Jump to content

Strona Główna  |  Ogłoszenia  |  Lista Fanfików  |  Fanpage  |  Feedback
Sign in to follow this  
Zegarmistrz

Arena X - Nightmare vs S443556 [zakończony]

Arena X  

7 members have voted

  1. 1. Kto popisał się większą mocą w tym starciu?

    • Nightmare
      1
    • S443556 (Lamoka)
      6


Recommended Posts

Coraz mnie słońca i coraz dłuższe cienie. Alexsuz pstryknął palcami i arenę rozświetliły magiczne lampy.

Capture.JPG

- Tym razem droga publiczności, pragnę zwrócić  waszą uwagę na to iż oboje z walczących to jednostki nieznane naszej arenie. Lecz niech to was nie zniechęca, wszak czasami warto ostawić na czarnego konia w tych zawodach. W lewym narożniku, gdyby takowy istniał na arenie, wystąpi Nightmare, nieznana z pochodzenia klacz która uwielbia antagonistkę Chrysalis. Brrr. Zaś naprzeciw niej stanie jeszcze większa niewiadoma naszego turnieju. O tej jednostce wiemy bowiem tylko tyle iż pochodzi z Końca Świata. Zaś imię tego tworu to Lamoka!

Edited by Hoffman

Share this post


Link to post
Share on other sites

 Jedne z drzwi prowadzących na arenę uchyliły się nieznacznie. Czy to wiatr? Czy to duchy? A może to Pani Józia, mizofobiczna sprzątaczka, usiłuje przy pomocy wykradniętego z biblioteki zwoju niewidzialności zakraść się na niedoszłe pole bitwy, by w ostatniej chwili stoczyć jeszcze jedną, dramatyczną walkę z pozostałą po ostatnim pojedynku plamą jakiegoś magicznego, opierającego się wszelkim środkom czystości tatałajstwa na okalającym arenę murze?

 Nie, to tylko jeden z zawodników z trudem przeciska się na swoją pozycję startową, napierając na ciężkie drzwiska całą mocą swych chudych ramion. Po dłuższej chwili staje na placu boju, prezentując się widowni w całej swej okazałości - od czubka zwieńczonej szopą kędzierzawych włosów głowy, przez osadzone na lekko zadartym nosie okulary w kościanej oprawce i zakrywający większość ciała brunatny płaszcz aż po stopy w zabłoconych i podartych butach. Ci z widzów, którzy wyposażyli się w naprawdę dobre lornetki lub czary wyostrzające wzrok mogą też dostrzec kilkanaście dłuższych włosków na podbródku i policzkach maga. Przy dobrym oświetleniu mogłyby one zostać uznane za pierwsze, nieśmiałe "puk, puk, mogę wejść?" brody. W jednej ręce zawodnik trzyma długi posoch, przez ludzi mniej lubujących się w dziwnych słowach nazywany kosturem lub nawet - tfu! - laską, w drugiej zaś pałaszowaną łapczywie Królową Pieczywa, pospolicie zwaną bułką.

 Kolejna chwila przynosi ostatni, pośpieszny kęs cudownego tworu ludzkiej myśli piekarniczej i poważny atak zakrztuszenia. W końcu mag łapie oddech, ociera usta i podbródek rękawem płaszcza, z należytym szacunkiem strzepuje okruszki z kołnierza i schyla się, by dokładnie zawiązać swobodnie leżące na podłożu sznurówki. Co prawda zwykle nie zaprząta swojej kudłatej głowy tak przyziemnymi sprawami, ale dzisiejszy dzień jest wyjątkowy - w końcu już za chwilę ma się tutaj rozegrać pełen błysków, grzmotów i sensacji magiczny pojedynek, a raczej głupio byłoby przywitać się z gorącym piaskiem areny przy pierwszej próbie uniku - i to jeszcze przez coś tak trywialnego, jak brudny kawałek sznurka.

 W końcu czarodziej postanawia się wyprostować i zwrócić do publiczności.

Witajcie, moi drodzy! Znaczy, nie powiem, że jesteście mi wszyscy drodzy, bo niektórych z was nie znam, ale... w sumie to większości... eee... ale jednak mogę zaręczyć, że tego pięknego dnia, tu i teraz, będąc stuprocentowo trzeźwym czuję do was całkiem sporą dozę sympatii, i to absolutnie niespowodowaną chęcią pożyczenia kilku miedziaków na wysokoprocentowe napoje. Jestem Es Czterysta Czterdzieści Trzy Tysiące Pięćset Pięćdziesiąt Sześć spod znaku Pijanego Pasikonika, dla przyjaciół Scyfer lub Esiek, zapisany z powodu drobnego rozdwojenia osobowości jako Lamoka. Przyrzekam zrobić wszystko, co w mojej mocy, by zapewnić wam prawdziwie niezapomniane widowisko, tak mi dopomóż Najjaśniejsza Bułko!

 To powiedziawszy, wykonuje kilka zawiłych ruchów rękoma, po czym przykłada je na chwilę do ziemi. Piasek pod jego stopami zaczyna stopniowo ciemnieć, po chwili ma już barwę właściwą dla produktu ubocznego przemiany materii. Scyfer stoi teraz w centrum brązowego kręgu o promieniu dwóch metrów, a jego wzrok skierowany jest na przeciwległy koniec areny, gdzie wedle wszelkich prognoz powinna się pojawić jego przeciwniczka.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Zapowiedziana klacz o sierści w czarnej barwie najzwyczajniej zeskoczyła na arenę z rydwanu ciągniętego przez tysiące nietoperzy rasy Wampir. Na koniec rzuciła im kawał ociekającego krwią mięsa w ramach nagrody.

Night stanęła na jednym końcu areny, zdziwiona przedstawieniem jej postaci.

- Taaaa, nic o mnie nie wiadomo? Zaraz ty odejdziesz w niepamięć! - wrzasnęła, a kiedy osoba odpowiedzialna z tą zniewagę miała wyjść z areny, otoczyły ją maleńkie nietoperze, które wplątały się mu we włosy. Następnie Nightmare rozejrzała się po publiczności. W wielu oczach ujrzała satysfakcjonujący strach.

- No, no, no... Ktoś tutaj zmienia piach w łajno, jak widzę... Może chcesz się poczuć jak w domu? - zaśmiała się. Jej słowa miały zmotywować przeciwnika. W końcu nie chciała tak łatwo wygrać... Wysunęła kopyto, na którym po chwili przysiadł jeden z Wampirów.

Share this post


Link to post
Share on other sites

- Ej, to tylko tak wygląda! A co do mojego domu - zdecydowanie za mało tu karaluchów, bym mógł poczuć swojskie klimaty. I do najbliższej piekarni też jakoś daleko...

 Scyfer wypuścił z ręki posoch i zrobił trzy kroki w prawo, wychodząc tuż poza obszar brązowego piachu, a następnie wzniósł prawą rękę ku niebu, jednocześnie lewą przytrzymując pierwszą od góry klamrę spinającą płaszcz. Jeden z cumulusów wysoko na nieboskłonie skurczył się nagle do rozmiarów punktu i poszybował z ogromną prędkością w kierunku ziemi, by zawisnąć tuż nad prawą dłonią maga jako śnieżnobiała kula o średnicy najwyżej milimetra. Kudłaty zawodnik zamknął skompresowaną chmurę w uścisku chudej dłoni, wydając ją na pastwę niewidzialnych, skupionych magicznych sił.

 Po chwili otworzył pięść, wypuszczając na światło dzienne całą chmarę malutkich, ledwo dostrzegalnym gołym okiem przezroczystych kulek, które natychmiast zaczęły pikować w dół, tuż pod jego stopy. Tam połączyły się na chwilę z piaskiem, przybierając jego barwę. Po tym uniosły się znowu, by zająć pozycje w najróżniejszych miejscach areny, po czym z zawrotną prędkością i nieprzyjemnym piskiem pomknęły na Nightmare - całkiem jakby wystrzeliło do niej jednocześnie milion niewidzialnych, otaczających ją ze wszystkich stron strzelców. Zwłaszcza, że fizyczny kontakt z rozpędzoną kuleczką mógł skończyć się czymś znacznie gorszym niż tylko zadrapanie. W końcu utworzone były z wody, piasku i skoncentrowanej magii, która łączyła to wszystko w jednocześnie twardą i ostrą całość. Miały też jeszcze jedną zaletę, ale ta może okazać się przydatna dopiero później.

Edited by S443556

Share this post


Link to post
Share on other sites

- Ale nudy... - westchnęła. Wyszeptała kilka słów w innym języku, jakby mówiąc do nietoperza. Następnie wysunęła kopyto z Wampirem w stronę kulek-chmur. Dookoła niej i nietoperzy utworzyło się coś na kształt zasłony z cienia. Kulki odbiły się od niej i zmieniły kolor na czarny. W chwili, kiedy odbite wylądowały na ziemi, zmieniały się w pająki wielkości pięści człowieka. Wszystkie jak jeden ruszyły w stronę S443556.

- Magia cienia nie ma sobie równych... - powiedziała ze spokojem, a nietoperz na jej kopycie otarł się o jej policzek.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Scyfer cofnął się w przerażeniu. Odkąd sięgał pamięcią, jego reakcją na te ośmionożne paskudy zawsze był przeraźliwy wstręt i strach. Strach, który teraz nakazał mu przestać myśleć i pognać w stronę możliwie jak najbardziej oddaloną od nacierającej armii pająków. Nie było to jednak zbyt daleko, już po chwili ujrzał przed sobą solidny i całkowicie nieprzekraczalny mur areny.

 

Mówi się, że strach to słabość - i jest to prawda. Ale tylko do momentu, w którym przerażony człowiek nie ma już dokąd uciec.

 

Scyfer odwrócił się - i ujrzał nadciągającą jak nieunikniona fala powodzi czarną masę bezkręgowców, raz po raz uderzającą milionami cienkich odnóży w piach areny. Zagłuszone przed chwilą neurony i synapsy teraz zaczęły działać ze zdwojoną siłą, w mgnieniu oka odnotowując i łącząc ze sobą dwa fakty. Pierwszy był taki, że pędzące na niego ucieleśnienia abominacji były pierwotnie tworem jego własnej magii, teraz najwyraźniej zmieszanej i wypaczonej przez Magię Cienia. Drugim było spostrzeżenie, że goniąca za nim pajęcza szarża przemaszerowała przez całkiem spory kawałek areny, w tym także utworzony na samym początku walki okrąg brązowego piasku. Po zetknięciu z zasłoną cienia kuleczki zmieniły się w pająki - prosta logika mówiła więc, że musiały nasiąknąć magią Nightmare. Pułapka ukryta w kręgu tylko na to czekała - wychwyciła algorytm magii czarnego kucyka i zaczęła z wielką mocą przyciągać to, co było jej źródłem i największym skupiskiem, a więc samą zawodniczkę.

 

Scyfer nabrał powietrza w płuca i dmuchnął, wzmacniając wydech siłą magii. Wszystkie pająki, niesione iście huraganowym podmuchem, straciły kontakt z podłożem i poleciały w kierunku drugiego końca areny, a także przyciąganej do brązowego kręgu Nightmare. W tym momencie mag postanowił skorzystać z pierwszego faktu - pająki były wcześniej kuleczkami, a kuleczki były stworzone za pomocą JEGO magii. I chociaż nie miał już nad nimi władzy, wciąż mógł zrobić jeszcze jedno. Chwycił za najwyżej położoną klamrę płaszcza i poważnie zakłócił przepływ jego własnej energii magicznej we wszystkich pająkach. A to oznaczało miliony niesionych wiatrem magicznych eksplozji - i Nightmare sunącą im na spotkanie.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Night zwyczajnie machnęła kopytem w stronę przeciwnika. Z jej kopyta wyskoczyły mnóstwa czarnych cieni, które otoczyły ją i ochroniły przed wybuchami. Demony natychmiast po upewnieniu się, że nic nie zagraża ich pani, skoczyły w stronę koła. Gdy tylko wsiąknęły w piasek, stał się on zupełnie czarny, przestał przyciągać czarną klacz. Do tego Nightmare wyprostowała skrzydła i krzyknęła kilka słów w innym języku. Kilka nietoperzy, do tej pory siedzących na barierce odgradzającej trybuny od areny, wzniosło się w powietrze, gdzie uległy transformacji. Urosły tak, że mogłyby służyć za kucykowe wierzchowce. Wszystkie zawyły straszliwie i rzuciły się w stronę pożywienia, czyli czarownika.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Na trupio bladą twarz Scyfera powoli zaczęły wracać kolory życia. Był pewien, że po pająkach nie może go już spotkać nic gorszego - a nietoperze tylko umocniły go w tym przekonaniu. Miał w zanadrzu parę odpowiednich czarów na taką okazję. Ten, który został wybrany, wymagał jednak nieco czasu na przygotowanie, a wąpierze zbliżały się w podziwu godnym tempie.

 

Mag uśmiechnął się szeroko, co upodobniło go do upośledzonego szympansa po częściowej depilacji. Po raz kolejny wziął głęboki wdech i po raz kolejny wzmocnił siłę wydechu energią magiczna, tym razem jednak zupełnie innego rodzaju. Z jego ust, oprócz nie całkiem świeżego  powietrza, wydobyła się też zmasowana fala ultradźwięków - niesłyszalnych dla ludzkiego ucha, ale dla opartego na echolokacji zmysłu orientacji nietoperzy była to kluczowa sprawa. Ulubione zwierzaczki Batmana całkiem straciły rozum - większość zaczęła chaotycznie miotać się w powietrzu, parę wyrżnęło z hukiem w mur areny, jeden nawiązał bliższy kontakt z podłożem, wzbijając wielki tuman piachu. Na arenie zapanował harmider, a Scyfer zyskał czas niezbędny do rzucenia poważnego zaklęcia. Rozpiął trzy środkowe klamry płaszcza i szybkim ruchem sięgnął za pazuchę, wydobywając na światło dzienne małą buteleczkę jakiegoś ciemnego płynu. Na etykiecie drobnymi literami napisane było: "NATCHNIENIE MERLINA - CZARODZIEJSKA NALEWKA. Składniki: alkohol metylowy (50%), smocza ślina, ekstrakt z mandragory, pot strzygi, nektar z kwiatu paproci, flegma trolla, sok z żuka, coś jeszcze. Niewskazane dla kobiet w ciąży i dzieci. Produkt może zawierać śladowe ilości benzyny. PIJ ODPOWIEDZIALNIE - NIE CZARUJ PO ALKOHOLU". Mag odkorkował buteleczkę, a smród, który dotarł do jego nozdrzy, mógłby śmiało konkurować z aromatem spoconych żołnierskich stóp zaraz po zdjęciu z nich noszonych przez tydzień ostrego marszu butów. Gdy tylko nagły atak kaszlu minął, a łzy ciężkiego wzruszenia zostały otarte, mag przechylił ostrożnie buteleczkę i upił zaledwie drobny łyczek. To, czego doświadczyły przy tym jego język, przełyk i żołądek było nie do opisania - w każdym razie nie istniał trunek, który byłby bliższy definicji płynnego piekła niż Natchnienie Merlina. Kiedy tylko czarownik doszedł do siebie, starannie zakorkował buteleczkę, schował ją tam, skąd wziął i zapiął płaszcz. Jego chuch mógłby teraz zapewnić mu szacunek i poważanie wśród najstarszych, najbardziej szacownych mieszkańców kartonowych willi pod mostem.

 

Scyfer wykonał kilka skomplikowanych gestów, a w jego brzuchu coś zabulgotało potężnie. Mag splunął. Zanim jeszcze plwocina dotarła do ziemi, zaczęła pączkować i zmieniać swój kształt, tworząc w efekcie kilkanaście małych, ciemnych baniek. Bańki spadły powoli na arenę, odbiły się lekko, potoczyły kawałek dalej i tak stanęły, kołysząc się tylko z boku na bok. Scyfer wyprostował się, przyjmując pełną dumy i gracji i pozę, po czym wskazał palcem każdego nietoperza po kolei.

- Ahgrahö Vahäz - wychrypiał. Bańki wystrzeliły przed siebie jak stado miniaturowych kul armatnich i dotarły do swoich celów w czasie krótszym niż ten, jaki potrzebny jest młodemu poecie na dobranie rymu do słowa "spirytus", po drodze wykonując jeszcze, nie wiadomo dlaczego, różne podniebne akrobacje. Może były pijane?

 

Tak czy owak, zetknięcie z bańkami nie kończyło się dla nietoperzy przyjemnie. Twory Natchnienia Merlina wnikały głęboko w ich nozdrza i tam eksplodowały, wyzwalając salwy morderczego, niemożliwego do zniesienia smrodu, który w dodatku niósł ze sobą dawkę alkoholu tak stężoną i doprawioną dla pewności usypiającą magią, że pozbawiała przytomności każde żywe stworzenie na długi, długi czas.

 

Po wszystkim Scyfer znowu zaniósł się silnym kaszlem. Poczuł wyrzuty sumienia na myśl o gargantuicznym kacu, jakiego biedne nietoperki doświadczą po przebudzeniu, i doszedł do wniosku, że jednak pogrzebanie ich żywcem na czas pojedynku byłoby bardziej humanitarne. Poprzysiągł sobie solennie już nigdy więcej nie używać tego nader paskudnego zaklęcia, po czym pośpiesznie wyczarował wokół siebie prowizoryczną barierę w obawie przed następnym ruchem Nightmare.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Pegazica patrzyła w szoku na swoich ulubieńców padających na arenę. Jej pyszczek wykrzywił się w bezkresnej wściekłości. Stanęła dęba i uderzyła kopytami w piach. Od jej ciała odeszła czarna fala uderzeniowa, nie uszkadzająca jednak niczego. Lekko tylko potrząsnęła ziemią. Nie było to bezsensowne zaklęcie. Na całej arenie powstały kupki piasku, jakby coś próbowało wyjść na powierzchnię. Nagle przez jedną z nich przebiło się kopyto. Nie byle jakie kopyto. Bez skóry i mięsa, same kości. Przez resztę również zaczęły przebijać się kopyta szkieletów. w końcu całe potwory wydostały się na powierzchnię i nierównym krokiem ruszyły w stronę S443556. Ich puste oczodoły wpatrywały się w niego. Wciąż osypywała się z nich ziemia, która zbierała się na nich od lat.

 - To przegrani z tej areny. Niedługo do nich dołączysz! - krzyknęła z furią.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Kolejny atak kaszlu maga zaczął się dokładnie w tej samej chwili, w której ziemia zadrżała pod wpływem fali uderzeniowej Nightmare. W efekcie Scyfer nie zdołał utrzymać równowagi i runął jak długi, przy okazji niemalże dławiąc się na śmierć - i to samym tylko powietrzem. Czarownik nie uznał za celowe się podnosić, uniósł jedynie wzrok i spojrzał przez migotliwą zasłonę wyczarowanej uprzednio bariery, by ujrzeć to, co go czekało. A nie było to nic przyjemnego - oto maszerowała na niego horda martwych kucyków, będących podobno niegdyś zawodnikami na tej arenie. Ciekawe... po pierwsze, mag był pewien, że arena została wzniesiona nie tak dawno temu. Po drugie, że nie wszyscy magowie byli gadającymi kuniami... a może to kunie zawsze przegrywały? Tak czy owak, jego skromne doświadczenie życiowe mówiło, że z faktami - zwłaszcza takimi, które chcą zmiażdżyć ci czaszkę kopytami - się nie dyskutuje. Takie fakty należy niszczyć. Albo...

 

W mózgu Scyfera zapłonęło i zalśniło oślepiającym blaskiem dziewięć wielkich liter: "HUE HUE HUE". Po chwili jednak zgasły, kryjąc się w zakamarkach podświadomości, a ich miejsce zajęły szybko pracujące neuronowe trybiki, dźwignie i koła zębate. Czarodziej kalkulował szanse i profity, dopracowywał pomysł i obliczał ryzyko. Po chwili wszystko uformowało się w jednolitą całość, a machina myśli gładko przestawiła się z fazy "planowanie" na "realizacja". Magiczna bariera zniknęła w krótkim błysku. Scyfer, wciąż w pozycji leżącej, przyłożył dłonie do gruntu. Piach pod jego palcami zaczął gęstnieć, twardnieć i kleić się do siebie, by po chwili z nieprzyjemnym szarpnięciem oderwać się od reszty podłoża i poszybować w górę. Mag wstał dopiero wtedy, gdy jego lewitująca platforma z utwardzonego i sklejonego magią piachu wzniosła się na wysokość dziesięciu metrów. Rozpostarł szeroko ręce, co upodobniło go do kudłatego stracha na wróble. Powoli zgiął i rozprostował palce, obracając dłonie tak, by ich wewnętrzna strona skierowana była ku dołowi. Ziemia zadrżała raz jeszcze, tym razem dłużej, wydając przy tym głuchy i rozedrgany dźwięk, całkiem jakby Pramatce Gai zaburczało w brzuchu.

 

Potem - na krótką chwilę - zapanowała cisza.

 

A potem ceglasta wstęga gliny wystrzeliła w powietrze jak strumień lawy z nagle przebudzonego wulkanu, z donośnym hukiem rozsadzając i rozsypując piach wszędzie wokół w promieniu dwudziestu metrów. Szkielety w pobliżu centrum erupcji zostały odepchnięte lub obalone, niejednokrotnie gubiąc przy tym kość czy dwa. Niepowstrzymana, wściekle rozpędzona rzeka gliny pędziła dalej w górę, gdzie rozdzielała się na dziesiątki pomniejszych nurtów i stopniowo otaczała Scyfera ze wszystkich stron, tworząc grubą ochronną sferę. Tymczasem lewitująca platforma zaczęła się kruszyć, począwszy od brzegów. Każde ziarenko piasku odrywało się od reszty i zaczynało swobodnie krążyć w przestrzeni wokół glinianej osłony Scyfera. Po jakimś czasie, kiedy wszystko się już uspokoiło, ucichł szum i nic nie mąciło spokoju Matki Ziemi, oczom widowni ukazał się całkiem ciekawy obraz. Na środku areny pozostała okrągła, głęboka wyrwa o rozmiarach wystarczających, by pomieścić spory czołg. Natomiast dziesięć metrów nad areną spokojnie lewitowała sobie gliniana kula o promieniu najwyżej półtora metra, z małym, zapewniającym dopływ powietrza otworem umieszczonym w miejscu, które umownie można było nazwać przodem. Wewnątrz kuli znajdował się niewidoczny czarownik. A wokół niej, niczym rój mikroskopijnych komarów, swobodnie krążyło mrowie malutkich ziarenek piasku.

Coś trzasnęło, coś błysnęło, po czym wśród chmury tandetnych magicznych iskierek w powietrzu nad dziurą w arenie zmaterializowało się kilkanaście małych, migoczących igieł, które cicho i szybko pomknęły w kierunku Nightmare.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Klacz nie zwróciła uwagi na igiełki. Jedno machnięcie kopyta wykonało osłonę cienia, która ponownie przemieniła amunicję. Tym razem zmieniły się w małe czaszki z płonącym kulkami w oczodołach. Wszystkie rzuciły się na S443556, obnażając ostre zęby, z których skapywał czerwony jad. Nightmare tymczasem wyszeptała kilka kolejnych fraz. Znad areny zaczęły przylatywać różnych rozmiarów dynie, które same rzeźbiły się w powietrzu. Na koniec haloweenowe dynie rzuciły się na kulę ochronną czarodzieja. W kontakcie z nią miały wybuchnąć jak najzwyklejszy dynamit. Miały dotrzeć do kuli przed czaszkami, gdyż były szybsze.

Share this post


Link to post
Share on other sites
Pierwszą rzeczą, jaką zrobił Scyfer po uformowaniu się glinianej Kuli, było stuknięcie palcem w kościaną oprawkę okularów. Te zalśniły szmaragdowym blaskiem, pozwalając swemu właścicielowi na całkiem wyraźne, choć zabarwione zielenią widzenie w ciemności i przez grube ściany Kuli - rozwiązanie o wiele prostsze i przyjemniejsze niż, przykładowo, dosyć bolesna metamorfoza oczu.
 
Zaraz po tym - gdy już piasek zaczął wirować wokół jego osłony - czarownik wysłał rezonans, magiczny sygnał powracający do właściciela, na który reagowały wszystkie jego zaklęcia i przedmioty. Na przykład upuszczony na samym początku walki posoch, który leżał sobie spokojnie na kręgu teraz czarnego, a uprzednio brązowego piasku. Magiczny kawał drewna miał interesującą właściwość - zapamiętywał wszystko, z czym miał styczność. Pamiętał dobrze dotyk ręki Scyfera, pamiętał brązowy piach - i pamiętał też algorytm magii Nightmare, który krąg zdołał wychwycić, zanim został przemieniony. A wszystko to jako sucha informacja, zapisana w postaci czegoś na kształt czarodziejskiego kodu binarnego. Posoch uaktywnił się w momencie, gdy dotarła do niego niewidzialna fala rezonansu. W kierunku Scyfera wróciły strumienie danych - a razem z nimi ta najważniejsza. Wszystko, co miało w sobie choćby drobinkę magii Nightmare, zaczęło alarmować i przyciągać jego uwagę jak kształtna nudystka na pustej plaży. Ale nie to było najważniejsze - wystarczył jeszcze jeden rezonans, by każda drobinka jego magii również zaczęła wyczuwać i automatycznie namierzać Nightmare oraz jej zaklęcia. Teraz wystarczyło jedynie przesyłać polecenia za pomocą myśli - a to dawało czarodziejowi czas, oszczędność energii i niezłą kontrolę nad polem bitwy. Wszystko układało się po jego myśli i mógł już przystąpić do realizacji następnej części planu.
 
Po tym etapie, ważnym raczej dla strategii i defensywy, a nie soczystego ZIAZI, czarownik machnął szybką, prostą i niestaranną iluzję igieł - ot tak, żeby jego przeciwniczka miała jakieś zajęcie, przynajmniej na parę sekund. Fakt, że Nightmare po raz kolejny postanowiła odbić i przekształcić jego magię, był dla niego przyjemnym zaskoczeniem - prawie, jakby chciała mu pomóc. Natomiast te dynie... jeśli poprzedni czar udał się w pełni, też nie powinny stanowić problemu.
 
Scyfer dotknął dłonią gliny, by upewnić się co do swojego bezpieczeństwa. Tak, Kula od wewnątrz była ciepła i dziwne mięsista w dotyku, a więc czar był kompletny i chwilowo mógł zawierzyć mu swoje życie. Czarownik wysłał jeszcze mentalny sygnał do wszystkich krążących wokół jego osłony ziaren piasku oraz zbliżających się czaszek, które też zawierały w sobie odrobinę jego magii. Kiedy już wszystko było przygotowane, Scyfer przyklęknął i zapalił na końcu palca wskazującego małą, magiczną iskierkę. Przy jej pomocy zaczął pokrywać dolną powierzchnię Kuli rzędami skomplikowanych run. Rysowane szybkimi pociągnięciami palca znaki błyskały bladym, księżycowym światłem, by po chwili przygasnąć i ostygnąć, pozostawiając po sobie rozrastającą się szybko sieć cienkich, szarych kresek. Mag zakończył dzieło ostatnim pewnym ruchem, po czym przeszedł do następnego rysunku. Tym razem pozwolił, by to magia kierowała jego ręką - Natura poskąpiła mu zdolności plastycznych, a od prawidłowego wykonania tego dzieła zależało powodzenie całego czaru. I tak oto wewnętrzna powierzchnia Kuli, niczym ściana jaskini prehistorycznego artysty, stała się sztalugą i płótnem dla rozmazanej, świetlistej smugi w dłoni Scyfera. Każde zgięcie palca, delikatne przesunięcie dłoni, napięcie lub rozluźnienie mięśnia miało swoje odzwierciedlenie w ruchu magicznego pędzla - niewyraźne, eteryczne wstęgi odrywały się od całości i łagodnie wsiąkały w glinę, stając się ledwo widocznymi, bladymi śladami na czerwonej ścianie. Malowidło, z początku przypominające coś z pogranicza tłustych plam i sztuki postmodernistycznej, powoli zaczynało nabierać kształtów.
 
Tymczasem na zewnątrz sprawy prezentowały się nieco efektowniej. Powierzchnia osłony czarownika zabulgotała, uformowały się na niej bardzo wąskie gliniane kolce, które natychmiast, nie tracąc kontaktu z Kulą, zaczęły się wydłużać, celując prosto w nadciągające dynie. Większości udało się osiągnąć ponad dwumetrową długość, gdy przebiły twory Nightmare. W zetknięciu z gliną dynie eksplodowały, rozsadzając i niszcząc kolce, ale za daleko, by uczynić szkodę samej Kuli. W tym samym czasie krążący wokół osłony Scyfera piasek połączył się w kształt bicza. Gdy czaszki zbliżyły się, bicz zaczął miotać się jak szalony, mocnymi, nadającymi ogromnego pędu uderzeniami odbijając każdą z nich w kierunku ich stworzycielki. Gdy znalazły się już wystarczająco blisko Nightmare, wciąż tkwiąca w nich magia Scyfera zmusiła je do eksplozji. Ciekawe, czy Zasłona Cienia zatrzyma także jej własne twory...
 
Bezpiecznie ukryty wewnątrz Kuli czarownik ukończył dzieło. Obok siatki run widniał teraz absolutnie dokładny malunek przedstawiający szkielet kucyka.
 
Scyfer jedną dłoń położył na magicznych znakach, drugą na malowidle. W obie pchnął ogromną ilość magicznej energii. I runy, i wizerunek szkieletu ożyły, zaczęły się deformować, wić na ścianie jak stado malutkich, lgnących do siebie robaczków. Minęła zaledwie chwila, a wszystko połączyło się w jedną, przypominającą plamę mleka całość, zajaśniało nefrytowym blaskiem i... zniknęło.
 
Wciąż kłębiące się na arenie stado martwych kucy przystanęło nagle w pół kroku, by odwrócić się jednym płynnym ruchem w stronę Nightmare. Głośny tętent i dudnienie zagłuszyły wszelkie inne dźwięki, a ziemia poczęła intensywnie drżeć pod uderzeniami dziesiątek twardych kopyt, gdy wszystkie szkielety galopowały w stronę jedynego żywego kucyka na arenie, omijając wielką dziurę i czarny krąg.
 
Wysoko, wysoko nad ich twardymi, końskimi łbami, w ciemnym wnętrzu Kuli Scyfer pozwolił sobie na pełen zadowolenia uśmiech. Wszystko, co musiał teraz robić, polegało na pociąganiu samą mocą myśli za wszystkie niewidzialne, eteryczne sznureczki przytwierdzone do każdej, najmniejszej nawet kości dziesięć metrów pod nim.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Zanim Night zdążyła zareagować, nietoperze utworzyły dookoła niej powłokę ochronną. Kilka padło bez życia na arenę, inne ciężko ranne po eksplozjach. Klacz patrzyła na nie w szoku. Po chwili zwróciła spojrzenie na nadciągającą armię szkieletów. Jej oczy wypełniły łzy i wściekłość. Stanęła dęba i uderzyła w ziemię przednimi kopytami. Powstała fala uderzeniowa zmieniła cały piach na arenie, oprócz tego, na którym stała, w zielonkawe bagno. Szkielety tonęły w nim, uwięzione na wieki w ruchomym piachu. Wściekła Nightmare rozłożyła skrzydła i szybko poleciała w stronę kuli. Z gracją wyminęła kolce i stanęła najbliżej powierzchni kuli. Jej gniew i furia uformowały się w cień dookoła jej uniesionego, przedniego lewego kopyta. Uderzyła nim w powłokę, która zaczęła pękać, a do tego łzy wściekłości wciąż padały na powierzchnię kuli. Glina zareagowała na nie jak rośliny na kwas, czyli zaczęła topnieć.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Czas się skończył. Nadeszła pora na wyłonienie zwycięzcy pojedynku!

 

Ankieta jest gotowa, możecie oddawać swoje głosy. Kto zwyciężył? Kto okazał się lepszy? Nightmare, czy S443556? Głosujcie!

Share this post


Link to post
Share on other sites

Mój głos idzie na S443556 za ładniejsze i bardziej rozbudowane opisy, oraz większą pomysłowość w czynieniu magicznej destrukcji.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Czas minął, pora ogłosić zwycięzcę tego pojedynku. Kogo zatem zobaczymy w rundzie drugiej? Przekonajmy się.

 

Nightmare - 1

S443556 (Lamoka) - 6

 

To starcie wygrywa S443556 AKA Lamoka, przewagą pięciu głosów! Gratulujemy wygranej i życzymy powodzenia w przyszłych starciach!

Edited by Hoffman

Share this post


Link to post
Share on other sites
Guest
This topic is now closed to further replies.
Sign in to follow this  

×
×
  • Create New...