Mordecz

Brony
  • Zawartość

    357
  • Rejestracja

  • Ostatnio

Reputacja

234 Świetna (Great and Powerful Reputation)

8 obserwujących

O Mordecz

  • Ranga
    Maestro braku puenty
  • Urodziny 09/16/1991

Informacje profilowe

  • Płeć
    Ogier

Ostatnio na profilu byli

2889 wyświetleń profilu
  1. Na początek roku kalendarzowego wrzucam rozszerzony tekst, który zamieszczałem na łamach Konkursu Literackiego pt. "50 Twarzy Celestii". Po wielu cierpieniach udało mi się zakończyć opowiadanie i jest trochę dłuższe niż dotychczasowe jednostrzałowce, bo zawiera aż 45 stron i nie będzie w żaden sposób rozwijane. Opis: Księżniczka Celestia, zaczytując się w opowiadaniu fantasy pt. "Poczet Królów Polskich", poznaje legendę o Kazimierzu. Próbuje więc na własnej skórze przekonać się, czy przywdziewając skórę żebraka, spotka się z podobnymi reakcjami. W złotej klatce zaklęci Miłego czytania. Pozdrawiam
  2. Tak jakoś miałem wolną chwilę, to napisałem: https://docs.google.com/document/d/1wf803el-r-6ZAEqcSZRGPe6VM0v1TGBsr4sB6n466QI/edit Nie. To nie jest praca konkursowa z Konkursu Literackiego. Tamto... kiedyś dokończę... Jak dziesiątki innych zresztą. Poza tym zmieniłem wstęp do opowiadania; wywaliłem nawiązanie do Szkatuły, bo tylko wadziło; wywaliłem odnośniki do Miasta Duchów, co by nie dostawać powiadomień z prośbami o udostępnienie. I w sumie to tyle... Może bazgroły o przygodach Celestii w Żałobnym Mieście napiszę na Boże Narodzenie. Pozdrawiam
  3. Ech, przejrzał mnie. No trudno. Następnym* razem cię przechytrzę! Pozdrawiam _______ * czyli nie wcześniej niż za półtora roku
  4. Masz rację, @Sun, nikt już nie podeśle swojej pracy na konkurs. Dolarowi dzięki, że zdecydował się przedłużyć czas na oddawanie prac. Gdy ciekawość zabija boga [Mordeczowe] [Opowieści Żałobnego Miasta] [Adventure] Pozdrawiam
  5. Jeśli chodzi o Miasto Duchów, to dawno dawno temu podjąłem próbę jej przebudowy. Głównym motywem takiej decyzji była reorganizacja prowadzonej akcji - od dialogu do dialogu, bez konkretnego wpływu głównych bohaterów w sytuację. Odniosłem wrażenie, że uczynienie z Blindnessa biernego obserwatora wydarzeń było niekorzystne dla przebiegu historii. Poza tym chciałem lepiej oddać charakter pozostałych stronnictw biorących udział w lokalnym konflikcie - wszak na placu boju mamy Posta, Karnawała, "tego złego", Służbę Bezpieczeństwa i ich popleczników. Przy dobrych wiatrach, wliczając w to moje lenistwo, kiedyś powinien wyjść z tego dreszczowiec. Może i mijają "lata" od ostatnich publikacji, wciąż jakieś pojedyncze strony powstają. Również podjąłem się wysiłku zorganizowania notatnika obejmującego rys najistotniejszych wydarzeń w tworzonym pod-uniwersum. Nie wiem tylko, czy kolejne teksty tworzyć w wersji nieparzystokopytnej czy może bardziej uczłowieczonej. Poza tym nie będę ukrywał, że ukończenie studiów i podjęcie się pracy zarobkowej mocno uszczupla moje zasoby czasowe, a także chęci do "dokładania" sobie kolejnego etatu (patrz: lenistwo). Jak dorzucę jakiś nowy tekst (moim małym marzeniem jest skończenie "Miasta duchów"), to zrobię porządek w pierwszym poście. A póki co nie pozostaje mi chyba nic innego, jak bardzo ciepło podziękować za pamięć o Żałobnym Mieście i chęci poznawania jego kolejnych meandrów Pozdrawiam
  6. Tak dawno niczego nie publikowałem, że zdążyłem zapomnieć, jak się to robi... Odgrzebałem i dokończyłem jeden z przewodników po Nenji (chociaż w tym kontekście jest troszkę nie na miejscu). Mowa o kolejnym dziele Wszędobylskiego Travellera, tym razem przedstawiające sylwetki większości draconequi występujących w moich opowiadaniach związanych niebezpośrednio z cyklem. Panteon Wszędobylskiego Travellera A teraz wracam do pisania kilku słów dziennie do "Miasta duchów". Miłego czytania! Pozdrawiam
  7. Cóż mogę rzec…? Opowiadanie jest krótkie i za bardzo wyrwane z szerszego kontekstu. Czytelnik musi sobie wmówić, że tak rzeczywiście musiało się potoczyć, ponieważ nie miał zielonego pojęcia o intencjach bohaterów, okolicznościach wydarzeń czy miejscu akcji. Ot zabawa pewnego złego i przechytrzenie tego dobrego, czyli historia typu “jak zjeść ciasteczko, by mieć ciasteczko”. Bohaterowie są typowi dla tego gatunku i niestety za słabo zarysowani, żeby móc powiedzieć o nich coś wyjątkowego. Problem jednak z tym gatunkiem jest taki, że punkt przedstawienia samego punktu kulminacyjnego (zakładając, że ta scena właśnie taka była) powinien zostać mimo wszystko poprzedzony wieloma żmudnymi opisami odkrywania sprawcy i przeciwdziałania jego planom. W tym miejscu przypomina mi się porzekadło, że to nie cel jest najważniejszym punktem podróży a pokonana trasa. Załóżmy, że intencją autora było samo przedstawienie punktu kulminacyjnego. Rezultaty konfrontacji są pokazane w sposób szczątkowy - czytelnik wrzucony jest w sam środek konfliktu bez możliwości wcześniejszej, samodzielnej weryfikacji otoczenia. Akcja toczy się szybko i równie prędko wszystko się kończy. Pojedynczym stwierdzeniem zamykana jest historia o nie tak błyskotliwej pani detektyw. Na sam fajrant przeczytałem w opisie tematu, że łyknąłem opowiadanie konkursowe. Możliwe, że przez odgórnie nałożone ograniczenia efekt jest taki średni. Poczułbym się lepiej, jakby sam tekst był poprzedzony chociażby opisaniem szczegółów dostania się do środka, motywów ścigania tego konkretnego przestępcy oraz finalnie sposób jego fizycznego ujarzmienia. No, ale co by nie było za gorzko, to mogę rzec, iż tekst sam w sobie jest przygotowany dobrze. Strona techniczna czy stylistyka stoją na wysokim poziomie. Nie ma zgrzytów, czyta się przyjemnie. Nawet w obecnej formie można je uznać za kawał rzemieślniczej roboty. Pozdrawiam
  8. Przygodę z Rainbow i Discordem mogę uznać za przeczytaną. Cóż, wiele mógłbym powiedzieć na temat tego tekstu, więc... może zacznijmy od początku. Bohaterowie użyci do historii przypominają tych z serialu, przynajmniej z nastawienia do pokonywanych trudności. Discord tworzy własne definicje powszechnie znanych pojęć, Rainbow dzielnie przeciwstawia się jego tulaśnej hegemonii. Mam jednak pewne obawy co do bezcelowości działań Pana Chaosu. Nawet jeśli należy do postaci wywracających świat do góry nogami, jego prawdziwe intencje były skutecznie zawoalowane, a czytelnik/widz dopiero po jakimś czasie poznawał jego prawdziwe intencje. Tutaj mi tego brakuje - drażni Rainbow, bo ta odrzuciła jego "końskie zaloty". Można by wręcz rzec, iż pastwi się nad jej niedolą i podstawia kolejne kłody pod kopyta. Generalnie brakuje w tym puenty albo chociaż jakiegoś moralnego prztyczka w nos butnej, zacietrzewionej Rainbow. Mam być podległy silniejszym, bo inaczej spadną na mnie same nieszczęścia? Dość nieciekawa wizja. Co do samej Rainbow, to nie mam zdania. Ni ziębi, ni grzeje, ale to akurat dobrze - przypomina swój serialowy odpowiednik. Pozostaje jeszcze kwestia narracji. Przez całe opowiadanie autor nie potrafi się zdecydować, czy powinien prowadzić satyrę opartą na złośliwości i cierpieniu, czy opisywać faktyczną katorgę i znęcanie się nad poszkodowaną. Luźne podejście Discorda jest ciągle rozpraszane przez opisy przeżywanych boleści. Ciężko mi się dostosować do tak chaotycznego przedstawiania treści. W efekcie Pan Chaosu wywołuje ogólnie niesmak i swego rodzaju niechęć. Nie ulega namowom Rainbow, nie próbuje się zrehabilitować, by później bezwzględnie wykorzystać jej naiwność. Rainbow uparcie stawia na swoim, Discord na swoim i tak przez cały tekst, aż w końcu bohaterka zostaje magicznie teleportowana do rodzinnego domu, gdzie całą niepohamowaną wiązankę puszcza swojej matce. Co do kwestii opisów - miałem wrażenie, że autor nie ma pomysłu na to, co można by wpleść między akapity, więc co jakiś czas powtarza wcześniej podane informacje o stanie zdrowia Rainbow, panującej pogodzie, niedogodnościach itd. Czy to chmury, czy to jaskinia, wszędzie boli, jest zimno, głowa rozcięta, kości połamane, Discord już jest w ogródku i wita się z gąską. Nowe rozwiązania oraz pomysły są tylko inaczej oddanymi starymi problemami. Ciut kreatywniejsze podejście do pokonywania i mnożenia trudności mogłoby zaowocować kolejnymi przygodami czy powodami do sprzeczek. Sam tekst czyta się dobrze. Tak na kilka przystanków autobusowych albo do porannego śniadania. Może i pozostawia po sobie mieszane uczucia, ale dzięki przystępnej formie oraz znikomej ilości błędów można mu wiele wybaczyć. Pozdrawiam
  9. Doszedłem do wniosku, że napisany przeze mnie tekst potrzebuje potężnej korekty oraz przemyślenia niektórych rozpisanych wątków. Tym razem wolałem się powstrzymać przed strzelanie sobie w stopę wyrzutnią rakietową. Jak poprawię swój tekst, wtedy wrzucę go na forum... bo w sumie i tak nie będę miał, co z nim zrobić. Pozdrawiam
  10. Wreszcie, po wielu miesiącach (ponad 11!), udało mi się zakończyć lekturę “Kresów”. Nie wynikało to bynajmniej z jakości czytanego tekstu - raczej z braku możliwości czytania w wolnym czasie. Kiedy to moja sytuacja życiowa się ustabilizowała, mogłem wsiąść do ciepłego autobusu, włączyć smartfona i zanurzyć się w świecie Cevalonii oraz jej potomków. Dla mnie, typowego poszukiwacza opowiadań z sekcji plastrów życia, pierwsze opowiadania były zachwycające. Cieszyłem się nie z tego, że bohaterom źle się powodzi - raczej urzekło mnie nie do końca klarowne przedstawienie problemu, ukryte urazy wujka antagonisty do adoptowanego oraz wszelkie bezowocne próby poprawienia zaistniałej sytuacji. Naprawdę ciekawie to wyglądało. Forma, zamysł oraz narracja bardzo zachęciły do poznawania dalszych części historii. Kolejne rozdziały zaczęły klarować sytuację głównych bohaterów, stawiało ich w różnych sytuacjach i tworzyło nowe środowiska. Autor powoli przedstawiał sytuację geopolityczną Equestrii z perspektywy wolnych strzelców działających na krawędzi prawa. Z czasem dochodziło do konfliktów wewnętrznych, walk z nowymi trudnościami itp. Poznając perypetie stawiania pierwszych kroków w Equestrii przez dwójkę ogierów, dobrze się bawiłem. Bogate opisy, niektóre zahaczające o grafomaństwo* przemyślenia budowały prostą, spokojną historię. *niektóre idee krążące po umysłach głównych bohaterów nie pasowały do wytyczonej narracji, sprawiając wrażenie niepotrzebnie rozciągniętych/napoczętych wątków. Zwłaszcza, że większość tych przemyśleń zaprowadzała bohaterów (i niekiedy czytelników) w ślepy zaułek. Może nawet zbyt spokojną, moim zdaniem. Bohaterowie, którzy powinni stanowić siłę napędową opowiadań, najczęściej są biernymi obserwatorami wydarzeń, w jakich się znajdują. Mam wrażenie, że bohaterom brakuje pewnego uzupełnienia. Ich urok z pierwszych tekstów w pewnym momencie ucieka, pozostawiając nieuzupełnioną pustkę. Brakuje poruszających momentów czy pewnych optymistycznych zwrotów akcji. Przydałoby się stworzyć kilka optymistycznych wątków albo wizji, co by na nowo rozbudzać ciekawość czytelnika, zamiast spłycać świat do perspektywy szczutego przez los najmity. Fenrir za bardzo przypomina chorągiewkę na wietrze, zwłaszcza w obliczu antynajmickiej polityki Celestii. W momencie eskalacji konfliktu nie opowiada się za żadną ze stron, błądząc między możliwościami. Ostatecznie nie podejmuje konkretnych działań, tylko decyduje się na brnięcie głębiej w to samo bagno, w którym wcześniej się znalazł. Glepnir może jest po prostu zbyt młody i dlatego jest uwiązany w jednym miejscu, ale jedyne, czego się o nim dowiadujemy, to jego naturalny brak predyspozycji do zostania czarodziejem. O Gelgii można powiedzieć jeszcze mniej, ponieważ jej obecności uświadczymy głównie w pierwszych tekstach. Na podobną przypadłość cierpią antagoniści - każdy z nich jest jednowymiarowy, najczęściej gderliwy, bucowaty i nieprzyjemny w odbiorze. Z tej grupy wybija się jedynie Spicy i jej mizantropiczny despotyzm. Pozostaje sprawa Silkflake oraz Wigilii Serdeczności. Wiem, że było już to wcześniej poruszane przez innych czytelników, ale zwróciłem uwagę na jeszcze jedną rzecz. A właściwie jej brak. Nie doczytałem się, jak ostatecznie zareagowała Silkflake na sprowadzenie do jej domu zupełnie nieznanych ludzi. Jak zmieniły się relacje pomiędzy wujkiem antagonistą a niechcianym Fenrirem? Jak Twisted Vein dorobił się statusu szefa najemników? Jest za dużo niedopowiedzianych albo uciętych w niewłaściwym momencie wątków. Odniosłem wrażenie, że "Spełnianie Życzeń" zostało napisane za szybko. Jeśli ktokolwiek zapytałby mnie, komu warto polecić “Kresy”, z pewnością byłyby to osoby lubujące się w długich opisach, ckliwych momentów i monotonnej akcji. Nie oznacza to jednak, że wszystkie sceny są przedstawione w sielankowy sposób. W tekście jest kilka żwawych momentów, ponurych wątków oraz nieprzewidywalnych pomysłów. Szczególnie polecam teksty dotyczące pierwszych lat życia głównych bohaterów. Mam nadzieję, że seria będzie kontynuowana. Dobrze się to czyta. Pozdrawiam
  11. Z racji na terminy (30 dni to wbrew pozorom mało, zwłaszcza gdy w połowie grudnia wpadnie kryzys twórczy :/ ) zacząłem już skrobać pojedyncze strony. Mogę co najwyżej powiedzieć, że finalny tekst będzie pozbawiony puenty i nikt tego nie zrozumie Poza tym - od dawna miałem pewną szaloną koncepcję do zrealizowania, tak więc z racji na temat konkursu będzie okazja się wykazać... i walnąć jakąś gafę przy okazji. Pozdrawiam
  12. Cóż, wniosek z tego taki, że regularne branie udziału w Konkursach Literackich pomogło mi się rozwinąć (dziękuję Pan Dolar) przy jednoczesnej degeneracji pisania zakończeń, co doprowadza do nagłego urwania akcji albo niepotrzebnym rozczulaniu się Muszę w przyszłości nad tym popracować. Zanim jednak cokolwiek opublikuję, muszę "Miasto duchów" doprowadzić do stanu czytelności, a to jeszcze trochę potrwa. "Miasto duchów" mimo wszystko będzie ponure, a "Spotkanie na szczycie" w założeniach ma być ckliwe. Może po zamknięciu tych dwóch rozdziałów i przebudowaniu całego pierwszego postu, zacznę pisać bardziej obyczajowe teksty. Cóż, bardzo optymistyczna ta wizja. Dziękuję i pozdrawiam
  13. Abyś nie stracił zapału do organizowania Konkursów Literackich! Straciłbym wiernego czytelnika.

     

    Pozdrawiam

  14. Z chęcią przygarnę przepis, zwłaszcza że ostatnio zacząłem sobie gotować żarcie do pracy #słoikstyle Pozdrawiam
  15. Czyta się całkiem nieźle, pewnie z racji na śladową ilość błędów i niezły styl. Wizerunek dbającego, postawionego w beznadziejnej sytuacji ojca oraz pozbawionego ratunku syna nadaje opowiadaniu specyficzne tempo - próbujesz osiągnąć cel albo przechodzisz do historii. Niestety nie sposób nie narzekać na to, że tekst jest napisany pod gradobicie. Wszystko musiało zostać podane zdawkowo, a niektóre sceny wręcz prosiły się o rozwinięcie. Ponadto brakowało mi zaznaczenia skali (albo tego nie zauważyłem), ale migracja dwóch kucyków to jeszcze nie jest exodus Ciężko mi cokolwiek konkretnego zarzucić albo pogratulować - tekstu jest za mało, aby móc właściwie to ocenić. Pozdrawiam