Jump to content

Strona Główna  |  Ogłoszenia  |  Lista Fanfików  |  Fanpage  |  Feedback
Hoffman

[Pojedynek] [B] Nocturnal Van Dort vs Zegarmistrz

Nocturnal Van Dort vs Zegarmistrz  

10 members have voted

  1. 1. Kto zwyciężył w tym pojedynku i popisał się większą mocą?

    • Nocturnal Van Dort
      4
    • Zegarmistrz
      6


Recommended Posts

Z nieopisaną przyjemnością witam Was na nowej arenie i jednocześnie zapowiadam kolejny pojedynek, który jak mniemam sprawi, że już niedługo będziemy szukać ekipy remontowej, która będzie musiała "posprzątać", jak już będzie "po wszystkim". Gdybym miał jakoś nazwać nową arenę, nazwałbym ją "smoczym okiem". Zgoda, tradycyjne płaskorzeźby, przedstawiające wybitnych magów, zwalczających różne, mityczne bestie, być może nie mają zbyt wiele wspólnego z samymi smokami, jednakże ten charakterystyczny, bursztynowy środek areny przypomina mi właśnie smocze ślepie.

 

Odpowiednie zaklęcie uformowało z chmur zupełnie niegroźne, mini-trąby powietrzne, które już za chwile uniosą się ku górze, a specjalnie wytresowany zespół czarnych kruków przetnie powietrze, oficjalnie otwierając pojedynek. Czemu kruki? Cóż, białych gołębi nie mieli.

 

 

mlp___inner_showdown_by_kroliath-d488gqi

 

 

Dziś naprzeciw siebie staną Zegarmistrz oraz Nocturnal Van Dort! Znany i surowy inkwizytor, mający za sobą wiele pojedynków i niemałe doświadczenie zmierzy się z kreatywną i wiernie służącą Nightmare Moon, Nocturnal Van Dort! Jak zatem widzicie, będzie się działo, a to wszystko na warunkach określonych opcją B! Innymi słowy, pojedynek ten potrwa dwa tygodnie, a zakończy się ankietą dnia 01.12. o ile znowu nie spotkają mnie jakieś opóźnienia...

 

W porządku, czas rozpocząć pojedynek! Powodzenia!

Edited by Hoffman

Share this post


Link to post
Share on other sites

Z wejścia na arenę wysunęła się głowa o szarych oczach i wąskich ustach, dokładnie lustrując otoczenie. Zaraz za nią wysunął się długi warkocz i reszta postaci, nerwowo bawiąc się rękami.

- Dzień... dobry? - wymamrotała pod nosem i po chwili zdecydowała się na stawienie kroku w stronę środka areny, co owocowało potknięciem się i wysypaniem z jednego z przydługich rękawów kilku zmęczonych życiem kart, gumowego węża i skorpiona, wcale nie gumowego.

- Ojej - mruknęła  i pochyliła się żeby pozbierać wszystko i wrzucić szybko do towarzyszącej, zbrukanej torby wiszącej u boku. Korzystając z okazji wyjęła z niej niewielki zeszyt i zaczęła go kartkować. Wreszcie udało jej się znaleźć to, czego szukała. Zatrzasnęła zeszyt, przetarła oczy i jeszcze raz rozejrzała się po arenie.

Co ja tutaj właściwie robię?  - przemknęło jej przez myśl, a następnie przyrzekła sobie, że już nigdy nie będzie się nigdzie zapisywać po zażyciu tabletek nasennych.

Nocturnal van Dort zaczęła kopać kamienie wokół siebie w oczekiwaniu na swojego oponenta.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Odrzwia się rozwarły i na arenę wkroczył Zegarmistrz. Tym razem miał na sobie ciemne ubranie, które kontrastowało z białymi rękawicami i umieszczonymi na niej, czerwonymi kamieniami. Kolejny raz na arenie i tym razem przeciwko damie, zapowiadało się ciekawie.

- Witam waćpannę, zapowiada cię interesujące widowisko. I z miejsca ostrzegam, że choć ze mnie raczej gentleman, to mimo wszystko planuję użyć wszelakich dostępnych mi środków by ku zwycięstwu podążyć. Zatem proponuję się szykować.

Co mówiąc szybko uderzył pięścią podłoże a klejnot na jego rękawicy zapalił się delikatnym i zielonkawym światłem. Po chwili zaś ziemia pękła i z litego kamienia wyrosły na arenie liczne kolumny. Zegarmistrz szybko skrył się za jedną z nich, znikając z pola widzenia oponentce. Tak przygotowany czekał na reakcję przeciwniczki.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Nocturnal podniosła głowę, żeby zobaczyć koniec kolumny, która podstępnie i bezczelnie wyrosła tuż przed jej nosem. Wyjrzała zza filaru w celu zlokalizowania przeciwnika, jednak - jak szybko doszła do wniosku - było to niemożliwe ze względu na resztę kolumn powstałych przez Zegarmistrza.

- A więc tak się bawimy... - mruknęła do siebie. Z torby wyciągnęła niewielką sakiewkę i wysypała garść piasku z niej na dłoń. Podrapała się po czole w zastanowieniu, po czym drugą ręką wzięła garść piasku z areny i zdmuchnęła pył. Ziarenka połączyły się w powietrzu i przez chwilę wirowały, rozsiewając się po arenie. Kiedy już opadły, przez krótką chwilę nic się nie działo. Kiedy jednak chwila dobiegła końca, z ziemi zaczęły wyrastać klony dziewczyny. Dziesiątki kopii nie do rozróżnienia, a wszystkie zaraz po powstaniu zaczęły ze sobą żywo dyskutować i żadnej widocznie nie przeszkadzało, że mówią w innych językach. Między publicznością zapanowało poruszenie, bo jedna z klonów pojawiła się nie tam gdzie trzeba i próbowała się teraz przedrzeć, żeby dotrzeć do swoich sióstr, a jeszcze inna próbowała bezpiecznie zejść po pionowej ścianie - bez większego skutku. Może i prawdziwa Nocturnal nie widziała wiele więcej niż przed chwilą, ale przynajmniej przez jakiś czas mogła czuć się bezpiecznie. Cel został częściowo osiągnięty. Zadowolna z siebie oparła się  o jedną z kolumn czekając na rozwój wydarzeń.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Genialna kontra, Zegarmistrz musiał to przyznać. Ilość klonów niejako dość mocno udowadniała potencjał magiczny jego przeciwniczki. Trzeba by to zapamiętać i wzmocnić ostrożność. Lecz potencjał magiczny nijak nie trzymał się niestety tego myślowego. Wiele klonów mogło go rozproszyć, owszem. Specjalnie że wszystkie gderały po wszelakiemu. Trochę rozumiał lecz w większości był to nie więcej jak rozpraszający bełkot. Dwa osobniki wyróżniające się w tłumie - jeden na trybunach(z pewnością klon bowiem o ile Zegarmistrz dobrze pamiętał, nie wolno było opuszczać areny) i jeden szarpiący się z kolumną. I ten pewnie był klonem, bo dziwne by było gdyby sama siebie rzuciła w tak dziwne miejsce. Mimo wszystko wysoko oceniał kompetencje panny Von Dort.

I owa wysoka ocena osiadła jak kamień w mule gdy ta postanowiła oprzeć się o kolumnę. Jakie są szanse że jeden z klonów miast stać jak inne zrobi coś innego niż wszystkie?

Zegarmistrz obstawił iż niewielka.

Szybki znak wykonany dłonią wysłał puls do kolumny o którą się waćpanna oparła i literalnie ją zdetonował.

Na arenie rozległ się wybuch, który zagłuszył przez chwilę gadaninę klonów. Zegarmistrz liczył, że to uświadomi jego przeciwniczce, iż nawet drobne błędy mogą zostać wykorzystane przeciw niej.

Ale, pora na konkretne uderzenie.

Wyciągnął z kieszeni mały metalowy dysk, wielkości przeciętnej monety. Podrzucił ją w powietrze i ta zawisła na wysokości jego piersi.

- Garon tori ten chara!

Gniew smoka splunięciem węża!

Kiedy wymówił te słowa dwie kolumny zalśniły oślepiającym blaskiem. Zegarmistrz chwycił za monetę, oparł ją na swojej dłoni, tak, jak dzieci opierają pestki czereśni by móc ją wystrzelić kciukiem. I wystrzelił. Przez sekundę "moneta" leciała jak zwykła blaszka. Potem dosłownie rozerwała barierę dźwięku. Gigantyczny huk i następująca za nim diabelska moc pędu. Ziemia popękała i spore jej kawałki zostały odrzucone na boki pod wpływem energii uwolnionej w tym jednym wystrzale. A wszystko lecące w miejsce, gdzie jeszcze chwilę temu stała Nocturnal, teraz, jak miał nadzieję, lekko ogłuszona wybuchem.

Zegarmistrz miał nawet stosowną nazwę dla wystrzelonej monety.

"Railgun" było najadekwatniejszym słowem, które mogło opisać co też Zegarmistrz uczynił. Ale nie czekał na reakcję, szybko zatoczył nogą koło i wykonując znaki dłonią spowodował, iż kilka z kolumn otoczyło go niczym płot, zaś ich rozmiar zmalał tak, by tylko tułów w wzwyż był widoczny. Na szczycie każdej z kolumn wykwitł kolorowy kamień.

Każdy w innym kolorze i kształcie.

Zielony, kanciasty jak głazy które teraz zdobiły miejscami arenę, przyozdobiony runami mocy.

Błękitny, wyglądający jak kryształ formowany w podziemnych jaskiniach przez wodę.

Jasno czerwony, w kształcie kostki, migoczący niczym gwiazda na niebie.

Czarny, w kształcie kuli, pokryty ogniem z czeluści piekielnych.

Jadowicie fioletowy, z wyglądu niczym czaszka.

Biało-błękitny, błyszczący niczym błyskawica zamknięta w kuli.

Czerwono-czarny, pulsujący niczym żywe serce.

I w końcu kula, która wyglądała jakby jednocześnie płonęła i była skuta lodem - gwiazda alchemii - Lodowy Płomień.

Tak przygotowany czekał na reakcję swojej przeciwniczki, wszak w tym forcie mógł i atakować i bronić się bez litości czy strachu.

Share this post


Link to post
Share on other sites

A jednak, kolumna dopięła swego i zepsuła Nocturnal poranek. Gruboskórna kupa gruzu, będąca pochodnym gruboskórnego, kamiennego słupa. No, ale cóż. Trzeba pozbierać się z ziemi i w końcu zrobić coś konstruktywnego... Wygrać pojedynek, na przykład.

Wstała więc z niemrawą miną, otrzepała strój, przetarła twarz ręką i z irytacją odkryła, iż Zegarmistrz się opancerzył, a jej własne klony zaczęły  zachowywały się gorzej od niej: zaraz po wybuchu zaczęły łazić zdezorientowane po całej arenie i panikować.

Nocturnal zagwizdała, zwracając na siebie uwagę wszystkich stworzonych przez siebie postaci, które mechanicznie i w jednym momencie skierowały na nią wzrok. 

- Proszę o ciszę, będę przemawiać. Widzą tutaj, o proszę bardzo... - sięgnęła do torby - ... Ciastko? Tak, patrzcie jakie dobre. Byłoby wam bardzo smutno gdyby znalazło się poza zasięgiem, prawda? Noo, nie możecie na to pozwolić! A teraz, spójrzcie jeszcze raz... - Wszystkie klony spojrzały chciwie na smakołyk trzymany w dłoni ich stwórczyni, który sekundę później poleciał prosto w środek "tarczy" oponenta. Nie rzuciła go sama - głupotą przerastającą jej możliwości było zaufanie swoim umiejętnościom fizycznym. O wiele łatwiej było użyć łatwego zaklęcia, które nie zużywało zbyt wiele energii, a niemal zawsze trafiało w cel.

Tymczasem kopie zawodniczki zmieniły się  niczym wilołaki w pełnię Księżyca: Oczy zaczęły jarzyć się jaskrawofioletowym światłem, usta rozszerzyły się w upiornym uśmiechu najeżonym trójkątnymi zębami, a włosy zmieniły w węże. Efekt był całkiem satysfakcjonujący, zwłaszcza kiedy całe stado zalegające wcześniej na arenie rzuciło się na osłonę z kolumn i zaczęło dążyć do zdobycia jej.

- Ależ one są niesamowicie głupie... - powiedziała sama do siebie, obserwując swoje dzieło. Brak czegokolwiek funkcjonalnego pod czaszką istot nie był jednak przeszkodą: działała na nie nawet prymitywna głowologia, więc nie kierowało się nimi trudno, a to najważniejsze.

Teraz pozostało już tylko osłonić się przed atakiem Zegarmistrza. Włożyła rękę do torby i wyjęła z niej kawałek startej, potarganej i pogniecionej tkaniny o burym odcieniu, a potem rzuciła na wiatr. Skrawek materiału uniósł się, zafalował kilka razy i urósł. Wyłoniła się z niego podarta, szarawa twarz o pustych oczodołach. Cała reszta materiałowego ciała falowała w powietrzu tuż obok Nocturnal. Stwór czekał.

Share this post


Link to post
Share on other sites

- Idziemy na liczby? Proszę bardzo.

Zegarmistrz literalnie przekręcił kolumny po czym dotknął jednego z kamieni i rozpoczął inkantację.

- Neus Maxim Liz Slen Nus! W Imieniu podziemia, rozkazuję wam, zamarzajcie!

Z kuli wystrzelił lodowaty wiatr który w przeciągu sekund skuł lodem wszystkie nadciągające klony. Lecz to nie był koniec, szybko skupił energię w czaszce, pozwalając by ta rozwarła szczękę.

- Skowyt.

Krótka komenda i potężna fala. Dźwięk o natężeniu tysiąca decybeli dosłownie rozerwał lodowe statuy. Lecz na tym nie skończył. To co zostało z klonów w pokruszonym lodzie zamieniło się w fioletowo-czarny dym i zostało wciągnięte przez czaszkę. Dodatkowej magii nigdy za wiele. Ale, nie tylko jego przeciwniczka była specem od zaklęć przyzywających.

- Rakksi rara, Ren vo Tao!

Z czarnego kamienia wyleciał płomień który począł formować się w istote humanoidalną. 4 ramiona i 4 nogi. Ponad to brak jako takiej głowy i obity zbroją tułów.

Redinov, strażnik Serca, istota znana z odporności na magię.

- W imię paktu, atakuj.

Stwór przyzwany przez Zegarmistrza najpierw wyrwał sobie z ciała 4 płonące kule, po czym zamienił je w 4 przedmioty swego kunsztu. Piszczałkę, tarczę, miecz i księgę.

I tak przygotowany zaczął atakować.

Z Tarczą Medleva, zdolną odbić każdy magiczny atak.

Z Mieczem Doleva zdolnym przeciąć każdy magiczny twór.

Z Piszczałką Herony, której dźwięki zakłócały działanie magii.

I z Księgą Słów, by zamknąć w niej to, co pozostałe bronie zniszczą lub zmienią.

Jego celem w brew pozorom nie była panna Von Dort. On zamachnął się mieczem na jej przyzwanego stwora.

Zaś Zegarmistrz rozpoczął przygotowanie kolejnych inkantacji, wystrzeliwując w powietrze na zmianę kule ognia i lodu.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Miecz nie zdołał przeciąć stwora z tkaniny, a jedynie zakłócić falowanie materiału. Broń działała na magię, a istota nie miała zbyt wiele wspólnego z magią. Niczym chmura burzowa przyzwaniec zawisnął nad strażnikiem i wydał z siebie ochrypłe westchnienie, a potem odezwał się głosem brzmiącym jak zeschłe liście na wietrze, jak kartkowanie starej, dawno zapomnianej księgi. Głosem niosącym ze sobą oczekiwanie, kurz i starość, głosem będącym tysiącem połączonych ze sobą głosów.

Jesteśmy Cvij. Strzeżemy. To nóż. Nóż zagraża. Nóż zabija. Cvij nie pozwoli zabić mistrza.

Tkanina zaczęła owijać się wokół płonącego humanoida i ściskać, pozbawiając wroga powoli kształtu. Magiczne atrybuty nie mogły zwyciężyć czegoś, co było wynikiem czekania, starości i niezaspokojonego głodu - a tym był Cvij.

Stwór przestał wirować i z gracją wrócił na swoje poprzednie miejsce, ciągnąc za sobą chmurę dymu i zostawiając puste miejsce na arenie.

Strzeżemy. Zawsze strzeżemy. - Odezwał się pełen satysfakcji szelest.

Cvij działał, nie można było zaprzeczyć. Problem z nim polegał na tym, że nie atakował. Był strażnikiem. Bardzo dobrym strażnikiem, ale w jego zaschłej, zmumifikowanej naturze nie leżała ofensywa.

Należało zastanowić się nad sposobem zniszczenia twierdzy przeciwnika.

Nocturnal uniosła ręce, a jej oczy zajarzyły się.

- Pradawne, pierwotne moce, przybywajcie! - krzyknęła i niebo w momencie zasnuło się ciemnymi, burzowymi chmurami.  Zerwał się silny wiatr, niosący ze sobą krople wody. Arenę rozświetliła błyskawica, której huk wstrząsnął budowlą. Chmury zaczęły się rozchodzić.

W miejscu uderzenia stały dwie postacie. Podłoże wokół nich było osmalone, a smugi dymu unosiły się w powietrze.

W środku ciemnej, nieregularnej plamy stał podstarzały mężczyzna o sporej nadwadze, ubrany w czerwony strój z czarnym pasem na brzuchu. Usta miał zasłonięte białą, długą brodą. Na głowie spoczywała czerwona, bojowa czapka, zakończona białym pomponem. Spod niej sterczały siwe warkoczyki. Jego buty sprawiały wrażenie cięższych, niż on sam. W dłoni spoczywał zdobiony młot, a w drugiej ogromny, płócienny wór.

Obok niego w powietrzu smętnie unosiła się chuda kobieta w błyszczącej, różowej sukience. Była o wiele młodsza od jej towarzysza, w ręku dzierżyła różczkę z idealnie białym zębem trzonowym na końcu. Jej głowę zdobiła korona skonstruowana również z zębów, a z pleców sterczały drobne, lśniące, różowe skrzydełka podobne do tych motylich.

- Któż śmiał zakłócać mój spokój? - odezwał się basem mężczyzna.

Nocturnal wyciągnęła rękę i wskazała kolumny.

Edited by Tric

Share this post


Link to post
Share on other sites

Zegarmistrz studiował swoich oponentów. Wydawali się wyjątkowo silni, lecz jak wspomniał wcześniej, wydawać się silnym a być, trochę inne kalosze.

Najpierw strażnik, był zbyt silny i zbyt ryzykowny by mógł istnieć. Poza tym, tak długo jak się go nie pozbędzie, będzie musiał osobno atakować twory i przeciwniczkę. O wiele łatwiej jest gdy dwa ptaki jednym głazem ubije. Sięgnął do kieszeni i wyciągnął mały przedmiot. Ot pamiątkę. Zamknął ją w polu magicznym, potem otoczył magicznym ogniem i wystrzelił po łuku w Nocturnal.

I jak uprzednio, stwór rzucił się, pochłonął i wrócił na swoje miejsce. I to był jego błąd.

- To co pochłonąłeś to nie zaklęcie. Ta pamiątka to zwykły liść. Ale też coś więcej. Przedstawia wszystko to co jest, co było i co być może będzie. Przedstawia kobietę która trafiła na swojego męża przez przypadek, gdyż ten liść zasłonił mu widok w ostatniej sekundzie. Przedstawia wszystkie możliwe wersje tego, co mogło się wydarzyć gdyby liść nie odpadł z tego konkretnego drzewa, gdyby poleciął gdzieś indziej, przedstawia wszystkie, niezliczone ilości prawdopodobieństw, do których doprowadził. Możesz pochłonąć wiele, o to się założę. Ale nieskończoność to zbyt wiele nawet dla ciebie stworze. Przepadnij.

I niczym za dotknięciem magicznej różdżki, ten najpierw się nadął, jak balon a potem zapadł w sobie i z głośnym sykiem zniknął , pozostawiając za sobą szarą mgiełkę, która przepadła na wietrze. Teraz trza było zająć się gośćmi, lecz nie wiedział jak, bowiem nie miał pewności iż ci czymś go podobnym nie zaskoczą. Dlatego też szybkim ruchem przygotował dwa zaklęcia, dotykając odpowiednich kul.

Wszak przysłuchał się rozmowie, a ta dała jasno do zrozumienia, że o ile stwory nie zaatakują same, to ona ich nie kontroluje. A co za tym idzie, nawet nie ma pewności czy zdecydują się go zaatakować. Lub jej bronić.

- Witam was o potężni, wszak chciałbym was przywitać tak dostojnie jak na to zasługujecie, a miast tego z miejsca musicie wysłuchiwać łgarstw. Oto bowiem osoba która wam mnie wskazała, jest też tą która, jak mniemam wbrew waszej woli, tu wezwała. Pozwólcie zatem mnie niegodnemu, w waszym wspaniałym imieniu uporać się z nią, wszak było by ujmą dla waszej wspaniałości, gdybyście zniżyli się do poziomu nas, śmiertelników. Proszę o choć tyle, bym mógł naprawić ten brak wychowania który wam okazano. W międzyczasie zaś, proszę byście udali się na trybuny, gdzie organizator ugości was należycie, byście mogli obserwować walkę.

Wyskoczył szybko z pomiędzy kolumn i kłaniając się uniżenie odprowadził obie istoty ku wyjściu z areny. Tam poinstruował odźwiernego z kim ma do czynienia i jak winien traktować swoich gości. A kiedy Zobaczył z areny jak ten wprowadza ich na loże VIP-owskie, uśmiechnął się do swojej przeciwniczki.

- Widzisz, niejaki Tarreth nazwał mnie tu kiedyś Złotoustym. Mniemam nie bez powodu. A teraz pozwól że wrócimy do naszej zabawy.

Wskoczył w krąg i uwolnił oba czary. W normalnych okolicznościach były by to dwa słabe czary - jeden wywołujący silny wiatr, drygi, strzelający mała smugą ognia. Oba czary wymagają czasu by stać się silniejsze, a Zegarmistrz właśnie sobie ten Czas kupił.

Efektem czego zamiast wiaterku i ciepłego podmuchu, w stronę Nocturnal poleciało ogniste tornado.

Share this post


Link to post
Share on other sites

- To było bardzo przykre zagranie, panie Zegarmistrzu. Jeszcze bardziej przykre niż moje. - "Teraz nie ma co spodziewać się nawet prezentu w grudniu, bo na prezent za ząb dawno już minęła szansa". 

Tornado leciało, leciało, aż wyparowało po zetknięciu z wodą. Owa woda zaś wzięła się z hydrantu, przywołanego przez zawodniczkę. Wszystko co zostało z tornada po prostu się ulotniło, nie czyniąc najmniejszej krzywdy celowi. W życiu i tak bywa.

Nadszedł czas na zdecydowany krok. Należało zakończyć życie obrony przeciwnika. Ostatecznie.

W tym celu po raz kolejny chwyciła sakiewkę z piaskiem i wyjęła garść. Zamiast jednak zdmuchnąć go na arenę, zaczęła ściskać i ugniatać go w rękach. Piasek przypominał teraz raczej kawałek piaskowca, bo nie był już luźnym kruszcem. Nie było jednak czasu się zastanawiać, bo kamień został wyrzucony wysoko w powietrze. Drobny punkt oddalał się, oddalał i oddalał, aż w końcu zniknął.

Nocturnal spojrzała na zegarek.

- Chwileczkę - powiedziała.

I rzeczywiście, po pewnym czasie, kilkanaście metrów nad kolumnami Zegarmistrza pojawiły się głazy, o wiele większe i bardziej zbite od pierwszej ich formy. Ponadto na grzbietach miały niewielkie, pierzaste skrzydełka. Kamienie latały dokładnie po planie okręgu.

Oczywiście, tak małe skrzydełka nie byłyby w stanie utrzymać w powietrzu ciężaru skały. Było to fizycznie niemożliwe. Problem polegał tylko na tym, że głazy nie miały tej świadomości i należało je o tym poinformować.

Tak też zrobiła Nocturnal, a kamienie dość szybko zrozumiały swój błąd i upadły, zamieniając wspaniałą tarczę w żałosną kupkę gruzu.

- Może i jesteś Waść Złotousty, ale - jak widzisz - na kamienie charyzma i piękne słówka nie działają.

Po raz kolejny trzeba było skombinować sobie ochronę i po raz kolejny wierna torba nie zawiodła. Prawie jak na zawołanie wyleciało z niej małe, bardzo puchate stworzonko o wybitnie wrednym i złośliwym jak u strusia spojrzeniu. Owe coś miało bardzo długi, łysy ogon i drobne, pazurzaste łapy. Zajęło miejsce na ramieniu zawodniczki i dokładnie zlustrowało otoczenie.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Zegarmistrz musiał przyznać, jego przeciwniczka też się uczyła. Tym razem nie atakowała go, ale jego źródło mocy. Rozsądnie. I mądrze.

Ale gdyby kamienie można było zniszczyć tak łatwo jak to się wydawało, nie było by go tutaj.

Zegarmistrz wykonał dwa znaki dłonią.

Jeden ku aktywacji, drugi ku przyzwaniu.

Głazy, tak ciężkie i wielkie, z głuchym zgrzytem osunęły się na bok, gdy z pod nich kompletnie nienaruszone wylewitowały magiczne kamienie.

- Dam ci podpowiedź. Żeby je zniszczyć, potrzeba czegoś mocniejszego. Każdy ma jakiś atrybut, jeśli w trakcie pojedynku wymyślisz jego magiczną odwrotność, to go zniszczysz. Ja zaś obiecuję, na mój honor, nie będę używał magii innej niż ta, z którą zacząłem ten pojedynek.

Dla jednych mogło być to zwykłym bałwochwalstwem, ale kilku zrozumiało iż nader wszystko Zegarmistrz ma pewne zasady. Kamienie zaś krążyly wokół Zegarmistrza niczym księżyce odległej planety.

- Zatem zobaczmy, czym możemy tu zadziałać. Portal Gonok!

W futrzaka wystrzelił z głośnym świstem czarny kamień pokryty ogniem. Ale nie uderzył w niego, zatrzymał się przed nim i futrzak zniknął.

- Runa przeniesienia, twój zwierzak wylądował właśnie bardzo daleko stąd, bez najmniejszego szwanku. Vacum Meloc!

W czasie kiedy czarna kula zwracała na siebie wiele uwagi, biało-błękitna po cichu, lecz dość szybko, znalazła miejsce nad jej głową. I otoczyła ją bańką w której nie było powietrza. Próżnia.

- Nawet najlepsi magowie potrzebują tlenu, wszak w większości są żywi. Aegis Feru!

Zielonkawy kamień zaczął go pokrywać wpierw zielonkawym światłem, a następnie równie zielonkawą zbroją. Kiedy zakończył ten proces, Zegarmistrz stał w pełnej zbroi, lekkiej jak magia która ją utkała. Kamień zaś znikł, pozostawiając po sobie tylko kupkę kurzu na arenie.

Kamienie bowiem nie miały nieograniczonej mocy, tej nikt nie ma. Zatem ponad wszystko, prócz panny Von Dort, Zegarmistrza poganiał też Czas.

Tak przygotowany czekał na atak przeciwniczki.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Biała kulka zaskoczyła zawodniczkę, to prawda, ale nie była zbyt wymagającą przeszkodą. Wystarczyło szybko zareagować, przebijając bąbel - problem z głowy.

Niestety, kamienie nie pomogły zniszczyć miniaturowej twierdzy. Należało uciec się do mniej konwencjonalnych sposobów.

Nocturnal wzięła kawałek kredy i narysowała na ziemi pentagram. Nad wszystkimi pięcioma rogami gwiazdy zapaliła płomienie i jeszcze raz poprawiła wzór czerwoną cieczą wyciągniętą z torby.

Pentagram zaświecił czerwonym światłem, a ziemia pod nim zapadła się, podnosząc nagle temperaturę na arenie. Z dziury strzelały płomienie i iskry. Zjawisko trwało kilka sekund, po czym grunt wrócił na swoje miejsce, razem z kolejną  postacią.

Niski człowieczek w średnim wieku ubrany był w szary i idealnie wyprasowany granitur. W dłoni dzierżył czarną, wielką teczkę. Miał gładko ulizane włosy.

Rozejrzał się po arenie, strzepnął z ramienia niewidoczny pyłek i poprawił spoczywające na nosie okulary. Spojrzał na Nocturnal i pokiwał głową. Podreptał w stronę Zegarmistrza.

- Czy pan ma pozwolenie na budowę? Oczywiście, że pan nie ma. A czy jaśniepan wie, że to jest teren prywatny i pan nie ma prawa stawiać tutaj nieruchomości bez umowy z właścicielem? O, właśnie, właśnie. Wszyscy barbarzyńsko ignorują przepisy prawne, a to błąd. Bardzo istotny błąd. - Urzędnik otworzył swoją teczkę i zaczął grzebać w papierach, kontynuując swój monolog.

- Biurokracja jest tym, co odróżnia ludzkość od całego tego tałatajstwa w lepiankach. To symbol cywilizacji. Pewno, wy wszyscy chcielibyście bez papierków, a bez papierków to anarchia, panie! Pan wiesz w ogóle czym to grozi? Wojny, terroryzm - oto efekty waszych niedociagnięć i ignorancji. - Człowieczek wyciągnął z teczki szukany papierek i wyjął z kieszeni pióro oraz kałamaż.

- Proszę, oto dokument na zrzeczenie się nieruchomości. Pan podpisze i nie wstępujemy na drogę sądową. Żadnej grzywny, banicji, ani nawet egzekucji. - Ręka Zegarmistrza chwyciła pióro i wbrew woli złożyła podpis na dokumencie. Atrament był czerwony.

- Wspaniale. Wiedziałem, że się dogadamy - rzekł, a na jego głowie pojawił się kask budowlany. - Chłopaki, zdejmujcie! - krzyknął. Spod ziemi wyłoniło się kilka czerwonych, rogatych istot humanoidalnych w takich samych kaskach na budowę. Zarzucili kilka lin na budowlę i na znak jednego z nich ziemia ponownie otwarła się, a kolumny runęły w chmurze dymu. Gdy chmura się rozwiała, nie było ani budowli, ani piekielnych budowlańców.

- Przypominam, że dokument który pan własnoręcznie podpisał obowiązuje przez najbliższe 665 tysięcy lat, 11 miesięcy, 30 dni i 11 godzin co jest zawarte w dokumencie. Życzę miłego dnia i polecam się na przyszłość. - Pokłonił się, wrócił do pentagramu i uścisnął dłoń Nocturnal.

- Cieszę się, że mogłem pomóc - powiedział i pochłonęły go płomienie. Pentagram zniknął.

Obeszło się bez zbytniego kombinowania i nadwyrężania mózgu. A teraz kolejny raz należało załatwić ochronę.

- Sądzę, że zwierzak już najadł się do syta, gdziekolwiek Waćpan go wysłał. Czas na powrót - rzekła i na ścianie pojawiła się plama światła, z której wysunął się ten sam co przed chwilą zwierzaczek. Podbiegł do swojej włacicielki i usiadł obok, wykonując kilka dziwnych gestów łapkami.

- Nie polecam teraz odsyłania tego tutaj gdziekolwiek - ostrzegła.

Edited by Nocturnal Van Dort

Share this post


Link to post
Share on other sites

- Widzę, że ponownie mnie nie doceniasz. Wszak to co podpisałem, to pozwolenie na zabranie budowli. Kule nie są budowlą wszak krążą wokół mnie - co też go trochę rozbawiło gdy ekipa zebrała gruzy kolumn i także te stojące kolumny. Ale co poradzić, biurokracja nie raz i nie dwa próbowała go pokonać, ale to marny trud.

- Ale popełniłaś jeden błąd. Nikt i nic nie będzie miało mnie w kontroli, nawet mimowolnej. Pora komuś przypomnieć, czemu nazywają mnie zegarmistrzem...

Kule wirowały coraz szybciej wokół niego gdy on zbierał się w sobie. To co planował użyć poniekąd klasyfikował sam jako niegodne. Ale też mimo wszystko, należyte.

- Ja, Shen Zegarmistrz Long, wyzywam na pojedynek prawa natury i rozsądku wzywając to co zakazane. Sokum sokum rah, asper uke unt, kotsef peo kois, asp asp asperon. Accel, POWSTAŃ!

Chwycił za czarny kryształ, ten który wcześniej odesłał stworka bardzo daleko. Wzdłuż kamienia pojawiła się linia.

- Jako nakazuje pakt, POWSTAŃ!

Linia zamieniła się w otwór gębowy z garniturem zębów. Reszta kul zaczęła gromadzić się wokół tej czarnej gdy ona je zwyczajnie pożerała.

Z każdym pożartym kamieniem kula rosła coraz bardziej. Kiedy zaś pochłonęła ostatni, koło Zegarmistrza lewitował już dość spory, bo ponad 2 metrowy, okrągły kamień.

- W imię Czasu, powstań.

Kula chwyciła go zębami. W kilka sekund jej język oplótł go i wchłonął w otwór gębowy przy akompaniamencie głośnego mlaskania i chrupania. A kiedy skończył, obrócił łapczywie wyszczerzony uśmiech w kierunku Nocturnal. Lecz nie zrobił nic ponad to, gdyż zapadł się w sobie, jakby w jego wnętrzu ktoś wyciągnął korek. Po chwili dało się zauważyć jak czyjaś dłoń przebija jego powierzchnie i przebijając się, wychodzi na zewnątrz.

- Armament zakończony. Pochłonięcie.

Zegarmistrz wystawił dłoń w kierunku krwawiącej magią kuli i wchłonął ją, zaś na jego pasku wprawne oko mogło zobaczyć miniaturowe wersje poprzednich kul.

Pokryty całkowicie zbroją która wyglądała niczym utkana z ciemności. Niczym wnętrze czarnej dziury, nie rzucał światła ni cienia, Zaś ci, którzy potrafili by odczytywać aurę stwierdzili by iż na arenie stoi sama Nocturnal.

- Pokażę ci potęgę Czasu.

Co mówiąc pstryknął palcami. I to co dla niego było cała godziną, dla innych stało się sekundą. Zatrzymał czas na całej arenie, oraz poza nią. MIał tylko nadzieję iż nie przeszkodzi w innych pojedynkach które teraz się toczyły na innych arenach.

Klasnął w dłonie i pomiędzy nimi wykwitła kula z podobnej czerni jak on sam. Cisnął nią w stworka a ta powoli(przynajmniej dla niego) poleciała najpierw przez odcinek ich oddzielający, potem przeniknęła przez jej stworka by wniknąć w ścianę areny otoczoną polem antymagicznym.

I kiedy pstryknął palcami, wszystko zaczęło się rozpadać. Miejsca na arenie gdzie przeleciała kula zamieniły się w proch, tak samo rozpadł się jej stworek i bariera która powinna chronić przed każdym zaklęciem.

I Czas wrócił do normy.

Widownia jeszcze nie zrozumiała co się stało, gdy on przygotowywał kolejne zaklęcie. Miał w końcu nieograniczone pole czasowe. Tym razem przygotowaną kulkę ścisnął, pozwalając by ta rozprysła się niczym kropla deszczu uderzająca o dachówkę w jesienne popołudnie. We wszystkie strony poleciały mniejsze kule, mające na celu tylko jedno, postarzać w nieskończoność wszystko czego dotkną. Magiczne czy też nie.

- W oczach Czasu, wszyscy jestesmy równi. I wszystko jest błahe. Każde zaklęcie z Czasem słabnie, każda istota z Czasem umiera. Czas jest jedyną nieuniknioną rzeczą. I Czas jest tym, co pomoże mi zwyciężyć.

Wyglądał na pewnego siebie, lecz gdyby ktoś widział go teraz pod tą zbroją, widok byłby nieciekawy. Wystające żebra, niczym u głodującego, posiwiałe włosy i skóra napięta tak, jakby nagle było jej za mało na ciele. Ci którzy walczą Czasem, sami muszą go poświęcać. A Zegarmistrz obecnie miał tego Czasu niewiele. Dlatego też planował przygotować drugi stopień tego zaklęcia, a w międzyczasie zakończyć pojedynek jak najszybciej. Że też nie mógł użyć wszystkich dostępnych mu mocy jednocześnie...

Share this post


Link to post
Share on other sites

Każdy kto wyzywa na pojedynek prawa natury i Czas, którym jest podległy, musi za to zapłacić.

W wyniku zaklęcia Zegarmistrza stworzenie przywołane przez Nocturnal względnie zakończyło swój żywot, rozpryskując się na ścianie. Tylko względnie. Naprawdę cząsteczki złożone wcześniej w jeden byt rozsypały się, ale wszystkie zaczęły wydzielać z siebie sygnały. Sygnały te nie były wyczuwalne dla ludzi, ani dla większości stworzeń, wystarczająca grupa jednak zdołała je usłyszeć.

Gdy Zegarmistrz wymierzył w zwierzątko, pozwolił mu poznać swoją broń i znaleźć na nią "antidotum". Po wszystkim stworzonko poskłada się i znowu będzie żyć. Nie po raz pierwszy to przerabiało.

Nad areną zaczęły krążyć cienie. Pojawiały się coraz liczniej. Obserwowały niczym wielkie sępy, wiedzące że ich obiad właśnie szykuje się do ostatniego nabrania powietrza w płuca. Różnica polegała jednak na tym, że sępy miały kształt.

Istoty zaczęły przysiadać się na murach, a kilka z nich nawet na arenie. Zaklęcia czasowe na nie nie działały, bo istniały one poza czasem. Były strażnikami czasoprzestrzeni. Stworzeniami pozbawionymi formy, bezosobowymi czyścicielami. A teraz były głodne. 

Monstra zaczęły zbliżać się coraz bardziej do Zegarmistrza. Powodował chaos i zakłócał rzeczywistość, więc zasługiwał na zostanie posiłkiem. Pożywiły się już większością jego czarów.

Twój czas powoli dobiega końca, człowieku. Słabniesz.

Cienie wysysały energię Zegarmistrza, uniemożliwiając dokończenie zaklęcia. Były bezlitosne i pazerne. Miały świadomość tego, że następna okazja zabicia głodu może nadarzyć się za wiele, wiele lat.

W pewnym momencie któryś z nich przywarł do ściany i po chwili zastanowienia rozerwał kilka cegieł swoimi widmowymi szczękami. Pod nimi nie było nic. Ani czerni, ani bieli, ani żadnego innego koloru - pustka.

- Hejże, stop! Ty tam, przy ścianie, natychmiast wypluj to, co zjadłeś! Bezczelne, zachłanne szkodniki! Dać im palce to rękę zeżrą, jestem oburzona! Idźcie sobie stąd, ale to już! Przysięgam, że poskarżę się waszemu szefowi! - zwróciła się do cieni Nocturnal.

Przez chwilę, gdy słyszały początek przemowy, zamierzały ją zignorować. Dopiero na wspomnienie o szefie jakby się spłoszyły i zamarły w bezruchu - nawet te w powietrzu.

Jeden ze stworów był w trakcie pożerania jednej z ławek. Kilka innych eksperymentowało z piaskiem, jeszcze inne próbowały atakować chmury.

Tylko nie jemu! - Zawył któryś z potworów i wszystkie wzniosły się w powietrze, pozostawiając prawie nienaruszoną rzeczywistość i słabszego niż przed ich wizytą Zegarmistrza.

Share this post


Link to post
Share on other sites

I Zegarmistrz wybuchł. Dosłownie, w momencie kiedy pierwszy "zwierzak" odlatywał, Zegarmistrz wystrzelił cała tą energię zebraną w poprzednim zaklęciu. Miał go nie dokończyć? Miał na to wiele godzin zatrzymując niepostrzeżenie Czas co kilka sekund na kilka minut. I spodziewał się wizyty zjaw, tak jak uprzednio. Tym razem zaś był na nie przygotowany. Nie tylko Nocturnal wpadła na pomysł wysłania przeciw niemu istot istniejących poza Czasem. I kiedy odlatywały, Zegarmistrz wystawił dłoń ku nim.

Niczym czarna dziura, zaczął je wciągać. Pierwsze kilka siła magiczna zgniotła niczym dojrzałe pomidory. Zgniatane i bezlitośnie pochłaniane.

Zegarmistrz też nie bał się ich szefa, jakiś Czas temu ostrzegał go uczciwie, że jeśli jeszcze raz zobaczy jego podwładnych, to źle skończą. A w odpowiedzi usłyszał tylko "Jak nie dadzą rady, to byli za słabi, przetrwanie dla lepszych".

I skończyli.

Wszystkie istoty żyjące poza czasem miał specjalny, bardzo rzadki rodzaj, żeby być konkretnym. Rodzaj energii za który Zegarmistrz byłby teraz skłonny zabić. Literalnie.

Wchłonął kilka z tych istot kiedy reszta w popłochu uciekła. I teraz się nimi leczył. Jego ciało samo stawało się odporne na Czas, urok pochłaniania i asymilacji tego co pochłonął.

- Teraz możemy walczyć. Wykorzystam wszystko, co rzucisz przeciw mnie, do ostatniej kropli.

Wystawił w jej stronę obity zbroją palec i momentalnie otoczyła ją ciemność. Ta sama która tworzyła jego zbroję. Sama zaś kula już nie była prostą bańką, którą można było zwyczajnie przebić, a więzieniem złożonym z Czasu, w którym magia innych niż Zegarmistrz zawodzi. Lecz ciemność samotna była by głupotą, dlatego też Zegarmistrz wplótł tam dwa dodatkowe czary.

Pierwszy powodował, że wszystko co zechce wyjść, wróci - zaklęcie odbijające. Pchniesz kulę nożem, nóż wróci do ciebie niczym odbicie lustra.

Drugi nie przyśpieszał, a postarzał. Wszelakie źródła magii, energii, ciepła, światła. Słowem wszystkiego, co istniało.

I w tej kuli zamknął swoją oponentkę, samemu szykując się do obrony.

W powietrzu wyrysował 4 symbole z podobnej czerni jak kula. Każdy z nich wystrzelił na 4 kierunki świata. Na północ, południe, zachód i wschód. Potem zaś piąty symbol, podobny do tamtych na swojej zbroi. Tak utkane zaklęcie zaczęło wchłaniać energię potrzebną do kolejnych wyczynów. W międzyczasie też, tworzyło jego asa w rękawie.

Teraz dosłownie był przygotowany na wiele, a nawet jeszcze więcej.

Share this post


Link to post
Share on other sites

- Ojoj. Chyba tym razem mam problem. - powiedziała do siebie Nocturnal zamknięta w kuli. Nie pamiętała jak nazywało się to prawo, mówiące że wszytko co się w życiu zrobi wraca, ale była pewna że w nazwie miało jedzenie. Teraz wiedziała już, jak czuje się chomik w plastikowej kuli do biegania. Morał na tę chwilę: Nigdy nie zamykać chomików w plastikowej kuli do biegania.

Tymczasem należało jakoś się wydostać, bo nie miała zamiaru spędzać w środku całego pojedynku. W jej ręce pojawił się telefon. Stary telefon co prawda, ale działał mimo braku podłączenia do prądu.

- No, to ja się bardzo cieszę, że mnie słyszysz. - rzekła głosem wyrażającym lekkie poirytowanie. - Dobra, koniec gadania. Czy ty pamiętasz może moje urodziny sześć lat temu? A ja pamiętam. Rządam natychmiastowej rekompensaty wysokości jednego, w pełni sprawnego Cvija. Wiesz, to takie szmatkowate, wiecznie głodne. - Nastąpiła chwila przerwy, podczas której głos w sluchawce gorączkowo się tłumaczył. - To już nie jest mój problem! Chociaż czekaj... Oj. Dobra, mniejsza. W takim razie proszę mi tu zaraz zesłać coś przydatnego. Adres masz zapisany. - Odłożyła słuchawkę i pozbyła się telefonu. 

Jeśli dobrze się nad tym zastanowić, sytuacja nie była tragiczna. Owszem, zewsząd otaczała ją ciemność, ale z drugiej strony to mógł być jakiś mniej znośny kolor. Różowy, na przykład.

Skoro nie można było zniszczyć więzienia ani zaklęciem, ani zwykłym narzędziem, należało wysadzić je w taki sposób, żeby przy okazji nie wysadzić samej siebie. Tyle, że to mogło byś wyjście ostateczne, działające dopiero po tym jak "przesyłka" nie wypali.

Kilka minut później faktycznie w środku kuli pojawiła się niewielka paczka. Skąd Nocturnal wiedziała że tam jest, skoro było zupełnie ciemno? Ano stąd, że owy pakunek wylądował na jej głowie.

Rozerwała papier, w którym znajdowało się pudełko, w nim zaś tkwiły dwa przedmioty: klucz i zamek.

Najpierw więc zamek. Nocturnal wzięła i przytwierdziła przedmiot do ściany - nie trwało to długo, bo wystarczyło przez chwilę go przycisnąć i sam przywarł. Potem zaś wystarczyło włożyć do zamka klucz i kilka razy przekręcić. Oba elementy pozwalały przełamać zaklęcia w które była wplątana.

Idealnie okrągły kawałek powłoki otworzył się. Do wolności już tylko... No, właśnie. Otwór nie należał do wielkich, wobec czego zawodniczka musiała się przez niego przecisnąć. W końcu i jednak i to odniosło sukces. Prawie, bo druga noga zaklinowała się nieco i wolność skończyła się piaskiem na twarzy.

Na wszelki wypadek Nocturnal otoczyła jeszcze kulę inną kulą, która nie pozwalała jej wrócić do środka, jednocześnie wpychając do wnętrza bezświetlnego więzienia woreczek z niewiadomą zawartością. Można było tylko podejrzewać, że to on spowodował wybuch i kolorowe żaby, które nagle znalazły się w obrębie areny.

Nocturnal wstała i otrzepała się z piasku.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Zaklęcie było gotowe. Jego przeciwniczka jeszcze zatęskni za wnętrzem bezpiecznej z pozoru celi.

- Restrykcja terenu. Zakres działania pełny. Utrzymanie - tu Zegarmistrz przyjrzał się swojej przeciwniczce. Dawno nie walczył z kimś takim. Z kimś kto potrafił urozmaicić jego walkę. Nadać jej specyficzny rodzaj przyjemności. trzeba było to wykorzystać do cna - do momentu kapitulacji lub likwidacji celu.

Pewna miła pokojówka nauczyła go kiedyś pewnego nieuczciwego zaklęcia. Jak ona miała? Sakia? Sakea? Sakuya? Mniejsza, od jej nazwiska ważniejsze było to, co wyniósł z jej nauk. A było tego wiele.

Zegarmistrz przez chwilę zafalował. Tak, jak faluje obraz w gorącym letnim powietrzu. A potem cała arena, od bariery do bariery pokryła się kwadratową siatką. Wyglądało to tak, jakby ktoś kredą zarysował cała powierzchnie, linie poziome i pionowe,tworzące na każdej powierzchni setki półmetrowych kwadratów.

- Wyzywam na pojedynek prawa natury i rozsądku wzywając to co niszczy. Veluta aim kifa kifa, samda makav. Powstań!

W jego dłoni zmaterializował się dość pokaźnych rozmiarów kartaczownica gatlinga. Wycelował ją w przeciwniczkę, nacisnął spust. Tysiące pocisków zaczęło opuszcząć lufę, ale z niewyjaśnionego powodu utrzymywały się w powietrzu przed nim, jakby zatrzymane...

I zniknął, a czas na arenie stanął w miejscu.

Tym razem pojawił się po jej lewej stronie, trzymając w dłoni nóż. Wycelował i cisnął w nią nim z całej siły.

I zniknął.

Teraz z prawej, trzymając łuk stworzony z ciemności ze strzała, która światłem mogła by oślepić nawet jego, gdyby nie zamknięte powieki. I kiedy puścił cięciwę, strzała zawisła w powietrzu.

I znikł.

Kiedy się pojawił, był dokładnie za nią,

- Ren ren nor nor, saka sana sana, Caaan recta Aluf recta. Powstań!

Wystawił ku niej dłoń. Najpierw ziemia wokół niego popękała, potem powietrze między nimi zafalowało. Na końcu czar uderzył w nią. Wbrew pozorom nie była to potężna magia. Zwyczajnie zakłócała układ nerwowy drobnymi falami. Wywoływała słabe mdłości, problemy w ocenie odległości, falowanie, czasami halucynacje. Ale najsilniej i zawsze powodowała, że tył stawał się przodem, przód górą, lewa dołem i tak dalej. Zaklęcie stosowano w celach czysto spowalniających, wszak nie mogąc ocenić gdzie jest zagrożenie, nie można go uniknąć.

I wtedy Czas wrócił na swój tor.

Wszystkie kule które wcześniej zastygły, teraz pognały do celu. Tak samo nóż który nagle okazał się setką ostrzy i strzała, która miała magiczny arnament gonienia celu. Nie tylko leciała niczym naprowadzana, ale też oślepiała nie pozwalając namierzyć się niczemu i nikomu.

Wszystko to zmieszane razem, by utrudnić obronę do maksimum. Kule całkowicie niemagiczne, by to co odbija magię ich nie spowalniało. Noże pokryte symbolami antymagicznymi, by zatrzymać wszelaką magię która mogła by je spowolnić. I strzała, która za zadanie miała trafić ją, przebijając i niszcząc wszystko to, co nie było magiczne a miało by zatrzymać dwa poprzednie ataki.

I do tego zaklęcie które powodowało, że nie mogła określić skąd nadchodzi atak.Lecz to nie było wszystko, bowiem Zegarmistrz wplótł jeszcze jedno zaklęcie w to, które wywoływało dezorientację. I liczył, że ono da mu zwycięstwo.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Coraz mniej podobała jej się manipulacja czasem, ale nie warto było się teraz nad nią zastanawiać.

Zobaczyła rażące światło gdzieś z boku - nie była w stanie powiedzieć, skąd dokładnie. Następną rzeczą był ruch - coś, albo coś w większej liczbie mknęło w jej kierunku. Jedynym co zdążyła zrobić, było wystrzelenie błękitnego promienia który miał zniszczyć kilka z celów, a trafił prosto w ścianę. W ciągu kilku krótkich sekund wszystkie noże, pociski i strzały trafiły w cel, czyniąc z niego wyjątkowo nieprzyjemny widok.

Nocturnal pojawiła się pod przeciwległą ścianą, zastanawiając się, czy aby na pewno dobrze było eksperymentować, bo teraz już nie była pewna czy chciała oglądać siebie w postaci jeża.

Kształt w którego wbiły się pociski błysnął metalicznie, a potem wszystko zaczęło się topić i zlewać w jedną całość, aż utworzyły pofałdowaną, nierówną bryłę. Ta zaś w momencie popękała i zamieniła się w drobne kamienie, a te w piasek. Piasek rozsypał się po terenie areny i nikt nie byłby w stanie odróżnić go od tego zwykłego. Zamiana pierwiastków i cząsteczek nie była specjalnie wymagającą sztuką, chociaż wymagała chwili skupienia.

Uklękła i przyłożyła dłoń do ziemi. Przez skórę zaczęły prześwitywać naczynia krwionośnie, a potem ziemia wokół ręki rozświetliła się fioletowym światłem. Tą samą czynność wykonała na ścianie, a potem uniosła obie dłonie i z końcówek palców wystrzeliły fioletowe wiązki, które pomknęły gdzieś na granice areny.

Nocturnal rozprostowała kilka razy dłonie.

Wykonała szybki ruch ręką. Ziemia zaczęła pękać, a w miejscu pęknięć prześwitywało fioletowe światło i niczym węże wysuwały się z nich gęste smugi dymu.

Po drugim machnięciu ręką kawałki gruntu wykruszyły się i ukazały pod sobą dziurę bez dna, wypełnioną fioletowym ogniem i pachnącą siarką. W płomieniach łatwo było zauważyć półprzezroczyste cienie o twarzach wykrzywionych niczym teatralne maski tragiczne, których wycie raniło uszy. Pośród płomieni stało kilka rogatych istot o dziwnych, prawie zwierzęcych twarzach z narzędziami w pazurzastych dłoniach: trójzębami, nożami, siekierami i kijami. 

- Hejże, który zabrał sufit? - dało się słyszeć czyjś zdegustowany głos.

Jedynymi miejscami w obrębie areny które nie zostały pochłonięte były te, na których stała Nocturnal i Zegarmistrz.

Zawodniczka wyjęła zza pasa sakiewkę z piaskiem i rzuciła jego garść w płomienie.

W locie ziarenka zaczęły zmieniać się w ostre, metalowe drobinki, a kiedy już wszystki się przeobraziły, zawróciły i poleciały wprost w oponenta Nocturnal, boleśnie raniąc skórę, choć nie wywołując większych szkód - ot, kilka zadrapań.

Wszystkie cieniste postacie tkwiące w płomieniach zamikły i zwróciły swoje zbolałe twarze w kierunku Zegarmistrza. Poczuły krew i życie, wcześniej dla nich niezauważalne.

Mimo wysiłków ich strażników wszystkie zbierały się centralnie pod nim i wyciągnęły do niego swoje długie, chude ręce. Kilka cieni zdołało go chwycić i uczepić się go kurczowo. Rozpaczliwie chciały wydostać się z piekielnej otchłani, a do tego potrzebne im było życie. Nie zważały na to, że tak mała jego ilość nie zdoła im pomóc i wszystkie zaczęły żywić się niczym pasożyty wczepione w ciało żywiciela. Istoty były tak wygłodniałe, że w tej chwili nie zwróciłyby najmniejszej uwagi na obronę Zegarmistrza. Chodziło tylko o energię.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Zegarmistrz niezbyt przejął się drobinkami które zwyczajnie odbiły się od jego zbroi. Bardziej zainteresowało go zachowanie istot które przyzwała. A raczej tego, co te istoty zaraz z nią zrobią.

Rozprostował ramiona i zwyczajnie dał się złapać. Początkowo stwory rzucały się gwałtownie, myśląc ze je nabiera. Lecz kiedy poczuły iż nie stawia oporu a wręcz im się oddaje, zaczęły wysysać tyle energii ile tylko zdołają.

Energi którą on  zwyczajnie kradł Nocturnal.

- Ciekawe czy jakiekolwiek pola siłowe chronią przed tym, co samemu sobie się robi? - Zegarmistrza poniekąd bawiła cała sytuacja. Bowiem wplótł w zaklęcie dezorientujące jeszcze słabsze, a przez to rzadko używane. Zaklęcia wysysające i przekierowujące są słabe, bo istnieje limit ilości którą dany mag może zbierać. Co innego kiedy byśmy użyli takiego czaru na sobie. Wtedy limit znika i osoba może sobie zrobić niezła krzywdę.

I tak teraz Zegarmistrz stał w tłumie, który niczym pijawka wysysał z niej gigantyczne ilości energii. I to na jej własne życzenie. Co gorsza, zaraz będzie tego więcej.

- Copix pax!

W dziurze pojawiło się kilkanaście kopii Zegarmistrza. Wszystkie tak realne jak ich oryginał i wszystkie tak samo zaatakowane przez stwory, przez co wysysanie energii z 1 celu zamieniło się na celi 20. Z Nocturnal teraz magia i nie tylko magia, wszak tu też o esencję życia chodziło, ubywała 20 krotnie szybciej niż uprzednio.

Lecz to nie wszystko. W momencie jak rozbił się na kopie, sam zniknął z czeluści.

Teraz jego przeciwniczka miała niezły dylemat. Zaklęcie wysysające to nie wełniana nitka, tego nie idzie ot tak przerwać. Trzeba unieszkodliwić osobę wysysającą, albo poczekać aż wysysany padnie. A tu ni tak ni siak się nie da, bo to ona sama z siebie wysysa. Co prawda ktoś inny kontroluje zaklęcie, więc nie w jej woli jest powiedzieć "Stop".

- I jak się czujesz? Oh, nie wspomniałem? Magia wyssana z ciebie nie wraca do ciebie, takie zapętlenie było by nudne, prawda? - jego głos zdawał się dochodzić zewsząd.

- Dla tego upewniłem się że to co wyssane, zamieni się w coś. A im dłużej dasz temu wysysać, tym bardziej widowiskowe będzie, obiecuję!

I kto teraz igrał z Czasem?

Share this post


Link to post
Share on other sites

- Co do samopoczucia... Trochę mnie łamie w kościach, ale to podobno się czasem zdarza, doceniam troskę. No, mam nadzieję że moja energia nie pójdzie na marne. Trzymam za słowo, to coś ma mnie zaskoczyć! - odpowiedziała i kucnęła, położyła obie dłonie na krawędzi, wybiła się i skoczyła w płomienie.

Jako że nie były to normalne płomienie, wydzielały promieniowanie - kilka połączonych ze sobą promieniowań, które zakłócały, a w końcu przerywały działanie magii. Zaraz po zniknięciu Nocturnal ziemia wróciła na swoje miejsce i nie zostało nawet pęknięcie po wcześniejszej dziurze.

Chwilę później pewien odcinek ściany popękał i rozwarł się niczym szczęki czegoś o bardzo szerokim uśmiechu i ostrych zębach. Wypadł z niego nikt inny jak Nocturnal w chmurze popiołu, z dodatkiem fioletowego dymu. Zawodniczka ku własnemu zaskoczeniu zdołała utrzymać się na nogach. Stanąwszy stabilnie strzepnęła z ubrania resztki pyłu i odchrząknęła.

Na arenie znowu, na ułamek sekundy pojawiły się klony, żeby w krótkim czasie zniknąć wraz z samym oryginałem.

Niech pan się pospieszy, Zegarmistrzu. Nie mam całego dnia.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Jego przeciwniczka naprawdę wprawiała go w dobry nastrój. Specjalnie, że zaczynała popełniać proste błędy. No cóż, Czasami i tak bywa. Choć osobiście preferował przeciwników atakujących aniżeli broniących się. Miło wspominał na przykład walkę z Kapim który nauczył go tego i owego.

Ale teraz trzeba było dopełnić obietnicy.

A jego cudo powoli nabierało siły. Zasadniczo teraz, kiedy zebrał to co było mu potrzebne, nie musiał nawet się ujawniać. Zarówno Czas jak i zaklęcie które było tym potężniejsze im dłużej trwało. W jego jak najlepszym interesie było teraz przedłużenie walki do maksimum. A skoro jego przeciwniczka też chciała się kryć na arenie, to czemu nie, pobawią się w ciuciubabkę. Specjalnie, że znał malutki trick który mógł urozmaicić zabawę.

*Taro toxi nus* wypowiedziane w myślach.

I na arenie zaczęły pojawiać się kule średnicy 5 centymetrów. powoli płynące przez przestrzeń. Kilka, które sunęły w różnych kierunkach. A kiedy dwie zderzyły się w powietrzu, znikły i na ich miejscu pojawiły się 4 kilki. A im więcej kulek w powietrzu tym częściej się zderzały. Na początku łatwo było je omijać, lecz po kilkunastu sekundach arena dosłownie była nimi zapchana. I w to kłębowisko Zegarmistrz rzucił zwykłą pinezkę.

To co odróżniało bańki od zwykłych, prócz faktu, że lewitowały i się powielały, to to, że w normalnych bańkach nie zamyka się kilku kiloton energii kinetycznej w postaci fali uderzeniowej. A kiedy pinezka trafiła w jedną bańkę, wszystko wybuchło.

Bez dymu, bez ognia, sama czysta fala uderzeniowa.

Fala od której zafalowały bariery ochronne a magowie je trzymający się spocili.

Fala która spowodowała że cała powierzchnia areny nie tyle popękała, ale została zdmuchnięta.

Fala która wyciskała powietrze z płuc, zgniatając wszystko na swojej drodze.

I na arenie, z tą falą, która nie emanowała żadną magią, pod osłoną niewidzialności, siedziała Nocturnal.

I to w nią i jej klony fala uderzyła z całym impetem, odbijając się od podłoża i otaczających ich ścian.

A w międzyczasie Zegarmistrz, nie niepokojony niczym, dalej tkał swoje zaklęcie.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Nocturnal siedziała spokojnie w murze areny, również nie niepokojąc się niczym. Trzeba było większego zaklęcia żeby zagrozić tym - chronionym przecież przez magię - murom, a jeśli one były bezpieczne, to zawodniczka w nich się kryjąca również. Nie była to co prawda wygodna kryjówka, bo odrobinę trzęsło, ale na tę chwilę muiało wystarczyć. Zresztą, dopóki nie groziła jej choroba morska ani lokomocyjna, było bardzo dobrze.

Ponieważ zawodniczka była wbrew pozorom niespokojną duszą, szybko znudziło jej się siedzenie i fale uderzeniowe. Trzeba było coś na to poradzić.

Wyjęła z torby niewielką, drewnianą szkatułkę i kawałek czegoś przypominającego materiał. Ze szkatułki wyjęła kilka nici, igłę i nożyczki.

Chwyciła w dłonie materiałową Czasoprzestrzeń i skupiła wzrok na kawałku, na którym właśnie istniała arena. Kilka razy zabierała się do cięcia - musiała być bardzo dokładna. Wycięła z Czasoprzestrzeni siebie i na swoje miejsce wszyła kawałek muru. Zmniejszyła znacznie arenę i wszystko, oraz wszystkich którzy się na niej znajdowali, a następnie doszyła zwykły kawałek papieru i wsadziła wszystko z powrotem do torby.

W tym samym momencie znalazła się poza areną, trzymając w ręce kilka kartek papieru. Na każdej z nich znajdowały się bardzo dokładne szkice areny, ale ujęte z różnych perspektyw: jeden z góry, kilka rysunków z boków, jeden z dołu i jeden przedstawiający punkt widzenia kogoś stojącego na arenie.

Nocturnal zmaterializowała sobie ołówek i gumkę chlebową i cierpliwie oraz dokładnie zaczęła gumować fale uderzeniowe i zaklęcie rzucane przez Zegarmistrza. Kiedy z wszystkich szkiców zniknęły już niechciane elementy, należało zastąpić je czymś innym. Rzeczywistość bardzo nie lubiła być niekompletna. Czuła się wtedy rozdarta.

W miejscu byłego zaklęcia Zegarmistrza dorysowała  kawałek falującej tkaniny. Wyszło całkiem ładnie. To miło ze strony jej oponenta, że zechciał zwrócić jej strażnika.

Następnym krokiem było narysowanie samej siebie i to zdołało ją poirytować. Kilka razy gumowała i rysowała siebie od nowa, aż wreszcie była częściowo usatysfakcjonowana i zdecydowała wrócić na pole walki - tak też zrobiła.

I z powrotem miała przy sobie Cvija, wzbogaconego o nowe doświadczenia i gotowego skuteczniej jej bronić.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Zasadniczo Zegarmistrza mało interesowało to co dzieje się na arenie. Trochę wstyd, zważając iż był na niej jedną z głównych atrakcji. Ale co poradzić, jego zadanie było niemożliwe do wykonania, wszak w przeciwieństwie do niego, jego przeciwniczka dysponowała nieograniczoną mocą.

Poza tym, teraz liczyło się tylko to, ile czasu da mu przeciwniczka. Im bardziej będzie przeciągać szukanie go, tym mocniejsze będzie zaklęcie którego on użyje.

Choć sam wątpił czy nawet wieczność pozwoli mu na zgromadzenie takiej ilości magii żeby jego przeciwniczka przestała go lekceważyć.

Ale nic, jak mawiają "show must go on".

Nie mógł pracować nad dwoma zaklęciami jednocześnie, dlatego używał drobnych sztuczek. Wszystko co było by ponad tym, mogło by przerwać jego zaklęcie i cała misterna praca poszła by na marne.

Nie mógł jednocześnie patrzeć w lewo i praw...

Zaraz...

Mógł.

Co prawda wymagało to odrobinkę ryzyka, ale było wykonalne.

Zegarmistrz skupił tą cząstkę świadomości która nie zajmowała się uprzednim zaklęciem i skupił na tym energię którą posiadał.

Obok niego pojawiła się jego idealna kopia.

A idealna to prawdziwie idealne słowo. Nie byli do siebie podobni, byli tacy sami.

Jeden z Zegarmistrzów kiwnął głową na znak, że zrozumiał plan, drugi dalej przygotowywał zaklęcie.

Nie musieli rozmawiać, wszak ich myśli były te same, więc i wiedza była gdzie być powinna.

Zegarmistrz zmaterializował się na arenie. Ale nie byle gdzie, to było by nudne. Pojawił się bezpośrednio za Nocturnal i dotknął jej szmatławego przyjaciela.

W chwili dotyku ten zawył po czym zwyczajnie zniknął. Bez śladu, o ile to kogoś interesowało.

- Pełne unicestwienie. Asymilacja magii.

Ktoś, kto powiedział, że nie można pochłonąć czegoś co samo pochłania, nie wiedział co mówi.

A było co pochłaniać, oj było. Dość spory zapas potencjalnej energii którą Zegarmistrz szybko przetkał na zasoby magiczne i wysłał do poprzedniego zaklęcia.

Lecz nie mógł na tym zakończyć, trzeba było też działać.

Zegarmistrz ponownie rozpłynął się w powietrzu, lecz tylko na chwilę, bo po owej chwili pojawił się  na drugim końcu areny.

Szybko zaczął rysować na ziemi dziwne symbole i znaki. Lecz tam gdzie poruszał dłonią, nic się nie pojawiało. Po kilku dłuższych sekundach, z pewnym siebie uśmiechem, wyprostował się.

- Teraz cię mam.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Podświadomie wiedziała, że jej szmaciany przyjaciel nie pobędzie na arenie zbyt długo.

A teraz w dodatku na arenie było dwóch Zegarmistrzów - to wymagało podzielności uwagi, albo od razu czegoś do ochrony, co zajmie oponentowi chociaż chwilę jego cennego czasu.

Wyjęła z torby księgę wyglądającą, jakby co najmniej kilka razy została przeżuta, strawiona i wypluta. Albo była stara, albo miała bardzo bogate w przygody życie.

Księga była dość ryzykownym wyjściem, bo nie była jedynie przedmiotem - była żywa. Miała swoją papierową, pożółkłą świadomość. Więcej: miała nawet charakter i to było w niej niebezpieczne, księga była bowiem wybitnie złośliwia i lubiła  utrudniać życie jej czytelnikom.

Tak więc Nocturnal otwarła ją, mając nadzieję że skarbnica zaklęć nie wylosuje jej czegoś równie nieprzydatnego w tej sytuacji jak czytanie w myślach ślimakom. I tak się kiedyś zdarzyło.

Kartki zaszeleściły i zerwał się wiatr. Piasek zaczął unosić się w wirze, i... Nic się nie wydarzyło. Księga zamknęła się z trzaskiem, odrzucając zawodniczkę pod ścianę.

Nocturnal siedziała zdezorientowana, po czym zerwała się żeby szybko złapać złośliwą księgę. Kiedy operacja zakończyła się sukcesem, książka nie chciała się otworzyć. Zaciskała swoje skórzane szczęki jak tylko najmocniej umiała.

Zawodniczka zaczęła się z nią szarpać, mrucząc pod nosem słowa których nie warto wypisywać. Walka przeniosła się na podłoże. Nocturnal przeturlała się kilka razy, aż w końcu jej działania odniosły sukces: Książka leżała obezwładniona, przyciśnięta nogą do piasku. To po części tłumaczyło jej stan.

Z kartek wystrzeliła smuga fioletowego światła i trafiła w czoło zawodniczki.

Nocturnal czuła, jak przerażone zaklęcie miota się w głowie, zdezorientowane. Postarała się je uspokoić, i wtedy też odkryła, co zaoferowało jej opasłe tomiszcze.

Nie było nawet sensu pytać, czy księga sobie żartuje. Można było się czegoś takiego spodziewać od razu.

Wstała, podniosła złośliwy przedmiot i wsadziła z powrotem do torby.

Share this post


Link to post
Share on other sites

A więc to by było na tyle! Trzymając się zasad, jestem zmuszony ogłosić, że to już koniec magicznego starcia i że czas wyłonić jego zwycięzcę. Cóż, nie da się ukryć, że na arenie wiele się działo i z całą pewnością pojedynek trwałby w najlepsze, gdyby nie fakt, że czas na niego przewidziany minął, co oznacza utworzenie stosownej ankiety.

 

A zatem, droga publiczności - kto zaimponował Wam najbardziej? Kto zwyciężył na tej arenie i popisał się większą mocą? Czy była to Nocturnal Van Dort, czy też może Zegarmistrz? Wybór należy do Was! Głosowanie rozpoczęte.

Share this post


Link to post
Share on other sites
Guest
This topic is now closed to further replies.

×
×
  • Create New...