Jump to content

Strona Główna  |  Ogłoszenia  |  Lista Fanfików  |  Fanpage  |  Feedback
Draco Brae

Gorycz dorosłości - Nejra (Arjen aka Syreniec i WA)

Recommended Posts

Imię: Nejra, dziwne zagraniczne imię, kaprys matki.



Rodzina: Dość liczna, poza Matką (kłótliwa) i Ojcem (szanuje), których zawsze tak nazywał, posiada cztery siostry, od najmłodszej: Raven (dziecinna, przebojowa), Lilu (bardzo towarzyska tancerka, bezczelna), Atnegam (modna i z klasą, czasami zapomina o bracie lecz ma dobre chęci), Carrie (bardzo mądra, lecz zapracowana). Wszyscy to pegazy.

Przezwisko: Mów mi Srebrzasty.

Gatunek: Pegaz
Wiek: Około dwudziestoczteroletni kuc.
Wygląd: http://i.imgur.com/EiOkc8Y.png



Kolor sierści to szafir nocy. Granatowy. Włosy jak najbardziej zadbane, to przecież jego atut i jednocześnie przekleństwo. Układa ja wiatr w czasie nocnych przelotów nad cichą Equestrią, stąd fryzura obrazuje jego spokojny styl latania. Z twarzy nie wyróżnia się jakoś szczególnie z tłumu, z ładnych zielonych oczu widać delikatną pewność siebie, rysy są klasycznie męskie, bez skrajności. Skrzydła szerokie i wąskie, przystosowane bardziej do długiego szybowania na falach wiatru, niż szybkości, mimo to nie ma się czego wstydzić - prędkość jest co najmniej dobra. Umięśnienie przeciętne, stanowi czasem problem, gdyż chciałby być silniejszym. Ogon długi, w czasie lotu pięknie faluje. Dbanie o niego to jednak istna katorga. Na przednich nogach dwie zielone frotki z wnekami na parę karteczek z ważnymi informacjami i dodającymi otuchy sentencjami. Na kopytach modne buty, ma lekkiego fioła na punkcie dobrze dobranego obuwia.



To co go wyróżnia, to grzywa i ogon, przedstawiające autentyczną powierzchnię Księżyca. Można w niej przejrzeć większość jego powierzchni. Nie wiadomo, ile w niej magii, ale wzbudza powszechny podziw, a bohaterowi przysparza często kłopotów.



Cutie Mark: http://i.imgur.com/bWcYEmL.png

Przedstawia talent do chronienia bliskich, zwłaszcza w nocy.



Charakter:

Jest dosyć towarzyski, dużo bardziej ceni sobie stałych przyjaciół, niż zwykłych znajomych. Spokojny i opanowany rzadko się denerwuje, ale gdy już do tego dojdzie lepiej zejść mu z drogi. Każdą decyzję stara się przeanalizować, ale czasami woli posłuchać głosu instynktu i zaryzykować, co na ogół kończy się błędnymi decyzjami. Bardzo ważny jest wewnętrzny luz, nie denerwować się z byle powodów. Nienawidzi stresu. Panuje nad sobą, ale lubi nadużywać używek. Zwykły gawrosz, czytaj ulicznik. Ceni tradycyjne wartości, mocno wierzy w obie Księżniczki, lecz kieruje się własnym dekalogiem, jest niezależny, chętnie wysłucha rad, lecz pamięta że to on wyda decyzję. Jak wypije, uwielbia być w centrum uwagi z ładnymi przedstawicielkami płci przeciwnej. Ma też parę wad, takich jak włączający się raz na jakiś czas kompleks wyższości lub problemy z normalnym okazywaniem uczuć. Miłość do wolności.

Ma hopla na punkcie pięknych klaczy przypominających Lunę, zobaczy jedną i świat mu się wali…

Zainteresowania to astronomia, sztuki walki, muzyka, książki, spotkania z przyjaciółmi, historia.



Talent, unikatowa zdolność:

Nigdy do końca nie wiedział, gdzie jest jego specjalny talent. Mówiono mu, że jest bardzo czujny, świetnie lata na ogromne dystanse, na pewno ma silną charyzmę i jest inteligentny. W każdej z tych rzeczy czuł się dobry, może bardzo dobry ale… nie specjalny. Musi być coś jeszcze.



Historia:

Urodzony jako „środkowy” w rodzinie, niczym poza grzywą się nie wyróżniał. Młodość spędził pod okiem przesadnie nadopiekuńczych rodziców. O ile na początku nie sprawiało to problemów, to gdy tylko poznał smak „wolności” (dwumiesięczne wakacje u najstarszej siostry w jej mieszkaniu w Wielkim Mieście), nastąpił zwrot o 180 stopni. Z typowego syneczka mamusi zaczął zmieniać się w totalnego luzera, co doprowadzało do setek kłótni z rodzicami, którzy nie potrafili z nim rozmawiać, umieli tylko rozkazywać, jakby był robotem. Nie mogli zaakceptować, że ich syn nagle zaczął się odcinać, zmienił towarzystwo, zaczął znikać z domu i szlajać się po mieście. Próbowali go zmienić ale w środku czuł że nie da się, gdy będzie taki jakim oni go chcą, niczego nie osiągnie i nie będzie sobą. W domu tak naprawdę wychowały go siostry, które bardzo kochał i tylko one miały na niego realny wpływ. Szkoła z miejsca gdzie zdobywało się dobre oceny zamieniła się w miejsce, gdzie najważniejsza stała się „ekipa”. Wspaniała młodość, ciągłe spotkania w gronie przyjaciół i używek stanowiły odskocznię od chorej sytuacji w domu. Wzajemne niezrozumienie, ciągłe konflikty i inne jazdy sprawiły, że inne kucyki zaczęły go postrzegać jako „tego złego”. Co za bzdura, był tym dobrym, lecz niewiedza czyni ogromne szkody. Ich ignorancja budziła w nim gniew, jak śmieli go oceniać nic o nim nie wiedząc? Swój uroczy znaczek zyskał, gdy udało mu się uchronić ojca przed spadającą komodą w kolorze „Wschodzące Słońce Na Porannej Kawie Celestii 328”, którą pewna szara pegazica upuściła przy transporcie. Gdy skończył naukę, postanowił zerwać z tym wszystkim i przeprowadzić się na drugi koniec Equestrii, gdzie dzięki przyjacielowi (Jamal) miał zagwarantowaną pracę jako Strażnik Graniczny. Rodzice byli w szoku i nie mogli mu tego wybaczyć, że podjął decyzję bez nich. Idealna praca dla niego, długie nocne patrole pod idealnie czystym niebem, raporty, potem wspólne picie, treningi sztuk walki i poznawanie klaczy. Prawie 4 lata prowadzenia takiego trybu życia, zmieniły go. Z czasem Jama znalazł miłość swojego życia, po ożenieniu się nie było czasu dla kolegów. W starej przygranicznej wiosce nie było nikogo prócz paru strażników, garstki młodzieży i gromady emerytów. Tym razem to samotność zaczęła go zmieniać. Rodzinne strony w wyobraźni stawały się niemal idyllą, nawet pogłoski o tym, że Lilu stała się narkomanką tego nie zmieniły, choć mocno zasmuciły. Z dużą sumą odłożonych pieniędzy wraca do rodzinnego Ponyville, by zobaczyć, czy ma tam czego jeszcze szukać, być może pomóc siostrze. Właśnie przekracza granice miasteczka…



Cel postaci:

Po powrocie w rodzinne strony, poukładać relacje z rodziną, którą opuścił w bardzo złych relacjach. Spróbować ustatkować się właśnie tu. Zmierzyć się z samym sobą, odnaleźć szczęście. Spełnić marzenia, gdy tylko sobie uświadomi jak one wyglądają.



I to wszystko osiągnąć robiąc wszystko po swojemu.

 

Długa podróż pociągiem do Ponyville dobiegła wreszcie do końca. Pozbierałeś swoje manatki, tylko to czego tak naprawdę najbardziej potrzebowałeś i ruszyłeś do wyjścia. Słodki zachód słońca budził księżyc do życia. Wraz z nim wstawało coś jeszcze, nocne życie innych kucyków. Było ono zdominowane tutejszym rytmem życia: praca, dom, rozrywka, sen. I w zasadzie tak to się mogło ciągnąć do usranej śmierci każdego z nich, ale... Ale było to miejsce Twojego dzieciństwa. Barwne wspomnienia o życiu z rodziną jak i te mniej przyjemne, dotyczące kłótni. Niby nic, a kształtowało Ciebie i ciągnęło z powrotem na stare śmieci po wyjeździe. Zwłaszcza ostatnimi czasy. Skusiłeś się, kupiłeś bilet, a potem wsiadłeś. I tak oto byłeś teraz na stacji w Ponyville. Zaciągnąłeś się powietrzem swoich rodzinnych stron. Twoje nozdrza wyczuły delikatną zmianę, postęp. Mimo to, wciąż przypominało stare dobre Ponyville. Krótkie wspominki i roztargnienie wreszcie minęło, a Ty można powiedzieć, ocknąłeś się z letargu. Byłeś już od dawna sam na pustej stacji. Spędzenie tu nocy raczej nie wchodziło w grę. Wyszedłeś zatem na miasto. Jego część układała się do odpoczynku, pozostali woleli się bawić. W końcu noc nie jest tylko do spania. Mijały Cię grupki młodych kuców idących potańczyć i wypić, ale i ci starsi kłusowali chwiejnym krokiem do kolejnego lokum. Setki nowych pysków, kompletnie Ci nieznanych. Rutyna wydarła z Ciebie poszczególne rysy innych kucyków, oczywiście poza jednymi. Rodziną. Zapewne było to tylko chwilowe uczucie, ale mimo wszystko nieco dokuczliwe. Ostatecznie w Ponyville poczułeś się jak obcy i tak też się rozglądałeś. Zmieniły się tu nawet zabudowania. Rozszerzyły o pewne aspekty, a w innych prawie całkowicie zmieniły. Od dalszych obserwacji odciągnęło Cię mocne uderzenie. Potrąciła Cię klacz. Trwało to przysłowiowe ułamki sekund, ale przyjrzałeś się jej dobrze. Była młoda, ale szkołę na pewno skończyła. Jej futro miało barwę atramentu, na nim zaś prezentowała się czarna jak smoła i w dodatku lśniąca skóra z licznymi ćwiekami. Jej ogon był nieco krótszy od Twego, a mienił się barwą grafitu. Czupryna klaczy była nieco krótka i stercząca, ale wciąż uzmysławiała do jakiej płci należy. Brew klaczy i jej usta były okolczykowane drobnymi kulkami. Biła od niej przebojowość. W dodatku jej wargi przyciągały do siebie uwagę zmysłową czerwienią. Niby szminka, ale jak uwydatniała taki szczegół. W zasadzie mogłeś stwierdzić, iż tak klacz była więcej niż ładna. Może to dlatego, że była odzwierciedleniem Twojej natury? Tak bardzo buntowniczej, pragnącej pokazać światu, że jesteś i nie zamierzasz się przed nim pokłonić.

- Wybacz, spieszę się - rzuciła niedbale i nawet nie zwróciła na Ciebie uwagi. Oddalała się swoim tempem.

Tak brutalnie i w sumie nawet ciekawie przywrócony do rzeczywistości miałeś przed sobą ciężką decyzję. Co ze sobą zrobić po powrocie. Szukać domu rodziców? Drogę na pewno jakoś odnajdziesz. A może po prostu pójdziesz dzisiejszej nocy do hotelu, lecz wcześniej urżniesz się jak dzika świnia. Połączenie obu pomysłów, było raczej kiepskim planem. Ale noc była jeszcze młoda, więc nie musiałeś się spieszyć.

Edited by Draco Brae

Share this post


Link to post
Share on other sites

Doskonale wyspałem się w pociągu. Miarowy stukot utulił mnie do snu, trochę niespokojnego. Nie miałem wiele w torbie... raczej pieniądze, zarobione i zdobyte ze sprzedaży wszystkiego czego nie mogłem przywieźć do Ponyville.

 

Pierwszy wdech powietrza był jak przekroczenie progu ukochanego domu po wielu latach nieobecności. Jak przybicie piątki z dawno nie widzianym przyjacielem. Wszystkie dźwięki, zapachy, emocje i wspomnienia ukryte do tej pory w zakamarkach umysłu wróciły szybciej niż ogier ze sklepu z kosmetykami. Pierwsze co zrobiłem to padłem na kolana a następnie rozpłaszczyłem się na zielonej trawie starając się objąć kończynami jak największy obszar wokół siebie i go przytulić.

DOM... Nareszcie. Tęskniłem. - Pomyślałem leżąc z twarzą wbitą w ziemię. - Nie chce mi się ruszać - zauważyłem, odnotowując pierwszą falę lenistwa. Po "bardzo dłuższej" chwili postawiłem się na cztery kopyta i rozejrzałem. Na tą chwilę nie potrzebowałem więcej do szczęścia, ale doskonale wiedziałem, iż apetyt rośnie w miarę jedzenia i za moment ruszę.

 

Na mieście... tyle nowych twarzy, tyle nowych miejsc lecz kręgosłup pozostał ten sam. Ciekawe ile magii zostało jeszcze w tych miejscach.

 

BUM! Spotkanie bliskiego stopnia z innym ciałem. Po szybkim "obcięciu" drugiej osoby, stwierdziłem, że następny kontakt musi być celowy i nieprzypadkowy.

 

Zamknij mordę Poński! - przywróciłem się do rzeczywistości cytatem ze słynnego filmu. Muszę schować swoje zachcianki i realizować cele. Przyjemności na później.

 

Pierwszy raz w życiu ciesze się, że ładna klacz mnie olała. Nie mam zamiaru wzbudzać żadnej większej sensacji. Przez tą durnę grzywę będzie to trudne, może już mnie ktoś zauważył. Powinienem znaleźć jakiś sklep z ubraniami i zaopatrzyć się w jakieś stylowe nakrycie głowy, lub po prostu kaptur. Chętnie wybrałbym się potem do najbliższej karczmy by zaszyć się w rogu i poobserwować innych - ciekawe ilu rozpoznam? Co teraz robi moja ekipa, wszystkie moje ziomy? Właściwie to nie wiem co robić. Liczę, że Księżniczka Luna ześle mi coś... jakiś znak. Niby wiem co robić, ale wiem, że nie muszę i nie mam pomysłu.

 

Cóż, czas rozpocząć mój improwizowany plan uratowania siebie przed sobą.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Specjalnie na Ciebie uwagi nikt nie zwracał. Postęp wśród cywilizacji kucyków w formie elektroniki, a zwłaszcza muzyki znieczulił nieco społeczeństwo na "odmienność". Miałeś więc częściowo spokój, bowiem pewnie i tak się ktoś przyczepi. Ale to już nie było istotne, teraz rozglądałeś się za znakiem od Nocnej Klaczy i odpowiednim szyldem. Stojąc jak sztacheta w płocie wodziłeś oczami po budynkach. Wiele z nich miało neony zamiast tradycyjnych szyldów. Zwykłe stare sklepiki czy restauracje rozwinęły się nieco i poszły z duchem czasu, stając się częścią jakby firm. Pośród nich udało Ci się dostrzec mały, zardzewiały szyldzik. Gdzieś w pamięci błysnęło Ci, że był tu lumpex. Światło w oknach oznaczało, że wciąż był otwarty, pytanie tylko jak długo postoju tu z taką konkurencją, bo i ta pewnie się znajdzie.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Hah, nawet moje ukochane zadupie się rozwija! Dobrze, że wiele się zmieniło, bo nie mam zamiaru targać sobie serca każdym zapachem, klimatem każdej pojedynczej uliczki... To miasteczko to wciąż ta sama osoba. Cóż, instynkt przywiódł mnie właśnie tutaj.

 

Przystanąłem na chwilę myśląc o tym, że jestem coraz starszy. Dobra... Tam był lumpex! - pomyślałem patrząc na mały szyld. Ruszyłem w jego kierunku nucąc jeden z ulubionych ostatnio kawałków. Miałem nieograniczoną ilość czasu... było luźno.

 

Póki mam marzenia, to żyję, łapię emocje łapczywie jak tlen,
jakbym miał klaustrofobię i się zamknął w windzie,
jak ryba na brzegu, gdy staw wyschnie,
to się wcale nie musi skończyć dobrze, nie jesteśmy w kinie.

 

Cały czas nie byłem do końca pewny co ja tu robię. Nigdy nie wiedziałem czym dokładnie jest instynkt, ale to chyba to. Brak logicznych argumentów, brak planu i pomysłu na siebie. A mimo to wiedziałem, że to dobra decyzja.

 

jestem coraz dalej, więc mam coraz twardszy grzbiet,
oczy coraz więcej widzą, dłonie coraz więcej piszą,
coś mnie pcha w miejsce, w którym już byłem i mogę przysiądz,

 

Chciałem zastanowić się nad moją rodziną... zanim zacznę myśleć o tym, chciałem się skupić na czymś teraźniejszym. Muszę wejść do lumpexu i nawet jeśli ktoś mnie rozpozna - rozegrać to po swojemu. Kupić niezbędne okrycie, a może znajdzie się coś stylowego?

 

muszę biec i iść, bo jestem coraz starszy,
moja droga jest kręta, byłem pierwszy i ostatni,
spotkałem złodziei marzeń i ostatniej szansy,
deptali młodzieńczą naiwność, w wypastowanych butach,
ale instynkt, przywiódł mnie właśnie tutaj.

 

Wchodzę.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Zaraz po przekroczeniu drzwi lumpexu, zadzwonił mały dzwonek zawieszony przy starych drzwiach. Powietrze miało specyficzny zapach ubrań i ich wcześniejszych właścicieli. Było to jednak przyjemne dla nozdrzy. Sklepik był mały, zaledwie dwie szafy bez drzwiczek i z różnorakimi rzeczami wiszącymi na wieszakach, poza tym było trochę aluminiowych koszy na ubrania, w których było dosłownie wszystko. Po Twojej prawej siedział podstarzały brązowy kuc z siwą grzywą za ladą. Kiwał się na bujanym krześle i cieszył się starością.

- Witaj młodzieńcze - wychrypiał. - Nie spiesz się, mamy czas...

Od razu w jednym z koszy dostrzegłeś kilka nakryć głowy na wierzchu sterty. Stetson, gruba bawełniana czapka, jakiś kapelusz ze skóry na wzór kowbojskich i kilka czapek z daszkiem. Jeśli pogrzebiesz to i pewno coś jeszcze wynajdziesz.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Ubrałem stetson i przejrzałem się swojemu odbiciu w aluminiowym koszu.

- Haha, wyglądam jak kretyn.

Zdjąłem nakrycie.

-...dalej wyglądam jak kretyn.

 

Przeglądając wszystko po kolei (zignorowałem czapkę z daszkiem z logiem Old Sunny Monarchy) w końcu dorwałem się do zwykłej, czarnej czapki, wyglądała jak zimowa ale była dosyć cienka. W sam raz. Zerknąłem na cenę po czym położyłem dużo więcej pieniędzy na blacie chcąc zapytać co tu się działo od czasu mojej nieobecności. Przede wszystkim interesowało mnie, czy dowiem się czegoś o moich siostrach i sytuacji w miasteczku.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Stary ogier widząc garść monet, jaką rzuciłeś mu w formie zapłaty, zwrócił wreszcie na Ciebie uwagę. Podniósł nieco łeb i skupił na Tobie swoje spojrzenie. On już przeżył swoje, widziałeś to po nim. Wiedziałeś, że odnalazł stabilizację w życiu. Ślina w gardle starca zsunęła się w dół, wprawiając przy tym w ruch Jabłko Adama.

- Miasteczko się rozrosło, a więc jego mieszkańcy się zmienili - odparł wymijająco ogier. Fotel, na którym Starzec do tej pory się bujał, został zatrzymany jego kopytami. - Pamiętam to co było, to co zaś jest... Nie podoba mi się to - stwierdził z nutką pogardy o nowych czasach. - Było kiedyś lepiej, teraz jest gorzej, tyle Ci mogę synu powiedzieć.

Po krótkiej chwili ciszy, fotel znów zaczął skrzypieć i się kołysać ze starym ogierem. Jego spojrzenie utkwiło gdzieś w punkcie za Tobą...

Share this post


Link to post
Share on other sites

Zapewne po prostu tęskni za młodością - pomyślałem. Nic tu po mnie, muszę ruszać dalej. Muszę... znaleźć kogoś, od kogo dowiem się więcej. A więc - celem jest karczma! - z radością powitałem tą myśl.

Czekaj czekaj... Tylko nie mogę się schlać, to zniszczy cały mój plan. No i... gdzieś muszę spać. Ruszę najpierw do jakiegoś hotelu, motelu czy kij wie co na uboczu.

 

Z tą myślą postanowiłem wyjść na zewnątrz, w mojej nowej stylowej czapce, full incognito.

 

Nie chciało mi się myśleć, chciałem po prostu ruszyć z miejsca. Pójdę więc szybko, bocznymi uliczkami obserwując przechodniów. Może spotkam kogoś znajomego, u którego zatrzymam się tymczasowo, zamiast wozić cztery litery po hotelach?

Share this post


Link to post
Share on other sites

Skupiony na znajomych wyrazach pyska ruszyłeś przed siebie. Słońce powoli traciło władzę nad niebem na rzecz księżyca, mimo to wciąż było jasno. Składało się na to również bezchmurne niebo i pełna biała tarcza Luny. Już po chwili swojego spaceru poczułeś na sobie spojrzenia co po niektórych kuców. Włosy na głowie może i ukryłeś, ale długi ogon wciąż potrafił przyciągnąć uwagę. Ten problem, o ile tak mógłbyś to określić, nie był teraz priorytetem. Równym cwałem przemierzałeś Ponyville poznając je na nowo. Starałeś sobie również przypomnieć kogo i gdzie mógłbyś spotkać. Swoją drogą, nie było Cię zaledwie cztery lata. Czyżby ten czas aż tak bardzo przytemperował Twoje znajomości? A może po prostu tak bardzo zmienił wszystkich tu obecnych. Każdy z Twojej paczki ma teraz około 24 lata. A rodzina? Rozstałeś ze staruszkami w dość napiętym nastroju. No i w końcu co z siostrami? Zaczynało Cię męczyć takie rozmyślanie i brak odpowiedzi na pytania.

Po pewnym czasie łażenia i rozglądania się za kimś Ci znajomym, srebrzysty glob panował bezsprzecznie na niebie. Ty zaś wciąż nie natrafiłeś na nikogo. Przed sobą miałeś wybór hotelu lub zwyczajnego najścia któregoś ze znajomych. O ile oczywiście wciąż mieszkają tam gdzie mieszkali. Upływ czasu strasznie wszystko pokomplikował.

- Nej? - usłyszałeś znajomy głos. Energiczny, pełny szczęścia. Ktoś się tak już kiedyś do Ciebie zwracał. Odwróciłeś się i ujrzałeś zielonego ogiera z szarą krótką czupryną, ale nie przystrzyżoną na jeżyka. Oczy były pomarańczowe, ale mieniły się teraz jak płomienie świec. Sam ogier miał obok siebie towarzyszkę, brunatną klacz o długich brąz włosach i niebieskich oczach. Przed nimi plasował się wózek źrebięcy. - Nej, Kopę lat!

Szybkie procesy myślowe, nieco utrudnione przez wózek i nieznaną Ci w 100% klacz, zaowocowały przypomnieniem sobie kim jest persona wołająca na Ciebie "Nej". Był to Terry. Jeden z oszołomów z Twojej szkolnej paczki. Chyba najbardziej ambitny ze wszystkich pozostałych.

Edited by Draco Brae

Share this post


Link to post
Share on other sites

Skupiony na znajomych wyrazach pyska ruszyłeś przed siebie. Słońce powoli traciło władzę nad niebem na rzecz księżyca, mimo to wciąż było jasno. Składało się na to również bezchmurne niebo i pełna biała tarcza Luny. Już po chwili swojego spaceru poczułeś na sobie spojrzenia co po niektórych kuców. Włosy na głowie może i ukryłeś, ale długa grzywa wciąż potrafiła przyciągnąć uwagę. Ten problem, o ile tak mógłbyś to określić, nie był teraz priorytetem. Równym cwałem przemierzałeś Ponyville poznając je na nowo. Starałeś sobie również przypomnieć kogo i gdzie mógłbyś spotkać. Swoją drogą, nie było Cię zaledwie cztery lata. Czyżby ten czas aż tak bardzo przytemperował Twoje znajomości? A może po prostu tak bardzo zmienił wszystkich tu obecnych. Każdy z Twojej paczki ma teraz około 24 lata. A rodzina? Rozstałeś ze staruszkami w dość napiętym nastroju. No i w końcu co z siostrami? Zaczynało Cię męczyć takie rozmyślanie i brak odpowiedzi na pytania.

Po pewnym czasie łażenia i rozglądania się za kimś Ci znajomym, srebrzysty glob panował bezsprzecznie na niebie. Ty zaś wciąż nie natrafiłeś na nikogo. Przed sobą miałeś wybór hotelu lub zwyczajnego najścia któregoś ze znajomych. O ile oczywiście wciąż mieszkają tam gdzie mieszkali. Upływ czasu strasznie wszystko pokomplikował.

- Nej? - usłyszałeś znajomy głos. Energiczny, pełny szczęścia. Ktoś się tak już kiedyś do Ciebie zwracał. Odwróciłeś się i ujrzałeś zielonego ogiera z szarą krótką czupryną, ale nie przystrzyżoną na jeżyka. Oczy były pomarańczowe, ale mieniły się teraz jak płomienie świec. Sam ogier miał obok siebie towarzyszkę, brunatną klacz o długich brąz włosach i niebieskich oczach. Przed nimi plasował się wózek źrebięcy. - Nej, Kopę lat!

Szybkie procesy myślowe, nieco utrudnione przez wózek i nieznaną Ci w 100% klacz, zaowocowały przypomnieniem sobie kim jest persona wołająca na Ciebie "Nej". Był to Terry. Jeden z oszołomów z Twojej szkolnej paczki. Chyba najbardziej ambitny ze wszystkich pozostałych.

 

Parłem naprzód jak pieprzony lodołamacz przez Seszele. Przechodnie budzili mieszane uczucia - na początku bardzo nie chciałem być rozpoznany ale z każdym krokiem coraz mniej mi na tym zależało.

Cholera, nie było mnie od czterech lat i mam się zachowywać jak przyjezdny? Zaczynam miec na to wywalone. Idę do celu, mimo wszystko strasznie zżera mnie ciekawość. Pytania, domysły, przewidywania,  było tego za dużo. Muszę tylko zwolnić i przemyśleć co chcę powiedzieć...

- Nej? - usłyszałem głos, charakterystyczny jak dla matki odgłos szczęścia dziecka. Terry, aka Student wołał na mnie. Lubiłem draba, był wart szacunku. Gdy wyłonił się z boku w pierwszej chwili niedowierzałem, a w drugiej już przybiłem z nim piątke i beczkę. Uśmiech zagościł na mordzie, widząc towarzyszkę i dzieciaka natychmiast ogarnęły mnie pozytywne emocje - swój chłop, dobrze ogarnął! Tacy zawsze dobrze kończą, ambitny skur****.

Nie omieszkałem pogadać z nim co i jak, zapytać czy przedstawi mnie towarzyszce, jest już jego żoną, jak dzieciak ma na imię, i ogólnie zaprosić ich na jakiegoś drinka czy dwa. Byłem bardzo ciekaw mojej ekipy. Przypomniałem sobie wszystkie imprezy, rozkminy, alko, dragi, zabawę... Wciąż mnie to jara. Wiedziałem, że Student zapewne musiał to odłożyć lub ograniczyć ze względu na posiadanie rodziny, ale sama rozmowa z przyjaciółmi zawsze dawała mi mnóstwo szczeście i energii. W czasie rozmowy nie omieszkałem się luźno i zupełnie od niechcenia rzucić, że szukam miejsca na nocleg - kłamiąc mówiąc, że idę popytać znajomych z mojej dzielnicy.

 

Zmęczenie dawało się we znaki. Alkohol mógłby mnie pobudzić, ale mogę też znaleźć pierwszy lepszy motel i iść spać.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Nim rozmowa rozkręciła się na dobre, Terry przedstawił Ci towarzyszkę. Była nią o rok młodsza od was klacz, o imieniu Lisa. Byli w wolnym związku i wyglądali na szczęśliwych. Pociechą pary była Ami, o umaszczeniu ciemnej zieleni i seledynowych oczkach. Za drinka para podziękowała, bowiem opieka nad dzieckiem nie pozwala na takie wypady. Ale takie spotkanie nie mogło się zakończyć w ten sposób. Lisa zaprosiła Cię na kolację do nich. Po drodze Terry opowiadał co się stało z całą ekipą. Czternasto-kucykowa paczka w zasadzie się rozpadła jakoś rok po Twoim wyjeździe. Każdy jakoś poszedł w swoją stronę i przyjaźnie zaczęły upadać. Dwójka braci, Tank i Jim pojechali do Canterlotu za pracą. WYbuchowy duet, może dlatego, że zawsze brak im było oleju w głowie, co zastępowali mięśniami, ale potrafili się bawić, byli w porządku. Podobnie do tej dwójki zrobił Vaniki, tyle że ten załapał się do gwardii i od czasu do czasu wysyła listy. Kto by przypuszczał, że ten leń i marzyciel załapie się tam. Joel zatracił się w zabawie i popłynął w jakieś dziwne towarzystwo. W zasadzie można było się po nim tego spodziewać. Henry, lekki outsider nawet w waszej grupie, sam odciął się od wszystkich, których znał i teraz pracuje w policji Ponyville. Sacre, geniusz jeśli chodzi o poczucie rytmu i gitarzysta, wreszcie założył kapele i obraca się przez to w nowym towarzystwie, choć wciąż stara się utrzymać ze wszystkimi kontakt. Leyla, bardzo opiekuńcza i ciepła klacz wyjechała do Manehatannu i nie ma po niej słuchu. Irma, stanowcza, ale i łagodna zarazem jest przedszkolanką i również utrzymuje kontakt, oczywiście jeśli tylko ktoś tego chce. Dwie najbardziej rozrywkowe klacze z waszej paczki, Pola i Kama po przepracowaniu dwóch lat, wybrały się za zarobione pieniądze w podróż po Equestrii. Ponoć ostatnio były w Fillydelphi. Diana, najpiękniejsza ze wszystkich i jednocześnie najbardziej niedostępna studiuje w Canterlot. Lalabel, klacz o temperamencie niczym ogień znalazła sobie ostatnio kogoś, potem zaciążyła, a jej partner wyparował. Niestety unika kontaktu.

Przy takim skrócie wreszcie dotarliście do domu Twoich przyjaciół. Ciasny, ale własny, jak to się mówi. Malutki domek w pobliżu Twojej starej szkoły. Kuchnio-jadalnia, sypialnia, pokoik dziecięcy (dosłownie pokoik, bowiem był naprawdę mały) i łazienka. Wszędzie tylko to co najpotrzebniejsze i tyle. Zbliżała się godzina dziewiąta wieczorem, ale normalny i w dodatku ciepły posiłek jakim był kapuśniak, stał się stemplem potwierdzającym Twój powrót...

Terry również wypytywał Ciebie. Chciał wiedzieć wszystko i jeszcze więcej. Potem trochę powspominaliście, oczywiście pomijając niektóre pikantniejsze szczegóły z Terrym w roli głównej, by nie urazić jego wybranki, która doglądała co jakiś czas źrebięcia. Wzmianka o noclegu zaowocowała ofertą przyjaciela byś został u nich. To jednak u was obu po chwili wywołało salwę śmiechu. Po prostu nie dało się, nie było gdzie. Terry zaproponował więc, że wkręci Cię do Irmy na noc. Przypomniało Ci się, że była ona nieco cięta na Ciebie, za to, że raz po pijaku zarywałeś do niej, a nieco później obściskiwałeś się z Polą. Niestety było już za późno, Terry dzwonił. Na Twoje nieszczęście i zarazem szczęście, klacz się zgodziła...

Wkrótce dokończyliście posiłek i razem z przyjacielem udałeś się do Irmy. Ta mieszkała niedaleko dworca w niewielkim bloku, czteropiętrowym. Oczywiście na ostatnim piętrze. Drewniane drzwi były ozdobione numerem trzynaście. Obaj z głupimi wyrazami pyska nieco zwlekaliście z zapukaniem. Widoczenie i Terry sobie przypomniał ową sytuację, ale trzeba było się przemóc. Dwa uderzenia w drewniane drzwi zaowocowały stukotem kopyt w środku, a potem uchyleniem drzwi.

- Cześć wam - rzuciła z uśmiechem Irma. Klacz miała średnio długą grzywę o barwie śnieżnej bieli. Oczy mieniły się srebrem. Zaś sam pyszczek klaczy wydoroślał. Prezentował dzięki temu jej nowy urok - dojrzałość. Sierść klaczy miała barwę cegły. - Na co się tak gapicie, zapraszam do środka.

Terry lekko Cię szturchnął byś wszedł pierwszy i sam się wyłgał, że musi pomóc Lisie z córką, po czym uciekł do domu jak najszybciej. Zostałeś sam z Irmą w kuchnio-jadalnio-salonie. Dosyć spore mieszkanie. Na lewo i prawo było po pokoju zamykanym na klucz jak widać. Pod nogami miałeś panele, a pod dużym oknem był spory stół z dwoma ławami z jasnego drewna. Przy drzwiach wejściowych była, lodówka, kuchenka i szafki. Po lewej stronie mieszkania były jeszcze jedne drzwi, od łazienki.

- Ten po prawej jest dziś Twój - zaznaczyła Irma. - Ja prześpię się u współlokatorki. Poza tym, jesteś głodny?

Share this post


Link to post
Share on other sites

A to drań, myślałem, że to ja podjąłem najlepszą decyzję, a tu widzę mogłem rozegrać to inaczej i też skończyć dobrze... lepiej - ostatnią myśl zaakcentowałem dość dziwnie.

 

Wspominając po kolei moich przyjaciół... mimo wszystko byłem zadowolony, że się ogarnęli, nie stali w miejscu ale starali się coś zrobić. Musiałem dowiedzieć się wszystkiego o wszystkim. Tank i Jim, to były wariaty, ale zawsze chętni do pomocy. No i dobra ochrona na najbach. Vaniki, wiedziałem, że będzie pisać listy, to w jego stylu. Joel, jak to Joel, przyjaźń była gdy kasa i imprezy były, zdawałem sobie sprawę z jego "lojalności". Co do Henry'ego, trzeba mu będzie chyba nakopać do dupy. Sacre także jest warty uwagi, ale tej bardziej pozytywnej.

 

Leyla miała swoje cele, ale wydawało mi się, że to jej będzie mocno zależeć. Irma, Pola, Kama, Diana, Lalabel... wspomnienia przemknęły po głowie. „znalazła sobie ostatnio kogoś, potem zaciążyła, a jej partner wyparował.” Szybka kalkulacja pozwoliła stwierdzić, że tatą jeszcze nie jestem.

 

U Terry’ego było naprawdę miło, tęskniłem za każdą z tych mord, każda była zawieszona na mojej wewnętrznej ścianie przyjaźni w sercu. To wszystko było takie… dziwne. Niby ten sam Terry, jednak drobne zmiany na jego twarzy przypomniały mi, że nie jesteśmy już tacy młodzi. Poczułem lekki ciężar w okolicy mostki, nie chciałem rezygnować z czasu dla siebie, ale wiedziałem też, że nie da się żyć tylko dla siebie.

 

Nie mogłem się powstrzymać od myśli, że to Terry rozegrał lepiej swoją partię.

 

Nim się obejrzałem, minęło mnóstwo czasu. W międzyczasie pyszny kapuśniak wszedł jak metalowy pręt w bok Cary Lroft w najnowszej książce z serii Romb Fighter. Brakowało mi takich potraw. Tak samo jak ludzi którym zależy na czymś więcej niż na imprezowaniu i Twoim keszu. Po tym jak zostałem wkręcony na nocleg do Irmy, nie pozostało nic innego jak udać się we wskazane miejsce.

 

Pierwsze o czym pomyślałem, gdy Irma otworzyła, to o tym jak stęskniłem się także za nią. Śnieżne włosy i te srebrne oczy zawsze były wyjątkowe, ale zawsze starałem się nie chwalić ich za często.

 

Jej mieszkanie było może i małe ale wydało mi się przytulne. Pierwsze co postanowiłem zrobić to uścisnąć Irmę z tęsknoty. Niezależnie co było kiedyś, byłem pewny, że także się stęskniła – a ja na pewno.

 

Podziękowałem za pomysł z jedzeniem i rzuciłem kilka zdań na temat tego co robiłem ostatnie dwanaście godzin. Nie ukrywałem wdzięczności za to, że przyjęła mnie do siebie.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Irma pozwoliła na uścisk, jednak szybko dała Ci znać, byś na więcej nie liczył. Zrobiła to, gdy ją nieco objąłeś. Stwierdziła bardzo chłodno, aczkolwiek i z żartem, że kopyta trzeba trzymać przy sobie. Odwzajemniła mimo to uścisk, co zaowocowało pewnością w sprawie tęsknoty jak i ostrzeżenia-żartu. Po chwili już luźno rozmawialiście. Głównym tematem było zwyczajne co słychać u każdego z was. Pochwaliłeś się powrotem i spotkaniem Terrego, wspomniałeś nieco jak Ci się pracowało, a w zamian za to Irma odpowiedziała Ci tym samym. Od dwóch lat pracowała ze źrebakami, ma dość nietypową współlokatorkę, która chyba nawet jest z grona towarzystwa Sacre. Delikatnie zeszło na wspominki, ale szybko zobaczyłeś wrogie spojrzenie u klaczy. Jak się okazało, doskonale pamiętała Twoje wybryki. Teraz jednak nie miała Ci tego za złe, droczyła się z Tobą, a Tobie taka gra w sumie pasowała. Pogawędka trwała dość krótko, bowiem klacz oznajmiła, że rano musi wstać do pracy. Za oknem srebrny glob panował na niebie, a zegar wiszący gdzieś na ścianie wskazywał godzinę dziesiątą trzydzieści. Irma naszykowała Ci ręcznik na wypadek, gdybyś potrzebował skorzystać z łazienki i pokazała Ci pokój, w którym miałeś dziś spać. Mały zielony pokoik z niewielkim łóżkiem, regałem na książki, szafą i komodą na ubrania i biurkiem z lampką. Wszystko w jasnych i ciepłych barwach. W powietrzu unosił się tam zapach słodkich brzoskwiń. Nim Irma Cię zostawiła pozwoliła sobie na pytanie. O nic więcej nie pytała, a Twoja odpowiedź miała być niczym słowo dobranoc na zakończenie tego zwariowanego dnia.

- Czemu nie wróciłeś najpierw do rodziców?

Share this post


Link to post
Share on other sites

Uścisk był naprawdę miły i nie miałem ochoty na nic więcej. Romantyk pierdo**ny, zaśmiałem się w duchu.

Rozmowa była płytka niczym łazienkowa. Nie gadaliśmy o niczym ważnym, ale odczuwałem komfort, to wszystko było dla mnie lekkim szokiem. 4 lata to nie 4 dni. Irma jak zwykle zaczyna rzeczowo. Zainteresował mnie temat współlokatorki - ciekawe jak się dogadują, pewnie na takiej samej zasadzie na jakiej Sacre znał się z Irmą. Potem delikatnie zostało mi zasugerowane, że wszystko zostało dobrze przechowane w główce tej klaczy przede mną.

Ta znowu o tym - westchnąłem mentalnie.

Na szczęście automatycznie wyczułem nutę luzu i żartu w jej słowach. Dawno nie rozmawialiśmy, dopiero zaczynałem sobie przypominać jej odruchy, gesty i zabawy głosem. Czułem się jak pierwszego dnia w nowej szkole, gdy nie znasz budynku lecz rozumiesz jak to wszystko działa. Zapadła już noc, a Irma musiała już iść spać. Zdążyła jeszcze pokazać mi ładny zielony pokój, dość dobrze umeblowany jak na gościnny.

 

W powietrzu czuć było podniecający zapach brzoskwiń. [EDIT: Mam taką schizę, wybacz ~ Ajrę]

 

Ostatnie pytanie było niefair. Nie sposób było ująć całości która wpłynęła na decyzję. Może był w tym pierwiastek tchórzostwa, nie wiem. Ale skoro mam tu wracać, muszę być szczery.

 

- To byłby znak, że nie dawałem rady, a tak nie było.

 

Rzeczywiście, tak to odbierałem. Powrót bezpośrednio do rodziców kojarzył mi się z sytuacją, gdy komuś się nie powiodło i chwyta się ostatniej deski ratunku. A przecież tak naprawdę to nie ekonomiczne wskaźniki i ich przełożenie jak praca i płaca zmusiły mnie do powrotu, ale tęsknota inne wewnętrzne sprawy. Nie zakładam, ze zostanę tu za wszelką cenę.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Klacz chwilę stała w drzwiach nim odpuściła całkowicie czas na dzisiejszą rozmowę. To co powiedziałeś, wprawiło Irmę w zadumę.

- Nic się nie zmieniłeś - stwierdziła w tajemniczy sposób, a jej spojrzenie skierowane zostało gdzieś na podłogę. - Dobrej nocy Nejra. 

Po tych słowach drzwi od pokoju zamknęły się z cichym puknięciem klamki. Wylądowałeś w mieszkaniu swojej przyjaciółki zaraz po powrocie do rodzinnych stron. Odnowione więzi po takim czasie i starcie z tym co wiąże się z dojrzałością, było dziwne, skłaniające do relfeksji. Poczułeś to bardzo szybko. Wszyscy się w pewnym stopniu zmienili i nic już nie jest takie jak dawniej. Wspomnienie sielanki na ostrych kawałkach rzeczywistości było smutne. Szybko pojawiło się bolesne pytanie czy wciąż masz przyjaciół, czy też zwykłe wyrachowanie nakazuje się tak zachowywać. Odpowiedź tkwiła w Dianie bądź Sacre. Nasilała się również w sercu troska o siostry, wraz z nimi pojawiła się niezdrowa ciekawość co u rodziców. Irma niewinnym pytaniem zmusiła Cię do zastanowienia się nad sobą. Jeśli potrafi to z źrebakami, to lepiej roboty znaleźć sobie nie mogła.

Wkrótce wszystko to o czym myślałeś, wraz z zapachem brzoskwiń, utuliło Cię do snu. Zasnąłeś jak kamień i dopiero pierwszy poranny pociąg wybudził Cię swoim ostrym hamowaniem. Potężny pisk, głos z megafonu i delikatne odgłosy przyrody utrzymały Cię w świecie realnym. Krainę snów już opuściłeś i nie zapowiadało się byś do niej wrócił. Rozejrzałeś się delikatnie w poszukiwaniu zegara, ale w pokoju go nie było. Ogarniając rozespane oczy, zwróciłeś uwagę, na to, że Irma z kimś rozmawia. Nie do końca słyszałeś z kim, ani o czym dokładnie.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Irma jak zwykle tajemnicza jak to co się dzieje z pieniędzmi na dobrych imprezach. W pierwszej chwili chciałem powiedzieć coś na kontrę, że się zmieniłem tylko... nie wiem czy na dobre. Rzuciłem tylko zdawkowe "Śpij dobrze".

 

Po rozmowie zostałem sam na sam z ciszą. Wszystko to było takie podobne, ale jakby podszyte od wewnątrz innymi motywacjami, inną sytuacją. Jeszcze parę lat temu znalezienie się w pokoju gościnnym Irmy byłoby czymś zupełnie innym. Dużo się zmieniło i chciałem się przekonać na kogo mogę tutaj liczyć. Nie byłem szarą myszką więc logicznie rzecz biorąc niedługo coraz więcej osób z ekipy usłyszy, że wróciłem. Tak... czy wciąż mam przyjaciół, czy też zwykłe wyrachowanie nakazuje się tak zachowywać? Może chociaż Diana, Sacre... Wtedy przypomniałem sobie słowa Jamala, swojego przyjaciela, który namówił mnie na podróż pod granicę.

 

Z rodziną do śmierci, gdy inni przychodzą i odchodzą. Tylko ją masz tak naprawdę.

 

Zawsze był moim najlepszym przyjacielem. Trochę jak starszy brat... i jego rady zawsze były dobre, zawsze były szczere. Gdy dowiedziałem się, że postanowił się ustatkować... byłem wściekły. Byłem wściekły, okropnie głupi. Postanowiłem jeszcze raz posłuchać tego co mówił.

Pobudka była... okropna. Miałem ochotę utopić ten pociąg w morzu brzoskwiń, tylko taki byłbym w stanie zaakceptować. Dopiero gdy dotarło do mnie co chciałbym zrobić, uświadomiłem sobie, że moje ciało już nie śpi, ale umysł jeszcze tak. Usiadłem na łóżku i usłyszałem głosy, jeden Irmy a drugi... nie byłem w stanie stwierdzić czyj i o czym mówił. Tak czy siak muszę wstać i żyć, więc poprawiając swój wygląd "na pamięć" wyszedłem z pokoju kierując się do łazienki. Jeśli ich spotkam, po prostu się przywitam, chyba, że to będzie ktoś znajomy. W planach miałem ogarnięcie się i poszukanie jednej z moich sióstr. Na pewno będzie mi wtedy łatwiej odwiedzić rodziców.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Twoje wyjście wprawiło oba głosy w milczenie. Najzwyklejsze otwarcie drzwi sprowadziło na Ciebie wzrok dwóch klaczy. Odruchowo sam zbadałeś kto przygląda się Tobie. Poza Irmą, w pomieszczeniu była już jakby znajoma Ci klacz. Atramentowe ubarwienie sierści, grafitowa grzywa, skóra, ćwieki, liczne kolczyki i zmysłowa czerwień na ustach. Zwieńczeniem urody klaczy były bursztynowe oczy podkreślone mocnym makijażem. Grafitowo-grzywa była buntowniczką z wczoraj. Rzuciła Ci krótkie i niedbałe "yo". Irma za to pozwoliła sobie na pytanie czy dobrze spałeś. Odparłeś zdawkowo i wgramoliłeś się do łazienki. Dość spore pomieszczenie z sedesem, wanną na środku i umywalką. Kafelki rozciągały się na całej podłodze i połowie ścian. Potem prezentowała się biel farby. Cokolwiek teraz będziesz robił, warto się zastanowić gdzie zaczniesz poszukiwania. Niestety, "każdy ogier z rańca, ma między nogami powstańca", a najprawdopodobniej współlokatorka Irmy, nie gasiła Twoich potrzeb. Była naprawdę piękna, aż nurtowało Cię, co kryję się pod jej makijażem, pod skórą. Ta klacz jednym krótkim spojrzeniem wryła Ci się w umysł.

Edited by Draco Brae

Share this post


Link to post
Share on other sites

Starałem się nie udawać zaskoczonego jej obecnością, ale jednocześnie musiałem szybko obciąć, co to za nowa persona. Szybkie spojrzenie musiało zamienić się w nieco dłuższe połączone z uśmiechem. Przywitałem się miło wspominając o naszym poprzednim "spotkaniu" ale nie chciałem przeciągać - byłem przecież w dość... porannej formie. Nie chcąc kontynuować dyskusji wyglądając jak przećpany od długiego spania, wszedłem do łazienki.

 

Ogarnąłem się, woda z rana zawsze działała na mnie jak z browar z rana. Pierwsza przyjemna rzecz po obudzeniu.

 

Po umycie od razu poczułem się świeży i gotów do akcji, jakiejkolwiek przynoszącej pozytywny skutek. Pofantazjowałem o nowej znajomej co od razu poprawiło mi humor. Ja pie*dole, ale się wyspałem - stwierdziłem z nutą zadowolenia. Moje życie wydawało się kompletne (xD*). Niemniej musiałem się ogarnąć. Może dałoby się wyjść z mieszkania razem z koleżanką Irmą, jej towarzystwo bardzo by mi odpowiadało. No i nie chciałem się włóczyć sam, a mój przeimprezowany w paru miejscach umysł pozwolił zapomnieć mi gdzie dokładnie mieszka rodzina. Co za pech, akurat gdzie mieszkają rodzice pamiętałem. Nie potrafiąc skupić się na czymś na dłużej niż dwadzieścia sekund zdecydowałem się po prostu wyjść na zewnątrz i poszukać informacji, popytać innych.

 

*Troszkę paliłem.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Pomimo iż wspomniałeś o spotkaniu, klacz skwitowała je dość szybko. Zrobiła to za pomocą słowa "doprawdy?" i sprawiała wrażenie zaskoczonej. Dopiero, gdy wchodziłeś do łazienki usłyszałeś drobne jęknięcie przepełnione zaskoczeniem.

- Faktycznie, mogło coś takiego mieć miejsce - dorzuciła, ale to już było raczej głośne myślenie klaczy.

W podczas tej krótkiej pogawędki dowiedziałeś się, że ma na imię Lisa. Po wyjściu z łazienki zastałeś Irmę gotową do wyjścia. Piła ostatni łyk herbaty i patrzyła się w stronę okna. Na stoliku były trzy kanapki z twarożkiem i szczypiorem. Jedno spojrzenie na danie, dawało do zrozumienia, że to posiłek dla Ciebie. Mimo to wyłożyłeś sprawę jasno, że potrzebujesz jakiśkolwiek wskazówek, a najlepiej przewodnika. Irma wywróciła oczami i stwierdziła, że spieszy się do pracy. Mogła Ci pomóc jutro, to jest w sobotę, bądź wskazówką. Tego drugiego nie skąpiła, nie musiałeś nawet prosić. Twoja najstarsza siostra Carrie pracowała w ratuszu. Było to po drodze do pracy Irmy. Zabrałeś więc kanapkę na drogę i ruszyłeś nie tracąc czasu razem z przyjaciółką. Pytanie czy za tym słowem kryło się jego znaczenie, czy było to już tylko wyrachowanie. Podczas spaceru z dawną znajomą, rozmowa zeszła na temat tego jak paczka się wykruszała. Jedno po drugim, każde z was budziło się z faktem, iż życie to nie tylko zabawa. Wyjątkiem jest chyba tylko Sacre, ale to inny przypadek. Krótkie wspominki lepszych i gorszych chwil pozwoliły Ci zrozumieć, że dawnej ekipy już nie ma, a tym bardziej nie wróci. Irma powiedziała to z niebywałą szczerością i nutką żalu. Nie musiałeś nic mówić, sama przyznała się, że to były wspaniałe momenty jej życia. Dalszą konwersację przerwał wam krzyk małego źrebaka.

- Paaaaniii Irmo! - dobiegł z głosem przepełnionym łzami. - Kim jest ten pan? Nie zostawi nas pani?! - zawodził. - Bo my panią bardzo kochamy! Zwłaszcza ja!

Klacz uśmiechnęła się i zaprzeczyła. Potem pogłaskała malca. W tym małym geście kryła się u niej niebywała łagodność. Tego chyba nikt z waszej paczki od tej klaczy nie doświadczył. Co nie zmieniło faktu, że została Ci prosta droga do ratusza by odnaleźć jedną z sióstr.

Share this post


Link to post
Share on other sites

...Niestety, dla prawdziwego weterana, wszystkie drogi prowadzą do whisky. Postanowiłem przejść się do pobliskiego pubu i zdać swój los na ręce przeznaczenia lub przypadku.

- Podwójną whisky z lodem i odrobiną soku z cytryny - rzuciłem do barmana kładąc hajs na blat. Jest dobrze w ch** - pomyślałem.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Krótka droga do ratusza okazała się jednak za długa. Spotkanie z rzeczywistością, z przyjaciółmi przerosło Ciebie i Twoje wyobrażenie o powrocie. Stchórzłyeś czy może raczej chciałeś się przygotować na kolejne brutalne zderzenie z tym co się zmieniło. Określić to mogłeś jedynie po paru głębszych, toteż szybko poszukałeś wzrokiem miejsca gdzie zazwyczaj się udaje kuc z podobnym problemem. Cóż bar, jak bar, stali bywalcy siedzieli przy jednym stoliku, inni grzali się gdzie im pasowało. Miejsca przy ladzie nie brakowało, barmanka, średniej urody klacz majstrowała przy radiu. Gdy zasiadłeś i złożyłeś zamówienie, ta bez słowa je wykonała. Jednakże, cały czas zalotnie się uśmiechała. Dzień zapowiadał się nawet znośnie. Napić się aż ona będzie ładna, zabawić się, a potem się okaże. Teraz jednak sączyłeś swoje whisky bez słowa. Szybko ujrzałeś dno szklanicy i bez nutki zahamowania zamówiłeś raz jeszcze to samo. W radiu, przy którym majstrowała wcześniej klacz, leciały hity tej wiosny. Cóż, są gusta i guściki, ale miałeś chwilami ochotę wylać gościa odpowiedzialnego za ramówkę. Czas mijał, a Tobie zaczynało szumieć w głowie od kolejnych wypitych szklanek. Zbliżało się południe, a Ty zbliżałeś się żeby coś zaliczyć. Cóż... Wszystko poszłoby z tym założeniem, gdyby nie znajomy głos.

- Nejra? Braciszku? - to była Carrie. Stała tuż obok Ciebie z lekkim wyrzutem w oczach. Było tam coś jeszcze... - Ładnie to tak iść się upić zamiast spotkać się z rodzina?

Twoja siostra szybko wyjaśniła, że długo Cię szukać nie musiała. Terry wpadł dziś do ratusza i powiedział o Twoim przybyciu, jakby przewidział, że nie pójdziesz do rodziny. A dalej łatwo było przepuścić, że pójdziesz gdzieś pić. Później Carrie mówiła o tym co było w domu, po Twoim wyjeździe. Lilu poszła w Twoje ślady jeśli chodzi o zabawę, zatem te słuchy, które Cię doszły, okazały się prawdziwe. Matka wkrótce po tych dwóch zdarzeniach oszalała, a Carrie się wyprowadziła. Cóż, rodzina też Ci się posypała i może częściowo nawet przez Ciebie.

- Jednak, nie szukałam Cię tylko dla tego, że dawno się nie widzieliśmy - zaczęła z troską i smutkiem. Nachyliła się nad Toba, by móc mówić, tak, by nikt nie słyszał. - Szykuje się wojna domowa Nejra. Ktoś podobno próbował otruć księżniczkę Lunę i jej zwolennicy powiedzieli, że to jasny spisek wyznawców Celestii.

Przemknęło Ci przez głowę, że to właśnie dlatego ostatnio Luna nie przemawiała osobiście. W zasadzie prawie od miesiąca.

- W związku z tym szykuje się przymusowy pobór do wojska... Uciekaj Nejra, w ratuszu jest już całkowita pewność co do wojny domowej...

Share this post


Link to post
Share on other sites

Gdy tylko usłyszałem i zobaczyłem Carrie, miałem ochotę udusić ją z radości. Byłem po paru głębszych, ale uczucie było szczere i trzeźwe, tak jak moja najstarsza siostra.

- Siostra...Nawet nie wiesz jak tęskniłem - wymamrotałem, aż poczułem łezkę w kąciku oka.

Ogarnij się kurwa. Jak ja wyglądam?

Chwilo trwaj!

Słuchałem Carrie ciągle dopytując o szczegóły. Może i imprezowałem, ale zawsze miałem to minimum szacunku do pracy by nie spóźniać się i nie być leniem. Znałem cenę pieniądza. Mama... nie wiedziałem co o tym myśleć, chciałem wiedzieć więcej, czy da się coś zrobić z jej chorobą, czułem, że tracę więcej niż sobie zasłużyłem.

Gdy usłyszałem o próbie otrucia, mimo paru głębszych udało mi się skojarzyć parę istotnych faktów. Rzeczywiście, dawno nie słyszałem by wypowiadała się osobiście. Nie niepokoiło mnie to wtedy - Księżniczki były boginiami, nawet jeśli wobec Celestii odczuwałem zdecydowany dystans i zdarzało mi wyśmiewać jej zachowanie.

Ale żeby wojna domowa?! Może jeszcze mam walczyć w imię Celestii? O nie, nic z tych rzeczy. Ciekawiło mnie co zrobi Jej Majestat Księżniczka Luna. Od małego zawsze stawiałem ją wyżej od Celestii, nawet jeśli rodzina uważała to za małe dziwactwo. Carrie rozumiała. Była dla mnie teraz jak whisky po blancie.

Musiałem zająć się rodziną. Skoro matka oszalała, nie wydawało mi się, żebym mógł liczyć na ojca. Był dobrym człowiekiem, ale szaleństwo matki musiało się na nim źle odbić.

- Muszę skompletować nową fantastyczną czwórkę, do tego ich rodziców - rzuciłem pół żartem. - Carrie, nie ma nic gorszego niż wojna domowa. W czasie normalnej wojny, kraj jednoczy się przeciwko najeźdźcy. Wojna domowa oznacza, że nie wiesz nawet czy sąsiad z którym 20 lat żyłaś dobrze, nie przyjdzie poderżnąć Ci gardła, bo kiedyś zapomniałaś powiedzieć mu "spierdalaj". Znaczy się, "dzień dobry", zapomniałaś powiedzieć mu "dzień dobry" - musiałem kończyć dłuższy wywód, bo whisky zaczynało wpływać na jego sens. - Trzeba zebrać was i jechać daleko stąd... zebrać się do kupy z dalszą rodziną, cokolwiek - płynąłem w wizji.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Carrie spojrzała na Ciebie krzywo. Nie spodobały się jej Twoje żarty jak i pijackie wywody. Jej kwaśna mina sugerowała, że jest gorzej niż Ty sam zakładasz. Westchnęła ostatecznie zdając sobie sprawę ile wypiłeś. Zliczenie tego, było w zasadzie ciekawą rozkminą, skoro klacz za ladą Ci się teraz podobała. To jednak był już rozdział zamknięty, a szum alkoholu w głowie dał znać, gdy tylko spróbowałeś postawić kopyta na podłodze. Balansowałeś na granicy upadku, ale wciąż trzymałeś się na "słowo honoru", przynajmniej tyle. Carrie coś powiedziała, jednak nie skupiłeś się specjalnie nad jej słowami i kiwnąłeś twierdząco głową, w nadziei, iż nie jest to nic zobowiązującego. Chyba pytała czy dasz radę wyjść sam z baru, bo sama ruszyła do wyjścia. Poszedłeś w jej ślady, choć z niemałym trudem. Blask słońca i świeże powietrze, przebudziły Cie z pijackiego amoku. Alkoholowa mgła usunęła się na bok, ustąpiła miejsca słowom Twojej siostry.

- ... tylko dojdziesz do siebie, zbierz swoją ekipę i udaj się na kilka dni do lasu z nimi. Wojska pod sztandarem Celestii będą chodzić od domu do domu ściągając ogiery do służby. Według moich informacji ma to się zdarzyć najpóźniej pojutrze. O ojca się nie martw, załatwiłam mu z urzędu zwolnienie z tej zaszczytnej funkcji. Ciebie jednak nie wzięłam pod uwagę.

Carrie zaproponowała jeszcze byś poszedł do jej mieszkania, wziął prysznic i przespał się, bo w aktualnym stanie, według niej, nie dałbyś rady. Cóż, może i trochę w tym racji było, bo alkohol stopniowo mami umysł, a miałeś całkiem niezłe tempo. Z drugiej jednak strony zwątpiła w Ciebie...

Edited by Draco Brae

Share this post


Link to post
Share on other sites

Nie lubiłem jej krzywych spojrzeń, wwiercały mi się w mózg i serce, mroziły krew i oddech jak guma FinterWresh. Klacz za ladą była niezła, ale byłem doświadczonym zawodnikiem w tej grze i wiedziałem, że jeśli na trzeźwo nie zwróciłem na nią uwagi to śmierdzi tu pułapką umysłu. Stawianie kopyt na podłodze było niczym utrzymanie się na okręcie szalejącym w czasie sztormu wywołanego przez jakąś Boginię z PMS.

 

Do pierwszej gleby jest zajebiście, byleby nie upaść... - myślałem, słysząc coś od strony Carrie. Moja odpowiedź była typowo na odpierdol, ale starałem się by moje oczy wyrażały coś w stylu "Wybaczysz, wiesz ile wypiłem". Ruszyłem za moją najstarszą siostrą usilnie starając się wymyślić coś co podniesie ją na duchu. Byłem już bliski wypowiedzenia kwestii tak genialnej, że po jej usłyszeniu nawet Celestia wstrzymałaby przymusowy pobór, a przynajmniej taki obraz klarował się w mojej pijanej psychice, gdy oślepiające światło wbiło mi się do czaszki niczym włócznia.

Solarna suka, musiała wiedzieć, że jestem najebany i podkręciła maksymalną ostrość - wybulgotałem jak debil.

Musiałem jednak przyznać, że przywróciło mnie to do życia.

Solarna suka, wiedziała, że będę najebany i teraz będzie prażyć tymi suchymi promieniami - było ze mną kiepsko. - Ekipa? Gdzie jest kurwa moja ekipa? - pierdoliłem dalej - Tyle się przeżyło, a im już chyba nie zależy tak jak mi, zwłaszcza po tym jak wciągaliśmy wtedy tylko...

- ... tylko dojdziesz do siebie, zbierz swoją ekipę i udaj się na kilka dni do lasu z nimi. Wojska pod sztandarem Celestii będą chodzić od domu do domu ściągając ogiery do służby. Według moich informacji ma to się zdarzyć najpóźniej pojutrze. O ojca się nie martw, załatwiłam mu z urzędu zwolnienie z tej zaszczytnej funkcji. Ciebie jednak nie wzięłam pod uwagę.

Propozycja Carrie odnośnie odwiedzenia jej miejsca zamieszkania spodobała mi się, powoli też zaczynała do mnie docierać powaga sytuacji. Posłusznie poszedłem z nią po drodze szukając wzrokiem jakiejś apteki z lekami na kaca. Skoro wojna... będę też musiał... musiał... odświeżyć kontakty... tam gdzieś, kiedyś jakiś kumpel od mojego ziomka chyba handlował błoną... bronią kurwa! - zaczynała się niemiła faza.

A Carrie? Zwątpiła... zwątpiła... ja też parę razy zwątpiłem - niebywale trzeźwa refleksja stuknęła mi w głowie.

Kocham Cię, siostra - rzuciłem.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Carrie tylko spojrzała na Ciebie z politowaniem. W jej kochanych, siostrzanych oczach dostrzegłeś swoje rozpite odbicie. Uśmiechnęła się szczerze, choć nieznacznie i odparła, że dobrze o tym wie. Dodała jeszcze, że ona Ciebie też kocha, ale to nie czas na zacieśnianie rodzinnych więzi. Cóż miała rację, a zagłębianie się w szczegóły wyprowadziłoby Twoje skupienie nad kopytami z rytmu. Tak... Zdecydowanie teraz musiałeś się pilnować coraz bardziej, by siostra nie musiała Cię nieść. Plany jednak to tylko teoria. Im bardziej się koncentrowałeś, by cały czas zachować kontakt ze światem, tym mniej szczegółów dostrzegałeś i coraz częściej plątały Ci się kopyta. Zdecydowanie przesadziłeś, a Twoje oczy, które błądziły za charakterystycznym zielonym plusem, nie natrafiły na niego. Byłeś w czarnej dupie. Cóż, dosłownie. Tylko tyle udało Ci się przypomnieć, gdy się obudziłeś w mięciutkim łóżku ze świeżą pościelą. Pachniała ona lawendą. Ten dziwny zapach od razu rozbudził Twoje zmysły i Ciebie. Szybkie poderwanie się z zastanowieniem "gdzie ja kurwa właściwie jestem?" zaowocowało bólem głowy. Za oknem było ciemno, a Twój wzrok bezskutecznie próbował cośkolwiek rozpoznać. Charakterystyczne syknięcie pełne bólu sprowadziło kogoś do pokoju. Drzwi uchyliły się z lekkim skrzypnięciem, ale słyszałeś ten krótki dźwięk wyraźnie. Bardzo wyraźnie. Whisky zdecydowanie za mocno dawała po głowie.

- Wstałeś już? - usłyszałeś szept Carrie. Mówiła bardzo łagodnie, by nie szarpać zbyt mocno Twoich bębenków w uszach. - Na stoliku obok masz proszki na ból głowy i szklankę z wodą. Później jak dojdziesz do siebie, przyjdź do salonu.
Polecenie Carrie wykonałeś z niesamowitą ulgą w gardle. Zimna woda dosłownie zgasiła żar, który swym kwasowym smakiem palił aż podniebienie. Proszki na ból głowy jednak nie działały tak szybko, niestety. Leżałeś tak jeszcze chwilę, by dać sobie czas na owe "dojście do siebie." Kiedyś jednak wstać musiałeś, przecież musiałeś zacząć działać, Twój świat był zagrożony... Wygramoliłeś się z wyra i delikatnie stąpając, omijałeś wszelkie obiekty, których zarys widziałeś w ciemności. Wreszcie sam przekroczyłeś próg pokoju. Byłeś teraz w salonie. Bardzo gustownym salonie. Twoja siostra miała gust. Ciężki zapach książek i starych mebli wymieszany z aromatem kadzidła wirował delikatnie po pokoju. Ściany miały ciemną i ciepłą żółtą barwę, podczas gdy sufit był bieluśki, co lepiej odbijało światło od zawieszonego przy nim żyrandolu z żarówkami skierowanymi ku górze. Na środku był stolik, a przy nim dwa fotele i kanapa z czarnej syntetycznej skóry. Na jednym siedziała Carrie. Na stoliku czekała filiżanka herbaty. Wkoło miejsca do spędzania czasu, były regały z różnymi drobiazgami, zastawami jak i książkami.

- Jeśli potrzebujesz mojej pomocy nie wahaj się Nejra. Proś o co chcesz - poinformowała Carrie. Jej głos wciąż był cichy i łagodny.

Share this post


Link to post
Share on other sites

×
×
  • Create New...