyrazem wsparcia. Jeszcze zanim zdążyliby wrócić pozostali zawszanie, Edward nachylił się ze zmartwioną miną do Sophie i zapytał: - Na pewno wszystko dobrze? Czy ten potwór zdołał cię gdziekolwiek zranić? W tym momencie Emeralda, która przez cały czas przygryzała nerwowo dolną wargę, najwyraźniej nie wytrzymała. Wzięła drżący oddech i oparła kremowe dłonie na blacie, zwracając na siebie uwagę wszystkich przy stole. - Ten nigdziarz... - potoczyła wzrokiem po księżniczkach, a potem skupiła się już tylko na Edwardzie - ...on wcześniej próbował zrobić krzywdę też mi - Lucinda uniosła wysoko swoje wypielęgnowane brwi i w przesadnie eleganckim geście przyłożyła rękę do ust. - Wyciągnął nawet nóż i zagroził, że mnie potnie, ale zdołałam uciec. U nas w Akgul musimy umieć takie rzeczy, bo inaczej dawno by na wszystkich wymordowali - zakończyła dramatycznie i zatrzepotała szybko rzęsami, najwyraźniej oczekując, że książę zainteresuje się teraz także nią. Edward istotnie wydawał się na początku zdziwiony, a w jego wielkich, czarnych oczach można było dojrzeć współczucie i zmartwienie. Potem jednak coś się zmieniło. Twarz chłopaka stężała, a spojrzenie pociemniało, jakby uświadomił sobie coś bardzo nieprzyjemnego. Gdy się odezwał, w jego głosie pobrzmiewała wściekłość i zniechęcenie. - I nikomu nic o tym nie powiedziałaś? Nie przyszło ci do głowy, żeby ostrzec wróżki, nimfy albo przynajmniej nas, że wśród uczniów jest ktoś niebezpieczny i wyraźnie szukający ofiary? - Lucinda i Constantine skuliły się nieco, jakby uważały, że ma rację, ale nie chciały wypowiedzieć tego na głos. - Przez swoją głupią odwagę i samodzielność mogłaś stać się współodpowiedzialna za czyjeś cierpienie. Nie, nie mogłaś. Ty jesteś współwinna temu, co spotkało księżniczkę Sophie. Pomyślałaś o tym choćby przez chwilę? Niechęć w spojrzeniu przystojnego księcia Edwarda była tak wyraźna, że Emeralda na kilka sekund zaniemówiła. Potem jej dolna warga zadrżała gwałtownie, jakby powstrzymywała się od płaczu; wstała i złapała za koszyk, wydając z siebie dziwny dźwięk, coś pośredniego między prychnięciem, a szlochem. Chwilę później już jej nie było. Lucinda rozejrzała się bezradnie, ale w tym momencie do stolika zbliżyli się książę Abraxas z Vivienne oraz Ambrosius, który postawił przed Sophie świeżutki i wciąż przykryty kolorową chustką koszyk. Chłopak z Piaszczystych Wydm nie zabawił u nich zbyt długo, wracając do swojego kolegi Eryka, aczkolwiek zanim to zrobił, posłał przeciągłe spojrzenie księżniczce Constantine. Vivienne opadła na miejsce obok Lucindy i natychmiast zaczęła coś do niej szeptać, natomiast Abraxas przyglądał się ze zdziwieniem oddalającym plecom Emeraldy. - Co zrobiłeś? - zapytał, spoglądając wymownie na Edwarda, który oddychał ciężko z nieco niemrawą miną, jakby już zaczynało mu być głupio za ten niepotrzebny wybuch. - Powiedziałem trochę niemiłych rzeczy. Wciąż uważam, że miałem rację, ale chyba... chyba zareagowałem zbyt ostro - odpowiedział sztywno. Constantine powoli wyplątała dłoń z uścisku Sophie i szepnęła cichutko, na tyle cicho, by nie usłyszał tego nikt poza siedzącą obok dziewczyną: - Pójdę z nią pogadać, dobrze? Mimo wszystko nie powinna zostać sama. Sekundę później także i ona odeszła. Atmosfera przy stole Lisy wcale nie okazała się lepsza. Wszyscy milczeli, zszokowani tym, czego dopiero byli świadkiem. Najwyraźniej dopiero teraz zaczęło do nich docierać, że naprawdę byli tutaj z nigdziarzami, którzy ich nie cierpieli i którzy zrobiliby wszystko, byle tylko ich zranić. Adelia, którą Lisa przycisnęła ochronnie do siebie, prawie oczekiwała, że siedzący wokół zawszanie poślą jej teraz niepewne spojrzenia. Na całe szczęście tak się nie stało. Aidan zerkał ukradkiem to na Stephanie, to na Alana, a we wzroku Magdy malowało się jedynie współczucie, skierowane do księcia, którego kuzynka przed chwilą została zaatakowana. Nikt nie powstrzymał Alana, gdy wstał i odszedł. Będąc szczerym, Adelii nie było go jakoś specjalnie szkoda. Najwyraźniej nie był dobrym księciem, skoro pozwolił, aby komuś mu bliskiemu stała się krzywda. Lisa nigdy by do tego nie dopuściła. Skoro był tak nieudolny, to teraz powinien chwilę pocierpieć w samotności, żeby zrozumieć swoje błędy. Najlepiej jak najdalej od nich. Poza tym jej ruda przyjaciółka w końcu mogła na własne oczy zobaczyć, jakie katusze Adelia przeżywała w tej koszmarnej szkole. Chociaż sytuacja była okropna i dziewczyna naprawdę nie chciałaby znaleźć się na miejscu tamtej księżniczki, to siłą rzeczy przysparzała im ona same plusy. Czego Adelia nie mogła wiedzieć, to to, że Lisa myślała całkowicie inaczej. Rozdarta, jedną ręką przyciskała do siebie przyjaciółkę, ale jej spojrzenie nie odstępowało od oddalającej się sylwetki księcia. Rozumiała go. Naprawdę rozumiała to, jak bardzo musiało go to zaboleć i chociaż nie czuła do Sophie żadnej sympatii, to samo wyobrażenie tego bólu wystarczyło, by nabrała ochoty podążenia za nim. Powiedział, że potrzebuje chwili samotności, ale z własnego doświadczenia wiedziała już, jak taka chwila samotności zazwyczaj się kończyła. Człowiek zostawiony sam na sam ze swoim żalem tylko go jeszcze bardziej rozdmuchiwał. Nie, nie mogła mu pozwolić pogrążyć się w takiej rozpaczy. Nie zasługiwał na to. Stephanie posłała jej niewielki uśmiech, widząc jak odkłada koszyk i wstaje, ale nie zdążyła zrobić nawet kroku, bo poczuła jak czyjaś drobna dłoń łapie ją mocno za nadgarstek. Spojrzała w dół i napotkała wpatrujące się w nią błyszczące, jasnobrązowe oczy. W świetle słońca nadal dało się zauważyć ślady tych wszystkich wylanych łez na policzkach Adelii, aczkolwiek o wiele bardziej uderzający był teraz wyraz niedowierzania na jej delikatnej twarzy. - Zostawiasz mnie samą? - zapytała cichym, ale wyraźnym głosem, biorąc przy tym gwałtowny wdech. Lisa pokręciła szybko głową, spoglądając ukradkiem na Stephanie. Wysoka dziewczyna przyglądała się Adelii uważnie, z lekko zmarszczonymi brwiami. - Nie, nie samą. Jest tutaj Aidan, Stephanie i księżniczka Magda. Poznałam ich już, jesteś z nimi bezpieczna. A ja za chwilę wrócę. Obiecuję, Adelia, odchodzę tylko na sekundę, żeby porozmawiać z Alanem. Sama widziałaś, że on naprawdę tego potrzebuje - delikatnie chwyciła za te zimne palce, prosząc bez słów, żeby ją puściła. - Ja ciebie potrzebuję. Proszę cię, Lisa, nie widziałam cię cały dzień. Z nim możesz porozmawiać później - głos Adelii wyraźnie drżał, gdy pochyliła się do przodu, by powiedzieć coś, co tylko ona miała usłyszeć. - Przecież mówiłam ci, co on o mnie myśli. Oni na pewno są tacy sami. Przesadnie stoicki wyraz twarzy Magdy i sposób, w jaki przypatrywała się swojemu widelcowi, mówił Lisie, że księżniczka musiała to jednak usłyszeć. Lisa uśmiechnęła się z zakłopotaniem i położyła piegowatą dłoń na ramieniu swojej przyjaciółki. - Adelia, obiecuję ci, że nic ci się nie stanie. Naprawdę za chwilę wrócę, nie panikuj. Spojrzała wymownie na Stephanie, mając nadzieję, że ta zrozumie jej cichą prośbę. Potem odwróciła się i odeszła, zanim wyrzuty sumienia kazałaby jej zostać. Adelii naprawdę nic nie groziło. Wkrótce uciekną i będą miały dla siebie cały czas na świecie, natomiast Alan cierpiał i potrzebował wsparcia tu i teraz. Podjęła dobrą decyzję, prawda? Nadal gryzło ją to, co Alan najwyraźniej mógł myśleć o jej przyjaciółce, ale z drugiej strony, chłopak przecież wychowywał się w tym podzielonym na dwie części świecie. Nie mogła go chyba winić za te uprzedzenia, tylko przekonać, że nie ma racji. Bo nie miał. Ruszyła za nim w ciszy, na sekundę tylko odwracając się za siebie. Odniosła dziwne wrażenie, że jest obserwowana, ale wszyscy uczniowie na Polanie i siedzący na balkonach nauczyciele byli najwyraźniej zajęci. Jej wzrok przelotnie zatrzymał się na wysokiej, srebrnej wieży. Potem odwróciła głowę i patrzyła już tylko przed siebie. Alan zatrzymał się przy linii Błękitnego Lasu, w takim miejscu, w którym co prawda nie dało się zobaczyć Polany, ale wciąż dochodził do nich gwar trwających tam rozmów. Lisa do ostatniej chwili starała się nie zdradzić z tym, że go śledziła, ale kiedy już usiadł na trawie pod drzewem, przestała dbać o pozory i bezceremonialnie opadła na ziemię obok niego. Nie pozwoliła mu się odezwać, tylko od razu złapała go za rękę i mocno ścisnęła, co miało być subtelnym sygnałem, żeby na razie siedział cicho. Przez kilka sekund żadne z nich nic nie mówiło. Ocierali się o siebie ramionami, a Lisa wlepiała spojrzenie w niewielkiego ptaszka, chyba słowika, który skakał po gałęziach na jednym z niebiesko-granatowych drzew. - Nie przyszłam tu, żeby cię zalewać jakimiś banałami, że to niby nie twoja wina i Sophie mogłaby zacząć dbać sama o siebie. Wiem, że to wszystko bzdury - powiedziała w końcu i oparła głowę na twardej korze, spoglądając na niego z powagą. - Rozumiem, że czujesz się odpowiedzialny za kuzynkę i wściekły na siebie, że pozwoliłeś, by ktoś ją zaatakował. Ja zareagowałabym tak samo. Myślałam, że się zakopię żywcem z żalu, kiedy nie zauważyłam, jak chłopcy w szkole wysypują Adelii rzeczy przez okno, chociaż byłam wtedy w tej samej klasie - odgarnęła z zakłopotaniem kosmyk włosów z czoła. - To znaczy, wiem, że sytuacja z Sophie była o wiele poważniejsza, ale łapiesz, o co mi chodzi, nie? Chciałam ci tylko powiedzieć... - jej głos stawał się coraz pewniejszy. - ...że użalanie się nad sobą w takiej sytuacji nic nie daje. Nie udało ci się zareagować, trudno, nawet jeśli sam na siebie jesteś z tego powodu zły. Najważniejsze, że Sophie nic się nie stało. A ty następnym razem po prostu bardziej o nią zadbaj. Przynajmniej dopóki nie pojawi się w jej życiu ktoś... no wiesz... bardzo ważny. Książę z bajki, czy jak wy to tutaj mówicie. A to już chyba długo nie zajmie; jest naprawdę śliczna i wydaje się miła, w każdym razie wtedy, gdy nie mówi akurat do mnie - westchnęła i wzruszyła ramieniem - Mi też jest trochę głupio, bo to w sumie częściowo moja wina. To przeze mnie wszyscy tak skupiliście się na Dyrektorze. Chyba powinnam po prostu poszukać w bibliotece, czy coś - uśmiechnęła się nieśmiało i szturchnęła go lekko łokciem. Może nie było to pocieszenie najwyższych lotów, ale mówiła szczerze to, co naprawdę myślała i czuła. Nie wierzyła w słodkie słówka i nierealistyczne porady. W tym czasie na Polanie, przy stole, który dopiero co opuściła dwójka zawszan, panowała niezręczna cisza. Adelia oddychała ciężko, wbijając spojrzenie we własne kolana, na których bezustannie zaciskała spazmatycznie palce. Czuła, że pod powiekami pieką ją łzy, ale ten jeden raz nie pozwoliła im polecieć. Jak ona mogła to zrobić? Jak mogła stwierdzić, że jakiś tam książę, którego ledwie znała, był ważniejszy niż uczucia Adelii, jej wieloletniej przyjaciółki? Przecież wszyscy widzieli to, jak bardzo się bała i jak bardzo cierpiała, będąc zmuszoną do obcowania z wiedźmami i okrutnymi potworami z baśni. Lisa powinna była rzucić wszystko i zadbać o jej bezpieczeństwo, dać jej nadzieję na to, że wkrótce się stąd wydostaną i wszystko wróci do normy. Podobno mieli omawiać jakieś fakty o Dyrektorze Akademii, co w jakiś kompletnie niezrozumiały dla niej sposób wydawało się ważne dla ich planów. To właśnie powinni teraz wszyscy robić. Planować. A nie użalać nad sobą i biegać w te i we wte. Przecież obiad w każdej chwili mógł się skończyć! To ona miała tutaj prawo do histeryzowania i smutku, a nie jakiś głupi książę! Dlaczego Lisa tego nie rozumiała? Pociągnęła głośno nosem i zamrugała szybko, żeby powstrzymać płacz. - Hej, nie przejmuj się. Lisa zaraz przyjdzie, a teraz możesz pogadać z nami - wzdrygnęła się, gdy poczuła czyjąś ciepłą dłoń na ramieniu. Podniosła głowę, chociaż część jej twarz wciąż pozostawała zakryta przez włosy - Ja jestem Stephanie, to jest księżniczka Magda, a to Aidan, chociaż na pewno już to wiesz. Magdalene jadła w ciszy swój obiad, obserwując ich uważnie, a Aidan sączył sok, najwyraźniej nieco zakłopotany. Mimo wszystko ta wysoka, rozczochrana dziewczyna, Stephanie, próbowała z dzielnym uśmiechem rozpocząć między nimi jakąś rozmowę. Tylko po co? Stephanie zagryzła nerwowo wargę, zastanawiając się, jak może uspokoić tę drobną, wystraszoną dziewczynę. Chociaż wciąż odczuwała do niej dziwną niechęć, to jednak była to przyjaciółka Lisy i nie chciała, żeby siedziała taka przybita. Poza tym, skoro ktoś tak fajny, jak jej ruda współlokatorka przyjaźnił się z Adelią, to ostatecznie nie mogła ona być chyba aż taka zła. - No więc... Adelio... jak długo przyjaźnicie się z Lisą? - zapytała na próbę, mając nadzieję, że nie było to zbyt nieuprzejme pytanie. Dziewczyna spojrzała na nią powoli, odgarniając z twarzy wilgotne, brązowe włosy. Nie wyglądała na zbyt chętną do rozmowy. - Długo - odpowiedziała cicho i chociaż coś w jej tonie mówiło Stephanie, że nie powinna kontynuować, to jednak... kurde, wciąż wyglądała na tak zrozpaczoną, rozmowa mogła ją chociaż trochę zająć. - Aha. A gdzie się poznałyście? - W szkole. Ton Adelii mógł wskazywać albo na jej niepewność i ostrożność albo na to, że uznaje te pytania za głupie. Stephanie zignorowała jednak Aidana, który złapał ją ostrzegawczo za łokieć i ciągnęła dalej. - No właśnie, a jak tak właściwie wygląda szkoła w świecie Czytelników? W sumie nigdy nie... - Przestań - te słowa, choć ciche i nieco rozdygotane, były tak niespodziewane, że Stephanie urwała gwałtownie, a Magda powoli odłożyła widelec. - Widzę, że mnie nie lubisz. Wy wszyscy mnie nie lubicie - wzrok dziewczyny powędrował na dłoń Aidana, który wciąż trzymał Stephanie za rękę. Chłopak natychmiast ją puścił, a na jego twarzy pojawił się delikatny rumieniec - Nadal myślicie, że jestem wiedźmą, chociaż Lisa mówiła wam wiele razy, że to nieprawda - Adelia szarpnęła bezwiednie za kołnierz swojej czarnej tuniki. - Ale nie potrzebuję waszej sympatii, dla mnie ważna jest tylko moja przyjaciółka. Po prostu zostawcie mnie w spokoju - dziewczyna znów spuściła głowę i zacisnęła palce na własnych kolanach. Stephanie westchnęła cicho i spojrzała na Aidana i Magdę. Piegowaty chłopak wyglądał na bardzo rozdartego, zupełnie jakby nie był pewny, co tak właściwie powinien myśleć, natomiast Magdalene całkowicie zrezygnowała z jedzenia, zamiast tego uważnie przypatrując się Adelii. Delikatnie zmarszczone brwi wskazywały na to, że usilnie się nad czymś zastanawia.
  13. Elvira Dziewczyna nie zrobiła więcej niż dwa kroki, natychmiast zauważając, że chłopak za nią nie podążył. Nie potrzebowała odchodzić dalej i doświadczać ciemności, bo od samego początku wsłuchiwała się w ciszę, zastanawiając, czy usłyszy choćby i najdrobniejsze kroki. Testowała go, sprawdzała jak długo pozwalał traktować się niczym popychadło. Ta uległa postawa już wcześniej była intrygująca i choć Elvira chciałaby zrzucić to na naturalny respekt, który ludzie do niej czuli, to wiedziała, że byłoby to wyjaśnienie mało prawdopodobne. Thomas wydawał się nią niemal zauroczony - rzecz typowa i nudna. Czekała, aż w końcu pokaże pazury, bo w końcu jaką satysfakcję miałaby mieć z wytresowania kogoś, kto już wcześniej nie stanowił żadnego wyzwania. Gdy więc usłyszała, jak zaczyna mówić, na jej cienkich ustach pojawił się niewielki uśmieszek, prawie złowrogi w tym słabym świetle świecy. Szybko pokonała dzielący ich dystans, tak, że teraz znów stykali się ramionami. Może i była od niego nieznacznie niższa, ale wiedziała, że wystarczy prosty wyraz triumfu na twarzy, by wyprowadzić go z równowagi. Nie musiała go zresztą nawet udawać. Wysłuchała go, ani na chwilę nie odrywając spojrzenia błękitnych oczu od jego własnych, nieco ciemniejszych. Włożyła całą swoją wolę w to, aby nie pokazać na twarzy ogromu zastanowienia i możliwych odpowiedzi, jakie właśnie wewnętrznie analizowała. Mimo wszystko, nie była w tym mistrzem (jeszcze) i pod koniec, gdy ostatecznie wybrała odpowiednią ripostę, jej usta rozjaśniły się taką satysfakcją, że światło świecy znów miało okazję zaigrać na białych zębach. Na początku tylko nieznacznie przechyliła głowę, jakby wciąż się nad czymś zastanawiała, choć tak naprawdę całą wypowiedź miała już gotową. - Zgadzam się, Christian idealnie nadaje się na psa i wątpię, by po Akademii czekał go jakikolwiek inny los. Ale nie sądzę, bym miała zamiar go przygarnąć. Wiesz... wolę koty - zmrużyła powieki i wychyliła się do przodu, opierając drobną dłoń na piersi Thomasa. Żeby móc szeptać mu do ucha, zmuszona była stanąć na palcach, ale dobra manipulacja wymagała poświęceń. - Natomiast u pomocnika... sługi... szukam czegoś więcej niż ślepego posłuszeństwa. Zainteresowałam się tobą, ponieważ uznałam, że jesteś tego godny - mógł poczuć przy twarzy jej pachnący miętą oddech, ale wciąż nie zbliżyła się na tyle, by dotykać go inaczej niż dłonią; Elvira dobrze znała granicę pomiędzy subtelną manipulacją, a zachowaniem napastliwej suki - Ambitny, zdolny, a przede wszystkim... z charakterem - nawiązała w ten sposób do wydarzeń przy Zatoce. Mówiąc, przesuwała powoli palcem po jego mundurku, ale już sekundę później odsunęła się gwałtownie, zabierając mu przy tym świecę z dłoni. Odeszła jeden krok w głąb biblioteki, spoglądając na niego przez ramię. - Jeśli jednak rzeczywiście nie masz tego wszystkiego, to wystarczy, że mi to udowodnisz. Zostawię cię wtedy w spokoju. Nie interesują mnie ludzie przeciętni - znów oblizała dolną wargę, dodając coś, co właśnie przyszło jej do głowy. - Wolałabym jednak, byś tego nie robił. Niewielu w tej Akademii uczniów o wystarczającym poziomie, by wziąć je pod swoje skrzydła. Musiałabym pewnie ukraść któregoś z kolegów Raverowi, a to coś, na co nie mam obecnie ochoty - w jej oczach zalśniło coś niepokojącego - Nie potrzebuję groźniejszego konfliktu niż ten, który został mi już wypowiedziany - całe to zagranie było dość ryzykowne, ale Elvira zdecydowała się spróbować. Ostatecznie, eksperymenty były tym, co motywowało ją do życia i już teraz czuła pulsującą w żyłach ekscytację. Co z tego wyniknie, to wyniknie. Od momentu rozpoczęcia nauki nie minął przecież nawet jeden dzień; miała czas. Powoli zaczęła się oddalać, choć specjalnie zwlekała, dając mu szansę na ewentualną reakcję. - Tylko nie zepsuj sobie wzroku, przeglądając książki w tych ciemnościach - ostatnia żartobliwa uwaga. Najwyraźniej nawet ona nie potrafiła się czasem powstrzymać.
  14. Obiad Gdy Alan wstał od stołu, uwaga każdego na sekundę się na niego zwróciła, nim wszyscy wrócili znów do swoich rozmów. Jedynie Adelia i Lisy zareagowały inaczej, choć skrajnie różnie. Delikatna nigdziarka ani na chwilę nie oderwała wzroku od widelca, którego ściskała w dłoniach, natomiast jej ruda przyjaciółka śledziła spojrzeniem zmierzającego w stronę nimf księcia tak długo, aż zniknął on za grupą rozchichotanych dziewcząt. Zaraz potem do porządku przywołała je Magda, elegancko składając ramiona na stole i nieco się do nich wychylając. - Tak więc Liso... Adelio... co dokładnie chciałybyście wiedzieć? Mniemam, że historię Wielkiej Wojny i zagadkę natury obecnego Dyrektora zdążyłyście już poznać? - w jej wielkich, ciemnobrązowych oczach pojawił się jakiś dziwny wyraz, który trudno było rozszyfrować. Adelia jedynie wzruszyła lekko ramieniem, wciąż nie mając pojęcia co tak właściwie mogą dać im te informacje. Lisa najwyraźniej uznała to jednak za znak niepewności, bo wplotła rękę w jej wilgotne, cienkie włosy i zaczęła przeczesywać je palcami, tak, jak robiła to czasem w szkole, gdy dziewczyna miała wyjątkowo ponury humor. Było to na tyle przyjemne, że jeszcze mocniej się w nią wtuliła. Jej Lisa. Jej przyjaciółka. Zawsze odważna i opiekuńcza i miła. Poświęcała czas cichej Adelii nawet wtedy, gdy mogłaby go spędzić z bardziej dzikimi i podobnymi do niej dziećmi. Ta myśl była z jakiegoś powodu zadziwiająco kojąca. Pewnie gdyby poprosiła ją teraz o porzucenie tej grupy baśniowców i przejście razem na stronę nigdziarską, zrobiłaby to bez wahania. Ostatecznie, pomimo tego, że Adelia nabrała wielkiej ochoty, by naprawdę to przetestować, powstrzymała się od odezwania, decydując po prostu słuchać. To przecież nie tak, że miała jakikolwiek obowiązek odzywać się do tych dziwnych ludzi. Lisa pogryzała bułkę, nieświadoma tych wszystkich myśli i wątpliwości, które dręczyły siedzącą obok przyjaciółkę. Czuła tylko jej drżenie, zimne i mokre włosy, które rozplątywała palcami wolnej ręki oraz szorstki, nieprzyjemny mundurek przyciśnięty do boku. Zaczynała mieć lekkie poczucie winy, że w ogóle pomyślała o tym, iż ucieczka może jednak nie być najlepszą opcją. Nieważne jak bardzo polubiłaby niektórych zawszan, nie ważne jak bardzo mogłaby za nimi potem tęsknić, nie mogła pozwolić na to, by ktoś tak niewinny jak Adelia skończył w potępieńczych warunkach i z napisem "wiedźma" na plecach. Te myśli napełniały dziewczynę nie tylko żalem, ale i determinacją do tego, by ich plan powrotu był jak najlepiej przygotowany. Wychyliła się właśnie do Magdy i już otwierała usta, żeby jej odpowiedzieć, gdy Stephanie ją uprzedziła. - Dobra, ale z tym poczekajmy na Alana, a teraz obgadajmy coś, do czego nie jest nam potrzebny - szarpnęła ramieniem siedzącego obok Aidana, który z zakłopotaną miną odwrócił głowę, najwyraźniej nie chcąc, by zauważyła, że pod jego piegami zaczął formować się rumieniec - Aidaaaan, za co dokładnie Alan, Julian i Ambrodupek dostali karę? Lisa parsknęła śmiechem, Adelia zamrugała, a Aidan zagryzł mocno dolną wargę. Tylko Magda zachowała w miarę kamienną twarz, choć Lisie nie umknęło, że zaczęła z fałszywym zainteresowaniem przyglądać się niebieskim drzewom na granicy Polany. W takich momentach przypominała sobie, że ta dziewczyna naprawdę była księżniczką i najwyraźniej nie przystało jej wyśmiewać się z księcia (nie zmieniało to jednak faktu, że gdyby Lisa była księżniczką, a na szczęście nie była, to nie miałaby żadnych problemów z nazywaniem dupków dupkami) - Nie jest potrzebny, w sensie, że nie chcesz, żeby usłyszał, jak go obgadujesz, co? - zapytał żartobliwie Aidan, a Stephanie pokazała mu język. - Ale tak serio, to sam za bardzo nie wiem. Profesor wsadził ich do innej grupy. Nie słyszałem o czym gadali, ale to musiało być bardzo niefajne i chybaby się nawet pobili, gdyby nie to, że nauczyciel ich rozdzielił. Stephanie wydęła usta w komiczny, kaczkowaty sposób, najwyraźniej niezbyt usatysfakcjonowana tą odpowiedzią, ale nie dodała już nic więcej, bo wrócił Alan ze swoim koszykiem. Lisa zauważyła, że usiadł o wiele dalej niż wcześniej i posłała mu nieco zadziorny uśmiech, mrużąc przy tym zielone oczy. - Alan, gdzieś ty usiadł? Chodź bliżej. No chyba, że się mnie brzydzisz - rzuciła żartobliwe, mrugając do niego, żeby nie wziął tego czasem na serio. Adelia w pierwszej chwili uniosła nieco głowę i spojrzała na nią z oburzeniem, ale potem jej wyraz twarzy stał się jakoś tak bardziej smutny i przybity. Położyła głowę na ramieniu przyjaciółki i szepnęła cicho, bardzo cicho, tak, że tylko ona mogła ją usłyszeć. - Pewnie chodzi mu o mnie. Widziałam już w nocy, że mnie nie lubi. Na pewno myśli, że jestem wiedźmą. Lisa zesztywniała z na wpół uniesioną butelką soku, z której właśnie zamierzała się napić. Zamiast tego odstawiła ją powoli na stół. Czy naprawdę mogło chodzić o to? Alan jak do tej pory nie wydawał się źle oceniać Adelii i do tego ciągle im pomagał... ale z drugiej strony, chociaż naprawdę go polubiła, to przecież wciąż nie wiedziała o nim zbyt wiele... a większość ludzi w świecie baśni wyraźnie brała tę całą sprawę z zawszanami i nigdziarzami bardzo poważnie... Zagryzła nerwowo wargę, nie do końca pewna, jak się z tym czuje. Nie była szczególnie zła, tak jak zapewne powinna, tylko raczej... smutna? - Wciąż nie odpowiedziałyście na moje pytanie - wtrąciła powoli Magda, obserwując ją ostrożnie, skutecznie przerywając tą niezręczną chwilę. Lisa prawie uśmiechnęła się z wdzięcznością, dziękując jej w duchu za to, że dzięki niej ma szansę skupić się na czymś innym i odwlec w czasie zastanawianie nad własnymi, nieprzyjemnie obcymi emocjami. - Ach. No to tak. W sensie tak, znamy historię tej całej Wojny i Dyrektorów-bliźniaków. - To dobrze, więc... - Magda przerwała i wbiła spojrzenie w coś ponad głową Lisy. Dziewczyna odniosła wrażenie, że twarz księżniczki stała się jakby bledsza niż zwykle. - Co... Wszyscy się odwrócili. Chwilę później Aidan wydał z siebie dziwny dźwięk, coś pomiędzy westchnięciem, a okrzykiem wzburzenia. Cóż, teraz już wiedzieli dokładnie co. Parę sekund wcześniej Edward, z nieco zakłopotaną miną, zbliżył się do stołu, do którego pokierował go Abraxas. To nie tak, że towarzystwo Vivienne i pozostałych księżniczek mu przeszkadzało, były w końcu bardzo uroczymi damami, ale jednak... z jakiegoś powodu odczuwał niecodzienną niechęć, wywołaną tym, że księżniczki Sophie nadal nie było na obiedzie. Dlaczego się spóźniała? I dlaczego najwyraźniej pojawi się na obiedzie samotnie? Czy to nie była taka... dziewczyńska rzecz, żeby wszędzie chodzić w rozchichotanych i rozgadanych grupkach? Ani trochę nie podobało mu się to, że śliczna i delikatna Sophie została zostawiona sama. Irytowała go sama myśl, że taka księżniczka jak ona może wciąż nie mieć żadnej zaufanej koleżanki, nawet jeśli współlokatorki dobrano jej tragicznie. Poza tym, przy tym stole siedziała również Emeralda, która od początku bardzo wyraźnie pokazywała, że ma ochotę nawiązać z nim bliższą relację. Zazwyczaj po prostu by to zignorował, jak to robił już wielokrotnie w przeszłości, jednak teraz z jakiegoś powodu stało się to okropnie niewygodne. Mimo wszystko posłał wszystkim księżniczkom wzorowy, uprzejmy uśmiech i właśnie odkładał koszyk na stół, gdy Abraxas złapał go mocno za ramię. - Edward - syknął ostrzegawczo, patrząc gdzieś w bok, a ciemnowłosy książę natychmiast skierował tam spojrzenie. To, co zobaczył, na sekundę odebrało mu dech w piersiach. Sophie, delikatna Sophie ściskana i pomiatana przez jakiegoś zapchlonego, śmierdzącego nigdziarza. Księżniczka wyglądała, jakby była na skraju łez i najwyraźniej ledwo trzymała się na nogach. - O co chodzi? - zapytała niecierpliwie Vivienne, najwyraźniej niezadowolona, że Abraxas jeszcze się z nią nie przywitał. Odwróciła się na ławce, żeby zobaczyć, w co się tak wpatrują i wydała z siebie stłumiony okrzyk. Jednak tego Edward nie usłyszał już dokładnie; wiatr zaszumiał mu w uszach, gdy bez namysłu popędził w stronę księżniczki. Nie obchodziło go to, że nie ma ze sobą miecza, ani żadnej innej broni. Chociaż walka na pięści nigdy nie była jego mocną stroną (uważał ją za zbyt bestialską), to teraz czuł w ramionach i zaciskających się wściekle palcach, że byłby w stanie bez najmniejszego problemu rozszarpać tego obrzydliwego trolla na tysiąc kawałków. Pewnie naprawdę by to zrobił, gdyby nie to, że jego priorytetem była przecież ta przerażona księżniczka o takich wielkich, pięknych oczach i... - Co robisz!? - krzyknął wściekle, zwracając na tę scenę uwagę wszystkich uczniów na Polanie. Zanim się spostrzegł, jego dłoń zacisnęła się na szyi nigdziarza, z całej siły odpychając go do tyłu. To było jednak wszystko, co zrobił. Zaraz potem otoczył księżniczkę ramionami i przyciągnął ją do siebie, delikatnie głaskając te miękkie, czarne włosy - Już dobrze, już wszystko dobrze - szeptał uspokajająco i gdyby sytuacja nie była tak napięta, dodałby, że używała naprawdę przyjemnych perfum. Chociaż Edward skupiał się teraz tylko na uspokojeniu drżącej dziewczyny, z zadowoleniem spoglądał znad jej głowy na rozgrywającą się przed jego oczami scenę. Dla nigdziarza nie był to bowiem koniec. Edward mógł czuć do Sophie trochę większą sympatię, niż powinien, ale przecież żaden książę nie zamierzał pozwolić komukolwiek, a już zwłaszcza jakiemuś nigdziarzowi, na krzywdzenie księżniczek. Poza tym, na przyjaciela zawsze mógł liczyć. Abraxas dobiegł tutaj zaraz po nim i z całej siły owinął ramię wokół nigdziarza, uniemożliwiając mu nie tylko próbę zaatakowania ich ponownie, ale też najwyraźniej oddychanie. Sekundę później znikąd pojawił się przy nich również Ambrosius, który bez zastanowienia kopnął nigdziarza mocno w tyłek. Impulsywna reakcja, biorąc pod uwagę, że chłopak był już skrępowany, ale Edward i tak nabrał nagle ochoty, by przybić temu księciu piątkę, nie ważne jak arogancki by zazwyczaj nie był. Teraz już wszyscy na nich patrzyli. Edward wciąż nie puszczał Sophie, doskonale wiedząc, że zaraz pojawią się przy nich wilki. Biorąc jednak pod uwagę, że byli po zawszańskiej części, jako pierwsze nadleciały wróżki, które teraz brzęczały nad ich głowami, nie powstrzymując jednak Ambrosiusa i Abraxasa od agresywnego potrząsania nigdziarzem. W pewnej chwili z jego ręki, czy kieszeni wypadło coś srebrnego, co Ambrosius natychmiast podniósł, żeby bliżej się temu przyjrzeć. Czarne oczy Edwarda zrobiły się nagle wielkie i wściekłe, chociaż gdy wsunął przy tym dłoń we włosy Sophie, zrobił to bardzo delikatnie. - Nóż! - krzyknął Ambrosius, podnosząc go do góry tak, że wszyscy mogli go zobaczyć. Księżniczki westchnęły przerażone, a niektórzy nigdziarze parsknęli szyderczo - Nóż! Dlaczego on ma nóż!? - złotowłosy chłopak stanął w przesadnie dumnej pozycji, wyglądając chyba nawet na bardziej oburzonego, niż wtedy, gdy profesor Daramis przyznał mu ostatnie miejsce. Wtedy właśnie pojawiły się wilki. Jeden zabrał Ambrosiusowi nóż, a drugi machnął łapą na Abraxasa. Chociaż wyglądali na wściekłych, nie zamierzali najwyraźniej ruszać zawszan. Zamiast tego rozgonili ich jednym, pogardliwym warknięciem: - Odegrali już bohaterów, to niech się teraz ruszą i wracają żreć. Usta Abraxasa wygięły się z odrazą, ale puścił Christiana, pozwalając mu opaść na ziemię. Nie pozostał na niej długo, gdyż jedna z bestii szybko złapała go za mundurek i podciągnęła brutalnie na nogi. - Ktoś chyba nie słuchał, jak na Ceremonii Powitalnej mówili, że nie wolno bez pozwolenia nosić ostrych broni poza klasą - wilk chyba próbował się uśmiechnąć, co przypominało bardziej wściekły grymas - Ale żeś się już przynajmniej dowiedział, co grozi za łamanie regulaminu. Bestie parsknęły warkliwym śmiechem, a potem szarpnęły chłopakiem i popchnęły go w stronę Akademii Zła. Tego nie trzeba było wyjaśniać.
  15. Elvira Zmrużyła z zainteresowaniem oczy, gdy chłopak zaczął mówić o swojej przeszłości i nie była do końca w stanie powstrzymać lekkiego zawodu, jaki odczuła, gdy nagle przerwał. Oczywiście, że chciała wiedzieć o nim jak najwięcej. Nie był to jednak wcale żaden wyjątek, bo to samo dotyczyło każdego innego ucznia tej szkoły - w końcu wiedza to potęga. Znajomość czyjejś przeszłości znacznie usprawniała wszelkie techniki manipulacji; tylko wtedy też dało się wybrać ten jeden najwłaściwszy. Udowodniła to już dzisiaj w czasie lekcji Osobistych Talentów, na tej tam rudej Margo. Mimo wszystko zdecydowała się nie naciskać na Thomasa, by wyjawił coś więcej. Nie wątpiła, że prędzej czy później zdoła poznać go na wskroś, być może nawet lepiej, niż sam siebie zna. Na razie zadowoliła się informacjami, które już uzyskała. Nie chodził do szkoły? Cóż za... niedogodność. W normalnym przypadku pewnie od razu prychnęłaby z pogardą i zaczęła zastanawiać nad tymi wszystkimi brakami i ułomnościami, jednak teraz... jakoś nie mogła (lub nie chciała) się na to zdobyć. Zamiast tego zaintrygowała ją inna sprawa - dlaczego nie chodził do szkoły? Czy ten żałosny Christian nie wspominał o tym, że rodzice Thomasa byli zawszanami? Być może nie żyli. Biorąc pod uwagę jego fizyczny stan i wyraźne rozgoryczenie, wydawało się to prawdopodobne. Poza tym, widać było też, że jest samotnikiem i polega na własnych zdolnościach; z nikim nie rozmawiał i od samego początku automatycznie próbował odizolować od reszty. Do tego ten koń... czyżby był jego jedynym towarzyszem? Jak długo trwa ujarzmianie takiego stworzenia, tak, by nie sprawiało zagrożenia dla swojego właściciela? Czy byłby w stanie zrobić to w sierocińcu? Jednego mogła być pewna - nie dokonałby tego pod okiem zawszańskich rodziców lub opiekunów. Tak wiele pytań wciąż pozostawało bez odpowiedzi. Wbiła spojrzenie w książkę w jego ramionach, obiecując sobie, że prędzej czy później także się do niej dobierze. Sekundę później obserwowała z niemą satysfakcją, jak chłopak idzie po świece. Na jej ustach pojawił się niewielki uśmiech, jeden z tych bardziej szczerych, gdy zaczął do tego dukać jakieś niezbyt imponujące tłumaczenia. - Próbujesz przekonać mnie, czy siebie? Bo nie jestem pewna - zapytała lekko, idąc przy jego boku w bardziej mroczne i zatęchłe rejony biblioteki. Tu nie docierało ani światło dnia ani szum deszczu, choć z drugiej strony ulewa mogła się już po prostu skończyć. Migotliwy płomyczek świecy jeszcze bardziej podkreślił filigranowe rysy twarzy Elviry, a gdy się ironicznie uśmiechnęła, zabłysł na jej idealnie równych zębach. - A tak swoją drogą, nie wiem, czy znajdziesz tu cokolwiek, co pomoże ci na następnej lekcji profesora Sadera. Kazał nam się zastanowić. Na zadane przez niego pytanie nie ma jednej, właściwej odpowiedzi. Nikt nie wie jak działa Baśniarz, powinniśmy tylko przedstawić własną opinię i odpowiednio ją uargumentować. Jest to więc coś, z czym większość tej klasy sobie pewnie nie poradzi - dodała z nutą irytacji, choć jej ogólny ton pozostał beznamiętnie rzeczowy. Dopiero, gdy uniosła lekko głowę, by znów spojrzeć Thomasowi prosto w twarz, w jej błękitnych oczach zamigotały niemal kocie ogniki, a uśmiech stał bardziej złośliwy - Ale skoro już tu jesteś, możesz potrzymać tę świecę, podczas gdy ja będę szukać odpowiedniej książki dla siebie. - wychyliła się jeszcze do bardziej do przodu, kipiąc samozadowoleniem - Tłumacz to sobie, jak tylko zechcesz, ale oboje wiemy, że ostatecznie tak właśnie zrobisz - nie do końca świadomie oblizała dolną wargę, a potem odwróciła się, odgarniając do tyłu swoje cienkie, ale niezwykle aksamitne włosy. Jej wzrok spoczął na zaśniedziałej tabliczce, przybitej do najbliższego regału "Botanika i Alchemia". - Najsilniejsze Trucizny, Rośliny Jadowite i Mięsożerne... interesujące, ale to nie tutaj. Chodźmy dalej... Thomas - spróbowała eksperymentalnie użyć jego imienia, testując je na języku. Nie brzmiało źle, tak długo, jak szło w parze z poleceniami. Ostatecznie, mogła to jeszcze rozważyć.