Jump to content

Strona Główna  |  Ogłoszenia  |  Lista Fanfików  |  Fanpage  |  Feedback
Amolek

[F:E, wersja alternatywna] Błędy przeszłości - Orange Snow (Niklas)

Recommended Posts

Imię: Orange Snow

Płeć: ogier

Gatunek: jednorożec

Cutie mark: dwie strzykawki ułożone równolegle na skos, jedna czerwona, druga zielona.

Aspekty:

- zwinność i umiejętność posługiwania się bronią białą - głównie swoim mieczem (jak długo ma ze sobą swój kryształ - gdy ten znajduje się w odległości większej niż 10 metrów, traci tę umiejętność);

- jest świetnym medykiem - przez zniszczeniem swojej kliniki, był jednym z najlepszych specjalistów;

- często ma... niepokojące spojrzenie, które potrafi przerazić zwykłe kucyki - ma przez to czasem problemy ze znalezieniem noclegu;

- czasem bywa też nieobecny, zwłaszcza kiedy ma zbyt dużo czasu do namysłu.

- czuje się blisko paniki, kiedy słyszy wybuch.

- słabo zna się na aspektach technicznych - jego wiedza ogranicza się w zasadzie do wymiany baterii, szybki, itp.. Przy nieco „poważniejszych” rzeczach jest bezsilny.

Rodzina: miał rodziców oraz dwie siostry, jednak po wydarzeniach z jego rodzinnej Stajni, stracił z nimi kontakt.

Historia:

Urodził się w Stajni 37, dość potężnej bazie zbudowanej na stoku góry, kilkadziesiąt kilometrów od dawnego Canterlotu. Miał zwyczajne dzieciństwo, nie wyróżniał się znacząco spośród swoich rówieśników. Nie miał też wtedy żadnych pasji związanych z jego obecnym talentem - leczeniem. To... przyszło dopiero kilkanaście lat później.

Orange był wciąż młody, ale już na tyle dojrzały, by wyrażać obawy o to, że jest pustym bokiem. Ogier chwytał się różnych prac, jednak pomimo że w każdej dawał z siebie wszystko, żadna nie przyniosła mu upragnionego znaczka. Tego dnia miał zacząć swój staż w tutejszej klinice. Głównie dlatego, że jako jedyny z młodych jednorożców nie mdlał na widok krwi. Jego pierwszym zadaniem miała być asysta przy zabiegu, lecz tuż przed nim okazało się, że zabrakło narkozy. Dlatego też wpierw musiał sam ją było przyniesienie leków z magazynu. Orange Snow zszedł tam, gdy nagle...

Sam nawet nie wiedział, co się stało. W jednej chwili przed magazynem, a w drugiej leżał na połamanych skrzyniach, przysypany ziarnem. Kiedy się podniósł, dostrzegł popękane ściany od strony drzwi oraz szczelnie zamkniętą metalową śluzę. Widząc to, od razu serce podeszło mu do gardła. Dobrze pamiętał bowiem słowa Nadzorczyni - drzwi zamykały się tak tylko w dwóch przypadkach: rozpylenia gazu tudzież z powodu wybuchu... Teraz sobie przypomniał wszystko. Wchodził do pomieszczenia, minął kogoś... nie pamiętał kogo... Po chwili otrzymał potężny cios w głowę, a upadając... słyszał odgłos zamykanej śluzy... Gdzieś w tle, pamiętał, był cichy syk. Potem już był tylko grzmot.

Teraz mógł w zasadzie tylko czekać. Wiedział bowiem, że drzwi się prędzej czy później otworzą, jak tylko zagrożenie minie... Tylko ile to mogło trwać? Kilka godzin? Dni? A może w ogóle system nie zadziała z powodu uszkodzeń? Poza automatem efekt ten mogła cofnąć Nadzorczyni, jednak... czy żyła? Gdyby tak, już dawno wszystko zostałoby otwarte. I... przecież nie słyszał niczego przez te drzwi - ani głosu, ani tętentu kopyt, ani wybuchów... Nic, jedynie ciche bzyczenie lamp.

Trwał tak dość długo, rozmyślając, płacząc, chodząc bezradnie po pomieszczeniu. Z nudów przeglądał zgromadzone dobra. W jednym z nich znalazł sakiewkę, a w niej mały, zielony, oszlifowany kamień. Kiedy tylko tylko go objął kopytami i spojrzał na niego uważnie, ten rozbłysł, zalewając go chłodną energią... Nigdy wcześniej nie czuł czegoś takiego. Czuł jakby ktoś w ciągu sekund próbował mu przekazać całą swoją wiedzę, toteż nic dziwnego, że szybko zaczęła go boleć głowa. Nie mógł niestety nic z tym zrobić. Jednak wcale nie musiał - po chwili wszystko się skończyło, a on padł na ziemię oszołomiony. Nie rozumiał, co właśnie go spotkało. Zwłaszcza, że... czuł się teraz jakoby od zawsze był mistrzem w walce mieczem, a przecież go nigdy nie miał w kopytach. Spojrzał więc na ten Kamień Mocy, jak go nazwał, próbując pojąć jego działanie. Nic jednak nie przychodziło mu do głowy.

Jakiś czas później system uznał, że Stajnia jest „bezpieczna” i otworzył śluzę. Gdy Orange Snow przez nią przeszedł, zobaczył straszny widok. Ściany były zrujnowane, betonowe belki zagradzały przejścia, a wszędzie wokół widział rozszarpane ciała mieszkańców. Pozbywając się zawartości swojego żołądka, ruszył dalej, przeciskając się przez wąskie przesmyki, ostrożnie omijając trupy. Część mieszkalna nie wyglądała dużo lepiej. Korytarze pokrywały gruz i pogięty metal, kilka poranionych, martwych kucyków. No i Nadzorczyni... wbita na włócznie metalowej rzeźby...

Orange Snow dotarł w okolicę swojego domu. Dostrzegł ciało ojca swojego przyjaciela i... w zasadzie tyle. Nigdzie nie było jego rodziny. To dodało mu otuchy. Być może ktoś jednak przeżył tę masakrę...? Jednak... kto to zrobił? I... dlaczego? Stajnia 37 nigdy nie była ważnym ośrodkiem w Equestrii, nie posiadała ani zaplecza technicznego, ani zbrojeniowego, ani nawet magicznego. Ot, zwyczajny ośrodek mieszkalny. Dlaczego ktoś zadał sobie aż tyle trudu, by zniszczyć to wszystko?

Szybko znalazł też kolejną rzecz, która dodała mu wiary w to, że być może jego rodzina żyje. Wrota na powierzchnie były otwarte. Wrócił więc jeszcze do wnętrza Stajni, by zabrać rzeczy, które mogłyby się przydać, między innymi sakwy z prowiantem i lekami oraz rewolwer, tak na wszelki wypadek, bo nigdy nie był dobrym strzelcem.

Na powierzchni spędził naprawdę wiele czasu. W głównej mierze szukał swojej rodziny, jednak z każdą zaliczoną wioską, coraz bardziej tracił nadzieję na znalezienie jej. Dopiero tutaj odkrył swój olbrzymi talent do medycyny. Mimo że pierwszego swojego uleczenia dokonał wbrew wszystkim (kucyki bały się dopuścić młokosa do „poważnych rzeczy”), kiedy tylko zobaczyli efekty i jego nowy uroczy znaczek, pozwolili mu działać. Orange zyskał też niejaką sławę, dzięki czemu jego wizyty w kolejnych osadach były nieco... łatwiejsze. Głównie przemierzał Equestrię sam - tak jakoś było... łatwiej. Być może po prostu nie spotkał nikogo wartego uwagi, ale... jakoś lepiej mu było działać w pojedynkę.

Nieprzerwanie szukał zarówno rodziny, jak i sprawcy masakry w Stajni 37. Podczas tych eksploracji trafił na wiele różnych zapisów video oraz pamiętników sprzed wiele lat. Raz też znalazł metalowe mauzoleum pośrodku niczego, gdzie znalazł magiczny miecz. Była to wyjątkowa broń, która nie dość, że nie dawała się złamać, to jeszcze mogła przebić średniej grubości pancerz. Do tego mógł dzięki niej nawet odbijać kule.

W końcu jednak trafił na krótki materiał wideo, który znacząco zmienił jego spojrzenie na wydarzenia, które zniszczyły jego świat. Znalazł go w podziemiach starego instytutu meteorologii znajdującego się niedaleko Nowej Appleloosy. Krótki zapis przedstawiał naukowca przedstawiającego się jako Doktor Tesla. Ów jednorożec (trudno było stwierdzić jego kolory ze względu na słabą kopię filmu) gorliwie przepraszał za coś (nie usłyszał; zakłócenia), co doprowadziło do ekspansji megazaklęć posyłanych przez zebry. Wspominał jakieś maszynie, która miała zniwelować ich działanie, jednak... Tu wideo się urwało. Orange mógł się jedynie domyślać, że maszyna zadziałała na odwrót.

Orange Snow był w szoku. Do tej pory praktycznie nic nie wiedział o tamtych wydarzeniach, poza tym, że się wydarzyły... A teraz... wiedział aż nadto. Nigdy nie przypuszczał, że za zniszczeniem całej Equestrii mógł stać jakiś agresor... Nim jednak zdołał pomyśleć nad tym dłużej, wideo powróciło, a Doktor Tesla wspomniał o schemacie, który mógłby przebudować maszynę tak, by „czyniła dobro, a nie zło”. Schematy ukryte w skarbcu Stajni 37...

To wszystko dało mu do myślenia. Ktoś mógł wiedzieć o tym i dlatego zaatakował jego dom. Jednak... skoro tak, dlaczego zostawił wideo nietknięte? W końcu ktoś mógł na nie wpaść przypadkiem...

Myśląc tak, wyszedł na zewnątrz. Jego uszy lekko drgnęły, gdy wśród wiatru usłyszał szum, który brzmiał nienaturalnie... Kątem oka zauważył rakietę lecącą w jego stronę. Niewiele myśląc, zaczął uciekać. Nie zdołał jednak odbiec na dalej niż kilkadziesiąt metrów, by pocisk dosięgnął celu. Orange nie mógł już nic zrobić, gdy został uniesiony falą uderzeniową i poraniony odłamkami budynku. Wpółprzytomny i zapewne mocno ranny stoczył się z piaszczystego wzgórza, nim zatrzymał się... gdzieś niżej. Żył, ale ledwo i... naprawdę miał nadzieję, że ktoś przyjazny odnajdzie go w porę.

Cel w życiu: w pierwszej kolejności przeżycie. W dalszych: odkrycie całej prawdy o zniszczeniu Equestrii i jaką rolę w tym wszystkim pełniła maszyna oraz dlaczego ktoś próbował go zabić. Pojęcie, czym jest Kamień Mocy, który znalazł z magazynie. No i w dalszym ciągu: odnalezienie rodziny, jeśli żyje.

Ekwipunek: starożytny, wzmocniony magią miecz (został nasączony maną, dzięki czemu może przebijać metalowe pancerze i też się nie łamie), mały rewolwer, sakwy z prowiantem i wodą oraz przyrządami medycznymi (kilka strzykawek i igieł, nieco leków przeciwbólowych i przeciwzapalnych, zapobiegającym chorobom), popsuty PipBuck (zepsuł się mu jeszcze w swojej rodzinnej Stajni i jak dotąd nie spotkał technika, który byłby w stanie go naprawić), zużyty Kamień Mocy.

Wygląd: średniej wielkości jednorożec o jasnopomarańczowej sierści i białej, krótkiej grzywie. Oczy w ciemnym odcieniu pomarańczu.

Miałem wstawić, to wstawiłem :P Witaj na alternatywnej sesji Fallouta: Equestrii.

___________________________________________________________

Leżałeś oszołomiony na ziemi. Z ran po odłamkach zaczęła sączyć się krew, kontrastując z twoją białą sierścią. Spróbowałeś się podnieść, ale gdy tylko poruszyłeś tylną, prawą nogą poczułeś przenikliwy ból. Spojrzałeś tam... jakiś odłamek tkwił przy twoim cutie marku. Jednak nie to ciebie przeraziło. Od kopyta do połowy nogi skóra i mięśnie były rozcięte, w jednym miejscu widać było fragment kości. Rozejrzałeś się szybko. Twój ekwipunek leżał kilka metrów dalej.

Sytuacja nie była najlepsza. Ale pojawiła się drobna nadzieja. Może przyjdą tutaj z Nowej Appleloosy? W końcu musieli to przynajmniej usłyszeć. Jednak nie możesz leżeć tak bezczynnie, coś trzeba zrobić z tą raną.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Przede wszystkim musiałem zapomnieć o ranie i uspokoić myśli, w końcu panika była pierwszym krokiem do tragedii... Zawsze to powtarzałem swoim pacjentom, ale... kiedy teraz zostałem jednym z nich i byłem w tym... stanie, wszystko brzmiało tak pusto... I wciąż pozostawał problem kuca z rakietnicą... Gdyby teraz wypalił, byłoby po mnie...

"Skup się, Orange, skup się..." syknąłem na siebie w myślach, po czym zacząłem się czołgać w stronę swoich sakw.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Pomimo bólu doczołgałeś się do twojego ekwipunku. Jednak nie zdążyłeś nawet nic wyjąć, gdyż usłyszałeś dwa wystrzały. Zamarłeś, po czym dalej nasłuchiwałeś... Dokoła panowała cisza... Ale pojawiła się drobna nadzieja.

Skoro w okolicy jest jakiś iny kuc, może będzie mógł pomóc tobie?

Share this post


Link to post
Share on other sites

Jednak nadeszło też zwątpienie... Co, jeśli to mój niedoszły morderca właśnie zabił kogoś, a teraz szedł po mnie...? Co, jeśli...

"Nie myśl o tym, skup się..." syknąłem na siebie w myślach, po czym spróbowałem otworzyć torbę, by wyjąć z niej chociaż środek przeciwbólowy... Adrenalina odpuszczała, a ból zaćmieniał mi umysł... Potrzebowałem tego...

Mimowolnie wrzasnąłem, próbując choć trochę zdjąć z siebie to napięcie...

Share this post


Link to post
Share on other sites

Twój krzyk poniósł się echem po pustyni. Może to coś pomoże, kto wie... Powoli traciłeś siły. Wyciągnąłeś z torby środek przeciwbólowy i użyłeś go. Po chwili część bólu ustąpiła. Zdołałeś wstać i zarzucić ekwipunek na grzbiet. Wzrok miałeś trochę zamglony, jednak zobaczyłeś jakiegoś rdzawobrązowego pegaza, stojącego kilkanaście metrów przed tobą.

- Kim jesteś? - zapytał ostro.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Zmrużyłem oczy, próbując odzyskać choć trochę ostrzejszy obraz. Nie dawało to jednak zbyt wiele... Obrażenia były zbyt duże, by przeszły po lekach przeciwbólowych...

Zachwiałem się.

- Jesteś... jednym z tych, co... co chcą mnie zabić? - spytałem.

Share this post


Link to post
Share on other sites

- Ciebie zabić? A może to Ty...

Nie usłyszałeś nic więcej. Może i środek powstrzymał ból, ale nie upływ krwi. Upadłeś na piasek i straciłeś przytomność.

Obudziłeś się gwałtownie. Chciałeś się podnieść, ale mięśnie odmówiły posłuszeństwa. Przekręciłeś lekko głowę. Wyglądało to na jakąś klinikę. Na białej, przeciwległej ścianie widać było nadniszczony plakat i stojące pod nim trzy apteczki. Obok, odwrócona plecami, stała biała klacz z różową grzywą.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Jeszcze żyłem! To był niewątpliwie dobry znak. Znacznie gorzej było już z resztą mnie - zwłaszcza, że będąc medykiem, dokładnie wiedziałem, że nie jest ze mną najlepiej... I weź tu takiego pociesz...

- T-to... A-Apple... loosa? - spytałem osłabionym głosem.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Klacz zamarła na chwilę͵ po czym odwróciła się w twoją strone.

- W końcu się obudziłeś. - Powiedziała͵ a w jej głosie wyczuć można było ulgę. - Tak͵ to jest Appleloosa. A konkretnie Nowa Appleloosa.

Klacz odwróciła się z powrotem do stołu͵ po czym podeszła do ciebie niosąc jakąś miske. Gdy była bliżej͵ zauważyłeś jaka jest ładna.

- Proszę. To powinno trochę pomóc - powiedziała͵ po czym podała tobie miskę.

Share this post


Link to post
Share on other sites

W sumie... nie wiedziałem, czemu powiedziałem "Appleloosa" bez słowa "nowa". Może... jakoś podświadomie chciałem się znaleźć w tym czasie Equestrii, zanim została zniszczona...? Może...

Drżącymi kopytami wziąłem od niej miskę, próbując utrzymać ją magią, choć wiedziałem, że po takich obrażeniach nie będzie to proste.

Przyjrzałem się zawartości.

Share this post


Link to post
Share on other sites

- Spokojnie. - Klacz lekko się uśmiechnęła. - To tylko mieszanka na wzmocnienie. Z lekkim dodatkiem nalewki jabłkowej.

Powąchałeś napój i rzeczywiście wyczułeś lekki zapach jabłek. Może warto jej zaufać? Wyglądało na to, że zna się na leczeniu.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Zresztą... gdyby chciała się mnie pozbyć, mogła zrobić to już dawno... Na przykład nie pomagając mi, kiedy tutaj dotarłem...

- Kto... kto mnie tutaj... przyciągnął? - spytałem, po czym wypiłem napój.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Chwilę po wypiciu odczułeś przyjemne ciepło rozchodzące się po organizmie. Sądząc po efekcie, tej nalewki musiało być sporo.

- Calamity ciebie tutaj przyniósł. I chciał z tobą porozmawiać. Poczekasz chwilę? Zawołam go...

- To nie będzie konieczne, Candi.

Ty i klacz odwróciliście głowy w stronę wejścia. Stał tam ten sam pegaz, którego spotkałeś przed utratą przytomności.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Calamity... to imię skądś kojarzyłem, ale nie potrafiłem dokładnie go skojarzyć... Może było to spowodowane obrażeniami... a może usłyszałem o nim w zasadzie tylko przelotem, kiedy "łatałem" jakiegoś kuca.

- Więc jednak... postanowiłeś mnie tutaj zaciągnąć - stwierdziłem.

Share this post


Link to post
Share on other sites

- Tak. Ale głównie chcę wiedzieć, czemu zniszczyłeś tamtą stację... i co w twoich rzeczach robiła kaseta sprzed wojny... - Powiedział pegaz, a w jego głosie można było wyczuć chłód. Stanął trochę bokiem i zauważyłeś, że na miejscu uroczego znaczka ma wypalony inny znaczek.

Dołączona grafika

Share this post


Link to post
Share on other sites

Słyszałem już o kucach mających wypalony inny znaczek niż swój własny, ale jakoś jeszcze nigdy nie miałem przyjemności takiego spotkać na żywo... Było to... ciekawe doświadczenie.

- Szukałem czegoś - odparłem. - A... komuś się bardzo nie podobało, że szukam cokolwiek w tej stacji... więc ją potraktowali z rakietnicy...

Share this post


Link to post
Share on other sites
- Mhm... a po kasecie wnioskuję, że szukasz informacji o czasach sprzed wojny. - Pegaz na chwilę przerwał, po czym kontynuował wypowiedź - Jednak nadal dziwi mnie to, że ktoś próbował cię powstrzymać. Czy zechciałbyś opowiedzieć nam szerzej coś o sobie oraz o tym, czego naprawdę szukasz? - Kuc przeszedł trochę na bok i twoim oczom ukazały się dwa inne kuce, które w międzyczasie przyprowadziła Candi.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Spojrzałem w stronę nowoprzybyłych.

- A czy to... bezpiecznie będzie mówić o tym tutaj? - spytałem, mierząc wzrokiem nieznane mi postacie.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Calamity spojrzał na ciebie za zrozumieniem.

- O to nie musisz się martwić. Ta rozmowa pozostanie między naszą czwórką. Prawda, burmistrzu?

Calamity skierował wzrok na starszego kuca z siwą grzywą. Ten pokiwał głowa i zwrócił się do Candi - Mogłabyś nas zostawić na pewien czas? - Candi obrzuciła was szybkim spojrzeniem, po czym wyszła z sali.

- A teraz opowiedz nam swoją historię. Oraz czego szukałeś w tamtym miejscu.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Spojrzałem na obecnych z pewną dozą nieufności, po czym westchnąłem.

- Niech będzie... - mruknąłem. - Jestem Orange Snow... ocalały ze Stajni 37... - skrzywiłem się lekko. - Mówiono już o niej na całą Equestrię, więc nie będę się tutaj powtarzać... - uciąłem, po czym kontynuowałem: - Jak już... się wydostałem stamtąd, zacząłem szukać dwóch rzeczy... swojej rodziny oraz tych, którzy zmasakrowali mój dom... I choć minęło już nieco czasu, wciąż niewiele wiem, chociaż... mam pewien ogląd na to, dlaczego ktoś nas zaatakował... W tej ruderze na pustyni znalazłem zapis wideo... I... było to coś, co zmieniło mój ogląd na wszystko, co... doprowadziło do zniszczenia naszego świata... Nagrał go jakiś doktor... Tesla, o ile dobrze pamiętam. Niestety te rakiety rozwaliły to wszystko w cholerę, więc niestety możecie jedynie mi uwierzyć na słowo... - Spojrzałem na obecnych. - Pamiętam, że za coś przepraszał... Kopia była słaba, ale... zrozumiałem z zapisu na tyle, by wiedzieć, że... to właśnie on uważa się za winnego całej zagłady... Ponoć skonstruował coś... Jakąś maszynę, co miała zniwelować działanie megaczarów zebr... Ale... coś poszło nie tak. Wideo było niewyraźne, ale... z wyrazu jego twarzy wiedziałem, że zamiast zniwelować działanie, machina je wzmocniła... Ale to jeszcze nie jest najlepsze. Najciekawsze było to, gdzie ukrył schematy tego... czegoś, co zbudował. W skarbcu Stajni 37...

Share this post


Link to post
Share on other sites

Cisza, jaka zapadła po twojej historii, nie trwała długo.

- A jaką mam pewność, że to prawda? - rdzawobrązowy kuc nadal spoglądał na ciebie podejrzliwie. - Mogłeś to równie dobrze wymyślić.

- Calamity. Chyba nie sądzisz, że kuc, który mało nie stracił życia mógłby na poczekaniu sklecić taką historię? - powiedział siwowłosy kuc, wyglądający na burmistrza. - Myślę, że nie powinniśmy traktować go jako wroga. Na razie damy ci spokój, jednak nie znaczy to, że nie dokończymy tej rozmowy później. Na razie odpocznij sobie, a jeśli będziesz się czuł na siłach to możesz pozwiedzać Nową Appleloosę.

Po tych słowach trójka kuców wyszła. Chwilę po tym do środka weszła Candi.

- Jak się czujesz? Napój trochę ci pomógł?

Share this post


Link to post
Share on other sites

Musiałem przyznać, że ten cały Calamity zachowywał zdrową ostrożność. W sumie... sam bym nie uwierzył, gdyby ktoś opowiedział mi taką historię. Nie mogłem go więc winić za nieufność.

Spojrzałem na Candi.

- Lepiej... - przyznałem. - Chociaż najchętniej teraz bym wstał i wyszedł pochodzić...

Share this post


Link to post
Share on other sites
- Myślisz, że dasz radę? Chodź, pomogę Ci wstać i oprowadzę trochę po mieście. - Candi uśmiechnęła się do ciebie radośnie, ale widziałeś u niej lekki niepokój. Podeszła bliżej. - Jeśli chcesz możesz się mnie pytać o miasto. Postaram się pomóc.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Spojrzałem jej w oczy.

- Wiesz... mimo wszystko jestem lekarzem, więc... wiem, że tam radę - odparłem. - Ledwo, bo ledwo, ale... leżenie to zdecydowanie nie jest dla mnie...

Powoli zacząłem się podnosić z łóżka.

Share this post


Link to post
Share on other sites

- Skoro tak chcesz... Tylko jeśli się gorzej poczujesz od razu wracamy! - Po tonie głosu zrozumiałeś, że Candi nie żartuje.

Stanąłeś na kopyta. Obraz trochę się rozmazał, w uszach ci zaszumiało, ale nie zachwiałeś się. Ruszyłeś powoli, razem z Candi, do wyjścia. Gdy wyszliście na zewnątrz, twoim oczom ukazało się kilkanaście domów zbudowanych z wagonów osobowych. Miały one wysokość dwóch, trzech pięter. Część wciąż miała koła. Miasto otaczał mur zrobiony z wagonów towarowych, mający dwie bramy po przeciwnych stronach osiedla.

- Chcesz tak sobie pozwiedzać, czy odwiedzić jakieś konkretne miejsce? - zapytała Candi.

Share this post


Link to post
Share on other sites

×
×
  • Create New...