Jump to content

Strona Główna  |  Ogłoszenia  |  Lista Fanfików  |  Fanpage  |  Feedback
Hoffman

[Pojedynek] [C] Po Prostu Tomek vs Mephisto von Pheles

Po Prostu Tomek vs Mephisto von Pheles  

6 members have voted

  1. 1. Kto zwyciężył w tym pojedynku?

    • Po Prostu Tomek
      5
    • Mephisto von Pheles
      1


Recommended Posts

Burza? Zamknąłem oczy. Zacząłem wyszukiwać  wszelkiej maści niedogodności. - Czyżbyś o czymś zapomniał? - Powiedziałem jednak bezpośrednio do umysłu oponenta. - Ja tu mam pułapkę. I to nie byle jaką. - przekręciłem jatagan tak że trzymałem go ostrzem do tyłu. - Otwarcie Pustki! - fioletowy krąg który powstał wcześniej zabłysnął. Na ziemi powstało coś w rodzaju bramy. Stałem na niej lecz nie spadałem, dało się w niej dostrzec ciemność i wiele mniejszych fragmentów przypominających gwiazdy. Były to jednak magiczne rdzenie. Pustka zaczęła pochłaniać zamieć jednak nie działała na przeciwnika. Podobnie z jego pułapkami. Gdy wszystko zostało pochłonięte brama się zamknęła. Został wróg zmieniony w tuman śniegu. - Rajska Gra! - na ziemi pojawiły się pola podobne do tych z szachownicy. ,,Plansza'' była jednak okrągła. Arena wypełniła się pułapkami, - Aria Gwiazd! - pod sufitem dało zobaczyć się... niebo? Najzwyklejsze nocne niebo. Kilka z gwiazd zabłysło, uderzyły blaskiem w przeciwnika będącego śniegiem dziurawiąc go i przybijając do ziemi. Chyba się odmienia. - Błysk Supernowej! - Arena zabłysła oślepiając obserwatorów. Przeciwnik czuł tylko ciepło. - Meteor! - Potężniejszy blask uderzył przeciwnika, - Krwawy Triumf! - z przeciwnika wyleciało nieco krwi i wleciało bezpośrednio do miecza. Każde uderzenie mnie uzdrawiało - Iskra! - z niezwykłą prędkością pojawiłem się przed oponentem i zacząłem ciąć go mieczem. - Gigantyczne Uderzenie! - Miecz został otoczony przez światło formujące większe ostrze. Zacząłem okładać przeciwnika z dość dużą prędkością. - Huragan Ruuna! - spowolniłem znacznie czas. Nim przeciwnik wylądował na ziemi wyrzucony poprzednim atakiem przywołałem miecz pod sufitem. Miecz był znacznie większy niż ostatni przywołany, spokojnie zniszczyłby jakiś dom. Spadł na przeciwnika dobijając go do podłoża. - Pochłonąłeś moją magie? Jesteś dla niej za spokojny i zimny. Ona cię zrani bardziej niż ja teraz. - Odpowiedziałem gdy czas wrócił do normy. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Jeszcze parowałem, przybity do podłoża przez świetlisty miecz. To było... naprawdę intensywne doświadczenie. Żałowałem lekko ciężkiej pracy, jaką włożyłem w zamieć, lecz nie martwiłem się, kiedy pochłonęła ją pułapka Blazinga. Wręcz przeciwnie. Jednak na wykonywanie planów przyjdzie jeszcze czas, na razie miałem na głowie inne problemy. Na przykład własny stan. Światło samo w sobie nie krzywdziło mnie tak, jak ciepło z gwiazdowych błysków, raz po raz dziurawiących tuman, topiących wirujące w nim płatki śniegu. Płatki mnie. Osłabłem na tyle, że wróciłem do cielesnej formy. Miałem na ciele dużą ilość nacięć wszelkiego rodzaju, od płytkich ranek aż po głębokie szramy, uwidaczniające piękną mrożonkę, jaką stanowił cały mój organizm, niezależnie od tego, gdzie by nie zajrzeć. Wróg chciał podleczyć się wyciąganiem ze mnie krwi? Jaka szkoda, że kryształy przebijające żyły i tętnice nie dają się łatwo wyrwać. Sprawił mi ból, nie powiem, bo wszystko to się przesuwało, nawet udało mu się uszczknąć nieco mojej skromnej osoby, lecz dużo zdrowia tym nie uzyskał. Co najwyżej katarek.

 

Leżałem tak chwilę, dla niepoznaki poruszając niemrawo kończynami. Chciałem dać sobie czas na odblokowanie rezerw, przechowywanych w najmniej chyba spodziewanym miejscu. Kiedy byłem już gotów, złapałem za miecz wbijający mi się w pierś. Zasyczało, kiedy podciągałem się powoli na ostrzu w groteskowej postaci motyla nabitego na szpilę. W przeciwieństwie jednak do takiego nieszczęsnego motyla, ja wyrywałem się z pułapki. Z niemiłym chrupnięciem zamarzniętego ciała pokonałem ostatnie centymetry i spadłem ciężko na ziemię. Dalej zimną zresztą. Tkwiłem długą, nieznośnie ciągnącą się chwilę w tej pozycji, z trudem łapiąc powietrze, świstające w przebitym płucu. W końcu wstałem, opierając się o miecz. Miałem już całkiem sporo ran i musiałem się czym prędzej o nie zatroszczyć.

 

- Nie martwiłbym się tym. Wasza pustka tylko pomaga mi łatać dziury, jakie czynicie w moim ciele. Nie zrozumieliście tego? W pustce nie ma niczego, prawda? Zimno nie jest czymś. Jest brakiem ciepła. Nie ma atomów, które mogłyby przenosić energię, ciepło. Zgadnijcie, co to oznacza - powiedziałem zdławionym głosem, czując jak wraz z narastającym bólem fragmenty płuca powoli wracają na swoje miejsce. Prostowałem się coraz wyraźniej, a cięcia zarastały. Nie, nie przywoływałem sobie ciała znikąd, to przecież niemożliwe. Reperowałem je moimi własnymi kawałeczkami, rozsianymi po całej arenie w różnych postaciach. Rany zarosły, lecz nie całkowicie, zostały blizny. Musiałem poczekać jakiś czas. I najlepiej nie nadwerężać tych miejsc.

 

Nie trwało to długo, miałem jeszcze czas na odwdzięczenie się Blazing Heartowi za zabawę nożami. Klęknąłem szybko, wiatr podniósł resztki płaszcza, które podleciały pod zachmurzony sufit i scaliły się z nim. Ja zacisnąłem dłoń na twardym gruncie. Z kilku miejsc, całkowicie losowych, ale znajdujących sięwokół mnie, wystrzeliły bardzo twarde, lodowe pręty, które rozrastały się też na boki, w szybkim tępie tworząc klatkę. To była moja ochronna bariera. Nie poprzestałem jednak na tym. Z dalszych kilku miejsc, bliżej nieprzyjaciela, wystrzeliło kilkadziesiąt zebranych w pęki giętkich, zakończonych krzywymi i najeżonymi łamliwymi kolcami wypustkami pnączy. Ruszyły błyskawicznie w jego stronę zwijając się, splatając ze sobą i na powrót rozplatając w karykaturze tańca. Sam wykorzystałem fakt, że w górze znajdował się wciąż mój szynel. Rozdarł się na wiele części, a następnie cisnął się na adwersarza, w locie rozdzielając się na jeszcze drobniejsze, ostre śnieżne krople zamarzniętego deszczu. To miało trafić go w oczy i oślepić. Wykorzystałem tym ogromne rezerwy energii zamkniętej w pustce, jednym, wielkim spichlerzu. Lecz upewniłem się, że nie zostaną zmarnowane.

Edited by Po prostu Tomek

Share this post


Link to post
Share on other sites

Jaki on jest naiwny. Wszystkie ataki jakie się we mnie kierowały zakręciły lecąc gdzie indziej. - Uderzenie Ochronnego Ciosu nie korzysta tylko z magii pustki. Do tego. Ja władam każdą pustką. Nieważne czy jest w tobie czy nie. - powiedziałem spokojnie do przeciwnika. Wyciągnąłem rękę do przeciwnika. - Abyss Heart! - cała wchłonięta przez przeciwnika magia zaczęła mu się sprzeciwiać. - W tym przypadku pożarłeś też rdzeń ognia. - temperatura jego ciała wzrosła. - Jak sobie poradzisz mając ogień wewnątrz swego lodu? - rosła i rosła aż wreszcie zapłonął. Nie musiałem martwić się tym że mnie zaatakuje. Moja magia go niszczyła. Ja tylko ją aktywowałem on dopiero teraz jej używał. Moja pustka stworzyła w nim połączenie z moją pustką. Miałem bramę przez którą mogłem opróżnić jego zbiornik magiczny, tak też uczyniłem. - Twój spichlerz ci chyba płonie. Czyż nie? - Opróżniałem go z pustki aż wreszcie całość wróciła do mnie. - Pochłonąłem różne typy magii tworząc rdzenie. Używam ich wymieszanych z pustką jako ataków. Tylko ataki w stu procentach opierające się na pustce możesz pochłonąć bez skutków ubocznych. Jeżeli nie liczyć otwarcia bramy... - zachichotałem. - Shining Rune Buster! - na środku areny powstała czarna dziura. Przyciągnęła przeciwnika. Wokół niego pojawiły się różne runiczne bramy. Tworzyły coś w rodzaju kuli. Z każdej bramy zaczęły wypadać błękitne ostrza które kradły magię. - W tym przypadku użyłem magii księżycowej oraz runicznej. - Energy Cannon! - Wytworzył kulę z mroku oraz światła nad sobą. Jedną ręką cisnął ją w przeciwnika leżącego na ziemi. Kula przebijała się przez niego a kiedy był wewnątrz niej eksplodowała. - Kill, kill, kill, and kill again. Probably I'll meet you someday... - powiedział spokojnym tonem. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Złapałem się za serce, kiedy Blazing wywołał jakiś dziwny efekt w swojej pustce. Niepokojące, bardzo niepokojące. Znowu musiałem przejść do szybkiego działania, rozładować przemyślnie skrytą wedle zasady "pod latarnią najciemniej" energię. Pierwszy strumień popłynął ku buntującej się magii. Została okryta całunem, który ją uspokoił na czas potrzebny do przepompowania. Drugi strumień wziąłem na siebie, by odciążyć się podczas kontynuowanej naprawy ciała. Serce zaczęło mi bić bardzo szybko, co znaczyło, że niedługo zostaną z niego paskudne, poprzebijane maleńkimi kryształkami ochłapy. Ale energia płynęła, przynosząc ukojenie. Dziura po mieczu, zarówno w ciele, jak i mundurze, wciąż była widoczna, kłułaby pewnie w oczy ludzi niezwyczanych takich widoków. Spichlerz odbudowywał się miarowo, kiedy pustka oddawała wszystko, co tam ukryłem. Wszystko moje, co tam ukryłem lub zostało tam zabrane. Nie potrzebowałem porywać niczego, co nie należało do mnie, ba, nie mogłem robić takich rzeczy.

 

Temperatura wokół mnie rosła przez moment, zanim magia mnie otaczająca nie zwalczyła cudzego ciepła. Nim jednak to się stało klęknąłem w barierze. Serce przestało wreszcie bić i mnie denerwować. Drżałem lekko po kolejnej dawce bólu, ale stawałem na nogi, korzystając z rezerw, póki jeszcze były. Jeżeli przeciwnik w jakiś nieodgadniony sposób mógł poznawać moje myśli, z pewną radością przekonałby się o brakach w jego rozumowaniu, których nie wykorzystałem. Oraz z podobnym odczuciem zaobserowałby, że natrafiłem na mocny wyciek energii. Teraz wiedziałem, dlaczego z punktu nie wypełniła mnie potęga. Po prostu mnie okradziono. Korzystając z kolejnej dawki mocy zerwałem narzucone połączenie. Pustka jest jedna, dlatego zawiesiłem w niej ostatnie resztki pojmanej magii, by to uczynić.

 

Pojawił na arenie czarną dziurę. Jak wcześniej. Teraz byłem całkiem nieźle przygotowany, w końcu miałem swoją klatkę, o której biedaczek najwyraźniej zapomniał. Przyciągała mnie tak jakiś czas razem z moją osłoną, aż wreszcie znalazłem się w centrum, pośród bram. Wypadły z nich jakieś ostrza. Atakowały zajadle barierę raz po raz, a ja widziałem, jak tworzacy ją lód wpier mętnieje, potem pokrywa się siateczką drobnych pęknięć. W końcu konstrukcja bezgłośnie eksplodowało, siejąc wokół ostrymi drzazgami. Po wszystkim. Nie zasłaniałem się nawet, to, co we mnie leciało, wbijało się i cięło mnie, miejscami nawet głęboko. Nie przeszkadzało mi to zbyt mocno. Gorzej, że ostatnie kilka ostrzy bez przeszkód przeszło przeze mnie, zmuszając mnie do zwinięcia się. Czułem, jak każde zabiera mi odrobinkę mocy. Cofnąłem się, gdy zaraz za ostrzami poleciała we mnie kula. Mrok i światło. Skonstatowawszy ładunek kuli, po prostu przyjąłem ją na siebie. Pozwoliłem energii rozproszyć się. Przyjmowanie podarunków od Blazinga to był zdecydowanie zły pomysł, nie zamierzam powtarzać tego błędu.

 

Teraz przeszedłem do kontrataku. Miecze lecące z powietrza? Odpowiemy na to inaczej. Ponownie obniżyłem temperaturę wokół, skupiając się na tym, by przeciwnik miał w miarę komfortowe warunki. Gromadziłem mróz w otaczającym go powietrzu aż wilgoć zaczęła zamieniać się w kryształki lodu. Dookoła adwersarza wyrosła pokaźna liczba mocnych, wytrzymałych słupków. Ja puściłem zimno. Nie będę się silił na ataki materialne, które i tak go omijają. Bardziej przydadzą mi się gwałtowne zmiany temperatur. Przy odrobinie szczęścia dostanie hipotermii.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Zimno? Nie. Raczej brak ciepła. Muszę przestać używać refleksji. - Caladbolg Pain! - wybuch energii wokół mnie zniszczył słupki. - Pełna dziesiątka! Koło fortuny! - na arenie pojawił się krąg. Zmieniał przez chwilę kolory po czym zatrzymał się na czerwonym. Ognisty wybuch pochłonął całą arenę. Gdy dym opadł rzuciłem w przeciwnika kartą. - Wielka szesnastka! Wieża! - Na arenie wokół przeciwnika wyrosła kryształowa wieża więżąc go w środku. - Absolutny numer jeden! Mag! - kolejna karta która tym razem wywołała naładowanie kryształowej wierzy. Kryształy wypełnione magią stały się gorące. Błyszczały czerwonym światłem które jeszcze bardziej zwiększało temperaturę. - Puste zero. Głupiec. - arena wróciła do pierwotnego stanu. Brakowało na niej jednak magii którą pochłonąłem wcześniej. Oponent leżał raniony temperaturą nie istniejącej już wieży.  - Fire Pit! - pod przeciwnikiem pojawił się krąg wyglądający jak studnia stworzony z ognia. Ranił go chwile i zniknął. Usiadłem na ziemi. - Dancing Flames! - na arenie pojawiły się ogniste pierścienie i sfery krążące w specyficzny sposób. Każdy zostawiał po sobie więcej ognia rysując krąg. Gdy ukończyły zniknęły pozostawiając symbol pot sufitem. - Brama Piekła! - krąg zmienił się w bramę z której zaczęły wypadać płomienie i płonące głazy. Arena była już niemalże całkowicie pochłonięta ogniem. - Trafił sierp na rozżarzony kamień... - z ognia zaczął formować się wężowaty stwór. Nie był żywy jednak zabrał do siebie cały ognień. Ruszył na oponenta przypalając go. Temperatura była naprawdę ogromna. Wystarczająca do wywołania wrzenia wolframu. - Spalony! 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Blazing wyzwolił falę magicznej energii, która z łatwością skruszyła moje słupki. Ciężko byłoby powiedzieć, że się tego nie spodziewałem. Wręcz przeciwnie, byłem pewien, iż każda rozumna istota pozbyłaby się takiej dekoracji. Dostrzegłem jednak coś jeszcze. Oponent wychodził obronną ręką z objęć mrozu tak skoncentrowanego, że niemal namacalnie atakującego każdą odsłoniętą powierzchnię jego ciała. Widząc brak efektów zasłoniłem się ręką w taki sposób, jakbym miał tarczę. Istotnie, przedramię oplotły mi pasy, a z całej areny zaczęły zlatywać ku mnie różnych rozmiarów kryształki, odłamki, drzazgi. Każda z nich wskakiwała na swoje dawne miejsce, powoli formując przedmiot zniszczony wcześniej przez wrogiego maga. W pewnym momencie jednak dookoła mnie nagle wyrosła kryształowa wieża. Zdziwiłem się lekko, widząc lśniące, półprzezroczyste ściany. Stworzyła je magia mojego przeciwnika, to prawda, lecz przyszło mi do głowy, iż wieża jest naprawdę piękna. Kojarzyła mi się z milionami maleńkich drobinek, jakie osadzają się na drzewach - szadzią, ale też i z oblodzoną wyspą, wynurzającą się z zeszklonej tafli jeziora.

 

Wiedziałem, że uwięzienie mnie w tym miejscu nie służyło bynajmniej tylko mojemu poczuciu estetyki. Blazing Heart miał jakiś swój plan. Wolałem nie być wystawiony na działanie kryształów z wieży przez zbyt długi czas, dlatego przerzuciłem energię z przywracania tarczy na stworzenie innego rodzaju osłony. Pasy spadły mi z przedramienia, a każdy kawałek lodu, jaki przywołałem do siebie zaczął się wydłużać, giąć i stawać się coraz cieńszy. Wkrótce wokół mnie wirowały delikatne jak pajęcza przędza nici. Owijały się miękko wokoło mnie, oddzielając mnie od kryształów, od świata zewnętrznego. Czułem, jak moje więzienie ładuje się energią. Temperatura powoli wzrastała. Udało mi się zdążyć na czas. Kiedy w środku wzrastało natężenie czerwonego światła, ja byłem odcięty od świata poza otulającym mnie miękkim, przytulnym na swój zimny sposób kokonem z lodowych nici. Zamknąłem niewidzące oczy, pogrążając się w półletargu.

 

Wybudził mnie ruch i uderzenie o coś. Kokon wytrzymał, wewnątrz niego krążyły smużki pary. Ja czułem jednak, że coś jest nie tak. Nie potrafiłem zlokalizować energii teoretycznie zamkniętej w kryształach. Zamoiast tego coś było... pode mną. Lód zaczął szybko topnieć, mundur nasiąkał mi chłodną wodą. W końcu kokon rozerwał się i wypadłem z niego jak pisklę z jaja. Mokry, zdezorientowany. Leżałem w prawdziwej studni ognia. Wyschłem prędko, właściwie od razu odczuwając także lekki ból. Zacząłem się trząść. Krąg jednak zniknął tak szybko, jak się pojawił. Usiadłem niepewnie. Zamiast studni otaczały mnie krążące swobodnie po całej arenie sfery oraz pierścienie, każdy zrobiony ze znienawidzonego ognia i siejący wokół zabójczym ciepłem. Nałożyłem na siebie niewielką ochroną, to znaczy zmroziłem resztki wilgoci w głębi mojego szarego munduru. Mimo tego towarzyszył mi dyskomfort, przypominający ból głowy. Przeszkadzał mi w skupieniu się, przez co nie mogłem zareagować odpowiednio na kolejny czar adwersarza. Na Bramę Piekła. Na suficie areny znajdował się ognisty krąg, który w tej chwili zmienił się w rozżarzone, ziejące złem wrota. Prawie wszędzie się paliło. Wolne od szalejącej ognistej burzy pozostały tylko miejsca, w których mogłem najsilniej wyczuć swoją magię. jednym z tych miejsc pozycja, jaką zajmowałem w czasie wizyty po Drugiej Stronie. Dobiegłem tam, wlokąc za sobą dym z wielu małych, wypalonych dziurek. Syczałem cicho.

 

Zająłem swoje miejsce, klęknąłem, kiedy z dźwiękiem przypominającym złośliwy chichot przeleciał nade mną kolejny kamulec. Zaraz, sierp? Oczywiście... Myślałem krótką chwilę, zanim w głowę uderzył mnie zasysany do wężowatej bestii jęzor ognia, strącając czapkę. Zabolało, ale nie martwiłem się. Kiedy przywołaniec na mnie szarżował, wykonałem pięć szerokich, półkolistych ruchów całymi rękami. jakby się przypatrzeć, każdy z nich mógłby od biedy przypominać sierp, a razem formowały pięcioramienną gwiazdę. Łeb węża wleciał w środek mojego niewidzialnego dzieła, pragnąc się do mnie dobrać. Wtedy razem złączyłem ręce. Ślady po dłoniach, cienkie, ale bardzo ostre, zmaterializowały się w ruchu, jakby odcinając łeb stwora. I stało się coś zdumiewającego.

 

Ogień, z którego wykonany był wąż zamarzł. Nie mniej i nie więcej. Po prostu obrócił się w groteskowo powyginany lód, najeżony małymi kolcami. Nie ruszał się. Ja sam parowałem całą powierzchnią ciała, drżąc z boleści, w końcu przez pewien czas znajdowałem się bardzo blisko płomienia zaklętego w tę istotę. Ale wyszedłem żywy. Przez węża przeszedł dreszcz. Lód zajazgotał, kiedy przywołaniec zwinął się w kłębek, a potem skierował głowę w stronę niegdysiejszego pana. Wspiąłem się na jego grzbiet, czując grające "mięśnie", lecz także i topnienie, objawiające się drganiami. Zaiste, temperatura wokół węża była jeszcze znośna, lecz poza nim stopiłoby się wszystko, co znałem. Rozkazałem ruszyć mojemu tymczasowemu pupilowi na Blazinga, sam zaś zeskoczyłem z niego, ściągając od razu minimalną część mocy, potrzebną mi na schłodzenie samego siebie. Temperaturę areny pochłaniał bowiem niknący w oczach wąż. 

 

Zanim jeszcze oponent dokończył robotę z przywołaną istotą, zmaterializowałem cztery śnieżki. Jedną rzuciłem wprost w Blazinga. Najeżyła się wijącymi się pnączami sporządzonymi oczywiście z lodu. Gdy trafi w niego, pnącza owiną się wokół ciała mężczyzny, unieruchamiając go, a przy okazji ściskając, dusząc. Jeżeli trafi. By upewnić się, że wszystko pójdzie zgodnie z planem cisnąłem kolejny pocisk w powietrze. Rozleciał się na wiele fragmentów, które przylgnęły do przeciwnika, niemal wżerając się w skórę. Teraz moje ataki dystansowe powinny same kierować się na niego. Trzecią śnieżkę rozbiłem sobie pod nogami. Stygnąca, ale wciąż ciepła ziemia sprawiła, iż wokół mnie podniosła się mgła, skrywająca mnie przed wrogimi oczyma. Ostatnią rzuciłem w sufit, gdzie została, po czym ukryłem ją, wtapiając w szeliny w kamieniu. Przyda się później.

 

By być gotowym na ewentualną odpowiedź, wróciłem do przerwanego przywracania tarczy. Po chwili była gotowa. Szaszka także pojawiła się w prawej dłoni, wyszczerbiona w kilku miejscach, lecz wciąż zdatna do użytku.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Nie mogę powiedzieć że poczułem ból jednak coś poczułem. Śnieżki nie zraniły mnie. Coś zaczęło wżerać się w moją skórę. Nie drgnąłem. Po chwili wszystko zniknęło a moje rany zakleiły się. Otwarłem portal do pustki który zaczął wchłaniać powietrze razem z mgłą. Po chwili na arenie było wszystko widać. - Install - Starfall. - w przeciwnika zaczęły uderzać sześciany z zawrotną szybkością. Po chwili ustały a ja pojawiłem się przed nim trzymając jatagan. Złamałem nim szaszkę i uderzyłem pięścią w twarz oponenta. - Install - Death update. - nad przeciwnikiem pojawił się krąg z materii który po chwili ładowania wybuchnął przybijając oponenta do ziemi. - See ya in hell... - uderzyłem w przeciwnika magicznym pociskiem który wywrócił go. Po chwili ponownie materia zaczęła się zbierać. Teraz jednak zaczęła strzelać w niego fragmentami. Po chwili wybuchła. Poczekałem aż opadnie. - Install - Code Laser - nad przeciwnikiem pojawił się portal z którego wystrzelił laser. Przez chwilę trwał po chwili zniknął. Uderzyłem pięścią w ziemie wybijając przeciwnika w powietrze. Nim upadł wpadł do jednego z portali. Wypadł drugim idealnie nad pierwszym przez co zaczął zdobywać olbrzymią prędkość. Po chwili przemieściłem portal z którego wypadł oponent lądując z hukiem na ziemi. Za nim wypadły stalowe igły. Po chwili strzeliłem pociskiem energii pod niego przekręcając go. Przywołałem sferę ze światła i mroku. Rzuciłem nią przez co wokół wroga powstał portal. Po chwili z portalu zaczęły wystrzeliwać ostrza tnąc oponenta. Stanąłem z jataganem kończąc ataki. Czekałem na ruch oponenta. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Zaniepokoiłem się. Nie wyczuwałem żadnego sygnału zwrotnego od wysłanych w Blazinga nadajników, co oznaczało mniej więcej tyle, że chyba w jakiś sposób je zwalczył. Szkoda, zamierzałem jeszcze je wykorzystać, ale szybko przekonałem się, iż to, czy mam przewagę nad oponentem czy nie, było sprawą drugorzędną. On sam otworzył portal do pustki, zasysając moją mgłę razem z całym powietrzem z areny. Subtelna zmiana upewniła mnie w tym, że teraz panuje tutaj próżnia. Nie miałem za wiele czasu, by przemyśleć, co to dokładnie dla mnie oznacza, bowiem zaraz po oczyszczeniu powietrza, czy też może z powierza, przeciwnik zasypał mnie sporą ilością sześcianów, atakujących mnie ze wszystkich stron. Z pewnością rozczarował go fakt, że miałem tarczę i potrafiłem z niej korzystać. Osłoniłem się przed kostkami, które uderzały mocno, wprawiając osłonę w drgania. Za każdym ich ciosem tarcza wydawała z siebie jękliwy dźwięk. Po niedługim czasie przestały wściekle się o mnie ciskać.

 

Opuściłem lekko tarczę, gotów podnieść ją w każdej chwili, by zobaczyć, co się stało. Odpowiedź otrzymałem bardzo szybko w postaci ciosu w twarz. Moja głowa aż odskoczyła w tył, poczułem łamany nos. Gdybym był w pełni żywy, prawdopodobnie straciłbym teraz przytomność, a że nie miałem tego problemu, po prostu cofnąłem się o krok dla zachowania równowagi, odruchowo zastawiając się szaszką. To nie był specjalnie dobry pomysł, bowiem zmęczony wielokrotnym niszczeniem i przywracaniem metal znowu pękł, siejąc dookoła framentami klingi. Dwa czy trzy zostawiły mi rany na twarzy. Popatrzyłem Blazingowi w oczy, moje spojrzenie jak zawsze nie wyrażało absolutnie nic.

 

Na kolejną komendę nieprzyjaciela nad moją głową błyskawicznie począł się formować krąg materii. Przeanalizowałem jego sygnaturę, zadzierając tarczę w górę. Słusznie zrobiłem. W tym samym czasie, kiedy dowiedziałem się, że materia ma eksplodować, ona faktycznie to zrobiła, z ogromną siłą ciskając mną o podłoże. Większa część energii została pochłonięta, pozostała spełniła chociaż część zadania, jakie z pewnością miała wykonać. Zdezorientowała mnie na chwilę. Ta chwila jednak wystarczyła, by adwersarz rzucił we mnie magicznym pociskiem. Nie zdążyłem nawet wstać, ale tarcza wciąż potrafiła należycie spełnić swoją rolę. Kolejna porcja energii rozproszyła się bezproduktywnie. 

 

W dalszym ciągu leżałem na ziemi w niewygodnej pozycji, kiedy różnoraka materia znów zebrała się niedaleko w niezorganizowaną chmurę i poczęła we mnie strzelać z szybkością godną pulemiotu Maxima. Ledwo nadążałem z przyjmowaniem tego wszystkiego na swoją wierną osłonę. Zanim zdążyłem otrzymać jakieś poważniejsze szkody, przygotowana przez wrażego maga chmura wybuchła efektownie. Nie zadała mi większych obrażeń, choć fala uderzeniowa przesunęła mnie lekko. Lecz to nie wszystko, byłem tego absolutnie pewien. Spiąłem się, czekając na kolejny atak i wiedząc, że nie zdążę się podnieść, nim on nastąpi.

 

Przyszykowałem wszystkie siły, wykorzystując dużą porcję mocy ze spichlerza, by wzmocnić moją tarczę, gotując się na coś niespodziewanego, a groźnego. Blazing Heart niejednokrotnie udowodnił, że potrafi wykorzystać każdą moją słabość, obrócić ją przeciw mnie. Tym razem nie chciałem dać się zaskoczyć. Gdy laser wystrzelił z portalu nade mną, napotkał na nieprzekraczalną jak się zdawało barierę. Rozgrzewał ją z wolna, powodując, że ręka zaczynała mnie boleć coraz bardziej, natarczywie dopominając się odpoczynku. Zanim przygotowana naprędce osłona pękła, promień monochromatycznego światła przestał sprawiać mi kłopoty.

 

Odetchnąłem cicho z ulgą, gotując się do powstania. Nim jednak zdołałem się zebrać, ruch podłoża wywołany przez przeciwnika wybił mnie... oczywiście w powietrze. Zamknąłem oczy, przywołując na twarz wyraz całkowitej obojętności. Receptory miałem stale zablokowane, więc nie musiałem się w tej chwili zajmować niczym ponad namiastkę relaksu podczas lotu. Wpadłem w portal. Zaraz z niego wypadłem. Potem znowu wpadłem. I tak dalej, coraz prędzej i prędzej, w koło Macieju. Szkoda, że wiatr nie rozwiewał mi włosów i brody. Poczucie bezwładu zostało przerwane przez brutalną rzeczywistość w postaci gruntu, o który głucho łupnąłem. Suchy trzask nie mógł dotrzeć do mojego oponenta, wszak nie było powietrza, w jakim dźwięk ów mógłby się rozejść.

 

Leżałem płasko bez ruchu, przekierowując część mocy do przywrócenia połamanych kości, naprawienia zerwanych mięśni, wszak potrzebowałem ich do wstania z ziemi. Stalowe igły, jakie wypadły zaraz za mną nie ułatwiły mi tej pracy, wbijając się w losowych miejscach. Nawet nie osłoniłem się przed nimi, nie robiły mi bowiem wielkiej krzywdy. Poza jedną. Ta wbiła mi się w lewe oko, które przez to pokryło się delikatną siatką pęknięć, co zaburzyło postrzeganie. Ten problem musiałem prędko rozwiązać, ale wpierw poczekać w pełnym ledwie wyczuwalnej irytacji milczeniu aż przestanę być krojony na różne sposoby niby mięso w rzeźni. Gdy portal zniknął, wciąż znajdowałem się na ziemi. Powoli pokrywałem najgłębsze cięcia cienką warstewką lodu, na której wykwitało w niewiadomy sposób zmrożone ciało. Kiedy wstałem, wyglądałem już w miarę normalnie, poza dużą ilością igieł tkwiących we mnie jak w poduszce. Wyjmowałem je jedna po drugiej niezwykle powoli, z namysłem, jakby specjalnie przedłużając.

 

Na koniec przekręciłem i wyjąłem ostatnią, tę w oku. Organ natychmiast pokrył się szronem. Na jakiś czas pewnie będzie wyłączony z użytku. Ale nie był mi potrzebny do tego, co teraz zamierzałem uczynić. Musiałem upewnić się, że wróg nie przywróci sobie powietrza, kiedy będzie mu potrzebne. Pustka jest jedna. Korzystając z ostatniej porcji energii otworzyłem się na nią i rozpocząłem konwertowanie powietrza wewnątrz na czystą energię magiczną, bez właściciela. To było jak walka, wyczerpywało. Normalnie nie małem tak bezpośredniego dostępu do pustki, więc utrzymywałem się w jakiej takiej sile tylko dzięki temu, co udało mi się przemienić. Niestety, jak było wspomniane, pustka jest jedna i niepodzielna, co znaczyło mniej więcej tyle, że energia wyszukiwała sobie odbiorców i wchodziła w nich sprawiedliwie. A że odbiorców było aktualnie dwóch, to i Blazing dostawał darmowe wzmocnienie. Kiedy wydostałem się z tego okropnego miejsca poczułem przypływ sił, ale wiedziałem, że nie ja jeden. Dlatego w pierwszej kolejności obłożyłem tarczę kilkoma dodatkowymi zabezpieczeniami. Pokryła się lekko drgającą powłoką lodowych nitek, kolców, wykwitów przypominających wzory malowane przez mróz na oknach. Nabrała wytrzymałości i była w stanie wytrzymać gwałtowne zmiany temperatur.

 

Teraz przeszedłem do ataku. Mając problemy z widzeniem nie ryzykowałem uderzeń dystansowych. Wyciągnąłem rękę w górę. W dłoni pojawił mi się mocny uchwyt, a wirujący śnieg zwinął się w znajomy kształt bata. W tej chwili półmaterialnego. Nie wydawało mi się, by śnieżka z pnączami, jaką rzuciłem jeszczeniedawno zadziałała, dlatego posłałem jej impuls, by to uczyniła. Wkrótce giętkie pnącza powędrowały z zastraszającą prędkością w stronę piersi, karku i pachwin Blazinga. Miały wniknąć mu do tętnici zmrozić krew. Poruszony gwałtownie bat świsnął w powietrzu, gdy przeszedłem do ataku. Chlaśnięcie od góry, potem skośnie od lewej, od boku od prawej. Od góry, przechodzące w skośne od prawej. Cały czas osłonięty tarczą ruszyłem po okręgu, kierując się w nieprzewidywalny sposób raz w jedną, raz w druga stronę, to bliżej, to dalej. Cały czas ruszałem ręką w miarowy sposób, oszczędnie. Najmniejsze poruszenie przekształcało się w kolejne chlaśnięcie lub zwodnicze, złudne skręcenie bata w tę czy wewtę. Nie wiedziałem, czy trafiam. Nie zwracałem na to uwagi, by nie wytrącić się z pewnego niby-rytmu. Okładałem go po prostu gradem różnorakich ciosów, mniej czy bardziej wymyślnych, wychodząc z założenia, iż któryś wreszcie go uszkodzi.

 

Postanowiłem dodatkowo zemścić się za zniszczenie mojej własności, do której byłem poniekąd przywiązany. Rysy twarzy stwardniały mi, gdy jak na komendę spomiędzy cegieł sufitu wyłonił się dziwaczny, powykręcany twór, przypominający korzeń drzewa, stworzony z lodu. Zaraz za nim na powierzchnię wyszły następne. Kilka z nich wystrzeliło w stronę jatagany, by wyrwać go z rąk Blazing Hearta i zniszczyć.

Share this post


Link to post
Share on other sites

A zatem! Po znacznych opóźnieniach, za które przepraszam, mam zaszczyt ogłosić zakończenie tego jakże barwnego i bogatego w niecodzienne magiczne rozwiązania pojedynku i zaprosić publiczność do ochoczego wskazywania swojego zwycięzcy, swojego "naj"!

 

Wybór z całą pewnością łatwy nie będzie. Wojownicy nie pozwolili na monotonię, a zamiast tego postarali się o jak najefektywniejsze i klimatyczne starcie, toteż tym bardziej ciekaw jestem jak rozłożą się głosy. Jesteście na tyle odważni, by wznieść kikuty w górę, na chwałę Waszego zwycięzcy? A zatem nie krępujcie się i oddajcie swój głos!

 

Komentarze starcia mile widziane.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Akurat tutaj wybór jest kosmicznie łatwy.

OPIMORTALCHAR vs dobrze zbalansowana, odczuwająca ból, gniew i czasami frustrację postać Tomka.

Mało jest takich osób, które potrafią zimną furię przelać nie tylko na tekst, ale też potrafią sprawić że osoba czytająca będzie ją czuła do tego stopnia, że uzna niezbliżanie się do fikcyjnej postaci za rozsądny pomysł.

Tomkowi się to udało.

Od najmniejszych zaklęć, ubioru postaci, długości wpisów a na pięknym stylu kończąc, moim zdaniem wygrał(niestety) bezkonkurencyjnie.

I to na niego ląduje mój głos.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Mamy już za sobą fazę oddawania głosów, zobaczmy zatem, kto zaskarbił sobie więcej serc szanownej i wiernej publiczności.

 

Po Prostu Tomek - 4

Mephisto von Pheles - 1

 

Przewagą trzech głosów, batalię wygrywa Po Prostu Tomek! Gratulujemy wspaniałego zwycięstwa i żywimy nadzieję, że nie był to ostatni pojedynek! Podobne nadzieje mamy w związku z Mephistem, który choć tym razem nie odniósł zwycięstwa, to jednak z całą pewnością nie powiedział jeszcze ostatniego słowa...

Share this post


Link to post
Share on other sites
Guest
This topic is now closed to further replies.

×
×
  • Create New...