Jump to content

Strona Główna  |  Ogłoszenia  |  Lista Fanfików  |  Fanpage  |  Feedback
Mordecz

Być jak Dą Żuan [One-shot][Slice of Life][Romans]

Recommended Posts

Um... Nie widzę nigdzie tagów obowiązkowych...

 

Cóż, tym razem mamy do czynienia z krótką relacją z kolejnej Gali Grand Galopu, opowiadanej przez trzecioosobowego narratora, skupiającego się na śledzeniu konkretnej postaci, która zowie się Heartmender. Jak to wyszło?

 

Na samym początku, czuję się nieco zmylony osobą narratora. Nie ulega wątpliwości, że jest wszechwiedzący, przygląda się wszystkiemu z perspektywy trzeciej osoby. Mam jednak wątpliwości, czy jest to postać pochodząca i relacjonująca "na żywo" z Equestrii, czy też zupełnie zwyczajny człowiek, Ziemianin, że tak się wyrażę, który po prostu opowiada nam o tym, co się dzieje w tymże „innym” świecie. Świadczyłoby o tym chociażby wspomnienie o „hiszpańskiej miłości”. Skąd narrator miałby w ogóle o niej wiedzieć, jeżeli pochodzi z Equestrii? Chyba raczej wziął się ze świata, gdzie taki kraj jak Hiszpania istnieje, czyli z naszego świata.

 

A może po prostu za dużo myślę i szukam rzeczy tam, gdzie ich nie ma?

 

Skupiając się na właściwej treści, akcja postępuje powoli, pomalutku, kiedy nadejdzie ich pora, w tle przewijają się również inne postacie, na przykład Eile-Mander, czy Lechebolt, będąca obiektem westchnień głównego bohatera. Oczywiście, znajdzie się jeszcze wiele innych bohaterów i bohaterek, odgrywających  mniejszą lub większą rolę, mimo faktu, że pozostają na drugim planie. Niemniej, wszyscy bohaterowie wydają się być tacy sami i dosyć mało barwni. Zdaje się, że jedyną godną zapamiętania różnicą jest to, że większość gości wydaje się być stosownie ubrana, obeznana, pasują do wysokiej klasy wydarzenia, w którym uczestniczą, wiedzą jak się zachować, wydają się pewni, bawią się i spędzają czas. Jedynie Heartmender został opisany tak, jakby z innej choinki się urwał, wyraźnie odstaje, błąka się w tę i nazad, nie wiedząc do końca co tu robi.

 

Poza tym, próżno szukać tu jakichś znaczących różnic w charakterach, co może wynikać z faktu, że opowiadanie jest zbyt krótkie, by rozwinąć portrety psychologiczne bohaterów. Aczkolwiek, oceniając całość po drugim czytaniu, czy aby na pewno autor w ogóle próbował? A może jego celem było zupełnie coś innego? Na przykład skupienie całej swej uwagi na wytwornej atmosferze, zabawach szlachty, czy szeroko pojmowanym dystyngowaniem, kontraście ogółu zgromadzonych gości w stosunku do głównego bohatera?

 

To z kolei udało się bardzo dobrze. Jest tu wiele podniośle brzmiących imion, dużo słów-kluczy, szczegółów, szczególików, może nie tyle w sensie obszernych opisów, ale właśnie w sensie tego, o czym opowiadają. Plus garść wstawek z czeskiego, czy też takie smaczki jak tańce, hazard, wspominanie o wysokich i poważanych stanowiskach poszczególnych postaci, wszystko to buduje właściwy klimat, może nie wykwintności, ale z całą pewnością powagi. W ogóle, w trakcie czytania miałem wrażenie, że poszczególne akapity nie różnią się między sobą gabarytami, co daje wrażenie spójności. Wplecione tu i tam kwestie mówione z powodzeniem urozmaicają całość.

 

Jeśli chodzi o budowę zdań i słownictwo, jest tu wszystko, do czego przyzwyczaił nas autor – charakterystyczny styl, słownictwo, regularność, ogólne wrażenie solidności, te sprawy. Generalnie, nie jest to nic spektakularnego, ale po prostu, zwyczajny kawałek życia, osadzony pośród dostojnych osobistości na Gali Grand Galopu, z domieszką romansu, zrealizowany w formie krótkiej, niezobowiązującej i lekkiej do dźwignięcia relacji. Dobre na przerywnik, czy jako przystawkę, przed porwaniem się na większy projekt autora, który wciąż jest rozwijany.

 

I w tym miejscu chciałbym wspomnieć, że zamierzam w końcu dokładniej przyjrzeć się „Opowieściom Żałobnego Miasta”, trzymając się porządku chronologicznego, na bieżąco opisywać wrażenia co do poszczególnych opowiadań. Zerkałem do wątku, ciągle przybywają nowe fiki, toteż z całą pewnością czeka mnie mnóstwo czytania. Na razie miałem okazję zaznajomić się z  tylko kilkoma tytułami, w ramach Konkursów Literackich.

 

Niemniej, na razie poświęciłem nieco czasu „Być jak Dą Żuan”. Ogólnie, czytało się lekko i przyjemnie, choć to wciąż niezobowiązujący, krótki przerywnik. Dobre w ramach skosztowania [slice of Life], w wykonaniu autora, jako ukazania jego wizji Gali Grand Galopu. Plus, delikatna otoczka romansowa, prawie nie kłująca w oczy.

 

Ogółem, zupełnie niezłe, krótkie, całkiem klimatyczne opowiadanko, na które ogólnie warto poświęcić kilka minut, choć nie jest to nic wielkiego. Taki prosty przerywnik. Nic więcej nie przychodzi mi do głowy.

 

Pozdrawiam!

  • Upvote 2

Share this post


Link to post
Share on other sites

Zaraz... jak ja mogłem to przegapić...

 

MORDECZ!!! GDZIE SĄ TAGI? (czas na poprawę standardowy)

  • Upvote 1

Share this post


Link to post
Share on other sites

Tagi już są  :aj5:

 


Na samym początku, czuję się nieco zmylony osobą narratora. Nie ulega wątpliwości, że jest wszechwiedzący, przygląda się wszystkiemu z perspektywy trzeciej osoby. Mam jednak wątpliwości, czy jest to postać pochodząca i relacjonująca "na żywo" z Equestrii, czy też zupełnie zwyczajny człowiek, Ziemianin, że tak się wyrażę, który po prostu opowiada nam o tym, co się dzieje w tymże „innym” świecie. Świadczyłoby o tym chociażby wspomnienie o „hiszpańskiej miłości”. Skąd narrator miałby w ogóle o niej wiedzieć, jeżeli pochodzi z Equestrii? Chyba raczej wziął się ze świata, gdzie taki kraj jak Hiszpania istnieje, czyli z naszego świata.

 

Narrator nie musi być człowiekiem, a szlachta z Canterlotu półkrwi europejczykami, skoro mówią po czesku  :lie: Ale tak na poważnie - nikt nie powiedział, że w equestriańskim świecie nie ma czegoś takiego jak Hiszpania - może niekoniecznie jako kraj, a prowincja znana z temperamentnych, jurnych ogierów oraz niespotykanych nigdzie indziej afrodyzjaków. Po prostu nie zostało to w pełni wyjaśnione, a (nieprzypadkowa) zbieżność nazw własnych skłania do kombinowania :P

 

Dla przykładu - jednym z tematów przewodnich obecnego gradobicia był "Syndrom Sztokholmski". Kucyki teoretycznie nie wiedzą, czym się objawia ów syndrom ani tym bardziej, gdzie jest Sztokholm. Moim niezrealizowanym fikiem było przedstawienie dosłownej interpretacji tematu przewodniego, gdzie podmieńcy poszukiwaliby symptomów (zbiór symptomów to syndrom) na schwytanych kucykach ziemnych, nazwanych jednym imieniem - Sztokholm. Może kiedyś wplotę ten wątek do "Opowieści Żałobnego Miasta", ponieważ planowałem stworzyć historię z kulturą podmieńców. Pożyjemy, zobaczymy...

 


Skupiając się na właściwej treści, akcja postępuje powoli, pomalutku, kiedy nadejdzie ich pora, w tle przewijają się również inne postacie, na przykład Eile-Mander, czy Lechebolt, będąca obiektem westchnień głównego bohatera. Oczywiście, znajdzie się jeszcze wiele innych bohaterów i bohaterek, odgrywających  mniejszą lub większą rolę, mimo faktu, że pozostają na drugim planie. Niemniej, wszyscy bohaterowie wydają się być tacy sami i dosyć mało barwni. Zdaje się, że jedyną godną zapamiętania różnicą jest to, że większość gości wydaje się być stosownie ubrana, obeznana, pasują do wysokiej klasy wydarzenia, w którym uczestniczą, wiedzą jak się zachować, wydają się pewni, bawią się i spędzają czas. Jedynie Heartmender został opisany tak, jakby z innej choinki się urwał, wyraźnie odstaje, błąka się w tę i nazad, nie wiedząc do końca co tu robi.

 

Niekoniecznie bohater zbiorowy (szlachta) musi być traktowany jako wada, ponieważ nie ma pomiędzy nimi rozróżnienia co do charakteru, podejścia do spraw bieżących. Nie zależało mi na wplątywaniu do tego polityki, co już rozróżniłoby uczestników rozmowy na tych "lewicowych" i "prawicowych", lecz moim celem było pokazanie, dlaczego Heathmender tak bardzo się różni od tej grupy społecznej - jest zapatrzony, może nawet zdesperowany, w szlachciance, która nawet nie zdała sobie sprawy z tego, że ktoś ją obdarza platoniczną miłością. Uczestnicy go tolerują, ponieważ ani strojem, ani zachowaniem nikomu nie wadzi, ale również nie widzą w nim nikogo ważnego. Nie ubiją z nim interesu życia; nie posiada włości, w które warto zainwestować itd. Ot taki zmizerniały, zniechęcony do dalszego życia biedaczyna, którego los nikogo nie interesuje. Poniekąd pasuje tutaj tekst "Samotność" Edwarda Stachury - "(...)Chodzę tu, chodzę tam, || W tłumie ludzi zawsze sam."

 

A czy próbowałem coś zrobić z urozmaiceniem pozostałych? Nie, ponieważ nie czułem takiej potrzeby. Szlachta się bawi, gdy reszta pracuje - wiem, trochę prześmiewcze podejście, acz wciąż to wyłącznie zabieg stylistyczny. Jedyna różnica pomiędzy gośćmi wynika z imion. Diuk Superstition to typowy Diuk Ciemnogrodu, który jest tak prawicowy, jak tylko groteska przewiduje. Magnat Eile-Mander to po prostu przymrużenie oka do osób interesujących się fandomową muzyką i/lub animacją (Eile Monty to aktorka głosowa, a Mando Pony muzyk), Lechebolt to, no cóż, siksa, zaś rudy Klucznik to taka persona non grata każdej zabawy (coś jak Vernon Roche z Wiedźmina).

 

***

 

Problem całości upatrywałbym w braku kontaktu na linii bohater-czytelnik. Heartmender jest strasznie nijaki, co samo w sobie sprawia, że słabo się sprawdza jako nośnik emocji. Może gdybym ukwiecił całość jest nieudanymi miłosnymi zapędami, wynikającymi niekoniecznie z bycia życiową pierdołą, to mógłbym przedstawić "tragizm" tej sytuacji. Ale cóż - było, minęło, a co złego, to nie ja.

 

***

Miło mi, że ktoś się zainteresował nawet tym skromnym kąskiem. Wady, powiedzmy, przetrawiłem i wiem, nad czym jeszcze popracować. Jeśli chodzi o "Opowieści...", to nie polecam czytania fika pt. Gra - nauczony doświadczeniem z innych dzieł, doszedłem do wniosku, że wymaga on drobnego rozbudowania.

 

Pozdrawiam

Share this post


Link to post
Share on other sites

Kilka uwag z mojej strony:

 

Podobał mi się sposób, w jaki budujesz atmosferę ekskluzywnego balu: dialogi, rekwizyty (gorsety, koafiury), sugestia relacji między arystokracją a plebsem, wstawki po czesku (nie wiem, skąd czeski w Equestrii, ale bez wątpienia oddaje kosmopolityczną atmosferę takich przyjęć).

Dobre jest również tempo, w jakim rozwija się akcja.  Na początku opowiadanie zdobywa uwagę czytelnika informacją, że pewien kucyk znalazł się w miejscu, do którego wyraźnie nie pasuje, później przez trzy czwarte opowiadania niewiele się dzieje, ale mamy okazję pooddychać atmosferą imprezy dla elity i dopiero w ostatniej ćwiartce opowiadania akcja ponownie nabiera tempa, prowadząc do refleksyjnego zakończenia. W przypadku krótkich tekstów wolę takie prowadzenie narracji, niż opowiadania, gdzie w każdym akapicie coś wybucha, albo się wali.

 

Co mi się nie podobało. Przede wszystkim brakuje wyraźnej puenty. Bohater nie zmienia się, nie doznaje oświecenia. Niczego nowego się nie dowiadujemy. Heartmender przyjechał do Canterlotu jako nieudolny podrywacz i wyjechał z Canterlotu jako nieudolny podrywacz... z postanowieniem, że jeszcze  tu wróci i dalej będzie podejmował najpewniej nieudane próby podbijania serc arystokratek. Mi osobiście bardziej podobałoby się, gdyby bohater wyjeżdżając z miasta np.: doszedł do wniosku, że nie dla niego blichtr i powierzchowny urok salonowego towarzystwa i powinien poszukać szczęścia gdzie indziej. Ale to w końcu Twoje opowiadanie i Twoja fabuła, więc nie traktuj tego zbyt poważnie jako zarzutu.

Druga sprawa: właściwie nie wiadomo, dlaczego to opowiadanie jest o kucykach. Równie dobrze akcja mogłaby rozgrywać się gdzieś w szesnastowiecznej europie - jedynymi odwołaniami do kanonu MLP są imię księżniczki Celestii i nazywanie postaci klaczami i ogierami; w dodatku mamy takie zdanie: "Klucznik spojrzał z niechęcią, zaś hrabina lekko rozchyliła usta". To była taka dobra okazja, żeby użyć słowa "pyszczek".

 

Na zakończenie pozwoliłem sobie zabawić się w nauczyciela języka polskiego, który sprawdza wypracowanie. Oto, co znalazłem:

 

- "Takie "grzechy" popełniał również, między innymi, Dą Żuan" - słowo "grzechy" mogłoby tutaj znaleźć się w cudzysłowie, gdyby narrator cytował kogoś, kto postępki Dą Żuana określił mianem grzechów. Z treści to jednak nie wynika, a używanie cudzysłowu do podkreślenia słów użytych w charakterze przenośni jest błędem.

 

- "Czuł się jak bohater z okresu romantyzmu" - "okres romantyzmu" stylistycznie bardziej pasuje do podręcznika historii. Może jednak "czuł się jak bohater romantyczny"?

 

-"ulegając bestii nazywanej potocznie hazardem" - hazard to nie jest potoczne określenie, to zupełnie normalne słowo. Błąd znaczeniowy ;)

 

-"Wybacz, proszę, mają nachalną wręcz skromność i ubogą kieszeń, acz dzisiaj nie pragnę rozbić banku ani stać się łupem bankierów." - zamiast "acz" podstaw tutaj "chociaż" (obydwa słowa znaczą to samo) i chyba sam zobaczysz, co nie gra.

 

-"ale potrafił dać w pysk każdemu o niewydarzonej gębie, szpecącej słowem i czynem pod adresem tej, od której serce waliło szaleńczo" - tu jest kilka spraw. Po pierwsze, gęba może być niewyparzona, a nie niewydarzona (w takim kontekście przynajmniej). Po drugie, "szpecić słowem i czynem pod adresem" to zupełnie nie po polsku. Szpecić może coś (np.: plama z barszczu szpeci obrus). Coś można też oszpecić (np.: Ziutek oszpecił obrus, plamiąc go barszczem). Na pewno nie można szpecić pod adresem. W końcu po trzecie, serce może walić dla kogoś, do kogoś, z powodu kogoś, ale raczej nie od kogoś.

 

-"Na wpół przytomny, na wpół zauroczony wkroczył na salony..." - idiom "wkroczyć na salony" nie oznacza "wejść do pomieszczenia pełniącego funkcję salonu". Twój bohater wkroczył na salony w momencie, w którym zaczął zadawać się z canterlocką elitą. W powyższym zdaniu on po prostu wkroczył do salonu.

 

-"na wskutek odrodzenia" - literówka, ale podpowiem Ci, że "w skutek" jest lepsze, niż "na skutek".

 

-"Wypytywał przy okazji o piękności zesłanej z nieba" - wypytywać można oczywiście o piękność zesłaną z nieba.

 

-"gdzie trawa jest wiecznie zielona a klacze cieszą się podobną urodą" - czyli klacze są wiecznie zielone?

 

-"zachęcał Eile-Mander, przenikając obok samotnika" - przenikać można jedynie przez kogoś, lub coś.

 

To by było na tyle, dalej nie chciało mi się sprawdzać. Ogólnie nie zrażaj się tą litanią błędów, ostatecznie nie przeszkadzały aż tak bardzo w czytaniu (Internet mnie uodpornił), a opowiadanie jest całkiem spoko.

 

 

 

 

 

  • Upvote 1

Share this post


Link to post
Share on other sites

Na zakończenie pozwoliłem sobie zabawić się w nauczyciela języka polskiego, który sprawdza wypracowanie. Oto, co znalazłem:

 

Wygodniej jest korzystać z opcji bezpośredniego komentowania. Mniej czasu poświęcasz na przepisywanie/kopiowanie treści.

 

 

Co mi się nie podobało. Przede wszystkim brakuje wyraźnej puenty. Bohater nie zmienia się, nie doznaje oświecenia. Niczego nowego się nie dowiadujemy. Heartmender przyjechał do Canterlotu jako nieudolny podrywacz i wyjechał z Canterlotu jako nieudolny podrywacz... z postanowieniem, że jeszcze  tu wróci i dalej będzie podejmował najpewniej nieudane próby podbijania serc arystokratek. Mi osobiście bardziej podobałoby się, gdyby bohater wyjeżdżając z miasta np.: doszedł do wniosku, że nie dla niego blichtr i powierzchowny urok salonowego towarzystwa i powinien poszukać szczęścia gdzie indziej. Ale to w końcu Twoje opowiadanie i Twoja fabuła, więc nie traktuj tego zbyt poważnie jako zarzutu.

 

W sumie... też się zastanawiałem nad tym, w jaki sposób bohater doznał "olśnienia", które prowadzi donikąd. Wyraźniej zarysowana puenta lepiej oddałaby kontekst całości; inny finał historii (bo ja wiem - wyjście na ulicę i spotkanie jakiejś biednej, równie urokliwej dziewczyny) sprawiłby, że historia zapadałaby w pamięć i tak można wymyslać w nieskończoność. Przynajmniej widać skalę niedopracowania tekstu, ale to już charakterystyczna cecha mojego stylu, wynikająca poniekąd z "paździerzostwa" i przeświadczenia, że #ITakNiktTegoNiePrzeczyta.

 

Druga sprawa: właściwie nie wiadomo, dlaczego to opowiadanie jest o kucykach. Równie dobrze akcja mogłaby rozgrywać się gdzieś w szesnastowiecznej europie - jedynymi odwołaniami do kanonu MLP są imię księżniczki Celestii i nazywanie postaci klaczami i ogierami; w dodatku mamy takie zdanie: "Klucznik spojrzał z niechęcią, zaś hrabina lekko rozchyliła usta". To była taka dobra okazja, żeby użyć słowa "pyszczek".

No bo jest o kucykach i trzeba do tego przywyknąć. Jeśli, nie daj Boże, trafisz na kolejne moje opowiadania, coraz częściej zaczniesz zadawać sobie to pytanie. Jakiś czas temu postanowiłem odciąć się od kanonu na tyle, na ile było możliwe, ponieważ nie leży mi kopiowanie wątków i bohaterów, które przetrawiono dziesiątki razy, co bezpośrednio odbija się na spadku czytelności. Nie oznacza to, że typowego MLP nie napisałem - Roztargnienie, albo są na to dowodem.

 

Generalnie cieszę się, że ktoś się zainteresował tym jakże krótkim, bezpłciowym opowiadaniem i nawet czerpał z tego jakąś radość. Mogę jedynie życzyć, aby przyszły kontakt z mą literaturą był mniej... nieprzyjemny.

 

Pozdrawiam

Edited by Mordecz

Share this post


Link to post
Share on other sites

Kontakt z tym opowiadaniem nie był nieprzyjemny - jakby był, to na pewno nie poświęciłbym czasu na pisanie recenzji.

 

Fakt, można się dopisywać w google docs! Następnym razem na pewno skorzystam z tej możliwości.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Nie zrozumiałeś "żartu" :P Mam nadzieję, że kolejna styczność z którymkolwiek innym opowiadaniem będzie przyjemniejsza, ergo mniej nieprzyjemna.

 

Pozdrawiam

Share this post


Link to post
Share on other sites

Nie będę się rozpisywać (czyt. nie umiem recenzować) i rzeknę jak człek prosty- jest gęsty klimat, jest barwny język, jest gładkość czytania i prawie się nie zauważa, że ten barokowy pociąg jedzie donikąd :) Sam bal i postacie, choć tylko pokrótce przedstawione, są jak olejny obraz, do czego wydatnie przyczynia się soczysty język i obcojęzyczne wtrącenia. Już po kilku zdaniach opisu przed oczami stają dystyngowane kuce i mimo tego, że czytelnik zna je od jakiś 30 sekund, momentalnie kupuje ich autentyczność i dorabia sobie w głowie ich twarze i głosy. Tym bardziej odcina się zagubiony nieco i błądzący po tekście Heartmender. Wydał mi się średnio interesujący, zarysowanie jego charakteru na początku opowiadania nie znalazło wyraźnego odbicia dalej. Zjawił się, spróbował wkroczyć z kopyta na salony, nie wyszło mu, więc odszedł, gorejąc od emocji i nie zaszła w nim żadna istotna przemiana. Poza byciem depresyjnie precyzyjną metaforą mojej kariery twórczej od gimnazjum włącznie, mam wrażenie, że nic znaczącego nie wniósł, ani nie wyniósł z historii. Technicznie, poza spójnikami pozostawionymi na końcach wierszy, bez uwag.

 

Całość kipi od klimatu, aż pokrywka brzęczy. Takie chwilowe zanurzenie w wir muzyki i wytwornych strojów, z którego wychodzi się w lepszym nastroju, niż się wchodziło. Z bardziej charyzmatycznym i istotnym fabularnie bohaterem byłoby tylko lepiej.

  • Upvote 1

Share this post


Link to post
Share on other sites

Create an account or sign in to comment

You need to be a member in order to leave a comment

Create an account

Sign up for a new account in our community. It's easy!

Register a new account

Sign in

Already have an account? Sign in here.

Sign In Now

×
×
  • Create New...