Elizabeth Eden

Brony
  • Zawartość

    2728
  • Rejestracja

  • Ostatnio

Reputacja

85 Bardzo dobra

O Elizabeth Eden

  • Ranga
    Eliza ;)
  • Urodziny 18 Wrzesień

Informacje profilowe

  • Płeć
    Klacz
  • Miasto
    Polska
  • Ulubiona postać
    Twilight Sparkle

Ostatnio na profilu byli

9056 wyświetleń profilu
  1. Akademia Zła, Noc, Wieża Szkoda Cierpliwość dziekan Zła musiała się kiedyś skończyć, tak samo jak ta rozmowa. Lisa miotała się w duchu, próbując wymyślić dobrą odpowiedź, jednak nic nie wydawało się odpowiednie; a przez odpowiednie miała oczywiście na myśli coś, co pozwoliłoby im przynajmniej ujść płazem z tej próby ucieczki, równocześnie nie raniąc osób postronnych. Opowieść węża nie zrobiła na Lisie zbyt wielkiego wrażenia; nasłuchała się już dostatecznie dużo historii o wiedźmach i księżniczkach, którym nadal nie dawała wiary, poza tym - jak słusznie zauważyła nauczycielka - ich sytuacja była inna. Profesorowie tych Akademii mieli się dopiero przekonać jak bardzo inna. Przede wszystkim oczekiwała momentu, w którym zostaną ukarane za jej niewyparzony język, bo nie wątpiła, że po raz kolejny zachowała się nazbyt impulsywnie. Ściskała Adelię, ta ściskała ją jeszcze mocniej; na obu twarzach malowało się zmęczenie, wściekłość oraz żal. Groźba Sali Udręki sprawiła też, że Lisa poczuła jak ulatuje z niej determinacja. Nagle przypomniała sobie jaką tak naprawdę niesprawiedliwą władzę miała nad nimi ta kobieta. W tej samej chwili, w której palce Adelii wpiły się boleśnie w delikatne okolice żeber Lisy, dziewczyna rozluźniła zaciśnięte pięści i wychyliła się do przodu, czując wilgoć zbierającą się na rudych rzęsach. - Nie robię z pani żadnej idiotki! My chcemy tylko wrócić do domu, czy to tak trudne do zrozumienia? Adelia jest po prostu przestraszona! - rzucała przypadkowe odpowiedzi na masę poruszonych przez Crystal tematów, tylko po to, by ostatecznie zamilknąć i przycisnąć dłoń do ust. Adelia krzyknęła, gdy zaczęły otaczać je krucze pióra, Lisa natomiast wpiła zęby we własne palce, w próbie zmuszenia samej siebie do podjęcia tej ostatecznej próby, na której samą myśl robiło jej się niedobrze. Co mogła jeszcze zrobić? Co powiedzieć? Logicznie... Pal licho logikę. - Dobrze, powiem! - wrzasnęła histerycznie ponad szelestem krążących coraz szybciej piór, na co Adelia załkała dławiąco, myśląc chyba, że nareszcie zdecydowała się wydać Alana. Oczywiście nie była to prawda; dziewczyna nadal nie byłaby do tego zdolna, lecz kiedy już opadły wszystkie pióra i znów poczuła, że stoi pewnie na zimnej posadzce, z jej ust wyrwały się słowa, nad którymi sama niezbyt się zastanowiła. - Wiem, czyje buty ukradłam, okej? On nam nie pomagał, ale... I zanim zdążyłaby dodać coś więcej, zniknęła. Nie było żadnego magicznego błysku, żadnego trzasku ani powiewu zaklęcia, żadnych kruczych piór. W miejscu, w którym zaledwie sekundę temu stała wysoka, ruda Czytelniczka, nie było teraz nic, a jej wyznanie urwało się tak nagle, że jeszcze przez kilka sekund w uszach dzwonił im dziewczęcy głos. Adelia pisnęła, przyciskając do piersi ręce, którymi wcześniej ściskała przyjaciółkę. Tajemnicze zniknięcie Lisy, nie mające żadnego związku z magią Crystal, wstrząsnęło nią do tego stopnia, że przez dłuższą chwilę potrafiła jedynie mrugać załzawionymi oczami i i telepać się pod szorstkim mundurkiem. Potem wsunęła palce w osłabione, brązowe włosy, kuląc się w sobie i uciekając wzrokiem od strasznej dziekan i jej olbrzymiego węża. - Dlaczego to zrobiłaś? Dlaczego? - szeptała pomiędzy jednym płaczliwym czknięciem, a drugim. Po poprzedniej wściekłości nie został nawet ślad; Crystal równie dobrze mogła ją sobie tylko wyobrazić. To, że Adelia oskarżyła kobietę o zniknięcie Lisy nie było niczym nadzwyczajnym; ostatecznie czy nie właśnie tym zagroziła im parę minut temu? Lisa być może też tak pomyśli, gdy następnego dnia zerwie się nagle z własnego łóżka - wciąż w butach i dodatkowym okryciu. W tej chwili istniały jedynie dwie osoby, które mogły być absolutnie pewne tego, co naprawdę się tu wydarzyło, a jedna z nich chichotała właśnie w wiekowej komnacie, w najbezczelniejszy sposób udowadniając coś, co uczennica w złości zarzuciła nauczycielce. Ma wszystkich za nic i ciągle z was drwi.
  2. Akademia Zła, Noc, Wieża Występek Z każdą chwilą sytuacja stawała się coraz bardziej zagmatwana. Skronie zaczynały pulsować jej bólem, a serce od dawna biło gdzieś w okolicach krtani. Odwaga nadal chciała napierać i szukać wyjścia, lecz rozsądek coraz częściej przebijał się na wierzch, a wraz z nim myśl, że dzisiejszego wieczoru już wszystko stracone i dla własnego dobra powinny odpuścić, nawet, jeżeli nie chciały. Przez większość wypowiedzi Crystal nie odezwała się słowem, zbyt oniemiała, by cokolwiek z siebie wydusić. Te wątpliwości, które na samym początku odrzuciła, wróciły teraz z olbrzymią mocą, sprawiając, że po raz kolejny owinęła wokół Adelii ochronne ramię, wplatając palce w jej cienkie, wilgotne z nerwów włosy. Im dłużej słuchała nauczycielki, tym bardziej uświadamiała sobie jak bardzo nielogiczna i nieprawdopodobna była ta historia. Chociaż bardzo chciała trwać w nadziei, że znalazł się ktoś, kto mógłby im pomóc, nie była dłużej w stanie uwierzyć w jakiekolwiek jej słowo. Czuła, że wiedźma nie tylko próbowała się nimi zabawić, ale też kompletnie nie słuchała tego, co mówiła do niej Lisa. Ostatecznie - jaki tak właściwie mogła mieć pożytek w tym, że pomoże im uciec? Spokój od Adelii? Wątpliwe, dziewczyna większość ostatniego tygodnia spędziła przecież spokojnie i cicho. Narażała się na gniew Dyrektora - bo cokolwiek by nie mówiła o swojej wiedźmowatości, Lisa nadal nie wierzyła, by mogło jej to ujść płazem, w końcu sama przyznała już, że porywacz poświęcił wysiłek i czas na to, by je tu ściągnąć - proponując, że zrobi to właściwie za nic. Bo przecież jeżeli chciała przypadkowego ucznia, wcale nie potrzebowała do tego jej słowa; była Dziekanem do cholery. Słuchała jej tylko tak długo, jak myślała, że pragnie złapać zawszanina łamiącego regulamin lub dowiedzieć się w jaki sposób Lisa włamywała się do zamku; teraz nareszcie zdobyła się na słuszną nieufność. Nie wiedziała tylko, co myśli o tym wszystkim Adelia. Przyjaciółka po raz kolejny stała się apatycznie wręcz cicha i poza tym, że obserwowała swoją nauczycielkę spod ramienia Lisy - biała ze zmęczenia i niepokoju, z zaczerwienionymi oczami i gorącymi łzami, które cicho skapywały ze skóry na szorstką koszulę - milczała, chyba całkiem oddając jej kwestię rozwiązania tego problemu. Słyszała tylko, jak z gardła drobniejszej dziewczyny raz na jakiś czas wyrywało się przypadkowe, głuche czkanie; ze swojego miejsca nie była w stanie dostrzec nagłego niebezpiecznego dystansu w oczach przyjaciółki ani tego jak mocno i zaborczo zaciskała ona palce na jej talii. Co jednak najciekawsze; mroczne spojrzenie i niechęć nie były skierowane na Lisę, mimo że ta odmówiła wydania Alana i teraz plątała się w próbach wyciągnięcia ich z beznadziejnej sytuacji. Nie, Adelia mroziła wzrokiem Crystal, wściekła, że ta odważyła się tak otwarcie wyciągnąć wady ich nierozerwalnej przyjaźni, grożąc równocześnie, że to właśnie one staną się krańcem nadziei na powrót do domu. Nie miała prawa. Lisa ze wszystkimi swoimi błędami oraz durnym honorem była sprawą tylko i wyłącznie Adelii i tylko ona jedna będzie radzić sobie ze złymi chłopcami, którzy próbują ją zbałamucić. Kiedy Crystal w końcu nachyliła się do nigdziarki, z jej oczu nadal płynęły łzy, ale pod lekko rozchylonymi ustami kryły się mocno zaciśnięte zęby. To czy - i jak bardzo - Adelia czuła się zdradzona też nie było sprawą jakiejś obcej, obrzydliwej wiedźmy. Nie miała żadnego pojęcia o ich relacji. Żadnego! Tych słów nie była już w stanie wytrzymać także Lisa, bo nagle dotarło do niej, co tak właściwie próbowała osiągnąć nauczycielka; udowodnić, że obydwie nadają się do swoich szkół i przekonać Adelię, że dla Lisy ważniejsi są zawszanie. Nie mogła na to pozwolić, to nie była prawda! Tylko Dyrektor ponosił winę za to, że znalazły się w tej sytuacji i nie zamierzała skazywać na cierpienie kogoś niewinnego, nie ważne jak bardzo nie próbowano by jej do tego zmusić. Wzięła głęboki, świszczący oddech, siląc się na spokój i gorączkowo myśląc nad nowym planem. - Jeżeli pani profesor by słuchała, co do niej mówię. - wycedziła. - To by wiedziała, że znalazłam buty w szatni i nie wiem, czyje są. Może mi pani profesor nie wierzyć, ale ja powiedziałam wszystko, co wiem. Nie obchodzi mnie, co myślicie o Dyrektorze; może naprawdę ześwirował, ale ja wiem, że coś zrobił - tym razem jej stwierdzenie miało w sobie znacznie więcej prawdy niż wcześniej. Całkiem pominęła napomknienie Crystal o Alanie i obiedzie, obawiając się, że gdy wspomni jego imię nie będzie dłużej w stanie zachować przekonującego wyrazu twarzy. - Nie rzucę przypadkowym imieniem księcia, to bez sensu. Nic to pani profesor nie da, a ja nie zamierzam mieszać się w pani sadystyczne potrzeby. I jeszcze jedno; cokolwiek pani powie, nie zniszczy pani naszej przyjaźni. Adelia wie, jak ważna dla mnie jest, inaczej by mnie tu nawet nie było. Prawda? - przełknęła ślinę, z lekką niepewnością czekając na reakcję niższej dziewczyny. Ta jednak błyskawicznie owinęła ramiona wokół jej szyi w potwierdzającym tonie i spojrzała na Crystal spod poklejonych włosów. Dla Lisy był to zapewne gest przyjaźni, bardziej obiektywnie jednak; przynależności - Tak naprawdę pani wcale nie chce nam pomóc, prawda? - podsumowała w końcu Lisa; głos tylko nieznacznie jej się przy tym załamał, ale dzielnie ciągnęła dalej, być może znów nieco zbyt pewna siebie. - Bo ja dopełniłam swojej części umowy i wydałam pomocnika. Może to pani sprawdzić, zapytać go. A nie, przepraszam - Zdawała sobie sprawę jak bardzo przeciąga strunę, a jednak nie była w stanie przerwać; tym razem to ją w oczy zapiekły łzy frustracji. - Zapomniałam, że Dyrektor ma was wszystkich za nic i ciągle drwi z własnych nauczycieli. Szczególnie z nigdziarzy i... Zbyt późno zdołała ugryźć się w język; otrzeźwiło ją dopiero głośne wciągnięcie powietrza przez Adelię i drobna dłoń, wbijająca przydługie paznokcie w jej ramię. Wygląda na to, że teraz to ona przesadziła.
  3. Akademia Zła, Noc, Wieża Występek Wydawałoby się, że moment w którym umiera nadzieja powinien być bardziej spektakularny i odczuwalny, odznaczyć się nagłym przewrotem emocji, sił; kiedy jednak Lisa zdaje sobie sprawę, że Dyrektor Akademii wcale nie zamierza jej pomóc - i być może nigdy tego nie robił - odrzuca łzy oraz rezygnację, odwracając się dziko w kierunku nauczycielki. Wir wydarzeń trwa, upadł jeden plan, więc trzeba trzymać fason i wymyślić następny. To Adelia szybko traciła energię i uchylała się przed walką, a Lisa zawsze potrafiła znaleźć jakieś słowa, trop, najlepszy do wyjścia z danej sytuacji. Rozpłacze się później, kiedy znów zda sobie sprawę z tego, że przegrała, na razie jednak musiała zrobić wszystko, by nie otrzymały dotkliwej kary - szczególnie Adelia, która nie była niczemu winna. Lisa nie chciała mówić tego na głos, ale wątpiła, by jej przyjaciółka odważyła się na ucieczkę, gdyby trafiła tu sama. Być może lepiej, że Dyrektor porwał też ją, może mogła jakoś pocieszać się tym, że to tutaj, a nie w domu, jest aktualnie najbardziej potrzebna. Oderwała plecy od ściany i wystąpiła krok do przodu, instynktownie zasłaniając Adelię, która szybko z tego skorzystała, łapiąc ją z tyłu za koszulkę. Prawie czuła przez materiał jej lodowate, lepkie od potu palce. To wszystko było tak bardzo niesprawiedliwe! Gadający wąż i jego groźby ją przestraszyły, to jasne - niemal fizycznie odczuła ból w zgięciu lewego łokcia po tym jak zwierzę zażądało ręki w ramach rekompensaty - lecz chyba nadal była zbyt zła i skołowana, by prawdziwie okazać strach. Ustała w miejscu, nawet jeśli na drżących nogach, a potem uniosła głowę i spojrzała dziekan prosto w mroczne oczy, z delikatnie tylko mniejszą butą niż wcześniej. Sytuacja była patowa, prawda, ale ostatecznie one były dziećmi, a ta kobieta nauczycielką. Jak bardzo niszczyć uczniów mogła Akademia Zła? Chyba tylko tak, jak Akademia Dobra ich rozpuszczała. Dyszała z biegu i wściekłości, konwulsyjnie zaciskała pięści przy boku, nie mogąc zapanować nad rozdzierającą frustracją. Sprawy zmieniły bieg dopiero wtedy, gdy dziekan odwołała swojego węża; Annabelle brzmiało zdecydowanie zbyt przyjemnie, miała tak chyba nawet na imię jedna z prababć Lisy, jednak to nie to naprawdę przykuło jej uwagę. Na słowa kobiety nareszcie uleciała z niej złość, co odczuła jak metaforyczne wiadro zimnej wody, które ostatecznie nie przyniosło spokoju, a kolejne, równie silne emocje. Wyrwała się do odpowiedzi tak szybko, że prawie się zapowietrzyła, podczas gdy Adelia zaplotła mocno ramiona wokół jej talii, ostrożnie wychylając głowę zza wyższej sylwetki. - No tak! Tylko o to nam chodzi! Nareszcie... - urwała, w ostatniej chwili powstrzymując się przed dodaniem, że ona również ma nadzieję nigdy więcej nie ujrzeć Crystal, jej węża ani całego tego okropnego zamku. Propozycja nauczycielki była tak nagła, że całkiem zapomniała o wątpliwościach (bo przecież to wszystko brzmiało nazbyt pięknie) oraz o swoich kolegach z Akademii Dobra, za którymi - czy odważy się to przyznać? - z pewnością będzie tęsknić. Zanim jednak nieokreślone uczucia zdołałyby ułożyć się w prawdziwą radość, kobieta szybko przypomniała jej o znajomych w najgorszy możliwy sposób. Zamknęła usta z cichym tąpnięciem zębów, całkowicie oniemiała. Wydacie mi ucznia, który pomagał wam w ucieczce. Musicie wydać go obie. Co was obchodzi los jednego zawszanina? Lisie zakręciło się w głowie, gdy pomyślała o Alanie; tak życzliwym, sprawiedliwym, ciągle oferującym bezinteresowną pomoc i po prostu dobrym jak przystało na uczniów tej szkoły. Znacznie lepszym od Ambrosiusa, czy Abraxasa, z jakiegoś nierzeczywistego powodu nazywanych wzorami książąt. Czy mogła wydać go na nieokreślone męki, odebrać szansę na przyszłość i powrót do domu tylko dlatego, by sama mogła osiągnąć coś, co bezprawnie jej odebrano? Uratować Adelię kosztem kogoś innego, a już tym bardziej tak przyjaznego? Odpowiedź była oczywista; nigdy w życiu, nigdy, nawet gdyby chodziło o jakiegoś okropnego ucznia z Akademii Zła, a nie Alana. Nie potrafiłaby spojrzeć rodzicom w oczy ani wziąć Nathana na ręce ze świadomością, że zniszczyła życie jakiemuś nastolatkowi. Co jednak się stanie, gdy odmówi? Jak kara czeka ją i Adelię i czy kiedykolwiek będą mieć jeszcze kolejną szansę na ucieczkę? Poczuła, że Adelia wystąpiła krok do przodu i stanęła obok, uwieszając się jej łokcia. Spojrzała na nią, obawiając się tego, co ujrzy. Nie bez przyczyny, bo zobaczenie swojej przyjaciółki z tak wyraźnym oczekiwaniem w wielkich, szklistych oczach, z przygryzioną z ekscytacji wargą, nie było w tej sytuacji budujące. Naprawdę chciała jej pomóc, ale nie mogła równocześnie skrzywdzić Alana. Musiała to zrozumieć; i tak była wdzięczna, że dziewczyna nie wyrwała się z odpowiedzią jako pierwsza, wymuszając na niej w ten sposób potwierdzenie tej wersji, czego pewnie i tak by nie zrobiła. Czy mogłaby ją za to winić? Pewnie nie, Adelia w stanie wielkiego stresu często najpierw robiła, a dopiero potem myślała. Spojrzała na nauczycielkę, umyślnie sprawiając wrażenie osoby, która się waha, równocześnie gorączkowo myśląc nad odpowiedzią. Mogła skłamać, ale skoro dziekan już wiedziała o tym, że ktoś im pomagał... no właśnie, skąd o tym wiedziała? Nie zostawili żadnego śladu, jeśli nie liczyć tych nieszczęsnych butów. Mogła do nich nawiązać, zaryzykować, ale czy to wystarczy? Kogo mogła wydać, kto był w tej Akademii taką osobą, której nie mogliby tak po prostu zrobić krzywdy? Profesor Sader wydawał się miły i tajemniczy, ale z drugiej strony, jeżeli nauczycielka by się do niego udała, ten z pewnością by zaprzeczył, bo przecież z jakiej racji miałby kryć uczennice, które złamały regulamin? Przełknęła ślinę, choć usta miała niemal całkiem wyschnięte. A może gdyby... gdyby powiedziała tylko pół prawdy? - Nie rozumiem, o co pani profesor chodzi - wycedziła, nadal brzmiąc na nieco sfrustrowaną. I dobrze, może w ten sposób zamaskuje drżenie głosu. - Włamywałam się tu już, przyznaję, ale nie było ze mną nigdy żadnego zawszanina - Półprawda. Nie zwróciła uwagi na Adelię, choć ta poruszyła się niespokojnie, wbijając zmartwiałe spojrzenie w podłogę. Cholera, co mogła powiedzieć, by jakoś wyjaśnić zachowanie przyjaciółki, jej strach? Przede wszystkim musiała uważać, by nie syknąć, bo palce dziewczyny bardzo mocno wpijały się teraz w jej skórę na ramieniu. - Skąd w ogóle wzięła pani profesor ten pomysł? Chodzi o buty, które ukradłam? - Kolejna półprawda; pierwszej nocy kradła, ale nie buty od Alana, tylko ubrania od Stephanie. - Zabrałam je z szatni, jakiś książę chyba zostawił je po treningu - paplała jak najęta, próbując za wszelką cenę wymyślić coś, co mogłaby użyć jako karty przetargowej... - Naprawdę bym pani powiedziała, ale... - ... i wymyśliła. - Trochę się boję, okej? To nie było normalne ani zrozumiałe dla nas. Miałyśmy.... pomoc, po prostu nie wiem, czy mi wolno o niej mówić. - Adelia uniosła głowę i spojrzała na nią z rozchylonymi ustami. Tak, tak właśnie na mnie patrz, jakbyś była przerażona. - W końcu to się tu chyba normalnie nie zdarza, żeby Dyrektor pomagał uczniom w łamaniu zasad, co nie? - kolejna półprawda; ostatecznie, rzeczywiście im wtedy pomógł. Chyba. Nie wierzyła, że naprawdę to robi.
  4. Akademia Zła, Noc, Wieża Występek Wystarczyła niecała minuta, kilka nic nieznaczących sekund między złapaniem Adelii za rękę, a pociągnięciem jej w stronkę klatki schodowej, by cały plan ucieczki znów się definitywnie posypał. Z jednej strony powinna się już tego chyba spodziewać, a z drugiej - cholera, dlaczego to musiało przytrafiać się właśnie im? Najpierw porwanie, potem te wszystkie przejściowe przygody ze złymi i dobrymi nastolatkami, a teraz jeszcze to. Lisa była absolutnie pewna, że skoro już złapała ich sama dziekan, mogą zapomnieć o opuszczeniu zamku, w każdym razie na ten moment, bo to jasne jak zęby księżniczek, że nie zamierzały przestać dopóki się stąd nie wydostaną. W baśniach działy się już rzeczy niemożliwe, więc baśń Adelii i Lisy opowie przyszłym pokoleniom o dwóch dziewczynach, które zrobiły głupków z Dyrektora Akademii i wszystkich jego nauczycieli. Tak właśnie będzie. To podpowiadała Lisie gorąca frustracja, która zalała ją na widok wysokiej kobiety; frustracja skutecznie pokrywająca niepewność i strach, zostawiając jedynie niemożliwy do poskromienia bunt. Przerażenie Adelii w stu procentach wystarczało dla nich obu, bo ten dramatyczny, prawie że książkowy zwrot akcji szybko uporał się z niepokojącą apatią - przyjaciółka znów kwiliła pod nosem, zaciskała mocno palce na łokciu Lisy i obrzucała profesorkę spojrzeniami prawie błagalnymi, bo przecież na dobrą sprawę nie umiała zrobić niczego więcej. I dobrze. I dobrze! Nikt nie miał prawa do tego, żeby oceniać ją za wrażliwość i w ten sposób dręczyć! Nikt nie miał prawa wmawiać jej, że jest zła! Odwróciła lekko głowę, spodziewając się ujrzeć za swoimi plecami kolejnego nauczyciela, którego ta wiedźma przyprowadziła na wspólne łowy. Zacisnęła zęby i widocznie zadrżała, gdy zamiast tego zobaczyła gadającego węża. Widywała już wróżki, gnomy, nimfy, a nawet zachowujące się po ludzku zwierzęta, jednak ten widok z jakiegoś powodu wywołał w niej z początku olbrzymi niepokój. Niestety dla węża; nie na tyle olbrzymi, by przyćmić furię, szczególnie po tym jak Adelia przylgnęła do niej w przestrachu, ściskając dokładnie tak samo jak wtedy, gdy porwano je z Gawaldonu. Nie wydawała się zaskoczona umiejętnościami węża, po prostu skrajnie oszołomiona. Żadna z nich tego nie przewidziała; w takim wypadku spróbowałyby przecież czegoś innego, choćby ucieczki w dzień. Kiedy ponownie spojrzała na nauczycielkę, była cała zarumieniona - od szyi do cebulek włosów - jej rude włosy wymknęły się z niechlujnego kucyka i wydawały elektryzować, a w zielonych oczach z trudem doszukać się dało strachu lub wstydu. Tak właśnie wyglądał kres jej wytrzymałości; perfidnie zapędzona w kozi róg z rozszlochaną przyjaciółką na ramieniu. Szarpnęła Adelią może tylko trochę zbyt mocno, tak by stała obok niej, a nie za nią. Dziewczyna sapnęła z niedowierzania i spojrzała w górę wielkimi oczami, lecz Lisa trzymała ją pewnie, dociskając bezpiecznie do swojego boku. Tylko w ten sposób mogła niepostrzeżenie sięgnąć tam, gdzie zamierzała. - Pójdziemy. Chyba nie mamy innego wyjścia - wycedziła przez zaciśnięte zęby; w tym momencie jej ostateczną wściekłość dało się pomylić z przerażeniem i głębokim szokiem. Uwierzyła w to chyba nawet Adelia, bo zwiotczała i oparła się na niej bezwładnie, jakby bierność dotychczasowej bohaterki całkiem odebrała jej nadzieję. Wszystko co nastąpiło później było skrajnie głupie i podyktowane chwilą. Lisa nie zastanawiała się szczególnie nad tym, co robi, gdy szybko - jeszcze zanim dziekan Crystal zdołałaby choćby pomyśleć o odpowiedzi - chwyciła za poluzowany kawałek muru odstający od pokruszonej kolumny. Zrobiła to za plecami przyjaciółki, niezauważalnie, nie dbając o to, czy cały zamek z tego powodu runie im na głowy. Błyskawicznie odwróciła się, szarpiąc drobniejszą Adelię ze sobą i szerokim rozmachem w tył rzuciła kamieniem w kierunku węża, obojętna na to, czy trafi, czy nie. Być może los miał jeszcze wobec nich jakąś łaskawość, bo trafiła; niestety nie w pysk, ale na tyle blisko głowy, by chwilowo go oszołomić. Wtedy wystrzeliły, uchylając się instynktownie przed potężnym ogonem i mrocznym zaklęciem, które niemal smagnęły je po głowach. Nie mogły przebiec obok Crystal, to oczywiste, a bieg w przeciwnym kierunku szybko okazał się bezcelowy - korytarz dormitorium był ślepy i miał na końcu jedynie pozbawione szyb okno przez które mogły ewentualnie wyskoczyć w akcie totalnej desperacji. Po uderzeniu w ścianę Adelia natychmiast odwróciła się twarzą do swojej nauczycielki, zakryła twarz drobnymi rękami i pochyliła głowę tak, że tylko głośny szloch zaburzał obraz pokornej uczennicy. Lisa natomiast nie miała sił ani chęci do tego, by się przed kimkolwiek korzyć, chociaż do oczu już napłynęły jej łzy wściekłej bezsilności. Kopnęłaby w mur, gdyby miała jeszcze na to choć odrobinę energii. Zamiast tego oparła dłonie na lodowatym parapecie i wyjrzała na zewnątrz, tam, gdzie za inną wieżą pobłyskiwała eterycznie siedziba Dyrektora. - Uratuj nas - warknęła niezrozumiale, prawie bestialsko. Dla dwóch kobiet (i węża) pewnie nie miało to żadnego sensu, a Lisa zachowywała się jak wariatka. Dziewczyna jednak nadal była przekonana, że władca Akademii już raz wyciągnął ją z beznadziejnej sytuacji i - nie ważne jak bardzo by go nie cierpiała - mógł zrobić to po raz kolejny. Jeżeli tak wyglądała ostatnia nadzieja, Lisa zamierzała trzymać się jej tak długo jak mogła. Minęła sekunda, potem dwie, pięć. Nic się nie wydarzyło.
  5. Akademia Zła, Noc, Wieża Występek Musiał minąć pełen tydzień, zanim Lisa zdecydowała się na podjęcie kolejnej próby wydostania ich z Akademii Zła. Miało na to wpływ wiele czynników, niekoniecznie nawet związanych z tym, że dotychczasowe dwie, spontaniczne i słabo przemyślane, okazały się totalnym fiaskiem. Od samego początku wątpiła, by zdołała wymyślić coś lepszego na własną rękę bez możliwości zwiedzenia mrocznego zamku, a nie zamierzała zrzucać tego na barki Adelii, bo nie miała najmniejszej ochoty, by jej wrażliwa przyjaciółka wymykała się gdziekolwiek poza względnie bezpieczne towarzystwo nauczycieli. Obydwie musiały skupić się przede wszystkim na utrzymaniu stabilnej pozycji w rankingu, a nie było to proste; niejednokrotnie w tym tygodniu Lisa zasłużyła sobie na ostatnie miejsce, denerwując nauczycieli lub po prostu nie będąc w stanie skupić się na durnych zadaniach. Jak do tej pory najbardziej znośne pozostawały Historia Bohaterstwa (profesor Sader rzadko wymagał od nich jakichkolwiek odpowiedzi między testami, a kiedy już w ogóle zadawał pytania, zazwyczaj miały one jedynie skłonić do refleksji) oraz - zaskakująco - Pielęgnacja Urody (profesor Sericia jakimś cudem utrzymywała swoje przeświadczenie o naturalnym poczuciu estetyki Lisy, nawet jeżeli ta nie przychodziła już na zajęcia z ulizanymi włosami). Co prawda na żadnych z tych zajęć nie mogła liczyć na ścisłą czołówkę, nie, to było zarezerwowane dla pięknych dziewczyn i chłopców, którzy znali podstawowe fakty o krainach, w których się wychowali. Tak naprawdę na dobre stopnie mogła liczyć jedynie u profesor Dovey, bo na zajęciach Dobrych Uczynków wystarczyło kierować się instynktem oraz, sporadycznie, na Przetrwaniu w Baśniach. Och, te ostatnie zajęcia były prawdziwą katorgą. Lisa nie miała pojęcia, kto dobrał grupy, ale ich stanowiła istną mieszankę wybuchową. Sama zazwyczaj unikała wchodzenia w konflikty, nawet kosztem swoich zawszańskich kolegów, którzy ponuro reagowali na jej izolację. Cóż, nie miała innego wyjścia. I tak spędzała z Adelią koszmarnie mało czasu, nic dziwnego, że na tej lekcji rozmawiała prawie tylko z nią, co samo w sobie nie było łatwe. Nie z Raverem, tym paskudnym chłopcem, który samym spojrzeniem potrafił doprowadzić Adelię do łez. Cykl zawsze wyglądał tak samo - najpierw nie odstępował Adelii na krok, potem konfrontował się ze wściekłą Lisą, a kiedy próbował objąć swoją palącą magią rudą zawszankę, Alan natychmiast kierował jego mniej lub bardziej ofensywną uwagę na siebie. Jeżeli dodać do tego jeszcze burkliwego Thomasa i wiedźmę Elvirę, cała lekcja zaczynała kręcić się wokół osobistych niechęci. Śliczna blondynka z Akademii Zła była prawie tak samo paskudna jak Raver, nawet jeśli wzbudzała mniejsze onieśmielenie i znacznie lżejszy niepokój. Podczas lekcji Lisa traktowała ją z odwzajemnianą obojętnością, ale odkąd złapała ją na tym, jak pokrętnie wykorzystała innych uczniów, by zbadać słowa nauczyciela na temat działania parzących krzewów rosnących na wschodniej granicy Błękitnego Lasu, obserwowanie jej cynicznych uśmieszków stało się trudniejsze niż wcześniej. Adelia radziła sobie lepiej. Lepiej niż na początku swojego pobytu w Akademii Zła i zdecydowanie lepiej niż Lisa w Akademii Dobra. Odkąd się uspokoiła, mniej płakała i - z lekkimi oporami - przystała do współlokatorki Judith, zaczęła całkiem sprawnie dryfować po dolnych, lecz nie krańcowych punktach rankingu. Przyczyna była całkiem prosta; gdy dziewczyna, mocno dopingowana przez Lisę, znalazła w sobie dostateczne ilości odwagi, by grzecznie wykonywać nauczycielskie polecenia, prędko wyszło na jaw, że w tamtej szkole było tak wielu uczniów wybuchowych, buntowniczych lub prostackich, że jakoś zawsze znajdywał się ktoś, kto na lekcji zachowywał się gorzej od niej. Chociaż Lisa nie ufała wiedźmom, Judith zdawała się działać na Adelię uspokajająco, w każdym razie bardziej niż Margo, od której najchętniej trzymałaby swoją przyjaciółkę z daleka. Konflikt między wściekłą dziewczyną, a Stephanie z pewnością szybko się nie skończy, nawet jeżeli nie dochodziło znów do tak gwałtownych wybuchów jak na tym pierwszym obiedzie. Wszystko to miało swoje dobre i złe strony. Adelia radziła sobie lepiej w Akademii Zła i Lisa nie martwiła się już tak, że marne wyniki sprowokują nauczycieli do zrobienia jej krzywdy, równocześnie jednak drobna dziewczyna robiła się coraz cichsza i bardziej apatyczna. Wiecznie chodziła z zaczerwienionymi, podkrążonymi oczami, blada jak papier i z sino zaciśniętymi ustami. Każdego dnia coraz bardziej przypominała też ducha, a Lisa nie wiedziała co - poza tragicznymi warunkami i okropnym planem lekcji, a więc rzeczami na jakie nie miała żadnego wpływu - może to jeszcze pogłębiać. Uważnie obserwowała Ravera, bo nigdziarz spoglądał na jej przyjaciółkę podejrzanie zbyt często, ale atakowanie go nie miałoby teraz żadnego sensu, tym bardziej, że Adelia nie chciała nic potwierdzić. Za każdym razem, gdy pytała, czy jakiś nigdziarz - a w szczególności ten - ją krzywdzi, jedynie patrzyła na nią tymi wielkimi oczami i lekko kręciła głową. - Nie. Nie, nie. Po prostu słabo się czuję. Boli mnie głowa i mam gorączkę. Kiedy Adelia kładła jej głowę na ramieniu i mocno oplatała szyję, nie czuła, by z jej czoła biło jakieś nadzwyczajne gorąco. Wręcz przeciwnie, dziewczyna bywała lodowato zimna, co tylko wzmagało frustrujący niepokój. W końcu Adelia zawsze była chorowita i te warunki prędzej czy później musiały odcisnąć na niej jakieś piętno. Raz Lisa zdecydowała się nawet na drastyczne środki i próbowała zapytać Judith, współlokatorkę Adelii, o to jak dziewczyna naprawdę daje sobie radę w Zamku Zła. Podkradnięcie się do tej dziwacznej, opatulonej w dodatkowy czarny płaszcz wiedźmy nie było żadnym problemem, tym bardziej, że na obiedzie zazwyczaj siadała na skraju, w pewnym oddaleniu od innych; trzeba było tylko poczekać, aż Margo odejdzie, chociażby po to, żeby porozmawiać z wilkami. Chociaż jednak zdołała jakoś do niej dotrzeć i nie została natychmiast przepędzona, nie dowiedziała się niczego szczególnego. Judith mogła nie obrzucać jej wyzwiskami, ale ewidentnie nie miała też ochoty na żadną rozmowę, tym bardziej o Adelii, tak jakby poczuła się urażona, że Lisa chce z niej zrobić osobistego informatora. Cóż, przynajmniej spróbowała. Wniosek i tak mógł być tylko jeden - musiały się wydostać, nawet za cenę wielodniowej tułaczki po Puszczy. Cholera, nie zamierzała pozwolić, by baśniowe potwory zniszczyły kogoś tak łagodnego jak Adelia. Ciągle też nie mogła zapomnieć o rodzinie, której brak z każdym dniem dokuczał coraz intensywniej. Być może dlatego zdecydowała się wykorzystać początek weekendu na nową próbę ucieczki - już po szlabanie, niespodziewanie, nikogo nie informując, by przypadkiem nie próbowano jej śledzić. Za trzecim razem przedostanie się pod osłoną nocy na dobrze znane piętro Wieży Występek wydawało się niezwykle proste. Gdyby bardziej się na tym skupić - chyba nawet zbyt proste. To już prawie jak jakaś ich szalona tradycja. Adelia czekała na nią przed nieznacznie tylko uchylonymi drzwiami pokoju numer sześćdziesiąt dwa, bez słowa owijając ręce wokół jej ramion, gdy tylko się do niej zbliżyła. Lisa poczuła na otrzymanej od Alana bluzce wilgoć, która musiała być łzami strachu, ulgi lub radości, lecz tym razem jej niższa przyjaciółka nie szlochała, nie jąkała się ani histerycznie nie wzdychała. Poza tym, że drżała - pewnie z panującego tu chłodu - wydawała się nawet spokojna, tylko zaciskała mocno dłonie na jej karku i talii, jak poszukujące opieki dziecko. - Idziemy? - szepnęła, sięgając za plecy i splatając lodowate palce Adelii z własnymi. Dziewczyna skinęła głową, słabo się uśmiechając. Ostatnio robiła to jedynie w jej towarzystwie; nic dziwnego, że w tym momencie uśmiech ten był więc dla Lisy jak ostatni znak nadziei.
  6. Akademia Zła, Noc, Wieża Szkoda W którymś momencie naprawdę uznała i zaakceptowała myśl, że Thomas poprosi ją o wyjście. Ostatecznie; dlaczego nie miałby? Od samego początku nie oczekiwał żadnej pomocy i równie dobrze mógł czuć się skrępowany tym, że dziewczyna wyciągnęła go z takiej sytuacji. Śmieszne myślenie, które Elvira zazwyczaj zbywała sfrustrowanym przewróceniem oczami - bo naprawdę, ta męska duma! - wciąż jednak potrafiła dojrzeć w nim szczątkowy sens i zrozumieć, gdzie miało swoje podstawy. Wsparcie dziewczyny mogło być przecież odebrane jako słabość. W epoce książąt, dam i gospodyń jedynie wiedźma mogła cieszyć się pełnymi swobodami, otwartą drogą do rozwoju i wyłączeniem spod klamry wiekowych obyczajów. Wiedźmie nikt nie zarzuci, że nie zachowuje się poprawnie lub dziewczęco, bo ona w powszechnej opinii nie była po-prostu kobietą. Elvira nie zamierzała więc pozwalać sobie w tej szkole na marne przejawy nieuzasadnionej męskiej dominacji, niezależnie od tego ile razy Raver specjalnie naruszał jej osobistą przestrzeń, żeby ją onieśmielić. Chodzili przecież do szkoły, której dziekanem była prawdziwie potężna wiedźma. A jednak - mimo wszystko - była w stanie zrozumieć zawstydzenie Thomasa i już położyła rękę na klamce, szykując się do powrotu do łóżka w nadziei, że chłopak nie będzie próbował już dziś niczego nieodpowiedzialnego. Nie miała pewności, w jaki dokładnie sposób powinna odebrać fakt, że nigdziarz jednak zdecydował się przyjąć jej towarzystwo i powoli ściągnął koszulę. To coś znaczyło, z całą pewnością, bo źli bohaterowie nie zachowywali się w ten sposób - nie zawiązywali nici milczącej sympatii. Oparła ramię o kamienną ścianę i ze skrzyżowanymi na piersiach rękoma popatrzyła na ciało Thomasa. W zaciszu własnego umysłu musiała przyznać, że wyglądał całkiem całkiem, jakkolwiek nie należałaby do osób, na których nagość robiła szczególne wrażenie. Czuła się dziwnie pusto. Chyba przez zmęczenie. Gdy chłopak odwrócił się z zawahaniem - ta chwila napięcia nie umknęła jej uwadze - z gardła dziewczyny wyrwało się najcichsze z westchnień. Wbrew pozorom, nie był to jednak ani strach ani zniesmaczenie ani - tym bardziej - współczucie. Zaskoczenie to najlepsze słowo; niedowierzanie okraszone nutą bardzo odległego smutku. Po kilku rozmowach z Thomasem domyślała się już, że nigdziarz nie miał łatwego życia i wielokrotnie cierpiał ból fizyczny z rąk obcych ludzi. Nikt inny nie wyskakiwałby tak po prostu z pogadankami na temat potwornej natury człowieka oraz panującej w niektórych społeczeństwach zgnilizny moralnej. Nie poświęcała temu wielu myśli, bo nie spodziewała się, że pęknięcia sięgają aż tak głęboko - Thomas wyglądał jakby całe dzieciństwo spędził w więziennej celi wychowywany przez kata. Licznym ranom i oparzeniom wciąż jednak przyglądała się z zainteresowaniem; był to niecodzienny i rzadki widok, nawet jeśli nieprzyjemny, w każdym razie według jednostek wrażliwszych od niej. Elementem, którego nie dało się przeoczyć, było również napięcie w postawie chłopaka, który ewidentnie obawiał się jej reakcji. Jeżeli tak; po co więc się obnażał? Po co wystawiał się na taką słabość? Czyżby jej zaufał? Dziwaczny smutek pogłębił się, jednak nadal nie było to poczucie winy lub żal - niby dlaczego miałaby myśleć w ten sposób? Przecież to nie ona była przyczynkiem jego cierpień. Zbliżyła się do Thomasa na tyle bezszelestnie, że odwrócony tyłem chłopak nie mógłby tego dostrzec. Zauważył ją dopiero, gdy wyciągnęła rękę i powoli - prawie delikatnie - przesunęła chłodnymi palcami po największej bliźnie na jego plecach. Po części była to zwykła ciekawość - ta sama kocia potrzeba, która kazała jej zejść piętro niżej i obadać sytuację. Z drugiej strony chciała w ten sposób przekazać też inną rzecz; informację, że z jej ust nie usłyszy nigdy kpiny ani wzgardy, w każdym razie nie na ten temat. Naśmiewanie się, wykorzystywanie w dyskusji krzywdy niewinnego - krzywdy dziecka - było jednym z najniższych, najbardziej pustych argumentów. Jako człowiek inteligentny nie widziała siebie na takim poziomie. - Idź spać. Oszczędzaj rękę - powiedziała cicho, beznamiętnym tonem, wciąż jednak lekko muskając palcami jego plecy - Widzimy się na śniadaniu. Potem wyszła, nie dlatego, że targały nią emocje - po prawdzie to wciąż czuła się pusto i chłodno - ale dlatego, że po prostu nie było już niczego, co mogłaby dodać, a przeciąganie tego wieczoru wydawało jej się bezsensowne. Oboje potrzebowali odpoczynku. Akademia Zła, Noc, Gabinet Dziekan Opuszczała gabinet Crystal bardziej zadowolona niż zirytowana. Choć zaledwie chwilę wcześniej kobieta robiła wszystko, by doprowadzić ją do ostateczności, Lady Lesso nie była kimś, kto pozwoliłby rzeczom tak małym zepsuć sobie humor, szczególnie wieczorem, gdy organizm potrzebował wyciszenia. Była uspokojona faktem, że ten ponury obowiązek ma już za sobą, w każdym razie na ten moment i może powrócić do własnych spraw. Co więcej, Crystal wyraziła nawet chęć wysłania do rodziców Elviry listu, który wysłać powinna, co pozytywnie ją zaskoczyło. To już był prawie koniec, postawiła już jeden z ostrych obcasów na korytarzu, niewzruszona chłodnym powiewem, który nieznacznie zaszeleścił krańcami jej sukni. Ostatnie słowa dziekan jednak ją zatrzymały. Przystanęła na sekundę lub dwie, zaciskając mocno długie paznokcie na framudze. Potem, nie odwracając się, ruszyła dalej. - Owocnego wieczoru, Crystal - rzuciła na pożegnanie, cicho zamykając za sobą drzwi. To było... niespodziewane. I nieznacznie irytujące. Skręciła w prawo, kierując się w stronę klatki schodowej i cicho wzdychając. Na jej ustach wykwitł niewielki, nieznacznie rozbawiony uśmieszek. Za kogo ta kobieta się uważała?
  7. Akademia Zła, Noc, Wieża Szkoda Nie planowała zostawać tutaj długo. Był cholerny środek nocy, wyszła tylko na parę minut, by uspokoić myśli, a ostatecznie wylądowała w zalatującej grzybem łazience ze skrajnie wyczerpanym - a przez to przesadnie emocjonalnym - Thomasem. W sumie mogłaby odwrócić się teraz na pięcie i odejść, każdy nauczyciel w Akademii Zła uznałby to pewnie za właściwą rzecz do zrobienia. A jednak coś trzymało ją w miejscu i ze skrzyżowanymi na piersi ramiona obserwowała tego durnia, żeby upewnić się, czy na pewno dobrze oczyści tę ranę, a potem wróci prosto do pokoju. Cóż, przynajmniej nikt nie mógł zarzucić jej, że będzie złym przywódcą, skoro już teraz potrafiła zatroszczyć się o swoich podwładnych. Jej myśli też zaczynały pomału tracić na logice, powinna właśnie leżeć w łóżku i na swoich przyniesionych z domu kocach zażywać koniecznego dla zdrowia odpoczynku. Słuchała jego wywodów, nieznacznie unosząc jedną, jasną brew. Musiała przyznać, że przez kilka sekund było jej nieco przykro, gdy go słuchała, ale współczucie szybko umarło, zastąpione przez dobrze znaną irytację. - Przestań. Szczerze wątpię, by każdy pragnął twojej śmierci; tak naprawdę jesteś ludziom absolutnie obojętny i ani trochę nie obchodzi ich, co się z tobą stanie. Po prawdzie, żadna z osób, które spotkałeś i które cię krzywdziły prawdopodobnie nawet cię już nie pamięta. Właśnie dlatego polegamy przede wszystkim na sobie i realizujemy własne plany i cele. Gdybym ja zachowywała się tak, jak ode mnie oczekiwano, pewnie siedziałabym teraz na jakimś podwieczorku w różowej, falbaniastej sukience i podawała rączkę wdzięczącemu się do mnie księciu. Sprawiłabym tym przyjemność swoim rodzicom. A jednak jestem tutaj, bo sprawianie innym przyjemności nigdy nie należało do moich priorytetów. Pokaż - Nie czekając na zgodę, złapała go za przegub. Jej palce były zadziwiająco chłodne i delikatne; niemal białe na jego słabo opalonej skórze. Mogła wydawać się krucha, ale trzymała go pewnie, bez momentu zawahania - Powinno się szybko zagoić, ale oszczędzaj tę rękę. Nie wiadomo, czy nie doszło do wewnętrznego urazu. Raczej nie jest złamana, ale prawie na pewno obiłeś sobie kość - westchnęła. - Co do jednego muszę się z tobą zgodzić. Największymi potworami są ludzie, dlatego powinniśmy bać się ich bardziej niż zjaw, duchów, czy - ostatnie słowo wypowiedziała nieco dziwnym, odległym tonem - zmarłych. Prośba o odwrócenie się przyszła nagle i nieco ją zaskoczyła. Tak, spodziewała się, że chłopiec będzie chciał zmyć krew, która popłynęła mu za rękaw i obadać pozostałe miejsca, które zderzyły się z kamienną kolumną, lecz z jakiegoś powodu miała wrażenie, że zachowa się przy tym jak stereotypowy nigdziarz - po prostu zrzuci ubranie, nie bacząc na przyzwoitość i towarzystwo dziewczyny. W sumie, na dłuższą metę, nawet nie poczułaby się zgorszona. Ludzkie ciało nie było niczym nadzwyczajnym, a ona nigdy nie próbowała udawać takiej rumieniącej się mimozy, jaką próbowali z niej zrobić nauczyciele i starsze zawszanki. No i to nie tak, że Thomas zamierzał całkiem się przed nią obnażyć. Choć jednak w normalnej sytuacji nie zrobiłoby to na niej wrażenia, teraz poczuła się dziwnie speszona. Obrzuciła spojrzeniem jego twarz, włosy, potem ramiona. Przez chwilę miała chyba nawet ochotę powiedzieć "Nie" i unieść wyzywająco brwi, ale ostatecznie byłoby to pewnie zwyczajnie niedojrzałe. - Mogę sobie pójść? - szepnęła, specjalnie formułując te słowa na pytanie. W ten sposób dawała mu wybór odrzucenia oferowanej, może nawet wymuszanej pomocy. Nie była pewna, jaką odpowiedź chciałaby usłyszeć, więc milczała z zaciekawieniem, wyczekując jego decyzji. Akademia Zła, Noc, Gabinet Crystal Słuchając dziekan z każdą chwilą czuła się coraz bardziej upokorzona i zniechęcona. W pewnym momencie uniosła nawet sceptycznie jedną brew, zdając sobie sprawę, że kobieta specjalnie traktuje ją z wyższością i pogardą, w wielu kwestiach kompletnie nieuzasadnioną. Ostatecznie przeniosła spojrzenie na węża i przyjrzała mu się z naukową ciekawością, bo obserwacja jego lśniących łusek i muskularnego ciała wydawała się przyjemniejsza niż spoglądanie na znacznie bardziej toksyczną twarz Crystal. A jednak, gdy przyszła chwila na odpowiedź, była w stanie zdobyć się na boleśnie uprzejmy uśmiech i pociągnięcie tematu, nawet jeżeli za znacznie bardziej interesującą uznała wzmiankę węża o więzi, która łączyła go z Raverem. Jeszcze to zbada. - Bardzo dziękuję za propozycję - szepnęła, bezwiednie oblizując zęby. - Lecz zamówienie dla Czytelniczki przyborów codziennego użytku, który każdy z mieszkańców Bezkresnej Puszczy zabiera za sobą w bagażu, jest obowiązkiem dziekana, a nie wilków, które nie mają uprawnień reprezentatywnych. Swoich obowiązków nie musisz mi dokładać, gdyż zrobiłaś to już wcześniej - zmrużyła fioletowe oczy, a jej ton, który w pewnym momencie stał się lodowaty, wrócił do swojego normalnego, spokojnego brzmienia. - Uczniowie w Akademii Zła przeżywają twarde lekcje samodzielności, co nie znaczy, że możemy pozwolić im na pozbawianie się życia i zdrowia. Pierwszego. Dnia - podkreśliła. - Żadne z nich nie dotrwa do zakończenia szkoły, jeżeli w ciągu początkowych tygodni zostawimy ich samych sobie. Cieszę się, że zgadzamy się co do Ravera - Zdecydowała się nie nawiązywać do zaczepki na temat imienia. - Pozostaje jeszcze tylko kwestia Elviry, której matka wysyła do Akademii listy z prośbą o zwrócenie im córki, powołując się na żądanie rodziców. Jedynie Dyrektor ma prawo do podejmowania takich decyzji, a tę argumentację uznał najwyraźniej za niewystarczającą. Zgodnie z zasadami przekazuję teraz te listy tobie, bo to ty masz prawo je skatalogować, zniszczyć lub odesłać odpowiedzi z odmową. Proszę - Z wewnętrznej kieszeni płaszcza wyjęła dwie, wyraźnie otwierane wcześniej koperty i położyła je na biurku. - To wszystko - Bez zbędnego przeciągania zebrała się do wstania z krzesła.
  8. Akademia Zła, Noc, Wieża Szkoda Nie zdecydował się skorzystać z tego jakże pomocnego gestu, więc oszczędzili sobie pseudo szlachetnych teatrzyków, od razu przechodząc do rzeczy. Przede wszystkim Thomas musiał umyć tę ranę, jeżeli nie chciał złapać tężca lub innego syfu, jakie z pewnością czaiły się w nieczyszczonych od wieków zakamarkach Akademii Zła. Z zatamowaniem krwawienia będzie musiał poradzić sobie sam, najlepiej we własnym pokoju, w łóżku. Dopóki jasnoczerwona, tętnicza krew nie spływała mu po ramieniu, tworząc na podłodze mokre plamy, była pewna, że nie umrze ani nie pozbawi się witalnych sił, w każdym razie tych, które mu jeszcze zostały po pustej batalii ze zjawą. Musiał iść spać, najlepiej po jakimś posiłku i uzupełnieniu płynów. Prowadząc go do znajdującej się na piętrze łazienki, z ledwością powstrzymywała się przed sfrustrowanymi westchnieniami. Czy każdy nigdziarz musiał mieć w sobie tę durną i kompletnie bezzasadną determinację do odbierania sobie szansy na sukces? Czy każdy musiał głupio unosić się męską dumą i pozorną siłą? I pomyśleć, że to ona ryzykowała teraz karę za przebywanie w nieswoim dormitorium. Dramat. Jakby tego było mało, Thomasa wzięło na wspominki. W sumie powinna się spodziewać, przecież minęła północ, a która godzina nadawała się do nich lepiej? Pozwoliła wygadać mu się do końca, a potem odpowiedziała, cicho, nie odwracając głowy: - A zaczynało się robić sentymentalnie... Nie wiem, jak to jest mieć "wszystko" bo ani ja ani żaden inny człowiek na tym świecie nigdy wszystkiego nie mieliśmy. Moja rodzina nie jest dla mnie wszystkim. Nic nie jest, bo zawsze będę pragnęła mieć więcej. Taka już po prostu ludzka natura. Poza tym doskonale zdaję sobie sprawę z tego, co muszę, a czego nie muszę. Pomagam ci, bo mam na to ochotę, ale równie dobrze mogłabym wrócić do pokoju bez żadnych wyrzutów sumienia. Półprawda. Otworzyła drzwi łazienki i pewnym krokiem weszła do środka - świece w zapuszczonych kandelabrach zapaliły się automatycznie, najwyraźniej przystosowane do takich ewentualności, jakimi mógł być przepełniony, uczniowski pęcherz. Wizytę przyjęła z ulgą, bo, zaskakująco, było tu cieplej niż na korytarzu. W powietrzu wciąż unosiła się nieco oślizgła para, pozostałość wieczornych kąpieli. Tym razem odpuściła sobie prysznic i zaprowadziła Thomasa pod spękaną, kamienną umywalkę, każąc mu wyciągnąć rękę. Woda była tylko zimna, a mydło pachniało dziwacznie, ale lepsze to niż nic. - Jeżeli swoje dotychczasowe rany pozostawiałeś bez oczyszczenia, to jestem pod wrażeniem, że jeszcze żyjesz - pociągnęła rozmowę dalej, odsuwając się o krok i krzyżując ramiona. Nie miała zamiaru przytrzymywać i wycierać mu ręki, nigdy nie aspirowała na pielęgniarkę. - Jestem również przekonana, że jesteś, jak to ująłeś, "godny" jego mocy. Jesteś od niego nawet potężniejszy, ale musisz się najpierw nauczyć korzystać z własnego potencjału. Komplementy, komplementy. Dla złamania ich efektu cmoknęła z niezadowoleniem i odgarnęła z obojętnością cienkie włosy. Powoli robiła się zmęczona i nie podobało jej się to. Zmęczony człowiek miał skłonność do podejmowania głupich decyzji. Akademia Zła, Noc, Gabinet Crystal Brak szacunku, jaki Crystal okazywała swoim rozmówcom momentami osiągał poziom trudny do wytrzymania. W przypadku każdej innej osoby, czy to profesora, czy - tym bardziej - ucznia, Lady Lesso szybko doprowadziłaby go do porządku, a potem prawdopodobnie odmówiła dalszej rozmowy z tym, który nie potrafił jej po ludzku prowadzić. Świadomość tego, że w tej sytuacji może jedynie zacisnąć zęby i obrzucić swoją przełożoną lodowatym spojrzeniem była deprymująca. Mimo wszystko zdołała jakoś znieść piski cholernego szczura, wcinające jej się w słowa oraz lekceważącą postawę Crystal. Najważniejsze, że odpowiedziała krótka i rzeczowo, czyli dokładnie tak, by ich rozmowa zakończyła się sprawnie, możliwie szybko. Na prowokacje węża nie zamierzała odpowiadać, bo własną opinię o Dyrektorze wolała zachowywać dla siebie, ale odniosła się do tematu Klarysy i Czytelniczek. Była nieznacznie zirytowana uwagą kobiety, lecz nie dlatego, że się z nią nie zgadzała. Dziekan Dobra istotnie bywała często zbyt pobłażliwa dla swoich uczniów, ale fakt, że uwagę zwracał jej ktoś, kto miał chyba najmniej wspólnego z tą szkołą z całej nauczycielskiej kadry zakrawał o bezczelność. -To oczywiste, że wiedźma i księżniczka nie mogą się przyjaźnić - odparła sucho i dość automatycznie, bo zasadę tę znał każdy, kto żył w Bezkresnej Puszczy dłużej niż osiemnaście lat. Swoje własne przemyślenia w tej kwestii również wolała przemilczeć, w każdym razie nie miała zamiaru dzielić się nimi z Crystal. Na pytanie o zastrzeżenia uśmiechnęła się nieznacznie, choć było w tym znacznie więcej chłodnej ironii niż prawdziwej wesołości - Gdyby moje kompetencje pozwalały na wytyczanie zastrzeżeń do tych spraw, to bym z nimi do ciebie nie przychodziła - odparła cichym, aksamitnym głosem, a potem kontynuowała; - Jeżeli już chodzi o rzeczy, jakimi zajmowałam się do tej pory, powinnam wspomnieć, że kazałam dostarczyć Czytelniczce ubrań i niezbędnych przyborów, bez których musiała radzić sobie pierwszego dnia. Leczyłam też głębsze urazy kilku uczniów po tamtym nieszczęsnym obiedzie. O ile mi wiadomo jedynie Raver odważył się przyjść bezpośrednio do ciebie - błysnęła drapieżnie zębami. - Kwestię tego chłopca również poruszało wielu nauczycieli, zarówno Akademii Zła, jak i Akademii Dobra. Jubę i Klarysę Dovey zaniepokoiła głęboka wrogość między nim, a Czytelniczką Elisabeth, mająca swoje źródło w wydarzeniach, które zapewne umknęły naszej uwadze. Angle chciał, bym przekazała, że podczas jego lekcji chłopak namówił naszą łagodną Czytelniczkę do bezpośredniego ataku, natomiast Kastor... i ja... - dodała po chwili - ...uważamy, że powinien być obłożony dodatkowymi obowiązkami i rygorami, gdyż kontroluje swoją moc na tyle pewnie, że może stanowić zagrożenie - powoli przesunęła po ustach ostro zakończonym paznokciem. - Jest arogancki i bezczelny, ale przy tym ambitny; w kartotece nie figurują nazwiska żywych rodziców, a jego przeszłość zna chyba tylko Dyrektor. Mimo wszystko jest zespolony z żywiołem i potrafi z tego korzystać zadziwiająco dobrze. Nawet profesorowie zawszan sygnalizują prośby, by objąć go programem, który zmniejszy szansę na to, że zrobi innym krzywdę - zamilkła, dodając po kilku sekundach; - Jest pierwszy w rankingu i nie można mu tego siłą odebrać, ale trzeba utemperować jego przekonanie o własnej bezkarności. Myślę, że dodatkowe lekcje Osobistych Talentów nadałyby się idealnie - podsumowała nie bez przyjemności.
  9. Akademia Zła, Noc, Wieża Szkoda Choć do samego końca była rozdarta między kocią ciekawością zajrzenia do miejsca, w którym nie powinno jej być, a zdrowym rozsądkiem i sennością, nakazującymi wrócić do pokoju, w ostateczności ta wyprawa mogła przynieść drobne korzyści. Wiele rzeczy wydarzyło się jednocześnie, na co Elvira kliknęła karcąco językiem. Nie trzeba było być tak inteligentnym jak ona, by domyślić się, czego chłopiec próbował dokonać - bibliotekę też przecież odwiedzili razem, a Elvira nie zapominała łatwo szczegółów, które już zdążyła sobie przyswoić. Zastanawiała się tylko, dlaczego Thomas pracował tak niewydajnie i próbował wymusić na sobie efekty w stanie wyczerpania i nieostrości umysłu; to przecież oczywiste, że nic z tego nie będzie, bo nie miało prawa być. Gdyby to ona została cienistym upiorem, na widok czołgającego się po ziemi, mdlejącego pana prawdopodobnie rozsypałaby się w popiół z samego zażenowania. Uwaga o Raverze zirytowała ją w niewielkim stopniu, ale nie pozwoliła sobie na daleko idącą zazdrość - w ten sposób nigdzie się nie dochodziło, a ona przecież wiedziała, że jest w stanie go pokonać, potrzebowała tylko trochę więcej czasu na przyzwyczajenie do koszmarnych warunków kulturowych i sanitarnych. Już otwierała usta, by odparować jakąś błyskotliwą uwagą, a potem - odrobinkę tylko niechętnie - doprowadzić Thomasa do porządku, jednak zanim zdążyłaby wydusić choć słowo, cienisty koń po raz kolejny wychynął z kamienia, tym razem skupiając swoje widmowe oczy prosto na niej. Instynktownie cofnęła się o krok, odchylając głowę, ale bestia nie wyglądała na chętną do ataku. To dawało niezwykłą szansę na przyjrzenie się temu majestatycznemu, wyjątkowemu stworzeniu, znanemu z tego, że karmił się jedną z najbardziej toksycznych pożywek świata - ludzkimi emocjami. Tego wszystkiego zdążyła już dowiedzieć się na lekcji Osobistych Talentów. Chociaż nie odczuła żadnego wyraźnego efektu, żadnych wizji ani koszmarów, zachowała pełną ostrożność do czasu aż koń zniknął, a Thomas po raz kolejny upadł na podłogę. Przewróciłaby oczami, gdyby nie fakt, że tym razem chyba naprawdę się zranił. Poprzestała na zaciśnięciu ust i potępiającym spojrzeniu. Pewnie wyruszyła do przodu, by zbadać, jak mocno krwawi - od tego zależała siła reprymendy, jakiej mu udzieli oraz to, czy zdecyduje się pomóc mu wstać - ale wcześniej jej spojrzenie przyciągnęło leżące na podłodze zdjęcie. Musiało mu wypaść, zauważyła przecież jak histerycznie starał się go dosięgnąć ze swojego miejsca pod popękaną kolumną. Dobry człowiek zapewne delikatnie by mu je podsunął, okazując zrozumienie i szacunek dla prywatności. Jak jednak podpowiadał czarny łabędź na piżamie, Elvira nie była dobrym człowiekiem, więc zamiast tego schyliła się szybko i porwała zdjęcie, zanim dosięgnęłyby go palce chłopaka. Wygładziła je ostrożnie, pochłaniając z bliska fotografię pięknej kobiety i przystojnego mężczyzny - prawdopodobnie zawszan, sądząc po łagodnych rysach twarzy i ciepłych uśmiechach, choć dziewczyna nie zamierzała niczego zakładać z góry. Myśl, że musieli to być jego rodzice zdecydowała się więc na razie odsunąć do sfery domysłów, planując powrócić do tego tematu, gdy Thomas będzie bardziej fizycznie i mentalnie sprawny. - Jeżeli nie chciałeś, żebym go oglądała, nie trzeba było nosić go przy sobie podczas nocnego treningu - mruknęła nieco zgryźliwie, ostrożnie kucając obok niego (nie zamierzała klękać, podłoga była tutaj lodowata!) - Ani doprowadzać się do takiego stanu. Czy ktoś ci już mówił, że wycieńczony człowiek nie jest w stanie opanować niczego, nie ważne ile razy by to powtarzał? Nie? Więc uznaj to za pierwszą lekcję od swojej przyszłej szefowej. Widziałam twoją ostatnią próbę i gdyby twój upiór mógł wydawać dźwięki, prawdopodobnie rżał by ze śmiechu. Pokaż tę rękę - dodała nieco łagodniej, przy okazji wtykając mu zdjęcie do zdrowej dłoni. - Nie masz przy sobie bandaży, prawda? Ja też nie. Chodźmy do łazienki - powoli podniosła się na nogi i wyciągnęła rękę. Bardziej dla samego gestu, niż z chęci pomocy, bo to przecież oczywiste, że nie zamierza marnować sił na to, by go dźwigać. Sam jest sobie winny, jeżeli po tym wszystkim zwymiotuje z wysiłku. Akademia Zła, Noc, Gabinet Dziekan Crystal jak zawsze nie zawodziła, zachowując irytującą i przesadnie wyakcentowaną manierę wyższości. To mogło działać na półgłówków pokroju Angle'a, uprzejmego Sadera, czy pokorne wilki, ale Lady Lesso od samego początku nie pozwalała na to, by z jej ust spłynęła choć jedna, otwarcie wroga odpowiedź na zaczepki. Być może to dlatego dziekan tak upierała się, by na każdym kroku okazywać tę nonszalancką arogancję? Być może liczyła, że w końcu przebije się przez lodową skorupę Lesso i złamie jej długo budowany autorytet pośród uczniów, nauczycieli, nawet samego Dyrektora? Cóż i tym razem będzie musiała zmierzyć się z porażką. Blada kobieta poprawiła wąską, fioletową suknię i natychmiast zajęła proponowane miejsce. Nic nie odpowiedziała na groźby węża, choć po prawdzie wywołały one jej głębokie niezadowolenie, a nawet niepokój, lecz z powodów dość nieoczywistych. - Widzę, że nauczyłaś zwierzątko mowy, gratulacje - powiedziała sucho, rzucając potężnemu stworzeniu jedno, bardziej zaintrygowane niż lękliwe spojrzenie. Co ta kobieta robiła podczas długich godzin spędzanych w samotności? Co próbowała osiągnąć? Grzecznie odmówiła każdego poczęstunku i napoju, w imię zasady pełnej ostrożności, ale na ostatnią - śmieszną - uwagę nie mogła już nie odpowiedzieć. - Jeżeli ta myśl cię uspokaja - mimo neutralnego tonu nie zabrzmiało to zbyt pokornie, więc natychmiast przeszła do rzeczy, urywając drętwy pokaz sztucznych uprzejmości. - Nie moja wiedza w tym, dlaczego nauczyciele wolą kierować do ciebie sprawy za moim pośrednictwem. Myślę jednak, że możesz zapytać ich o to sama, jak tylko wyjdziesz z laboratorium - jej usta zadrżały, ale w porę powstrzymała uśmieszek. - Teraz jednak pozwól, że przejdę do rzeczy ważniejszych. Dziekan Dovey - Klarysa, dodała w myślach - przypomina o waszej współpracy w próbach wyłapania uczniów krążących między szkołami. Jej głównym zmartwieniem jest aktualnie jedna z uczennic, która przybyła na zajęcia okaleczona, choć oczywiście podczas rozmowy zapierała się, że był to tylko wypadek w oranżerii. Znalazła sobie nawet świadków, fałszywych rzecz jasna. Tej samej nocy na balkonie wieży Szkoda wilki znalazły okrwawiony nóż. Należący, jak mniemam, do Christiana z Lodowych Pól, choć poprzedniego dnia strażnicy mieli wynieść mu z pokoju całą broń - delikatnie zmarszczyła ostry nos. - Na pewno się domyślasz, że okaleczoną dziewczyną była Czytelniczka. Dziewczę raz za razem przekrada się do Akademii Zła i dziekan Dovey oczekuje pomocy w złapaniu zarówno jej, jak i Adelii. Obie nadal wierzą w to, że są w stanie uciec i prędzej czy później przysporzą szkole problemów, a nie można ich ukarać bez lepszego dowodu - umilkła, splatając dłonie na kolanach, jakby zamyślona.
  10. Akademia Zła, Noc, Wieża Szkoda Minął dopiero drugi dzień zajęć, lecz z bólem musiała przyznać, że im więcej czasu spędzała w Akademii Zła, tym bardziej poddawała w wątpliwość swoją tak przecież starannie przemyślaną i dokładną decyzję o zmianie stron. Oczywiście, po prawdzie była to rzecz umowna; nadal nie identyfikowała się z nigdziarzami, tak jak wcześniej nie lubiła być nazywana zawszanką. Wiedźma, księżniczka - to jej nie określało. Uciekła z domu w podróż do Lasu Stymfów po to, by dostać się do legendarnej Akademii, zaczerpnąć jak najwięcej z bogatego programu nauczania magicznego, do którego nie miała dostępu nigdzie indziej, a potem - być może - zostać znanym bohaterem baśni i wyrobić sobie renomę umożliwiającą postępujący rozwój. Nie obawiała się tej rozdmuchanej na wszystkie strony bajeczki o klątwie prześladującej zło, gdyż po prostu w nią nie wierzyła. Każdy sam decydował o swoim losie i tłumaczenie porażek Baśniarzem i jego nieznacznie już przereklamowanym Strażnikiem uznawała za płytkie, wręcz komiczne. Ci wszyscy złoczyńcy - formalnie ustalona grupa w społeczeństwie, jak wielokrotnie powtarzano w szkole - zbyt wiele czasu spędzali w swojej przestarzałej, komfortowej strefie działania, nie podejmując żadnej walki. Elvira z Nottingham natomiast nie pozwoliła porwać się po to, by zostać wiedźmą w spiczastym kapeluszu, gotującą w wielkim kotle potrawkę z niewinnych dzieci. Nie chciała nemezis ani korony ani nawet pięknej księżniczki do porwania (porywanie ważnych osobistości w celach naukowych było durne; to oczywiste, że wszyscy będą chcieli za wszelką cenę ich uratować). Elvira była piękna, inteligentna i zdolna; była nową twarzą zła. Wmieszała się w nigdziarzy tylko dlatego, że w porównaniu do zawszan odznaczali się znacznie większą przebiegłością, pokorą i brakiem męczących konwenansów. Jedynie Akademia mogła jej dać potrzebną wiedzę, magiczne zdolności i doświadczenie. Po trzech dniach w starym, śmierdzącym zamku ze zrujnowaną biblioteką i tłumami wrednych nastolatków, którzy pragnęli jedynie bezzasadnego okrucieństwa dla zasady, miała wrażenie, że ktoś paskudnie ją oszukał. Gdzie w tym wszystkim była jakakolwiek ambicja, finezja? Tak, byli tutaj niezwykle wykształceni nauczyciele, ale czy historia wypisana czarnym tuszem na pergaminie była warta czterech lat tej męki? Czy nie lepiej byłoby jej kształcić się na własną rękę, poza tym wielkim spektaklem wróżkowego pyłu i sypiących się szkieletów? Teraz to i tak bez znaczenia. Nie miała wyjścia, musiała sobie poradzić i jakkolwiek ciężkie byłyby warunki - wyciągnie z tej szkoły wszystko, co tylko się dało. Poza tym, to nie tak, że wszystkich nigdziarzy w tej szkole z góry spisywała na straty. Jej współlokatorki miały pewne irytujące cechy - choćby ewidentne wariactwo Kim, czy nieuzasadniony snobizm Walburgi - ale potrafiła dostrzec w nich potencjał nad którym należało solidnie popracować. Obydwie miały pojętne umysły i godne uwagi umiejętności, musiały jedynie nauczyć się właściwie z nich korzystać. Poza nimi zwróciła uwagę także na Judith, cichą i spokojną - a zatem niebezpieczną - dziewczynę zainteresowaną alchemią, która nieustannie dreptała jej po piętach w rankingu. Wampir Eudon, lodowy chłopiec imieniem Lavalle; każdy z nich miał w sobie niemożliwą do zlekceważenia bystrość. Natomiast Alisa budziła w niej jedynie pełną dystansu ostrożność, była potworem, bez wątpienia potężnym, ale też poza poziomem, który umożliwiałby korzystną komunikację. Pozostałych w dużej mierze plasowała w przedziałach obojętności, czasem niechęci lub pogardy, do przyszłej obserwacji, a raczej - powierzenia tej obserwacji innym. Z trzema drażniącymi wyjątkami. Ravera trudno było ignorować, kiedy wciąż królował na czele szkolnego rankingu - był to chłopiec równocześnie skrajnie do Elviry podobny, jak i drastycznie od niej różny. Inteligentny, rozważny, cierpliwy, ambitny i wysoce uzdolniony, obdarowany wrodzonymi atutami. Zespolenie z żywiołem, coś tak pięknego i wyjątkowego, a jednak rzecz, której Elvira nigdy nie życzyłaby samej sobie. Poza mocą pozostawiała bowiem równie wiele ograniczeń i słabości o których Raver albo nie wiedział albo ignorował ich istnienie. Przemądrzały, okrutny, władczy i płytki w swojej widocznej potrzebie dominacji. Ta Akademia była za mała dla ich dwójki. Próbowała pozostawać ponad konfliktami i nie darzyła go ani szacunkiem ani niechęcią, ale prędzej czy później będzie musiało się to zmienić. Później Adelia - sól w oku i zagadka całego zamku, który po krótkim czasie zdążył podzielić się na dwa obozy; tych, którzy nią pogardzali i lekceważyli oraz tych rozsądniejszych, uważnie przyglądających się jej poczynaniom. Elvira nie wierzyła w wiele legend dotyczących Dyrektora Akademii, ale ciężko było jej wątpić w jego właściwe osądy, skoro każdy z uczniów obu szkół miał w sobie jakąś charakterystyczną cechę, definiującą jego przynależność. Adelia nie znalazła się tu bez powodu i raz na jakiś czas komunikowała to drobnymi sygnałami. Jeżeli miałaby być całkiem szczera - ta wiecznie zasmarkana i szara z wyczerpania dziewczyna budziła w niej więcej negatywnych emocji i rozdrażnienia niż Raver i Alisa razem wzięci. A wszystko przez to, że za każdym razem, gdy wydawało jej się, że już ją rozgryzła, ona robiła coś, co całkiem obracało do góry nogami ten osąd. Nie wiedziała, co o niej myśleć i nie potrafiła tego zdzierżyć. Na koniec... Thomas. Ten bezczelny chłopiec, który śmiał być tak interesującym, że nie potrafiła przestać myśleć o jego prawdziwym potencjale i tym, co mogła z niego zrobić, gdy już zostanie jej sługą. Cieszyła ją myśl, że będzie go mieć przy sobie. Tak to sobie zaplanowała i tak będzie. Choćby miała zastosować najbardziej nikczemne techniki manipulacji, nie odpuści sobie tego chłopca. Być może jednak była trochę nigdziarką. A jeżeli już o tym mowa. Nocny spacer po Akademii Zła mógł dla wielu wydawać się proszeniem o nieszczęście, ale ona czuła się pewnie, gdy wychodziła na korytarz, by zaczerpnąć odrobiny mniej zatęchłego powietrza i posiedzieć w samotności, sprzyjającej dokładnemu ułożeniu myśli. Musiała mieć porządek w głowie, bo tylko to było gwarancją sukcesu. Do zamkowego mroku i wilgotnych oparów można się było przyzwyczaić, a drogę do okna znała już niemal na pamięć, więc dotarcie na upragniony parapet nie zajęło jej wiele czasu. Tutaj nie było szyb ani framug - wiatr hulał radośnie po korytarzach, chłostając ją po twarzy i orzeźwiająco rozplątując włosy. W dodatkowej bluzie, która chroniła przed chłodem i ciepłych, nieprzemakalnych skarpetkach mogła siedzieć tu pełną godzinę, obserwując baśniowe zdobienia Akademii Dobra i wdychając parne, wieczorne powietrze, pachnące bryzą znad Zatoki Połowicznej. O tej godzinie nie wisiała żadna mgła, wszystko dało się obserwować bez problemu. Była tutaj całkowicie sama, odprężona, nie musząc ukrywać wyrazu przyjemności na twarzy. Jeżeli złapie ją jakiś nauczyciel lub wilk, powie, że wyszła do toalety, której drzwi mieściły się niedaleko; sprawdzała to w regulaminie kilka razy, uczniowie mieli prawo do przebywania w nocy na korytarzu swojego dormitorium, o ile nie zakłócali spokoju pozostałych. Nie mieli natomiast prawa do opuszczania przydzielonego im piętra, a jednak to gdzieś z niższej kondygnacji dobiegł do niej dziwaczny, nieco niepokojący dźwięk, przywodzący na myśl uderzenie, a po nim cichy szelest. Było już sporo po północy, nieokreślone odgłosy w Akademii Zła o tej godzinie nie wydawały się bezpieczne, więc zsunęła nogi z parapetu, mając zamiar wrócić do pokoju. Zmieniła zdanie, gdy do jej uszu dobiegło stłumione przekleństwo - głos, który rozpoznawała i który, jak zdążyła się domyślić, dobiegał z równie otwartego okna tej samej wieży, tyle że piętro niżej. Czy wspominała już o bezczelnym chłopcu, którego nie potrafiła wyrzucić z głowy? Bezszelestne przemknięcie się na spiralne schody, a potem kilkanaście stopni w dół okazało się równie proste, co opuszczenie pokoju, nawet przy panujących wszędzie ciemnościach. Usprawiedliwiając swoje działania ciekawością i potrzebą gromadzenia informacji, postawiła pantofle na kamiennej podłodze i natychmiast pomknęła do przodu, mając w pamięci nieco odmienne ułożenie tych dormitoriów w porównaniu do piętra na którym mieszkała wraz ze współlokatorkami. Tutaj okno nie znajdowało się na końcu długiego korytarza; należało najpierw przejść pod ozdobnym łukiem, a potem trafić do wypełnionej półkolumnami alejki, którą można było przedostać się również na jeden z balkonów. To właśnie tam znalazła przyczynek całego tego zamieszania. Thomas leżał na ziemi z zaciśniętymi pięściami, kompletnie wyczerpany i nieruchomy. Być może był to efekt wzmocniony przez mrok i chłód, ale jego zmaltretowana, rozbita na podłodze sylwetka wywołała w niej niewyjaśnione zaniepokojenie. Nabrała ochoty, by natychmiast do niego podbiec, złapać za ramię i potrząsnąć, sprawdzić puls, ale powstrzymała się. Poprawiła ciemną bluzę, którą narzuciła na długą, granatową koszulę nocną i zmrużyła podejrzliwie oczy. - Co robisz? - zapytała, mając nadzieję, że brzmi na lekko zainteresowaną, nie zmartwioną. Akademia Zła, Noc, Gabinet Crystal Ostre jak brzytwa obcasy stukały nieprzyjaźnie na lodowatej podłodze - tak samo jak jej blade, zaciśnięte knykcie na eleganckich drzwiach prowadzących do gabinetu wiecznie rozdrażnionej i izolującej się od ludzi dziekan. Nie weszła do środka bez zaproszenia, napastliwie i niegrzecznie jak przeciętny uczeń tej szkoły. Nie bez powodu nosiła tytuł szlachecki, dziedziczny, wyrażający przynależność do rodu, jej pochodzenia, którego strzegła tak zaciekle, że nawet Crystal nie miała pojęcia skąd wzięła się Lady Lesso, najlepsza kandydatka do prowadzenia zajęć Klątw i Pułapek, jaka nawinęła się podczas poszukiwań. Ambitna wicedziekan i jej przyszła następczyni, z czego kobieta na pewno zdawała sobie sprawę. To była tylko kwestia czasu, aż Dyrektor rozkaże Crystal opuścić zamek, stwierdzając, że nie ma tu już dla niej miejsca. Poza zwykłymi sentymentami, nie wyobrażała sobie, dlaczego kobieta miałaby z tego powodu rozpaczać; wielokrotnie udowadniała, że nie jest przywiązana ani do uczniów ani do samego nauczania i znaczną część formalnych obowiązków zrzucała na barki swoich podwładnych. Większość czasu spędzała zamknięta na cztery spusty w swoim gabinecie, zapominając o tym, że to w dużej mierze od niej zależała przyszłość całych pokoleń Zła. Czasami można było odnieść wrażenie, że próbuje bawić się w drugiego Dyrektora z tym jak smętnie panoszyła się po korytarzach - jakby cały zamek należał tylko do niej, a troska o los i baśnie uczniów były wysoko poniżej jej godności. Klarysa mogła głosić dyplomatyczne opinie, że szanowała swoją koleżankę i nie zamierzała ingerować w jej metody nauczania, ale ona dobrze wiedziała, że Dziekan Dobra również czeka na dzień, w którym nareszcie otrzyma kogoś z kim da się współpracować. Słysząc zaproszenie - oczywiście zirytowane, bo przecież jak ktoś mógł ośmielić się naruszać święte terytorium pani tej szkoły? - zacisnęła usta i z wyrazem chłodnego profesjonalizmu na twarzy weszła do środka. Miała nadzieję, że w jej nieznacznie zmrużonych powiekach i napiętej postawie widać, jak bardzo nie chciała tu być oraz jak bardzo musiała. Nauczyciele obu Akademii - jak zwykle - woleli przecież rozmawiać z nią na tematy, które w ostateczności powinny trafić także do dziekan. - Dobry wieczór, Crystal - przywitała się cicho, bez zbędnych emocji, pozwalając sobie na ostry i czysto formalny uśmiech. - Przybywam, by przekazać prośby i skargi kadry nauczycielskiej, które muszą zostać rozpatrzone przez dziekan. Czy masz czas? - zapytała, kryjąc ironię za uprzejmością i zbliżając się do biurka. Obydwie wiedziały, że na to Crystal musi wygospodarować wolną chwilę, jakkolwiek nudne i niepotrzebne mogłoby jej się to wydawać. Lady Lesso i tak zapewniała jej wygodę załatwiania większości spraw bieżących oraz krótkiego streszczania tych, którymi musiała zająć się osobiście. Była jej cholernym posłańcem. Istna komedia.
  11. Akademia Dobra Wszyscy słuchali Alana w milczeniu, nawet Lisa, która doskonale znała odpowiedź na każdy z poruszonych przez niego tematów i na dobrą sprawę powinna już na samym początku przerwać tę tyradę domysłów i rozważań. Może nie chciała być nieuprzejma; obawiała się, że przy tym całym zmęczeniu nie będzie w stanie zrobić tego wystarczająco taktownie. A może po prostu miała nadzieję, że chłopak sam dojdzie do wszystkich wniosków i wyręczy ją z konieczności tłumaczenia całego zajścia. Niestety - wszystko zakończyło się kolejnymi pytaniami, a gdy tylko Alan ucichł, Stephanie i Aidan natychmiast wrócili spojrzeniami na zmarniałą Lisę. Oczy jej współlokatorki znacznie złagodniały, nie wydawała się też być już tak natarczywa i zdeterminowana do uzyskania odpowiedzi. Pewnie widok wymiętej i szarej jak papier Lisy odebrał Stephanie chęć do walki, na którą Czytelniczka w ogóle nie była przygotowana. I dobrze. Aidan od samego początku nie wyglądał na osobę, która może przymuszać ją do mówienia czegokolwiek, a po długim wykładzie Alana tylko jeszcze bardziej skulił się w sobie, jakby niepewny, czy w ogóle chce poznać pełną wersję wydarzeń. Główny Hol całkiem opustoszał, uczniowie rozeszli się w stronę klas. Przez kryształowy sufit wpadało słabe, bladozłote słońce, które pod kątem malowało na ścianach jaśniejsze plamy. Nie było czasu na długą rozmowę. - To na pewno nie był nauczyciel i Dyrektor mi się nie pokazał - powiedziała Lisa dobitnie, mając nadzieję, że tym razem koledzy jej uwierzą; ostatecznie wcale nie kłamała, nie miała po prostu siły na przytaczanie każdego szczegółu. - W ogóle go nie widziałam, chodzi o to, że na jego wieży coś nagle zabłyszczało, zanim sfrunęły do nas gargulce. Samo to, że nas nie zabiły... - machnęła wymownie piegowatą dłonią, wskazując na Alana i nawiązując do jego poprzednich słów - ...wskazuje na to, że ktoś je musiał wysłać. Wiem, że to się może wydawać nieprawdopodobne, ale ja naprawdę mam wrażenie, że to był Dyrektor. - Bo na jego wieży coś błysnęło? - mruknął pytająco Aidan. - Jesteś pewna, że to nie skrzydło wróżki albo... - Jestem pewna - odparła natychmiast dziewczyna z taką desperacją w głosie, że Aidan zaczerwienił się pod piegami. - Ej, ale ja ci wierzę. Naprawdę! Chcę się po prostu upewnić, bo nigdy o czymś takim nie słyszałem. Lisa westchnęła i oparła ramiona o schody, a Stephanie rozejrzała się, jakby dopiero teraz zauważyła jak bardzo sami tu byli, do tego stopnia, że ucichły nawet odległe szumy rozmów. Chyba rozumiała, że nie mieli czasu, bo wysunęła się krok do przodu i delikatnie wymacała ranę Lisy przez mundurek, zanim pomogła jej poprawić bluzę i dokładnie ją zapiąć. - Mam nadzieję, że to nie jest niezgodne z zasadami - powiedziała z mocno zaciśniętymi ustami, a potem spojrzała Lisie prosto w zielone oczy; tak mętne i zmęczone. - Czymś sobie opatrzyłaś tę ranę, prawda? Czuć jakiś materiał - a gdy dziewczyna skinęła głową - Nadal tylko nie rozumiem, dlaczego Dyrektor Akademii miałby zareagować. Przecież wcześniej też tam byliście razem z Alanem - Ściszyła głos, na wszelki wypadek. - I nic wtedy nie zrobił. Więc... - Alan ma rację, byliśmy w niebezpieczeństwie. Wiesz, walczyliśmy na balkonie, nigdziarz miał nóż, to mogło skończyć się bardzo źle. Mógł mnie dźgnąć albo mogliśmy wypaść - Lisa miała nadzieję, że wspomnienie o tym nie będzie tak trudne, jak brzmiało w wyobraźni; ostatecznie wcale nie zasugerowała, że to ona przypadkiem zepchnęła za barierkę nigdziarza. Niestety, po słowach wróciło poczucie winy, strachu i mdłości, a głos załamał jej się tak, jak to zazwyczaj dzieje się na sekundę przed płaczem. Stephanie rozchyliła usta i uniosła brwi, a potem wyciągnęła ramiona, jakby znów chciała ją przytulić. Lisa na to nie pozwoliła; złapała współlokatorkę za nadgarstek, mruganiem odgoniła łzy i uśmiechnęła się do całej trójki - nie pocieszająco, nie wymijająco, ale z błagalnie milczącą prośbą. - Dziękuję wam, że się tak martwicie, to wiele dla mnie znaczy, ale teraz naprawdę powinniśmy już iść na lekcje. Jeżeli się spóźnimy, to wzbudzimy jeszcze większą sensację. Po prostu... nie chcę o tym teraz rozmawiać, ale nie chcę też żebyście sobie wyobrażali nie wiadomo co, bo nic wielkiego się nie stało - urwała, nie wiedząc, co jeszcze mogłaby dodać. Po kilku sekundach złapała ich po kolei za ręce - najpierw Stephanie, potem Aidana, a na końcu Alana, którego chłodną dłoń trzymała najdłużej. Naprawdę musieli już iść. Może kiedy indziej im o tym opowie. Wieczorem albo jutro albo... Nie, nie mogła o tym myśleć teraz; musiała skupić się na tym jak przez cały długi dzień ukryć przed nauczycielami swoje rany i przygnębienie.
  12. Akademia Dobra W kilka sekund posypał się cały plan ukrycia przed pozostałymi śladów nocnej potyczki. W sumie powinna się tego spodziewać - sama do końca nie wierzyła w jego powodzenie i zdawała sobie sprawę z tego, na jak kruchych podstawach stoi. Była zbyt padnięta i miała za mało czasu, by wymyślić coś skuteczniejszego. Jedyne, na co jeszcze miała nadzieję, to że nauczyciele nie będą przypatrywać jej się tak dokładnie i zignorują drobne wskazówki. Teraz musiała zmierzyć się z trójką kolegów, na co kompletnie nie miała sił. Najlepszym wyjściem była chyba szczerość, bo ona nie wymagała wielkich nakładów energii, lecz również nie przychodziła łatwo - gardło miała ściśnięte i przez długi czas milczała, nie wiedząc od czego zacząć. Stephanie była tak wzburzona, że z ledwością stała w miejscu; Lisa widziała, jak jej mięśnie drżą z chęci zrobienia czegokolwiek, co mogłoby pomóc jej albo ukarać perfidnego nigdziarza. Aidan wydawał się nieco bardziej oszołomiony i wystraszony - być może nie znał się na uczniach Zła tak dobrze, jak Stephanie, która miała niebezpieczną kuzynkę, więc nie wyobrażał sobie czegoś takiego w murach Akademii. No i był jeszcze Alan, na którego Lisie najtrudniej było spojrzeć. Miała abstrakcyjne wrażenie, że w jakiś sposób go zawiodła i naraziła na masę niepotrzebnych nerwów. Poza tym, chłopak zdecydowanie zbyt szybko domyślił się rany na jej brzuchu, a jego słowa sprawiły, że poczuła się jeszcze gorzej. Objęła ciepłą dłonią jego palce na swoim ramieniu, krótko je ścisnęła, a potem odsunęła, bo to całe współczucie i życzliwość wydawały jej się nie na miejscu - ostatecznie, sama była sobie winna i ponosiła odpowiedzialność za wszystko, co ją spotkało. Nikt nie kazał Lisie - ba, wszyscy to ciągle odradzali - włamywać się do Zamku Zła bez większych przygotowań i narażać na śmierć nie tylko siebie, ale i niewinną Adelię. Drugi (a raczej trzeci - pomyślała smętnie) raz nie popełni tego błędu i tym razem lepiej zaplanuje ten wypad. Do tego czasu obie musiały sobie jakoś poradzić. - Nie, nie mocno - odpowiedziała w końcu, spoglądając prosto w miodowe oczy Stephanie. - To wszystko są tylko szramy z walki, ale nie są zbyt głębokie i przemyłam je parę razy antybakteryjnym mydłem, więc na pewno nic mi nie będzie. Nie chcę, żeby ktokolwiek to oglądał, poza tym nie ma na to czasu, bo za chwilę będą zajęcia - widząc, jak Stephanie otwiera usta z oburzeniem, szybko kontynuowała. - Serio, nic mi nie będzie. Boję się tylko, żeby żaden z nauczycieli nie zauważył, że coś jest nie tak. - To będzie trudne. Wyglądasz okropnie - powiedział Aidan pomocnym tonem, na co Lisa prawie parsknęła śmiechem. Prawie. - Dzięki - Chciała już dyskretnie zmienić temat i namówić resztę, by ruszyli w stronę klas, ale ich stalowe spojrzenia zbyt wyraźnie mówiły, że nie uznają tych wyjaśnień za wystarczające. - No tak... - zaczęła z westchnieniem, które miało zabrzmieć na pełne frustracji, ale ostatecznie wyszło zmęczone i uległe. - Zaatakował mnie nigdziarz. Spotkaliśmy się przypadkiem na balkonie. Adelii nic się nie stało, a ja z nim przez jakiś czas walczyłam, do momentu aż... - Słowa uwięzły jej w gardle zanim zdążyłaby wyznać najgorszą prawdę o swoim prawie-morderstwie. Przełknęła ślinę, uśmiechnęła się z trudem i pokręciła głową. - Dyrektor Akademii nas rozdzielił, przynajmniej takie mam wrażenie. To znaczy, tak dokładnie to były gargulce - dodała szybko, widząc szok na twarzy Aidana. - Mam po prostu wrażenie, że to Dyrektor nas zobaczył i je wysłał. - Mhm - mruknęła cicho Stephanie i Lisa widziała, że choć współlokatorka chce jej uwierzyć, ta historia nie brzmiała dla niej zbyt przekonująco. Nie winiła jej, być może sama była w błędzie, a ten blask w okolicach wieży tylko sobie uroiła. Słabo pamiętała szczegóły tamtej walki. - W każdym razie naprawdę mogło być gorzej. Ten nigdziarz miał prawdziwy nóż, kiedy walczyliśmy. Nie dodała już nic więcej, zdając sobie sprawę, że szczegóły tamtego zajścia z całą pewnością ich nie uspokoją.
  13. Akademia Dobra, ranek Ranek po całej nocy koszmarów przywitał Lisę pulsującym bólem, rażącymi promienia słońca i hałasem. Nie wiedziała, która jest godzina ani czy jest bliska spóźnienia się na zajęcia; w tej chwili nie obchodziło ją nic poza tym, jak bardzo chciałaby jeszcze spać, najlepiej do południa. Druga męcząca eskapada do Akademii Zła w końcu dała o sobie znać i kiedy Stephanie nareszcie zdołała wywlec ją z łóżka, nie tylko z ledwością otwierała oczy, ale też poruszała się ostrożnie, oszczędzając przemęczone mięśnie. Czuła się jak po bardzo, bardzo intensywnym meczu i nie za bardzo orientowała się w tym, co dzieje się wokół niej. Dziewczyny się ubierały, Sophie jak zwykle roztaczała wokół siebie woń kosmetyków i perfum, a Stephanie nieporadnie wiązała wstążki przy mundurku. - Sorry, że budzę cię tak późno, ale skoro i tak nie możesz iść na śniadanie... - zawiesiła głos. W tym momencie Lisa przypomniała sobie o swoim szlabanie. - No, w każdym razie zobaczymy się później - Niby przypadkiem nachyliła się do niej, bezceremonialnie opierając pantofla na białym prześcieradle i poprawiając sznurówki. - I pogadamy, okej? Wiem, co zrobiłaś - a po chwili wahania - Cieszę się, że cię znowu widzę. Potem dość szybko wyszły, zostawiając Lisę w głuchej ciszy. Potrzebowała czasu, żeby wyplątać się z sideł zmęczenia i przetrawić wszystkie wczorajsze wydarzenia. Była osłabiona i nieco apatyczna, ale głęboko w środku niesamowicie zdruzgotana. Kolejny raz im się nie udało i to tym razem wyłącznie z jej winy, bo nie zdołała w porę ukryć ich przed nigdziarzem ani sprawnie go unieszkodliwić. Sama myśl o tym, co przeżywała teraz Adelia była koszmarna, na tyle, że nieco przytłumiała rozterki Lisy. Z jednej strony miło będzie znowu zobaczyć Alana, Stephanie, która dopiero sama to potwierdziła, Aidana, czy Hectora. Z drugiej... mdliło ją na samą myśl o tym, że jest zmuszona kolejny dzień udawać, że wszystko w porządku i przechodzić przez cukierkowe i bezsensowne zajęcia. Jeżeli dodać do tego ból, zastygłe rany i wyczerpanie, Lisa była dziś cieniem samej siebie. Po raz pierwszy od porwania czuła się tak, jakby na nic nie miała już sił - i choć wiedziała, że wkrótce je odzyska, bo musi odzyskać, bo Adelia naprawdę jej potrzebuje, w tym momencie pozwoliła sobie na samotną obojętność. Powoli, jak człowiek, który przez długi czas nie opuszczał łóżka, przemknęła się do łazienki, gdzie zamknęła za sobą drzwi na kluczyk i znowu wzięła kąpiel. Chociaż Lisa nie należała do ludzi, którzy pielęgnują się przy każdej okazji - to znacznie bardziej brzmiało jak coś, co robi typowa księżniczka - gorąca woda i piana bardzo przyjemnie rozluźniły napięte mięśnie i pozwoliły jej po raz kolejny obejrzeć i oczyścić rany. Nie wyglądały tak tragicznie, jak mogłoby się wydawać po tych niedopranych plamach krwi, ale nie było też dobrze. Na przedramionach miała pełno podłużnych, zaczerwienionych nacięć, na których potworzyły się już różowawe strupy. Starała się ich nie naruszyć, mając na uwadze, że raczej nie zdoła nikogo oszukać wymówką o kocie albo innej niegroźnej bestyjce. Rysa na brzuchu prezentowała się gorzej - wciąż była lepka i wrażliwa. Spróbowała zrobić sobie prowizoryczny opatrunek z białych, łazienkowych ściereczek, a potem - wciąż z zaklejonymi oczami - wróciła do pokoju, by odnaleźć tam talerz z apetycznie pachnącym śniadaniem i sporej wielkości kuferek. Na swoim łóżku. Podeszła do niego z lekką niepewnością, bo nie miała bladego pojęcia, co może w nim być; ostatecznie, paczka z torbą, pergaminami i innymi szkolnymi sprawunkami od dziekan została jej wczoraj dostarczona przez wróżki. Na wierzchu leżała karteczka, na której ktoś nabazgrolił niedbałym pismem - Była na korytarzu. Zajrzałyśmy, ale to chyba dla ciebie : ) - S. Lisa skuliła się mentalnie, wyobrażając sobie, że Stephanie wróciła do pokoju i usłyszała jej ciche pojękiwania, gdy na początku przyzwyczajała rany do wody. Ale nie, chyba nie; drzwi całkiem nieźle wytłumiały dźwięki i jak wczoraj przekonała się przy Sophie, trzeba się było przy nich naprawdę drzeć, by coś usłyszeć. I tak miała szczęście, że żadna ze współlokatorek nie dostrzegła tych zranień, ani wczoraj ani dzisiaj rano, gdy nieprzypadkowo owinęła się cienką kołdrą. Podczas zajęć zakryje brzuch mundurkiem i jakoś wytłumaczy własne niepewne kroki, a ramiona... różowa sukienka ich nie zakryje, więc musi skombinować sobie jakąś bluzę. Już zastanawiała się nad tym, czy Stephanie obraziłaby się, gdyby pogrzebała jej w rzeczach, ale gdy otworzyła kuferek, zdała sobie sprawę, że wcale nie musi nic pożyczać. Kufer był po brzegi wypełniony różnymi ubraniami, a zaraz na wierzchu ktoś położył karteczkę z dedykacją - Dla rudej dziewczyny. No tak, nic dziwnego, że Stephanie uznała to za paczkę dla niej. Pozostawało tylko pytanie; od kogo? Usiadła na skraju łóżka i zaczęła przeglądać zawartość skrzynki, przy okazji pogryzając kanapki z serem, pomidorem i dziwnym, nieco gorzkim w smaku rodzajem sałaty. W paczce było absolutnie wszystko, od bardzo wygodnych, prawie sportowych spodni, po bluzy, koszulki, nieprzemakalne skarpety i buty z mocną podeszwą. W pierwszej chwili Lisa nawet nieszczególnie próbowała domyślić się nadawcy - zachwycała się przyjemnym w dotyku, trwałym materiałem, tak innym od nieco szorstkich gawaldońskich ubrań i rozmyślała nad tym, jaka to wielka szkoda, że nie dostała tej paczki już wczoraj. Z pewnością by tak nie przemarzła, poza tym mogłaby oddać część Adelii, która musiała żyć na co dzień w tym zimnym, wilgotnym zamku. Dopiero gdy dotarła na dno, zdała sobie sprawę, że nie jest to z pewnością paczka od nauczycieli. Śliczny naszyjnik - może trochę nie w jej stylu, ale jednak śliczny - oraz błękitna sukienka z zabawnym liścikiem "Wybacz ten fatalny gust mojego syna" sprawiły, że niemal natychmiast domyśliła się, że dostała to od ucznia. Sądząc po drogiej biżuterii i wytwornej (chyba nawet nieco zbyt wytwornej) sukience - od księcia. Sądząc po tym całym błękicie i kryształkach... - Alan - mruknęła Lisa pod nosem z mieszaniną niedowierzania i irytacji. Mimo woli poczuła, jak na ustach wykwita jej uśmiech. To było niespodziewane, ale naprawdę miłe. Czuła się nawet trochę głupio, bo nie była pewna, czy to jest normalna rzecz, którą dla koleżanek robią baśniowi książęta. Nie wyobrażała sobie takiego prezentu od Abraxasa, Ambrosiusa, czy Edwarda. Ale oni nie byli przecież jej kolegami. Odłożyła sukienkę i naszyjnik z powrotem, bo nie czuła się dostatecznie książęco, by nosić rzeczy tego typu, a potem wsunęła na stopy wygodne buty i zabrała się za szykowania mundurka. Musiała jeszcze tylko pomyśleć, co w końcu zrobić z tą podartą koszulką Stephanie, ale w tej konkretnej chwili nie miała na to żadnego pomysłu. *** Kiedy kilkanaście minut później schodziła po kręconych, półprzeźroczystych schodach wieży Czystość, wciąż czuła się jakby dopiero co gargulec zrzucił ją brutalnie na Most Połowiczny. Jak to powiedział nigdziarz - zmokła wiewiórka, czy coś w tym stylu. Guziki eleganckiego mundurka miała pozapinane krzywo i nie do końca, różowe wstążki wisiały smętnie wokół jej obolałego brzucha, którego za żadne skarby nie zamierzała nimi ściskać. Włosy ledwo musnęła szczotką i była prawie pewna, że spora ich część wystawała komicznie na wszystko strony, poza tym w lustrzanej ścianie na korytarzu zdołała zobaczyć własną twarz - pobladłą, wymęczoną, z wyraźnie podkrążonymi oczami. Uroczo. Na stopniach stawiała bardzo ostrożne kroki, szczelnie owijając się bluzą, kompletnie niepasującą do sukienki, na którą ją narzuciła. Biorąc pod uwagę wszystkie okoliczności, jej nieobecność na śniadaniu była prawdziwym szczęściem, bo przynajmniej nie musiała z samego rana znosić prześmiewczych spojrzeń. Ciekawe, co powie o tym wszystkim profesor Sericia, która jeszcze wczoraj twierdziła, że Lisa "ma potencjał". Zawieszona między zmęczeniem, a dziwacznym, melancholijnym smutkiem z powodu nieudanej ucieczki, nie od razu dostrzegła, że w Głównym Holu wszyscy już na nią czekają. Przez "wszyscy" miała oczywiście na myśli Stephanie, Alana i Aidana. Uśmiechnęła się do nich słabo, doskonale zdając sobie sprawę z faktu, że nie będzie w stanie w żaden sposób ukryć przed nimi swojego stanu. Nie denerwowało jej to. W pewnym momencie chyba zaczęła mieć to już gdzieś. - Cześć - przywitała ich prawie pogodnie, przystając u podnóża schodów. - Przepraszam, że tak długo się tu wlokłam. Dzięki za paczkę, Alan, to było bardzo miłe z twojej strony - powiedziała, zadowolona z tego, że udało jej się go zaskoczyć. Także Aidan uniósł wysoko brwi, ale Stephanie jedynie pokiwała głową, jakby domyśliła się tego już wcześniej. - To naprawdę ciepła bluza - dodała, widząc, że wszyscy wciąż obserwują ją z niepokojem i niepewnością. - Chociaż musisz mi wybaczyć, bo raczej nie będę nosić tamtej sukienki; obawiam się, że mogłabym ją zniszczyć. Ale to jest chyba prezent od twojej mamy. Zostawiła nawet karteczkę - paplała bezsensownie, mając nadzieję jakoś odwrócić uwagę kolegów. Nie chciała dopuścić, by zapadła między nimi cisza, bo domyślała się, że wtedy zaleją ją pytaniami, na które nie była gotowa. Powinna się domyślić, że nie zamierzają pozwolić na pominięcie tematu wczorajszej nocy. Stephanie urwała tę paplaninę, bez ostrzeżenia owijając wokół niej ramiona. Na początku zabolało, dość koszmarnie, ale spróbowała nie wydać z siebie żadnego dźwięku, bo wiedziała, że współlokatorka nie zrobiła tego specjalnie. Stephanie chciała jedynie ją pocieszyć, więc pozwoliła sobie rozluźnić się w jej uścisku i z opóźnieniem na niego odpowiedziała. Z pewnością domyślali się przyczyny jej tragicznego nastroju i steranego wyglądu. Skoro próbowała uciec, a jednak wciąż tu jest, to znaczy, że plan się nie powiódł. Zawiodła. Przegrała. Stchórzyła. No, to ostatnie może było już lekką przesadą. Widziała zmartwienie i smutek zarówno w zmarszczonych brwiach Aidana i jego ponurych, zielonoszarych oczach, jak i w cichej postawie Alana. Stephanie owionęła jej szyję ciepłym oddechem i szepnęła - Nie martw się. Te przyjacielskie gesty były na pewno bardzo wzruszające, ale też niezbyt pożądane - Lisa już czuła, że oczy ją pieką, a przecież nie mogła się rozkleić, nie teraz. Była silna i miała przyjaciółkę do uratowania. Nie za bardzo wiedziała, co ma odpowiedzieć na to wszystko, więc tylko mocniej otoczyła ramionami plecy Stephanie. Szybko tego pożałowała. - Och, na najdalsze zakątki lasu Sherwood, Lisa, co ty masz na rękach! - wybuchnął Aidan tak, że kilka przechodzących obok księżniczek obrzuciło ich skandalicznymi spojrzeniami. Lisa zamarła, gdy zdała sobie sprawę, że podczas tulenia Stephanie podwinęły jej się rękawy bluzy. Zanim zdążyłaby zareagować, zawszanka bez wahania wyplątała się z jej ramion i złapała ją za nadgarstki, zanim zdążyłaby znów schować ręce. Bezradnie patrzyła, jak twarz Stephanie wydłuża się z niedowierzania, a jej miodowe oczy robią się wielkie i wściekłe zarazem. - Kto ci to zrobił? - zapytała tak nieprzyjemnym tonem, że Lisie mimowolnie przyszła na myśl rozjuszona Margo. Miny Alana i Aidana były dla niej najlepszą wskazówką na to, że trzeba szybko ratować sytuację. - Nikt mi tego nie zrobił - powiedziała jak najbardziej uspokajającym głosem, chociaż jej ramiona drżały od chęci zasłonięcia ich przed wzrokiem kolegów. - Po prostu się obtarłam, nic wielkiego. Tam są ostre kamienie na ścianach, nie... - Ostre kamienie. Ostre jak nóż, masz na myśli? - przerwała jej Stephanie, puszczając jej nadgarstki i odsuwając się o krok do tyłu. Lisa mimowolnie owinęła ręce wokół brzucha, widząc ich oburzone, wściekłe i ponad wszystko wystraszone spojrzenia. Nie miała pojęcia, jak ma im to wszystko wyjaśnić.
  14. Akademia Zła, Noc Lisa nie miała pojęcia, w którym dokładnie momencie ich wspólna ucieczka z Akademii Zła przybrała tak tragiczny obrót. Adelia ledwie trzymała się przy murze, jedną ręką ściskając niepewny, poluzowany kamyk, a drugą przyciskając do twarzy. Z jej ust raz po raz wydzierały się piski, szlochy i ciche, bełkotliwe błagania. Czasami kątem oka Lisa zdołała zobaczyć rozdygotaną dziewczynę, tak rozdartą między pragnieniem zwiania z tej sytuacji i uratowania swojej przyjaciółki, że ostatecznie tylko stała w miejscu, szlochając i zaciskając poklejone łzami powieki. Nawet przez świst metalowego ostrza, własny przyspieszony oddech i wściekłe warknięcia nigdziarza była w stanie dosłyszeć jej histeryczny szloch; brzmiała zupełnie jak dziecko na skraju nerwowego załamania, ktoś, kto nie ma bladego pojęcia co robić i liczy na pomoc. To było trochę rozczulające, a trochę frustrujące. Choćby nie wiadomo jak pragnęła, Lisa przecież nie mogła jej teraz pomóc, bo była zajęta samotną walką, już nie tylko o możliwość ucieczki, ale - przede wszystkim - o życie. Na początku potraktowała to chyba nieco zbyt naiwnie. Spodziewała się, że poradzi sobie z jednym chłopcem tak samo, jak z dręczycielami słabszych w gawaldońskiej szkole - jej największym zmartwieniem było jedynie to, czy zdoła zrobić to po cichu, tak, by nikt ich nie przyłapał. Prawie straciła równowagę, gdy paskudnie pachnący nigdziarz zamachnął się na nią nożem. Nożem! W stronę gardła! To nie były żarty, gdyby trafił ją w tętnicę, na pewno by umarła i ta myśl wydała jej się tak nieprawdopodobna i głupia, że przez jakiś czas parowała jego ataki bez zastanowienia, machinalnie i z całkowicie pustym umysłem. Tutaj odepchnięcie, tutaj mały kopniak, złapanie za nadgarstek. W momencie w którym instynktownie spróbowała wytrącić mu nóż z ręki, stało się jednak coś jeszcze bardziej niespodziewanego - poczuła muśnięcie lodowato zimnego metalu, obrzydliwy świst rozerwanej koszuli, a potem koszmarne, koszmarne pieczenie, które potęgował każdy najmniejszy ruch. Na kilka sekund straciła dech. Co za szczęście, że do porządku bardzo szybko przywołał ją łamiący serce pisk Adelii. Rozpaczliwy dźwięk poniósł się echem po mrocznej, pustej Zatoce i choć Lisa nie miała pojęcia, czy nie usłyszą tego też w zamku - już ją to nie interesowało. W tej chwili chciała po prostu się stąd wydostać, nie ważne czy uratowana przez wściekłego nauczyciela. Przyjaciółka zaczęła coś krzyczeć - do Christiana - nazywając go potworem i kilkoma innymi epitetami, które słyszała z ust tej grzecznej dziewczyny po raz pierwszy. Nie na tym jednak powinna się skupiać. Choć koszula zaczęła lepić jej się do obolałego brzucha, a w oczach stanęły niechciane łzy, podjęła się ataku z nową energią i determinacją. Do tej pory w sumie jedynie się broniła, ale teraz wiedziała już na pewno, że musi unieszkodliwić nigdziarza, żeby nie skrzywdził ich obu. Przez te sekundy zawahania musiała jeszcze obronić się przed następnym atakiem; bez zastanowienia uniosła ręce, czując na nich kolejne, palące szramy, a potem całą swoją siłą zaszarżowała na chłopca, wydając z siebie prawdziwie wojownicze warknięcie. Złapała go za koszulę, uderzyła czołem w jego bark, zasłoniła mu twarz gęstymi włosami, a potem odepchnęła tak, że poleciał na barierki. Chciała go zdezorientować, a potem odebrać nóż i nim zagrozić - choć oczywiście nigdy, przenigdy nie zdobyłaby się na to, by go w ten sposób poranić - ale kiedy już pochyliła się do przodu, biorąc głębokie oddechy, po raz kolejny coś poszło nie tak, jak powinno. Nigdziarz nie zatrzymał się na kamiennej barierze, ale przeleciał przez nią, wpadając w przepaść. Najpierw krzyknęła Adelia, a zaraz po niej Lisa, która mimo bólu zdołała dobiec do krawędzi i wyciągnąć obie pocięte ręce, jakby miała zamiar złapać chłopca - który jednak już spadał z wysokości kilku pięter, prosto na ostre kamienie wyścielające nabrzeże Akademii Zła. - Nie... - wydusiła z siebie Lisa szeptem, czując jak do gardła podchodzi jej cała zjedzona wcześniej kolacja. Wzbierały w niej przytłaczające niedowierzanie, żal i nienawiść do samej siebie, bo przecież właśnie zabiła człowieka - ona, Elisabeth z Gawaldonu, domniemana księżniczka i z przymusu uczennica Akademii Dobra, zabiła człowieka. Wszystko umilkło; skrzeczenie ptaków w Błękitnym Lesie, szum fal, płacz Adelii - wszystko wydawało się wstrzymać oddech, by uważnie obserwować tę najgorszą ze zbrodni. Nagłe pieczenie w gardle i klatce piersiowej wydawało się znacznie intensywniejsze niż to od płytkich ran. Jak w zwolnionym tempie obserwowała spadającego chłopca, nie chcąc uwierzyć, że to naprawdę się dzieje. W tej chwili oddałaby wszystko, absolutnie wszystko, by cofnąć czas, żeby ocalić tego, który nie tak dawno bez wahania próbował zabić ją. Już myślała, że to koniec, gdy do ich uszu dotarł rozpaczliwy wrzask nigdziarza - dźwięk, który z pewnością zapamięta na zawsze - lecz nagle coś ponad ich głowami rozbłysło oślepiająco białym światłem. Lisa nie zdążyła w porę tam spojrzeć, ale czuła dziwaczną pewność, że ten blask pochodził z okolic wieży Dyrektora Akademii. Zaraz potem, zupełnie jakby jej nieme błagania zostały rozszyfrowane i wysłuchane, znikąd, gdzieś z murów Akademii Zła, zleciały ogromne czarne gargulce. Adelia krzyknęła po raz kolejny, ale otępiała Lisa nie wydała z siebie żadnego odgłosu. Nie miała pojęcia co się dzieje do momentu, w którym jeden z kamiennych potworów nie zapikował w dół, łapiąc nigdziarza ułamek sekundy przed upadkiem, a potem bezceremonialnie wrzucając na ten sam balkon, z którego dopiero co spadł. Drugi schwycił w swoje szpony rozdygotaną nigdziarkę, a potem pognał gdzieś w okolice wieży Występek. Trzeci bezlitośnie złapał Lisę, nic nie robiąc sobie z jej ran. Ból był tak olbrzymi, że przez chwilę myślała, że umiera; zarejestrowała tylko, że z bliska gargulce nie były czarne, tylko szare, a kilka sekund później już leżała porzucona na Moście Połowicznym po stronie zawszan. Nie miała pojęcia, ile czasu minęło, zanim w końcu zdołała zebrać się na to, by wstać. Wszystko było trochę rozmyte i odległe, ale miała wrażenie, że przez dłuższą chwilę tylko leżała na zimnym kamieniu, drżąc jak osika i szlochając aż do braku powietrza. Naprawdę nie pamiętała, by kiedykolwiek w życiu płakała tak żałośliwie, że własne łzy dławiły ją w gardle, ale to chyba nic złego; tutaj nikt nie mógł jej zobaczyć. Nikt z wyjątkiem... Z trudem odwróciła się na plecy i przez zmrużone, zapuchnięte oczy obserwowała wysoką, srebrną wieżę. Wokół niej polatywały wróżki, obojętne na to, co dzieje się na dole. Jeżeli nawet w oknie ktoś siedział - a Lisa była tego niepokojąco pewna - nie dało się nic dostrzec, ponieważ bezgwiezdna noc okryła szczyt ponurym mrokiem. - Nienawidzę cię - mruknęła przez zaciśnięte zęby, choć wiedziała przecież, że Dyrektor ani tego nie usłyszy ani na to nie zasłużył, jeżeli przed chwilą naprawdę im pomógł. Pomógł! To była jego wina, że w ogóle się tutaj znalazły! Powtórzyła te same słowa jeszcze kilka razy, bo wydawały się przynosić ulgę skołatanym nerwom i pieczeniu na brzuchu. Czuła się totalnie wyczerpana i wiedziała, że powinna zrobić coś z krwią przeciekającą powoli przez szramę na koszuli, ale zamiast tego leżała, bawiąc się z myślą o tym, by powiedzieć mu prosto w twarz jak bardzo okropnym potworem był; nawet jeżeli wszyscy wokół nazywali go "dobrym". W końcu jednak zwlokła się na skostniałe, drżące nogi i ruszyła w stronę kolumnady. Zatrzaskując za sobą znikające drzwi nie słyszała nic poza szumem drzew w lesie i cichutkim brzęczeniem wróżek w oddali. A szkoda, bo gdyby tylko znalazła się choć odrobinę bliżej wieży - na co oczywiście nie miała szans - mogłaby dosłyszeć głośny, maniakalny śmiech, nieco ochrypły, jakby rozbawiona osoba od dawna nie miała do niego okazji. Nie do końca potem kojarzyła, jak tak właściwie zdołała się przedrzeć przez patrole wróżek. Przez całą drogę skupiała się tak naprawdę tylko na tym, by przetrwać ból, rozruszać lodowate nogi i nie zostawiać nigdzie śladów krwi. Zanim weszła do pokoju, wpadła jeszcze na chwilę do składzika na korytarzu, gdzie zdarła z siebie koszulkę i założyła ją na lewą stronę; dzięki temu czerwona plama i sugestywne rozcięcie było teraz ukryte pod jej gęstymi włosami. Ze szramami na ramionach nic nie mogła zrobić, więc po prostu skrzyżowała ręce na piersiach, by jak najlepiej je ukryć. Dobrze zrobiła, bo choć miała wielką nadzieję, że zarówno Sophie i Stephanie śpią, w sypialni zastała mniej przyjazną współlokatorką pochłoniętą malowaniem ciemnowłosego chłopca. Edwarda? Nie ważne. Prawdziwym problemem było to, że na kilka sekund obie znieruchomiały, obrzucając się ostrożnymi spojrzeniami. Lisa miała rozwiane, poplątane włosy, czerwony nos, zapuchnięte i szkliste od płaczu oczy oraz ramiona owinięte wokół siebie jak porzucona w śniegu sierota. W pokoju panował półmrok, więc współlokatorka raczej nie zdołała dojrzeć żadnych ran, gdy Lisa wydukała nędzne przywitanie i szybko zamknęła się w łazience. W sumie bardzo prawdopodobne, że Sophie jutro wyda ją nauczycielom, ale w tej chwili nie mogła zmusić się do tego, by się tym przejąć. Przemyła twarz zimną wodą, a potem rozebrała się do naga i zaczęła oglądać rany. Nie były niebezpieczne dla życia, ale z pewnością bardzo uciążliwe. Przez prawie pełną długą godzinę myła się, przecierała rany miękkim papierem i płynem odkażającym oraz próbowała ręcznie wyprać pożyczoną od Stephanie koszulę. Najważniejsze, by nie było na niej śladów krwi, zadrapanie zawsze będzie jakoś w stanie wyjaśnić. Ostatecznie była zmuszona poddać się i zostawić na niej delikatnie ciemniejszą plamę, która nie chciała zejść, nie ważne jak długo by ją moczyła i suszyła. Gdy w końcu wyszła z łazienki, znacznie spokojniejsza, ale tak padnięta, że ledwie trzymała się na prostych nogach, Sophie zdążyła już wrócić do łóżka. Nie miała pojęcia, czy spała, czy nie. W ogóle jej to nie obchodziło. Padła na własny materac, na plecach, by nie drażnić zaczerwienionej szramy i - niemal od razu po okryciu się cienką kołdrą - zasnęła. Przez resztę nocy śniła jej się płacząca Adelia, leżąca na balkonie z podciętym gardłem, chłopiec, który ciągał ją za sobą w przepaść i mroczny dym, w ostatniej chwili ratujący ją od upadku i bezlitośnie ciągnący w nieznane, zmuszając do patrzenia, jak nigdziarz rozbija się na ostrych kamieniach. Akademia Dobra Na korytarzach Akademii Dobra było spokojnie; brakowało atmosfery cierpienia, mroku i nieuchronności, która w tej chwili z pewnością przetaczała się po głowie Elisabeth z Lasu za Światem. To była interesująca dziewczyna, skazana na wielkość tak, jak August Sader skazany był na swoją ślepotę i wizje przyszłości. Od niej zależało jednak w którą stronę poprowadzi własną historię; on znał ją jedynie do pewnego, bardzo smutnego momentu i świadomość tego, że nie potrafi sięgnąć dalej w życie tej uczennicy była równocześnie zagadkowa i ekscytująca. Ludzie zazwyczaj za wszelką cenę chcieli wszystko wiedzieć; dla niego to niewiedza była zakazanym owocem. Nie miałby żadnych problemów, by ją zaakceptować, a jeśli przybyłaby razem z możliwością ujrzenia baśniowych korytarzy Akademii Dobra, błyszczącej Zatoki i twarzy pełnych nadziei uczniów... nie, nie powinien poddawać się aż takiej melancholii. - Sprawa życia i śmierci... - powtórzył łagodnie, takim tonem, jakby kontemplował te gorączkowo wypowiedziane słowa - Myślę, że nie - odpowiedział w końcu miękkim, ale poważnym tonem, by chłopak nie pomyślał, że z niego kpi. Intuicyjnie odnalazł pustym wzrokiem jego twarz, kierując się najintensywniejszym śladem wibrującej niepokojem magii - Myślę, że najlepiej będzie odetchnąć i pozwolić wydarzeniom toczyć się własnym rytmem. I nie łamać zaufania - dodał cicho, zdając sobie sprawę, że nie może rzec już nic więcej. - Czy mógłbyś proszę odprowadzić mnie do biblioteki? - zapytał nieco pogodniejszym tonem, wyciągając sugestywnie ramię. Nie od razu potrafił zrozumieć, dlaczego tak właściwie to zrobił. Nie miał w bibliotece żadnej niezwłocznej sprawy do załatwienia i z pewnością byłby w stanie dotrzeć tam sam, nawet jeśli wolniej i w większym skupieniu. To po prostu wydawało się teraz właściwe, jakby to sam czas naciskał na niego, by w tej właśnie chwili zrezygnował z samodzielności i pozwolił sobie na pomoc; nie do końca potrzebną, nieznacznie upokarzającą, ale z bliżej nieznanego powodu konieczną. Dobrze było ufać przeznaczeniu. Kiedy chłopak zrozumiał, że profesor Sader nie ma zamiaru powiedzieć już nic więcej i z pewnością nie pozwoli mu odejść, w końcu złapał go lekko za rękę i poprowadził we wspomnianym kierunku. Nauczyciel szedł pewnie, nie obawiając się tego, że młody książę specjalnie zepchnie go ze schodów lub nieostrożnie pociągnie. Zdawał sobie sprawę, że przy Alanie ze Śnieżnych Wzgórz może czuć się bezpiecznie. Dzięki temu, że dla odmiany nie musiał analizować drogi, miał więcej czasu na to, by rozważyć swoją spontaniczną decyzję. Ostatecznie okazało się, że wcale nie musiał. Już w korytarzu wiodącym do głównego holu wydarzyło się coś, co los postanowił najwyraźniej zrealizować przy pomocy ślepego wieszcza. Wyczuł obecność uczennicy jeszcze zanim ją usłyszał, więc zdołał dzięki temu delikatnie zatrzymać chłopca, tak by nie weszli w drogę czemuś, czemu nie powinni. August Sader mógł nie być w stanie tego zobaczyć, ale domyślił się, że to Elisabeth z Lasu za Światem przemyka się holem i wbiega na schody prowadzące do jej wieży, zbyt zaaferowana sobą, by dostrzec czające się w cieniu korytarza sylwetki. Sam zacisnął palce na łokciu chłopca, powstrzymując go od wyruszenia jej śladem lub nierozważnego wykrzyknienia, które mogłoby ich zdradzić. Pozwolił mu patrzeć na coś, czego sam nie widział - dziewczynę, która poza tym, że drżała i opatulała ochronnie brzuch ramionami, wydawała się radzić sobie całkiem nieźle, dość szybko znikając na wyższych piętrach. Pozasychane ślady łez zasłoniły włosy, a wszystkie rany zniknęły w półmroku holu, starannie chronione przez samą Czytelniczkę. August Sader przytrzymywał chłopca w miejscu jeszcze długo i oboje milczeli, do czasu aż książę zrozumiale zaczął się niecierpliwić. - To takie dziwne, prawda? - szepnął wtedy nauczyciel, poddając się zadumie. - Obserwowanie rzeczywistości. Rola widza, a nie uczestnika - Och, jak śmiesznie musiały brzmieć te słowa z jego ust! - Idź do swojego pokoju, Alanie i nie zbaczaj z drogi. Bardzo cię o to proszę - powiedział na odchodnym i odwrócił się, rezygnując z planów wyruszenia do biblioteki. I tak nie miał tam nic do zrobienia.
  15. Akademia Zła, Noc Popełniły koszmarny błąd, który Lisa już teraz zrzuciła na karb własnej impulsywności. Adelia co prawda wychyliła się zza kolumny pierwsza, ale ona jej na to pozwoliła, a przecież od początku było wiadome, że powinna ją chronić i zadbać o to, by była bezpieczna. Obydwie odetchnęły z ulgą, słysząc kroki, które oddaliły się w stronę klatki schodowej, a potem całkiem zaniknęły na niższym lub wyższym piętrze. Jakiś nigdziarz też wymykał się nocą z pokoju, ale to nie było ważne - obchodziło ją tylko to, że teraz mogą w spokoju przemknąć się na balkon. Gdyby tylko odczekały parę głupich sekund! Podejrzewała, że ten obleśny chłopiec chciał tylko śledzić tamtego, więc droga na zewnątrz byłaby wolna. Teraz natomiast stały w półmroku, Lisa zastygła w bezruchu, a Adelia aż trzaskająca zębami ze strachu. W pierwszym odruchu zdołała wepchnąć ją jeszcze za siebie, a teraz czuła jak mocno i boleśnie zaciska lodowate palce na jej ramieniu. Prawie chciała jej powiedzieć, żeby nie zwracała na nią uwagi i uciekała w stronę balkonu, że sobie poradzi, że załatwi go zanim zdoła powiadomić nauczycieli albo strażników. To byłoby jednak głupie - Adelia nie dałaby sobie sama rady w ucieczce, mogłaby spaść albo zostać pojmana. Cholera wie, balkon wychodził przecież na wieżę Dyrektora i to z jakiegoś powodu w tej krótkiej chwili wydało się Lisie bardzo istotne. Sama nie zamierzała okazywać strachu; uniosła butnie brodę i zacisnęła pięści, szykując się do ewentualnej bitwy. W niemal absolutnej ciemności dostrzegła jakiś błysk w dłoni nigdziarza - nóż! Dlaczego ten chłopiec miał nóż? Na początku odebrało jej to pewność, ale potem wyłapała słowa jego durnej propozycji i znów dała się ponieść wściekłości. Tekst o mokrej wiewiórce nie poruszył ją w najmniejszym nawet stopniu; słyszała bardziej wymyślne docinki nawet ze strony Nancy, swojej kuzynki. Tym, co naprawdę wyprowadzało z równowagi, była groźba wymierzona w stronę pochlipującej pod nosem Adelii i Sophie, której Lisa mogła nie lubić, ale nigdy, przenigdy nie pozwoliłaby na to, by w jej obecności albo za jej sprawą skrzywdzono ją w tak obrzydliwy sposób. Przez dłuższą chwilę milczała, dopóki nie poczuła, jak Adelia delikatnie szarpie ją za rękaw koszulki. - Może... może... - mruczała dziewczyna tak cichutko, że równie dobrze mógłby to być szmer przebiegającej pod ścianą myszy. Lisa wcale nie chciała wyobrażać sobie, że jej delikatna przyjaciółka chce w ten sposób zachęcić ją do wydania księżniczki. To w ogóle nie byłoby w jej stylu, Adelia zawsze była cicha i wrażliwa na cierpienie. Prawdopodobnie miał to być podstęp, może liczyła na to, że oszukają nigdziarza, udadzą, że zamierzają przyprowadzić Sophie, a tak naprawdę uciekną. A może po prostu była zbyt wyczerpana, oszołomiona i przerażona, by zrozumieć, co dokładnie by się z tym wiązało. Nie zdziwiłaby się, sama miała już po dziurki w nosie tych wszystkich złoczyńców, książąt, wilkołaków i wróżek. Chciała tylko wrócić do domu, a ten przebrzydły typ stanął im na drodze i arogancko groził; wyciągnął nawet nóż w stronę Adelii, która pisnęła i bardziej schowała się za jej plecami. Tego było stanowczo za wiele. Być może powinna zachować się rozsądniej, ale w tej chwili nie miała na to najmniejszej ochoty. - Wiesz co? Jak dla mnie okej, ale poczekaj, bo muszę po nią wrócić - wycedziła przez zaciśnięte zęby, a potem, bez zastanowienia, z całej siły kopnęła nigdziarza między nogi, tak, że jego połyskujące w ciemności oczy przymknęły się z bólu. - Szybko! - krzyknęła, a raczej krzyknęłaby do Adelii, gdyby nie obawiała się złapania; zamiast tego z jej ust wyrwał się jedynie naglący szept. Pognały na balkon, bo tylko to miejsce nie było barykadowane przez tego potwora. Do ostatniej chwili nie była pewna, czy to aby na pewno dobry pomysł i powoli zaczęła łapać ją panika. Powinny działać ostrożnie, ale na to nie było już czasu. Prawie przerzuciła Adelię przez barierkę, stawiając ją na zewnętrznym gzymsie i delikatnie popychając dalej, tak, że z wyrazem absolutnego niedowierzania na twarzy przesunęła się przy wilgotnym murze i wsunęła w najbliższe kamienne wgłębienie. Sama nie zdążyła jeszcze nawet unieść nóg, gdy wściekły chłopak przybiegł tu za nimi. Akademia Dobra W czasie, w którym na jednym z balkonów Akademii Zła odbywała się dramatyczna, niezauważona przez nikogo walka, po wystawnych i połyskujących kolorami korytarzach Akademii Dobra spacerował profesor August Sader. Tutaj nie panował mrok; nawet w środku nocy pod sufitami świeciły mgliście kryształki imitujące świetliki, a przez krystalicznie czyste okna wpadał blady blask księżyca. Było spokojnie; jedynymi dźwiękami, jakie mogłoby wyłapać wprawne ucho, pozostawały odległe brzęczenia patrolujących zamek wróżek oraz ciche pluskanie fontanny. Nauczyciel wędrował powoli, muskając palcami kolumny z cudownymi malowidłami, których nigdy nie miał szans zobaczyć. Dawno jednak wyrósł z żalu nad niepoznanym pięknem; odszedł on do tła, ustępując miejsca sprawom w gruncie znacznie poważniejszym. On mógł co prawda nie widzieć tego, co teraz, ale cała reszta nie widziała tego, co nadejdzie i czasami sam nie wiedział, co wybrałby, gdyby wiele lat temu dano mu w ogóle jakikolwiek wybór. Kroki wiodły go luźno, w swobodnym kierunku, jak zawsze podczas nocnych spacerów, które tak lubił. Tutaj nie było gromad uczniów, którzy szepczą o nim rzeczy pełne współczucia i przestrachu, myśląc, że tego nie słyszy. Nie było hałasu i stukotu setek nóg, które zaburzały działanie jednego z niewielu doczesnych zmysłów, jakie posiadał, wprawiając go w niepewność. Był tylko odwieczny spokój Akademii, wybudowanej w tym miejscu przed setkami laty. Choć pracował w obydwu szkołach, znacznie bardziej preferował przechadzki po zamku Dobra, nie tylko z powodów oczywistych i zrozumiałych, jak przyjemniejszy zapach, atmosfera, czystość i mniejsze zagrożenie upadkiem przez kilka rozłupanych i krzywo rozłożonych kamieni. August Sader był po prostu zawszaninem, więc to miejsce stanowiło dla niego swoistą macierz. Było łagodne, nienaznaczone cierpieniem dzieci, które przelewało się korytarzami Akademii Zła ani magicznym wzburzeniem, panującym w bliskim towarzystwie Baśniarza i samego wielkiego Dyrektora. Nigdy go nie widział, to jasne, ale potrafił poczuć. Sploty przeznaczenia zaciskały się wokół tego człowieka - tak, człowieka - silniej niż wokół kogokolwiek innego. Srebrną wieżę wypełniały ślady przyszłości, którą rozumiał, choć nie chciał rozumieć. Jak osobliwie. Nagle jego rozmyślania przerwał ledwie słyszalny oddech i ostrożne kroki. Nad wyraz wykształcony słuch od razu wyłapał, że właśnie przecinał drogę ucznia; nikt inny nie zachowywałby się tak cicho, nie próbując po nauczycielsku powitać go przy przypadkowym spotkaniu. Mógł podejrzewać, że tenże zawszanin spróbuje teraz odejść lub schować się gdzieś przy ścianie, przekonany o tym, że ślepy profesor nie jest w stanie go dostrzec. Uśmiechnął się delikatnie, zabierając dłoń z kolumny. Potrzebował kilku chwil, by rozszyfrować tożsamość młodego przeciwnika regulaminów; musiał tylko zajrzeć nieistniejącym spojrzeniem w przyszłość, po znaki i wskazówki. Poczuł na skórze coś jakby powiew lodowatego chłodu, który nie mógł mieć źródła na tym korytarzu. W uszach rozbrzmiały bardzo odległe, przytłumione krzyki i uderzenia, szczękanie metalu, zupełnie jak... bitwa. I trzaskanie płomieni, tak, to zdecydowanie było to, a zaraz potem syk gaszonego ognia. - Witaj, Alanie - powiedział cicho, ale wystarczająco głośno, by oddalający się chłopak zdołał go usłyszeć. - Zapewne próbujesz wymknąć się ze szkoły - dodał powoli i bardzo, bardzo ostrożnie, nie chcąc przypadkiem wspomnieć o czymś, co mogłoby być tą jedną informacją za dużo. Wszechświat nie lubił, gdy się z nim igrało, choć sam przecież wsuwał im broń w ręce. - Podejrzewam, że jako nauczyciel powinienem cię przed tym powstrzymać. Chodź, nie lubię stosować magii na swoich uczniach - poprosił niemal przyjacielskim tonem. Sam nie był jeszcze pewny, czy zaprowadzi go z powrotem do pokoju, czy może w jakieś całkowicie inne miejsce; o tym powinien chyba zadecydować los.