-
Zawartość
5524 -
Rejestracja
-
Ostatnio
-
Wygrane dni
97
Wszystko napisane przez Niklas
-
Cóż, nie było to tanio, ale lekarze praktycznie zawsze się cenili - nawet za wykonanie banalnego zabiegu wymagali ode mnie wielu kapsli. Podałem mu kasę, rzucając krótkie "dzięki", po czym wyszedłem z jego gabinetu i po raz kolejny skierowałem się ku wyjściu. Tym razem jednak trzymałem w pogotowiu swój pistolet - tak na wszelki wypadek.
-
Podszedłem bliżej i pokazałem swoją zranioną nogę. - Jakiś idiota do mnie strzelił z rewolweru - powiedziałem, siłując się z bólem.
-
Zauważyłem jednakże, że szeryf, który tak bardzo chciał się ze mną spotkać w środku, gdzieś zniknął. Cóż... najwyraźniej bycie trzepniętym w mózg było tutaj czymś zwyczajnym. Postanowiłem więc opuścić miasto tak szybko, jak to możliwe. Ghule ghulami, ale one zdawały mi się bardziej bezpieczne niż te świry tutaj... Jednak wpierw i tak musiałem zrobić coś z raną w nodze, którą oszczędzałem, jak tylko mogłem. Powoli jednak czułem narastający ból. Wszedłem więc do środka.
-
- Dzięki... - odparłem. Dziwiło mnie to miasto. W normalnych okolicznościach szeryf chyba powinien zareagować na to, że ktoś strzela w jego mieście. Wyglądało na to, że jest równie świrnięty, co ci wyznawcy "świętej bomby atomowej"... Czym prędzej wydostałem się z baru i zacząłem iść we wskazanym kierunku.
-
Cóż, Rozpruwaczu... Chyba się polubimy... Wyciągnąłem broń z trupa i wytarłem ostrze o jego grzywę... I tak w tym momencie było mu wszystko jedno. Następnie spojrzałem po obecnych. - No co? Sam zaczął - stwierdziłem. - Macie tu jakiegoś medyka, czy kogoś takiego? - spytałem, pamiętając o tym, że lada chwila adrenalina puści i zaleje mnie fala paraliżującego bólu.
-
Wściekłem się. Chciałem sięgnąć po strzelbę, by rozp***lić jego łeb niczym arbuz... No ale, rozpruwacz też był niezły... I miałem zamiar zastosować go zgodnie z jego nazwą. Syknąłem, tnąc go w brzuch.
-
To też nie było mądre... Teraz mogłem być tylko wdzięczny za to, że los mnie zahartował, i że miesiące tułaczki wyrobiły we mnie pewną odporność na ból. Może nie na tyle, by przyjąć taki strzał z kamienną twarzą, ba - jęknąłem z bólu i skuliłem się nieco, ale nie straciłem swojej uwagi. Miałem jej dość na tyle, by sięgnąć najbliższą swoją broń i oddać strzał w tego kuca. A z takiej odległości nie zwykłem chybiać...
-
Nosz k***a... Co oni mają z tą bombą? Jakby sami nie mogli zrobić z nią porządku. I czemu próbują mi wcisnąć jakieś mieszkanie? Po kiego mi niby to? Może i byłem nieco nienormalny, ale... przyczynić się do zabicia całego miasta?... No... może, gdyby mieszkali tutaj sami łowcy niewolników, czy inne cholerne kreatury tego świata... Ale to w zasadzie było zwykłe miasto ze zwykłymi (i nie) kucykami... - Po przemyśleniu... spasuję, kolego - odparłem, oddając mu urządzenie.
-
Oby tylko nie kolejna bomba... - Zainteresowany...
-
Jakoś już przywykłem do tego, że "ej, ty" to moje drugie imię... Nie śpiesząc się, podszedłem do jego stolika.
-
- Ej ja? - odparłem. Pomyślałem, że w końcu czeka mnie jakaś cięta uwaga, do których już przywykłem na swój temat.
-
Kiwnąłem głową, po czym ziewnąłem lekko i wszedłem do środka.
-
"A po cholerę mi dom?", pomyślałem. Odkąd wyrzucono mnie ze Stajni, nauczyłem się żyć w ruchu i jakoś nie czułem potrzeby osiedlania się gdziekolwiek... A już na pewno nie w takiej zakutej blachą parodii dawnego Dodge City. Kiwnąłem jednakże głową, zgadzając się na rozmowę.
-
Jak zwykle ostatnimi czasy, otrzymałem jakże "interesujące" zadanie. Dwieście kapsli za rozbrojenie bomby atomowej otoczonej grupą świrów, uważających ją za swoje bóstwo. Cóż... nie, żeby było to niewykonalne - z moim urządzeniem hackującym mogłem to zrobić, ale co miałem zrobić z wyznawcami? Bo nie sądziłem, by mi pozwolili ot tak podejść do ich "skarbu". - Pomyślę nad tym - odparłem - ale wpierw muszę się przespać...
-
Spojrzałem w niebo. Z tego wszystkiego nie zwróciłem uwagi, że za jakiś czas zacznie się ściemniać. A podróżowanie po Pustkowiach nocą z tak lekką bronią jak moja nie należało do rzeczy rozsądnych. - Może i racja... - przyznałem, odwracając się w stronę szeryfa. - Jakiego zadania? - spytałem.
-
Zakląłem pod nosem, przeklinając zmarnowany czas. Nawet jeśli cokolwiek tutaj było o pociągu, zostało zniszczone wieki temu... Rozgoryczony ruszyłem ku wyjściu z miasta, by dalej ruszyć w stronę torów.
-
Teraz przynajmniej już rozumiałem, dlaczego nikt się mnie nie czepiał... Wyglądało na to, że w tym mieście mieszkańcy byli bardziej pochrzanieni niż ja... Minąłem jednak ich z daleka, po czym zacząłem rozglądać się za tutejszym dworcem kolejowym.
-
- Huh... Jakże miła odmiana... - stwierdziłem, wciąż mając w pamięci Appleloosę. Mimo jednak dość ciepłego przyjęcia, ruszyłem szybko do środka, jakby obawiając się, że robot zmieni swoje zdanie, jak tylko mi się przyjrzy.
-
Ruszyłem więc w stronę wzmocnionej bramy, by wejść do środka. Musiałem wszakże dotrzeć do stacji lub archiwum, by sprawdzić, czy pociąg dotarł tutaj i jeśli tak - a tak przypuszczałem - kiedy wyruszył dalej.
-
http://www.equestriadaily.com/2012/12/keep-calm-and-flutter-on-synopsis.html Mina Twilight adekwatna do treści
-
Miałem więc do zbadania naprawdę sporą liczbę torów, bo przecież nie było powiedziane, że tak drogocenny ładunek musiał być puszczony tak oczywistą, najprostszą drogą. Chociaż... z drugiej strony, miał dotrzeć jak najszybciej do Manehatten. Postanowiłem póki co trzymać się głównej linii.
-
http://fav.me/d59y8wl - tylko pamiętaj o tej mapce, że to trochę drogi jest xd Zwłaszcza idąc wzdłuż torów. Nawet zakładając, że od czasu MLP do czasu megaczarów trochę rozbudowano sieć. No i zwłaszcza, że nie zachowano skali i odległości xd *** Ruszyłem więc w dalszą drogę, odbijając nieco od ubitego traktu, kierując się w stronę torów kolejowych. Pomyślałem, że kolejnym miejscem, gdzie mógłby się zatrzymać pociąg, było odległe o kilkadziesiąt kilometrów Dodge City. Ale zawsze mógł dojechać tylko kilometrów za Appleloosę. Tak czy siak, musiałem iść dalej.
-
Może i mogłem się rzucić na skorpiony, ale potrzebowałbym nieco... cięższego sprzętu, w tym wielu granatów... Dlatego tymczasowo postanowiłem jedynie uzupełnić zapasy żywności i ruszyć na północ szlakiem torów kolejowych.
-
- Spoko... - rzuciłem, po czym czym prędzej wyszedłem z budynku, po czym zacząłem iść w stronę północnego wyjścia z miasta.
-
Zastanowiłem się przed moment. Ktoś normalny pewnie popukałby się w głowę i uciekł czym prędzej z miasta. Ale ja zdecydowanie nie uchodziłem za kogoś normalnego. Spojrzałem na kuca. - A w zamian przestajecie się mnie czepiać, jak wchodzę do miasta? - spytałem.
