Mordecz

Brony
  • Content Count

    362
  • Joined

  • Last visited

Community Reputation

238 Great and Powerful Reputation

About Mordecz

  • Rank
    Maestro braku puenty
  • Birthday 09/16/1991

Informacje profilowe

  • Gender
    Ogier

Recent Profile Visitors

3,099 profile views
  1. Zapomniałem o jednym detalu. Miałem poniekąd wyjaśnić, jaki związek postrzegam pomiędzy sumieniem a śmiercią. Jeśli uznacie podwójny post za przewinienie, połączę jedno z drugim. Cieleśnie przedstawiłem czterech reprezentantów śmierci. Sen został zaczerpnięty z naszej kultury oraz religii, jako iż funkcjonuje u nas koncepcja snu wiecznego. Uznałem, że Manepheus ma w tej kwestii największą władzę i może zadecydować, czy pomysły Sumienia i Marazmu nie są nadużyciem na niekorzyść istot żyjących. Nazwa pokoju, gdzie toczy się pierwsza scena, również jest subtelnym odzwierciedleniem jego statutu - dla przypomnienia fiolet oznacza w naszej kulturze przede wszystkim mękę i władzę, ale w wielu innych regionach również bunt, wolność czy żałobę. Nie wspominając już o piasku przywołującym na myśl "z prochu powstałeś i w proch się obrócisz". Część z tych rzeczy próbowałem potem potwierdzić jego czynami. Torper (Marazm) w założeniach jest patronem śmierci młodej, nowoczesnej i gwałtownej. Jego obszar zainteresowań obejmuje przede wszystkim osoby niedojrzałe, które w wyniku buntowniczych zachowań oraz ciekawości świata z lubością podejmują się selekcji naturalnej wśród swoich. Co prawda często jest to po prostu efekt uboczny podejmowanych aktywności aniżeli celowe działanie, jednakże hasło YOLO dotyczy przede wszystkim osób z odpowiedzialnością na bakier. Torper, a właściwie torpor, znaczy również apatia, co przy pewnej nadinterpretacji można przypisać rączym samcom próbującym udowodnić, że nic się ich nie ima. W tekście próbowałem to odzwierciedlić jego wyglądem i pełnieniem roli DJa podczas imprezy niezbyt już niemrawych uczestników. Istotną poszlaką jest również deklaracja, jakoby zatroszczy się kucykami próbującymi Kaca pokonać w jego własnej grze. Bug (Sumienie) teoretycznie bierze pod opiekę istoty wyniszczone życiem - starców, kaleki, chorych i głodnych. Stąd też pomysł na jego wygląd oraz dobór słownictwa. Wysoki, wysuszony, przywołujący współczucie, dwoma słowami - chodzące nieszczęście. Poza tym próbowałem, żeby nie szczędził sobie słownictwa zahaczającego o archaiczne lub mało popularne. Sformułowania oparte były na tekstach kultury, której na co dzień się nie używa, lecz wywołuje wspomnienia z czasów już minionych. Mogłem na ten przykład przedstawić, jak Bug podchodzi do konsolety i niezdarnie zapuszcza "Ostatnią Niedzielę" Mieczysława Fogga albo "Dni których nie znamy" Marka Grechuty. Trochę żałuję, że na to w porę nie wpadłem... Wracając do tematu, Bug czyni z istot żyjących wrogich do samych siebie. Niewłaściwe decyzje, popełnione błędy czy miłosne podwoje potem odbijają się na życiu uczuciowym. Niektórzy potrafią się z tym pogodzić, inni zaś szukają pomocy gdzie indziej. Rzadziej u psychiatry, częściej w etanolu. Potwierdzeniem tego miał być ten żartobliwy "strzał z ucha", który obudził niezwiązaną z resztą historii, rozkapryszoną klaczkę. Dlatego też Torper zasugerował, żeby Bug wziął pod swoje skrzydła kucyki poszukujące w Kacu przyjaciela. Czwartym jest Yoriś - biurokrata, najbardziej fizyczny reprezentant śmierci, formalnie trybik w maszynie oraz organ wykonawczy. Mówiąc najprościej - kostucha pukająca do drzwi. Ma najmniej do powiedzenia, używa rzeczowego słownictwa, interesuje go biologiczny aspekt upojenia alkoholowego. Dlatego też Manepheus, podając sugestie przeciwdziałania bezcielesnemu rodzeństwu, zasugerował, jakie środki farmaceutyczne mogą pomóc ich ofiarom. Bezcielesne rodzeństwo - Kac i Delirium - można traktować dosłownie. Niejeden młodzian, po zbyt upojnej nocy, z bólem głowy deklarował, że umiera. Delirium zaś przechodzi od słów w czyn. Tutaj poszedłem trochę na łatwiznę, bo pokazałem tylko spłycone efekty Delirium, zaś Kac nie miał jeszcze okazji się objawić. Na przestrzeni tych paru tygodni stwierdzam, że mogłem dorzucić jeszcze kilka pomysłów do opowiadania. Może jak się zmobilizuję, to uzupełnię treść, poprawię wytknięte wcześniej błędy (niektóre powtórzenia zostawię) i opublikuję jako osobne opowiadanie. Ale to zabawa na kilka miesięcy... Pozdrawiam
  2. (Muszę częściej pojawiać się na forum, bo teraz głupio odpowiadać...) Jako że i tak nie widzę przyszłości w pisaniu, nie wspominając już o ideologii tworzenia "dla siebie", wolę praktykować pisanie pod kogoś, bo wiem, czego ten konkretny oceniający oczekuje - dobrej jakości prowadzonej opowieści i wielu subtelności zawartych w pojedynczych zdaniach. Problemem tego zabiegu jest nie tyle co nabywanie złych nawyków, co kondensowanie formy do tego stopnia, że bardzo mało osób przejdzie do tekstu przychylnie. Zamiast pisać o jednej rzeczy na trzy strony, wolę poruszyć trzy rzeczy w jednym akapicie, a to generuje mordeczyzmy, niezrozumienie, Łotyszy, ziemniaki, halucynacje i śmierć z niedożywienia. Możliwe jednak, że zbyt agresywnie zareagowałem na wylany kubeł zimnej wody, bo przecież nie każdego cechuje równie dolarowe podejście w ocenianiu treści. Tak po prawdzie powinienem pochylić pokornie głowę i po prostu wziąć się za poprawianie tekstu od strony technicznej, bo niektóre fragmenty niewątpliwie wymają korekty. Zgodnie z tą retoryką, powinienem w swoim imieniu przeprosić i zobligować się do powstrzymywania języka po otrzymaniu niezbyt korzystnych opinii. Moja buńczuczność to zweryfikuje przy następnej okazji. Żeby jednak wyjaśnić moje negatywne nastawienie, chciałbym poruszyć temat trochę szerzej, lecz zdaje mi się, że ten fragment bardziej pasowałby do wątku Żyjących Piszących - patrząc na te wyliczenia i informacje o problemach technicznych, nie dowiedziałem się właściwie niczego o samych wrażeniach z obcowania z lekturą. Bo gdybym teraz przysiadł, poprawił błędy redakcyjne i stylistyczne, treść wystawionej recenzji przestałaby pokrywać się z rzeczywistością. I na tym opierałem swój główny zarzut. Ocena jest rzeczą, która mnie akurat najmniej interesuje w tych konkursach, ponieważ biorąc udział w tak wielu forumowych konkursach literackich, spotkałem się z szeroką rozpiętością oczekiwań i opinii. Ot tym razem moje oczekiwania nie pokryły się z rzeczywistością. Pozdrawiam PS. Zgodnie z sugestiami zerknąłem do ustawień dokumentów Google i zmieniłem parę rzeczy. Jeśli następnym razem w treści recenzji padnie hasło o półpauzach, znajdę i bynajmniej nie przytulę.
  3. Generalnie nie mam nic przeciwko krytyce, przecież to główny powód brania udziału w tychże konkursach. Generalnie wyraziłem swoją akceptację, że część błędów faktycznie mogłem poprawić. Zazwyczaj mi się to nie zdarza, lecz szczerze powiedziawszy, poczułem pewien niedosyt względem tego, co otrzymałem. Pisząc opowiadania w GDocs, ograniczam się do możliwości samego edytora. Gdybym zastosował się do półpauz, zniszczyłbym tekst automatycznym wywołaniem wypunktowania, co wspomniane znaki generuje. Wtedy dostałbym minusy za to, że tekst zawiera niepotrzebne wcięcia czy nieintuicyjne przerwy. Rzecz jasna mógłbym zmodyfikować akapity, pisać sobie skryty zastępujące zwykłe spacje niełamliwymi, ale w pewnym momencie z humanisty zrobimy inżyniera. Mam nadzieję, że w przyszłości brak numeracji stron, nagłówka i stópki nie będzie czynnikiem dyskwalifikującym. Oczywiście sam jestem zwolennikiem wyjustowanego tekstu, bo jego brak wprowadza znaczący dyskomfort dla czytającego (zwłaszcza kiedy mówimy o szybkim czytaniu), jednakże próbowałbym zachować tu pewien rozsądek. To w końcu konkurs literacki a nie redaktorski. Zdaje sobie sprawę z wyolbrzymiania niektórych argumentów. Przyzwyczajony dolarowej jakości recenzji i usłyszawszy o zmianie jurora, oczekiwałem na mniej a i tak poczułem się zawiedziony. Bywa i tak. Podejrzewam, że piszący wyciągnęli lekcje z wytkniętych błędów. Liczę na to, że Pani Czytelniczka również nie przejdzie wobec naszych zarzutów obojętnie. Pozdrawiam
  4. Kwestii redakcyjnych tekstu nawet nie mam zamiaru szerzej komentować, bo równie dobrze całość można odrzucić z tytułu występujących bękartów czy braku łamania tekstu. Pozostałe wytknięcia zaś sugerują, że już po czwartej stronie Pani Czytelniczka sobie odpuściła i przeszła do kolejnego opowiadania. Nie dziwię się. Kwestia zwrotów grzecznościowych czy powtórzenia są tutaj zabiegami stylistycznym a że jestem osobą, która lubi naginać wszelkie zasady poprawnej pisowni na własne potrzeby, świadomie zawężam sobie tym samym grono osób, które z chęcią coś takiego czytają. Z tymże można mi zarzucić brak konsekwencji, bo nie wszystkie odniesienia do Władców są pisane od dużej litery. Powinienem być trochę bardziej dokładny przedstawiając ich i Tamtych. Z kolei literówki i błędy gramatyczne pokornie zaakceptuję. Cierpliwie (i naiwnie) poczekam na Dolara, zanim zacznę tłumaczyć, co sen, marazm, sumienie, *** i ******** mają cokolwiek wspólnego ze śmiercią, rzecz jasna w kontekście przedstawionego tekstu. Podsumowując, czy jestem niezadowolony z powodu takiego a nie innego osądu? Myślę, że nieusatysfakcjonowany najlepiej oddaje ten stan. Abstrahując od ocen czy argumentacji, w recenzji nie znalazłem tego, czego osobiście oczekiwałem. Pozdrawiam
  5. Njeh... Zło ponad podziałami [Mordeczowe] [Komedia] - ok. 2 200 słów. Pozdrawiam
  6. Na początek roku kalendarzowego wrzucam rozszerzony tekst, który zamieszczałem na łamach Konkursu Literackiego pt. "50 Twarzy Celestii". Po wielu cierpieniach udało mi się zakończyć opowiadanie i jest trochę dłuższe niż dotychczasowe jednostrzałowce, bo zawiera aż 45 stron i nie będzie w żaden sposób rozwijane. Opis: Księżniczka Celestia, zaczytując się w opowiadaniu fantasy pt. "Poczet Królów Polskich", poznaje legendę o Kazimierzu. Próbuje więc na własnej skórze przekonać się, czy przywdziewając skórę żebraka, spotka się z podobnymi reakcjami. W złotej klatce zaklęci Miłego czytania. Pozdrawiam
  7. Tak jakoś miałem wolną chwilę, to napisałem: https://docs.google.com/document/d/1wf803el-r-6ZAEqcSZRGPe6VM0v1TGBsr4sB6n466QI/edit Nie. To nie jest praca konkursowa z Konkursu Literackiego. Tamto... kiedyś dokończę... Jak dziesiątki innych zresztą. Poza tym zmieniłem wstęp do opowiadania; wywaliłem nawiązanie do Szkatuły, bo tylko wadziło; wywaliłem odnośniki do Miasta Duchów, co by nie dostawać powiadomień z prośbami o udostępnienie. I w sumie to tyle... Może bazgroły o przygodach Celestii w Żałobnym Mieście napiszę na Boże Narodzenie. Pozdrawiam
  8. Ech, przejrzał mnie. No trudno. Następnym* razem cię przechytrzę! Pozdrawiam _______ * czyli nie wcześniej niż za półtora roku
  9. Masz rację, @Sun, nikt już nie podeśle swojej pracy na konkurs. Dolarowi dzięki, że zdecydował się przedłużyć czas na oddawanie prac. Gdy ciekawość zabija boga [Mordeczowe] [Opowieści Żałobnego Miasta] [Adventure] Pozdrawiam
  10. Jeśli chodzi o Miasto Duchów, to dawno dawno temu podjąłem próbę jej przebudowy. Głównym motywem takiej decyzji była reorganizacja prowadzonej akcji - od dialogu do dialogu, bez konkretnego wpływu głównych bohaterów w sytuację. Odniosłem wrażenie, że uczynienie z Blindnessa biernego obserwatora wydarzeń było niekorzystne dla przebiegu historii. Poza tym chciałem lepiej oddać charakter pozostałych stronnictw biorących udział w lokalnym konflikcie - wszak na placu boju mamy Posta, Karnawała, "tego złego", Służbę Bezpieczeństwa i ich popleczników. Przy dobrych wiatrach, wliczając w to moje lenistwo, kiedyś powinien wyjść z tego dreszczowiec. Może i mijają "lata" od ostatnich publikacji, wciąż jakieś pojedyncze strony powstają. Również podjąłem się wysiłku zorganizowania notatnika obejmującego rys najistotniejszych wydarzeń w tworzonym pod-uniwersum. Nie wiem tylko, czy kolejne teksty tworzyć w wersji nieparzystokopytnej czy może bardziej uczłowieczonej. Poza tym nie będę ukrywał, że ukończenie studiów i podjęcie się pracy zarobkowej mocno uszczupla moje zasoby czasowe, a także chęci do "dokładania" sobie kolejnego etatu (patrz: lenistwo). Jak dorzucę jakiś nowy tekst (moim małym marzeniem jest skończenie "Miasta duchów"), to zrobię porządek w pierwszym poście. A póki co nie pozostaje mi chyba nic innego, jak bardzo ciepło podziękować za pamięć o Żałobnym Mieście i chęci poznawania jego kolejnych meandrów Pozdrawiam
  11. Tak dawno niczego nie publikowałem, że zdążyłem zapomnieć, jak się to robi... Odgrzebałem i dokończyłem jeden z przewodników po Nenji (chociaż w tym kontekście jest troszkę nie na miejscu). Mowa o kolejnym dziele Wszędobylskiego Travellera, tym razem przedstawiające sylwetki większości draconequi występujących w moich opowiadaniach związanych niebezpośrednio z cyklem. Panteon Wszędobylskiego Travellera A teraz wracam do pisania kilku słów dziennie do "Miasta duchów". Miłego czytania! Pozdrawiam
  12. Cóż mogę rzec…? Opowiadanie jest krótkie i za bardzo wyrwane z szerszego kontekstu. Czytelnik musi sobie wmówić, że tak rzeczywiście musiało się potoczyć, ponieważ nie miał zielonego pojęcia o intencjach bohaterów, okolicznościach wydarzeń czy miejscu akcji. Ot zabawa pewnego złego i przechytrzenie tego dobrego, czyli historia typu “jak zjeść ciasteczko, by mieć ciasteczko”. Bohaterowie są typowi dla tego gatunku i niestety za słabo zarysowani, żeby móc powiedzieć o nich coś wyjątkowego. Problem jednak z tym gatunkiem jest taki, że punkt przedstawienia samego punktu kulminacyjnego (zakładając, że ta scena właśnie taka była) powinien zostać mimo wszystko poprzedzony wieloma żmudnymi opisami odkrywania sprawcy i przeciwdziałania jego planom. W tym miejscu przypomina mi się porzekadło, że to nie cel jest najważniejszym punktem podróży a pokonana trasa. Załóżmy, że intencją autora było samo przedstawienie punktu kulminacyjnego. Rezultaty konfrontacji są pokazane w sposób szczątkowy - czytelnik wrzucony jest w sam środek konfliktu bez możliwości wcześniejszej, samodzielnej weryfikacji otoczenia. Akcja toczy się szybko i równie prędko wszystko się kończy. Pojedynczym stwierdzeniem zamykana jest historia o nie tak błyskotliwej pani detektyw. Na sam fajrant przeczytałem w opisie tematu, że łyknąłem opowiadanie konkursowe. Możliwe, że przez odgórnie nałożone ograniczenia efekt jest taki średni. Poczułbym się lepiej, jakby sam tekst był poprzedzony chociażby opisaniem szczegółów dostania się do środka, motywów ścigania tego konkretnego przestępcy oraz finalnie sposób jego fizycznego ujarzmienia. No, ale co by nie było za gorzko, to mogę rzec, iż tekst sam w sobie jest przygotowany dobrze. Strona techniczna czy stylistyka stoją na wysokim poziomie. Nie ma zgrzytów, czyta się przyjemnie. Nawet w obecnej formie można je uznać za kawał rzemieślniczej roboty. Pozdrawiam
  13. Przygodę z Rainbow i Discordem mogę uznać za przeczytaną. Cóż, wiele mógłbym powiedzieć na temat tego tekstu, więc... może zacznijmy od początku. Bohaterowie użyci do historii przypominają tych z serialu, przynajmniej z nastawienia do pokonywanych trudności. Discord tworzy własne definicje powszechnie znanych pojęć, Rainbow dzielnie przeciwstawia się jego tulaśnej hegemonii. Mam jednak pewne obawy co do bezcelowości działań Pana Chaosu. Nawet jeśli należy do postaci wywracających świat do góry nogami, jego prawdziwe intencje były skutecznie zawoalowane, a czytelnik/widz dopiero po jakimś czasie poznawał jego prawdziwe intencje. Tutaj mi tego brakuje - drażni Rainbow, bo ta odrzuciła jego "końskie zaloty". Można by wręcz rzec, iż pastwi się nad jej niedolą i podstawia kolejne kłody pod kopyta. Generalnie brakuje w tym puenty albo chociaż jakiegoś moralnego prztyczka w nos butnej, zacietrzewionej Rainbow. Mam być podległy silniejszym, bo inaczej spadną na mnie same nieszczęścia? Dość nieciekawa wizja. Co do samej Rainbow, to nie mam zdania. Ni ziębi, ni grzeje, ale to akurat dobrze - przypomina swój serialowy odpowiednik. Pozostaje jeszcze kwestia narracji. Przez całe opowiadanie autor nie potrafi się zdecydować, czy powinien prowadzić satyrę opartą na złośliwości i cierpieniu, czy opisywać faktyczną katorgę i znęcanie się nad poszkodowaną. Luźne podejście Discorda jest ciągle rozpraszane przez opisy przeżywanych boleści. Ciężko mi się dostosować do tak chaotycznego przedstawiania treści. W efekcie Pan Chaosu wywołuje ogólnie niesmak i swego rodzaju niechęć. Nie ulega namowom Rainbow, nie próbuje się zrehabilitować, by później bezwzględnie wykorzystać jej naiwność. Rainbow uparcie stawia na swoim, Discord na swoim i tak przez cały tekst, aż w końcu bohaterka zostaje magicznie teleportowana do rodzinnego domu, gdzie całą niepohamowaną wiązankę puszcza swojej matce. Co do kwestii opisów - miałem wrażenie, że autor nie ma pomysłu na to, co można by wpleść między akapity, więc co jakiś czas powtarza wcześniej podane informacje o stanie zdrowia Rainbow, panującej pogodzie, niedogodnościach itd. Czy to chmury, czy to jaskinia, wszędzie boli, jest zimno, głowa rozcięta, kości połamane, Discord już jest w ogródku i wita się z gąską. Nowe rozwiązania oraz pomysły są tylko inaczej oddanymi starymi problemami. Ciut kreatywniejsze podejście do pokonywania i mnożenia trudności mogłoby zaowocować kolejnymi przygodami czy powodami do sprzeczek. Sam tekst czyta się dobrze. Tak na kilka przystanków autobusowych albo do porannego śniadania. Może i pozostawia po sobie mieszane uczucia, ale dzięki przystępnej formie oraz znikomej ilości błędów można mu wiele wybaczyć. Pozdrawiam
  14. Doszedłem do wniosku, że napisany przeze mnie tekst potrzebuje potężnej korekty oraz przemyślenia niektórych rozpisanych wątków. Tym razem wolałem się powstrzymać przed strzelanie sobie w stopę wyrzutnią rakietową. Jak poprawię swój tekst, wtedy wrzucę go na forum... bo w sumie i tak nie będę miał, co z nim zrobić. Pozdrawiam
  15. Wreszcie, po wielu miesiącach (ponad 11!), udało mi się zakończyć lekturę “Kresów”. Nie wynikało to bynajmniej z jakości czytanego tekstu - raczej z braku możliwości czytania w wolnym czasie. Kiedy to moja sytuacja życiowa się ustabilizowała, mogłem wsiąść do ciepłego autobusu, włączyć smartfona i zanurzyć się w świecie Cevalonii oraz jej potomków. Dla mnie, typowego poszukiwacza opowiadań z sekcji plastrów życia, pierwsze opowiadania były zachwycające. Cieszyłem się nie z tego, że bohaterom źle się powodzi - raczej urzekło mnie nie do końca klarowne przedstawienie problemu, ukryte urazy wujka antagonisty do adoptowanego oraz wszelkie bezowocne próby poprawienia zaistniałej sytuacji. Naprawdę ciekawie to wyglądało. Forma, zamysł oraz narracja bardzo zachęciły do poznawania dalszych części historii. Kolejne rozdziały zaczęły klarować sytuację głównych bohaterów, stawiało ich w różnych sytuacjach i tworzyło nowe środowiska. Autor powoli przedstawiał sytuację geopolityczną Equestrii z perspektywy wolnych strzelców działających na krawędzi prawa. Z czasem dochodziło do konfliktów wewnętrznych, walk z nowymi trudnościami itp. Poznając perypetie stawiania pierwszych kroków w Equestrii przez dwójkę ogierów, dobrze się bawiłem. Bogate opisy, niektóre zahaczające o grafomaństwo* przemyślenia budowały prostą, spokojną historię. *niektóre idee krążące po umysłach głównych bohaterów nie pasowały do wytyczonej narracji, sprawiając wrażenie niepotrzebnie rozciągniętych/napoczętych wątków. Zwłaszcza, że większość tych przemyśleń zaprowadzała bohaterów (i niekiedy czytelników) w ślepy zaułek. Może nawet zbyt spokojną, moim zdaniem. Bohaterowie, którzy powinni stanowić siłę napędową opowiadań, najczęściej są biernymi obserwatorami wydarzeń, w jakich się znajdują. Mam wrażenie, że bohaterom brakuje pewnego uzupełnienia. Ich urok z pierwszych tekstów w pewnym momencie ucieka, pozostawiając nieuzupełnioną pustkę. Brakuje poruszających momentów czy pewnych optymistycznych zwrotów akcji. Przydałoby się stworzyć kilka optymistycznych wątków albo wizji, co by na nowo rozbudzać ciekawość czytelnika, zamiast spłycać świat do perspektywy szczutego przez los najmity. Fenrir za bardzo przypomina chorągiewkę na wietrze, zwłaszcza w obliczu antynajmickiej polityki Celestii. W momencie eskalacji konfliktu nie opowiada się za żadną ze stron, błądząc między możliwościami. Ostatecznie nie podejmuje konkretnych działań, tylko decyduje się na brnięcie głębiej w to samo bagno, w którym wcześniej się znalazł. Glepnir może jest po prostu zbyt młody i dlatego jest uwiązany w jednym miejscu, ale jedyne, czego się o nim dowiadujemy, to jego naturalny brak predyspozycji do zostania czarodziejem. O Gelgii można powiedzieć jeszcze mniej, ponieważ jej obecności uświadczymy głównie w pierwszych tekstach. Na podobną przypadłość cierpią antagoniści - każdy z nich jest jednowymiarowy, najczęściej gderliwy, bucowaty i nieprzyjemny w odbiorze. Z tej grupy wybija się jedynie Spicy i jej mizantropiczny despotyzm. Pozostaje sprawa Silkflake oraz Wigilii Serdeczności. Wiem, że było już to wcześniej poruszane przez innych czytelników, ale zwróciłem uwagę na jeszcze jedną rzecz. A właściwie jej brak. Nie doczytałem się, jak ostatecznie zareagowała Silkflake na sprowadzenie do jej domu zupełnie nieznanych ludzi. Jak zmieniły się relacje pomiędzy wujkiem antagonistą a niechcianym Fenrirem? Jak Twisted Vein dorobił się statusu szefa najemników? Jest za dużo niedopowiedzianych albo uciętych w niewłaściwym momencie wątków. Odniosłem wrażenie, że "Spełnianie Życzeń" zostało napisane za szybko. Jeśli ktokolwiek zapytałby mnie, komu warto polecić “Kresy”, z pewnością byłyby to osoby lubujące się w długich opisach, ckliwych momentów i monotonnej akcji. Nie oznacza to jednak, że wszystkie sceny są przedstawione w sielankowy sposób. W tekście jest kilka żwawych momentów, ponurych wątków oraz nieprzewidywalnych pomysłów. Szczególnie polecam teksty dotyczące pierwszych lat życia głównych bohaterów. Mam nadzieję, że seria będzie kontynuowana. Dobrze się to czyta. Pozdrawiam