Elizabeth Eden

Brony
  • Zawartość

    2565
  • Rejestracja

  • Ostatnio

Reputacja

120 Wzorowa

O Elizabeth Eden

  • Ranga
    Eliza ;)
  • Urodziny 18 Wrzesień

Informacje profilowe

  • Płeć
    Klacz
  • Miejsce zamieszkania
    Polska
  • Ulubiona postać
    Twilight Sparkle

Ostatnio na profilu byli

7595 wyświetleń profilu
  1. Akademia Zła Po wyjściu z klasy dziekan Crystal Adelia nie wróciła już do dzwonnicy. Nie chodziło o to, że specjalnie próbowała być nieposłuszna, oczywiście, że nie, nigdy by się na coś takiego nie odważyła. Przynajmniej nie dopóki była tu sama. Po prostu nie miała pojęcia gdzie tak właściwie powinna się udać, żeby tam trafić, a perspektywa zapukania z powrotem do gabinetu złej nauczycielki i poproszenia ją o pomoc była nie do przyjęcia. Adelia przez kilka chwil kręciła się więc niemrawo po korytarzach, podskakując na każdy nieoczekiwany dźwięk, wywołany przez mysz, sypiące się mury, czy człapiące gdzieś niedaleko wilki. Nie ważne jednak jak mocno próbowała, nie potrafiła już odtworzyć tej ścieżki. Kiedy prowadziła ją tu ta ładna blondynka, wciąż była na granicy jawy i omdlenia, a wcześniej po prostu trzymała się tłumu, nie zwracając uwagi na to, żeby zapamiętać drogę, bo niby do czego miałoby się jej to przydać. W końcu przełknęła ciężko ślinę i usiadła na spiralnych schodach, prowadzących do wielkiego holu. Mogła mieć tylko nadzieję, że to gdzieś tędy pozostali nigdziarze będą udawać się na następną lekcją. Długo jednak nie usiedziała, bo na zimnym kamieniu zbyt mocno marznął jej tyłek, więc wstała, opierając się o ścianę i pociągając nosem. Wyciągnęła z kieszeni podarowaną ją przez nauczycielkę fiolkę, przyglądając się jej gęstej konsystencji. Przez chwilę miała wielką ochotę cisnąć ją w dół i patrzeć jak spada, roztrzaskując się na podłodze holu, ale ostatecznie powstrzymała się i schowała ją z powrotem. Jeśli ktoś by ją na tym złapał, prawdopodobnie czekałaby ją kara, a trzask mógłby zwabić wilki, których zdecydowanie nie chciała teraz spotkać. Zaczęła powoli wspinać się z powrotem, kontynuując bezczynną wędrówkę i oczekując na wycie, obwieszczające koniec lekcji. Policzek pulsował jej tępym bólem, więc raz na jakiś czas przytykała go do zimnego muru, żeby poczuć chwilową ulgę. Wcześniejsza histeria, ta sprzed apatii, zaczęła powracać nieprzyjemnymi falami, ale jakimś cudem udało jej się powstrzymać ją w zalążku, przyzwyczajając się już powoli do ciągłego drżenia mięśnia i nieznikającej guli w gardle. Musiała wytrzymać ten dzień. To obiecały sobie z Lisą. Odgarnęła z czoła lepiące się włosy i pomyślała o swojej rudej przyjaciółce, siedzącej teraz prawdopodobnie w ciepłym, pachnącym zamku i otoczonej przez cudowne witraże i lśniące rzeźby. Coś w jej klatce piersiowej mocno się zacisnęło. W czasie w którym Adelia błądziła po mrocznych korytarzach Akademii Zła, na dzwonnicy zadanie zaliczyła ostatnia trójka uczniów. Wydawało się, że Eudonowi idzie bardzo dobrze. Chociaż wywerna rzucała się na lewo i prawo, udało się mu utrzymać prosty kurs, ściskając ją nogami. W pewnym momencie stworzenie wydało z siebie jednak przeciągłe prychnięcie i z całej siły wyrwało do przodu, zostawiając młodego wampira parę metrów w tyle, jeszcze przez chwilę unoszącego się w powietrzu. Najwidoczniej użył siły lewitacji, podpierając się wywerny i udając, że na niej leci, ale jako, że nie potrafił jeszcze latać samodzielnie, parę sekund później już spadał, łapany przez kamienne gargulce, które wyjątkowo mocno rzuciły nim potem o kamienną podłogę. - TO KARA ZA OSZUKIWANIE! - wrzasnął gniewnie Kastor, ale kiedy tylko nauczyciel się odwrócił, Vin i Gilbert pokiwali z uznaniem głowami i coś do Eudona szepnęli. Zielonowłosej Savie wcale nie poszło jakoś specjalnie lepiej. Chociaż podchodziła do stworzenia bez strachu i z niemalże zarozumiałą miną, wywerna najwyraźniej dostosowała się do jej buntowniczej natury i zamiast polecieć tak, jak powinna, zapewniła dziewczynie zawroty głowy, kilkanaście razy okrążając wieżę Występek, a potem zrzucając ją jednym machnięciem ogona. Kiedy Sava boleśnie wylądowała z powrotem w dzwonnicy, Scarlett chciała pomóc jej wstać, ale chociaż nigdziarka wciąż nieco się chwiała, odrzuciła gniewnie jej dłoń, jakimś cudem utrzymując się na nogach o własnych siłach. Ostatnia była Alisa, po której minie ciężko było cokolwiek wyczytać. Niektórzy uczniowie westchnęli głośno, ponieważ gdy dziewczyna zbliżyła się do wywerny, ta położyła nagle skrzydła po sobie i zadrżała, obserwując ją z nieufnością. Chwilę trwało nim Kreelowi udało się nakłonić ją do tego, by wzięła Alisę na grzbiet i opuściła z nią dzwonnicę. Jeszcze większe zdziwienie wśród uczniów mógł wywołać fakt, że choć stworzenie na początku walczyło, chwilę później nagle wystrzeliło do przodu, zupełnie jakby chciało zakończyć to zadanie jak najszybciej. Alisa okazała się być ostatecznie trzecim nigdziarzem, któremu udało się wykonać zadanie i nie spaść, choć nie była to raczej zasługa jej silnej woli. Tak jak wszyscy obserwowała z zaciekawieniem wywernę, gdy ta syknęła za nią nieprzyjemnie, a potem okryła się skrzydłem. Wtedy jednak odezwał się Kastor, najwyraźniej rozwiewając jej wątpliwości. - Miałaś w rodzinie harpię, wodnika, wiłę...? - urwał, zauważając ostry uśmiech, który pojawił się na bladej twarzy dziewczyny. Nie odpowiadając na pytanie odwróciła się i wróciła do tłumu uczniów, powiewając czarnymi włosami jak peleryną. Kastor obserwował ją jeszcze przez chwilę, mrucząc coś pod nosem, a potem spojrzał wymownie na Kreela, który skinął głową, wskoczył na wywernę i odleciał na jej grzbiecie. Elvira uważnie obserwowała teraz Alisę, spoglądając znad ramienia Kim, jak dziwna, żółtooka nigdziarka przygryza ostrymi zębami dolną wargę, dziurawiąc ją, a potem oblizując krew, jakby to było dla niej w jakiś sposób odstresowujące. Chwilę później z zamyślenia wyrwał ją jednak głos Kastora. Nauczyciel krótko i zwięźle opisał ich beznadziejność i brak jakiejkolwiek kontroli, który zamierzał, jak sam stwierdził, wyplenić, a potem przeszedł do oceniania. To była już w końcu końcówka zajęć. Wilki zawyły akurat w momencie, w którym nad ich głowami pojawiły się numerki, wszystkie na raz. Brakowało tylko numeru 24 i 23, które trafiły, jak wspomniał Kastor, do nieobecnych Christiana i Adelii. Nikogo nie zdziwiło pierwsze miejsce Ravera, który zadanie wykonał ostatecznie najlepiej i wyłącznie przy wykorzystaniu siły własnej woli. Elvira starała się ignorować pełne zadowolenia spojrzenia, jakie rzucał na zwykłe, niezbyt interesujące sześć, które pojawiło się nad jej własną głową. Srebrzysta dwójka przypadła Alisie, której najwyraźniej udało się zrobić na Kastorze wrażenie, natomiast iskrząca się trójka trafiła do Margo. Tutaj kończyła się lista osób, które wykonały zadanie do końca. Czwarte miejsce otrzymała Judith, a piąte Thomas, co w mniemaniu Elviry nie było do końca sprawiedliwe, bo wcale nie poszło im jakoś specjalnie lepiej niż jej. Potem siedem dla Prismy, rozkojarzonej przez włosy, teraz znów starannie spięte w ciasny kok. Osiem Labrendy i dziewięć Kim, która mogłaby dostać wyższą ocenę, gdyby nie jej dziwne i nielogiczne zachowanie. Dziesięć dla Bathildy, która utrzymała się w sumie tylko dzięki swojej sile i wadze, jedenaście Gilberta i dwanaście De, u którego było podobnie, jak z Bathildą, w końcu też pochodził z Mahadew. Trzynastka pojawiła się nad głową Walburgi, która była z tego powodu wyraźnie wkurzona i to tym bardziej, że była to głównie wina jej zbyt wielkiej pewności siebie. Według Elviry nie musiała się tak wściekać, to mogła być dla niej doskonała nauczka na przyszłość. Na czternastkę zasłużył sobie Alaric, a na piętnastkę Lavalle, nawet jeśli przypadkiem zmroził łuski wywerny. Miejsce szesnaste, ku swojemu widocznemu niezadowoleniu, otrzymał Pollux, natomiast siedemnastka przypadła Savie. Hadrion łypał ponuro na popękaną osiemnastkę nad swoją głową, natomiast Navin był wyraźnie zrozpaczony dziewiętnastką, swoją najniższą jak do tej pory oceną. Miejsce dwudzieste, dwudzieste pierwsze i dwudzieste drugie przypadło kolejno Scarlett, Vinowi (dziewczyna spojrzała z krzywym uśmieszkiem na fioletowego chłopca, który zacisnął zęby) oraz Eudonowi. Młody wampir, któremu jak do tej pory szło w Akademii bardzo dobrze, patrzył na nadgnitą dwudziestkę dwójkę z wyraźnym niedowierzaniem. Cóż, najwyraźniej Kastor zdecydował się bezlitośnie ukarać jego oszustwo. Po przyznaniu ocen Kastor od razu kazał im się wynosić. Uczniowie rzucili się grupą w stronę drzwi, rozpychając się łokciami i nogami, ponieważ każdy chciał jak najszybciej opuścić zimną, wietrzną dzwonnicę. Elvira została jednak trochę z tyłu, machając ręką na Kim, gdy ta chciała zatrzymać się razem z nią. Kiedy tłum nieco się przerzedził, udało jej się dzięki temu dostać do Thomasa i przytrzymać lekko jego ramię zaraz za drewnianymi, skrzypiącymi drzwiami. Spojrzała na niego poważnie, choć na jej ustach wciąż błąkał się ten tajemniczy uśmieszek, który chłopak mógł zobaczyć zawsze, gdy blondynka coś do niego mówiła. - Jesteś dobrym sługą, ale jego zostaw - powiedziała, wiedząc, że Thomas domyśli się o kogo chodzi. Jej ton był prawie rozkazujący, ale jednak wciąż jakoś tak przyjemny. - Poradzę sobie z nim sama - nachyliła się lekko, niemalże dotykając ustami jego ucha. - Jesteś silny, ale pamiętaj, by nigdy nie porywać się z pięściami na magię... ani nawet z magią na magię... - wierzchem dłoni musnęła kamień zawieszony na jego szyi. - ...jeśli nie jesteś jej całkowicie pewien - jej pachnący miętą oddech musnął jego szyję. Potem odsunęła się, odwróciła i zaczęła schodzić w ciemność, zbliżając do gwarnego tłumu uczniów, który wcześniej zdążył już nieco się od nich oddalić. Kiedy hałas na wąskich schodach ucichł, wskazując na to, że wszyscy uczniowie udali się już korytarzami wieży Szkoda na następną lekcję, Kastor opuścił dzwonnicę, pamiętając o tym, by dokładnie ją po tym zamknąć. Chociaż stopnie prowadzące na szczyt wieży były wyjątkowo wąskie i niebezpieczne, pokonał je jednym susem, by potem przemknąć pomiędzy przechadzającymi się nieopodal wilkami, kierując swoje łapy do pewnego specyficznego gabinetu, którego naprawdę nie lubił odwiedzać. Nie kłopotał się takimi grzecznościami jak zapukanie do drzwi, wszedł po prostu bezceremonialnie do środka, od razu skupiając wzrok swoich czerwonych, wściekłych oczu na wysokiej blondynce. - Wzywałaś mnie, Crystal - burknął bez powitania, rezygnując z oficjalnego i jak dla niego zdecydowanie zbyt uczniowskiego "pani dziekan".
  2. Akademia Dobra Po wypowiedzi Monici w klasie przedłużała się cisza. Uśmiech profesor Dovey nieco zbladł i nauczycielka zaciskała mocno usta, jednak po troskliwym błysku w jej oczach można było się domyślić, że nie była to dezaprobata lub zawód z powodu jej niezbyt składnej odpowiedzi. Jej twarz miała teraz wyraz typowy dla opiekuńczej Wróżki Matki Chrzestnej. Sama Monica opuściła głowę i obserwowała uparcie swoje kościste palce, nie zwracając uwagi na liczne spojrzenia, ani Dovey ani innych uczniów, takich jak chociażby Magda i Damien. Atmosfera utraciła na napięciu dopiero wtedy, kiedy nauczycielka zwróciła się do siedzącej obok Sophie blondynki. Wywołana dziewczyna wstała na tyle szybko i gwałtownie, jakby niespecjalnie przejmowała się przygnębieniem Monici i chciała jak najszybciej przerwać trwające milczenie, mając go już najzwyczajniej dosyć. Miała piękne, jasne loki, morskoniebieskie oczy i pewny siebie uśmiech, niezachwiany stresem, czy niepewnością. Kiedy się odezwała, jej głos dopasował się do postawy jaką przyjęła - był wyraźny, stanowczy, ale także podszyty elegancją. - Jestem Emeralda i pochodzę z Akgul - powiedziała bez mrugnięcia okiem. Choć prawie wszyscy już o tym wiedzieli, sporo uczniów jeszcze raz spojrzało na nią ze współczuciem, którego najwidoczniej i tak nie potrzebowała. - Oczywiście ze Świetlistej Wieży. To jedyny przysiółek zawszan w tej krainie. Chronimy istotny dla naszej historii i tradycji Wodospad Świateł, który nigdziarze wciąż próbują przejąć i wykorzystać do swych nikczemnych celów - zmrużyła oczy, widząc, że Dovey wpatruje się w nią z ciekawością, jakby zastanawiała się w którą stronę zmierza, zaczynając od tych informacji. - To oczywiste, że żyjąc w takim miejscu musiałam nauczyć się odwagi, szlachetności i znaczenia naszych zawszańskich wartości. Brzmi trochę książęco i może takie jest, ale każda dama żyjąca w Akgul musi mieć w sobie trochę z rycerza - zrobiła jeden elegancki krok do przodu w swoim kryształowym pantofelku, jakby zamierzała wyjść z ławki i zacząć spacerować po klasie. W ostatniej chwili się powstrzymała i zamiast tego zaczęła rozglądać po uczniach, zatrzymując wzrok na Edwardzie, który słuchał jej, podpierając elegancko głowę na dłoni - Zło w całej Puszczy przegrywa od wielu lat i nikt temu nie zaprzeczy, ale większość napastników w Akgul nie należy do żadnej baśni. Choć ich próby przejęcia naszego wodospadu wciąż i wciąż okazują się daremne, często udaje im się ranić lub zabić kilku z nas. Damy rzadko uczestniczą w bezpośredniej walce, ale czasem są do tego po prostu zmuszone. Tak jak dzieci - przycisnęła dłoń do różowego mundurka, tą na której znajdowała się cienka, biała blizna - Ale to wcale nie znaczy, że nie jesteśmy delikatne... - przesunęła opuszkami szczupłych palców po piernikowej ławce - ...eleganckie... - poprawiła sukienkę - ...i piękne - odgarnęła do tyłu długie blond włosy - Oraz że nie pragniemy życia wiernej i otaczanej opieką księżniczki. Po prostu dostosowujemy się do zrzuconej na nas odpowiedzialności. Dyrektor prędzej czy później musiał wybrać kogoś z Akgul, kogoś w kim cechy zaciekłej obrończyni dobra i wrażliwej księżniczki są na tyle wyrównane, że zasługuje na miejsce w Akademii Dobra. Najwyraźniej jestem to ja - skinęła uprzejmie głową nauczycielce, a potem spojrzała na Edwarda, posyłając mu jeden ze swoich najbardziej urokliwych uśmiechów. W czasie kiedy Emeralda siadała z powrotem na miejsce, a Vivienne, Lucinda i Constantine delikatnie poklaskiwały w geście podziwu, Lisa nachyliła się do Stephanie, marszcząc brwi. - Nie rozumiem... czyli zło jednak wygrywa gdzieś w Świecie Baśni? To znaczy... - Nie, nie wygrywa - odpowiedziała szeptem Stephanie, uważnie obserwując dziekan Dovey. - Nie każdy mieszkaniec Puszczy jest bohaterem baśni, prawda? To nie znaczy od razu, że zło zwycięża, w końcu w Akgul nie udało im się ostatecznie przejąć Wodospadu Świateł, ale to też nie tak, że wcale go nie ma i nie próbuje działać. Czasem ma jakieś swoje zrywy i robi różne, mniej lub bardziej brutalne rzeczy. W końcu gdyby tak nie było, to już dawno byśmy nigdziarzy stłamsili, a jednak nadal mają swoje krainy i w ogóle. Po prostu nikt im nie ufa i trzymamy się od nich z daleka - zacisnęła usta. - Ale jeśli już wdają się z nami w jakąś większą bitwę, czy coś, to zazwyczaj i tak zwyciężamy, nawet poza baśnią. To wszystko jest trochę dziwne, nie? - Trochę... ale jednak lepiej, kiedy Dobro zwycięża - mruknęła Lisa, zauważając, że nauczycielka patrzy z naganą w ich stronę, po raz kolejny. Jednak nawet, kiedy skończyły rozmowę, żeby nie zdenerwować nauczycielki jeszcze bardziej, w uszach Lisy brzmiały wciąż i wciąż te same słowa. Nikt im nie ufa i trzymamy się od nich z daleka. Miała wrażenie, jakby nagle zrobiło jej się jakoś tak chłodniej. Nauczycielka oceniła wywód Emeraldy jako bardzo dobry i elokwentny, ale zwróciła też uwagę na jej zbyt wielką pewność siebie, co sprawiło, że dziewczyna zmarszczyła nieznacznie brwi i wydęła usta. Edward natomiast uśmiechnął się lekko i odwrócił głowę, żeby szepnąć coś Abraxasowi, ale nikt poza nimi nie mógł usłyszeć co, ponieważ wtedy Dovey wywołała do odpowiedzi Aidana. Chłopak energicznie zerwał się z krzesła, najwyraźniej było to takie zadanie, które całkiem mu odpowiadało. Mówił szybko i na początku trochę niewyraźnie, dopóki nie przerwał i nie wziął głębszego oddechu, zaczynając od początku. Chyba nieco zestresowało go to, że Stephanie nie odwróciła się od razu, żeby na niego spojrzeć. Chwilę później okazało się jednak, że po prostu gdy położyła na sekundę głowę na słodkiej ławce, włosy przykleiły jej się do jednej z landrynek. Najwidoczniej one także nie były tutaj bez powodu. Kiedy w końcu się od nich uwolniła i odwróciła do Aidana, marszcząc śmiesznie nos, chłopak nabrał pewności siebie i uśmiechnął się szeroko. Prawie podskakiwał opowiadając o tym, jak to w dzieciństwie pomagał tacie w pracy w lesie, oraz o swojej fascynacji Robin Hoodem i marzeniem, aby kiedyś zostać jednym z jego towarzyszy. Kiedy jego historia zboczyła nieco z głównego toru i zaczął nawijać o prostym, drewnianym łuku, jaki kiedyś zrobił dla niego ojciec, profesor Dovey uniosła z uśmiechem rękę, pokazując mu, żeby przerwał. Na piegowatych policzkach i szpiczastym nosie Aidana pojawił się wtedy lekki rumieniec, ale potem wzruszył tylko ramionami i usiadł do ławki. Starał się słuchać słów pani dziekan, ale niezbyt wiele zapamiętał, ponieważ nie mówiła długo, a Edward rozproszył go, odwracając się i posyłając mu przeciągłe, nieokreślone spojrzenie, które z nieznanego powodu nieco go zdenerwowało. To jednak nie było aż tak ważne, wystarczyły mu lekkie uśmiechy na twarzach Lisy i Stephanie, które chwilę później odwróciły się z powrotem w stronę biurka nauczycielki. Może i byli jakby nieco pokłóceni po tym całym chaosie w Galerii Dobra, ale wciąż czuł do nich ogromną sympatię i zamierzał pogodzić się z nimi najszybciej jak tylko będzie się dało.
  3. Akademia Dobra Stephanie dosłownie czuła na sobie spojrzenia wszystkich uczniów, kiedy wstawała, by udzielić odpowiedzi. Niektóre z nich może i były prawdziwie zaciekawione, ale dominowały takie, jakie rzucała jej choćby Vivienne - czegoś, co niebezpiecznie, jak na dobre księżniczki, przypominało satysfakcję. Pewnie sobie wmawiają, że to właściwe, bo w ten sposób stają po stronie doskonałego dobra, do którego ja w ich opinii oczywiście nie należę - pomyślała sarkastycznie Stephanie, a potem nieco się rozluźniła, gdy poczuła jak Lisa uspokajająco szturcha ją nogą. No dobra, powinna teraz powiedzieć coś interesującego. Tak na dobrą sprawę to kusiło ją, żeby najeżyć tę nauczycielkę, tak jak wcześniej jej ruda współlokatorka, ale to chyba mimo wszystko nie byłby taki mądry pomysł. Naprawdę nie chciała skończyć Akademii jako słowik. Zanim się odezwała, nieświadomie zaczęła szarpać za różowe wstążki swojego mundurka. - No więc... ogólnie to, cóż... - zacięła się na sekundę, zauważając jak Constantine marszczy lekko nos. Nie zaczęła może jakoś bardzo elokwentnie i jeszcze nagle przerwała, ale to tylko dlatego, że musiała się gwałtownie powstrzymać przed wypaleniem "Nie grymaś się tak, bo ci tak zostanie i żaden książę cię nie zechce" - To nie tak, że ja się jakoś bardzo chciałam tutaj dostawać... - kontynuowała Stephanie nieco pewniej, wzruszając ramionami. - Chociaż to oczywiście zaszczyt, wiadomo, no ale... ten. Wydaje mi się, że Dyrektor... - przypomniała sobie uwagę, jaką dała nauczycielka Magdzie i ugryzła się w język. - Wydaje mi się, że chodzi o to, że po prostu zawsze byłam sobą... szczera i w ogóle - szarpnęła za jedną ze wstążek tak mocno, że zaczęła się pruć. Nie sądziła, że wymienianie własnych zalet będzie aż takie trudne. Zignorowała ironiczny szept Ambrosiusa "Tak, to na pewno o to chodzi" i spróbowała wymyślić coś jeszcze. - Starałam się pomagać innym i nigdy nikogo nie krzywdzić. Włączałam się w różne akcje miasta, jak na przykład wspólne sprzątanie albo zbieranie funduszy na schronisko dla chorych lisów - uśmiechnęła się blado. - Dawno temu robiłam to razem z kuzynką, ale potem ona... wybrała inną drogę. No a ja zawsze trwałam przy swoich zasadach. W sensie, po prostu chciałam robić to, co właściwe - przełknęła ślinę i znów wzruszyła ramionami. Aidan uśmiechnął się lekko pod nosem, obserwując z uwagą jej profil, jakby miał wielką nadzieję, że ta nagle się odwróci i na niego spojrzy. Dziewczyna była teraz jednak skupiona całkowicie na dziekan Dovey, która pozwoliła jej z powrotem usiąść i opowiedziała im cicho o tym, jak wielką wartość ma szczerość i najprostsza chęć pomocy, a potem napomknęła, już bezpośrednio do Stephanie, żeby pamiętała o tym, by nie winić się za wybory kuzynki i że jeśli będzie miała taką potrzebę, to zawsze może przyjść do jej gabinetu porozmawiać. Uczniowie zareagowali na to raczej obojętnie, najwyraźniej uznając, że skoro ktoś bliski Stephanie okazał się nigdziarzem, to powinna po prostu zerwać z nim kontakty i więcej tego nie roztrząsać. Było tylko kilka takich osób, które wydawały się rozumieć o co jej chodzi. Takie, które z drugą stroną miały na pewno o wiele więcej powiązań niż śliczna Vivienne i książę z pałacu Abraxas. Kiedy kobieta zwróciła się do kolejnego ucznia, Stephanie oparła łokcie na słodkiej, pełnej landrynek ławce, przesuwając palcami po splątanych włosach. - Cóż, w każdym razie nie musisz się już martwić, że dostaniesz ostatnie miejsce, Lisa - westchnęła. - Daj spokój - odparła natychmiast jej współlokatorka, szturchając ją lekko w bok. - Do ciebie się przynajmniej uśmiechała, a ja ją wkurzyłam. Stephanie parsknęła cicho. - Mam wrażenie, że ona ma ten uśmiech na stałe magicznie przylepiony do twarzy. Lisa przewróciła oczami. - Jakoś po moim wywodzie o Dyrektorze mina jej zrzedła. - To twój urok osobisty zachwiał moc zaklęcia. Obydwie zaczęły się cicho śmiać dopóki siedząca niedaleko nich Magda nie odwróciła się do nich z lekko uniesionymi brwiami. Jej spokój nieco je zakłopotał, więc natychmiast spoważniały. Następnym wybranym zawszaninem był Leon, niezbyt wysoki chłopak o wciąż bardzo dziecinnym wyglądzie. Przy innych książętach wyglądał jak czyjś młodszy brat, który ukrył się w bagażach, wykradł mundurek i przemknął chyłkiem na zajęcia, co oczywiście nie było możliwe. Po chwili dowiedzieli się, że jest on synem jednego z mniej znanych Kamelockich rycerzy, ale choć po opowieściach z jego dzieciństwa, między innymi o tym jak pomagał rodzicom i troszczył się o siostry, mogli wywnioskować, że ma dobre serce, ciężko było stwierdzić, czy aby na pewno chce pójść w ślady ojca. Nie chodziło nawet o to, że chłopak ma inne marzenie, po prostu sam jeszcze nie wiedział dokładnie co chce robić w przyszłości. Szczerze wspomniał o tym w swojej wypowiedzi, dodając, że ma nadzieję, iż w Akademii odkryje swoje przeznaczenie. Lisa poczuła nieprzyjemny ucisk w brzuchu, gdy uświadomiła sobie, że prawie nikt w tej szkole nawet nie zakładał, że to on może być tym przemienionym w zwierzę lub roślinę. Po Leonie padło na niezwykle chudą i nieco szczurowatą Monicę. Dziewczyna była porażająco ruda, nawet Lisa musiała to przyznać, a jej oczy były wyjątkowo blade i przenikliwe. Na pewno miała swój urok, ale nie każdy uznałby ją za kogoś pięknego. Monica jak do tej pory miała chyba najwięcej problemów z wykonaniem poleconego przez dziekan zadania, do tego stopnia, że siedzące z przodu księżniczki odwracały głowy, żeby móc się jej przyjrzeć. Dziewczyna jąkała się i mówiła niezwykle cicho. Z tego co udało się zrozumieć Lisie, trafienie do Akademii od zawsze było jej wielkim marzeniem. Podobno niezwykle pragnęła życia dobrej, troskliwej księżniczki i zasłużenia na własną baśń, chociaż nigdy do końca nie wierzyła w to, że naprawdę się tak stanie. Lisa miała jednak dziwne wrażenie, że Monica w ostatniej chwili zmieniła słowo "wierzę" na "wierzyłam" i doszła do wniosku, że być może jej wcześniejsze założenia były błędne. Zawszanka z Kamelotu wydawała się być niepokojąco pewna swojego losu i Lisa zaczęła odczuwać wobec niej wielkie współczucie. Profesor Dovey delikatnie poprosiła ją o opowiedzenie swoich zalet lub historii wskazujących na jej zawszańską naturę, na co Monica odpowiedziała, że starała się być zawsze bardzo grzeczna, życzliwa i pomocna i że każdego weekendu zanosiła do okolicznego sierocińca robione przez nią i mamę słodkie bułeczki i ciastka. W pewnym momencie Monica urwała, pociągnęła nosem i w ciszy usiadła z powrotem do ławki. Dziekan Dovey obserwowała ją jeszcze naprawdę długo, zanim przeszła do następnego ucznia.
  4. Akademia Zła Adelia apatycznie przyjęła butelkę, nawet na nią nie spoglądając ani nie próbując się z niej napić. Dziwny specyfik, który kobieta wcześniej podstawiła jej pod nos, i tak nieco ją już otrzeźwił. Odzyskała jasność umysłu i nie miała dłużej wrażenia, jakby zaraz miała zemdleć, ale wciąż była pusta i otępiała. Zupełnie jakby w jej mózgu odblokowała się jakaś myśl. Miała wrażenie, że słyszy cichy, bliżej niezydentyfikowany głos obok ucha. Spokojnie. Nie płacz. Nie błagaj. Przetrwaj. To tylko jeden dzień. Kiedy dziekan wspomniała o odesłaniu do domu, jej serce na chwilę zabiło szybciej, jednakże kobieta nie pozwoliła jej na zbyt długą ulgę. Oczywiście, o wszystkim decydował Dyrektor. Ten, który ich porwał i z którym nie dało rady się w żaden sposób skontaktować. Spojrzała nieprzytomnie na okno ponad ramieniem kobiety, wbijając wzrok w srebrną, wąską wieżę, wznoszącą się nad Zatoką. Czy Lisa myślała o tym, by próbować się tam dostać? W formie planu awaryjnego? Na pewno tak. Przypomniała sobie ogromny, mroczny cień i zadrżała, opatulając się ramionami, nadal zaciskając chude palce na buteleczce. Lisa mogłaby pójść tam sama, Adelia naprawdę nie miała ochoty spotykać znów tego... no ale z drugiej strony, nie chciała też zostawać w strasznym zamku. Po raz kolejny spojrzała obojętnie na nauczycielkę. Już nie płakała, ale jej oczy nadal lśniły od wcześniejszego nieustannego szlochu. Uniosła powoli dłoń do policzka, muskając wielkiego siniaka, który się na nim pojawił po uderzeniu Prismy. Dopiero teraz odczuła jak bardzo bolał, bo nie rozpraszał jej już zimny wiatr i stres przed zadaniem. Spróbowała sobie przypomnieć jak jej poszło, jak daleko doleciała, ale nie była w stanie. Odwróciła głowę od nauczycielki, próbując zamiast tego zrozumieć o czym dokładnie do niej przed chwilą mówiła. Coś o anemiczności i byciu słabym. No tak. - Zawsze byłam chora - powiedziała cicho i choć zdanie to było niejednoznaczne, najwyraźniej nie zamierzała wyjaśniać. Wsunęła fiolkę do kieszeni. I tak nie zamierzała z niej skorzystać. Nie będzie żadnego codziennie rano. Na pewno nie w tej okropnej szkole. - Mogę już iść? - dodała nieco ochrypniętym głosem, powoli wstając i chwiejąc się nieco, bardziej z powodu szoku, niż mroczków przed oczami, których specyfik Crystal zdążył się już przecież pozbyć. Zaraz po występie Polluxa do dzwonnicy wróciła Elvira, na kilka sekund przyciągając uwagę wszystkich. Wyglądała tak dumnie i normalnie, jakby przed chwilą nie musiała pełnić roli pomocnej-dziewczynki-pomagającej-koleżance. Zanim rozejrzała się po klasie, wbiła spojrzenie prosto w czerwone oczy Polluxa, uśmiechając się do niego z jadowitą satysfakcją. - Dziekan Crystal kazała przekazać, że chce się z panem po tej lekcji zobaczyć... profesorze. Kastor zawarczał cicho, zauważając jej zadowolenie. Nic jednak nie powiedział, tylko odwrócił się i agresywnie machnął łapą na kolejnego ucznia. Nawet jeśli nie lubił Crystal, musiał być posłuszny jej poleceniom. Elvira ruszyła się, żeby stanąć obok Kim i Walburgi, ale zanim do nich doszła, Raver złapał ją dość mocno za ramię i szepnął jej coś do ucha. Blondynka spiorunowała go wzrokiem, szarpnęła ręką i odeszła bez słowa do swoich współlokatorek. Zanim jednak skupiła się na kolejnym nigdziarzu, spojrzała jeszcze przelotnie na Thomasa. Teraz do zadania przystępował Lavalle, chłopiec o lodowatym pochodzeniu i równie lodowatej urodzie. Podchodząc do wywerny starał się nie okazywać strachu. Ciężko stwierdzić, czy naprawdę go nie czuł, w każdym razie na początku szło mu całkiem nieźle, dopóki wywerna nie zaczęła zbaczać z toru, a chłopak, najwyraźniej nie mogąc nad sobą zapanować, przypadkiem nie zmroził swoim talentem kilku jej łusek. Nie tylko zrzuciła go z grzbietu, ale także próbowała za nim polecieć ze zdecydowanie nieprzyjemnym zamiarem. Na szczęście Kreel sprowadził zirytowane stworzenie z powrotem, wydając z siebie długi, przeciągły gwizd. Kiedy Lavalle trafił z powrotem do dzwonnicy, wywerna wciąż na niego charczała, więc chłopak uciekł, chowając się za pozostałymi nigdziarzami. Jego talent nie był wciąż na tyle silny, by naprawdę przemienić w lód łuski magicznego stworzenia, ale i tak były one znacznie chłodniejsze, kiedy zadania podejmowała się Prisma. Dziewczyna z blizną w kąciku ust wydawała się być niezwykle zdeterminowana, chociaż bardziej spostrzegawczy uczeń mógłby zauważyć, że jej ramiona drżały, kiedy usadawiała się na grzbiecie wywerny. Mimo wszystko przez dłuższy czas szło jej naprawdę bardzo dobrze. Okrążyła wieżę Występek i już wracała z powrotem, ale w połowie drogi mocniejszy podmuch wiatru rozplątał starannie zapięte w surowy kok włosy, posyłając frotkę daleko poza zasięg rąk dziewczyny. Mimo wszystko ta i tak próbowała ją złapać i właśnie przez to straciła równowagę i spadła, będąc chwilę później złapaną przez bezwzględne, surowe gargulce. Kiedy trafiła znów do dzwonnicy, Elvira zauważyła z zainteresowaniem, że włosy Prismy były naprawdę bardzo ładne i dość długie, nawet jeśli sztucznie wysuszone i posiwiałe, jakby dziewczyna próbowała na siłę się wizualnie postarzeć. Blondynka zmrużyła oczy, widząc, że nigdziarka nie zaczekała na komentarz Kastora, tylko szybko schowała się za innymi uczniami, szarpiąc za swoje pukle tak mocno i histerycznie, że na pewno musiało to być dla niej bolesne. Ciekawe.
  5. Akademia Dobra Po słowach Alana w klasie zapadła cisza jak makiem zasiał. Uczniowie patrzyli na chłopaka z podziwem lub niedowierzaniem. Niektórzy też nie spoglądali w ogóle, udając, że nie usłyszeli tego, co powiedział. Przede wszystkim chodziło tutaj o Vivienne, Lucindę, Emeraldę i Constantine, które marzyły o królewskim życiu, ze wszystkimi jego obowiązkami i tradycjami, które uważały za oczywiste. Także Abraxas, Eryk i Ambrosius patrzyli się obojętnie przed siebie. Każdy z nich zdawał sobie sprawę z praktykowanych w Śnieżnych Górach sposobów wychowania i choć u nich wyglądało to całkiem inaczej, to także mieli swoje ograniczenia i obowiązki, którym ich zdaniem trzeba było mężnie stawić czoła. Pozostali członkowie prawdziwych rodów królewskich wyglądali na nieco zażenowanych, jakby wywleczona tak otwarcie prawda o surowym wychowaniu i ścisłym przestrzeganiem podziału na warstwy społeczne wprawiło ich w zakłopotanie i poczucie niechęci. Edward od dłuższego czasu wbijał spojrzenie czarnych oczu w Sophie, wyraźnie poruszoną, ze złamanym piórem w delikatnych dłoniach. Julian westchnął i oparł czoło na zaciśniętej pięści, ewidentnie dokładnie wiedząc, co Alan chciał im przekazać. Magdalene i Damien zachowali względny spokój, choć wyraźnie posmutnieli. Sami na szczęście nie musieli przez to przechodzić, ponieważ na Wzgórzach Banialuki praktykowało się silną bliskość i trwałe więzi w rodzinie królewskiej oraz prawie niezmienną, wcale nie tak liczną służbę, do której także czuli pewne przywiązanie. Pozostali mogli tylko się dziwić, ponieważ sami nigdy nie mieli szansy doświadczyć warunków królewskiego życia. Lisa zmarszczyła brwi i schowała twarz za włosami, żeby nikt, nawet Stephanie, nie mógł zobaczyć jej miny. Odczuwała w tej chwili tak wiele emocji. Żal, smutek, współczucie, frustrację... Nathan miał cztery lata. Za niedługo skończy pięć. Nie wyobrażała sobie, by matka pozwoliła go sobie odebrać. Z drugiej strony, na pewno nie chciała też oddawać o wiele starszej Lisy... Przełknęła palące uczucie bezsilności, jakie ogarnęło ją, kiedy przypomniała sobie małego braciszka, który każdego ranka dreptał na pulchnych nóżkach po jej pokoju, jeszcze zanim zdążyłaby zwlec się z łóżka... Potem jej myśli nagle pognały w stronę Adelii i ledwo powstrzymała jęk. Jej mięśnie wyraźnie się napięły. Coraz bardziej pragnęła, aby ta lekcja jak najszybciej się skończyła. Profesor Dovey przez dłuższą chwilę obserwowała Alana w zastanowieniu, podpierając brodę na dłoniach. Nie odezwała się od razu nawet wtedy, gdy książę z powrotem usiadł. Kiedy jednak w końcu zdecydowała wygłosić jakiś komentarz, jej oczy były nieznacznie zmrużone, a ton ostrożny. - Twoja wypowiedź była pełna emocji i szczerości. Bardzo dobra - poprawiła elegancko kosmyk jasnych włosów, zakładając go za ucho. - To świetnie, gdy młodzi zawszanie wiedzą, że status urodzenia nie jest najważniejszym czynnikiem warunkującym ich sukces. Udowodnia to przede wszystkim nasza Akademia, w której wszyscy uczniowie są sobie równi. Żadne z was nie dostanie wysokiej oceny za wpływową rodzinę... książę Ambrosius na pewno się już o tym przekonał - wtrąciła twardo, zauważając to, jak chłopak dyskretnie przewrócił oczami. Kiedy zwróciła mu uwagę na temat ich pierwszej dzisiejszej lekcji, o której najwyraźniej już słyszała, spłonął lekkim rumieńcem i odwrócił głowę. - Również Baśniarz mierzyć was będzie całkowicie innymi kryteriami. Jeśli natomiast chodzi o wspomnianą tradycję... - ściszyła nieco głos, jej wzrok powędrował do Sophie. - ... oczywiście o niej słyszałam. Jeśli kiedyś przejmiesz koronę Śnieżnych Wzgórz, zrobisz z nią co uważasz za słuszne - zakończyła łagodnie Dovey, posyłając mu ciepły uśmiech, tym samym udowodniając, że najwyraźniej ma bardzo podobne poczucie słuszności do niego. Przez cały czas, kiedy Dovey mówiła, Lisa wpatrywała się w wysoko umiejscowione okno, za którym mogli zobaczyć jedynie czyste, błękitne niebo i delikatne przebłyski tęczy - typowe nad Zamkiem Dobra. Nie wiedziała dlaczego, ale z jakiegoś powodu nie mogła przestać drżeć. Nie był to do końca strach, po prostu napięte mięśnie, których nie była w stanie rozluźnić. Uświadomiła sobie jak wiele czasu już tu spędziła... i jak wiele czasu Adelia spędziła tam, w przerażającym, ciemnym... zagryzła dolną wargę pod naporem bardzo złego przeczucia. Co oni tam mówili na Ceremonii? Że spotkają się na obiedzie, tak? Poczuła, jak czyjaś ciepła, nieco chropowata dłoń łapie lekko jej własną. Obejrzała się i zobaczyła miodowo-orzechowe oczy Stephanie w których być może kryło się sporo zdziwienia i niezrozumienia, ale i równie ogromna ilość sympatii i ciepła. Tym razem nie próbowała silić się na wymuszony uśmiech. Nie musiała. Po Alanie dziekan zwróciła się do drobnej Constantine, której wiśniowe loki były tak bujne i zadbane, że wydawały się chronić ją z tyłu jak tarcza. Kiedy wstała, łatwo dało się zauważyć, że jest raczej niska i jakaś tak zbita w sobie. Tak jak można było się spodziewać, zaczęła opowieść od swojej delikatności, urody i czegoś, co cały czas nazywała "instynktem", który pozwalał jej na podejmowanie dobrych, właściwych decyzji. Lisa w sumie nie uwierzyłaby w to do końca, gdyby nie to, że Stephanie nazwała ją szeptem "Córką Dobrej Czarownicy z Krainy Oz". Okej, to powoli robiło się coraz bardziej niepokojące. Ruda dziewczyna całkiem lubiła tę bajkę i jakoś nie była w stanie zobaczyć jej powiązania z tą młodą księżniczką, o karmelowej, nieco matowej skórze, fioletowych oczach i snobistycznym wyrazie twarzy. W każdym razie szybko okazało się, że Constantine, w przeciwieństwie do matki i starszej siostry Katherine, nie czuje pociągu do dobrej magii i od zawsze marzyła tylko o życiu księżniczki, wolny czas spędzając na pielęgnacji swojego ukochanego ogrodu różanego i opiekowaniu się zwierzątkami. Profesor Dovey nie pytała jej o wiele, tylko o to, co chciałaby osiągnąć jako uczennica Akademii Dobra. Odpowiedź "odnaleźć szczęście" nie była niewłaściwa, ale nie wydawała się też całkowicie satysfakcjonować nauczycielki. Po Constantine przyszła kolej na Magdalene i zarówno Lisa, jak i Stephanie spojrzały na wywołaną dziewczynę z prawdziwą ciekawością. Ciemnowłosa, elegancka księżniczka spokojnie wstała i złożyła przed sobą dłonie w niemalże idealnej postawie. - Jestem Magdalene ze Wzgórz Banialuki, z rodu Sauveture... - zaczęła i niektórzy spojrzeli na nią ze zdziwieniem. W Akademii rzadko używało się nazwy królewskiego rodu. Nie wtedy, kiedy była szansa na to, że skończy się ją jako mogryf. - ...i uważam, że to moje decyzje czynią ze mnie zawszankę. Troszczę się, okazuję współczucie, unikam krzywdzenia innych, zawsze pamiętam o dobru innych, gdy podejmuję jakieś działania - uśmiechnęła się nieznacznie. - Dyrektor uznał mnie najwyraźniej za osobę, która może w przyszłości zainteresować Baśniarza. W jego mniemaniu warto rozwijać moją zawszańską naturę. To zaszczyt - ostatnie słowa wymówiła bardzo powoli, jakby chciała, by każdy doskonale je wyłapał i zrozumiał coś, czego nie zamierzała wypowiadać na głos. Profesor Dovey przechyliła lekko głowę, najwidoczniej zaintrygowana. - Wszystko to było bardzo rozsądne... ale być może warto byś dodała do swoich wypowiedzi nieco więcej... uczuć... słów z głębi serca - uśmiechnęła się, żeby pokazać, że nie jest to krytyka. - Następnym razem z chęcią posłuchałabym jakiejś ciekawej historii, która dotyczy bardziej ciebie... a nie tego co myśli Dyrektor. W końcu tego, co on naprawdę myśli, nie możemy wiedzieć, prawda? - uniosła jedną brew. Magda zbladła i złapała się ławki, jakby właśnie uświadomiła sobie coś bardzo nieprzyjemnego. Damien spojrzał na nią z jednym z najbardziej szczerych uśmiechów, jaki kiedykolwiek mogli zobaczyć na jego twarzy. Kiedy dziekan zwróciła się do księcia Eryka, Damien pochylił się do swojej siostry i szepnął jej coś do ucha. Ta w odpowiedzi nieco się uspokoiła, zaczęła sprawiać wrażenie bardziej znużonej niż zszokowanej. Szybko okazało się, że Eryk, choć zdecydowanie zbyt pewny siebie, jest także księciem bardzo energicznym i gadatliwym. Lisa zauważyła nawet w jego zachowaniu podobieństwo do Kato, zwykłego chłopca mieszkającego nad gospodą. Jej usta wykrzywił nieznaczny uśmieszek, kiedy wyobraziła sobie jaką miałby minę, gdyby mu to powiedziała. Tęczowe Bryzy z których pochodził musiałby być ewidentnie krainą bardzo piękną i kolorową (jak zresztą wskazywała nazwa), pełną parujących wodospadów, kryształów i rzeźb. Dowiedzieli się, że jest z rodzicami w naprawdę dobrych relacjach, co w porównaniu z niektórymi poprzednimi wypowiedziami było miłą odmianą i że od dziecka marzył o zostaniu nie tyle księciem, co rycerzem z prawdziwego zdarzenia. Dovey pokiwała głową z podziwem, jakby było to marzenie naprawdę godne uznania. Opowiadał o tym, jak chciałby bronić słabszych, walczyć z potworami i nigdziarzami i szerzyć zawszańskie wartości, aż w końcu nauczycielka musiała mu przerwać, ponieważ jego historia znacznie się przeciągnęła. Stephanie właśnie szepnęła Lisie, że ma nadzieję, że zanim dojdą do niej, lekcja zdąży się skończyć, gdy profesor Dovey spojrzała w jej stronę i poprosiła ją o przytoczenie cech i historii, które mogły wpłynąć na jej przydział. Stephanie, wstając, zmarszczyła brwi, a Lisa z trudem powstrzymała parsknięcie.
  6. Akademia Zła W pierwszej chwili wydawało się, iż nikt nie zauważył tego, że Adelia straciła przytomność. Uczniowie rozmawiali szeptem, głównie ci, którzy jeszcze nie frunęli, a Kastor marszczył brwi, czekając, aż drobna dziewczyna w końcu się podniesie. Tylko osoby tak spostrzegawcze jak Elvira, Raver, czy Scarlett zauważyły to, w jak złym stanie była Czytelniczka. Elvira zawahała się przez moment, a potem wyszła na środek, żeby przykucnąć przy Adelii, leżącej z bezwładnie rozpostartymi ramionami i policzkiem przyciśniętym do chłodnej podłogi. - Nie pomagaj jej, niech sama wstanie - warknął natychmiast Kastor, najwidoczniej tracąc cierpliwość. - To nie Akademia Dobra, okazywanie współczucia... - Ona jest nieprzytomna - ucięła Elvira, ignorując to, jak bardzo może zezłościć tym nauczyciela. Prawdopodobnie skarciłby ją za przerywanie mu, gdyby nie to, że szybko dotarła do niego powaga jej słów. Uczniowie zamilkli i zaczęli pochylać się do przodu, żeby lepiej widzieć. Jedni wyglądali na wystraszonych, na twarzach innych natomiast malowały się pełne pogardy uśmieszki. - Co za słabeusze - Kastor westchnął cierpiętniczo. - Najpierw tamten, teraz... ugh. Obudź ją i zabierz do dziekan... - dalszych jego słów nie dało się już zrozumieć, ponieważ były jedynie niskimi warknięciami. Wnioskując po pojedynczych wyrazach, najpewniej mruczał coś o tym, że Crystal jak nic wezwie go dzisiaj do siebie i Jak to on nie cierpi tej wiedźmy. Elvira nie zwracała zbyt wielkiej uwagi na jego słowa, skupiając się teraz na nieprzytomnej dziewczynie. W jej oczach lśniły wręcz niezdrowe chłód i fascynacja, jakby coś analizowała. Bez żadnego problemu odwróciła Adelię na plecy (była naprawdę lekka) i dwoma kościstymi palcami odchyliła jej brodę do tyłu, żeby odblokować drogi oddechowe. Je umysł pracował szybko, wiedziała, że nie ma zbyt wiele czasu nim Kastor znów straci cierpliwość. Powód stanu dziewczyny jak na jej oko nie miał zbyt wiele wspólnego z samym lotem. Była niedożywiona, wyczerpana, a jej policzki okazały się lepkie od nieustannie powracających łez. Ciężko było też nie zwrócić uwagi na wielki siniak po jednej stronie twarzy, który stawał się powoli coraz wyraźniejszy. Zmarszczyła nieznacznie brwi. Na pewno nie pojawił się przed chwilą, od upadku, wyglądał raczej na celowe uderzenie zadane już jakiś czas temu. Niektórzy nigdziarze byli tacy prymitywni. Nie próbowała jej potrząsać ani klepać po twarzy. W ten sposób wystraszyłaby ją jeszcze bardziej, a wszystko wskazywało na to, że za chwilę obudzi się sama. Musiała tylko rozluźnić nieco kołnierz jej tuniki i unieść nogi w kolanach. W tak zimnym, nieprzyjaznym otoczeniu człowiek nie potrafiłby pozostać długo omdlały. Już słyszała za plecami syki uczniów, którzy najwyraźniej uważali, że jest za miękka. Nie, żeby się tym przejęła. Czytelniczka po chwili rzeczywiście wzięła głębszy oddech i rozchyliła powieki. To było naprawdę fascynujące, obserwować jak szybko senne oszołomienie pod wpływem nagłego impulsu zamienia się w przerażenie i rozpacz. Adelia wydała z siebie bliżej nieokreślony, zdławiony dźwięk i podparła na łokciach, chwytając mundurka Elviry, żeby się podnieść. Blondynka w odpowiedzi wstała i szarpnęła tuniką, obserwując obojętnie, jak druga nigdziarka znów boleśnie upada na podłogę. Może i nie była tak okrutna jak większość nigdziarzy, ale wszystko miało swoje granice. Po sposobie w jaki dziewczyna podpierała się brudnej podłogi mogła wywnioskować, że wciąż kręciło jej się w głowie. Mimo to odwróciła się, żeby odejść. To już nie była jej sprawa. Zatrzymały ją dopiero słowa Kastora, który najwyraźniej od początku uważnie przypatrywał się jej działaniom. - Czekaj. Skoro z ciebie taka zdolna pielęgniareczka, to ty odprowadzisz ją do gabinetu dziekan. Jesteś już przecież po zadaniu - uśmiechnął się złośliwie. - Oczywiście wiesz, gdzie jest ten gabinet, prawda? - jego ton był pełen mściwej satysfakcji. A więc jednak zemsta za wtrącanie się w słowo, tak? W pierwszej chwili miała nawet ochotę powiedzieć, że nie, ale potem pomyślała o tym, że i tak nic to na pewno nie da, więc zmusiła się do napiętego uśmiechu i syknięcia "Oczywiście, profesorze". Cholera, mogła nie zbliżać się do tej Czytelniczki. Nie bez powodu w Nottingham mówiło się czasem, że przynoszą pecha. Miała świetną pamięć, więc bez problemu potrafiła przypomnieć sobie karcianą grę wymyśloną przez Felixa z kamienicy naprzeciwko. Dzieciaki na podwórku wymieniały się kartami, każda z nich miała swoją parę poza jedną, kartą "Czytelnik". Kto został z nią na końcu, ten przegrywał. Matka mówiła, że to głupia gra i blondynka przez większość czasu się z nią zgadzała, ale chodziło tylko o to, że Elvira ogólnie nie lubiła grać w karty. Było to przecież tylko marnotrawienie cennego czasu. Nie powiedziała już jednak nic więcej, tylko nieco brutalnie pociągnęła Adelię na nogi i z niechęcią pozwoliła się jej nieco na sobie podeprzeć. Czytelniczka wyglądała, jakby było jej już absolutnie wszystko jedno i z poszarzałą twarzą wpatrywała się apatycznie przed siebie. Blondynka zignorowała uśmieszek stojącego przy drzwiach Ravera i wyprowadziła na wpół omdlałą dziewczynę na korytarz. Nie tak wyobrażałam sobie naukę w Akademii Zła - pomyślała z przekąsem, obejmując w pasie powłóczącą nogami dziewczynę. Przynajmniej jeszcze nie położyła jej głowy na ramieniu, więc wciąż zachowywały jakieś pozory przestrzeni osobistej. Nie lubiła, kiedy ludzie ją łamali, choćby i przez zwykłe łapanie ją za łokieć. Mimochodem uniosła wolną dłoń do szyi, muskając palcami siniaki, jakie zostawił tam Christian. Cóż, najwidoczniej pora by się jednak do tego przyzwyczaiła. Droga do gabinetu Crystal wydawała się wlec w nieskończoność, ale Adelia nie odezwała się ani razu. Elvira w pewnym momencie zaczęła się nawet zastanawiać, czy nie doznała jakiegoś urazu głowy, ale zdecydowała się powściągnąć tym razem własną ciekawość. W końcu parę chwil temu nie wyszła jej ona na dobre. Kiedy dotarły już w odpowiednie miejsce, blondynka zapukała ostrożnie, a potem weszła, więcej niż zadowolona, że nareszcie pozbędzie się tego ciężaru. Niezbyt delikatnie posadziła Adelię w najbliżej ławce, a potem otrzepała dokładnie swoją tunikę i spojrzała bez strachu na nauczycielkę. - Zasłabła. Jest niedożywiona, wyczerpana, oszołomiona, mogła doznać urazu głowy i ktoś najpewniej ją wcześniej uderzył - na jej ustach pojawił się chłodny uśmiech. Mogła chyba pokusić się o delikatną zemstę, tak? - Jestem jednak pewna, że Kastor wyjaśni to pani później dokładniej. Czy mogę już wracać na zajęcia? - zapytała na koniec z odpowiednim szacunkiem. Adelia pociągnęła cicho nosem i zamrugała, jakby miała problem z zachowaniem przytomności. Słowa, które do niej docierały były niewyraźne, a przed oczami tańczyły jej czarne plamy. Siniak na jej policzku stał się naprawdę wyraźny, sino-fioletowy i dało się zauważyć, że w kilku miejscach ułożył się w kształt ludzkich palców, co wyraźnie wskazywało na to, skąd tak naprawdę się wziął. Zanim Elvira zdążyła wrócić do klasy, zadania podjęli się już Pollux i Gilbert. Nie miała jednak czego żałować, ponieważ ich próby nie różniły się zbytnio od tych innych nigdziarzy. Chłopakowi z Krwawego Potoku poszło nieco lepiej, być może dlatego, że odznaczał się o wiele większym opanowaniem. Walczył mentalnie z wywerną przez długi czas, aż ta w końcu zwyciężyła, z lekkim wahaniem szarpiąc się w bok, żeby go zrzucić. Pollux natomiast nie miał cierpliwości, a jego talent związany z latającym zwierzęciem sprawił, że podszedł do zadania zbyt beztrosko. Szybko przekonał się jak wielka różnica jest między wywerną, a jastrzębiem, kiedy stworzenie od razu zapikowało w dół, zamiast lecieć w stronę wieży, co wyrwało z jego gardła kilka niezbyt dumnych wrzasków. Kiedy pokonany zebrał się z ziemi, nie stanął już z powrotem obok współlokatorów, jakby najpierw potrzebował poradzić sobie z własnym wstydem i upokorzeniem.
  7. Akademia Dobra Dziekan Dovey musiała odznaczać się naprawdę wielkim spokojem i opanowaniem, ponieważ po otrzymaniu potwierdzenia od Sophie i Lisy, kontynuowała lekcję w ten sam pogodny, przyjazny sposób, zupełnie jakby w ogóle nie było tego incydentu z Czytelniczką obrażającą Dyrektora Akademii. Być może jest już do tego po prostu przyzwyczajona - pomyślała Lisa z przekąsem. Łatwo było jej sobie wyobrazić, że nie mogła być jedynym porwanym dzieckiem, które by się na to odważyło. Westchnęła i spróbowała przeczesać palcami włosy, chociaż dość szybko zrezygnowała, kiedy okazało się, że prędzej zaplącze w nich rękę na stałe niż jakoś je poprawi. Znów wróciła myślami do okropieństw Galerii Dobra. Uczniowie pozamieniani w zwierzęta i rośliny... spojrzała na nauczycielkę, która z uśmiechem wsłuchiwała się w czyjąś opowieść. Jak ona mogła być taka rozluźniona, skoro wiedziała, że część z nastolatków z którymi rozmawia, zostanie kiedyś na zawsze pozbawiona swojego prawdziwego ciała? Kto w ogóle rościł sobie prawo do tego, żeby decydować, komu zostanie odebrane jego najbardziej podstawowe i najcenniejsze prawo? Życia, jako człowiek. Nauczyciele, czy może... Dyrektor? Spojrzała na wysokie, ozdobne okno piernikowej klasy, ale nie była w stanie zobaczyć od tej strony cienkiej wieży, w której mieszkał jej porywacz. Nie powstrzymało to jednak fali gniewu, która ją zalała. Atmosfera wśród uczniów także zaczęła powoli wracać do radosnej ekscytacji, ponieważ kolejną osobą wybraną przez nauczycielkę okazała się Lucinda. Blond włosy księżniczki jak zwykle były wymyślnie upięte. Rozpoczęła ona od wymieniania wszystkich cech, które czyniły z niej prawdziwą zawszankę, a było ich sporo, począwszy od wrażliwości i empatii, a skończywszy na pięknie i wielu zdolnościach, przede wszystkim związanych z muzyką. Potem opowiedziała dość wzruszającą historię o ślicznej dziewczynie, młodej damie z dobrego domu, która nie potrafiła porozumieć się z innymi i całe godziny spędzała na grze na fortepianie i skrzypcach. Większość zawszan uznała pewnie, że Lucinda była po prostu niezrozumianą, delikatną księżniczką urodzoną do życia w pałacu a nie w zwykłym miasteczku u podnóża góry. Lisa pomyślała, że nie miała znajomych, bo pewnie nikt nie był w stanie znieść jej przerośniętego ego. Ciężko było jednak wyczytać, co o tym sądziła nauczycielka, ponieważ jedynie uśmiechnęła się i skomplementowała jej miłość do muzyki. Po Lucindzie przyszła pora na kolejne uosobienie skromności, księcia Ambrosiusa. Stephanie odchyliła się do tyłu na krześle i przewróciła oczami, jakby zaczynało ją już mdlić od wysłuchiwania tej niekończącej się wyliczanki zalet i zdolności. Lisa doskonale ją rozumiała. Ambrosius uśmiechnął się czarująco do księżniczek, na co większość z nich nieco się zarumieniła. Kiedy jeszcze do tego odgarnął malowniczo do tyłu swoje złociste włosy, nawet Vivienne miała problem z odwróceniem wzroku. Wystarczyło jednak zwykłe spojrzenie na Abaraxasa, by natychmiast odzyskała nad sobą kontrolę i wróciła do spokojnego obserwowania nauczycielki. Po tym małym teatrzyku dowiedzieli się, że książę z Piaszczystych Wydm był wychowywany na istny wzór rycerskości, że troszczył się o swoich poddanych i brał już udział w wielu bitwach, które z uwagi na bliskość ogromnego łańcucha nigdziarskich krain w sąsiedztwie, miały tam miejsce dość często. Lisa zastanawiała się, czy nie skomentować na głos, że nastolatek prawdopodobnie chowający się za ojcem i jego wielotysięczną armią nie jest dobrym przykładem "Księcia biorącego udział w bitwie", ale już i tak wystarczająco dzisiaj podpadła Dovey, więc ugryzła się w język. Sama nauczycielka słuchała go z uwagą, najwyraźniej w głębokim zastanowieniu, ale ostatecznie musiała dojść do jakiegoś zadowalającego ją wniosku, bo nie wypytywała go potem zbyt długo. Przynajmniej następną wybraną osobą nie była jakaś zarozumiała księżniczka, tylko Nerysa, którą Lisa raczej nie posądzałaby o tak wielki snobizm. Rzeczywiście, zawszanka skupiała się raczej na radości, empatii, zabawie i szczęściu, racząc ich jedną z najbardziej przyjemnych i ogrzewających serce historii, o młodej syrenie z nibylandzkiej plaży, jej dwóch siostrach, Podwodnym Królestwie i wróżkach. Hector słuchał jej z zadziwiającą uwagą, biorąc pod uwagę, że sam musiał tę krainę doskonale znać. Lisie dopiero po chwili przyszło do głowy, że pewnie po prostu wspominał, tęsknił za domem i zrobiło jej się trochę smutno, kiedy sama przypomniała sobie Gawaldon. No tak, gdyby ktoś tutaj mógł o nim opowiedzieć, to też na pewno wsłuchiwałaby się w każde słowo. Tak naprawdę jedyną rzeczą, które nie odpowiadała jej w wypowiedzi dziewczyny, a którą szeptem wytknęła Stephanie, było jej wielokrotne podkreślanie własnej urody, zupełnie jakby przy jej optymizmie i chęci pomocy innym miała ona jakieś szczególnie istotne znaczenie. Dziekan Dovey najwyraźniej również zwróciła na to uwagę, ponieważ na końcu zapytała się dziewczyny, co uważa za bardziej zawszańskie, swoją urodę czy empatię. Nerysa wtedy nieco się spłoszyła i przebąknęła coś o tym, że przecież piękno pomaga jej w rozsiewaniu pozytywnej energii. Widząc jednak, że nauczycielka wciąż na coś czeka, westchnęła i zgodziła się, że dobroć i bezinteresowność są ważniejsze. Potem dziekan zwróciła się do ciemnookiego Juliana, który już dzisiaj się wypowiadał, ale w obronie swojej przyjaciółki, o czym kobieta na pewno pamiętała. Wskazywał na to błysk w jej oczach i nieco bardziej ciepły uśmiech. Książę z Zasiedmiogórogrodu nie był, w przeciwieństwie do Ambrosiusa, czy Edwarda, zawszaninem, który zaczynał od wymieniania zalet, a potem przechodził do jakiejś dumnej historyjki. Mówił zwięźle i spokojnie, nie mając najwyraźniej ochoty zwracać na siebie zbytniej uwagi. Wspomniał o tym, że starał się zawsze zachowywać honorowo i kierować się moralnością, niechętnie dodał, że miał za sobą staranne, królewskie wychowanie, a na koniec opowiedział w skrócie o tym, że od wielu lat żyje w napiętych stosunkach z ojcem, ponieważ ma całkowicie inne spojrzenie na równość w królestwie i nie uważa, by ludzie spoza arystokracji byli od niego w jakikolwiek sposób gorsi. Mówiąc to, spojrzał ukradkiem na Arię. Profesor Dovey wyglądała na naprawdę zadowoloną z jego wypowiedzi. Kiedy usiadł, skomentowała, że kiedyś władza najpewniej przejdzie w jego ręce i wtedy będzie mógł zmienić niesprawiedliwe prawa. Dodała także, że powinien mimo wszystko spróbować dogadać się z ojcem, ponieważ niezgoda i gorycz pozostawione zbyt długo same sobie, mogą kiedyś naprawdę boleśnie się na nich odbić. Po tym jak Julian skinął powoli głową ze zmarszczonymi brwiami, nauczycielka odwróciła się w stronę Alana i tak jak wszystkich poprosiła go o przytoczenie cech lub historii, które jego zdaniem wpłynęły na jego przydział do Akademii.
  8. Akademia Zła Żaden z uczniów nie zareagował specjalnie na występ Thomasa. Większość nigdziarzy kręciła się niewygodnie w miejscu, czekając na swoją kolej, tylko ci, którzy sami już zmierzyli się z wywerną, obserwowali innych ze znużeniem, najwyraźniej nie mogąc doczekać się oceniania. Na tej lekcji wcale nie było ono takie oczywiste, w każdym razie nie licząc Ravera, który jak do tej pory jedyny doleciał do końca i najprawdopodobniej nauczyciel przydzieli mu pierwsze miejsce. Skoro już mowa o chłopaku z Kruczego Boru, stał on nieco w tyle wraz z Polluxem i Gilbertem i z wyraźną przyjemnością patrzył, jak gargulec bezceremonialnie rzuca Thomasa na twardą podłogę dzwonnicy. Jak każdego wcześniej, poza nim. Uśmieszek na jego ustach pogłębił się, przeradzając w niezdrową, okrutną satysfakcję. - CO JEST Z WAMI! - ryknął Kastor, który najwyraźniej zaczynał już tracić cierpliwość. - Co chwilę trafiają się nigdziarze, którym idzie naprawdę dobrze, ale jako że są kompletnymi półgłówkami, muszą ostatecznie spartaczyć przez jakąś pierdołę! - prychnął gniewnie i machnął agresywnie łapą na Hadriona. Chłopak na początku przełknął niepewnie ślinę, ale kiedy już ruszył się z miejsca, zrobił wszystko by przybrać jak najgroźniejszy wyraz twarzy i imponująco napiąć mięśnie. Na wywernie nie zrobiło to jednak żadnego wrażenia. Większość uczniów skupiła się teraz na Hadrionie i jego próbie zapanowania nad stworzeniem, jednakże Elvira patrzyła w innym kierunku. Obserwowała w ciszy Thomasa, który dopiero co pozbierał się z ziemi i wycofał z powrotem w tłum. Nie wiedziała dlaczego, ale nie była w stanie oderwać od niego wzroku, nie mogła przestać zastanawiać się co myślał, kiedy leciał na wywernie, widząc przed sobą wspaniałą panoramę Puszczy. Dopiero kiedy Walburga szturchnęła ją w ramię, odwróciła się i nieco nieprzytomnie spojrzała na wieżę Występek. Hadrionowi poszło tragicznie. Najwyraźniej wola pozostania na bezpiecznym gruncie była w nim tak silna, że wywerna nie zamierzała być mu posłuszna już od samego początku. Zła passa uczniów ciągnęła się jeszcze dłuższą chwilę i chociaż Kastor powiedział im wcześniej, że nie spodziewa się, aby wielu z nich doleciało do końca, to i tak wyglądał na coraz bardziej zirytowanego. W pewnym momencie zaczął ich nawet otwarcie obrażać, nazywając matołami i małpoludami. Nigdziarze, którzy stali najbliżej niego, odsuwali się do tyłu, ponieważ w przypływach wściekłości potrafił tak mocno machnąć łapą, że uderzał ich w ramiona, jeszcze bardziej niszcząc i tak poszarpane tuniki. Adelia pociągnęła nosem. Do tej pory chowała się za innymi uczniami, ale w pewnym momencie wystąpiła niepewnie do przodu, żeby pokazać się nauczycielowi. To nie tak, że nie była absolutnie przerażona. Po prostu stres i oczekiwanie było jeszcze okropniejsze i wolałaby mieć to już za sobą, a potem jak najszybciej opuścić dzwonnicę. Jej stawy były już skostniałe z zimna, czarny mundurek nie dawał żadnej ochrony, a do tego od nieustannie wiejącego wiatru zaczynały boleć ją uszy. Przynajmniej wszystkie łzy, które pojawiały się od czasu w kącikach jej oczu były natychmiast wysuszane. Nie chciała dać kolejnej wiedźmie albo potworowi pretekstu do tego, żeby złapał ją na korytarzu i pobił. Coraz wyraźniej czuła, że na jej policzku tworzy się rozległy siniak. To oczywiste, miała w końcu skórę znacznie delikatniejszą od innych, a już szczególnie w tym strasznym zamku. W międzyczasie uczniowie wciąż przystępowali do zadania i wkrótce tych, którzy już je wykonali, było więcej od tych, który nadal trzęśli się w niepewności. Alaric wykorzystał swoją ogromną siłę do wymuszenia na wywernie posłuszeństwa, ponieważ pomysł latania nie podobał mu się na tyle, że wątpił, by był w stanie zdziałać to mocą woli. Nie udało mu się jednak poskromić jej na długo, zrzuciła go z siebie jeszcze zanim doleciał do wieży Występek. Walburga wyglądała na niezwykle pewną siebie, kiedy pochodziła do stworzenia, które obserwowało ją z uwagą. Na początku wydawało się, że wywerna naprawdę jej słucha, bo leciała prosto od samego początku, więc na ustach młodej wiedźmy pojawił się zadowolony uśmieszek. Kiedy jednak dziewczyna poczuła się na tyle pewnie, by skupić bardziej na podziwianiu widoków, niż pilnowaniu swojego kapryśnego środka transportu, stworzenie zaskrzeczało głośno i z niespodziewaną prędkością poszybowało w stronę muru wieży Występek, najwyraźniej nie zamierzając się zatrzymywać. Walburga wydała z siebie okrzyk oburzenia, wymieszanego ze strachem, ale wywerna przed samą ścianą nagle poleciała prostopadle do góry, w efekcie zrzucając dziewczynę ze swojego grzbietu. Walburdze trzeba było przyznać to, że w dzwonnicy bardzo szybko się pozbierała. Cała czerwona z wściekłości zamierzała chyba kopnąć wywernę, ale na szczęście Kreel zdążył odciągnąć ją do tyłu i nie dopuścić do tego, by kolejny uczeń został wysłany do dziekan Crystal. Następną wybraną przez Kastora była Margo. Dziewczyna odgarnęła do tyłu zniszczone, rude loki i podeszła do stworzenia, nie zwracając uwagi, na Judith, która ścisnęła jej ramię, jakby w geście pokrzepienia, którego wiedźma przecież zdecydowanie nie potrzebowała. Jej brwi nadal były gniewnie zmarszczone, tak jak zawsze, był to grymas, który chyba nigdy nie opuszczał jej twarzy, jednakże teraz doszły do niego niepewność... i zaciekawienie. Na lekcji talentów dowiedziała się, że potrafi rozwścieczać i obracać przeciwko innym zwierzęta, co wciąż było dla niej niezłym szokiem. Czy będzie w takim razie potrafiła też jakoś je kontrolować? Chociaż trochę? Z drugiej strony... - pomyślała, patrząc w pionowe źrenice stworzenia i jego złośliwie zmarszczony pysk - ...wywerna chyba nie jest takim sobie zwykłym zwierzęciem. Szybko okazało się, że istotnie, nie jest w stanie w żaden sposób kontrolować tego stworzenia, w każdym razie nie za pomocą swojego talentu, ale wcale nie poszło jej też tak najgorzej. Nie bała się wysokości ani wywerny samej w sobie i była naprawdę zdeterminowana, żeby dolecieć do końca. Co prawda w jej przypadku było to o wiele mniej zgrabne i proste niż u Ravera. Przerośnięta jaszczurka jakby wyczuwała gniewną naturę swojej chwilowej właścicielki i dostosowywała się do niej, co chwilę wierzgając, skrzecząc lub zlatując z głównego toru lotu. Margo miała jednakże na uwadze błędy innych uczniów i tylko zaciskała zęby, powstrzymując się od rozwiązania siłowego. Ostatecznie, mimo wszystkich trudności, wywerna zrobiła ten cholerny zakręt a potem niechętnie odstawiła ją z powrotem do dzwonnicy. Pewnie specjalnie w ostatnim momencie, kiedy dziewczyna jedną nogą stała już na podłodze, machnęła gwałtownie ogonem, prawie posyłając ją na ziemię. Kastor nic nie powiedział, jedynie skinął z aprobatą głową. Biorąc pod uwagę, że od ostatnich paru minut ciskał tylko obelgami, było to zdecydowanie coś, z czego należało być dumnym. Wróciła, by stanąć obok Judith, ignorując jej intensywne, ciemnobrązowe oczy, śledzące każdy jej ruch oraz niewielki uśmieszek, który uformował się na jej ustach. Margo wiedziała, że poszło jej dobrze i była z siebie zadowolona. Wskazywało na to przede wszystkim to, że nie fuknęła na Adelię, która przypadkiem szturchnęła ją łokciem, gdy z zaciśniętym gardłem wychodziła jeszcze bardziej do przodu. Chociaż Margo rzeczywiście udało się poprawić na chwilę humor Kastora, szybko został on zepsuty przez następną uczennicę, którą okazała się być Labrenda. Czarnoskóra, straszna dziewczyna z Krainy Oz radziła sobie całkiem nieźle, bo wydawała się naprawdę pewna własnych możliwości. Lecąc tak na wywernie, kiedy jej piaskowożółte włosy oświetlały nieliczne promyki słońca, sprawiała wrażenie groźnej wojowniczki, szykującej się do morderczego ataku z powietrza. I chociaż zdecydowanie nie brakowało jej siły i odwagi, była ona nigdziarką wysoką i umięśnioną, a wywerna wciąż była dość młoda i niezbyt duża, co sprawiło, że na zakręcie Labrenda straciła równowagę i ześlizgnęła się z jej grzbietu. Na pewno wiele winy było także w tym, że jako typowa uczennica Akademii Zła, dziewczyna nie odznaczała się szczególną gracją, jej ruchy były raczej toporne i zbyt gwałtowne. Kiedy gargulec sprowadził ją do dzwonnicy, wyglądała na wściekłą, jej pięści były mocno zaciśnięte, a obelga Kastora wcale nie pomogła w załagodzeniu jej nerwów. Nauczyciel całkiem to jednak zignorował i, znowu wkurzony, machnął łapą na kolejną osobę. Adelia w pierwszym momencie nie była pewna, czy na pewno dobrze to odebrała. Chwilę później zauważyła jednak gniewne, czerwone, wręcz parzące jej skórę spojrzenie Kastora i przełknęła głośno ślinę, zbliżając się powoli do syczącej cicho wywerny, najwyraźniej już dość znudzonej. To chyba nie wróżyło dobrze, prawda? Pociągnęła nosem, mrużąc oczy od wiatru, który wzmógł się, gdy podeszła do stworzenia. W pewnym momencie złapała ją ogromna chęć, aby zrezygnować. Chociaż wcześniej myślała tylko o tym, by mieć to już za sobą, to kiedy stanęła bezpośrednio przy wielkiej jaszczurce, perspektywa usiadnięcia na niej i pozwolenia by wyleciała z nią na grzbiecie poza bezpieczne barierki wydała się totalną abstrakcją. Nie, nie ma mowy. Po prostu powie Kastorowi, że nie da rady. I tak nie dostanie już ostatniego miejsca, ponieważ przydzielił je tamtemu chłopakowi, prawda? Chyba nie mógł zmienić teraz zdania? Odwróciła się na sekundkę, prawie natychmiast wzdrygając z powodu zniecierpliwionego warknięcia nauczyciela. A może jednak mógł? Usłyszała w tłumie uczniów ciche chichoty pełne satysfakcji. Nigdziarze czerpali przyjemność z obserwowania strachu Czytelniczki. Adelia musiała zamrugać gwałtownie kilka razy, bo chyba nawet wiatr nie dałby rady powstrzymać cisnących się jej teraz do oczu łez. Za każdym razem obserwowali loty innych z napięciem, ale teraz będą się śmiać i z radością czekać na to aż spadnie, tak? Jej ręce i kolana drżały, kiedy zbliżyła się jeszcze bardziej do wywerny. Stworzenie skrzeknęło gniewnie, widząc jej bladą z napięcia twarz, ale Adelia tym razem się nie cofnęła. Nie miała pojęcia skąd nagle w jej gardle to piekące uczucie. To nie był strach, ani stres, ani nawet smutek. Coś bardziej intensywnego, bardziej toksycznego... nienawiść. Nie myśląc zbyt wiele, objęła szybko szyję stworzenia, starając się zignorować nieprzyjemne odczucie, jakie dawały chłodne, twarde łuski. Chwilę później była już w powietrzu. Z jej ust wyrwał się stłumiony krzyk, jednak silny wiatr natychmiast wepchnął jej go z powrotem do gardła. Takie przynajmniej miała wrażenie. Jak ktokolwiek dawał radę utrzymać się na tym potworze tak długo? Jej chude ramiona już ześlizgiwały się jego szyi. Nie słyszała nic poza głośnym szumem wiatru, a grzywka zaczęła wchodzić jej do oczu. Być może to i lepiej, że przez chwilę była zbyt oszołomiona, by myśleć, bo kiedy odzyskała jasność umysłu zauważyła jak okropnie wysoko była i jak bardzo wywerna wierzgała, aby ją zrzucić. Dobrze, zdawała sobie sprawę, że każdego spadającego złapie gargulec, ale to wcale nie umniejszało jej przerażenia. Kamienne stwory wcale nie wyglądały na delikatne, kiedy bezceremonialnie wrzucały nigdziarzy do dzwonnicy, a przecież Adelia była tak bardzo krucha. Mogły nawet ją połamać, tego była pewna. Przełknęła ślinę i z całej siły przylgnęła do wciąż rzucającej się wywerny. Nie widziała, gdzie stworzenie leci. W sumie nie interesowało jej to. Nie miała pojęcia co ma zrobić, więc po prostu trwała w tej chwili jak z najgorszego koszmaru, niczym zawieszona w czasie. Dla niej ciągnęło się to godzinami, choć tak naprawdę nie mogło trwać dłużej niż pół minuty. Chwilę później już spadała, z zamkniętymi, nieco wilgotnymi oczami. Otworzyła je z trudem i zobaczyła nad sobą zachmurzone niebo, zawracającego gada i coraz bardziej oddalającą się dzwonnicę. Przypomniała sobie te wszystkie sny z dzieciństwa. Sny w których spadała przez niewyobrażalną ilość czasu, aż w końcu budziła się gwałtownie w momencie w którym teoretycznie miałaby się właśnie rozbić o ziemię, podłogę, czy jakikolwiek inny rodzaj podłoża. Być może teraz też się obudzi. Być może to jednak naprawdę był sen. To przecież zbyt nierealne, by naprawdę spadała z bezwładnie wyciągniętymi ramionami, widząc u góry mroczne wieże, słabe promyki słońca prześwitujące przez chmury i... smoka? Nagle z jej ust wyrwało się bolesne stęknięcie, kiedy za ramiona złapały ją twarde, bezlitosne, przypominające szpony łapy. Nie zdążyła nawet uformować jednej logicznej myśli, a już uderzyła całym ciałem w twardą podłogę, obijając sobie chyba wszystko, od kolan, po łokcie, brodę i bok. Upadek był zdecydowanie zbyt mocny jak na jej słabe ciało, a emocje zbyt silne. Jeśli dodać do tego niespokojny sen i bardzo mało jedzenia przez ostatni dzień oraz niewyobrażalną ilość wylanych łez, to co się stało nie powinno nikogo dziwić. Wizja Adelii najpierw się rozmyła, a potem stała całkowicie czarna.
  9. Akademia Dobra Klarysa Dovey natychmiast zauważyła niepewność i smutek, które próbowała ukryć Sophie. Być może udawało jej się oszukiwać część uczniów, jednakże dla dziekan były to próby niezdarne i nieskuteczne. Zbyt wiele razy miała do czynienia z problemami młodych ludzi, żeby nie zauważyć teraz tego, jak wielki żal chowała w sobie młoda księżniczka. Wiedziała, że prędzej, czy później będzie musiała w jakiś sposób zachęcić ją do szczerej rozmowy. Od tego w końcu tutaj była, prawda? Do Akademii trafiali bardzo często uczniowie o smutnej historii, którzy potrzebowali każdego możliwego wsparcia, żeby jakoś sobie z nią poradzić i uwierzyć w siebie. Mimo wszystko Klarysa zdawała sobie także sprawę z tego, że problemy jej uczniów, zawszan, nie były nawet w połowie tak poważne jak te nigdziarzy, którzy najczęściej byli bardzo pokrzywdzonymi dziećmi. Niezależnie od tego jak bardzo by chciała, nie mogła im jednak pomóc. Im nikt nie pomagał, a nauczyciele w Akademii Zła woleli raczej torturować dzieci ich własną przeszłością niż pokazywać jak sobie z nią poradzić. Nigdziarze nie hołdowali współczucia, ale nienawiść i zemstę, tak właśnie musiał wyglądać ich świat, jeśli wszyscy mieli przetrwać. Uśmiechnęła się słabo, dusząc nieokreślone uczucie, które ścisnęło ją za gardło. Dlatego właśnie całą swoją miłość przelewała na własnych uczniów, ponieważ ich przeznaczeniem było jej doświadczyć, żeby kiedyś mogli stać się wrażliwymi, odważnymi i prawymi zawszanami. Nauczycielka skinęła głową Sophie, pokazując jej, że może już usiąść, jednak zanim zdążyłaby się odezwać, jeden ze spóźnionych chłopców wstał, dodając własną historię. Wiedziała, że był jej kuzynem i dziedzicem tronu, ale oczywiście nie miała pojęcia o tym, że Sophie go kiedyś tak uratowała. Przesunęła paznokciem po dolnej wardze, więcej niż zaintrygowana. Uczniowie także wyglądali na bardzo zdziwionych. Constantine szepnęła coś do Lucindy, a Dayla szturchnęła Monicę. Edward uśmiechnął się w stronę Sophie nieco smutno, a potem zmarszczył brwi, jakby się nad czymś intensywnie zastanawiał. Nikt chyba nie był jednak teraz tak oszołomiony jak Lisa i Stephanie, które przez dłuższą chwilę jedynie spoglądały raz na Alana, raz na jego kuzynkę, z wysoko uniesionymi brwiami. - Ona uratowała Alanowi życie? Naprawdę? - szepnęła Lisa, bardziej do siebie niż do Stephanie. Ta jednak mimo wszystko jej odpowiedziała. - No najwyraźniej. Trochę ciężko uwierzyć, co? - wzruszyła niezręcznie ramionami. - Ale to jest przecież coś naprawdę wielkiego - powiedziała Lisa, a potem zamrugała i odwróciła głowę, wbijając wzrok w piernikową ścianę. Sama zawsze skrycie marzyła o tym, by kiedyś uratować jakiemuś gawaldończykowi życie. Wykazać się jako bohaterka, pomóc komuś bezinteresownie, zdobyć jakąś wartość jako człowiek. Mimo całej swojej niechęci do Sophie i tego, że wciąż nie wiedziała dokładnie o co chodzi, była pod wrażeniem. Do tego poczucie winy, które odczuwała od momentu wyjścia z Galerii Dobra zakuło ją teraz jeszcze mocniej. Jedyną osobą w klasie, która ewidentnie nie była zainteresowana ani podekscytowana tą historią, była Emeralda, która ostentacyjnie skrzyżowała ramiona i patrzyła przed siebie. Wbrew pozorom nie chodziło jej jednak o to, że księżniczka, którą darzyła wielką niechęcią, okazała się dokonać kiedyś prawdziwie bohaterskiego czynu. O nie... Po prostu dla niej uratowanie życia jednego chłopaka, do tego własnego kuzyna, nie było żadnym wyczynem w porównaniu do wychowywania się w Świetlistej Wieży. Nikt jednak nie miał okazji zadać żadnego pytania, ponieważ dziekan Dovey wybrała najlepszą chwilę na to, żeby przerwać wszystkie gorączkowe szepty i zwrócić na siebie uwagę. - Sophie - zaczęła łagodnie, uśmiechając się w pokrzepiający sposób - Zacznę może od tego, co sama nam powiedziałeś - zaznaczyła ostrożnie. - Chciałabym, żebyś wiedziała, iż nawet jeśli ktoś na początku nie zwraca uwagi na nasz wysiłek, nie oznacza to, że mamy się poddawać. Jeżeli jest coś, co kochasz robić i w czym jesteś dobra, to nie zniechęcaj się, pewnego dnia ktoś na pewno to doceni. Natomiast twoja historia o słowiku wskazuje na cechę, którą powinna posiadać każda prawdziwa księżniczka: empatię, nawet wobec tych najmniejszych - uśmiechnęła się miło, a potem westchnęła cicho - Zastanawia mnie jednak dlaczego nie wspomniałaś o tym, co powiedział twój kuzyn. Sophie, uratowanie czyjegoś życia to jedna z najbardziej chwalebnych rzeczy, którą może zrobić zawszanin. Nie wspominając już o tym, że w takich przypadkach potrafi utworzyć się szczególna więź pomiędzy dwiema osobami. Nie ważne co by się stało, Alan już zawsze będzie ci winien życie, a Baśniarz lubi wykorzystywać takie szczegóły - Klarysa Dovey przerwała i odchrząknęła, jakby powiedziała o kilka słów za dużo. Z uwagi na ograniczony czas, a być może nie tylko dlatego, nie dała już odpowiedzieć dziewczynie, zamiast tego wywołując kolejną osobę. W taki właśnie sposób mijała im pierwsza lekcja Dobrych Uczynków. Nauczycielka z uśmiechem prosiła ich o przytoczenie powodów dla których ich zdaniem zostali przydzieleni do Akademii Dobra, a potem cicho je komentowała, przy okazji subtelnie ucząc ich podstaw przedmiotu. Kolejny po Sophie był, dość ironicznie, Edward, choć Dovey naprawdę nie miała pojęcia o tej drobnej relacji, która zaczynała ich łączyć. Książę opowiedział najpierw pokrótce o honorze, poczuciu obowiązku i byciu wychowywanym na prawdziwego zawszanina, a potem, nieco ciszej, wspomniał o przekonaniu swojego ojca do załagodzenia prawa, które karało dożywotnim więzieniem złodziei w obrębie ich królestwa. Kiedy dziekan zapytała dlaczego to zrobił, odpowiedział, że niektórzy ludzie kradną jedzenie i ubrania, ponieważ nie mają innego wyjścia. Ewidentnie nie była to cała prawda, ale nauczycielka zdecydowała się nie wypytywać go dalej. W klasie po raz kolejny podniosły się szmery. Lisa tylko słuchała ze zdziwieniem, jak Stephanie mówi dość głośno "Serio? Karają kradzieże dożywociem? W Lisim Gaju tak nie robią, a Śnieżka przecież stamtąd pochodzi". Siedząca przed nimi Magda odwróciła się z nieco ponurą miną i szepnęła "Królestwa takie jak Dziewicza Dolina, Tęczowe Bryzy, czy Kyrgios lubią szczycić się tym, że są całkowicie zawszańskie i wolne od przestępczości. Surowy system kar, choć połączony ze sprawiedliwymi sądami i znośnymi więzieniami, ma im to zapewniać". Stephanie zamrugała, a Lisa zmarszczyła brwi. Następna była słodka Dayla, która wstała, odgarniając do tyłu długie, brązowe włosy. Kiedy się uśmiechnęła, jeszcze bardziej uwydatniły się wciąż dziecięce rysy jej twarzy. Opowiedziała o tym, jak to kompletnie nie spodziewała się swojego przydziału, choć czuje się nim bardzo zaszczycona i ma nadzieję sprostać wszystkim wyzwaniom i udowodnić, że może być księżniczką. Potem przeszła do krótkiej, ale uroczej historyjki o pomaganiu rodzicom, zabawie z braćmi i noszeniu dla starszej sąsiadki wody ze studni. W jej głosie przewijała się beztroska, chociaż siedzący z przodu Ambrosius krzywił się nieco, jakby próbował zapomnieć o fakcie, że drugą wybraną osobą z jego królestwa była plebejuszka z którą w pewnym sensie został zrównany. Po Dayli przyszła kolej na kolejną delikatną księżniczkę, Arię. Wyglądała bardzo niepewnie, kiedy wstawała, więc siedzący z nią Julian ścisnął pokrzepiająco jej dłoń. Dziewczyna o ciemnokasztanowych, nieco czerwonawych włosach spiętych w gruby warkocz mówiła bardzo cicho i trochę się jąkała. Tak na dobrą sprawę wspomniała tylko o tym, że również nie spodziewała się biletu i że po prostu zawsze była sobą i starała się zachowywać dobrze. Zakończyła swoją wypowiedź drżącym "...to chyba wszystko", ale zanim zdążyłaby usiąść odezwał się Julian, zachowując w podobny sposób, co wcześniej Alan. Wymienił szybko zalety swojej przyjaciółki, mówiąc o tym, że nigdy nie odmawiała pomocy temu, kto jej potrzebował i dla każdego miała zawsze otwarte serce. Aria uśmiechnęła się do niego nieśmiało, a Klarysa Dovey skinęła krótko głową, w jej oczach wyraźnie malowało się zrozumienie. Potem nauczycielka wybrała Hectora, który kompletnie nie wiedział o czym mógłby opowiedzieć, więc po prostu wspomniał o tym, że jest spokojną osobą i że uwielbia obserwować ocean i zbierać muszle. Być może nie miało to zbyt wiele wspólnego z tym, o co prosiła dziekan, ale nie był w stanie powiedzieć niczego więcej nawet wtedy, kiedy kobieta zaczęła zadawać mu pytania. Gdy na twarzy chłopca zaczął formować się rumieniec, Klarysa zdecydowała się nie naciskać na niego więcej i skierowała swoją uwagę na Kato. Młody książę ze Szmaragdowej Zatoki rozbawił nieco klasę, kiedy spytał, czy Odion mógłby opowiadać z nim, bo w końcu są bliźniakami i całe życie spędzili razem. Nauczycielka przez chwilę się zastanawiała, a potem z uśmiechem pokiwała głową. Była to ulga nie tylko dla Kato, który czuł się pewniej, kiedy brat go wspierał, ale również dla Odiona, który sam raczej nie był zbyt rozmowny. Wtedy właśnie zaczęła się żywa historia o bliźniakach, z których jeden siał wokół siebie radość i pomagał matce w gospodzie, zawsze pełen energii i uwielbiany przez klientów, a drugi, wytrzymały, lojalny i odważny, wypływał razem z ojcem na morze, żeby razem z nim i jego drużyną zaopatrywać okoliczne wioski w świeże ryby i owoce morza. W sumie najwięcej mówił Kato, Odion wtrącał się tylko raz na jakiś czas i to głównie po to, aby potwierdzić słowa brata, ale to właśnie wpasowywało się w końcu w ich opowieść. Widząc, że chłopiec z burzą ciemnych loków nie zamierza szybko skończyć, nauczycielka zachichotała i dłonią wskazała im, że to już naprawdę wystarczy. Kiedy Kato siadał z powrotem do ławki, zauważył wpatrującą się w niego Nerysę i uśmiechnął się do niej olśniewająco, co sprawiło, że dziewczyna natychmiast odwróciła się, żeby ukryć własny uśmieszek. Miła atmosfera szybko zmieniła się w żywe zainteresowanie, podszyte w przypadku niektórych niechęcią, kiedy Klarysa zwróciła się w końcu do Lisy, prosząc ją, by opowiedziała coś o sobie i o tym dlaczego to właśnie ona została wybrana na potencjalną przyszłą bohaterkę baśni. Ruda dziewczyna była naprawdę zestresowana, bo wiedziała, że nie może dostać na tych zajęciach ostatniego miejsca. W końcu to, że dostanie je na zajęciach Pielęgnacji Urody było dość oczywiste, tak? Miała nadzieję, że nie zostanie wybrana tak szybko, liczyła na to, że może dziekan domyśli się, że może mieć problem z tym zadaniem i da jej więcej czasu do namysłu... Zagryzła wargę i wytarła mokre dłonie o różową sukienkę. Pokrzepiające spojrzenie Stephanie na niewiele jej się zdało, kiedy poza tym widziała też oczekiwanie w oczach innych uczniów. Dlaczego tak bardzo skojarzyło jej się to teraz z procesem? Takim na którym miałaby za wszelką cenę próbować się wybronić, mając jednak w świadomości, że ci wszyscy ludzie wokół tylko czekają z ekscytacją na to, żeby usłyszeć pewny wyrok. Na stos. W końcu jednak, jak zawsze, dała się ponieść odwadze i wstała, spoglądając dzielnie na nauczycielkę. Wzięła jeszcze jeden głęboki oddech i zaczęła: - Ciężko mi powiedzieć, dlaczego to ja zostałam wybrana, biorąc pod uwagę, że wcale nie chciałam być. Po prostu wasz Dyrektor wybrał sobie w tym roku kolejne dwie rodziny do rozbicia i akurat padło na moją - widząc, że nawet nauczycielka zmarszczyła brwi, doszła do wniosku, że być może szczerość nie była jednak najlepszą opcją. No ale cóż, skoro zaczęła, to zamierzała skończyć. - Jeśli tylko byłaby jakakolwiek możliwość, żebym mogła zostać w Gawaldonie, to na pewno bym z niej skorzystała. Nie... - cierpię tej szkoły, zamierzała powiedzieć, ale przypomniała sobie o tym, że miała przecież nie dostać ostatniego miejsca, więc szybko zmieniła zdanie - ... wydaje się jednak, żebym miała cokolwiek do powiedzenia w tej kwestii, więc może przejdźmy do tej części, w której opowiadam coś o sobie... - ...żeby pani mogła sobie potem przypisać prawo do oceniania tego, czyje dobre uczynki są więcej warte - No dobra, no to... na pewno jestem dzielna... i lojalna... słyszałam też parę razy, że mam dobre serce, ale to głównie od mamy, więc... - Stephanie parsknęła śmiechem, a Lisa przygryzła wargę. Nie spodziewała się, że wymienienie własnych zalet będzie takie trudne. - No a z takich szlachetnych rzeczy, które robiłam, to... często walczyłam z chłopcami, którzy znęcali się nad młodszymi. Choć dziekan Dovey ciągle marszczyła brwi, nieznacznie zirytowana jej wcześniejszymi insynuacjami, teraz na jej twarzy odmalowało się całkowite zdziwienie. Zamrugała, a potem zapytała niepewnie, jakby nie była do końca pewna, czy chce to wiedzieć: - W jaki sposób... walczyłaś? Lisa wzruszyła ramionami, czując, że stres trochę już z niej ulatuje. - No różnie. Czasem tylko ich trochę postraszyłam, że to zgłoszę albo coś... ale najczęściej to nie wystarczało i musiałam ich odpędzić siłą albo odebrać im rzeczy, które zabierali innym. Jakieś śniadaniówki, koraliki albo tenisówki do zajęć fizycznych. Niezbyt istotne rzeczy, ale i tak nie powinni tego robić. Kiedyś się też podstawiłam... - przerwała na chwilę, zauważając szok i niepokój, jaki odmalował się na twarzach niektórych księżniczek. Nieliczne nawet odsuwały się nieco do tyłu. Przynajmniej Stephanie wciąż się uśmiechała i słuchała jej z uwagą. - ...w sensie dałam jednemu takiemu wykręcić sobie nadgarstek, żeby nauczycielka go złapała na gorącym uczynku, bo tylko wtedy mogli mu dać jakąś sensowną karę. Vivienne i Lucinda wydały z siebie ciche westchnienia, wypełnione oburzeniem i strachem. Lisa po raz kolejny wzruszyła ramionami. Dziekan Dovey zamrugała powoli, a potem poprawiła swoje jasne, spięte w kok włosy i odkaszlnęła, jakby zbierając się w sobie. - Możesz usiąść, Elisabeth - powiedziała najpierw, w jej głosie wciąż pobrzmiewało oszołomienie. Kiedy dziewczyna to zrobiła, kontynuowała - No cóż, muszę przyznać, że naprawdę mnie zaskoczyłaś. Choć to co robiłaś na pewno było bardzo szlachetne i dobre, to musisz zapamiętać na przyszłość, że księżniczki nie walczą... w każdym razie na pewno nie siłowo - Lisa zmarszczyła brwi z oburzeniem, ale nauczycielka nie pozwoliła jej się wtrącić. - Rozumiem, że w Świecie Czytelników nie funkcjonują takie zasady, ale chcę, żebyś wiedziała, iż w tej Akademii będziesz uczyć się delikatności i subtelności, oraz tego, że księżniczki przede wszystkim polegają na ochronie, którą roztaczają nad nimi książęta. Same walczą tylko wtedy, kiedy zostają jej z różnych przyczyn pozbawione - Lisa zacisnęła zęby, powstrzymując się od komentarza. Vivienne, Lucinda, Nerysa i Constantine uśmiechnęły się uroczo, spoglądając to na nauczycielkę, to na chłopców w eleganckich, niebieskich mundurkach - Jeśli natomiast chodzi o Dyrektora... - jej ton po raz pierwszy na dzisiejszych zajęciach stał się tak poważny i surowy. - ...to muszę zaprzeczyć, jakoby sprowadzał on Czytelników tylko dla własnej satysfakcji - teraz zwracała się najwyraźniej do wszystkich. - Wykorzystuje on swoją moc, która pozwala mu zobaczyć waszą naturę i odnajduje tych, którzy najpewniej zostaną w przyszłości wybrani przez Baśniarza. W ten sposób ratuje was przed zagrożeniem, jakie wynikałoby ze stania się bohaterem baśni bez uprzedniego przygotowania - uśmiechnęła się nieznacznie, z napięciem. - Każde z was jest wyjątkowe. Pozostawienie was samym sobie uczyniłoby was na dłuższą metę nieszczęśliwymi i Dyrektor o tym doskonale wie. Wiecie to też i wy, mieszkańcy Puszczy, dlatego nie kwestionujecie jego decyzji, kiedy dostajecie swój list - Lisa już otwierała usta, żeby coś powiedzieć, ale Stephanie z całej siły przydepnęła jej stopę. - Elisabeth... - nauczycielka znów zwróciła się bezpośrednio do niej - ...ty jesteś Czytelniczką, więc to zrozumiałe, że możesz mieć jeszcze wątpliwości. Dlatego nie zamierzam wyciągać z twoich szyderczych komentarzy żadnych konsekwencji... na razie - dodała ostrzegawczo. W klasie zapadła cisza. Lisa spoglądała niechętnie na nauczycielkę. Także Stephanie wyglądała jakoś tak bardziej ponuro niż chwilę temu. Wszyscy spodziewali się, że dziekan wywoła teraz kolejną osobę, ale zamiast tego... - Elisabeth, Sophie, chciałabym prosić was, abyście zostały na chwilkę po lekcji, dobrze? Lisa zbladła, co jeszcze bardziej uwydatniło jej piegi. Co?
  10. Akademia Zła Po tym, co stało się z Elvirą, uczniowie byli z jednej strony uspokojeni, ponieważ mogli być teraz pewni, że tak naprawdę nie grozi im śmierć, ale z drugiej jeszcze bardziej wystraszeni, bo część z nich chyba dopiero teraz zrozumiała, że Kastor mówiąc wcześniej o lataniu był całkowicie poważny. Niektórzy z tych, których normalnie nie posądzono by o tchórzostwo, jak choćby Scarlett, czy Hadrion, cofali się teraz nieco do tyłu, chcąc zasłonić innymi nigdziarzami i jak najbardziej oddalić w czasie swoją kolej. Nie żeby ktokolwiek specjalnie im się dziwił. Chyba tylko Adelia była w tej chwili względnie zadowolona, ponieważ wiedziała, że nie ważne jak bardzo źle jej pójdzie i tak nie grozi jej trzecie z rzędu ostatnie miejsce. W pewnym momencie zaczęła nawet z względną ciekawością wyglądać zza ramienia Margo, jakby naprawdę interesowało ją to, jak pójdzie innym. No i oczywiście byli też tacy uczniowie, którzy nie byli ani wystraszeni ani zadowoleni, tylko po prostu odważni i pewni, nie robiący ani jednego kroku w tył i czekający spokojnie na wybór nauczyciela, który w tej chwili wydawał się dość oczywisty. Kastor od momentu powrotu Elviry rzucał Raverowi niezbyt przyjemne spojrzenia, a kiedy nikt nie zgłosił się na ochotnika, odwrócił czarny łeb w jego stronę z wyraźnie złośliwym uśmieszkiem. - Skoro byłeś przed chwilą tak pewny siebie, to może pokażesz nam teraz jak ty poradzisz sobie z wywerną, hmm? Wysoki, kościsty chłopak, który wcześniej w ogóle nie zwrócił uwagi na zaczepkę Thomasa, teraz wystąpił do przodu, nie wyglądając na ani trochę przestraszonego. - Z najwyższą przyjemnością, profesorze - odpowiedział. Ciężko było stwierdzić, czy to tylko sytuacja, czy może po prostu zawsze używał tego na wpół szyderczego tonu. Raver podszedł szybko do wywerny, spoglądając na nią z góry. Jego postawa była wręcz wyzywająco swobodna, a kiedy na sekundę podniósł wzrok, żeby spojrzeć na obserwujących go z napięciem uczniów, można było zauważać nieme przesłanie, kryjące się w nieznacznym skrzywieniu ust. Nie boję się niczego. Kiedy tylko chłopak położył na łuskach wywerny swoją bladą rękę o pająkowatych palcach, ta natychmiast uspokoiła się i spojrzała na niego potulnie. Kastor obserwował uważnie wszystko co robi nigdziarz, podczas gdy Gilbert i Pollux mieli na twarzach dziwne uśmieszki, wyglądające na coś w rodzaju uwielbienia. W oczach samego Ravera pojawiły się za to niebezpieczne błyski. Wyraźnie czerpał niesamowitą satysfakcję z podporządkowywania sobie wszystkich, a spoglądająca na niego ostrożnie wywerna nie była tego wyjątkiem. Uczniowie w najwyższym zdziwieniu obserwowali z jaką łatwością Raver wykonywał to zadanie. Stworzenie nawet przez chwilę nie próbowało go z siebie zrzucić, pruło niezmiennym torem ku wieży Występek, zrobiło zgrabny łuk i zawróciło, z gracją lądując z powrotem w dzwonnicy. Z każdą chwilą Elvira wyglądała na coraz bardziej ponurą. Nie zwróciła uwagi na nieokreślony szept Walburgi, skupiona tylko i wyłącznie na zarozumiałym uśmieszku Ravera, skierowanym, a jakże, do niej. Patrzył na nią nawet wtedy, kiedy nauczyciel mu gratulował. Tak naprawdę blondynkę nie irytowało tak jego zaczepne zachowanie, jak to, że naprawdę z nią wygrał i to w tak widowiskowy sposób. Nie zamierzała jednak dawać mu satysfakcji. Zacisnęła zęby i w żaden sposób nie pokazała, że ją to zirytowało. Szybko przekonała się jednak, że tak naprawdę nie poszło jej wcale tragicznie. Po Raverze nikomu nie udawało się już utrzymać na wywernie do końca. Jej wysiłki w zrzucaniu z siebie niepewnych, ukrywających strach uczniów były imponujące. Stworzenie skrzeczało, robiło baczki, latało do góry nogami, wierzgało i uderzało w ściany zamku, a czasem nawet leciało prostopadle w górę lub w dół. Scarlett podchodząc do przerośniętej jaszczurki wyglądała na niezwykle zdeterminowaną, ale kiedy ta chlasnęła ją ogonem po twarzy, nigdziarka ewidentnie się wściekła i próbowała siłą zmusić ją do lotu, co oczywiście doprowadziło do tego, że gargulec musiał ją łapać w połowie drogi pomiędzy dwoma wieżami. Scarlett była już wtedy tak czerwona ze złości, że kopnęła w piszczel Vina, który chciał pomóc jej wstać, a chłopaka zirytowało to do tego stopnia, że chwycił w garść jej czarne włosy i siłą podciągnął ją do góry. Na całe szczęście Kreel zdążył już wrócić i w porę przerwał tę rodzącą się bójkę. W "nagrodę" za swoją "rycerskość" Vin został wybrany jako następny, ale jego próba użycia na wywernie swojego talentu skończyła się tym, że stworzenie zatoczyło szerokie koło wokół dzwonnicy, a potem wleciało z powrotem do środka, najwyraźniej nieco oszołomione. Widząc ostry uśmiech Scarlett, syknął: Ja przynajmniej nie spadłem. Dziewczyna chyba chciała mu coś odpowiedzieć, ale nie zdążyła, ponieważ Kastor bardzo głośno zawołał na środek kolejną osobę. Był to Navin, któremu trzeba przyznać, że bardzo długo dzielnie trzymał się jedną ręką lecącej do góry nogami wywerny. Przynajmniej dopóki się nie wściekła i nie trzasnęła bokiem w ścianę wieży Występek. Kiedy gargulec odstawił chłopaka z powrotem do dzwonnicy, ten pojękiwał i trzymał się za potłuczony bok i ramię. Od Kastora usłyszał tylko, że to była jego wina, bo powinien pozwolić się zrzucić, skoro i tak wiadomym było, że nie da sobie rady. Navin wydawał się naprawdę poruszony tymi słowami. Pociągnął jeszcze kilka razy nosem i schował się w tłumie. De i Bathildzie udało się dolecieć do Wieży Występek chyba tylko dlatego, że byli tak ciężcy, że wywerna miała problem z tym, żeby ich zrzucić i udało jej się to zrobić dopiero w czasie zakrętu. Za to Kim poszło zadziwiająco dobrze i Elvira była przekonana, że udałoby się jej dolecieć do końca, gdyby nie jej dziwactwa. Nigdziarka z Mruczących Gór wyraźnie nie bała się ani latania ani stworzenia na którym siedziała, ale przy powrocie chyba nieco się zatraciła i rozłożyła z uśmiechem ramiona, co sprawiło, że wiatr porwał ją i zrzucił do tyłu. Jakby tego było mało, blondynka była przekonana, że wywerna przez chwilę chciała zawrócić i ją złapać, ale ostatecznie pozwoliła to zrobić gargulcowi i pofrunęła do dzwonnicy. Wszystkim wydawało się, że Kastor pochwali nigdziarkę za to, że utrzymała się tak długo, ale nauczyciel okazał się być wyjątkowo zirytowany i krzyczał coś o "zachowywaniu się jak księżniczka na zaczarowanym dywanie". Kim jednak nic sobie z tego nie robiła, jej włosy był rozwiane, a policzki zarumienione, kiedy z powrotem stanęła obok swoich współlokatorek. Elvira po raz kolejny próbowała dociec jak ktoś może w jednej chwili być śmiertelnie niebezpieczny, a w drugiej tak dojmująco... uroczy. Judith poszło również całkiem nieźle, jednakże w pewnym momencie, już w drodze powrotnej, przeżyła najwyraźniej podobne załamanie pewności siebie jak Elvira, a wywerna natychmiast to wykorzystała. W przeciwieństwie do blondynki nigdziarka nie krzyczała ani nie próbowała wyciągać przed siebie rąk, kiedy spadała. Wydawała się być raczej zrezygnowana, no ale w końcu wiedziała już o tym, że za chwilę złapie ją gargulec. Do tego ciężko stwierdzić, czy w ogóle byłaby w stanie krzyczeć, biorąc pod uwagę jej uszkodzony głos. Choć Adelia ciągle przypominała sobie o tym, że na pewno nie dostanie ostatniego miejsca, czuła się coraz bardziej nerwowa, kiedy widziała kolejnych uczniów wrzucanych bezceremonialnie (i pewnie boleśnie) na kamienną podłogę dzwonnicy. Nie było jednak nawet czasu na zastanowienie, Kastor bezlitośnie szybko wybierał kolejnych uczniów. Zaraz po Judith wskazał czarną łapą na Thomasa. Elvira zmrużyła lekko oczy w zaciekawieniu, najwyraźniej więcej niż chętna, by zobaczyć jak pójdzie mu to zadanie.
  11. Akademia Dobra Klarysa Dovey była kobietą w średnim wieku, choć wciąż niezaprzeczalnie piękną. W jej łagodnych, niebieskich oczach, oraz ciepłym uśmiechu krył się pewien trudny do określenia urok, a szata nauczycielki i staranne zaczesane, jasne włosy, gdzieniegdzie poprzetykane siwizną, tworzyły specyficzny rodzaj wytworności, który niemalże wymagał szacunku od każdego, kto tylko na nią spojrzy. Ci, którzy znali historię Kopciuszka, wyobrażali sobie pewnie, że jej Dobra Wróżka-Matka Chrzestna na co dzień otacza się takim pięknem i bogactwem jakie zafundowała swojej podopiecznej w baśni, umożliwiając jej pojawienie się na tamtym słynnym balu. Prawda była jednak zgoła inna. Klarysie Dovey do szczęścia potrzebne były tylko prosta peleryna, lśniąca jak skrzydła żuka, koszyk kandyzowanych śliwek i gromada zdolnych uczniów, którzy pewnego dnia będą mogli cieszyć się własnym Długo i Szczęśliwie. Wiele rzeczy mówiono o nauczycielach Akademii Dobra i Zła, ale profesor Dovey naprawdę troszczyła się o los swoich wychowanków, przejmowała się ich sprawami i zawsze, do ostatniej chwili, w nich wierzyła, nawet jeśli w drugim zamku podszeptywano złośliwie, że żyją i osiągają sukcesy tylko dzięki jakiejś wyimaginowanej pomocy Dyrektora. Weszła do klasy ze szczerym uśmiechem, podekscytowana, by poznać młodych bohaterów przyszłych baśni i zepsuć tego nie mogło nawet spóźnienie dwójki z nich. Ostatecznie przeprosili, a dobro przebaczało. Kiedy jednak zobaczyła ilość uczniów jawnie łamiących tak dokładnie opisaną zasadę, jej uśmiech nieco zbladł, a brwi uniosły się wysoko. Oczywiście, zawsze znajdował się ktoś, kto nie mógł się powstrzymać w Słodkich Salach Lekcyjnych, przynajmniej na samym początku. Ale żeby czterech uczniów na raz? Nie pamiętała, kiedy ostatnio spotkała się z taką sytuacją. Bez słowa wyjęła różdżkę i machnęła nią krótko. Luki w ścianach i ławkach wypełniły się nowymi słodyczami, z rąk Lisy zniknęły kawałki piernika i to samo stało się także z Alanem, Aidanem i Stephanie. Ta ostatnia uniosła szybko dłoń do ust, jakby w obawie, że przypadkiem połknęła landrynkę, której magicznie pozbyła się nauczycielka. - Jestem zawiedziona - były to pierwsze słowa, jakie skierowała do zawszan dziekan Dovey, chowając różdżkę z powrotem do kieszeni. Jej wzrok skupiony był teraz na czterech uczniach, którzy zaczynali wyglądać na nieco zawstydzonych. Klarysie nie umknął też jednak przebłysk irytacji i buntu, który na sekundę pojawił się na twarzy Czytelniczki. - Każda zasada ma jakieś podstawy. Postąpiliście skrajnie nieodpowiedzialnie łamiąc tę, którą opisano na tabliczce przy drzwiach - choć jej głos był spokojny, zdradzał dezaprobatę. - Czy nigdy nie czytaliście baśni o Jasiu i Małgosi? - uśmiechnęła się nieco ponuro, a potem obeszła swoje biurko, żeby móc przy nim usiąść - Nie możecie być pewni, czy słodycze w tej klasie nie są czasem zatrute i czy wieczorem nie czeka was ciężka niestrawność. Stephanie zamrugała szybko, jakby zupełnie o tym nie pomyślała, a Aidan nagle zaczął wyglądać na zadowolonego z tego, że nie zdążył zjeść ani jednej landrynki. Rzucał jednak współczujące spojrzenia Alanowi. Lisa uświadomiła sobie, że wciąż nie minął jej do końca buntowniczy nastrój, dopiero wtedy, gdy z jej ust wyrwały się słowa, których nie zamierzała wypowiadać na głos. - To bez sensu. Niby bo co miałaby pani prowadzić lekcje w klasie z zatrutych słodyczy? Przecież to szkoła dobra. Chociaż tak na dobrą sprawę jej mama często podkreślała, że miała to szczęście urodzić córkę, której buntowniczy nastrój nie mija nigdy. Co dziwne, profesor Dovey nie wydawała się być szczególnie zła z powodu tych dość niegrzecznych słów. Zamiast tego pokiwała lekko głową i gładkim ruchem strzepnęła ze swojego biurka nieistniejący kurz. - Masz rację, to szkoła dobra, słonko - Lisa skrzywiła się lekko. - Szkoła. Najważniejszą funkcją szkoły jest nauczanie - zanim dziewczyna zdążyłaby odpowiedzieć, nauczycielka kontynuowała, podpierając brodę na dłoniach i uśmiechając się do nich uprzejmie. - Jak wiecie, jestem dziekanem Akademii Dobra, a także nauczycielką Dobrych Uczynków. Z doświadczenia wiem, że na każdym roczniku pojawiają się uczniowie, którzy nie traktują tego przedmiotu poważnie. Mam nadzieję, nieco nikłą, że tym razem tak nie będzie. Pierwszą rzeczą, którą musicie zrozumieć po trafieniu tutaj jest to, że dobro nie ogranicza się tylko do elegancji, piękna, przystojnych książąt i wystawnych przyjęć - posłała krótkie spojrzenie w stronę dwóch ławek, przy których siedzieli Abraxas, Edward, Ambrosius i Eryk. - Dobro to przede wszystkim honor, czystość, sprawiedliwość, odwaga, lojalność oraz... miłość - pochyliła nieznacznie głowę, posyłając rumieniącym się dziewczynom uśmiech pełen zrozumienia. - Pomijając tę część o miłości, to wydaje się całkiem fajne - szepnęła Stephanie do Lisy, która tylko skinęła głową, wciąż nieco naburmuszona z powodu sposobu w jaki nauczycielka ją zbyła. Z drugiej strony, być może dzięki temu wszyscy uniknęli niepotrzebnej, zdecydowanie zbyt ognistej dyskusji. Nauczycielka tym czasem kontynuowała i prawie każdy słuchał jej z uwagą, a niektórzy nawet wychylali się lekko do przodu. - ...tego właśnie będziecie się uczyć na mojej lekcji. Esencji Dobra. Chcę, żebyście pojęli odpowiedzialność i powagę roli, do jakiej zostaliście wybrani. Od momentu postawienia nogi w tej Akademi staliście się przedstawicielami wszystkich zawszan z całej Puszczy... Niektóre z księżniczek, takie jak Vivienne, czy Emeralda, zrobiły miny, które wyraźnie wskazywały na to, iż są całkowicie pewne swoich wzorcowych, zawszańskich postaw. Profesor Dovey jednak nawet na nie nie spojrzała. - Chyba nikogo nie zdziwi, że dzisiejszą, pierwszą lekcję poświęcimy na to, aby lepiej się wzajemnie poznać. Abym ja mogła was lepiej poznać - rozejrzała się z uśmiechem po klasie. - Chciałabym, żebyście opowiedzieli mi dzisiaj coś o sobie. Nie mam na myśli przypadkowych faktów z waszego życia, ale... - zamyśliła się na chwilę, stukając paznokciem o dolną wargę. - ...o to co czyni was zawszanami. Może to być wyjątkowo dobra rzecz, jaką kiedyś zrobiliście lub po prostu krótki opis cech, które uważacie za swoje najlepsze. Nie zamierzam was ograniczać. Chciałabym tylko posłuchać i prosić was, abyście wy słuchali siebie nawzajem. Przez kilka chwil w klasie panowała cisza. Niektórzy szeptali coś do swoich sąsiadów z ławki, najwyraźniej już planując, o czym opowiedzą nauczycielce. To Nerysa była tą, która odezwała się jako pierwsza, kierując do dziekan pytanie, na które odpowiedź w większości się domyślali. - Czy będzie nas pani z tego oceniała? Lisa obserwowała ponuro, jak profesor Dovey krótkim skinięciem głowy sygnalizuje odpowiedź twierdzącą. Sama nie miała pojęcia, o czym mogłaby opowiedzieć. Wiadomo, że trafiła tu dlatego, że porwał ją obłąkany Dyrektor Akademii. Wątpiła, by którakolwiek z jej pozytywnych cech albo szlachetnych rzeczy, które robiła, zostały tutaj, w tym nieskazitelnym, pełnym harmonii pałacu, uznane za prawdziwie dobre. ...honor, czystość, sprawiedliwość, odwaga, lojalność... Chociaż, może była jakaś niezbyt duża szansa... Z drugiej strony chyba domyślała się już, jak działa pierwszy dzień w tej Akademii. Myśl o tym, by byli oceniani od razu i to z tak trywialnych rzeczy, mogła wydawać się absurdalna, ale Lisa miała wrażenie, że udało jej się to rozgryźć. Wszystko wskazywało na to, że nauczyciele po prostu ich sprawdzali, pozwalali im się zapoznać z tym, jak działa ranking i jak trudno jest dostać się do pierwszej połówki, przynajmniej niektórym. Chcieli pokazać im, na jakie role zasługiwaliby z tą wiedzą, którą wynieśli ze swoich domów, którą nabyli przed pojawieniem się tutaj... jednak to wcale nie oznaczało, że są już skazani na miejsca, które zostaną im dziś przydzielone. To była motywacja, szansa na zbadanie własnych możliwości. Lisie skojarzyło się to trochę z testem, który nauczyciel matematyki zawsze robił im na początku roku, żeby sprawdzić, czy opanowali materiał z poprzedniego. Oceny, jakie wtedy dostawali nie wliczały się do ogólnego wyniku. To była tylko informacja o tym, ile pracy jeszcze ich czekało. Nie, żeby ją to obchodziło. Jedynym celem, jaki miała w tej chwili, a który obejmował ten nieszczęsny ranking, było uniknięcie zdobycia jednego dnia trzech ostatnich miejsc... co wymagało od niej powiedzenia czegoś ciekawszego, niż "Dyrektor mnie tu zrzucił, no więc jestem. Mogę już wrócić do domu?". Westchnęła ciężko i przeczesała palcami rude włosy, nawet nie zauważając zmartwionego spojrzenia Stephanie. W tym czasie profesor Dovey w ciszy obserwowała lekkie zamieszanie, jakie rozpętało się w klasie, kiedy uczniowie gorączkowo dyskutowali o temacie zajęć. Pozwoliła im na to przez około pół minuty, na jej ustach wciąż błąkał się delikatny uśmiech, a potem odchrząknęła cicho, co sprawiło, że wszyscy znów skupili na niej swoją uwagę. Nie wstała ani nie zaczęła przechadzać się po klasie, bo zdawała sobie sprawę, że niektórych uczniów mogłoby to zestresować lub spłoszyć. Powoli przesuwała spojrzeniem po twarzach młodych zawszan, aż w końcu jej wzrok zatrzymał się na ślicznej, ciemnowłosej dziewczynie ze Śnieżnych Wzgórz. - Sophie - powiedziała łagodnie, a niektórzy unieśli brwi, kiedy uświadomili sobie, że dziekan najwyraźniej doskonale zna już ich imiona. - Czy mogłabyś rozpocząć? - uśmiechnęła się do niej zachęcająco.
  12. Akademia Zła Po tym, jak Christian upadł do przodu prosto na wywernę, w dzwonnicy rozległy się szydercze śmiechy uczniów, których kompletnie nie interesowało, czy został popchnięty lub czy coś mu się stało. Wszyscy zwracali uwagę tylko na to, jak komicznie to wyglądało, w pamięci wciąż mieli przecież poranek i aroganckie, zakrawające o szyderstwo słowa, jakie chłopak wtedy wypowiedział. Jedną z niewielu osób, która nie uznała tego za śmieszne była Adelia, wciąż chowająca się za uczniami, jakby w nadziei, że profesor jej nie zauważy. Sam Kastor spojrzał tylko na Christiana z odrazą, ale zanim zdążyłby cokolwiek powiedzieć, oczy wywerny zalśniły gniewem i z głośnym skrzekiem wbiła ona ostre zęby w nos nigdziarza, który ośmielił się w taki sposób ją zaatakować. Kastor natychmiast machnął łapą na Kreela, który odbił się od belki dzwonu i zapikował w dół, szybko rozdzielając Christiana i wywernę. Stworzenie złożyło skrzydła i odwróciło łeb, ciągle rozjuszone. Kreel zajął się uspokojeniem go, podczas gdy Kastor zbliżył się do nigdziarza i spojrzał na niego z góry, obnażając ostre zęby. - Kretyn - warknął, opryskując go śliną. - Myślałeś, że jak ją pocałujesz to zmieni się w księżniczkę? NO NAJWYRAŹNIEJ W TEJ AKADEMII TO TAK NIE DZIAŁA! - niektórzy uczniowie podskoczyli, kiedy nagle podniósł głos. - Ostatnie miejsce za bycie bałwanem i natychmiast do gabinetu dziekan po antidotum na jad wywerny, chyba, że chcesz stracić nos - spojrzał z niechęcią na krwawiące ugryzienie, już zaczynające puchnąć. - Kreel, odprowadź go! - Kastor odwrócił się, a mały demon natychmiast pokiwał głową i podleciał w stronę drzwi, patrząc na Christiana ze złośliwym uśmieszkiem. Elvira, która wcześniej obejrzała się z niesmakiem, słysząc skierowaną do niej obelgę, wpatrywała się teraz z obojętną miną na zbierającego się z ziemi, poranionego i poniżonego nigdziarza. Jej wzrok długo się jednak na nim nie zatrzymał, ponieważ zanim Kastor zdążyłby po raz kolejny się do niej zwrócić, zdołała odnaleźć w tłumie uczniów Thomasa i posłać mu chłodny, wszechwiedzący uśmieszek. Dobrą rzeczą było to, że ta krótka, komiczna scenka najwyraźniej nieco ją uspokoiła albo przynajmniej pozwoliła na odzyskanie kontroli nad swoimi odruchami, bo kiedy tym razem nauczyciel przywołał ją do wywerny, już się nie trzęsła. Chyba tylko w jej oczach i nieznacznie zmarszczonych, jasnych brwiach, można było dostrzec niepewność. Stworzenie było teraz zdecydowanie bardziej spokojne. Nie skrzeczało ani nie prychało, jedynie obserwując ją z ostrożnością swoimi pionowymi źrenicami. Elvira oblizała nagle suche usta i spojrzała jeszcze ukradkiem na Kastora, jakby upewniała się, czy na pewno dobrze się do tego zabiera. Ostrożnie przesunęła bladymi dłońmi po lśniących łuskach wywerny, a potem przerzuciła przez nią nogę, siadając na niej jak na koniu, co było dość łatwe, biorąc pod uwagę, że leżała nisko. Kiedy to zrobiła wciąż nic się nie stało, stworzenie nie zareagowało w żaden sposób, dzięki czemu nabrała większej pewności i objęła jego szyję, żeby w razie czego móc się go mocno trzymać. Potem spojrzała na wznoszącą się całkiem niedaleko mroczną wieżę Występek. Zabierz mnie tam. Wywerna jakby na to czekała. Gdy tylko ta myśl uformowała się w jej głowie, poderwała się gwałtownie do góry, natychmiast wypadając poza dzwonnicę i rozkładając w powietrzu szerokie skrzydła. Elvira w ostatniej chwili zdołała powstrzymać wrzask i mogła mieć tylko nadzieję, że nikt nie jest w stanie dostrzec teraz jej twarzy, ponieważ chyba nigdy nie widniała na niej tak ewidentna i wyraźna ekspresja szoku, wymieszanego ze strachem. Chłodny wiatr uderzył ją z wielką mocą, trzepocząc tuniką i rozwiewając jasne włosy. Stworzenie zaczęło machać skrzydłami i wykonywać dziwne manewry, a dziewczyna zsunęła się nieco w dół i kurczowo, niemalże histerycznie zacisnęła ramiona wokół jego szyi. Przez pierwsze parę chwil Elvira nie była w stanie otworzyć zaciśniętych powiek, ale kiedy w końcu to zrobiła, została oszołomiona przez cudowną panoramę Puszczy, Błękitnego Lasu i dalekich gór, których nie była w stanie rozpoznać. Jej zachwyt szybko został ostudzony, kiedy zdała sobie sprawę, że wywerna rzuca się, lata jak chce i wkrótce albo poleci gdzieś w dal, zabierając Elvirę ze sobą albo po prostu ją z siebie zrzuci. Z trudem przełknęła ślinę i mrużąc oczy od wiatru spojrzała na wieżę Występek, próbując jakoś siłą woli przekazać wywernie, że właśnie tam powinna polecieć. Cholera, dlaczego ten cały Kastor nie mógł wyjaśnić tego lepiej. Elvira odetchnęła kilka razy głębiej, próbując oczyścić umysł i uspokoić drżące ramiona. Było dobrze. Nic się nie działo. Co prawda chłodny wiatr szczypał jej twarz i targał tunikę, co prawda była właśnie wieleset metrów nad ziemią, lecąc na nieprzewidywalnym, dzikim stworzeniu, prawdopodobnie o krok od śmier... nie, to był niewłaściwy tok rozumowania. Musiała skupić się na tym, że leci, że jako daje radę się utrzymać na tej przeklętej wywernie i że ma konkretne zadanie do wykonania. Spojrzała po raz kolejny na wieżę, która była jej celem. Naprawdę nie była daleko. Chociaż jej oddech nadal był przyspieszony, a serce gwałtownie obijało się o klatkę piersiową, skupiła wszystkie swoje myśli na tym, że to właśnie tam powinna się dostać. W pewnym momencie, ku jej zaskoczeniu i wielkiej satysfakcji, stworzenie wyrównało lot i poszybowało w odpowiednim kierunku. Naprawdę było szybkie, co było jej bardzo na rękę, bo dzięki temu to niewygodne zadanie nie będzie się przeciągać. Na jej ustach uformował się cienki, napięty uśmieszek, kiedy przeleciała obok ciemnych, chłodnych, emanujących mrokiem murów wieży Występek, okrążyła ją i zobaczyła przed sobą dzwonnicę, a w niej obserwujących ją z uwagą uczniów. Niektórzy wyglądali na przerażonych, inni na podekscytowanych. Wywerna wykonała ostatni gwałtowny manewr, znów wyrównując lot i wtedy właśnie Elvira mimochodem spojrzała w dół... Nie powinna była tego robić. Chyba nawet nie zdawała sobie wcześniej sprawy jak wysokie są wieże Akademii Zła. Zobaczyła polanę, którą wczoraj szli, a która teraz była jedynie niewielkim poletkiem zieleni, tak małym, że wywerna była w stanie w całości zasłonić ją tylną łapą. Zobaczyła ostre wykończenia wieżyczek pod sobą, przypominające pale do nabijania ofiar, lekko lśniące w słabych promieniach słońca, które nad tym zamkiem z trudem przebijało się przez gęste chmury. Oczekujące. Poczuła, że robi jej się słabo. Cała zaczęła drżeć, ogarnięta absolutną paniką, lęk wysokości odebrał jej dech. Nie była w stanie skupić się już na niczym. Wywerna natychmiast to wyczuła i zrobiła coś, czego Elvira obawiała się chyba najbardziej. Obróciła się nagle grzbietem do dołu, robiąc to tak gwałtownie, że blondynka nie miała najmniejszej nawet szansy na to, żeby się utrzymać. Jej ręce ześlizgnęły się z jej szyi i chwilę później spadała głową w dół, tym razem nie będąc już w stanie powstrzymać wrzasku. Dla uczniów w dzwonnicy musiało to wyglądać strasznie. Dziewczyna leciała bezwładnie prosto na ostre iglice wież, krzycząc i wyciągając ręce histerycznie przed siebie, a wywerna jak gdyby nigdy nic pofrunęła z powrotem tam, skąd wystartowała. Adelia zacisnęła powieki i przycisnęła ręce do uszu, uczniowie, cali pobladli, zakrywali oczy, a Kim podbiegła nieświadomie do barierki. Kastor wyglądał jednak na niewzruszonego, spoglądając na tę całą scenę z obojętnością. I kiedy Elvira była już absolutnie przekonana, że za chwilę umrze, a w jej głowie, tak absurdalnie, pojawił się znikąd obraz matki i ojca, do których przecież nigdy nie czuła żadnego specjalnego sentymentu, jej ramiona zostały schwytane w mocny, nieprzyjemny uścisk. To jeden z gargulców, stojących nieruchomo na gzymsach i dachach, ożył i złapał dziewczynę na kilka sekund przed śmiertelnym upadkiem. Jego kamienne szpony zdecydowanie zostawią na jej ramionach siniaki. Kolejne do kolekcji - pomyślała, wciąż nieco oszołomiona, zanim parę sekund później uderzyła kolanami w twardą podłogę dzwonnicy. Gargulec wrzucił ją do środka i odleciał, wracając na swoje stałe miejsce. Elvira wciąż drżała, podpierając się dłońmi, żeby nie upaść na twarz, choć najwyraźniej i to przychodziło jej z trudem. Nikt się nie odzywał, nawet Kastor, dopóki blondynka nie zdołała opanować się na tyle, żeby powoli wstać, ignorując wyciągniętą dłoń Kim i chowając twarz za włosami. Wtedy właśnie do jej uszu dotarło szydercze, powolne klaskanie. Kątem oka zauważyła, że to Raver, który uśmiechał się do niej z chłodną satysfakcją, najwyraźniej przekonany, że tym razem Elvira nie znajdzie się ani na pierwszym miejscu ani w ogóle na żadnym, które stawiałoby ją na lepszej pozycji niż jego. - Cóż za emocje - skomentował cicho jedwabistym głosem, ten, który najwyraźniej nie przejmował się jej losem ani przez sekundę. Dziewczyna nic mu nie odpowiedziała, nadal rozkoszując się błogą świadomością tego, że znów stoi na własnych nogach. Prawie nie poczuła, jak Kim łapie ją niezbyt delikatnie za ramię i wciąga w tłum nigdziarzy, zaraz obok Walburgi. Elvira wciąż na nikogo nie patrzyła, nie podniosła głowy nawet wtedy, kiedy odezwał się Kastor. - Nie było tak źle. Większość z was nie utrzyma się pewnie tak długo - brzmiał na zadowolonego i to było tą ostatnią rzeczą, której Elvira potrzebowała do tego, żeby całkiem się uspokoić i znów powrócić do zwyczajowego czystego i chłodnego umysłu. Szybko przeanalizowała to, jak jej poszło. Udało mi się okrążyć wieżę. Tamten wrzask był żałosny. Ale podniosłam się potem bez niczyjej pomocy. Cóż, będzie musiała zobaczyć teraz jak poradzą sobie inni. Dziwne było to, że wciąż nie chciała pokazywać twarzy. Większość nigdziarzy skupiła się z powrotem na Kastorze, kiedy po raz kolejny zapytał, czy jest ktoś chętny do latania na wywernie, leżącej teraz spokojnie obok niego i obserwującej z obojętnością blade twarze uczniów. Jeśli jednak ktoś wciąż wpatrywałby się w piękną blondynkę, mógłby zauważyć, że zanim odgarnęła włosy do tyłu i spojrzała dumnie na stworzenie, które dopiero co tak koszmarnie ją wystraszyło, przetarła twarz rękawem tuniki, szczególnie dokładnie pod oczami... Żadnej z tych rzeczy nie miał już okazji zobaczyć Christian, który został wyprowadzony z klasy przez Kreela jeszcze zanim Elvira zdążyłaby choćby zbliżyć się do wywerny. Chociaż lecący nad jego głową demon powstrzymywał się od złośliwych komentarzy, to ciągle rzucał mu irytujące spojrzenia i wyraźnie szydercze uśmieszki. Chłopak nie był chyba jednak na tyle nierozsądny, by próbować go atakować, tym bardziej biorąc pod uwagę piekący, rozprzestrzeniający się na całą twarz ból, który teraz z pewnością go dezorientował. Zanim doszli do gabinetu dziekan Crystal, nos Christiana stał się już zielonkawy i chłopak całkiem stracił węch, przestając czuć woń rozkładu, pleśni, krwi i wilgoci, która panowała w całej Akademii Zła. Kreel najpierw zapukał z szacunkiem, a dopiero potem otworzył drzwi, przepuszczając Christiana przed sobą. Nigdziarz nie zdążył się jednak nawet odezwać, ponieważ karłowaty pomocnik zrobił to za niego, brzmiąc na szyderczo ubawionego. - Witam, pani dziekan. Na Szkoleniu Sługusów odbywają się właśnie zajęcia z panowania nad wywerną. Wybrany okaz jest młody, posłuszny i niezbyt groźny, jednakże sama pani na pewno rozumie, że takie stworzenia nie lubią, kiedy daje się im... buziaczki - Kreel wybuchnął rubasznym śmiechem, a potem odleciał, zanim Christian lub Crystal zdążyliby zareagować, w ten sposób zostawiając nauczycielkę i poranionego ucznia samych.
  13. Akademia Dobra Stephanie i Lisa dotarły pod klasę Dobrych Uczynków jako jedne z ostatnich. W tłumie brakowało już tylko Aidana i Alana, choć żadna z nich nie zwróciła na to w tej chwili większej uwagi. W chwili w której w całym zamku rozległo się brzęczenie wróżek, drzwi do klasy dziekan Dovey magicznie się otworzyły, witając ich zachęcającym zapachem owoców i landrynek. Słodkie Sale Lekcyjne były prawie w całości wykonane ze słodyczy, a Lisa, widząc piernikowe ściany, marcepanowe ławki, czekoladowe zdobienia i parapety z galaretek, niemalże czuła, jak do ust napływa jej ślina. Kompletnie zignorowała tabliczkę, informującą o tym, że w klasach nie należy nic podjadać, że jest to próba woli i że od słodyczy tylko się tyje i natychmiast jak tylko zajęła miejsce w jednej z dwuosobowych ławek, zaczęła zeskrobywać lukier z najbliższej ściany. Stephanie zapewne zareagowałaby podobnie, gdyby nie to, że wciąż była w ciężkim szoku. Wchodząc do klasy przypadkiem wpadła na Constantine, która spojrzała na nią z odrazą, a od momentu, w którym usiadła obok Lisy, potrafiła tylko patrzeć się nieprzytomnie przed siebie. Dopiero, kiedy wszyscy zajęli miejsce i zaczęli obserwować wyczekująco puste biurko nauczycielki, odwróciła powoli głowę i zmarszczyła brwi. - Dlaczego wcześniej mi o tym nie powiedziałaś? Pomogłabym ci, poszłabym z tobą... - szepnęła tak, żeby nikt nie mógł ich usłyszeć. - Nie pozwoliłabym na to wtedy i nie zamierzam teraz - odpowiedziała Lisa, przeżuwając piernika i otrzepując sukienkę z okruszków. Wygadanie się Stephanie z jakiegoś powodu zadziałało na nią bardzo odstresowująco. Prawie w ogóle nie czuła już gniewu i strachu, jedynie pełne ekscytacji oczekiwanie i silną wolę do działania. - A Alan jakoś mógł pójść z tobą - odpowiedziała Stephanie, wydrapując landrynkę z ławki. Lisa nieco zdziwiła się, słysząc, że jej współlokatorka nie brzmi nerwowo lub niepewnie, tylko raczej... marudnie. Poczuła niebezpieczne ciepło w sercu, gdy uświadomiła sobie, że Stephanie jest dokładnie taka jak ona. Nie obchodzi ją, jak groźne będzie to, co ma do zrobienia, byleby była to przygoda z przyjaciółmi. Problem jednak w tym, że dla Lisy to nie mogła być przygoda, tylko ważna misja, jedyna szansa na powrót do domu. No i Stephanie nie była jej przyjaciółką. - Wcale go o to nie prosiłam - odpowiedziała spokojnie. - Przecież ci opowiadałam, że to wszystko to był jeden wielki przypadek. - To umówmy się tak, że ja przypadkiem pójdę za tobą, okej? - Stephanie, przecież już ci to mówiłam - Lisa westchnęła. - Nie chcę, żebyś szła ze mną. I tak jesteś na słabej pozycji, nie możesz jeszcze do tego łamać wszystkich zasad szkolnego regulaminu. Tu chodzi o twoje bezpieczeństwo. Poza tym, co zrobisz potem? Przecież nie wrócisz ze mną do Gawaldonu, a ja nie zostawię cię samej w Akademii Zła. Ty masz swoją rodzinę w Puszczy i musisz zadbać o to, żeby do niej wrócić. Stephanie zacisnęła usta, ewidentnie zamierzając nadal się spierać. Lisa nagle zaczęła zastanawiać się, czy to właśnie tak czują się ludzie, którzy próbują ją do czegoś przekonać, a ona oczywiście jak zawsze trwa przy swoim, uparta jak osioł. - Mówisz, że nie zostawiłabyś mnie samej w Akademii Zła i równocześnie oczekujesz ode mnie tego samego wobec ciebie - sarknęła gniewnie, całkowicie ignorując jej pozostałe argumenty. - Nie będę tam sama, tylko z przyjaciółką - odpowiedziała Lisa, czując, że powoli traci cierpliwość. - Słuchaj, nie mam nic do Adelii, ale na Ceremonii wcale nie wyglądała na kogoś wyjątkowo dzielnego. No dobra, tutaj Lisa nie zamierzała zaprzeczać. Ale przecież zawsze tak było, prawda? Adelia była słabsza i delikatniejsza, więc Lisa jako dobra przyjaciółka powinna ją chronić i to właśnie zamierzała czynić. - No dobra. Ale i tak, wczoraj jakoś sobie poradziłam. - Był z tobą Alan. - To nie była jego zasługa! - odpowiedziała nieco głośniej. Vivienne i Lucinda odwróciły się, żeby rzucić im krótkie, niezbyt przyjemne spojrzenia. Lisa zmusiła się do tego, żeby znów ściszyć głos. - Naprawdę miło, że poszedł razem ze mną, ale poradziłabym sobie też bez niego. Nie potrzebuję księcia, żeby mnie ochraniał, okej? - dodała nieco urażonym tonem. Stephanie uniosła wysoko brwi i pokręciła głową. - Wcale nie powiedziałam, że potrzebujesz. Na dłuższą chwilę zapadła pomiędzy nimi cisza, którą przerwała dopiero Lisa, dla podkreślenia swoich słów chwytając współlokatorkę za ramię. - Słuchaj, naprawdę chcę twojej pomocy. Ułożymy razem plan i w ogóle. Ale obiecaj mi, że nie będziesz szła za mną, bo wtedy na pewno mi się nie uda. Będę rozdarta, bo będę się martwić równocześnie o ciebie i o Adelię. - To dlatego wczoraj nie uciekłaś? Bo martwiłaś się o Alana? - zapytała szeptem Stephanie, a Lisa poczuła jak jakaś nieokreślona, silna emocja ściska jej gardło. Pokręciła jedynie głową, ze zbolałą miną, mając nadzieję, że współlokatorka nie będzie jej dalej wypytywać. Nie miała pojęcia dlaczego, ale wciąż nie powiedziała jej o tym, że Alan chciał uciec razem z nią. Być może bała się, że przez to przyjdą jej do głowy jakieś głupie pomysły. Stephanie na szczęście zrozumiała jej cichą prośbę. - No dobra, ale chyba wiesz, że o mnie nie będziesz musiała się martwić, dam sobie radę... - Stephanie - wyjęczała Lisa zrezygnowanym głosem. - Okej, okej. Ale ja wciąż uważam, że to głupi pomysł. Jak niby miałabyś sobie potem poradzić w Puszczy? Wiesz w ogóle w którą stronę trzeba iść, żeby dotrzeć do Gawaldonu? Lisa, Puszcza naprawdę jest bezkresna, a w nocy... - Jakoś sobie poradzę - ucięła szybko dziewczyna, akurat wtedy, kiedy drzwi za biurkiem nauczycielskim otworzyły się i do środka weszła profesor Dovey. Obydwie zamilkły, chociaż Stephanie wciąż kręciła sceptycznie głową, nawet kiedy wstała razem z wszystkimi, żeby przywitać panią dziekan. Kiedy jednak z powrotem zajęły miejsca, Lisa poczuła, że dziwne, nieprzyjemne uczucie w brzuchu, które starała się ignorować w trakcie rozmowy, znacznie się wzmogło, przeobrażając w nudności. Najpewniej chodziło o to małe kłamstewko, które powiedziała Stephanie i w które sama tak bardzo starała się wierzyć. Prawda była jednak inna. Gdyby nie wsparcie Alana ostatniej nocy, jego rozsądek i szybkie reakcje, to na pewno szybko by ich zdemaskowali. Być może właśnie dlatego tak bardzo upierała się przy tym, by tym razem spróbować ucieczki samotnie. Być może chciała udowodnić sobie samej, że naprawdę nie potrzebuje księcia, który by ją ochraniał. Humor Sophie musiał być w tej chwili równie zły, jak humor Lisy. Chociaż prawdopodobnie nie zamierzała tego nikomu ukazać, Edward przyglądał jej się bacznie od momentu, w którym pojawiła się pod klasą profesor Dovey. Oczywiście szybko została wciągnięta w towarzystwo Vivienne, Lucindy, Abraxasa i innych uczniów o lepszej reputacji, jednakże żadne z nich prawdopodobnie nie zainteresowałoby się jej problemami, nawet, gdyby mieli szansę zauważyć, że coś rzeczywiście jest na rzeczy. Tylko Edward delikatnie złapał ją za rękę, kiedy pozostali uczniowie wchodzili już do słodkiego, zrobionego ze słodyczy pomieszczenia. Chociaż zachował odpowiedni, taktowny dystans, nadal nie puszczał jej delikatnej dłoni. - Wszystko w porządku, Sophie? Jeżeli coś cię trapi, możemy o tym porozmawiać po tej lekcji - uśmiechnął się czarująco i lekko ucałował kostki jej palców, zaraz potem kierując się w stronę klasy i elegancko przepuszczając ją w drzwiach. Nie usiadł jednak razem z nią, zamiast tego dołączając do pozostałych książąt i zajmując miejsce obok Abraxasa, z którym najwyraźniej wiązała go jakaś forma przyjaźni. Sądząc po tym jak swobodnie zachowywali się we własnym towarzystwie, najwyraźniej musieli znać się już przed Akademią. Jednak kiedy Sophie wybrała jedną z ostatnich pustych ławek, nie zdążyła nawet dobrze ułożyć torby, a już dosiadła się do niej Emeralda, poprawiając swoje bujne, blond loki i spoglądając na nią z uśmiechem, któremu daleko było do realnej uprzejmości. - Witaj, Sophie - powiedziała wyraźnie sztucznym, miłym głosem i uniosła lekko brodę, nie patrząc na nią, tylko na podręcznik, który właśnie układała na blacie biurka. Jej dłonie nie były tak delikatne jak dłonie księżniczki ze Śnieżnych Wzgórz, co więcej, pod kciukiem można było dostrzec nawet bladą, cienką bliznę. Na pewno nie pojawiła się ona tam jednak z powodu ciężkiej pracy, zaprzeczały temu zdrowe, obcięte w idealny migdałek paznokcie, starannie pomalowane jasnoniebieskim lakierem. - Chyba nie miałyśmy jeszcze okazać w spokoju porozmawiać, prawda? - zadała ciche pytanie, wyrównując dopiero co wyciągnięte z torby pióro. Nie dała Sophie w żaden sposób odpowiedzieć, bo nagle odwróciła głowę w jej stronę i wbiła w nią spojrzenie pełne niechęci i irytacji. - Zdajesz sobie sprawę, że książę Edward interesuje się tobą tylko i wyłącznie dlatego, że wyglądasz dokładnie jak jego matka w młodości, prawda? - w końcu przeszła do tego, o co najwyraźniej chodziło jej od początku - Tak. Moja mama ma zdjęcie Letycji, Śnieżki. Odwiedziła Świetlistą Wieżę zaraz po zakończeniu swojej baśni, już jako królowa. Chciała zwiedzić trochę Puszczy, a nasz dom jest przecież bardzo wyjątkowym przysiółkiem zawszan - w jej głos wkradła się satysfakcja. - Widziałam ją na tym zdjęciu wiele razy. Wyglądacie niemal identycznie. Porównanie do kobiety uznawanej za najpiękniejszą w Puszczy mogło być odebrane jako komplement, ale w głosie Emeraldy wyraźnie dało się wyczuć, że tak naprawdę wcale nim nie było. Na chwilę wzrok blondynki powędrował na drugą stronę klasy, gdzie Edward rozmawiał właśnie z Abraxasem. Ciemnowłosy, blady chłopiec, tak przystojny, tak czarujący, kiedy śmiał się cicho z jakiejś anegdoty opowiedzianej przez przyjaciela. Potem znów spojrzała na Sophie, uśmiechając się nieprzyjemnie. - Nawet nie zauważysz, kiedy się tobą znudzi. Parę chwil później otworzyły się drzwi za biurkiem nauczycielki i wszyscy wstali, by należycie ją powitać. Mimo że Aidan i Alan spieszyli się, żeby dotrzeć na lekcję o czasie i tak byli już wyraźnie spóźnieni. Chłopak z Nottingham wydawał się tym jednak nieszczególnie przejmować, zamiast tego rzucając swojemu współlokatorowi spojrzenia pełne strachu i niedowierzania. - Mówisz o Sophie, tak? - zapytał dla pewności, drapiąc się po nieco spiczastym, piegowatym nosie. - Czyli ona naprawdę zobaczyła coś na tamtym obrazie? - w jego głosie dało się usłyszeć napięcie. Nie mieli jednak czasu na zbyt długą rozmowę, ponieważ chwilę później byli już pod klasą w wieży Honor, której drzwi były teraz zamknięte i nikt pod nimi nie stał. - Kurde, naprawdę się spóźniliśmy - wymruczał Aidan i ostrożnie zapukał, zanim weszli do środka. Od wejścia uderzył ich zapach pierniczków, czekolady i innych słodkości i dopiero po dłuższej chwili, po tym jak minął pierwszy szok, zauważyli dziekan, która co prawda sama dopiero co weszła do klasy, ale i tak wpatrywała się w nich z nieznacznie zmarszczonymi brwiami, najwyraźniej zawiedziona tym, że spóźnili się na pierwszą lekcję Dobrych Uczynków w tym roku. - Prz...przepraszam - wydukał cicho Aidan, starając się zignorować to, że prawie wszyscy teraz na nich patrzyli, a potem usiadł razem z Alanem w ostatniej wolnej ławce, która stała na samym końcu, zaraz przy drzwiach. Kiedy zauważył, że także Stephanie odwróciła się i wpatrywała w niego nieco nieprzytomnym wzrokiem, pomachał jej i uśmiechnął się nieśmiało. Ona jednak odwróciła się, jakby w ogóle tego nie zauważyła, a potem szepnęła coś do Lisy. Aidan wyglądał na naprawdę tym dotkniętego i spuścił ponuro głowę, skrobiąc paznokciami po ławce. - Tam było napisane, że nie można nic tu podjadać, ale jak wezmę sobie jedną landrynkę to chyba nic się nie stanie, co? - zapytał Alana ponuro, próbując niemrawo wyciągnąć kolorowego cukierka W tym czasie Stephanie nachyliła się do Lisy, żeby szepnąć jej do ucha z wyraźną ulgą: - Już się zaczynałam bać, że w ogóle nie przyjdą. Ruda dziewczyna skinęła głową, bo sama również o tym myślała. W pewnym momencie w jej umyśle pojawił się nawet pomysł, że być może Alan był na nią tak zły, że nie chciał jej w tej chwili w ogóle oglądać, co oczywiście tak, czy owak byłoby totalną bzdurą. - Aidan ci pomachał - odpowiedziała Lisa równie cicho, brzmiąc na nieco zaskoczoną tym, że Stephanie nie zareagowała. - Naprawdę? Kurde, nie zauważyłam - dziewczyna odwróciła się szybko, ale Aidan wpatrywał się teraz ponuro w ławkę i najwyraźniej nie zamierzał znów popatrzeć w ich stronę. Stephanie zmarszczyła brwi, a potem westchnęła ciężko i spojrzała na landrynkę, którą przed chwilą w końcu udało jej się odczepić od marcepanowej ławki. - Tam była tabliczka, że niby nie można tu nic jeść. Co za głupota. Nic się chyba nie stanie, jak sobie wezmę jedną landrynkę, nie? - szepnęła nieco ponuro, a Lisa, która właśnie wgryzła się w kolejny kawałek piernika, który odczepiła od ściany, wzruszyła lekko ramionami.
  14. Akademia Zła Następną lekcją według planu miało być Szkolenie Sługusów, które odbywało się na samym szczycie wieży Szkoda, a dokładniej w dzwonnicy. Adelia wspinała się bardzo powoli po zniszczonych, kamiennych stopniach, co parę chwil szturchana przez przepychających się do przodu uczniów. Drobna dziewczyna wydawała się jednak nie zauważać tego, że ciągle wpada na osmaloną ścianę, jeszcze bardziej brudząc i tak okropnie zaniedbany nigdziarski mundurek. Wkrótce na klatce schodowej zapadła całkowita cisza i mogła tylko się domyślać, że wszyscy zdążyli już dojść na samą górę, czyniąc z niej ostatnią, która pojawi się na lekcji. Z jakiegoś powodu nie była jednak w stanie zmusić się do przejmowania tym. Mimo mozolnego kroku zdążyła już złapać zadyszkę i nieco się spocić, momentami nawet się potykała. W jej głowie kłębiły się dziesiątki myśli, co było dla niej normalne od momentu trafienia do strasznego zamku, jednakże tym razem jedna z nich wyraźnie przebijała się ponad wszystkie, kreując problem, którym należało zająć się teraz, dokładnie w tym miejscu i czasie. Nie mogę dostać po raz trzeci ostatniego miejsca. Drżąc na całym ciele stanęła w końcu pod drewnianymi drzwiami, barierą oddzielającą ją od lekcji, która mogła stać się jej ostatnimi chwilami przed... nadal nie miała pojęcia czym. Mimowolnie potarła policzek, wciąż zaczerwieniony od uderzenia ponurej nigdziarki. Co naprawdę dziwne - od tamtego momentu nie uroniła ani jednej łzy. Przełknęła sucho ślinę i nacisnęła klamkę. Rzeczywiście, w dzwonnicy znajdowali się już wszyscy pozostali uczniowie. Nie było tu miejsc siedzących, więc każdy stał, samotnie lub w niewielkiej grupce, obserwując z ostrożnością nauczyciela. Tym razem był nim potężny, czarny pies z wyjątkowo gniewnym wyrazem pyska. Jak mogli zapamiętać z Ceremonii Przydziału - Kastor. Adelia zadrżała lekko, kiedy skierował swoje wściekłe spojrzenie prosto na nią, śledząc ją wzrokiem, jak zamykała drzwi i cicho przemykała w najdalsze, najbardziej odosobnione miejsce w pomieszczeniu. Jeśli można było w ogóle nazwać to pomieszczeniem. W okrągłej, przykrytej strzelistym dachem dzwonnicy nie było bowiem nic poza kurzem, pleśnią i wielkim, przerdzewiałym dzwonem, który chyba już nawet nie działał. Nie było tutaj ścian ani szyb, jedynie ciemne, popękane kolumny oraz niezbyt wysokie barierki, jedyna ochrona przed śmiertelnym upadkiem. Chyba właśnie to podobieństwo do ogrodowej altany sprawiało, że chłodny wiatr tak swobodnie hulał pomiędzy uczniami, ciągnąc za ich tuniki i zostawiając gęsią skórkę na karkach. Sporo osób owinęło wokół siebie ramiona, zupełnie tak jak w lodowej klasie Lady Lesso, inni z determinacją wytrzymywali chłód, mając na twarzach wymalowane sztuczne wyrazy obojętności. - Czy to już wszyscy? - warknął nauczyciel, a kiedy kilka osób skinęło głowami, kontynuował - Świetnie. Zasady zajęć w skrócie: dopóki nie zostaniecie podzieleni na specjalizacje będziecie uczyć się tutaj jak poskramiać zwierzęta i magiczne stworzenia, podporządkowując je swojej woli i wykorzystując do własnych celów. Lojalny, mocny sługa to podstawa, jeśli chce się zwyciężyć w swojej baśni - Thomas z pewnością mógł zauważyć pełen satysfakcji uśmieszek na twarzy stojącej wraz ze swoimi współlokatorkami Elviry, mimo że blondynka wcale nie patrzyła w jego stronę. - Jeśli natomiast chodzi o tych, którzy sami sługami zostaną: potężny, inteligentny pan jest waszym kluczem do przetrwania. Lepiej więc dla was, żebyście słuchali uważnie i nieustannie ćwiczyli. Zanim przejdziemy do prawdziwych treningów, sprawdzę dzisiaj waszą siłę wolę, pewność i samokontrolę, ponieważ właśnie to będzie w przypadku tych zajęć rzeczą najważniejszą. Kastor miał bardzo głośny, warkliwy i napastliwy głos, który skutecznie zagłuszał wiejący wiatr, każdy był więc w stanie go dokładnie usłyszeć, do tego najwyraźniej szybko przechodził do konkretów, zamiast skupiać się na zbędnej gadaninie. Adelia skuliła się za jedną z kolumn, szukając takiego miejsca w którym chłód nie byłby tak dotkliwy, natomiast Elvira bezceremonialnie zasłoniła się sylwetkami Walburgi i Kim, którym szarpiący włosy wiatr wydawał się najwyraźniej nieszczególnie przeszkadzać. W tej chwili wszyscy, łącznie z Adelią, która powiedziała sobie, że tym razem nie ma wejścia i musi dać z siebie wszystko, wpatrywali się w Kastora, który nagle przerwał i usiadł na tylnych łapach, błyskając zębami w ostrym, niepokojącym uśmiechu. Zanim ktokolwiek zdążyłby zapytać na co tak właściwie czekają, w oddali rozległ się piskliwy, zwierzęcy ryk, zmieszany z jakimiś chrapliwymi krzykami. Choć na początku można było pomyśleć, że są one zabarwione strachem, to wrażenie natychmiast zmieniło się, gdy zastąpił je niski śmiech. Scarlett szturchnęła Savę, pokazując jej jakiś punkt, zbliżający się do dzwonnicy, Sava natychmiast szturchnęła Alarica i chwilę później wszyscy wskazywali już na niego palcami. Dziwne stworzenie wleciało do dzwonnicy, lądując obok nauczyciela. Szybko okazało się, że była to spora, pokryta lśniącymi łuskami, latająca jaszczurka z której grzbietu właśnie zeskakiwał ciemnozielony, karłowaty demon, którego niektórzy mogli kojarzyć jako Kreela, pomocnika nauczycieli w Akademii Zła. - Silna, sprytna bestia, jak sobie życzono - stwierdził Kreel nieco gburowatym tonem, a potem podleciał do góry, żeby przysiąść na drewnianej belce od dzwonu i obserwować ich ze złośliwym uśmiechem. Większość uczniów i tak tego jednak nie zauważyła, ponieważ prawie nikt nie mógł oderwać wzroku od jaszczurowatego stworzenia, które właśnie złożyło skrzydła i gniewnie sapnęło. - To smok? - pisnął Navin, cofając się nieco do tyłu. - Wywerna - odpowiedzieli równocześnie Raver, Judith i Eudon, rzucając sobie potem krótkie, niechętne spojrzenia. Kastor uśmiechnął się ponuro, znów ściągając na siebie ich uwagę. - Dokładnie. Wywerny są o wiele mniej inteligentne i potężne od smoków, ale to sprawia, że łatwiej je poskromić. Nie są też tak kapryśne jak one. Ten okaz tym bardziej nie powinien sprawić wam problemu, ponieważ jest wciąż bardzo młody. Tak naprawdę jedyną rzeczą, której potrzebujecie, by na nim latać, jest siła woli i brak strachu. Stworzenie to wyczuje i podporządkuje się wam. Uczniowie słuchali go z uwagą, niektórzy marszczyli brwi i kiwali głowami. Jednak dopiero po kilku sekundach najwyraźniej dotarł do nich pełny sens jego słów. - Zaraz, zaraz... latać?! - wykrzyknął Hadrion, unosząc obie ręce do góry. - TAK, LATAĆ! - wrzasnął Kastor tonem przypominającym ten, którego często używał na Ceremonii Powitalnej. Hadrion skrzywił się. - Każde z was będzie miało za zadanie podlecieć na wywernie do wieży Występek... - wskazał na nią łapą. - ...okrążyć ją i wrócić tutaj. Wasza ocena zależeć będzie od tego jak szybko i sprawnie to zrobicie, na ile będzie w stanie zapanować nad tym stworzeniem, no i oczywiście najważniejsze... czy to właśnie na nim wrócicie z powrotem - Kastor uśmiechnął się ponuro. Wielu uczniów przełknęło ślinę i cofnęło się bardziej do tyłu. Adelia schowała twarz w dłoniach i z niedowierzaniem spoglądała na wywernę spomiędzy palców. Nawet Elvira, choć wciąż stała dość blisko Kastora i nie próbowała chować się za innymi, była jakby bledsza niż zwykle i wpatrywała się w nagle tak odległą wieżę Występek, jakby z jakiegoś powodu wybitnie nie spodobało jej się przydzielone im zadanie. Kastor zbliżył się do wywerny, która rozłożyła skrzydła i wrzasnęła przenikliwie, całkowicie obojętna na niepokój otaczających ją uczniów. Nauczyciel spojrzał na nią z zadowoleniem. - Pamiętajcie o tym, że to wy powinniście mieć władzę nad nią, a nie na odwrót. Nie możecie się bać, to słabość, wobec której takie stworzenie będzie bezlitosne. Pewność siebie i pełna kontrola, to jest najważniejsze. Jeśli zacznie się buntować lub zbaczać z kursu musicie bardzo dobitnie pokazać jej, że nie zamierzacie ustępować. Nie nadużywajcie jednak agresji. Zmuszanie siłą zawsze powinniście traktować jako ostatnią opcję, ponieważ wywerny, nawet jeśli nie są tak dumne jak smoki, wciąż mogą zareagować zawistnie. No to kto idzie pierwszy? - zapytał Kastor, ale nikt się specjalnie nie kwapił do tego, żeby wyjść na środek. Jaszczuropodobne stworzenie spoglądało na nich w taki sposób, jakby wcale nie zamierzało im ułatwiać tego i tak ryzykownego zadania. - A jeśli ktoś spadnie? - Vin zadał w końcu dręczące wszystkich pytanie, jednak Kastor całkowicie go zignorował. - Podejdź tu i powiedz jak masz na imię - potężny, czarny pies zwrócił się do stojącej najbliżej Elviry, która zamrugała szybko i z bardzo napiętym uśmiechem wystąpiła kilka kroków do przodu. Szczupła blondynka wydawała się być chyba nawet jeszcze bardziej wystraszona niż większość uczniów, tak przynajmniej można było wywnioskować po jej zaciśniętych pięściach i nieznacznie drżących kolanach.
  15. Akademia Dobra Lisa wciąż jeszcze nie uspokoiła się do końca, kiedy Alan minął ją bez słowa i razem ze swoją kuzynką ruszył w głąb Galerii Dobra. Gdy jednak ich kroki całkiem ucichły w bocznym skrzydle, wokół niej zapadła ogłuszająca wręcz cisza. Każdy wpatrywał się w nią w milczeniu i z niepokojem, nawet Stephanie. - Ty... chyba nie mówiłaś poważnie o tym Dyrektorze, co? - zapytała cicho, ale Lisa jedynie przyłożyła rękę do czoła i pokręciła szybko głową. Łatwo było zauważyć, że nie było to zaprzeczenie, a milcząca prośba o danie jej chwili na myślenie. Wzięła parę głębszych oddechów, rozluźniła zaciśnięte pięści i uświadomiła sobie jak to wszystko musiało wyglądać. Darła się na ludzi, którzy chcieli jej tylko pomóc, a potem obraziła Sophie, która, choć można o niej powiedzieć wiele niezbyt dobrych rzeczy, w tej chwili nic jej jednak nie zrobiła. Tak na dobrą sprawę po prostu wyładowała na nich własny gniew, strach i niepewność. Nic dziwnego, że patrzyli na nią teraz tak ponuro, a Alan w ogóle się do niej nie odezwał, tylko sobie poszedł. Nagle poczuła, że opuszcza ją cała rozpierająca ją chwilę temu energia, a w gardle formuje się wielka gula. - Przepraszam - powiedziała cicho. - Nie... - zaczął natychmiast Aidan, ale Lisa przerwała mu, powtarzając nieco głośniej: - Przepraszam. Myślę, że najlepiej będzie, jeśli już sobie pójdę. Nie czekając na ich odpowiedź, odwróciła się i wyszła z Galerii Dobra. Wcale nie zdziwiło ją to, że nie zdążyła jeszcze nawet dobrze dotrzeć do Holu, a już dobiegła do niej Stephanie, łapiąc ją lekko za ramię. - Zaczekaj - wydyszała, a Lisa zatrzymała się z rezygnacją, unikając jej wzroku. W głowie dziewczyny ciągle kotłowało się to, że niektórzy w tej Akademii naprawdę byli dla niej życzliwi, a ona odpłacała im się obelgami i wrzaskami. Odczuwała coraz większe poczucie winy, chociaż przecież miała zamiar stąd uciec i nigdy więcej tych ludzi nie spotkać. Nie powinna zastanawiać się nad tym, czy robi im w ten sposób przykrość, kiedy przecież miała prawo pragnąć powrotu do domu. Została porwana od mamy, taty, Nathana... Myśl o małym braciszku, jego rudych loczkach i zielonych oczach natychmiast podniosła ją lekko na duchu. Spojrzała na Stephanie, zmuszając się do słabego uśmiechu. No cóż, to jednak nie oznaczało, że powinna rozstać się z nimi w niezgodzie. Musiała jeszcze przed ucieczką znaleźć czas na to, żeby wszystkich przeprosić. Nawet Sophie. - Stephanie, naprawdę cię przepraszam za ten wybuch. Wiem, że to nie wasza... - Oj dobra, ja tam wcale nie jestem zła ani smutna. Miałaś prawo się wkurzyć, a to co mówiłaś o Sophie... - zagryzła wargę. - ...no nie powiem, żeby nie było prawdą, ale są lepsze momenty i okoliczności w których można coś takiego wytknąć. Myślę, że... - Powinnam ją przeprosić. Tak, ja też tak myślę - przerwała jej Lisa. W oddali rozległo się brzęczenie wróżek, symbolizujące początek kolejnej lekcji, więc przyspieszyły, kierując się na schody wieży Honor. - Następna lekcja to Dobre Uczynki. Mam nadzieję, że będzie znośna, dziekan Dovey w każdym razie nie wydawała się taka zła - stwierdziła pogodnie Stephanie, a Lisa już poczuła ulgę na myśl o tym, że współlokatorka najwyraźniej nie zamierza nawiązywać do tego co ujrzeli i usłyszeli w Galerii Dobra. Jednak jej następne, o wiele bardziej poważne słowa szybko sprowadziły ją na ziemię. - Lisa, ale tak szczerze, to ja naprawdę myślę, że nie powinnaś próbować włamywać się do Wieży Dyrektora albo do Akademii Zła. Dobrze wiesz, jak niebezpieczne by to było. Ruda dziewczyna nie była w stanie powstrzymać cichego parsknięcia. Kiedy zauważyła pytające spojrzenie Stephanie, w jej głowie zrodził się pewien pomysł. Nawet jeśli Alan będzie jeszcze w ogóle chciał jej w jakikolwiek sposób pomagać, co było wątpliwe, to nie zamierzała po raz kolejny nadużywać jego szlachetności. Każda wskazówka w tej sytuacji byłaby jednak na wagę złota, a Stephanie wydawała się sporo wiedzieć o Akademii od swojej mamy. Wbiła uważne spojrzenie w twarz współlokatorki, która jak do tej pory wydawała się być przecież osobą bardzo szczerą, pomocną i... godną zaufania. ___ Po jakimś czasie Galerię Dobra opuścili także Magdalene i Damien, prawie równocześnie mówiąc o tym, że powinni już skierować się na następną lekcję. Choć nadal dało się wyczuć pomiędzy nimi dziwne napięcie, wychodząc wymieniali się cichymi uwagami, najwyraźniej próbując na własną rękę domyślić się, co mógł oznaczać ostatni obraz Sadera. Aidan został sam w głównym holu Galerii i cisza wkrótce zaczęła stawać się dla niego nieco zbyt przytłaczająca. Przez chwilę nawet zastanawiał się, czy również nie pójść już do klasy, ale naprawdę polubił Alana i chciał na niego zaczekać. Domyślał się, że chłopak i tak będzie zdziwiony, kiedy zobaczy ile osób zdążyło już wyjść. Lisa, przede wszystkim. Pamiętał jej wyraz twarzy i szybko odgadł, że dziewczynie musiało zrobić się przykro z powodu tego wszystkiego. Sam nie miał jej za złe napadu złości, bo doskonale go rozumiał. To zresztą miał zamiar jej powiedzieć, zanim mu przerwała. Westchnął cicho i podrapał się po czole. No to teraz nieźle się sprawy pokomplikowały. Niedługo później wróciła Sophie, a zaraz za nią Alan. Aidan nie zdecydował się odezwać do księżniczki, nie tylko dlatego, że wyraźnie się spieszyła. Chodziło również o to, że w pewnym sensie go onieśmielała, bo zdawał sobie sprawę, że jest jedną z tych, która nie widzi go jako kogoś więcej niż zwykłego parobka, przedstawiciela plebsu. To naprawdę zaskakujące jak dwie osoby w rodzinie mogły być tak różne. Zwrócił się zamiast tego do Alana, mając przy tym trochę niezręczny wyraz twarzy i co chwilę opuszczając wzrok na swoje splecione palce. - Wszyscy już poszli, bo za chwilę zacznie się lekcja. Lisa wyszła jako pierwsza... wydawała się trochę smutna. W każdym razie mówiła coś o tym, że ma zamiar dostać się do Dyrektora, ale to pewnie tylko takie gadanie pod wpływem emocji, nie? No i przepraszała, sam wiesz za co. Chciałem jej powiedzieć, że nie musi, ale nie zdążyłem. Trochę dziwna sytuacja wyszła, nie? - wzruszył powoli ramionami. - My chyba też powinniśmy iść. No i... jak myślisz, co oznaczają te obrazy? W sensie, skoro to prawdziwy Świat Czytelników i profesor Sader jakby trochę przewidywał przyszłość... to ta scena z ostatniego... - zazwyczaj tak bardzo gadatliwy Aidan w tej chwili wydawał się mieć problem z wyrzuceniem z siebie tych kilku ostatnich słów. - ...może się kiedyś wydarzyć?