Jump to content

Strona Główna  |  Ogłoszenia  |  Lista Fanfików  |  Fanpage  |  Feedback
Draco Brae

Gorycz dorosłości - Nejra (Arjen aka Syreniec i WA)

Recommended Posts

Gdyby nie proszek na ból głowy właśnie trafiałbym we framugę, zamiast w wejście - pomyślałem mijając drzwi. W nowym pomieszczeniu uderzył mnie jego zapach... gdyby istniały takie perfumy, Carrie z pewnością kąpałaby się w nich dzień w dzień. Delikatny zapach kadzidła do mebli był niczym muśnięcie szminki na ustach skrywających piękne, białe zęby.

- Dzi... Hej siostra - powiedziałem patrząc na nią - wybacz za wczoraj... świat mi się zawalił, zajebał, cokolwiek - dodałem przyciągając fotel jak najbliżej siostry. Chciałem usiąść obok lub przed nią, zależnie jak pozwalały na to inne przedmioty w pomieszczeniu. Kanape olałem - jeszcze bym się rozłożyl i rozleniwił. Sięgnąłem od razu po filiżankę herbaty... upiłem łyk... jeden... drugi... po czym mdławy smak herbaty wywołał u mnie obrzydzenie. Nie żeby herbata była zła. Ale teraz? Marzył mi się klin, choćby szklanka piwa, ale nie mogłem poprosić. Udając że mi smakuje, odstawiłem herbatę na stolik i spojrzalem w oczy mojej wybawicielce.

- No więc... w sumie niewiele mi trzeba. Na pewno więcej informacji i... jebać ten las, musicie mieć gdzie się ukryć na wypadek wojny domowej. Jeśli mnie złapią prędzej zdezerteruje niż będę walczył za Celestię. A co z wami? Macie jakiś plan co dalej? Mam dobre kontakty przy granicy, może mógłbym z nich skorzystać, te tereny są mniej tłoczne i łatwiej się tam schować.

Zastanowiłem się chwilę.

- Jestem pewny, że jestem w stanie skołować tam broń. Jeśli wojna dotarłaby tutaj, a pewnie tak się stanie moglibyście poszukać jakiejś kryjówki i bylibyście tam o wiele bezpieczniejsi. Bylibyście bezpieczni - szczerze w to wierzyłem.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Fotel bez problemu mogłeś przesunąć bliżej swojej siostry. Nie stawiał on większych oporów, podobnie jak niektóre klacze... Będąc blisko siostry usiadłeś i poczęstowałeś się herbatą. Twój delikatny grymas, choć miał być niezauważalny, musiał być wyraźny. Carrie zachichotała i zupełnie jakby czytała Ci w myślach, odparła, że niestety nie ma nic innego poza herbatą bądź wodą. Szybko jednak spoważniała, gdy zacząłeś z grubej rury. Może nawet posmutniała. Wtopiła swoje spojrzenie w taflę herbaty w filiżance. Ujęła ją w dłonie mącąc między innymi swoje odbicie.

- Pociągi przejmuje armia - stwierdziła chłodno siostra. - Ten rodzaj transportu odpada. Wydaję mi się, że wszyscy mamy być posłuszni "tradycji." - Carrie upiła łyk herbaty dając sobie chwilę i zastanawiając się przy tym co jeszcze Ci powiedzieć. Lub raczej co może mieć znaczenie. - W dodatku nie mam gdzie Cię ukryć, wojsko już jest, wkrótce zajmie się poborem. Jedynie możesz udać się do lasu. Jednak w niezbyt dużej grupie. Ja zaś z rodzicami sobie jakoś poradzę.

Share this post


Link to post
Share on other sites

- Co za bezsens - rzuciłem.

Zdawałem sobie jednak sprawę, że moja siostra rozważyła już niejedną opcję i ta wydawała się jej najlepsza. Niemniej ciągle kusiło mnie inne wyjście. Wolałbym upewnić się, że rodzina jest bezpieczna i najzwyczajniej w świecie... czmychnąć gdzie pieprz rośnie. Nie żebym miał to we krwi. Tylko z kim ja będę walczyć w wojnie domowej? Przeciwko sąsiadom, kucom wśród których się wychowałem? Czy może będąc partyzantem napadnę kiedyś na jakiś konwój,  na czele którego iść będzie np. Terry? Nie paliłem się do walki.

- Co za bezsens - powtórzyłem. - Mam się chować po lasach, jak przed okupantem? Jeśli wy będziecie bezpieczni, nie martwcie się o mnie. Wymyślę coś lepszego niż narażanie życia, żeby władzę przejął jeden alicorn zamiast drugiego. A teraz... Carrie, musimy jakoś ogarnąć rodzinę, powinniście trzymać się razem.

Przez ułamek sekundy miałem jeszcze nadzieję, że to jej podły żart, że mnie nabiera, robi stracha, i chcę bym za karę poczuł się najgorzej. Jedno dodatkowe spojrzenie na jej twarz uświadomiło mi, że nie ma mowy o żadnym cudownym ocaleniu przed ogniem wojny.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Carrie ciężko westchnęła. Jej wyraz pyska był niczym podobizna Pierrota z commedii dell'arte. Brakowało jej tylko czarnych łez na policzkach. Mimo to, siostrzane oczy wciąż zatopione były w filiżance herbaty. Nasuwało to pewne wątpliwości czy Carrie jednak Cię słucha. Miałeś również wrażenie, że jej myśli biegną gdzieś ku wspomnieniom. Prosta kalkulacja pozwoliła na stwierdzenie, że następna wiosna nie będzie ciepła, zielona i żywa. Widmo wojny oraz cierpienia skutecznie spędzały uśmiech z ust klaczy.

- Jak długo masz zamiar kpić?! - wypowiadając te słowa, Carrie miała problem z wyrzuceniem ich z siebie. Zupełnie jakby dławiła się emocjami. - Nie jesteśmy już dziećmi, zrozum to wreszcie! Zacznij martwić się o własne życie, a nie o to jak rodzina sobie poradzi. - Po tych słowach klacz wzięła głęboki wdech i wypuściła zaraz powietrze. Zupełnie jakby ją paliło. Wspomniane łzy Pierrota, pojawiły się w kącikach oczu starszej siostrzyczki. - Już mówiłam, jakoś damy sobie radę...

Share this post


Link to post
Share on other sites

Jej słowa wywołały u mnie natychmiastową reakcję, zupełnie jakbym wiedział co zrobić. Podbiegłem, chwyciłem jej twarz i skierowałem ku sobie. Spojrzałem jej głęboko w oczy.

- Nie kpię, nie rozumiesz? Myślisz, że kto poradzi sobie z wojną najlepiej? Młode klacze, pragnienie każdego oddziału? Czy może starsze kuce, niezdolne do służby? Zrozum, jeśli ktoś ma sobie poradzić to właśnie JA! To JA muszę się o Was zatroszczyć, nie na odwrót! - Puściłem ją. - To odpowiedzialność - kontynuowałem - Ale czy to nie jest teraz sensem życia?! Dam radę. Muszę, Carrie! Pracowałem w Wojskach Granicznych, kto jak nie ja wie tu najlepiej jak sobie radzić z wrogiem? - Czekałem na jej odpowiedź.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Gdy trzymałeś Carrie i spoglądałeś jej prosto w oczy, te drżały. Ona sama wydawała się być bezsilna i przerażona tym jaka jest rzeczywistość. Gdzieś wewnątrz poczułeś ukłucie. Przeszywało Cię uczucie pełne nostalgii za krainą beztroski. Gdy największym problemem było kupienie cydru czy odrzucenie przez klaczkę. Smutny pysk siostrzyczki zdawał się przelewać właśnie takie emocje na Ciebie. Z oczu klaczy spłynęły łzy, a gdy ją puściłeś, zwiesiła łeb. Grzywa siostrzyczki zasłaniała całkiem, to jak mogła się czuć. Nie usłyszałeś w odpowiedzi od razu, nawet najmniejszego łkania. Po kilkusekundowej ciszy, doszedł Cię wreszcie głos Carrie. Był złamany, drżący, pełen bólu i niepewności.
- Już raz Cię straciliśmy Nejra. Potem Matkę i Ojca, a nawet Lilu - dała sobie chwilę. Każde słowo było nadkucykowym wysiłkiem. Zupełnie jakby kroczyła przez płomienie. - I teraz znowu, gdy wróciłeś, chcesz z łatwością pozwolić się zabić?
Carrie uniosła swój łeb. Część jej włosów była przyklejona do pyska dzięki łzom. Te zdawały się spływać raz za razem z jej spuchniętych oczu.
- Wojna to nie zabawa, a zgrywanie bohatera było wesołe kilka lat temu...

Share this post


Link to post
Share on other sites

Moja najstarsza siostra... bezsilna? Jakie to dziwne uczucie. To ona była dla mnie symbolem chłodnej analizy sytuacji, to ona wyrywała mnie z tarapatów gdy rzucałem petardami w Gwardię Królewską owego pamiętnego dnia. Carrie wymagała czegoś więcej niż przytulenia, potrzebowała decyzji i lepszego planu. Wyciągnąłem z kieszeni chusteczkę.

- Ja... będę z wami, nawet jeśli ciałem będę nieobecny. - Mówiłem, wycierając jej delikatnie twarz. - Musisz zrozumieć, chce wam zapewnić bezpieczeństwo ale to jest możliwe tylko z dala ode mnie. Carrie, spójrz na mnie. Jesteś ze mną? Jeśli tak, to pomóż mi zebrać jakoś rodzinę w kupę. To może być ciężkie dla niektórych, ale w tej chwili są rzeczy ważniejsze niż nasze prywatne animozje. Musimy przetrwać. Proponuję byś zajęła się tymi, którzy są najbliżej. Powiedz mi tylko gdzie mam szukać reszty. Możemy spotkać się u... Ciebie? Nie wiem jak u innych...

Share this post


Link to post
Share on other sites

Carrie wydawała się przytłoczona przez wszystko co spotkało ją do tej pory w życiu. Miała pewien poukładany plan, ale los nie do końca się z nim zgadzał i skutecznie rujnował fundamenty jej wizji. Teraz gdy konfrontowała razem z Tobą, to co będzie, wydawała się być zbyt długo silna. Twój wyjazd zatem naprawdę musiał odcisnąć się na matce i ojcu, a dalej na niej samej.

- Idiota - wydusiła z siebie razem z czknięciem. Wszystko miała jakoś zaplanowane, ale Ty wróciłeś, pojawiła się nadzieja, podczas gdy ona sama pogodziła się z dziwnym stanem zwanym zrezygnowaniem. - Nie słuchałeś mnie? Byłeś w sumie pijany... O wszystko jakoś zadbałam, tylko Ty... musisz się ukryć.

Share this post


Link to post
Share on other sites

- To Ty mnie nie słuchasz Carrie - powiedziałem, starając się nie dać po sobie znać, że niecierpliwi mnie jej upór. - A wcale nie piłaś. Jeśli myślisz, że jakieś zwolnienia z poboru wam pomogą to grubo się mylisz. Skoro szykuje się wojna domowa, to nie licz na to, że po prostu dorosłe ogiery pojadą na front daleko stąd. Wojna domowa oznacza, że być może nasz szanowny pan sąsiad, który od dawna może ukrywać swoje sympatie polityczne albo po prostu ma w pamięci jakiś zatarg z kimś z naszej rodziny, przyjdzie za tydzień spalić Ci dom, a Ciebie nabić na pal. - Kac ustępował, myślałem trzeźwo - Wojna domowa Carrie. Bez frontu. Bez zasad. Jeśli dotrze tutaj, licz na sytuacje każdy na każdego. A jeśli spalą tą wioskę - Zaczynałem się rozkręcać - Albo mi uwierz, albo biegnij do biblioteki i poczytaj o wojnie domowej. Już to widzę... siły wierne Celestii kontra buntownicy. W pierwszej grupie być może nasi przyjaciele, w drugiej my... - Szlag mnie trafiał z bezczynności. - Chcesz spokoju? No to szykuj się na wojnę.

Siostra była dobrą organizatorką, ale chyba nie zdawała sobie sprawy z tego co może się wydarzyć. Myślała, że ukryje nas na parę tygodni, jakby jeden z nas porysował Pani Burmistrz powóz, i teraz Gwiardia szukała winnego.

- I wypadałoby nagromadzić trochę żywności, najlepiej puszkowanej.

W planach miałem skontaktować się z Jamalem (przyjaciel z poprzedniego życia, tego na granicy - patrz życiorys). Miałem wielu przyjaciół, ale tylko jemu ufałem w 100%. We dwójkę znaliśmy lokalizację pewnej kryjówki w górzystych terenach przy granicy. Być może udałoby się nam zorganizować przetrwanie razem? Tylko jak to zrobić... poczta odpadała, mogła już być sprawdzana przez pachołki Celestii. Musiałbym lecieć calutką noc by z nim porozmawiać, a potem wrócić. Najpierw jednak musiałem przekonać Carrie, a potem zapewne całą rodzinę.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Pod wpływem Twoich słów, Carrie zdawała się miotać jeszcze bardziej w swoich rozmyślaniach. Każde słowo było niczym gwóźdź wbijany do trumny jej założeń. Zaś widmo rzeczywistości, które jej serwowałeś, musiała bardzo dokładnie i rzeczowo sobie wyobrażać. Odwróciła od Ciebie łeb, by spojrzeć gdzieś w bok i dać sobie wytchnąć. Z łatwością dostrzegłeś, że jej ciało zaczyna drżeć. W dodatku, gdy wspomniałeś o racjach żywnościowych, wcisnęła się w fotel, zupełnie jakby ktoś groził jej rozgrzanym żelazem. Spojrzała na Ciebie przekrwionymi oczami. Napuchnięte powieki i poliki od łez, unaoczniły Ci, jak mało wspólnego masz z byciem taktownym.

- Czemu zatem nie staniemy po stronie tradycji? - zapytała Carrie. Drobna iskra w jej oku, nieznaczne wygięcie się jej warg w uśmiech i nadzieja w słowach, rzuciła kolejny "przemyślany plan" siostry. Niezwykle szalony dla Ciebie, nie do pogodzenia się. Plan absurdalny wręcz dla Ciebie, dla niej wydawał się wyjściem idealnym. W jej głosie na powrót pojawiła się pewność siebie. I choć mówiła wciąż ze ściśniętym gardłem, była w nieco lepszym nastroju. - Niewiele się zmieni, a buntownicy nie zajmą miast i wsi blisko Canterlotu. Będziemy wszyscy bezpieczni! Nejra, to nie gra, nie ma sensu ryzykować życiem!

Share this post


Link to post
Share on other sites

Stanąłem jak zamurowany. To nie mogła być prawda... doskonale wiedziała, co myślę o takich sprawach.

- Na mózg Ci padło siostro? Wydaje Ci się, że Celestia ot tak pozbędzie się swojej siostry, a potem wszystko znów będzie pięknie i kolorowo? Niby jak? Skoro chce zagarnąć całość władzy dla siebie, to powód musi być prosty - chce zrobić coś, co nikomu z nas nie będzie się podobać. Zwłaszcza, że podobno chciała ją podstępnie otruć... Luna jest jedynym znanym nam kucykiem mogącym ją od tego powstrzymać. Harmonia nie może zostać zachwiana! - Miałem ochotę wybiec stamtąd. - Skąd wiesz dokąd dotrą buntownicy? I od kiedy to oddziały wierne monarchii są nieskazitelne?

- Idziesz ze mną, czy stajesz po stronie wygody? - Decyzja była w jej kopycie. - Jeśli się boisz... rozumiem to. I nie mogę zabronić Ci robić tego co uważasz za słuszne. Zawsze będę Twoim bratem Carrie, ale pora wybrać, do której strony przynależysz. Ja swoją wyczuwam naturalnie - Wstałem, żeby uścisnąć ją jeszcze raz i powoli zmierzać do wyjścia. - Idę zobaczyć, czy ktokolwiek też tak myśli. Gdybyś zmieniła zdanie... - szacowałem, ile potrzeba mi czasu, zanim będę zagrożony złapaniem. - Będę na tyłach karczmy przed północą - Zastanawiałem się, czy wciąż można tam pohandlować nielegalnym towarem, np. bronią krótką. Przyda się. Musiałem też sprawdzić co z moją ekipą.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Twoje słowa wypompowały z Carrie ostatnie resztki dobrego samopoczucia i sił na zmierzenie się z rzeczywistością. Uścisk jakim obdarzyłeś swoją siostrą, nie został odwzajemniony. Klacz jedynie zwiesiła głowę, a jej zapłakane spojrzenie utkwiło w martwym punkcie na podłodze. Wypluwałeś z siebie kolejne słowa, które były niczym jad dla jej uszu, aż wreszcie się zatrzymałeś przy drzwiach wyjściowych.
- To nie Celestia próbowała otruć Lunę - wyrzuciła z siebie w jakimś nadkucykowym wysiłku. - Byłeś pijany i resztę sobie dopowiedziałeś. Zajmę się rodziną, by była bezpieczna od wszelkich potyczek wojska z buntownikami.
Nacisnąłeś po tych słowach klamkę i zniknąłeś za drzwiami od mieszkania swojej siostry. Pozostawiony całej kurewsko barwnej palecie gówna, jakie zostało Ci zaserwowane od razu po przyjeździe. Nie miałeś pojęcia gdzie szukać swojej ekipy, która zdawała się już dawno porzucić życie, którym niegdyś chwytaliście każdy dzień. Rodzina? Powrót do domu, teraz, gdy wiedziałeś, że matka sfiksowała, a ojciec prawdopodobnie jest gotów obedrzeć Cię za to ze skóry, był szaleństwem. Z trudem przełknąłeś ślinę, czując jak rzeczywistość rzuca Ci na grzbiet więcej niż możesz udźwignąć. Nie mogłeś jednak wiecznie stać pod tymi drzwiami Carrie. Ruszyłeś ciemną klatką schodową, by wreszcie stanąć u progu całkiem ładnej kamienicy. Siostrzyczka za pensję urzędniczki się urządziła, Ty zaś znów rozglądałeś się po mieścinie, której już nie poznawałeś. Ząb czasu wbił się aż do krwi, a posoka, która się sączyła, ukryła barwy przeszłości.

- Yo - usłyszałeś znajomy głos. Niezwykle charakterystyczny i dźwięczny. Dawniej brzmiał on jeszcze nieco niepoważnie, a teraz jak najbardziej zmężniał. Zza winklu wyszedł Sacre. Karmazynowy ogier z blond grzywą sterczącą od żelu we wszystkie strony. Szmaragdowe oczy utopiły w Tobie spojrzenie. - Nie sądziłem, że Cię jeszcze zobaczę, dupku - przywitał się zdawkowym zasalutowaniem kopytem i łobuzerskim uśmiechem. Nosił czarną skórę pełną ćwieków.

Share this post


Link to post
Share on other sites

... Zimne powietrze otrzeźwiło mój umysł, który tez musiał zmierzyć się z kupą gówna, składająca się z niezrozumienia w rodzinie, rozpadu własnej grupy osób bliskich i problemów z adaptacją do nowego-starego miasta. Każde kolejne, nawet minimalne uderzenie wiatru w twarz przetaczało przed moim umysłem ostatnie sceny w kolejności chronologicznej. Zmartwychwstanie nad ranem... próba zrozumienia... potem wieści o spisku, rozmowa... wszystko było teraz ch*** warte, bo los wywraca priorytetami jak dachujący rydwan.

Ja dam radę. Nawet jeśli... zginę - ta trzeźwa myśl uderzyła mnie mocniej niż jakieś pieprzone podmuchy. Nie chodziło absolutnie o mnie, nie miałem zamiaru się o siebie troszczyć gdyż zrozumiałem swój cel na chwile obecną, i zapewne następnie tygodnie lub miesiące - naprawić krzywdy, które wyrządziłem odchodząc. Przypomniałem sobie wersy pewnego utworu:

 

"Jak widzisz gwiazdy, to kieruj się ich tropem
Ale tylko te prawdziwe wskażą dobrą drogę
"
*

 

Już jakiś czas temu interpretowałem prawdziwe gwiazdy jako rodzinę i przyjaciół. Czas zmierzyć swoje refleksje z autentycznym życiem.

- Yo - usłyszałem zza winkla. Brzmiał znajomo, jak...

- Nie sądziłem, że Cię jeszcze zobaczę, dupku

- Bankowo czułem, że jesteś gdzieś w tym syfie, czerwonuchu - w starym stylu postanowiłem przybić kopyto i z bara. - Co jest stary, słyszałeś, że poszedł fejm o Canterlocie? - Zapytałem go co wie o informacji w stolicy, samemu nie chcąc za dużo powiedzieć na początku.

_________________________________________________________

*Medium, "Żeglarzu" z "Teoria Równoległych Wszechświatów" 2011.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Sacre przyglądał się Tobie z niemałym zainteresowaniem. Analizował Ciebie jak tylko mógł, a gdy przywitaliście się w starym stylu, zaśmiał się lekko. Nie zdążył jednak w kolejnej barwnej metaforze opisać jakiejś Twojej wady czy po prostu ponowienia słowa "dupek". Czułeś to jak dawny przyjaciel prawie wcale się nie zmienił pod tym względem. Jednak miałeś w tej chwili inne priorytety. Sacre tylko uniósł jedną brew.

- O chuj się rozchodzi? - zapytał. Być może niepotrzebnie od razu prosto z mostu zapytałeś o Canterlot, co mogło wzbudzić podejrzenia. Czerwony ogier podrapał się po pysku. - Jeśli o kogoś z naszej paczki, to myślę, że Terry i Irma wszystko Ci już opowiedzieli. Nie widzę potrzeby, bym i ja to wałkował. Chodź lepiej na piwo - zakomenderował i ruszył z kopyta w kierunku obrzeży miasteczka. Nie czekał specjalnie, na odpowiedź, był przekonany, że dołączysz.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Dobrze było zobaczyć starego kumpla, ale teraz byłem dość nabuzowany ostatnimi wydarzeniami. Nie musiałem też od razu wywalać całego sedna na raz, pewne sprawy można potraktować delikatniej... jeśli ma się na to czas. I znowu chęć wypicia piwa walczyła z priorytetami. Nieodłącznym narzędziem stał się teraz kompromis.

- Dobra... ale bierzemy browar i wypijemy w plenerze - powiedziałem, po czym ruszyłem w ciemność za swym kompanem.

 

Co za kure***ie życie. Dopiero co wróciłem do rodziny i zaczynałem wracać do paczki, gdy los każe mi zadbać o jak najwęższe grono osób, które mógłbym otoczyć opieką... ciekawe czy Sacre wybierze poważną ścieżkę, czy będzie wolał mieć wywalone. Doganiając go, zacząłem szukać po kieszeniach resztek jarania.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Sacre cwałował bez choćby jednego słowa, podczas gdy Ty szperałeś po kieszeniach. Sprawdzając jedną za drugą, powoli docierało do Ciebie, że dłużący się czas w pociągu, zdążyłeś sobie umilić. Po sprawdzeniu ostatniej kieszeni, mogłeś jedynie westchnąć ze smutkiem. Jak już przestałeś być skupiony tylko i wyłącznie na jaraniu, podniosłeś łeb. Przechodziliście własnie obok swojej starej budy. Zmierzaliście zatem nad rzeczkę. Sacre doskonale wiedział gdzie najlepiej się będzie piło po powrocie. Skubaniec nagle się zatrzymał i wstąpił do małego sklepiku. Zostawił Ciebie, wlepiającego spojrzenie w budynek szkoły. Dzwoneczek drzwi sklepowych zadzwonił po krótkiej chwili, wybudzając Cię z krainy wspomnień. Gdziekolwiek byłeś, przelało się przez Ciebie jeszcze więcej wspomnień, niż podczas rozmowy z Irmą czy Terrym. Odwróciłeś się w kierunku Sacre, o dziwo ten był bez żadnej torby. Już miałeś pytać czy aby na pewno coś kupił, a wtedy lekko uchylił swoją skórzaną kurtkę. Butelki zabrzęczały, ale widziałeś tylko jedną.

- No już, już, nie gap się jak sroka w gnat, idziemy - choć zdanie skierowane było, gdy spoglądałeś na alkohol, to domyślałeś się, że chodziło mu o szkołę.

Niebawem zaszliście nad rzeczkę. Lekko pochylona gleba idealnie nadawała się by poleżeć na trawce i gapić się w nawet rozgwieżdżone niebo. Sacre nawet nie czekał, położył się zaraz na grzbiecie. Wyciągnął asortyment i otworzył swoją butelkę zębami. Mieliście po trzy butelki na głowę miejscowego piwska.

- Za przeszłość - rzucił toast i zaczął żłopać.

Share this post


Link to post
Share on other sites

"You can have all my shine ,I'll give you the light..."

 

Było mi naprawdę dobrze. Pieprzony egoizm i wygoda krzyczały we mnie "Chrzań to! Rozwal się w plenerze... popij piwem... wyluzuj, daj sobie żyć, będzie dobrze..." wciąż i wciąż. Na szczęście nie uwaliłem się mocno, toteż czujność w głowie stała na najwyższym poziomie. Sacre wbił do budynku, a ja czekałem na zewnątrz zastanawiając się jak to rozegrać. Nigdy nie był jakoś ukierunkowany politycznie, bliżej mu chyba było do anarchii niż jakichś koncepcji rozwiązania problemów tego typów. Gapiłem się na szkołę. A może to szkoła gapiła się na mnie, wlepiając we mnie wszystkie okna. Luno, jakie to było zajebiste... zero problemów, pełen relaks po szkole, a nawet w trakcie. Przypomniałem sobie moje "pierwsze". Pierwszy browar, dziewczyna, przypał... Cóż, teraz marihuana i endorfiny zastępowały tamte uczucia. Gdy Sacre wyszedł, rzuciłem krótkie "Odpale Ci za to" nawiązując do późniejszego rozliczenia się. Chciałem jeszcze odwiedzić budynek szkoły, ale wiedziałem, że nie czas na to. Nie teraz, znowu nie teraz. Poszliśmy nad rzeczkę, po drodze zadałem parę prostych pytań co u niego. Gdy dotarliśmy, wyłożył się na grzbiecie i otworzył butelkę. Wszystko było super, tylko toast za cholerę mi nie pasował.

- Za przeszłość - rzucił toast i zaczął żłopać.

Pomyślałem chwilę, po czym uśmiechnąłem się i podniosłem butelkę.

- Za... przyszłość! - Wziąłem solidny łyk. Trzy piwa były spoko, byłem pewny że mnie nie uwalą. Postanowiłem oddać mu narazie inicjatywę jeśli chodzi o temat, ale pod koniec drugiego piwa muszę z nim pogadać o obecnej sytuacji. Bo co mamy robić? Miałem dwie koncepcje, które za cholerę nie pasowały wszystkim. Planowałem walczyć u boku dowódców i Księżniczki Luny, w ciężkich partyzanckich warunkach. Rzeczywiście piękne, szkoda, że mogłem wtedy napotkać w walce swoich przyjaciół, czy rodzinę... Carrie chyba wybrała otwarte popieranie Celestii. Z drugiej strony... czy nie uroczo byłoby zebrać parę luźniejszych osób, zaszyć się gdzieś na zadupiu, pijąc paląc i pieprząc? Ale do tego najpierw musiałem wysłać list do Jamala, dając mu znać, że myślę o TEJ kryjówce.

- Sacre, jest tu jeszcze poczta? Nie, dziś nic nie wyślę, ale na pewno kiedyś.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Sacre na każde Twoje pytanie odpowiadał równie lakonicznie, co Ty je zadawałeś. Zdecydowanie z nich mogłeś wywnioskować, że żył. Wiódł swoje życie, ale był lekko znudzony, a może przytłumiony tym, że świat jest już poukładany. Niby znalazł dziewczynę, niby ma kapelę, ale doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że daleko nie zajdzie. Karmazynowy ogier nie był jednak rozmowny. Zaraz po toaście zapanowała cisza, przerywana co chwilę poprzez "gaszenie pragnienia". Woda lekko szumiała, ale był to jednak dźwięk, który był gdzieś wewnątrz Ciebie wytłumiony.

- Przyszłość? Huh... - powtórzył i westchnął mocno ogier. Nie odrywał wzroku od gwieździstego nieba, ale kopyt od butelki również. Dopiero pytanie o pocztę nieco go rozbudziło. - Ano. Stara poczta zajęła sąsiadujący budynek Lotosłońca. Wiesz, tej kolektury. I jest jeszcze jedna w mieście, zajmuje się paczkami i temu podobnymi pierdołami. Niedaleko ratusza.

Butelka przyjaciela została odstawiona, a zaraz za nią, kolejna została otworzona...

Share this post


Link to post
Share on other sites

Sacre jest totalnie znudzony, nie wiem co się stało z tym gościem. Chyba potrzebny mu będzie dodatkowy kop od życia. - Pomyślał Nejra.

- Słuchaj Sacre... trochę razem przeszliśmy, więc wierzę, że z czasem powiesz co Cię tak trapi. Ale jest jedna sprawa... Być może bardzo istotna dla nas wszystkich. Słyszałeś wieści z Canterlotu? Jeśli tak, to zapewne zdajesz sobie sprawę co to może oznaczać dla mnie... i dla wielu kuców jeszcze. - Sacre był kimś, komu kiedyś mogłem się zwierzyć bez mrugnięcia okiem, obecnie życie nauczyło mnie by wszystko sprawdzać dwa razy.

- Wstawaj... musimy się przejść.

Piwo sprawiało, że było przyjemnie ale nie zamroczyło mózgu. Sacre mógł mi się bardzo przydać, jeśli chciałem szybko sprawdzić, czy któryś z moich przyjaciół zechciałby się przyłączyć.

 

Cholera, cały ja. Ogarniam plan ratowania świata dopiero jak się napije - Nejra kolejny raz wkur***ł się na swoje podejście do kwestii alkoholu.

Poczta była już niemal na pewno zamknięta, toteż musiałem się do niej udać jutro z samego rana.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Sacre nawet nie drgnął, gdy mówiłeś o Canterlocie. Kiedyś odległe marzenie o scenie tam oraz o sławie temu towarzyszącej, teraz nie wprawiało nawet w ruch jego powieki. Leżał dalej i konsumował drugie piwo. Pośpieszenie go, by wstawał odniosło zerowy sukces. Sacre miał naprawdę w głębokim poważaniu wszelkie "wielkie problemy". Żył tu i teraz, i zdawać by się mogło, że nie ma ochoty tego zmieniać.

- Zachowujesz się jakby Luna rozłożyła kopyta i zrobiła dni otwarte Nejra. I mam wrażenie, że chcesz spędzić wszystkie dni otwarte pomiędzy tymi kopytami, by nie dopuścić tam nikogo innego - stwierdził Sacre z zauważalną nutą zgryźliwości. Cóż lubił kpić, była to część jego natury. - Zamiast się szlajać i wyglądać jakbyś wyjebał własną siostrę, mów co Ci leży na wątrobie - rzucił i ponownie poleciał w ślimaka z butelką. Po chwili szybko jednak oderwał się od przyjemności, by spojrzeć na Ciebie jak najpoważniej na świecie, a zarazem z nutą przerażenia. - Ale Ty chyba nie przeleciałeś żadnej ze swoich sióstr, prawda?

Edited by Draco Brae

Share this post


Link to post
Share on other sites

Jak się mogłem domyślić, ruszenie dupska tego lenia graniczyło z cudem. Artyści, słomiany zapał, ale do używek to prawie zawsze łasi. Oczywiście nie powiedziałem mu tego, gdyż sam nie dość, że miałem słabość do używek, to nawet kur** artystą nie byłem. Życie płynie dalej.

A może... jestem wojownikiem? Pytanie sformułowane jakby przypadkiem trafiło głębiej niż mogłem się spodziewać. Suma summarum analizując na szybko (browar) moje życie, stwierdziłem, iż mógłbym w końcu przekuć jakieś swoje doświadczenie w praktykę. I nie mówię tu o tych wszystkich zajebistych melanżach, błogim spędzaniu czasu, ale o czymś co faktycznie liznąłem - powiązana z wojskowością praca. W kwestiach militarnych nie byłem super specem, ale miałem dostęp do rzeczy, których pozbawione było pewnie z 90% kucyków w tym państwie. Miałem też orientację, jak mniej więcej działa państwo. Wspomnieniami pogalopowałem dalej. Kiedy pracowałem jako Strażnik Graniczny, mieliśmy w oddziale pewnego starszego kuca. Wszyscy mówili mu "tata", zapewne przez to, że był ojcem jednego z popularniejszych wojaków w oddziele, na dodatek swego czasu służył w Oddziałach Szybkiego Reagowania. Przejmował poranną zmianę, toteż kiedy Nejra wracał z ostatniego lotu i sporządzał raport, ten właśnie przychodził do placówki by przygotować się do kolejnego dnia pracy. Niejeden dzień spędzili na wspólnych rozmowach, starszy kuc miał rozległą wiedzę nie tylko wojskową i życiowa, ale także polityczną. Granatowy pegaz sporo się od niego nauczył, zrozumiał zasady funkcjonowania państwa, a także porady "jak pić by się nie zabić", sztuczki działające na klacze (tutaj Nejra niestety zauważył, że czasy się zmieniają i większość nie działa tak dobrze jak te, które sam stosował) oraz udoskonalił samoobronę poprzez naukę paru niestandardowych chwytów i przechwytów. Cały porucznik Lighter. Tata, który lepiej do niego docierał... Lepszy start... Zgryźliwość Sacre na temat dni otwartych wybudziła mnie z wewnętrznego świata umysłu.

- Wiesz, tylko jakoś wydaje mi się, że w kwestiach politycznych lepiej się orientowałem. Zaufaj mi.

Kolejną porcję kpin olałem, aż usłyszałem pytanie.

- Ale Ty chyba nie przeleciałeś żadnej ze swoich sióstr, prawda?

To był być może mój moment by zmusić go do ruszenia dupska. Udając, że nie usłyszałem pytania, odwróciłem się, odszedłem parę kroków i burknąłem coś niewyraźnie, by nie dać mu jasnej odpowiedzi. Zabrzmiało jak "Mmnnaha".

Wpatrzyłem się w niebo. Zamierzałem podpuścić go zaraz pytaniem "czy też uważa, że kuzynka to nie rodzina." Z wiadomym podtekstem.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Czułeś jak Sacre wlepia w Ciebie swoje oczy. Spoglądając na rozgwieżdżone niebo, czekałeś. Delikatny nocny wiatr i chłód smagał Twoje ciało. Szumiało Ci w głowie, a może w sercu. Nie byłeś pewien, ale upływający czas uświadamiał, że jest go coraz mniej. I choć teraz mijały zaledwie sekundy, chciałeś by każda jedna trwała wieczność.

- Którą? - zapytał drżącym półgłosem. Usłyszałeś wreszcie jak trawa, na której zalegał, szeleściła. Stanął wreszcie twardo kopytami na ziemi, a towarzyszący wam szum wody, budował atmosferę nadciągającej przyszłości. - Mówże, którą! - wysilił się na nieco mocniejszy ton, choć wciąż brzmiał w sposób niepewny.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Czekałem patrząc prosto w niebo. Tak bardzo chciałbym, by rozwiązanie moich problemów nadleciało stamtąd, wzięło mnie w siną dal i ofiarowało spokój duszy. Kuce... mają problemy. A ja byłem jednym z nich. W tej chwili czułem jakąś taką pustkę, gdy myślałem o możliwej śmierci na wojnie. Ostatnie lata były dość grube, jeśli chodzi o zaspokajanie co próżniejszych zachcianek. Ale przecież... czy to wszystko nie było stworzone, by dawać nam przyjemność? Cieszyć się życiem, póki ono jest. Alkohol, narkotyki, klacze... przecież to wszystko było dla nas.

Moralne dno. Brak Światła i poczucia misji. Świadomość to dusza.

Sacre wyrwał mnie z mojego wewnętrznego wszechświata. Czy był warty ratowania? Zawsze powiedziałbym, że to oczywiste. Zerknąłem na niego. To spoko gość, ale czy tym co najbardziej nas trzymało razem nie były imprezy? Czas sprawia, że coraz mniej żałuje się osób, które z dalszej perspektywy nie idą do przodu.

Chcąc być dłużej młodym, w rozwoju stanąłem ze strachu. Zaczynam żałować choć potrzebowałem czasu.

Moje myśli.

- Uh... ten, dobre te piwo. Mówiłem Ci Sacre, że kuzynki to nie rodzina, hę? Zbieraj się, chce Ci powiedzieć coś ważnego a potem muszę znikać. Nie, nie przeleciałem swojej siostry tak swoją drogą. A co cię tak zainteresowało, którą konkretnie? - obróciłem się w jego kierunku odrobinę szybciej niż powinienem.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Gdzieś w trawie usłyszałeś świerszcza. Jego samotne cykanie cichło co chwila. Razem z lekko wyjącym wiatrem i szumem wody, tworzyło to specyficzną symfonię. Zupełnie jakby natura sugerowała Ci wyluzowanie. Zapomniała jednak, że według praw pewnego kuca-konstruktora Murphy'ego, potrzebny był jeszcze strzał w klatę. Mało optymistyczna wizja szybko zlała się razem z widmem nadchodzącej fali nieszczęść. Sacre wpatrywał się jeszcze chwilę w Ciebie. Jego wzrok był niczym rozgrzane żelazo tuż nad Twoim karkiem. Czułeś, że spogląda w Twoją stronę. Ale nie "uderza".

Gdy się odwróciłeś, ruszył wreszcie. Zmącił miarowy szum trawy. Szedł powoli, nieświadom Twojego prawdziwego celu. Nawet jeśli nie chciałby teraz dołączyć, to wkrótce siłą by go zaciągnęli. Wiedziałeś zatem, że gdy się dowie, nie odmówi Ci. Nie wyrwie się z pajęczej nici, którą uknuł większy pająk, ale Ty sam zręcznie się po niej poruszałeś. Stanął tuż obok Ciebie.

- Powiedziałeś, że jeśli tkniesz po pijaku jakąś swoją siostrę, to mam Cię osobiście wykastrować. Dla mnie kuzynka również byłaby niczym siostra... - stwierdził spoglądając w ten sam punkt na niebie co Ty przed chwilą. Jego obwieszczenie było na tyle teraz spokojne, że groźba wydawała się realna. Grzebiąc jednak w pamięci, nie mogłeś stwierdzić, kiedy mu to powiedziałeś. Pozostawała wiec furtka, że zrobiłeś to będąc pijanym lub naćpanym...

Share this post


Link to post
Share on other sites

Patrzyłem jeszcze chwilę ku górze.

- Nigdy nie tknąłbym swojej siostry. Są skarbem. A kuzynki... cóż, to już dalsza kwestia. Ciekawe co byś mówił jakby Twoja wyglądała jak modelka - Spojrzałem teraz na Sacre. - Mamy teraz ważniejsze zmartwienia na głowie Sacre. Wiesz, że możesz na mnie liczyć ale nie podejmę pewnych decyzji za Ciebie. Pomogę jeśli tylko będę mógł. Niedługo znowu ruszam, chciałbym ocalić więcej osób niż ostatnim razem. Wiem, że jako człowiek z artystyczną duszą możesz mieć na to po prostu wywalone... ale ja nie mogę. W całym tym imprezowym syfie zdałem sobie sprawę z jednej ważnej rzeczy. Dopóki mimo zmieniającej się sytuacji na zewnątrz uda Ci się zachować w sobie coś wartościowego za co jesteś w stanie pójść na koniec świata, dopóty nie zatracisz się. Nie potrafię usiąść i czekać co będzie gdy oni coś zrobią. Chcę robić coś, by to oni musieli się głowić. - Dopiłem alkohol do końca i bezczelnie wyrzuciłem w trawę - Każdy etap w życiu kiedyś się kończy. Nie chcę już imprez, chce zadbać o bliskich. Melanż okazyjnie.

- I tak, jeśli tknę jakąś swoją siostrę to masz mnie wykastrować, albo wyznaczyć kogoś do tego zadania i osobiście tego dopilnować.

 

W głowie pojawiła się aktualizacja planów. Nie będę teraz wszystkich namawiał. Muszę skontaktować się z Jamalem, przygotować kryjówkę. Jeśli najgorsze przypuszczenia okażą się prawdziwe, wtedy spróbuję wrócić tu i uratować ilu się da. Będę jednak potrzebował pomocy dwóch, może trzech kuców. Cichutki głos w głowie oznajmił mi... Ostatnia noc Nejra. Zalicz coś na odchodne...

 

Chyba mam alter-ego.

Share this post


Link to post
Share on other sites

×
×
  • Create New...