Jump to content

Strona Główna  |  Ogłoszenia  |  Lista Fanfików  |  Fanpage  |  Feedback
Hoffman

[Pojedynek] [C] Po Prostu Tomek vs Mephisto von Pheles

Po Prostu Tomek vs Mephisto von Pheles  

6 members have voted

  1. 1. Kto zwyciężył w tym pojedynku?

    • Po Prostu Tomek
      5
    • Mephisto von Pheles
      1


Recommended Posts

Ta arena musiała być gotowa na wszystko. Grube, masywne ściany i nie mniej masywne kolumny podtrzymywały sklepienie, z którego zwisały powieszone na łańcuchach lampiony, w których paliły się białe świece, dając słabe światło. To jednak nie było jedyne źródło jasności na tej całkiem przestrzennej arenie. Znajdujący się w centrum pomieszczenia, chroniony przypominającą ptasią klatkę stalową konstrukcją lampion rozświetlał niemalże całe pomieszczenie. Czerwono – pomarańczowe płomienie tańcowały żywo, dając nie tylko światło, ale też i ciepło. Istotnie, bez niego na arenie byłoby chłodno i raczej nieprzyjemnie, aczkolwiek, zamarznięcie wojownikom bynajmniej nie groziło.

 

Bez wątpienia, bez światła niemożliwe byłoby dojrzenie płaskorzeźb i kunsztownych wykończeń kolumn, nie wspominając już o malowidłach, zdobiących sklepienie. Po tym, jak ciężkie i skrzypiące w zawiasach wrota otworzyły się, na arenę wkroczyli śmiałkowie, którzy już za chwilę mieli stoczyć pojedynek.

 

 

battle_by_zig_word-d6zgc0k.jpg

 

 

Już za chwilę zobaczymy w akcji Po Prostu Tomka oraz Blazing Hearta. Ci dwaj, niezłomni oraz przepełnieni mocą wojownicy, właśnie zajmują swe miejsca startowe na arenie, a teraz zbierają w sobie energię. Zgodnie z ich wolą, poza panującymi w tej sekcji zasadami, ogranicza ich limit wiadomości, wynoszący dwadzieścia postów. To całkiem sporo, jednakże, na wszelki wypadek przestrzegam, aby wykorzystać ten limit z rozwagą.

 

Jesteście gotowi? Zatem, niech rozpocznie się pojedynek!

Edited by Hoffman

Share this post


Link to post
Share on other sites

Blazing Heart już od kilku godzin był gotowy na walkę. Wszystko co było mu potrzebna miał przy sobie. Był ubrany: w ciemno fioletowe spodnie z białymi kropkami, czarne skórzane buty bez sznurówek, czarną koszulę z krótkim rękawem, fioletową kamizelkę która była zapięta kościanymi guzikami oraz długi postrzępiony płaszcz z podwiniętymi rękawami w kolorze spodni oraz czarne wełniane rękawiczki bez palców sięgającymi aż pod łokcie. Obok niego szedł mały stwór przypominający mopsa, stworzony z kamieni oraz ziemi. Gdy stanął na przeciwległym końcu areny wyciągnął lizaka w kształcie znaku stopu i zaczął go jeść. Stwór usiadł na ziemi obok Blazing Hearta i patrzał w stronę wyjścia. - Idziesz czy nie!- Krzyknął Blazing Heart z nadzieją na odpowiedź. Gdy nie nadeszła wkurzył się i uderzył pięścią w ścianę co spowodowało że na ziemi pojawiło się trochę szczelin i sporych oraz ostrych głazów.   

Share this post


Link to post
Share on other sites

- Ciszej proszę. Nie jesteście u siebie - rozległ się chłodny, stonowany głos. Nie było trudno domyślić się, że należał on do mnie, bo raczej nikogo innego nie mogło tutaj być. Mój przeciwnik skierował wzrok na źródło dźwięku. Ciekawe, czy się zdziwił.

 

Dobrze przygotowałem się do tego pojedynku, przynajmniej w swoim mniemaniu. Wyszedłem na arenę spokojnym, a nawet spacerowym krokiem, z rękami założonymi za plecami, kontemplując kamienne płaskorzeźby, masywne, kamienne kolumny jakby żywcem wyjęte z jednej ze stacji moskiewskiego metra, podwieszone lampiony ze świecami oraz konstrukcję przypominającą klatkę całkiem w środku pomieszczenia. Niedobrze. Nie lubię światła i ciepła, a ogień jakoś daje akurat te dwie rzeczy.

 

Krążyłem z wolna, przedłużając chwilę spokoju przed starciem. W tym czasie zdjąłem z siebie szary, dość nowy szynel. Pod spodem nosiłem prosty, szary mundur pozbawiony jakichkolwiek dystynkcji oraz ozdóbek, na nogach miałem eleganckie, czarne oficerki, a na głowie takoż szarą czapkę z czerwonym otokiem. Pogładziłem się po brodzie, uważnie przyglądając się Blazing Heartowi, przeciwko któremu miałem teraz walczyć. Wstrzymałem się od komentarza, choć przyszło mi do głowy, że wygląda jak wariat w tych spodniach w ciapki i płaszczu. Miał stwora. Nie podobało mi się to.

 

- Dobra, możecie odejść - powiedziałem do szynela, który wciąż wisiał za mną. Ten zastosował się do polecenia i odmaszerował. Teraz dopiero, kiedy zaznajomiłem się jako tako z areną, mogłem zwrócić się do przeciwnika. - Witam. Wybaczcie, że tak późno. Skoro introdukcję mamy za sobą, przejdę do rzeczy.

 

A co, wybadam go. Zacznę od czegoś lekkiego, na próbę. Z brody, która wyrosła mi od gładzenia wyjąłem kilka siwych włosów. Dmuchnąłem nimi w powietrze. Żadnych fajerwerków czy epickich efektów specjalnych nie było. Ot, kilkaset drobnych i ostrych jak końce szpilek z hartowanej stali płatków śniegu leciało teraz z szybkością kilku metrów na sekundę w powiewie lodowatego wichru nie wiadomo skąd w kierunku twarzy adwersarza. Ciekawe, czym odpowie.

Edited by Po prostu Tomek

Share this post


Link to post
Share on other sites

Zimny chłopak co? Dobrze odpowiemy tym co trzeba. Gdy płatki śniegu doleciały do celu zamiast we mnie uderzyły w lodowy posąg w moim kształcie. Wisiałem do góry nogami za przeciwnikiem. Czyżbyś jeszcze nie zauważył? -Pekaboo! - Odwrócił się. - Dzień dobry. Jestem królem trzeciego kręgu piekła. I przybyłem cię pokonać. A teraz jeśli pozwolisz. Ląduj na plecach. Mniej boli. - Po tych słowach uderzyłem go pięścią. Odleciał na drugą stronę areny uderzając z łoskotem w ścianę. - Zapomniałem dodać że w sowieckiej Rosji to ludność zabija władze. - Obróciłem się nogami w dół i stanąłem na ziemi. - Behemotku. Bierz go! - Pies skoczył na przeciwnika gryząc go w łydkę kamiennymi zębami. - Mam nadzieje że nie masz zamiaru mnie nie doceniać. Mimo iż wyglądam jak szaleniec jestem silniejszy niż się wydaje. Stalowy Piorun! Krwawe Ciernie! - woków przeciwnika pojawiły się morgenszterny których kolce wydłużały się w każdym kierunku z wielką prędkością. - Preludium Wojny! - na arenie pojawiły się pale, włócznie, połamane strzały oraz szkielety w stalowych zbrojach z mieczami i tarczami. - Jak się czujesz? Włócznia Więźnia! - Włócznia otoczona cieniami, po uderzeniu w ziemie pojawiły się ostrza które następnie zatopiły się w ziemie tworząc pułapki. - Chcesz może lizaka? - Podszedłem do oponenta. Chwyciłem go za głowę uderzyłem z kopa w brzuch a gdy otworzył lekko usta włożyłem mu lizaka o smaku coli. Stanąłem na drugiej stronie areny i sam zjadłem jednego. - Na pewno żyjesz? Trochę za szybko jak na pojedynek. - Zauważyłem że oddycha. - Uff. - Uderzyłem pięścią w ziemie przez co pod Tomkiem pojawił się kamienny słup wysyłający go w powietrze. Uderzałem tak kilka razy podbijając go aż wreszcie wylądował. - Przydało by się więcej moich małych przyjaciół... - Narysował na ścianie kredą krąg z którego zaczęły wychodzić różnej maści kamienne stworzenia. Więcej kamienno-ziemnych mopsów i kilka set dwunożnych stworków z gorylimi łapami. Spojrzałem się na leżącego wroga z nadzieją na ruch ale on jeszcze leżał. Posmutniałem i rzuciłem w niego głazem. Trafiłem obok. - Wstawaj! Ja chce walczyć! Miałem nadzieje że dostarczysz mi rozrywkę! A ty leżysz?! Co to ma być! - krzyknąłem i rzuciłem mniejszy kamyk który trafił go w głowę. Chyba się poruszył. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Leżałem na ziemi bezwładnie, trawiąc porażkę, tam, gdzie wróg zdecydował się przerwać tę chorą zabawę, którą sobie urządził. Co ja myślałem idąc do tego pojedynku, że łatwo będę mieć, albo może że z kulturą postrzelamy zaklęciami i rozejdziemy się w pokoju? O ja naiwny, płaciłem słono za oszczędny ruch. Przynajmniej to wszystko mnie nie bolało. Miałem szczęście, iż zdążyłem wyłączyć receptory po pierwszym ciosie Blazinga. Ciąg myśli przerwał kamień, który tępo uderzył mnie nieco powyżej potylicy. No, nie ma co się zasiadywać.

 

Ciało w kilka chwil rozwiało się w śnieg i zniknęło. Pojawiło się ponownie w powietrzu, niemal pod sufitem areny. Postanowiłem, że najpierw zajmę się przywołańcami. Wpierw szkielety. Znów rozwiałem się i ukazałem za pierwszym, unosząc się kilka centymetrów nad ziemią tak, by pułapki nie zdziałały. Włożyłem mu rękę w klatkę piersiową, tam, gdzie żywi mają serce. Kiedy przestał być taki żywotny jak wcześniej, zacisnąłem pięść i nieumarłego rozerwało na wiele kawałków lodu i stali. Lód ze świstem powbijał się w pozostałe szkielety, stal z kolei przylgnęła jak magnes do morgensternów. Broń obrosła szronem i posiniała. Zostało jeszcze inne zmartwienie. Nie dam rady jednocześnie zniszczyć wszystkich pułapek i stworzeń. Muszę wybrać. Ponownie przybrałem formę tumanu śniegu i z okrzykiem brzmiącym jak dech syberyjskiego wiatru wniknąłem w pierwszego z psów, tego, co tak zawzięcie gryzł mnie w łydkę.

 

Przez chwilę nic się nie działo. Wydawać by się mogło, że pojedynek jest już skończony. Sam myślałem przez chwilę, czy zaklęcie się udało. Ale miałem szczęście, Duch wciąż był we mnie i dawał mi dość sił. Za to pupilek szaleńca już tego szczęścia nie dostał. Zapadł się pod ziemię. Zamiast niego pojawił się wysoki mężczyzna, chudy, brodaty, w poszarpanym waciaku i wytartej uszance. W dłoniach dzierżył spory klucz francuski. Wyrwałem się z niego jako zimna para, następnie zaatakowałem jednego z gorylowatych. Wkrótce biedaczek został zastąpiony łysym wąsalem odzianym w kożuch. Ten miał pordzewiałą siekierę. Oboje mieli rozległe ślady po odmrożeniach, byli sini, a brodacz nawet lekko oszroniony. Wreszcie zjawiłem się w swojej postaci. Podniosłem z ziemi czapkę. Mój ruch.

 

Krótkim, ostrym gestem wskazałem moim "kumplom" psy i gorylowatych. Ruszyli i rozpoczęli walkę, podczas gdy ja zająłem się głównym przeciwnikiem.

- Nie zamierzałem was nie doceniać. Szaleńcy zawsze są groźni.

Oderwałem denko od czapki. Jak się okazało, było wykonane ze stali. Teraz miałem w ręce sześć cieniutkich i ostrych krążków, reszta czapki rozpadła się w lód. Rozwiałem się w tuman, wzniosłem się w powietrze i począłem bezładnie oraz bez żadnego rytmu krążyć po arenie. Ciskałem krążkami w Blazing Hearta pojawiając się na chwilę. Wtedy ten mógł dostrzec moją twarz. Bez wyrazu, martwą. Na koniec zmaterializowałem się na jednym z morgensternów, który pod wpływem dotyku rozsypał się. Drugi po prostu kopnąłem, a potem szybko przygotowałem się do uniku, bo pewnie przeciwnik i tak sobie poradzi, a ja nie chcę znowu oberwać.

Edited by Po prostu Tomek

Share this post


Link to post
Share on other sites

-Jak śmiałeś. Mój... Mój... Mój... Mój Behemot! - Wydałem z siebie rozdzierający krzyk. Cała walcząca gromadka zatrzymała się. - Mój malutki Behemot... Mój Behemotek... Ty chyba naprawdę chcesz mnie zdenerwować. Obiecuje ci cierpienie bez końca. A teraz. Pora zawalczyć na serio. - Cała arena się zatrzymała. Przeciwnik stał nie mogąc się ruszyć. Podobnie jak stwory. Mnie samego otoczył biały dym który zaczął zmieniać kolor. Robił się coraz ciemniejszy i ciemniejszy. Po chwili z dymu dało się dostrzec wychodzącą postać o ekstrawaganckim wyglądzie.

(coś takiego

mephisto_pheles_by_anjaloveakatsuki-d5b7

)

Implozja rozwiała dym. Zniszczyła wszystkie stwory. Oraz całą broń jaka była na arenie z powodu wojennego preludium. - No to jestem gotowy do walki. Na poważnie. No to może zaczniemy tak żebyś poczuł że mnie się nie denerwuje. - Powiedziałem spokojnym tonem siedząc na złoto zdobionym fotelu. - Eins, zwei, drei. - ognisty pentagram zapłonął pod sufitem. Zaczęły z niego spadać ogniste pociski imitując deszcz. Przywołałem biały cylinder. Wstałem przy okazji odwołując fotel. Pentagram zniknął. - Pokaże ci dlaczego nazywają mnie Blazing Heart. Ogień Pradawnych! - Arenę otoczył szkarłatny ogień paląc wszystko poza mną. Przeciwnikowi wyraźnie się to nie spodobało. - Pokaż coś więcej. Zamroź mnie czy coś. Chce zobaczyć co wy tam na tej swojej Syberii macie. Burning Buster! - Masa płonących kruków spadła na arenę podpalając ją. - Jeżeli nie będziesz walczyć przegrasz. Chcesz tego? Wstawaj i walcz jak sowieta! - 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Nie traciłem czasu na zbędne słowa. Przeciwnik przerzucił się na ogień. Ogień nie jest moim sprzymierzeńcem, musiałem więc działać czym prędzej, jeżeli nie chciałem robić za grzaneczkę. Nie zareagowałem na drwiny oponenta, skupiając się. Miałem zarys planu.

 

Wyciągnąłem rękę nad głowę niemal w ostatniej chwili, już czułem ból, jaki wywołało we mnie samo zbliżenie się do ognia. Skrzywiłem się, ale udało mi się uformować niewielką kopułę z szybko lodowaciejącej mgły. Wydawała się słaba, a jednak zamarzająca błyskawicznie formowała powłokę nie do przebicia dla ognistego deszczu, jaki nasłał na mnie ten popapraniec. Arena wypełniła się sykiem odparowującej wody. Zaśmiałem się lekko sam do siebie, co było drugim dzisiaj uczuciem, jakie pojawiło się na mojej twarzy i w duszy. Zabawne było, iż stworzyłem obieg zamknięty. Mgła zamarza, po zetknięciu się z ogniem odparowuje, a potem para resublimuje i tak w koło Macieju. Śmiech zamarł, kiedy owiał mnie szkarłatny płomień, wywołany drugim zaklęciem Blazinga. Myślałem że z bólu rozwieję się już bezpowrotnie, nie mogłem wyłączać receptorów jeśli chodzi o ogień. Sięgnąłem wewnątrz siebie, do samego Ducha, i tam znalazłem potrzebną siłę. Wyciągnąłem ręce na boki i wykrzywiłem dłonie tak, by przypominały sękate gałęzie. Pojawiły się na nich odmrożenia, kiedy walczyłem z płomieniami wokół, niepewny następnej chwili. Nie widziałem i nie słyszałem nic.

 

W końcu mróz przeważył. Począłem przedzierać się przez ogień, rozgarniając go przed sobą jak kotarę. Kiedy tylko znalazł się blisko mnie, zmieniał barwę na sinobłękitną, a temperatura dookoła ostro spadała. Szkoda, że to miało taki mały zasięg... Wyszedłem wreszcie poza krąg. Ponownie osiągnąłem zimny spokój. Przyciągałem do siebie ogniste kruki jednego po drugim, a gdy chłód osłabił je i unieszkodliwił, machinalnie, nawet nie myśląc skręcałem im karki i odrzucałem momentalnie schłodzone truchła na boki.

 

Teraz potrzebowałem czegoś mocniejszego, może nieco ambitniejszego niż lodowe sztuczki dla niepokornych.

- Zamrozić cię? - zapytałem z chłodną rezerwą. - Nie wydaje mi się. Ale...

 

Adwersarz się nawet nie ruszył. Nie musiał. Moje ciało okrył lód. I to nie tylko po wierzchu prymitywnym pancerzem. Zostałem produktem głęboko mrożonym, każdą komórkę mojego ciała uwięził mróz. Wyglądałem jak martwy, lecz ostatni krok przed zamarznięciem postawiłem tak, by potem się wywrócić. Uderzyłem o podłoże z cichym dźwiękiem i poszedłem w kawałki. Jak się wydawało, zabawa była skończona. Kawałki rozpuściły się, jak przystało na lód, i zniknęły w gruncie.

 

A ja obserwowałem. Badałem. Czułem. Teraz cała arena była wypełniona mną. Nie mogłem zostać tak na długo. Miałem pomysł. Blazing Heart bardzo chciał zobaczyć, jak to jest na Syberii? W porządku, będzie lekcja poglądowa. Zebrałem się jako tako do kupy, następnie wyłoniłem się spod ziemi. Owinąłem się jako lodowaty wicher wypełniony drobnym, sypkim śniegiem wokół mojego przeciwnika. Śnieg nie był taki zwykły. Chłostał boleśnie, bardzo boleśnie, robiąc setki drobnych ranek w każdym odsłoniętym fragmencie ciała. Wiatr szarpał ubraniem, wywracał, wył. W zamyśle wróg miał stracić czasowo zmysły, dlatego skupiłem się na jego oczach. Na jakiś czas nie będą mu potrzebne, dlatego nagle pojawiłem przed nim swoją twarz i dmuchnąłem ostro, z głębokiego wdechu. Musiało go zaboleć, zamarzanie płynu w gałce ocznej zawsze boli.

 

Postanowiłem, że nie będę go męczył jeszcze bardziej. Mam inne metody. Wirując, wycofałem się pod sufit i począłem od czasu do czasu nawoływać go, zmieniając miejsce, by zobaczyć jak się miota.

Edited by Po prostu Tomek

Share this post


Link to post
Share on other sites

Wreszcie postanowiłeś pokazać co umiesz co? Gdy wreszcie się odsunął zapewne miał nadzieje że poczułem zimno. Gdy wreszcie pył opadł było mnie widać. Niby żadnych zmian w wyglądzie. Poza małym szczegółem. Zamiast cylindra miałem czapkę wełnianą i gogle narciarskie. W ręku trzymałem parasolkę którą chroniłem się przed lodem. - No wreszcie walczysz. No to co kontynuuje ocieplanie klimatu co? Prawdziwa zabawa dopiero się zaczyna. Eins, zwei, drei. - pstryknąłem i w przeciwnika uderzył olbrzymi miecz przybijając go do ziemi niwelując obronę oraz zaklęcia defensywne. - Deri, zwei, eins. - Pod Tomkiem pojawił się krąg z którego po chwili wyleciał płonący feniks o prawie sześciu metrach rozpiętości skrzydeł. Po kilku sekundach zaczął pikować prosto w krąg w którego centrum leżał oponent. - Jak tam? Nie roztapiasz się? - Zaśmiałem się. Zacząłem kreślić w powietrzu parasolką jakiś krąg. Gdy skończyłem na arenie było słychać tylko szum. Z kręgu po chwili zaczął wychodzić olbrzymi golem z kamieni i lawy. Przyjrzał się tępo przeciwnikowi i ruszył ociężale w jego stronę. Kopnął go jak piłkę przez co ten poleciał w ścianę. - Stój Inferus. Prrr. Zły golem. - rzuciłem do golema.- Arc Enemy! Blood Hunger! - Siedem stalowych igieł wielkości narty zaczęło unosić się wokół mnie. - Jak tam się trzymasz? Może wiatraczek? - po tych słowach obok Tomka pojawił się mały wiatrak dający lekki chłodek. - A może coś lepszego... - wróg uniósł się nad ziemię i wpadł do wanny wypełnionej kostkami lodu. - Nie widziałeś mojej poprzedniej walki więc nie wiesz że potrafię dostosować temperaturę ciała do warunków. Zamrożenie mi oka nie da za wiele gdyż zwyczajnie się nie zamrozi. Oczywiście czuje ból i tak dalej ale mam trochę ochrony... Co to ja miałem ach tak. - Wskazałem na oponenta parasolką - Grad mieczy - salwa mieczy zaczęła spadać w miejsce pobytu wroga. Kilka z nich nawet go raniło. - Cięcie gniewu - Na ziemi pojawił się krąg z którego zaczęły wypadać miecze podrzucając Tomka. Parasolka zamieniła się w szablę. - Extreme Blade. Crescent Fury. - pojawiłem się przed przeciwnikiem i wybiłem go w powietrze. Gdy był w powietrzu z zawrotną prędkością zacząłem go atakować mieczem raniąc go dość nieprzyjemnie. Gdy skończyłem ostatnim atakiem posłałem go na ziemię a sam wylądowałem na golemie. Szabla znowu stała się parasolką a ja przywołałem dzbanek z herbatą który sam napełnił mi filiżankę. - Ach. Nie ma to jak ciepła herbatka. Chcesz trochę. - Zaśmiałem się podle. - Nie wstawaj. Nie trzeba. - Usiadłem na fotelu i czekałem na ruch przeciwnika.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Cierpiałem. Nienawidzę, nienawidzę wariatów bawiących się ogniem jeszcze bardziej niż nieposłusznych poszukiwaczy przygód pałętających się po tajdze i tundrze. Wstrzymałem się od krzyku cudem, tylko dlatego nie podając się bólowi, że uwolnił mnie od tego kopniak golema. Odbiłem się od ściany, lecz tego już nie poczułem. Wyłączyłem receptory. Dałem Blazingowi czas na zabawę. Bo trzeba sobie było powiedzieć wprost. On się mną bawił, jak i ja niedawno zamierzałem bawić się nim. Szkoda, wyobrażałem sobie pojedynek jako starcie dwóch dżentelmenów. A tu młócka mieczami. No, jakbym był w domu, tylko że u mnie się zawsze zboże młóciło. Miałem sporo ran, nawet zastanawiałem się, czy nie zostawić ich sobie na pamiątkę. Eee, tam. Pewnie jeszcze więcej zgarnę, i do tego lepszych. Na razie po prostu rozwiałem się w tuman. Zastanawiałem się, na ile jeszcze starczy mi sił.

 

Tym razem jednak nie pojawiłem się ponownie. Wirowałem coraz prędzej i prędzej, zasysając powietrze z areny. Ja go nie potrzebowałem aż tak bardzo, mój przeciwnik może jednak tak. Ponadto bez powietrza ogień zgaśnie, czyli nie będzie mi szkodził. Kiedy zebrałem całe powietrze w sobie zacząłem wypuszczać jego wiązki, gasząc wszystkie świece w lampionach. Potem wybiłem Blazingowi filiżankę z ręki i fotel spod zadka.

- To nie piknik, przykro mi - rozległ się głos dochodzący razem z wiązką powietrza. Bo przecież w próżni dźwięki się nie rozchodzą.

 

Kiedy wszystkie świece zgasły odessałem resztkę powietrza. Gdybym miał teraz twarz, pewnie gościł by na niej powściągliwy uśmiech. Stan lodowatej pustki bardzo mi odpowiadał, jedynym mankamentem był oponent. Nawet feniks i golem nie zniosą pobytu w takim miejscu. Wiedziałem, co zrobię. Zgarnąłem ziarna piasku z podłoża, wciąż wirując, więc od razu posłałem drugiego maga przez całą szerokość areny. Bezgłośnie zepsuł swoim ciałem jakąś płaskorzeźbę. Ja zająłem się bronią. Okryłem ziarna piasku warstwą twardego lodu zmieszanego ze stalą. Zbliżyłem się do powalonego i zawężyłem zasięg wiru. W zamyśle powinno go to pozbawić osłon wszelkiej maści, a może i skóry. Ale że coś na pewno wymyśli, zabezpieczyłem się. Byłem gotów strzelić mu wiązką powietrza pod ciśnieniem zmieszanym z moim "preparatem" prosto w twarz, gdyby znowu coś przywoływał.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Ugh. Cholera zabrał powietrze. Forma cesarz ognia się nie przyda w takich warunkach. Do tego to co mi zrobił. Tego nie zregeneruje. Pora na zmianę tempa. Już wiem nawet jak. Moje ciało otoczyło się barierą a następnie zabłysło. Po kilku sekundach byłem ubrany w czarny garnitur, do tego moje włosy przestały być granatowe a stały się blond. Dodatkowo miałem maskę na twarzy a moje ciało otaczał srebrny płomień wyglądający jak płonący etanol. Zdjąłem barierę i uniknąłem ataku wroga który był we mnie mierzony. Stałem około siedem metrów od miejsca w które celował. Dobra jak pozbyć się lodowego tornada? Wiem! Może by tak rozwiać wszelkie wątpliwości. - Rzut Kinetyczny! - fala uderzeniowa zachwiała tornadem i wytrąciła je z rytmu co oznaczało że wróg wypadł. Dobra. Może by tak. - Heavy Throw - Wybiłem przeciwnika w powietrze. - Guide Arrow - Stworzyłem łuk z energii z którego wystrzeliłem elektryczną strzałę która miała sparaliżować przeciwnika. A przynajmniej utrudnić mu ruch. - Code: Thunderbolt - otworzył się portal z którego wypadł nazoid przypominający człowieka z goglami na oczach. Stanął przede mną z włócznią i czekał aż oponent spróbuje uderzyć. Wróg był chyba jednak nieco oszołomiony wytrąceniem z wiru co jest prawdopodobne. Nie zrobiłem tego zbyt delikatnie i nagła zmiana tępa mogła być problematyczna. - Pulse Cannon! - Cztery pociski uderzyły wokół wroga podrzucając go lekko. Otoczyły go klatką elektryczną i posłały impuls. Chyba rozruszały organizm bo się poruszył. No przyśpieszyły jego wracanie do normalnego stanu bez oszołomienia. Nazoid przybrał pozycje obronną. I czekał na atak. 

Edited by Blazing Heart

Share this post


Link to post
Share on other sites

Wybił mnie z wiru? Z wiru, którym BYŁEM?! Jak to jest w ogóle możliwe, prostą kinetyką położyć bezcielesny byt? I do tego bez powietrza, które normalnie przenosi tego typu ataki? Nagle w moim umyśle błysnęło zrozumienie. Wreszcie dotarło do mnie, przeciwko komu, czy też raczej przeciwko czemu, staję na tej arenie. Wszystkie kawałki układanki wskoczyły na swoje miejsce. Szwargocze po niemiecku, nosi się jak jakiś dureń, przywołuje dziwadła znikąd, wali magią ognia i stali. Żeby było jeszcze weselej potrafi uderzać mnie gdy nie mam ciała. Przecież on się podaje za diabła - posługuje się jego mocami!

 

Oświecenie przyszło za późno. Od razu po opuszczeniu wiru wybito mnie w powietrze. Elektryczna strzała bezszelestnie nadlatywała ku mnie, a ja bardzo nie chciałem się z nią spotkać. Zamknąłem oczy i wyciągnąłem przed siebie rękę. Dłoń płasko celowała w próżnię, wyszedł z niej lodowy płat przypominający szpachlę, choć teraz miał pełnić rolę paletki. Na szczęście dla siebie zdążyłem odbić pocisk, który wirując wbił się w ziemię. Jak się okazało, nie byłem tak oszołomiony, jak Blazing mógłby przypuszczać. Przecież jak się nie ma błędnika, nie czuje się pewnych niedogodności.

 

No i oczywiście znowu się przeliczyłem. Chciałem mało finezyjnie strzelić płatem lodu gdzieś pod szyję adwersarza, ale nie. Jak zwykle, on miał jeszcze coś do powiedzenia. Kolejne zaklęcie wyrzuciło mnie w powietrze, a wokół stworzyła się klatka elektryczna. Aż zastanawiałem się, skąd on bierze tyle mocy. Poczułem impuls i zwinąłem się w boleści. Zapomniałem na śmierć wyłączyć receptory! Nigdy więcej takich wyczynów!

 

Ale były też i dobre strony sytuacji. Byłem w klatce, mogłem chwilę w spokoju pomyśleć, poplanować. Na razie jednak skupiłem się nad czym innym. Nie dam się razić co jakiś czas prądem. Wykonałem w powietrzu dwa oszczędne gesty lewą dłonią, raz płasko, a za drugim razem układając palce w mało finezyjne widły. To wystarczyło, by klatkę od środka wypełniła zimna mgła, która zaraz utrwaliła się w zadziwiająco gładką, delikatnie niebieskawą, przezroczystą kulę. Utwardziłem jej najbardziej wewnętrzne warstwy, a od zewnątrz pokryłem cienkimi, bardzo łamliwymi kolcami. Każdy taki kolec miał paskudną właściwość. Kiedy wbił się w ciało, wędrował razem z krwią do serca, nie topiąc się. Tam osadzał się i wywoływał ciekawy efekt. Mianowicie psuł wrogowi kondycję, powodując dotkliwe bóle. Ale to tylko na wszelki wypadek.

 

Po utworzeniu mojej własnej, prywatnej fortecy postanowiłem zepsuć oponentowi humor jakimś złośliwym urokiem. Zamknąłem oczy. Wyobraziłem sobie piękne wzory, jakie mróz tworzy na szybach tych urokliwych, małych domków, porzuconych w głębokiej tajdze pośród trzaskających od mrozu drzew. Znowu wykonałem kilka bardzo szybkich, lecz jednocześnie wyważonych gestów. Każdy z nich był jak fachowe pociągnięcie pędzla, który, nawiasem mówiąc, faktycznie pojawił się mi w ręce w czasie pracy. Oczywiście lodowy, jakżeby inaczej. Wprowadzałem nim poprawki, sprawdzałem użyteczność dzieła, czasem jeszcze pociągnąłem żeby wyglądało piękniej.

 

Na placu, całkiem niedaleko Blazinga oraz jego pomagiera pojawiło się, a raczej stawało się wraz z pociągnięciami  mojego pędzla, utkane z wielu drobnych kryształków lodu drzewo. Było pochylone, a jego sękate, rozłożyste gałęzie pokrywały liście zrobione z płatków śniegu. Na końcu każdego większego konaru był pęk fantazyjnie zwiniętych długich i cienkich gałązek. Teraz mogłem przystąpić do dzieła.

 

Wzniosłem lekko pędzel. Wymach.

 

Gałąź lodowego drzewa szybkim niczym mgnienie ruchem chlasnęła po rękach przywołanego stwora. Włócznia uderzyła o grunt bez najmniejszego dźwięku. Wciąż trzymały ją dłonie.

 

Wymach.

 

Migotliwa błyskawica cienkiej gałązki owinęła się wokół szyi nazoida. Lekkie cofnięcie pędzla. Niby nic się nie zmieniło, poza tym, że lodowy bat cofnął się prędko. Dopiero po chwili istota klęknęła. Jej głowa zsunęła się z szyi i stoczyła na ziemię. Była odcięta z chirurgiczną precyzją, blisko ramion. Jednego miałem z głowy, i to nawet dosłownie.

 

Dwa wymachy. Szerokie, z lewej i z prawej. Dziabnięcie pędzlem na wprost.

 

Gałęzie najbliżej Blazinga poruszyły się jak bicze. Jedna skierowała się kosząco na nogi, mniej więcej na wysokość kolan. Druga wyżej, na pierś, i do tego z przeciwnej strony. Trzecia wystrzeliła w twarz adwersarza. Nie przypuszczam, by chciałby się zetknąć z jej ostrym końcem. Nie poprzestałem na tym. Zacisnąłem pięść, a gdy ją rozwarłem moje drzewo, moje piękne, cudowne, mieniące się jak najprzedniejszy diament drzewo eksplodowało bezgłośnie w tysiące lodowych drzazg, lecących we wszystkich kierunkach. 

Edited by Po prostu Tomek

Share this post


Link to post
Share on other sites

Ciesze się że mam maskę. No cóż. Jest to najsilniejszy przeciwnik z jakim walczę. Chciałbym móc odetchnąć. Pociął mnie trochę. Brak powietrza znacznie wzmacnia takie ataki. Mam chyba kilka ran wewnętrznych. Mówienie tak nie zdaniami. Wow. Uszanowanko. Monolog taki wewnętrzny. Ugh. Muszę się skupić bo zginę. Zostały mi jeszcze dwie formy nie licząc tej. Król ziemi i król pustki. Tylko jednej mogę użyć. Król pustki to działanie ostateczne. Dobra. Pora upaść na ziemie. Nie ma łoskotu no tak. Szybko myśl. Masz chwilę czasu na kontratak. No tak. To będzie dobre. - Abyss Angakor - za mną pojawił się sporych rozmiarów portal z którego wyłoniła się dziwaczna kulista przytulanka  z czymś w rodzaju białej maski wokół paszczy i oczu. Reszta kulistego ciała była fioletowa i miała malutkie skrzydełka. Wyglądał jak przytulanka jakieś goth loli ale w tym momencie stał się olbrzymi. Wciąż był przytulanką ale za to wielką na dwadzieścia metrów. Przeniosłem się teleportacją na jego grzbiet a ten zaczął wchłaniać energie jaka była w otoczeniu. Całe miejsce było pełne magii. I tej po mojej walce i po tych poprzednich. Ściany zaczęły robić się ciemniejsze aż w końcu zaczęły pękać. Kryształki po ataku przeciwnika również. Gdy miał wreszcie dość magii świecił się jasnym fioletowym blaskiem. W jego gardle dało się dostrzec blask podobny do gwiazdy ale mniejszy. Wreszcie wystrzelił. Cała magia została ponownie wypuszczona i wszystkiemu po uderzeniu w przeciwnika zaczął wracać blask. Stwór zmniejszał się jak balon aż wreszcie znowu był malutki. Przez portal wskoczyła fioletowo włosa dziewczyna i zabrała stworka po czym wyszła zamykając portal. Na pierwszy rzut oka wróg nic nie poczuł. Może trochę ciepła ale nie wiele. Moje rany zagoiły się wreszcie a garnitur zaszył się. Teraz przeciwnik poczuł o co chodziło. Razem z promieniem przepływającym przez niego ulatywała z niego magia, znacznie ograniczając nie tyle moc jego zaklęć co ich częstotliwość. Musiał się podładować w czasie gdy ja zrobiłem to jego kosztem. - Wiesz skąd biorę tę całą energie na rzucanie zaklęć? Z otoczenia. Wszystko jest wypełnione magią a ja mogę ją wchłaniać. - Nagle z pleców wyrosły mi skrzydła przypominające anielskie jednak z stalowymi, czarnymi piórami. Do tego otaczał je taki sam ogień jak ten który wcześniej mnie. Maska którą miałem rozrosła się aż na tył głowy. Dodatkowo wyrosły z niej rogi które szły chwilę w górę potem jednak spadały w dół i kończyły się w taki sposób że wyglądały jak by tworzyły kąciki ust poza twarzą. Do tego uformował się uśmiech z ostrych jak brzytwa zębów. Stanąłem naprzeciw przeciwnika. - Jestem Mortiferum siedemdziesiąty piąty duch Goecji. Wielki Król oraz Markiz piekła. Władam 62 legionami duchów. I jestem Twoim najgorszym koszmarem! - zaśmiałem się jak psychol. 

Edited by Blazing Heart

Share this post


Link to post
Share on other sites

Ou, musiałem przyznać, to było cokolwiek... ciekawe doświadczenie. Nie czułem bólu, ciepło sprawiło mi tylko niewielki dyskomfort, a najważniejsze było to, że bariera się utrzymała. Co nie zmienia faktu, że nagle poczułem się mocno przytłoczony przez narastające wprost proporcjonalnie do czasu trwania ostrzału zmęczenie. Nie było ono jeszcze bardzo dotkliwą dolegliwością, lodowa osłona pomogła mi zaabsorbować część uwolnionej magii. Nabrałem powietrza, czy też może raczej: wykonałem wszystkie ruchy oddechowe, bo raczej próżni do siebie nie wciągnę. Patrzyłem na nieprzyjaciela chłodnym wzrokiem. Nie lubiłem takich. Ta tytulatura, te czcze przechwałki i przekonanie o wszechmocy.

- A ja jestem Foma Nikołajewicz Morozow i nie władam niczym poza własnym cholernym drewnianym domem. Miło mi. Nie miewam także koszmarów - odpowiedziałem spokojnie. 

 

Wszystko to było prawdą, lecz nie zmieniało faktu, iż potrzebowałem chwili odpoczynku. Miałem pomysł. Przecież dalej trzymam w zapasie całe powietrze z areny. Utrzymywanie takiej ilości materii konsumuje więcej energii niż cały kombinat metalurgiczny w Magnitogorsku. Ogromną ulgą będzie wreszcie wypuścić to wszystko na swobodę. Nie zrobię tego jednak tak o, po prostu. Upiekę sobie, jeżeli mogę to powiedzieć przy wstręcie do ciepła, dwie pieczenie na jednym ogniu.

 

Blazing Heart z pewnością śmiał się lub robił coś równie bezużytecznego. Skupiłem na nim swoją uwagę i puściłem tamę, dotąd utrzymującą pod moją kontrolą zassane powietrze. Jednakowoż skierowałem je w jeden, niezbyt szeroki strumień. Taka ilość materii zgromadzona w wąskie gardło uległa srogiemu ściśnięciu. Teraz to wszystko runęło prosto ku mojemu wrogowi z siłą zdolną kruszyć skały. Ja sam aż oklapłem lekko z zadowolenia, kiedy poczułem powracającą do mnie moc. Sięgnąłem do Ducha, by upewnić się, że wszystko jest w porządku. Powietrze syczało, sunąc ku ziemi jak lodołamacz, tylko, że bardziej, a ja szykowałem kolejny atak.

 

Wykonałem w lodowej bańce cztery łukowate ruchy pędzlem. Nie miałem drzewa, ale nie o nie mi chodziło. Niedaleko Blazinga wykwitły cztery ładnie wyprofilowane, cienkie, lecz dość mocne szerokie ostrza ozdobione delikatnymi wijącymi się nacięciami na całej powierzchni, w tym też na tej tnącej. Okrężnym ruchem pędzla wprawiłem je w ruch wirowy, po czym posłałem je w kierunku przeciwnika. Sunęły lekko, odrobinę podkręcone. A ja obserwowałem.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Hm? Nie zdążę zwiać. Cholera. Gdy ostrza wbiły się we mnie. Poczułem nieprzyjemny ból i zimno. Chyba umrę. Chyba że. Mam jedno użycie. Trzy, dwa, jeden. Teraz! Wypadłem ze skorupy którą się chroniłem. Wylądowałem dwa metry obok. Nie miałem już skrzydeł, rogów ani poprzedniego ciała. Teraz nie miałem ochrony.  Ale żyłem. Miałem cztery rany które powoli się zaklejały. Włosy mi się rozjaśniły. Oczy zrobiły się czerwone. Czy ja mam mundur niemieckiego oficera? No ale zamiast zwykłych symboli miałem pentagram. - Poplamiłeś mi mundur - powiedziałem pod nosem. Olśniło mnie. On mi oddał powietrze. Uśmiechnąłem się. Wstałem powoli. - Vorzüglich. Więc gdy moment nadszedł. Wracajmy do pracy. Powinienem w sumie powiedzieć: Wracajmy do palenia - Zaśmiałem się nieco. - Giga Wulkan! - Uderzyłem w ziemię pięścią przez co spod ziemi zaczęły wypadać gejzery ognia zwiększając temperaturę. Dwa pojawiły się pod oponentem. Dodatkowo na koniec fala ognia ogarnęła arenę. Po tym na ramieniu usiadł mi kruk. - Hehe. Ignation Crow. Napalm. - Kruk zaczął krążyć pod sufitem rozpylając ogień po arenie. Po chwili gdy cała arena stała w ogniu wrócił mi na ramię. - Jak tam Mr.Sub-Zero? Trzymasz się? Eternal Flame - Fala ognia została posłana w przeciwnika. Widocznie się skrzywił ale nie krzyknął. - Flame Cut - Na ziemi pojawiły się ogniste kręgi które szybko zniknęły wsiąkając w podłoże. - Rise of Flame! - Na arenie wszystkie światła ponownie zapłonęły. Temperatura znacznie wzrosła. Prawię 90 stopni C. - Blazing Heart. Step of Death - W centrum areny zaczął tworzyć się znacznie potężniejszy płomień. Co kilka sekund dało się słyszeć coś w stylu bicia serca przez co ogień odpadał od swojego źródła. Po pewnym czasie przerzedził się tworząc krąg magiczny. Z kręgu wydostał się sporych rozmiarów płonący demon. Trzymał płonący miecz z kamienia oraz sam płonął. - Vorzüglich! - Przywołałem miecz którym wskazałem na przeciwnika. Kruk wzbił się w powietrze. - To z nim dziś walczymy Mortiferum. A ty Nikołajewiczu Morozow. Przygotuj się. - zachichotałem i przybrałem pozycje obronną. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Hmm. A więc tak zginę, pomyślałem, zbyt późno zdając sobie sprawę z tego, do jakich konsekwencji może doprowadzić moje osłabienie. A to podstępna gadzina, ten Blazing Heart. Zabić mnie moim własnym błędem. Niedopuszczalna, karygodna pomyłka bardzo szybko miała wydać plon. Pierwszy czar wroga przyszedł oczekiwany. Wzmocniłem od spodu moją banieczkę, żałując kolców, jakie stopiły się pod wpływem temperatury. Para wodna tylko mi pomagała w utrzymaniu należycie niskiej temperatury. Odetchnąłem prawdziwym, wolnym powietrzem. Może nie wszystko poszło aż tak źle.

 

Fala ognia nieco podgrzała atmosferę, przypominając mi dobitnie, dlaczego nie jestem i nigdy nie będę optymistą. Bariera uległa zniszczeniu, rzuciło mną przez szerokość areny i deszcz ognia. Leciałem jak szmaciana kukła ciśnięta przez znudzonego dzieciaka, choć nawet nie krzyknąłem. Skrzywiłem się tylko lekko, cierpiąc katusze za każdym razem, kiedy ognista kropka wypalała dziurę w moim dotąd świetnie wykonanym i zadbanym mundurze. Gdy zwęglała mi skórę. Rosła we mnie zimna nienawiść, zdolna niszczyć całe państwa, obalać monarchie, zawracać bieg rzek, przeorywać stepy. Uderzyłem w ścianę, powietrze z jękiem uszło z moich płuc. Zaczerpnąłem go ponownie tylko po to, by sięgnąć do Ducha. Wszedłem w siebie głębiej niż od początku tej walki, tak głęboko, że dostrzegałem już bezkresne lodowe pola Pustyni Tamtej Strony.

 

Rozwiałem się w śnieżny tuman. Setki kryształków ostrego jak ciernie śniegu i lodu pędzonego przez porywisty, wijący jak potępieńcy wicher runęły za źródłem deszczu, krukiem, który wzleciał z ramienia swego obłąkanego pana. Chlasnęły go krótko, oszczędnie, a gdy spadał, owinęły cię w ciasnym wirze wokół niego. Ptak został dosłownie starty z własnych kości nim dotarł do płonącego gruntu. Resztki piór i strzępki mięsa unosiły się krótko w powietrzu, wprawione w ruch szybkością wiatru. Tuman wzniósł się pod sufit i skręcił się jak wąż.

 

Byłem zły.

 

Zjawiłem się w swojej zwykłej formie ponownie na końcu areny, naprzeciw demona i Blazinga. W zwykłej? Niekoniecznie. Zmieniłem się trochę odkąd ostatni raz stałem w materialnej postaci. Znów miałem na sobie szynel, nienaruszony. Szary mundur pociemniał, dziury zniknęły. Pojawiła się pojedyncza dystynkcja w postaci czerwonych naramienników. Wróciła też czapka. A to nie koniec. Twarz postarzała się o dobre sześćdziesiąt lat, broda urosła znacznie, posiwiała i zmierzwiła się. Postać pozostałą jednak nieodmiennie krzepka, stałem wyprostowany. Brodę pokrywał szron, cały byłem sinobiały, na twarzy wykwitło mi bardzo rozległe odmrożenie, to samo spotkało dłonie. Oczy przedstawiały sobą chyba najgorszy widok, pomimo tego, iż nie było w nich raczej nic przerażającego. Po prostu zamarzły.

 

Byłem niesamowicie zły.

 

W prawej dłoni mocno trzymałem lekko zakrzywioną szaszkę, ozdobioną pojedynczym czarno-czerwonym frędzlem. Sztywnym z zimna. W lewej miałem... śnieżkę. Zwykłą, nierówno ulepioną śnieżkę. Dookoła mnie rozrastał się powolutku placek przemrożonej ziemi, para resublimowała w śnieg. Temperatura opadała koncentrycznie im bliżej mnie aż do minus siedemdziesięciu. Wtedy postąpiłem pierwszy krok naprzód.

 

- Przepraszam, ale denerwują mnie wasze maniery - powiedziałem, ciskając śnieżką w demona. Ta eksplodowała przed nim i oplotła go... stalową, a ściślej, stalową i zaklętą magią mrozu liną. Stworzenie poczuło się jakby siedziało w wannie święconej wody.

 

- Denerwują mnie wasze drwiny - wbiłem miecz w ziemię. Stałem tak przez chwilę w głupiej pozycji. Nic się nie działo, moje słowa przebrzmiały bez echa. Wreszcie ziemia pękła z hukiem jak kra i powierzchnia areny rozdzieliła się na kilkanaście mniejszych i większych wysp, krążących nad przewalającą się pod spodem kupą skał i ziemi. Niedługo się ustabilizuje, ale nie był to atak bezpośrednio na Blazinga. W dłoni pojawił się pędzel.

 

- Denerwuje mnie wasz niemiecki - ruchem pędzla stworzyłem kunsztowne, lodowe ostrze, które cięło demona, eliminując więzy. Następnie samo owinęło się wokół jego szyi jak szaliczek. Bynajmniej nie było to przyjemne uczucie. Ja natomiast dmuchnąłem i krótki świst wiatru zamroził przywołańcowi oczy. Ten nie mogąc widzieć co się dzieje, a dodatkowo będą podduszanym, czy raczej duszonym, postąpił nieostrożnie naprzód. Przez dość długi czas oboje, ja i oponent słyszeliśmy rozdzierające krzyki i chrzęst mielenia. Ziemia się uspokoiła, ale wysepki dalej zostały.

 

- I wreszcie denerwuje mnie to, że nie walczycie ze mną wy, tylko wasi podwładni - z tymi słowami cisnąłem szaszką pod małym kątem ukośnie w górę, tak, że w locie powinna ciąć przeciwnika przez pierś. Oczywiście tylko, jeżeli nie zrobi uniku.

 

Na koniec złożyłem dłonie jak do modlitwy, a następnie położyłem na płask. Kilka energicznych jak na mnie ruchów posłało w powietrze paskudnie ponacinane "karty" z cienkiego lodu. Furkotały w powietrzu, nie topniejąc w gwałtownie opadającej z każdym moim krokiem temperaturze, kierując się ku kolanom, pachwinom, bokom, szyi i czołu. Żeby nie było za łatwo, każda zmieniała tor lotu i zbliżała się do Blazing Hearta od innej strony, na innej wysokości oraz pod innym kątem.

Edited by Po prostu Tomek

Share this post


Link to post
Share on other sites

Karty? Cóż. Raz, dwa, trzy. Karty po uderzeniu w moje ciało zwyczajnie rozkruszyły się. - Nie jesteśmy na balu. Moje maniery są takie jakie powinny być na polu walki. Przeszkadza ci mój niemiecki? Zatem się przyzwyczaj. Przeszkadzają ci moje drwiny? Nie słuchaj ich. Przeszkadzają ci moi podwładni? Trudno. Ale spoko. Jak chcesz żebym walczył bezpośrednio. - Nakreśliłem szablą w powietrzu krąg z którego poleciała fala gorącego powietrza. Nim przeciwnik zdążył poprawić obronę pojawiłem się za nim rzucają nim na środek areny. - Blade Rain - Jeden większy miecz uderzył w przeciwnika nie tnąc go. Miecz po chwili wybuchł na kilka tysięcy mniejszych które również tylko przenikały przez przeciwnika. Na koniec wszystkie zniknęły. Tomek chyba się zdziwił. Jednak po chwili poczuł dziwne osłabienie. - Te miecze nie nacinają ciała. Nacinają esencje magiczną lub jak to mówią niektórzy duszę. Blokują wiele możliwości magicznych. U ciebie. Zablokowały odczucia bólu. Nie możesz teraz ich wyłączyć. No i każde zaklęcie będzie cię parzyć. Wspomniałem o tym? Chyba nie. - Zachichotałem - Let's get lunatic! - Zaczęła otaczać mnie ciemnofioletowa aura. Arena wypełniła się energią podobną do tej wydzielanej przez plazmę. Wokół mnie zaczęły pojawiać się wyładowania elektryczne. Temperatura powietrza przestała się zmieniać na około 25 stopniach C. Coś ją blokowało. Nie spadała ani nie rosła. - Reverse Reactor! - W przeciwnika uderzyła kula wyładowania elektrycznego złączając się z jego materią. Podgrzała go trochę ale też zatrzymała się tym razem na około -14 stopniach C. W mojej ręce pojawiła się identyczna kula a między nimi pojawiło się połączenie. Kilka razy powstały wyładowania elektryczne aż w końcu rzuciłem swoją kule w oponenta. - Psychic Storm! - Na środku areny pojawiło się energetyczne tornado również z plazmy. Wciągnęło Tomka w środek rzucało nim trochę, i wyrzuciło w kierunku ściany. - Neutron Bomb - Stworzyłem czarną dziurę która wessała wroga jednak nie całkowicie. Po prostu utrzymywała go w jednym miejscu. Wciągnęła trochę energii magicznej z otoczenia. I wybuchła. Przeciwnik poczuł najpewniej uczucie rozerwania od środka ale ciało było całe. Trudno było mu ustać na nogach nie z powodu zaburzeń a z powodu zachwiania całej magii w jego ciele. Nie potrafił jej ukształtować co za tym szło nie potrafił utrzymać samego siebie. - Za jakiś czas ci przejdzie. Ależ ja jestem rąbnięty! To jest wspaniałe uczucie!- zachichotałem pod nosem uniosłem się w powietrze i wisiałem parę metrów nad ziemią w oczekiwaniu na odpowiedź. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Fala powietrza? Uniosłem brew. Nie, to nie tak, że nie doceniałem wroga, zdążyłem się już bowiem nauczyć, iż nie należy dawać szaleńcowi żadnej ulgi. Zablokowałem ją prostą, półkulistą barierą z cienkiego lodu. Zamroziłem w tym celu resztki wilgoci w powietrzu. Niespodziewanie dla siebie poczułem jednak obecność Blazinga za sobą. Odwróciłem się szybko, kreśląc pędzlem symbole, kiedy nagle znalazłem się w powietrzu. Znowu. Pędzel świsnął w przestrzeni, kiedy starałem się poduszką śnieżną zamortyzować spodziewane uderzenie. Rzeczywiście, odbiłem się od podłoża dużo mniej sponiewierany, niż powinienem. Wzniosłem pędzel z lekko wykrzywioną twarzą. 

 

Wtedy w moją stronę skierował się przyzwany zaklęciem miecz. Machnąłem pędzlem w powietrzu, a w miejscu pociągnięcia pojawił się lodowy kostur. Nie zdążyłem się nim zastawić, gdy klinga wrażej broni uderzyła mnie w bok. Zabolało, ale nic poza tym. Nie ciął mnie. To było dość dziwne, przecież wszelkie jego poprzednie ataki miały mnie prawdopodobnie zabić, a tu taka niespodzianka. Miecz wyleciał jednak w powietrze. Zachwiałem się mocno przez falę uderzeniową, cofnąłem nawet o krok. Setki małych mieczyków fruwało teraz w powietrzu. Czując już, jak kilka z nich wnika we mnie wydźwignąłem z przemarzniętego gruntu najprostszą możliwą osłonę - ścianę z lodu. Nie wytrzymała. Miecze skruszyły ją, odrzuciło mnie lekko na zimny piasek. Ale nie raniły mnie. Przelatywały przez ciało jakby były astralne, czy coś. Wstałem.

 

Wtedy zrozumiałem. Drań tymi swoimi mieczykami wyczyścił mnie z energii. Czułem teraz kompletną pustkę. Zaraz zresztą raczył mnie poinformować o efektach swojego atak, jakby miał mnie za idiotę. Wyprostowałem się i spojrzałem mu w oczy.

- Dziękuję za informację. Spieszę jednak z wyjaśnieniem, iż wy nie możecie zniszczyć duszy, raczej zapas energii. Więc, obrazowo określając "spaliliście mi spichlerz".

 

Mówiłem to ozięble i pewnością siebie, lecz wiedziałem, co to tak naprawdę oznacza. Wyrok. Zanim zgromadzę nową energię, muszę sięgnąć do Ducha, na co oponent na pewno mi nie pozwoli. No i jestem wystawiony na jego ataki, mogę teraz co najwyżej osłaniać się pędzlem. Wróg począł niwelować mój mróz, którego nie byłem w stanie teraz w żaden sposób podtrzymać. Zacisnąłem pięści, oczekując na atak. Gdy wreszcie nastąpił, machnąłem krótko pędzlem jak batem, zmieniając nieco tor lotu elektrycznej kuli. Już poczułem, ile mnie to kosztowało. Teraz moc czerpałem z siebie. Ochłodziłem lekko powietrze, osłaniając się ruchomą ścianką śniegu, kondensującą się przed wyładowaniem. Moje nogi poczęły robić się miękkie.

 

Gdy jednak adwersarz stworzył sobie dziwaczne plazmowe tornado, nie miałem jak się osłonić. Cofnąłem się krok do tyłu. Potem drugi. Walczyłem z potężną siłą ssącą ze wszystkich moich sił. Wiatr łopotał rozpiętym szynelem, wyglądającym teraz jak skrzydła nietoperza, czapka spadła mi z głowy. W końcu jednak osłabłem na tyle, że zacząłem, mimo zapierania się nogami, sunąć w kierunku wiru. W końcu wyciągnąłem przed siebie rękę, osłaniając twarz, kiedy porwało mnie jak listek. Rzucało mną jak w staczanej ze wzgórza beczce. Do tego plazma wcale nie pomagała mi nabrać mocy. Przeciwnie, czułem się jak oblewany roztopionym srebrem. Już nie mogłem się powstrzymać, krzyczałem z bólem, ale też i z nienawiścią. Zapłaci za to w stosownym czasie.

 

Wreszcie tornado wypluło mnie z siebie. Poleciałem na ścianę, nie będąc w stanie nawet próbować jakoś się osłonić. Jęknąłem głucho i uszło ze mnie powietrze, kiedy wyrżnąłem o twardy kamień. Osunąłem się na ziemię, wykorzystując chwilę spokoju. Moja mała osłona z mrozu uśmierzała ból, łagodziła go. Półleżałem tak, oparty o ścianę i patrzyłem na wroga swoimi gałkami ocznymi. Tak, tymi, w których płyn zamarzł, na powierzchni których osadziły się drobniutkie kryształki lodu, których szara tęczówka byłą niemal niewidoczna. Patrzyłem i byłem pewien, że jeżeli jeszcze w tym pojedynku pokażę mu coś ważnego. Ale jeszcze nie teraz, jeszcze nie.

 

Teraz miałem inny kłopot. Blazing wywołał jakąś czarną dziurę, która znowu pociągnęła mną po ziemi w stronę środka areny. Nawet się nie opierałem, patrzyłem w sufit i przygotowywałem się na nieuniknione. Wchłonęło mnie, jednak tylko częściowo. Kiedy tylko zetknąłem się z powierzchnią quasi-czarnej dziury pomyślałem o tym, że każde zaklęcie będzie mnie parzyło. A potem przestałem myśleć.

 

Kiedy znowu doszedłem do siebie było już po wszystkim. Czułem rozlewającą się po mnie nicość, która zastąpiła ból. Po prostu po jakimś czasie człowiek przekracza pewną granicę, za którą nie ma nic. Nie miałem jednak zamiaru umrzeć, o nie. Poruszyłem się. Podparłem na rękach, ze świstem, przez zęby, wciągnąłem powietrze. Trwałem chwilę w takiej pozycji, zanim zebrałem dość sił, aby przesunąć nogę. Oparłem się na niej i powoli, z wysiłkiem powstałem. Zachwiałem się, omal nie upadając. Nie mogłem rozwiać się w tuman bez wejścia do Ducha, a to teraz nie było możliwe z powodu bólu. Błędne koło.

 

Postąpiłem krok i drugi, podparłem się ręką, żeby nie paść na ziemię. Zmusiłem się do krótkiego biegu w stronę leżącej na arenie szaszki. Schwyciłem ją w przypominającą teraz bardziej szpony dłoń. Podarty płaszcz załopotał jak żagiel, kiedy zerwał się lekki, chłodny wiatr. Musiałem za wszelką cenę odbudować zniszczone rezerwy, miałem na to sposób. Ostrze błysnęło w świetle świec w gwałtownym ataku. Nie na Blazing Hearta.

 

Moja twarz, już wcześniej bez wyrazu, wygładziła się jeszcze bardziej, kiedy runąłem na ziemię z bronią wystającą tuż spod lewej łopatki. Ciało zwiotczało, ręce wciągnąłem pod klatkę piersiową i zamarłem w takiej pozycji. Zerwałem jedną z Nici.

 

Ile to mogło trwać? Pięć minut, dziesięć? Ciało leżało martwe, porzucone, rozwiało w końcu wątpliwości co do stanu posiadacza, samo znikając w powiewie chłodnego wiatru. Pojawiłem się ponownie w swojej teraźniejszej formie zamarzniętego starca, natychmiast rozpoczynając wykonywanie skomplikowanych, a jednocześnie nadzwyczajnie prędkich ruchów pędzlem. Wokół przeciwnika rozrosłą się powstająca prosto z ziębnącego powietrza filigranowa konstrukcja, która przypominała najbardziej obrośniętą roślinami kolczastą od zewnątrz klatkę. Zacisnąłem pięść.

 

W środku klatki temperatura poczęła bardzo gwałtownie spadać. Słychać było trzaski zamarzających części powietrza.

- Lód ochładza, uspokaja. Dlaczego mówi się o spokoju śmierci? Uwolnię was od szaleństwa. Nie będziecie potrafili się ruszyć, potem odczuwać, potem myśleć. Zero absolutne.

 

Mając pięść zaciśniętą każdym pociągnięciem pędzla nanosiłem na arenę, w różnych miejscach, lodowe rośliny. Jedne masywne i wyniosłe jak drzewa, inne piękne, delikatne i giętkie jak kwiaty. Pojawiło się też znane chłoszczące drzewo. Wkrótce całe otoczenie przypominało las, gęsty lodowy las. Ja sam wymalowałem sobie sprawiającą złudne wrażenie zwiewnej, efemerycznej, tarczę. Przywołałem szaszkę. I czekałem.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Poczułem zimno. Bolesne. Poświęciłem formę Króla Ziemi aby utrzymać Cesarza Światła a i tak on ją zniszczy? Nie chce być zmuszonym użyć formy Cesarza Pustki. Przynajmniej nie teraz. Ale strój przydałby się cieplejszy. Mundur zmienił się w: czarne materiałowe spodnie, koszula w czarną bluzę. A kurtka w trochę lepszą, skórzaną również czarną z kapturem z naszytym futrem. Poczułem nieco ciepła. Do tego buty. Też czarne. Trochę cieplejsze od poprzednich. Czarne rękawiczki z metalem na knykciach. Dobra. Teraz zwiać z klatki. Myśl. Kolejny cios bólu. Szybko myśl. Mogę przerzucić się na zimną plazmę. Zwiększę odporność oraz zmniejszę zapotrzebowanie na magię. No i dam radę zwiać. Ale najpierw. Trzeba wyjść z klatki. Wiem. Otoczyłem się elektrycznością oraz fioletową aurą. Implodowałem niszcząc klatkę i zamykając w czymś w rodzaju wewnętrznego zbiornika całą energię własną. Teraz trzeba naładować się zimnem. Zacząłem wchłaniać do siebie aurę z powietrza przy okazji ochładzając swój organizm. Nie czułem bólu. W zasadzie nie czułem nic. Moje nerwy zamarzały. Gdy wreszcie ochłodziłem się na tyle by używać zimnej plazmy czułem niesamowite przygnębienie. Czy on czuje to cały czas? Możliwe że to dlatego jest taki dziwny. No ale zbieranie energii było teraz łatwiejsze. No i byłem o wiele bardziej odporny na ataki oponenta. Chciałem się uśmiechnąć ale nie mogłem. Czy ja stałem się bez emocjonalnym psycholem? Więc jak teraz cieszyć się z zadawania cierpienia? Nie ważne! - Dust Anatomy! - Ściągnąłem do siebie wszystkie lodowe rośliny tworząc z nich skorupę. Po chwili rozrzuciłem ją z olbrzymią prędkością. Odłamki wbijały się w ścianę. Zero radości. On miał racje. Przerażające odczucie. - Quake Strike! - Uderzyłem w tarczę przeciwnika. Niby nic jej to nie zrobiło ale do środka dostały się masywne ilości energii. Skrzywił się? Nie wiem. Odczucie wywołane atakiem było podobne do stania wewnątrz wybuchu bomby atomowej. Jednak nie było tak niszczycielskie. Czułem się coraz gorzej. Jestem stabilny. Zbyt stabilny. Chaotyczność eksplozji jest podstawą w ciosach Lunatic Psykerów. Musze się rozładować z tej energii i to szybko. - EMP Shock - Skupiłem całą energie pochodzącej spoza mojego ciała. Wybuch rozjaśnił arenę. Czułem jak zaczynam być ciepły. Przeciwnik chyba niezbyt się tym ucieszył. Taka ilość energii. Nie ważne czy zimna czy nie jest niszczycielska a ja uszkodziłem jeszcze jego receptory bólu przez co wciąż działają a on nie może ich wyłączyć. Do tego ciepło. Prawię 1000 stopni C. To musi boleć. Nie spala ale cierpienie jest niewyobrażalne. Gdy cała energia przestała we mnie pływać poczułem ulgę. I ponownie poczułem szaleństwo. O tak. Tego mi było trzeba. Zdrowego kopa psychopatycznej radości. Zaśmiałem się maniakalnie. - Dynamo Configuration - Magnetron! - Pojawiłem się za przeciwnikiem. Uderzyłem go naładowaną pięścią. Poleciał w ścianę. Skrzywił się. - Nigdy więcej twojej magii w ciele. Jest zbyt spokojna i zrównoważona. - Zaśmiałem się maniakalnie. - Nie to co moja! Ta wspaniała chaotyczność! - Otoczyłem się polem statycznym i czekałem na atak. Wróg się skrzywił. Chyba go wnerwiłem. Hmm, hmm, hmm. Zachichotałem pod nosem wciąż w bitewnej pozie. 

Edited by Blazing Heart

Share this post


Link to post
Share on other sites

Blazing w pewnym momencie zwyczajnie rozwalił moją klatkę. Ale tym razem spodziewałem się tego. Obserwowałem go, zmieniając tylko miejsce, spokojnym krokiem okrążając centrum, czyli moją klatkę. Nie chciałem myśleć o tym, jak mi się podobała, uznałem to za nudne samochwalstwo. Szkoda mi jej było. Na szczęście nie siał wokół odłamkami, bo implodował. Pokazał mi się w nowym, zdecydowanie bardziej cieplejszym stroju, który wyglądał... gustownie, musiałem powiedzieć. Wreszcie odział się w coś porządnego. Wypowiedział zaklęcie. Osłoniłem się tarczą, rozwijając przed nią delikatną mgiełkę, która ma pewne paskudne właściwości. Jeżeli we mnie czymś strzeli, to się srodze zdziwi.

 

Ale przeciwnik nie próbował mnie teraz zaatakować. Zniszczył moje misterne dzieło, zasysając je do siebie i robiąc sobie skorupę. Skonstatowałem, że zaczynam wyczuwać go jako drugi poza mną lodowaty punkt. Czułem jego serce i jego umysł, stonowane i chłodne jak moje. I w duchu uformowały się myśli obdarzające oponenta czymś, na co nie zasłużył wcześniej i wątpię, żeby zasłużył później. Zaczął chłonąć moją energię. Przyjął do siebie Dar Drugiej Strony. Niewiele osób przed nim decydowało się na to z własnej woli. Inni, którym to przynosiłem, traktowali Drugą Stronę jako coś złego, a Dar jako klątwę. Potrafiłem teraz zestroić się z jego myślami, choć tylko na moment. Wtedy mój szacunek rozwiał się, bowiem walczył z Darem, widocznie nie za bardzo rozumiejąc, co na siebie wziął.

 

Odepchnął od siebie odłamki czymś niby eksplozją. Zasłoniłem się tarczą, która przyjęła do siebie odłamki i cisnęła nimi w Blazing Hearta. Ja przyjąłem na siebie trochę zimna. Wspaniałe uczucie, kiedy wróg zestrajając się ze mną tylko mnie zasila. Wypełnia spichlerz. Energia przepłynęła przeze mnie, manifestując się w tym, że szaszka się oszroniła, a płaszcz zesztywniał. Nerwy przemarzły, ponownie dając mi możliwość wyłączenia bólu. Przecież już nie działały.

 

Oponent wypowiedział drugie zaklęcie. Przygotowałem się na nie skrupulatnie, powlekając ostrze broni cienką warstwą parującego niemal niewidocznie lodu i poszerzając tarczę oraz pokrywając ją od frontu siecią żłobień, mających przewodzić energię. W samą porę. Eksplozja, która nastąpiła w chwilę potem była jedną z najpotężniejszych, jakie dotąd przetoczyły się przez tę nieszczęsną arenę. Zgarbiłem się, ugiąłem nogi i osłoniłem się tarczą w oczekiwaniu na uderzenie. Gdy przyszło, dziękowałem sobie w duchu za wyżłobienia na tarczy. gdyby nie one, ta pękłaby już wpół. Aż mną cofnęło, zostawiłem po sobie drogę hamowania wydrapaną podeszwami oficerek.

 

Kiedy było po wszystkim opuściłem tarczę. Przestałem czuć Blazinga. Rozerwał się? Nie, wręcz przeciwnie, znowu pojawił się za mną i uderzył mnie w plecy. Tchórz. Poleciałem na ścianę, teraz mając tarczę. Przez plecy przeszło mi rozmrażające kilka nerwów, denerwujące wyładowanie. Jeszcze w locie zniwelowałem jego efekty. Kiedy odbiłem się od ściany, byłem już ustabilizowany i spokojny.

- I to właśnie jest piękne w magii pochodzącej z Ducha, z Drugiej Strony. Jest spokojna, skrupulatna i zrównoważona. I działa jak okład.

 

Na ostatnie słowa w powietrzu wokół adwersarza pojawiły się cztery poduszki śnieżne, które poleciały prosto w niego z dużą prędkością. To nie wszystko. Malowałem w powietrzu szaszką ogromne płatki śniegu, jak w przyrodzie każdy inny, ale wszystkie o wielu paskudnie wyglądających kolcach. Wirowały coraz prędzej i prędzej, nabierając pędu i kierując się znowu każdy od innej strony. Ja osobiście ruszyłem do ataku, stawiając kroki coraz szybciej, aż przeszedłem w bieg. Nie krzyczałem w furii. To było zbyt... dziecinne, chaotyczne.

 

Dobiegając do Blazing Hearta rozplanowałem atak. Dwa płaskie cięcia krzyżem w pierś. Przeskok w lewo. Cięcie ukośne w bok. Pchnięcie za siebie, półobrót, krok w prawo, pchnięcie w pachę, płaskie cięcie w szyję. Pomyślałem, że wróg będzie musiał teraz potrenować bardzo szybkie uniki.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Więc. Tyle by było z magii światła. Zabił i tą formę. No cóż pora użyć Cesarza Pustki. Nieco za szybko ale... Trudno. Mam na szczęście dość energii. Upadłem. Krew rozlała się wokół mnie. Nie było by to dziwne gdyby nie fakt że uformowała krąg magiczny. Moja twarz nie miała wyrazu. Była martwa. Po chwili krąg zaczął skupiać magie w centrum kręgu wokół mnie. Włosy mi pociemniały. Oczy zrobiły się żółte i nabrały blasku. Rany zakleiły się. Na prawym rękawie kurtki z góry pojawiły się metalowe osłonki. Serce ponownie zabiło. Wstałem. Buty zmieniły mi się na glany. Rozciągnąłem się trochę i wziąłem głęboki wdech. Magia mojego oponenta była kusząca a ja ją jeszcze wyczuwałem po mojej eksplozji. Rozpiąłem kurtkę i zacząłem ponownie pochłaniać wrogą magie. Tym razem nie chowałem własnej. Pozwoliłem jej łączyć się z jak to określał oponent ,,Duchem z drugiej strony''. Arena była pełna magii która czekała tylko na to aby ją pochłonąć. Więc tak też zrobiłem. Magia kamieni, ognia, światła, plazmy, czasu, boga, demonów, smoków. Każda magia jaka kiedykolwiek poczuła smak tej areny była teraz we mnie. Boskie uczucie. Nałożyłem kaptur. Czułem teraz przeciwnika. Jako iż moje ciało wypełnia głównie magia pustki nie mam jako tako temperatury. Nie jestem ani zimny ani ciepły. Nie dałem po sobie poznać jakichkolwiek emocji. Chyba też mnie czuje. Ciekawe czy tylko ten fragment ,,Ducha'' czy całą pustkę. - Plasma Cutter - Cztery promienie zaczęły ciąć wszystko po przeciwnej stronie areny. Poczułem że chce poprawić tarczę więc skupiłem szybko moc. Dostał. Nagle jego myśli zostały zagłuszone. No tak. Kapłańska magia Boga. Nie mogę się jej już pozbyć. Trudno obędzie się bez. - Fate Space - Spowolniłem czas na arenie. Nie zdążysz. Kilka ataków z pustki dosłownie niszczyło magię oponenta. Rozrywało ją na fragmenty jak stare prześcieradło i zabierało ze sobą. Mu został mały kawałek. - Lunatic Scud - Pierwszy portal. Paraliżujący pocisk. Drugi portal salwa włóczni. Trzeci portal działko strzelające plazmą. Czwarty portal laser. Eksplozja. Wróg poleciał w ścianę. - Psychic Artillery - Pierwszy promień. Mniejszy, niezbyt mocny ale oszałamiający. Drugi promień większy. Potężniejszy skupiony tylko na obrażeniach. - Innocent - Sfera przypominająca oko pojawiła się wokół przeciwnika. Chwile atakowała po czym przeciąłem ją przywołanym mieczem. Po przecięciu pojawiło się tornado które porzucało trochę Tomkiem. Odrzuciło go w ścianę. Ruszył się. Chyba był nieco zaskoczony. Tym razem i ja mogę używać Ducha do tego całej gammy innych zaklęć które nawet nie muszą używać magi pochodzącej z ducha. Wciąż bez emocji powiedziałem - Miałeś racje. Ta magia jest uspakajająca. Nie muszę jej nawet używać. Mogę ją mieć zamkniętą w Pustce a i tak jest kojąca. Fascynujące... - powiedziałem do przeciwnika. Wbiłem w ziemie miecz który się rozsypał i zamieniłem się w cień przypominające istoty koszmaru. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Uśmiechnąłem się nieznacznie, kiedy wróg nie obronił się przed ani jednym moim cięciem. Dziwne, byłem przekonany, że jak jest tak potężny i tak lubi się chwalić swoimi umiejętnościami to znajdzie sposób aby zasłonić się przed, lekko tylko wzmocnionym, cięciem zwykłej szaszki. Widać przeliczyłem się. Jednak nauczyłem się wcześniej, że tej istoty nie można było nie doceniać. Odstąpiłem kilka kroków, osłaniając się tarczą i wyczekując na atak. Okazało się, że na razie nie ma na co czekać, bowiem mój oponent padł, krwawiąc obficie. Nie dobijałem go, tylko odsunąłem się na bezpieczną odległość, kiedy zobaczyłem, iż jego krew układa się w krąg. 

 

I słusznie postąpiłem. On się tylko przemieniał. Przemieniał się w coś dziwacznego. Też niby ludzka forma, lecz czułem, jak traci pewne subtelne elementy siebie samego i jak zastępuje je... pustka? Tak. To było dokładnie to, nicość, brak. Jakby nie miał duszy. Czułem to, bo lód jest bliski pustce. Poza tym Blazing znowu wchłonął trochę mojej energii, co pozwoliło mi jako tako zorientować się w tym, co w sobie zmienił. Chciał złączyć dwie magie. Hmmm, z lodem nie pójdzie mu raczej trudno, magia pustki jest potężna. Tym bardziej, że nieprzyjaciel nie próżnował. Tak jak ja wcześniej powietrze, tak on począł zasysać w coraz szybszym tempie magię unoszącą się na arenie. Ja nie korzystałem z takich umiejętności. 

 

Kiedy zaatakował pierwszy raz, znowu plazmą, próbowałem osłonić się tarczą, gotując się na przyjęcie mocnych ciosów. Jednak nagle ostrza wzmocniły się jakoś, albo coś w ten deseń, bowiem mimo tego oberwałem, i to solidnie. Szczęściem tarcza przyjęła na siebie część uderzenia, lecz mimo tego mój płaszcz i ciało zdobiło kilka głębokich nacięć. Nie krwawiłem, bo niby jak? Cofnąłem się tylko o krok. Następne ataki popsuły mi szyki. Były to swojego rodzaju szkodniki, bowiem wyrywały mi duże ilości energii, niemal do cna opróżniając spichlerz. Nie wiem, czemu moja obrona nie działała tym razem. Nie miałem szans nawet osłonić się czymś lekkim poza tarczą, która rozproszyła tylko część uderzeń. Nagle zaczęło robić się niesamowicie ciasno. Paraliżujący pocisk zaabsorbowała tarcza, dając mi odrobinę cennej energii. Salwa włóczni? O nie, nie dam się tak łatwo. Zmieniłem się w tuman i włócznie wbiły się w ścianę za mną, nie robiąc mi krzywdy. Musiałem działać szybko. Laser minął mnie, lekko podgrzewając, co sprawiło mi psychiczny ból.

 

Zostało działko. Pojawiłem się w taki sposób, by nie mogło mnie od razu rozstrzelać, by musiało wykręcić. Przeniosłem część energii na szaszkę i uderzyłem od góry. Urządzenie powoli zamarzło. 

 

I wtedy ostatnia rzecz, laser, wpadła i eksplodowała sobie radośnie na działku, ponownie odrzucając mnie na ścianę. Jeszcze trochę i dostanę odznakę Dywizji Powietrzno-Desantowej. Ciśnięty o ścianę odbiłem się od niej bezboleśnie, ale znów zmarnotrawiłem odrobinę energii. Wstałem i otrzepałem się z piasku areny tylko po to, by dostrzec zasuwające w moją stronę promienie. Odbiłem pierwszy tarczą, czując, jak ręka mi drętwieje. Drugi bardziej zapobiegawczo rozciąłem szaszką, która rozproszyła go na dwie mniejsze wiązki. Biedna ściana za mną będzie wymagała ciężkiego remontu.

 

Przede mną pojawiła się sfera, całkiem ładna, wyglądająca jak unoszące się w powietrzu oko. Piękno jej było jednak zabójcze. Ledwo nadążałem z przyjmowaniem na tarczę następujących prędko po sobie ataków. Ostatniego moja wierna osłona już nie przetrzymała. Pękła jak lodowa tafla, z metalicznym, przeciągłym jękiem, na kilka sporych odłamków. Odrzuciłem niepotrzebne pasy mocujące. Potem, widząc tornado, wyłączyłem ból. Oddałem się przyjemnej chwili relaksu, podczas gdy wir miotał mną wewnątrz siebie. Gdy wreszcie mnie wyrzucił, spojrzałem na cel lotu. Ściana. Na mojej twarzy zagościł wyraz chłodnej rezygnacji.

 

Kiedy wstawałem po kolejnej wycieczce powietrznej postanowiłem wygładzić przód płaszcza. Odwróciłem się twarzą do Blazinga, który nabrał już moresu. Magia czyni cuda. Zwłaszcza moja i pustki. Przejechałem ręką po materiale po raz ostatni. Nietrudno było dostrzec order, jaki zdążył pojawić się na lewej piersi.

- Doceniliście magię pochodzącą z Ducha, ale nie będziecie mogli jej użyć bardziej niż do lodowych sztuczek. Nie znacie Furtek, nie stworzyliście Nici i nie byliście po Drugiej Stronie. Ale może was tam zabiorę.

 

Widziałem, jak nieprzyjaciel wbija swoją broń w ziemię i przemienia się w brzydkie jak noc dziwadło. Postanowiłem nie pozostać mu dłużny. Wyciągnąłem szaszkę w górę. Pod sufitem poczęły zbierać się ołowianosiwe chmury, z których natychmiast posypał się drobny, twardy śnieg. Gdy opuściłem ją, jakbym dawał komendę "ognia", zerwał się porywisty wiatr, który wypełnił arenę wyciem i zimnem. Temperatura znów spadła, ale to nie miało teraz żadnego znaczenia. Ponownie porzuciłem cielesną formę, gdy rozpętała się prawdziwa, dzika syberyjska śnieżna burza. Nie była ona zwyczajna. Dało się w niej widzieć błądzące po omacku, zamazane postaci, mamiące postrzeganie. Słychać było nawoływania, czasem głuche wystrzały. Ryki niedźwiedzi.

 

Ja odczekałem aż widoczność spadnie niemal do zera, po czym znalazłem adwersarza. Był cieniem, ataki cielesne nie zrobią mu nic. Dlatego sięgnąłem przez jaźń i pokazałem mu ból i lęk przed śmiercią od wiatru i lodu. Pokazałem mu grozę skradania się od drzewa do drzewa, gdy gdzieś tam czai się silniejszy wróg. Odczucie bycia rozrywanym przez szatuna, szalonego niedźwiedzia, i odchodzenia w niebyt. Niepokój ściskający serce starszej kobiety, której mąż wyszedł w las. Nienawiść zakutego w kajdany zesłańca. Wszystko to skumulowane, powielone przez każde istnienie, jakie zgasło dzięki Syberii posłałem wiązką na umysł cienia, wtórując wiatrowi.

  • Upvote 1

Share this post


Link to post
Share on other sites

Chcesz wejść do mojego umysłu? A może by tak zamiana ról? Co ty na to? Przez kilka tysięcznych sekundy miałem czas aby przejść do umysłu wroga. Nie, nie do umysłu do jego Ducha bądź jak to określał Drugiej Strony. Było to lodowe pustkowie? Spodziewałem się czegoś bardziej spektakularnego. No ale moje dusza to pusta przestrzeń. Wbiłem w podłoże włócznie. Pojawiły się pęknięcia kierujące się w przeciwnym kierunku do mnie. Pęknięcia ułożyły się w coś przypominającego kry. Wiele z nich zaczęło powoli odpływać pozostawiając tylko pustkę. Płynęły jak kra z prądem rzeki tylko po to by dotrzeć do wodospadu w którym znikną. Czekałem chwilę. Przeszedłem trochę wgłąb i usiadłem na ziemi. Gdy przeciwnik wreszcie się pojawił był chyba zdziwiony. - Nie dam rady używać ducha co? Czyżbyś mnie nie doceniał? - Spojrzałem się na przeciwnika który dopiero teraz mnie dostrzegł. Chyba zdziwił się jeszcze bardziej. Wskazałem palcem za niego. On tylko odwrócił głowie. Ujrzał pustkę pochłaniającą jego dusze. - Masz trzy wyjścia. - Powiedziałem z lekkim rozbawieniem. - Pierwsze to: poddać się i czekać aż pustka Cię pochłonie. - Na te słowa pojawił się stolik i krzesło. - Drugie to: wyjść i zostawić podniszczoną dusze. - Pojawiły się drzwi bez ramki. Stały pośrodku pustkowia. - Trzecie to: podpisać ze mną cyrograf. Naprawię twoją dusze ,w zamian żądam tylko tego abyś pozwolił mi zatrzymać swoją moc jako jedną z moich. Decyzja należy do Ciebie. - Zaśmiałem się. Zniknąłem. Pojawiłem się w ludzkiej formie na arenie. Przed siedzącym na ziemi oponentem. Na arenie zaczął tworzyć się krąg magiczny z pułapką aktywowaną przeze mnie. Gdy został ukończony zniknął. Otoczyłem się barierami. Czekałem aż przeciwnik dokona wyboru. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Nie zdziwił mnie tym, że pojawił się po Drugiej Stronie, lecz spodziewałem się, że zabezpieczyłem Furtkę, czy też raczej jedną z Furtek, na tyle dobrze, iż czysto teoretycznie była nie do sforsowania przez obcą energię. Tylko, że pustka to brak energii, to brak czegokolwiek. Tego nie przewidziałem. Staliśmy teraz po środku bezkresnego, lodowego pustkowia, płaskiego jak blat stołu. Wiatr smagał powierzchnię połyskującej w świetle małego, czerwonego słońca tafli i przesuwał po niej kłębuszki śniegu. Blazing wbił w podłoże włócznię, zapewne oczekując, iż zacznę zwijać się z bólu lub stanie się coś równie niedorzecznego. Lód, jak to z reguły bywa z nim w takich sytuacjach, pękł z suchym trzaskiem. Wkrótce pole lodowe zamieniło się w rzekę kry, dążącej ku jakiemuś odległemu celowi. Gdy go osiągała, kra znikała w niebycie, jaki przeniósł tu nieprzyjaciel. Chciałem sam pokazać mu kilka rzeczy, ale trudno. Wysłuchałem tylko bez słowa jego przemowy, wpatrując się niewidzącymi oczyma w jego... oblicze, lub jego namiastkę. Był silny psychicznie, skoro zdołał przetrwać nawet niewielką część uczuć żywionych przez istoty pożarte przez Syberię. Pojawiliśmy się z powrotem na arenie, on w wyczekującej pozie. Odetchnąłem, otworzyłem usta.

 

Potrzeba było długiej chwili, żeby zorientować się, co ja właściwie robię. A ja, siedząc po turecku złożyłem dłonie na kolanach i śmiałem się. Najpierw cichy, potem powoli narastający, przebijający się przez świst wciąż trwającej dookoła wichury śmiech wbijał się jak sople w uszy tych, którzy mogli go usłyszeć. Brzmiało to okropnie nie tylko dlatego, że nie śmiałem się od bardzo dawna. W tym, co robiłem nie było najmniejszego śladu radości. Nie było tam śladu niczego poza ruchem mięśni i powietrza przepływającego przez struny głosowe. Nagle zamarłem, pusty śmiech przebrzmiał i powstałem jednym płynnym ruchem, uważając na swoją broń. 

- Skoro byliście sami z siebie po Drugiej Stronie, korzystając z mojej Furtki, zdjęliście mi z głowy dużo problemów. Aż wam podziękuję - tutaj wykonałem ukłon. A raczej jego sarkastyczną parodię. - Za pozwoleniem, wrócimy tam.

 

Zawinąłem płaszczem, kiedy arena łatwo pokryła się lodem. Nad nami rozkwitło klarowne niebo, bladobłękitne, przyozdobione rubinem małego słońca. Dookoła nas przez chwilę utrzymywał się sympatyczny, miniaturowy wir śniegu, który zaraz rozproszył się. Wyglądało na to, że niewiele się zmieniło. Poza jednym. Zerwanie wierzchniej warstwy lodu ukazało coś, co dotąd było ukryte przed wzrokiem tych, którzy nie znali Drogi. Pod sunącym na niebie słonecznym rubinem ciągnęły się rzędy wgłębień. Setki rzędów, wiele setek. Ciągnęły się aż po horyzont, wszystkie wydawały się powstać w sposób naturalny. W każdym zagłębieniu, niby w trumnie albo łożu leżał człowiek. Mężczyzna, kobieta, lub dziecko. Każdy inny. Jeden miał waciak i futrzaną czapkę. Jeden znów samodziałową kapotę i ciężkie kajdany na rękach i nogach. Drugi mundur z rozlaną na piersi ściętą w fantazyjny kwiat karminową krwią. Kolejny futro, skośne oczy i łuk. Jeszcze inny czarną, długą szatę i krzyż z poprzeczną belką. Kobieta w chuście na głowie. Kobieta w gumiakach, opasce i z pistoletem. Obdarty dzieciak. I tak dalej, wszyscy sini, wszyscy nieruchomi. Każde wgłębienie było zajęte.

 

Roztoczyłem ręką, pokazując Blazing Heartowi to wszystko. Ludzie leżeli spokojni, na żadnej twarzy nie było widać cierpienia. Zakreśliłem szaszką łuk, gdy to robiłem, za orężem ciągnął się delikatny welon. Nie martwiłem się czasem, choć widziałem pustkę napierającą na błękit nieba. Welon stał się szeroki jak płachta i przykrył pierwsze "trumny". Potem zaczął w szybkim tempie rozszerzać się dalej. Gdy osiągał jakieś zagłębienie w lodzie, łagodnie układał się na nim i rozrastał w miękki, biały śnieg. Nie kaszkę, którą miotałem w adwersarza, ale śnieg okrywający rośliny zimą, by nie zmarzły. Taki, w jakim kopie się jamki, jak zaskoczy cię zamieć.

- Nie powinniście byli zakłócać ich spokoju w tak brutalny sposób. Nie lubią tego, dość już wycierpieli. Teraz...

 

Machnąłem ostro. Stolik rozdzielił się gładko na dwie części, a wicher, jaki zerwał się jak na rozkaz porwał krzesło i rozniósł je na cztery strony świata. Machnąłem dwukrotnie przez spojenia stojącej pośrodku pustkowia futryny, lekko dmuchnąłem. Ta bezdźwięcznie rozpadła się. Pustka zbliżała się już do małego słońca. Uśmiechnąłem się smutno.

- Przeceniłeś swój kontakt z Duchem - powiedziałem cicho. Odwróciłem się do Blazinga twarzą, składając szaszkę na ramionach i wyciągając je ku niemu. Dmuchnąłem. Wszystko zniknęło w czerni.

 

Otworzyłem oczy. Uchodziła z nich lekka mgiełka. Mój oddech parował. Naprzeciwko wróg stał w ludzkiej postaci, otoczony barierami. Wycieczka, jaką mu zafundowałem była wycieczką Duchów. Tylko w taki sposób dało się przejść. Dlatego nie zniszczyła żadnych jego czarów. Ruszyłem na niego, materializując szaszkę. Była bardzo uszkodzona, jakby wyżarły ją fragmenty czegoś, czego nie ma. Spełniła więc swoje zadanie. Po kilku krokach jednak poczułem coś pod sobą. Coś nienazwanego. Było za późno.

 

Pułapka została aktywowana. Wyrwało z niej jakąś nieznaną energią, a ja nie miałem jak się osłonić. Otworzyła się pode mną otchłań cierpienia. Wiatr zawył mocniej, jakby w odpowiedzi na mój ból. Skręciłem się, szeroko otwierając oczy, kierując wzrok ku zakrytemu ołowiem obłoków sufitowi, jakby to miało przynieść mi ulgę. Nie przyniosło. Leżałem na ziemi, kiedy impuls wreszcie minął. Wstałem. Złapałem się za serce. W końcu ile impulsów może przetrzymać, nawet z zamarzniętymi nerwami?

 

Zamrugałem i postawiłem krok. Potem od razu zerwałem się do biegu. Nie chciałem dać mu szansy, nie chciałem po raz kolejny wystawić się na jakiś pokrętny atak. Na chwilę przed zetknięciem się z barierą rozbryznąłem się w... śniegowe kule. Wiele śniegowych kul. A każda robiła inną krzywdę. Na umysł, na ciało, na magię. Jedna z tych kul, jak matrioszka wypuściła z siebie mniejsze. Część eksplodowała na barierach, zamrażając je jak ciekły azot i przejmując tym samym ich energię. Część aktywowała poprzednie i dzięki reakcji łańcuchowej wszystkie razem wybuchły, rozrastając się w wielkie, kolczaste lodowe kwiaty. Każdy z kolców zdolny był przebić pancerz czołgu. Jeżeli Blazing nie wylazł ze swoich barier, to powinien być teraz mięsnym serem.

 

Jednak wiedziałem, byłem pewien, że jakoś się stamtąd wydostanie. Albo światłem, albo prądem, albo pustką, albo cegłą. Dlatego po rematerializacji klęknąłem na ziemi i przejechałem po niej rękami. Powoli, dokładnie odciskając w śniegu żądany kształt. Tak, znowu miałem tarczę. Ale nie miałem szaszki. Zastąpiłem ją długim, cienkim ale wytrzymalszym od stalowej liny batem. I czekałem.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Myślisz że uskoczę? Wątpię. Gdy wreszcie każda z barier zniknęła a zamiast nich powstały lodowe kwiaty postanowiłem pozakrzywiać trochę przestrzeń. Każdy z kolców okrążył mnie nawet jeżeli leciał prosto zwyczajnie zakręcił i uderzył w ścianę za mną. Przywołałem stosunkowo długi jatagan. Bardzo delikatnie zakrzywiony. Ozdobiony wieloma symbolami. Dodatkowo wyglądał jakby był zrobiony z kości. Faktycznie taki był. Stworzony z kości piekielnego smoka, co sprawiało że był praktycznie niezniszczalny. Lekkim zamachem uderzyłem w kwiaty. Rozkruszy się na pył. Nim pył opadł szybko podbiegłem do przeciwnika zasadzając mu mocnego kopa. Trafiłem jednak w barierę. Nim zdążył oddać uderzyłem jataganem bariera pękła. Prawą ręką uderzyłem pięścią wzmocnioną ogniem. Nim otrząsnął się po ataku odskoczyłem na metr. - Bursting Blade! - płonącym mieczem wybiłem przeciwnika w powietrze. Zmieniłem szybko prawą rękę na demoniczną złapałem go za nogę i przerzuciłem za siebie. - Revolver Cannon - High Explosion Ammo - Z ręki wystrzeliłem sześć ogniowych pocisku które wybuchały podczas kontaktu z wrogiem. - Deadly Raid! - Prawa ręka zapłonęła. Zacząłem uderzać nią przeciwnika na tyle mocno by nie odleciał w ścianę. Ostatnim uderzeniem zrzuciłem też cały płomień który ogarniał rękawicę posyłając płonącego wroga w kierunku końca areny. - Wild Charge! - zaszarżowałem w przeciwnika uderzając pięścią i przybijając go do podłoża. - X Crash! - Jeden cios ręką od dołu postawił przeciwnika na nogi. Drugi od góry odrzucił go przy okazji szurając nim po ziemi. - Guardian Strike! - Krzyż energii otoczył mnie przy okazji raniąc i tak już sponiewieranego przeciwnika. Gdy zniknął zacząłem przygotowywać pułapkę. Na ziemi pojawił się inny krąg tym razem fioletowy. Wypełniał się energią po czym zniknął. Narzuciłem barierę i czekałem. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Nie martwił mnie kolejny atak przeciwnika, ani to, że rozbił w pył kwiaty. W końcu były kruche. Martwiło mnie coś zupełnie innego. Zbadałem spichlerz. Niestety, ale nie mogę już sobie pozwolić na naprawianie munduru, jednocześnie wyłączając receptory, przywołując broń oraz odpierając raz za razem wściekłe uderzenia. A więc muszę chodzić w podartym odzieniu, trudno. Ważnym jest teraz przetrwanie. Uderzył mnie pięścią wzmacnianą tymi jego płomieniami. Zasłoniłem się własną dłonią, opatrzoną lodową płytką, lecz pomimo tego cofnąłem się o krok czy dwa, zginając palce w nienaturalny sposób. Parzyło. Schłodziłem dłoń przejeżdżając po niej drugą, zanim zdążyłem wymyślić jakieś kontruderzenie wróg odskoczył na bezpieczniejszą odległość. Czując pismo nosem zablokowałem receptory, przemrażając je najumiejętniej, jak mogłem. W chwilę potem byłem już w powietrzu, bez względu na zabezpieczenia czując ostry, piekacy ból. Zaklął miecz ogniem, a jakże. Zanim jeszcze spadłem, poczułem uścisk Blazinga na kostce.

 

Rzucił mną. Uśmiechnąłem się lekko, co, znowu ściana? Niespodzianka była... prędka. Spotkałem się z podłogą i właściwie od razu musiałem przygotować się do obrony przed pociskami z ręki. Eksplodowały, kiedy tylko znalazły się odpowiednio blisko. Tym razem znowu osłoniłem się zimną, lepką mgłą, przez co kule wybuchały wcześniej, niż powinny. Wciąż krzywdziły, ale nie tak. Potem przez tę mgłę przeleciały tradycyjne ciosy, gęsto spadające na moje, i tak już dość obolałe, ciało. Z ledwością zasłoniłem się przed pierwszymi dwoma, resztę mężnie przyjmując na siebie. Zostawiały nadpalone dziury w moim mundurze i kolejne fale bólu w ciele i umyśle. W końcu rzucił mną gdzieś daleko, aż zostawiłem ślad w śniegu jaki pokrywał arenę coraz grubszą warstwą. To mi trochę ulżyło.

 

Nie miałem czasu na leżenie i lizanie ran, bowiem zaraz z zawiei wyleciał Blazing, by dalej mnie maltretować. Już odruchowo zablokowałem receptory, przerzucając na to większą część energii. Uderzył mnie krótkim, zdecydowanym ciosem, stawiając mnie na nogi. Podziękowałbym, ale... Od razu niemal znalazłem się z powrotem na przemarzniętym gruncie. Na koniec otoczył się krzyżem energetycznym. Przyjąłem go na siebie, zamykając jego część w spichlerzu i dla niepoznaki skrzywiłem sie, jakbym ponownie został poraniony.

 

Nie wstawałem tym razem. Zamknąłem oczy i wsłuchałem się w wyjący jak potępieniec wicher. Czułem na sobie chłoszczące uderzenia śnieżnej kaszki. Widziałem pod powiekami wędrujące postaci. Po co miałem rzucać się jak nazbyt odważny żołnierz z głośnym "URA!"? Otoczenie było już gotowe. Tej burzy nie da się łatwo cofnąć i sam musiałbym poświęcić jej dobre kilkanaście minut uwagi. Wszędzie leżały urocze, krzywdzące na wszelaki sposób ciało oraz umysł kuleczki, dodatkowo ukryte przed wzrokiem. Każda z nich miała moją magię w sobie, więc przy wykrywaniu dawała sygnał zwrotny jakby była mną. Zniknąłem w tumanie, wzdychając głośno. Zlałem się w jedno z szalejącą nawałnicą. Teraz to ja wyłem, ja chłostałem lodem i powalałem wędrowców majaczących wśród wirujących płatków zimnego zła. A Blazing Heart siedział w swojej barierze. Niech mnie szuka i jednocześnie się nie uszkodzi.

Share this post


Link to post
Share on other sites
Guest
This topic is now closed to further replies.

×
×
  • Create New...