Jump to content

[GRA] Zagadka [Harry Potter] [~Magus]


Elizabeth Eden
 Share

Recommended Posts

Elisabeth podeszła trochę w stronę wejścia do Pokoju Wspólnego.

- Czy ja wiem... - powiedziała z powątpiewaniem, ale nie dodała drugiej części: jeśli to Riddle pójdzie do profesora Slughorna i mu to zgłosi, nie będzie nawet sensu, żeby się tłumaczyła. Profesor go uwielbiał, co było chyba jedyną rzeczą, której w nim nie lubiła. A po tym co powiedziała dzisiaj Riddle'owi miała jakieś dziwne przeczucie, że jej szlaban będzie trwał co najmniej tydzień. Posmutniała trochę na samą myśl o zawodzie jaki sprawi opiekunowi swojego domu.

 

Lisa zacisnęła ze zdenerwowania zęby, kiedy usłyszała następne słowa Alana.

- Co zrobiłeś? Groziłeś mu? - jej głos trochę zadrżał. Znów odgarnęła włosy i kontynuowała słabo - Alan, czemu? Przecież on się na pewno za to zemści, boję się o ciebie - dodała z naciskiem i schowała twarz w dłoniach, chociaż już nie płakała. Na pytanie przyjaciela pokręciła tylko szybko głową. - Nie wiem... on jest po prostu straszny, ja naprawdę nie wiem dlaczego. Wiem, że to brzmi żałośnie - uśmiechnęła się krzywo. - Ale tak jest. Może chodzi o jego oczy. Czasami mam wrażenie... - ściszyła głos tak bardzo, że ledwo dało się ją usłyszeć. - ... że mnie nienawidzi, chociaż nie wiem czemu - oparła się plecami o zimny mur.

 

Elisabeth pomyślała o tym, że chciałaby już zakończyć tę rozmowę. Doskonale zdawała sobie sprawę jak idiotycznie i nonsensownie brzmiała, do tego zerwała Alana z łóżka, kiedy powinien odpoczywać przed jutrzejszym dniem. Najgorsze było jednak to, że najprawdopodobniej jej przyjaciel podpadł teraz Riddle'owi. Czy gdyby się tak głupio nie rozkleiła i po prostu wróciła do dormitorium, to doszłoby do tego wszystkiego? Pewnie, że nie. Zacisnęła ze złością zęby, przeklinając swoją słabość.

Link to comment
Share on other sites

- Cokolwiek byś powiedziała nigdy bym nie uznał, że jest żałosne - powiedziałem z uśmiechem znów kładąc jej dłoń na ramieniu i kierując swój wzrok na jej twarz. - Strach nie rodzi się bez powodu moja droga jestem, co do tego pewny może widzisz coś, czego my nie jesteśmy wokół w stanie zobaczyć. Tak samo jak to uczucie, które ci towarzyszy. Skoro coś ci mówi, że czuje do ciebie nienawiść być może tak jest do niedawna sam nie byłem już niczego pewny, ale po tych wszystkich niedawnych incydentach - stwierdziłem kręcąc głową by zaraz znów wrócić do spokojnego tonu. - Nie pozwolę jednak nigdy mu zrobić tobie żadnej krzywdy i proszę byś to sobie zapamiętała - dodałem z uśmiechem. Czy mogło być możliwym by Elisabeth dostrzegła w Tomie coś więcej niż my wszyscy? Dla mnie był tylko zwykłym uczniem bardziej zdolnym niż większość, ale jednak był taki jak my. Nie wiedziałem powodu bym miał się go bać, dlatego też nie pozwolę mu tak traktować Elisabeth.

 

- Sądzę, że już wystarczy ci zmartwień na dzisiaj Elisabeth. To bardzo miłe, że się tak o mnie troszczysz jednak cokolwiek dostrzegasz w Tomie powinnaś już wiedzieć, że nie musisz się o mnie martwić potrafię o siebie zadbać na mnie jego sztuczki nie działają - dodałem z uśmiechem. Taka była prawda nie sądziłem by jakimiś gierkami słownymi mógł mnie doprowadzić do płaczu czy załamania. Może nastawiać wszystkich przeciwko mnie a i tak nie zdoła mnie złamać.

- Sądzę, że już jest za późno a ty wiele dziś przeżyłaś. Powinnaś zapomnieć o wszystkich zmartwieniach, które cię dziś spotkały i udać się do swojego dormitorium wypocząć przed trudami jutrzejszego dnia. Jutro ponownie się spotkamy - mówiłem nadal z uśmiechem w jej kierunku i przy okazji puszczając jej ramię.

Link to comment
Share on other sites

Oh, gdyby chodziło tylko o słowne gierki - Lisa pomyślała z napięciem, ale nie powiedziała tego na głos. Weszli do opustoszałego Pokoju Wspólnego i wtedy Elisabeth nagle odwróciła się i ostatni raz przytuliła Alana.

- Masz rację. Dziękuję ci. Jesteś najlepszym przyjacielem na świecie - powiedziała cicho, nie do końca jednak pewna pierwszego zdania. Potem uśmiechnęła się ciepło do Alana i ruszyła w stronę dormitoriów dziewcząt.

 

Na korytarzu stała się jednak dość niepewna. Czy Vivienne wróciła już do sypialni? Stanęła pod drzwiami i z irytacją przetarła oczy. Tego jeszcze brakowało, żeby zobaczyła ślady po jej łzach. Ostrożnie uchyliła drzwi, a potem weszła do środka. Vivienne nie było. Na szczęście. Od razu dało się jednak zauważyć, że pokój podzielił się na dwa obozy. Stephanie siedziała z założonymi rękami na swoim łóżku, co prawda już przebrana, ale notatnik w jej ręku sugerował, że nie zamierza szybko iść spać, pewnie będzie coś rysować. Posyłała jednak nieprzyjemne spojrzenia schowanej już pod kołdrą Margaret oraz opartej o wezgłowie swojego łóżka Judith, również w pidżamie. Dziewczyny wydawały się przeprowadzać walkę na spojrzenia, ale kiedy Lisa zamknęła za sobą drzwi Stephanie poderwała głowę i powiedziała z małym uśmiechem:

- Witamy z powrotem, Lisa. Kładź się już, bo jutro będziesz padnięta. - powiedziała ciepło. Adelia wydawała się już spać. Nawet jeśli Stephanie i Judith zauważyły jej zaczerwienione oczy nie zareagowały na to, Judith uniosła tylko z zaciekawieniem brwi.

 

- Czy nie powinnam powiedzieć ci tego samego, Stephanie? - zapytała Lisa z nutą swojej zwykłej pogody i wskoczyła na łóżko. Wyjęła z kufra swoją koszulę nocną. Była długa do łydek, a rękawy miała do łokci, Lisie zawsze bardzo podobał się jej zielony kolor i kwiatowy wzór. Zasunęła szybko zasłony wokół swojego łóżka, a potem, po przebraniu się, położyła głowę na poduszce, bez odsłaniania ich. Jeśli przyjdzie Vivienne, nie chciała na tę jędzę już więcej patrzeć. Przez dłużą chwilę rozmyślała nad tym, jak szybko zepsuł się jej dzisiejszy dzień. W międzyczasie usłyszała trzaśnięcie drzwi i kilka obrzydliwych szeptów pomiędzy Judith, Vivienne i Margaret. Nie skupiała się na tym, o czym mówią. Potem usłyszała szumy w łóżku obok - Stephanie szykowała się do snu. Na skraju świadomości przyszła jej jednak do głowy pocieszająca myśl - dzisiejszy dzień zaczął się przecież świetnie, najpierw w domu, z mamą, tatą i Nony'm, jej młodszym braciszkiem, który tak naprawdę ma na imię Nathan. Potem na peronie i w pociągu, z Alanem. Przecież ten rok miał być szczęśliwym rokiem i kilka dziwnych zbiegów okoliczności tego nie zniszczy, prawda? Doadnie.......

 

***

Alan

 

W dormitorium Ślizgonów z piątego roku sytuacja wydawała się być mniej napięta. Hector definitywnie już spał. Mulciber, Malfoy, oraz Lestrange również wydawali się być we śnie, trudno było stwierdzić, kotary ich łóżek były zaciągnięte. Nie dochodził jednak zza nich żaden dźwięk, poza ewentualnym cichym oddechem. Jedynie Tom Riddle nie wydawał się senny, nie był nawet przebrany. Złożył tylko elegancko swoje szkolne szaty i zdjął buty, siedząc teraz na łóżku w spodniach i koszuli. Na jego nocnym stoliku paliła się samotna świeca, a sam chłopak opierał się o poduszki i studiował jakąś niezidentyfikowaną księgę. Kiedy Alan wszedł do środka podniósł na chwilę głowę, żeby posłać mu mały uśmiech, który w cieniach, rzucanych przez to marne oświetlenie, mógł wydawać się nieco przerażający. Potem jednak obojętnie wrócił do swojej lektury, nie odzywając się ani słowem.

Edited by Elizabeth Eden
Link to comment
Share on other sites

Odwzajemniłem uścisk Elisabeth by zaraz ją puścić i ciepło się do niej uśmiechnąć. Miałem nadzieje, że teraz już wszystko będzie szło spokojnie. Czekałem jednak aż Elisabeth opuści pokój wspólny. Musiałem być pewny, że nie napotkają już jej żadne niespodzianki w drodze do dormitorium. Jednak, gdy tylko Elisabeth wyszła została ze mną tylko cisza, która otaczała mnie ze wszystkich stron. Najwyraźniej już nie napotkała na drodze Toma ani Vivienne i dotarła spokojnie na miejsce. Nie miałem powodu by tu dalej zostawać. Powoli sam zacząłem opuszczać pokój wspólny by skierować się do swojego dormitorium.

 

Droga jak zwykle nie była długa i przebiegła spokojnie. Nie napotkałem niczego ani nikogo już po drodze. W samym dormitorium wszyscy już spali. No prawie wszyscy Tom nie wyglądał na takiego, co ma ochotę zasnąć. Nie byłem do końca pewny, co on czyta, ale to na pewno nie był podręcznik szkolny, Zresztą, jakie to miało znaczenie? Wciąż byłem na niego wściekły, gdy tylko przypominałem sobie, w jakim stanie była Elisabeth. Zmarszczyłem lekko brwi widząc jego uśmiech w moim kierunku. Jeśli sadził, że tak może mnie przestraszyć to chyba słabo mnie znał. Poszedłem w stronę swojego kufra by wyjąć z niego ponownie swoją śnieżno białą piżamę. Zdjąłem z siebie szaty a następnie się w nią przebrałem i położyłem do łóżka. Nic nie powiedziałem do Toma zamykając oczy i próbując pogrążyć się we śnie. Chociaż nie byłem pewny czy będzie to takie łatwe biorąc pod uwagę zdenerwowanie, jakie mnie ogarnęło w ostatnim czasie. Miałem jednak nadzieje, że chociaż Elisabeth już zasnęła i w końcu, choć trochę wypocznie po tym feralnym dniu.

Link to comment
Share on other sites

Ranek. W dormitorium dziewcząt w Slytherinie musiał rozpocząć się chaosem.

- Czy ja w ogóle spakowałam jakiekolwiek sensowne buty? - Lisa przykryła się kołdrą, spod której wystawała teraz tylko jej ruda czupryna. Dajcie spać...

- Nie możesz ubrać tych, które miałaś wczoraj? - miękki głos Adelii.

- Nie, one są eleganckie, tylko na rozpoczęcie, zakończenie, no i na egzaminy. Muszę mieć gdzieś zwykłe czarne pantofle...

Lisa odrzuciła kołdrę i podniosła się na łokciach przesuwając zaspanymi oczami po pokoju. Adelia siedziała już ubrana i czesała swoje jasnobrązowe włosy, natomiast Stephanie dreptała w samej koszuli i spódnicy, z jedną skarpetką na nodze, co chwilę rozglądając się po bałaganie, jaki znów zrobiła wokół łóżka. Judith i Vivienne nie było, a Margaret stała w ciszy obok swojej półki i spryskiwała się jakimś pachnidłem, nie patrząc w ich stronę.

- Dziewczyny, śniadanie już trwa? - zapytała Lisa siadając i przygładzając roztrzepane loki.

Stephanie oderwała się wzrokiem od swoich poszukiwań i uśmiechnęła na widok zaspanej koleżanki.

- Nie, zaczyna się za piętnaście minut. - Lisa teatralnie padła z powrotem na łóżko. No naprawdę. Samo śniadanie trwało pół godziny, a potem było jeszcze piętnaście minut na spakowanie książek i spokojne dotarcie na zajęcia. Jakim cudem im się chciało wstawać o tej godzinie? Jeszcze chwilę poleżała, ale w momencie w którym Stephanie wydała z siebie triumfalny okrzyk, co oznaczało, że znalazła buty, stwierdziła, że pora wstawać.

 

Wyjęła z kufra swoje poskładane szaty i zasunęła zasłonki, żeby się przebrać. Chwilę potem jak nasunęła ostatnią skarpetkę i złożyła koszulę nocną, wróciła Vivienne. Lisa zeszła już wtedy z łóżka i klęknęła obok, żeby przygotować sobie torbę na późniejsze zajęcie, chociaż nie włożyła jeszcze do niej nic poza piórami, atramentem i pergaminami, bowiem plan lekcji mieli otrzymać na śniadaniu. Wchodząc Vivienne nie omieszkała rzucić Lisie przeciągłego spojrzenia, które zatrzymało się na jej wciąż rozczochranych włosach. Włosy Vivienne były już całe, aczkolwiek wydawały się krótsze, niż były wcześniej i jakby... cieńsze. Być może właśnie to było powodem jej złośliwego chichotu, po którym otworzyła usta, żeby coś powiedzieć...

- Siedź cicho, Vivienne. Nikogo nie interesuje co masz do powiedzenia - to Stephanie, już w pełni ubrana, wyszła odrobinę na środek pokoju.

Przez chwilę dwie dziewczyny piorunowały się wzrokiem, a potem blondynka prychnęła i zaczęła pakować pergaminy do swojej granatowej, aksamitnej torby.

 

Lisa uśmiechnęła się wesoło do Stephanie, a ta odpowiedziała tym samym. Teraz ruda dziewczyna mogła w spokoju rozczesać swoje długie włosy i spiąć je w luźnego kucyka, a potem wyjść do łazienki, żeby przemyć twarz i umyć zęby. Gotowa nie wróciła już do dormitorium, ale ruszyła w stronę Pokoju Wspólnego, w którym kłębiło się całkiem sporo osób, zmierzających w milczeniu na śniadanie. Lisa zauważyła wśród nich także Adelię i Stephanie. Stanęła jednak z boku, obok wyjścia, żeby złapać wychodzącego Alana. Będą mogli wtedy razem udać się do Wielkiej Sali.

 

***

Alan

Kiedy Alan wstał Hector i Mulciber wciąż spali. Obudził się wcześnie, bo dwadzieścia minut przed śniadaniem. Malfoy miał zasunięte zasłonki wokół łóżka, więc pewnie się przebierał, a ubrany już Lestrange sennie pakował pióra do swojej torby. Jednej osoby już nie było. Riddle'a oczywiście. Już od pierwszego roku Alana w Hogwarcie tak było, chociaż nadal pozostawało tajemnicę, jakim cudem chłopak, który kładł się najpóźniej i wstawał najwcześniej, był potem cały dzień wypoczęty. Tylko parę razy Alan obudził się akurat wtedy, kiedy Riddle wychodził właśnie pospiesznie z dormitorium. Dzisiaj tak nie było. Ale nie ma się chyba nad czym rozwodzić, pora przecież wstać i się ubrać.

Edited by Elizabeth Eden
Link to comment
Share on other sites

Leniwie otworzyłem jedno z oczu rozglądając się po pokoju. Która to właściwie była godzina? Nie byłem do końca pewny, ale na pewno jeszcze rano skoro dwójka z naszych jeszcze spała. Nie miałem zamiaru nikogo budzić to nigdy nie było przyjemne. Zawsze wychodziłem z założenia, że każdy się powinien obudzić o własnych siłach. Oczywiście w pokoju jak zwykle brakowało już tylko Toma. Zastanawiałem się skąd on czerpie tyle energii by tak późno chodzić spać a potem jeszcze wstawać. Na dodatek nie wszyscy już spali Jednak nie czas było nad tym rozmyślać. Szybko wyskoczyłem spod kołdry niczym poparzony by pokonać swą senność. Nie mogłem dać pozwolić zmęczeniu zapanować nad sobą musiałem zdusić to w zarodku, dlatego też wstałem tak nagle. Następnie z kufra wyjąłem świeże ładnie złożone ubrania. Dzięki swojemu systemowi nigdy nie musiałem ich potem szukać po pokoju, co zmniejszało szanse spóźnienia na zajęcia. Szybko nałożyłem na siebie swoje szaty by następnie ubrać skarpety i buty.

 

 

Całość mojego przebierania nie trwała więcej niż dziesięć minut. Szybko zacząłem pakować do torby wszystkie potrzebne przybory a przy pasie miałem swoją różdżkę. Musiałem się spieszyć na wspólne śniadanie. Miałem tylko nadzieje, że dzisiejszy dzień przebiegnie lepiej niż wczorajszy. Byłem również ciekawy czy Elisabeth należycie odpoczęła przy odrobinie szczęścia ją spotkam to się dowiem wszystkiego. Gdy byłem już w pełni gotowy opuściłem dormitorium i zacząłem iść do pokoju wspólnego. Nie miałem w każdym razie zamiaru się spóźnić już pierwszego dnia.

Edited by Magus
Link to comment
Share on other sites

- Hej, Alan - powiedziała Lisa natychmiast, gdy go zobaczyła, czekając przy wyjściu aż do niej podejdzie. Zanim jednak zdążyła powiedzieć więcej koło niej przepchnęła się Judith Parkinson, mówiąc przy okazji "dzisiejsze hasło to Alea iacta est*" . W Slytherinie było już zwyczajem, że hasłami były raczej różnorakie łacińskie sentencje i cytaty. Rzeczywiście, dzięki temu trudniej było z odgadnięciem ich, ale część młodszych uczniów musiało sobie je zapisywać, żeby ich nie zapomnieć albo się nie pomylić. Jak dla Lisy była to jednak tylko kwestia dziwnego poczucia wyższości tego domu, które sprawiało, że nie mogli przecież mieć zwykłych słów jako haseł.

- Alea iacta est - powtórzyła Lisa, kiedy Alan koło niej stanął. - Kości zostały rzucone? Czy jakoś tak... . Merlinie, kto wymyśla te hasła...

W tym momencie Judith odwróciła się nagle w stronę Lisy i uśmiechnęła sztywno.

- W Gryffindorze, który również ma system haseł, robi to opiekun domu. - Lisa już miała syknąć, że to było pytanie retoryczne, kiedy Judith kontynuowała - W Slytherinie profesor Slughorn zdecydował się raczej zaufać prefektom. Oczywiście muszą oni się stosować do naszych tradycji, używając różnorakich sentencji łacińskich. Co roku wybiera jednego z nowych prefektów, który jego zdaniem bardziej się do tego nadaje. W tym roku wybrał Toma, co wcale nie jest niczym dziwnym - zakończyła równie przemądrzałym tonem jak zaczęła, jakby nie wierzyła w to, że ktoś może tego nie wiedzieć. Potem odwróciła się, machając rzadkimi włosami, i wyszła.

 

Lisa się tylko skrzywiła, ale nie zamierzała przejmować się taką błahostką. Chwilę potem uśmiechnęła się więc do swojego przyjaciela.

- I jak? Wyspałeś się? - wyszli z dormitorium i zaczęli kierować się w stronę Wielkiej Sali. Nagle Lisa zarumieniła się odrobinę. - Ja... przepraszam za wczoraj. Wiem, że moja reakcja była trochę przesadzona. Przeze mnie uciekły ci cenne minuty snu - zaśmiała się nerwowo.

Link to comment
Share on other sites

- Witaj Elisabeth - odrzekłem z uśmiechem na jej powitanie. Tak jak myślałem zdążyliśmy jeszcze się spotkać przed wspólnym śniadaniem. Najwyraźniej Elisabeth na mnie czekała to było bardzo miłe z jej strony. Niestety nasze powitanie zostało brutalnie przerwane przez pannę Judith zastanawiałem się czy zrobiła to specjalnie to by było całkiem możliwe jakby nie patrzeć. Złośliwości z jej strony były czymś naturalnym w tym wypadku mogło być podobnie. Zmarszczyłem lekko jednak brwi, gdy ta wypowiedziała hasło. Kości zostały rzucone? Jakże to oryginalne sam zastanawiałem się, kto wymyślił to hasło. Jednak długo nie musiałem nad tym myśleć, bo najwyraźniej Judith chciała wykazać się swą wspaniałą wiedzą nie dostrzegając w pytaniu Elisabeth retoryki, przez co w moim odczuciu ukazała tylko jak bardzo jest niepoważna. A więc to Tom był odpowiedzialny za to niecodzienne hasło? Dziwne po nim spodziewałbym się czegoś głębszego niż to. Na szczęście jednak Judith się oddaliła miałem już dość tego jej przemądrzałego nawijania nie dawała nawet okazji się odezwać. Nagle jednak mój wzrok skupił się na Elisabeth, do której się uśmiechnąłem by znów położyć dłoń na jej ramieniu.

 

- Nie masz, za co mnie przepraszać. Twoja reakcja w mym uznaniu nie była ani trochę przesadzona musiałaś w jakiś sposób to wszystko odreagować, co cię wczoraj spotkało. Postaraj się już jednak nie wracać do tego, co było wczoraj i skupić się na dniu dzisiejszym. Niema sensu rozpamiętywać złych chwil swego życia powinniśmy rozpamiętywać te dobre - stwierdziłem przyjaźnie mrużąc oczy w jej kierunku i by zdjąć dłoń z jej ramienia. - Jeśli natomiast chodzi o mój sen nie musisz się martwić jestem idealnie wypoczęty - nagle jednak przerwałem wypowiedź, bo soczyście ziewnąłem. Szybko oczywiście zasłoniłem usta dłonią tak jak należało. - To uznajmy za przypadek - powiedziałem zawstydzony lekko czochrając się dłonią po włosach i delikatnie się śmiejąc w jej stronę. - Teraz jednak powinniśmy udać się coś zjeść nie wiem jak ty, ale ja wręcz padam z głodu - powiedziałem lekko przechylając głowę na ramię.

 

Link to comment
Share on other sites

- Masz rację, nie powinnam tego rozpamiętywać - wydukała Lisa, kiedy wychodzili już powoli z lochów. Chwilę później spojrzała na Alana z oburzeniem, widząc, że w pewien sposób zaprzecza sam sobie - Taaaak. Przypadek - powiedziała Lisa sarkastycznie, nie mogąc jednak powstrzymać uśmiechu. - Też jestem głodna - dodała, ale akurat dotarli do Wielkiej Sali z której rozchodziły się już poranne zapachy.

 

Właśnie minęła ich o rok starsza Ślizgonka, Lucretia Black, która skinęła głową Alanowi i zignorowała Lisę. Ruda dziewczyna zmarszczyła lekko brwi. Tak jak lubiła jej młodszego brata, Oriona, tak o Lucretii nie mogła powiedzieć tego samego. Była już tak samo zniszczona, jak inni członkowie tego rodu i Lisie robiło się trochę przykro, kiedy myślała o tym, że małego, pogodnego Oriona pewnie to też to czeka. W Wielkiej Sali było już całkiem sporo osób, jednak tylko stół Slytherinu wydawał się całkiem zapełniony. U Krukonów było kilka luk, a większość Puchonów i Gryfonów zdawała się jeszcze albo spać albo siedzieć w swoim Pokoju Wspólnym. 

 

Oczywiście przy stole ich Domu najwięcej atencji zdobywał Tom Riddle, chociaż on sam zdawał się ignorować wszelkie posyłane mu spojrzenia. Lisa i Alan jak zwykle usiedli na rogu, całkiem niedaleko Stephanie i Adelii, które zdawały się dziś zająć miejsce dalej od centrum niż zawsze. Od razu otoczył ich aromat kawy, soku dyniowego, grzanek, jajecznicy i różnych warzyw. Lisa wzięła sobie tosta, żeby posmarować go dżemem morelowym, a zamiast kawy, której nie lubiła, nalała sobie soku. W tym momencie nachyliła się do nich Stephanie kładąc przed nimi dwa schludne kawałki pergaminu.

- Cześć, Lisa. Cześć, Alan. Wasze plany lekcji - powiedziała pogodnie i wróciła do Adelii.

 

Lisa wzięła swój plan na którym napisane było Elisabeth Sanders, Rok: V, Dom: Slytherin.
 

Spoiler

 

Poniedziałek:

7.15 Śniadanie

8.00 - 8.55 Eliksiry (Slytherin-Gryffindor)

9.15 - 11.05 Zaklęcia i Uroki (Slytherin-Hufflepuff)

13.00 Lunch

18.00 Obiad

23.00 - 23.55 Astronomia (Slytherin)

Wtorek

7.15 Śniadanie

8.00 - 8.55 Transmutacja (Slytherin-Gryffindor)

9.15 - 10.10 Opieka nad Magicznymi Stworzeniami (Slytherin-Ravenclaw)

10.30 - 11.25 Historia Magii (Slytherin)

13.00 Lunch

16.00 - 16.55 Starożytne Runy (Slytherin)

18.00 Obiad

Środa

7.15 Śniadanie

8.00 - 9.50 - Zielarstwo (Slytherin)

10.10 - 12.00 Eliksiry (Slytherin-Gryffindor)

13.00 Lunch

15.00 - 15.55 - Obrona przed Czarną Magią (Slytherin-Ravenclaw)

18.00 Obiad

Czwartek 

7.15 Śniadanie

10.00 - 10.55 - Obrona przed Czarną Magią (Slytherin-Ravenclaw)

11.15 - 12.10 - Opieka nad Magicznymi Stworzeniami (Slytherin-Ravenclaw)

13.00 Lunch

16.00 - 16.55 - Transmutacja (Slytherin-Gryffindor)

18.00 Obiad

23.00 - 23.55 - Astronomia

Piątek

7.15 Śniadanie

8.00 - 8.55 - Zaklęcia i Uroki (Slytherin-Hufflepuff)

9.15 - 10.10 - Transmutacja (Slytherin-Gryffindor)

11.00 - 11.55 - Historia Magii (Slytherin)

13.00 Lunch

15.00 - 15.55 Starożytne Runy (Slytherin)

18.00 Obiad

 

 

Lisa usłyszała komentarz Stephanie "Dobrze pomyśleli robiąc historię magii zawsze w południe. Południe to dobra pora na drzemkę" i parsknęła cichym śmiechem

- Zwiększyli nam o jedną godzinę liczbę Transmutacji, Zaklęć i Eliksirów w tygodniu. Pewnie to wina egzaminów, co? - powiedziała Elisabeth do Alana, wzdychając przy okazji. - Trzeba będzie dzisiaj i w czwartek pamiętać o drzemce przed Astronomią i... jeju, w środę mamy dwie godziny Zielarstwa, a zaraz potem dwie godziny Eliksirów. Ale kanał. Pokaż swój plan - powiedziała, zaglądając przyjacielowi przez ramię na pergamin podpisany "Alan Travers, Rok: V, Dom: Slytherin".

 

Spoiler

 

Poniedziałek:

7.15 Śniadanie

8.00 - 8.55 Eliksiry (Slytherin-Gryffindor)

9.15 - 11.05 Zaklęcia i Uroki (Slytherin-Hufflepuff)

13.00 Lunch

16.00 - 16.55 - Numerologia (Slytherin-Ravenclaw)

18.00 Obiad

23.00 - 23.55 Astronomia (Slytherin)

Wtorek

7.15 Śniadanie

8.00 - 8.55 Transmutacja (Slytherin-Gryffindor)

9.15 - 10.10 Opieka nad Magicznymi Stworzeniami (Slytherin-Ravenclaw)

10.30 - 11.25 Historia Magii (Slytherin)

13.00 Lunch

16.00 - 16.55 Starożytne Runy (Slytherin)

18.00 Obiad

Środa

7.15 Śniadanie

8.00 - 9.50 - Zielarstwo (Slytherin)

10.10 - 12.00 Eliksiry (Slytherin-Gryffindor)

13.00 Lunch

15.00 - 15.55 - Obrona przed Czarną Magią (Slytherin-Hufflepuff)

18.00 Obiad

Czwartek 

7.15 Śniadanie

8.00 - 8.55 - Numerologia (Slytherin-Ravenclaw)

10.00 - 10.55 - Obrona przed Czarną Magią (Slytherin-Hufflepuff)

11.15 - 12.10 - Opieka nad Magicznymi Stworzeniami (Slytherin-Ravenclaw)

13.00 Lunch

16.00 - 16.55 - Transmutacja (Slytherin-Gryffindor)

18.00 Obiad

23.00 - 23.55 - Astronomia

Piątek

7.15 Śniadanie

8.00 - 8.55 - Zaklęcia i Uroki (Slytherin-Hufflepuff)

9.15 - 10.10 - Transmutacja (Slytherin-Gryffindor)

11.00 - 11.55 - Historia Magii (Slytherin)

13.00 Lunch

15.00 - 15.55 Starożytne Runy (Slytherin)

18.00 Obiad

 

 

- Jeju, ale cię zrobili z tą numerologią. Idziesz dzisiaj po lunchu spać, na bank - powiedziała, patrząc na niego poważnie. - Jak znam Trevora to wstawi nam treningi quidditcha w środę wieczorem - dodała z westchnięciem. - To będzie ciężki rok.

Edited by Elizabeth Eden
Link to comment
Share on other sites

Nigdy nie podobało mi się takie zachowanie, jakiego uświadczyłem w kierunku Elisabeth od Lucreti Black. Dlaczego za każdym razem było tak samo? Ze mną można było się przywitać a Elisabeth była traktowana za każdym razem jak powietrze. Przecież nie była w niczym gorsza ode mnie. A jednak wystarczyły tylko więzy krwi by kogoś szufladkować na każdym kroku. Elisabeth, pomimo że była wspaniałą czarownicą była niedostrzegana przez innych szlachetnie urodzonych tylko, dlatego. Wciąż była dla nich gorsza i patrzyli na nią z góry tylko, dlatego że miała mugolów w rodzinie. To było po prostu okropne. Dlaczego tylko mnie nie przeszkadzało pochodzenie Elisabeth? Przecież również należałem do linii szlachetnie urodzonych a jednak zawsze widziałem w niej więcej niż oni.

 

Udało nam się dotrzeć w końcu do jadalni. Cała droga ponownie przebiegła spokojnie na całe szczęście. Cieszył mnie fakt, że wszystkie oczy były skupione na Toma. Nigdy nie rozumiałem do końca jak on potrafi to znosić ja bym chyba oszalał czując wzrok każdego na sobie. Starałem się nie rozmyślać również o wczorajszym incydencie z nim i ze mną. Sam w końcu dałem podobną radę Elisabeth, więc wypadało zrobić tak samo. Nalałem sobie odrobiny kawy przy okazji nabierając jajecznicy i biorąc tost do smaku. Gdy zacząłem właśnie konsumpcje nagle usłyszałem powitanie ze strony Stephanie. Kiwnąłem jej głową w geście powitania, bo nie wypadłbym najlepiej mówiąc w jej kierunku mając usta pełne jedzenia. Jak się okazało nie przyszła się tylko przywitać, ale i również by dać nam plan lekcji. Przetarłem dłonie by go nie pobrudzić a następnie go rozwinąłem.

 

Wychodziło, że czeka mnie sporo pracy w tym roku. Na dodatek przez lekcje numerologii nie mogłem być przy Elisabeth. Normalnie nie miałem z tym problemu jednak ostatnio? Mój wzrok na chwilę skupił się na Tomie. Wciąż nie mogłem być pewny, że znów nie wywinie jakiegoś numeru. Jednak, jeśli powiedziałbym Elisabeth, że zrezygnuje z numerologii by móc ją mieć na oku wpadłaby we wściekłość i uznała, że jej nie ufam. Byłem kompletnie tym wszystkim skrępowany do czasu aż Elisabeth mnie ściągnęła na ziemie.

 

- Całkiem prawdopodobne, że to jest powód tych dodatkowych godzin. To byłby całkiem logiczny powód - odrzekłem nadal patrząc na pergamin i zagłębiając się w niego. - Sądzę, że poradzę sobie bez tego snu nie musisz się tak o mnie martwić Elisabeth - powiedziałem teraz swój wzrok skupiając na niej. No tak quidditch jeszcze dochodził nam. Niema zmiłuj w tym roku. Ale co poradzić? Nie można było teraz nad tym jęczeć. - Nie martw się Elisabeth odpowiednia organizacja i myślę, że ze wszystkim się uporamy. Jednak teraz musimy się odpowiednio posilić by mieć siły na eliksiry. Spróbuj teraz o tym nie rozmyślać - powiedziałem z uśmiechem by znów spojrzeć na plan. Eliksiry z gryfonami? Coś mi się wydaje, że to nie będą spokojne zajęcia. Nasze domy nigdy za sobą nie przepadały.

Edited by Magus
Link to comment
Share on other sites

- Jesteś pewny, że się nie położysz przed astronomią? - zapytała Lisa, unosząc lekko brwi. - Ja się na pewno położę - powiedziała szczerze. - Astronomia jest zawsze bardzo późno. I nie mów mi, że mam przestać o wszystkim myśleć, bo jak przestanę całkiem myśleć, to obleję wszystkie egzaminy. I to będzie twoja wina - szturchnęła go ze śmiechem pod stołem i zabrała się za swoje śniadanie.

 

Do Wielkiej Sali wlewało się coraz więcej uczniów. Większość Gryfonów wydawała się bardzo zaspana, natomiast u Puchonów często można było zauważyć krzywo zawiązane krawaty. Lisa po skończeniu jedzenia siedziała jeszcze przez jakiś czas - w końcu do lekcji trochę zostało, nie zwracając nawet uwagi na to, że Tom Riddle bardzo wcześnie odszedł od stołu i pospiesznie opuścił Wielką Salę. Swój wzrok skupiła raczej na stole nauczycielskim. Profesor Dumbledore jak zwykle był ubrany w różnobarwne szaty i rozmawiał właśnie cicho z dyrektorem. Profesor Galatea Merrythought, poczciwa nauczycielka obrony, wydawała się być dziś w wyśmienitym humorze. Lisa zauważyła nawet profesora Slughorna, który wesoło wymachiwał pudełkiem jakichś słodyczy, częstując profesora Kettleburna i profesor Haulm, nauczycielkę zielarstwa. Lisa nie mogła ukryć uśmiechu. Profesor Slughorn rzeczywiście czasami zbytnio faworyzował swoich ulubieńców, ale mimo wszystko był naprawdę sympatycznym człowiekiem.

 

Kiedy coraz więcej uczniów zaczęło kierować się w stronę wyjścia z Wielkiej Sali, Lisa spojrzała na Alana z uśmiechem.

- Chodźmy już lepiej się spakować. Żebyśmy na pewno zdążyli na eliksiry, mimo że są w lochach - podniosła się z miejsca i otrzepała lekko mundurek, czekając na przyjaciela.

Edited by Elizabeth Eden
Link to comment
Share on other sites

- Sen przed astronomią może być rzeczywiście całkiem dobrym pomysłem - stwierdziłem spoglądając na salę jak uczniowie innych domów się zbierają. Tak z pewnością można było założyć, że zarówno gryfoni jak i puchoni nie należeli w większości do rannych ptaszków. Całkiem problematyczna sprawa, gdy się nie jest w stanie wygrać ze zmęczeniem. Dlatego zawsze, gdy tylko otworzyłem oczy natychmiast wyskakiwałem z łóżka nie pozwalając zmęczeniu wygrać. Nawet przy stole nauczycieli sporo się działo. Byłem ciekawy, o czym tam rozmawiali niestety nie było to przeznaczone dla takich uszu jak moje. Zapewne jednak omawiali plan tegorocznego nauczania, bo co innego?

 

- Tak masz racje trzeba się przygotować - powiedziałem powoli wstając z miejsca. Mieliśmy szczęście, że przyszliśmy tak rano dzięki temu mogliśmy się spokojnie przygotować. Zacząłem iść w milczeniu za Elisabeth cały czas rozglądając się wokół. - Nie sądzisz, że w naszym domu jest najmniejsze zapotrzebowanie nas sen Elisabeth? - spytałem żartobliwie szeptem by tylko ona słyszała nadal za nią idąc.

Link to comment
Share on other sites

- Bo ja wiem. Może po prostu w innych domach zrobili sobie jakieś imprezy na rozpoczęcie roku - powiedziała Lisa bez przekonania, gdy opuszczali Wielką Salę i kierowali się z powrotem do lochów. - Albo mają mniej samodyscypliny. Większość z nas, tak przynajmniej jest w moim dormitorium, wstaje chwilę po przebudzeniu się - powiedziała dziewczyna, spoglądając na Alana z lekkim uśmiechem, jej zielone oczy błyszczały w świetle pochodni.

 

Kiedy podchodzili do muru, który był wejściem do pomieszczeń Slytherinu(musieli w końcu spakować książki na dziś), nagle przeszedł obok nich Tom Riddle ze swoją torbą przerzuconą przez ramię. Lisa w tym samym momencie zastanawiała się co on robił przez ten cały czas, oraz jak to możliwe, że ciągle na siebie wpadają. Ku irytacji dziewczyny zatrzymał się na kilka sekund, ale nie skupił na nich na szczęście zbyt wiele swojej uwagi. 

- Alea iacta est... panie Travers... - przerwał na zaledwie kilka sekund, ale i tak sprawiło to, że Lisa stała się czujna. - Takie jest hasło - dodał z drobnym uśmieszkiem, zachowując się wyłącznie jak wzorowy prefekt, który pilnuje, by każdy na pewno mógł dostać się do swojego dormitorium. Do Lisy Riddle nie powiedział już nic i chwilę potem odszedł, jakby bardzo się spieszył.

 

Elisabeth skrzyżowała ramiona, a potem wymruczała hasło, żeby wejść do Pokoju Wspólnego. Kiedy byli w środku spojrzała znów na Alana, cały czas idąc.

- To było tylko takie przypomnienie, prawda? Bez znaczenia.. - zapytała go, jakby chciała, żeby to potwierdził. - Bo mnie prześladuje jakieś dziwne uczucie, że to jednak miało coś znaczyć.

Link to comment
Share on other sites

Impreza? Trzeba przyznać, że to całkiem dobre rozpoczęcie roku. Przynajmniej dla większości. Ja sam nigdy nie przepadałem za tego typu zabawami były zdecydowanie zbyt głośne i ciężko było zebrać jakiekolwiek myśli. Jednak każdy miał inne podejście. Nie wypadało być do kogoś negatywnie nastawionym tylko, dlatego że miał zupełnie inne podejście od nas. Gdybyśmy wszyscy się zachowywali tak samo kiepsko by to wyglądało. Zaczęliśmy się zbliżać do muru. Teraz wystarczyło tylko podać hasło by pójść po nasze rzeczy. Nim jednak zdołaliśmy cokolwiek zrobić zmrużyłem lekko oczy na widok Toma. Elisabeth miała racje dziwne są te zbiegi okoliczności. Czasem miałem wrażenie jakby celowo chciał na nas wpaść. Zmarszczyłem brwi i skupiłem wzrok na nim. Kości zostały rzucone? Czy on chciał mi coś przez to powiedzieć? Celowo odezwał się tylko do mnie. On w przeciwieństwie do innych potrafił się nie odezwać do Elisabeth a teraz ją zignorował tak jak by chciał tylko mi coś przekazać.

 

Niestety obawiałem się, że Elisabeth miała racje. Nie wyglądało mi to na przypomnienie. To było zupełnie inne wyczułem w tym subtelną groźbę. On coś kombinował. Niestety nie do końca wiedziałem, co. Nie mogłem jednak nic zrobić dopóki on pierwszy nie wykona ruchu. Dalej wpatrywałem się w miejsce gdzie z niknął aż nagle ponownie odezwałem się do Elisabeth.

- Wiesz Elisabeth wydaje mi się, że być może przeceniłem trochę swoje siły. Być może powinienem zrezygnować z numerologii - powiedziałem w wyraźnym skupieniu. Sam nie bałem się Toma, jeśli jednak wykorzysta sytuacje, że ponownie nie będę w stanie pomóc Elisabeth. Najważniejsze dla mnie było mimo wszystko jej dobro.

Link to comment
Share on other sites

Lisa raptownie zatrzymała się w drodze na schody i obejrzała szybko do tyłu, machając włosami w taki sposób, że schłostała nimi Alana po twarzy. Natychmiast do niego podeszła i przyłożyła mu palec do piersi.

- Nawet się nie waż rezygnować dla mnie z przedmiotu, Alan. - zaczęła, doskonale wiedząc o co chodzi. - Uczysz się go dwa lata i teraz nagle zrezygnujesz przed samymi egzaminami? Nic mi się nie stanie, jak będę przez godzinę sama - powiedziała zapalczywie, gestykulując przy okazji rękami. - Obrażę się, jak tak zrobisz - chwilę potem dodała już ciszej - Nie chcę, żeby robił dla mnie takie rzeczy, kiedy to naprawdę nie jest potrzebne. A teraz... chodźmy się w końcu spakować, bo naprawdę spóźnimy się na eliksiry.

 

Dopiero później dotarło do niej, że być może Alan rozgryzł jakieś drugie znaczenie tamtych słów Riddle'a i że może miałaby to być groźba dla niej. Każdą oznakę strachu jednak szybko zamaskowała, uśmiechając się do przyjaciela. Nie chciała, żeby się o nią martwił.

Edited by Elizabeth Eden
Link to comment
Share on other sites

W jednej chwili poczułem nagle włosy Elisabeth, które wylądowały na mojej twarzy. Nie sądziłem by był to zbieg okoliczności.  Całkiem szybko moje rozważania się potwierdziły, gdy nagle poczułem palec Elisabeth na piersi. Tego się obawiałem znała mnie aż za dobrze. Domyśliła się dość szybko, co jest moją chęcią rezygnacji z numerologii. Niestety nie było sposobu bym był w dwóch miejscach na raz. A byłem niemal pewny, że Tom chce ponownie uderzyć. Będąc prefektem miał znacznie większe możliwości ode mnie. Nie wiedziałem jak mogę chronić Elisabeth podczas tych zajęć. Nagle lekko zmarszczyłem brwi by odezwać się niezwykle poważnym tonem.

 

- Elisabeth najwyraźniej mnie przejrzałaś. Jednak mam do ciebie jedną prośbę postaraj się unikać samotności. Nie wiem jeszcze, co ale mam wrażenie, że coś nie jest takie jak powinno. Spróbuj podczas mojej nieobecności trzymać się najlepiej ze Stephanie i Adelią. Tej dwójce uważam, że można zaufać są dobrymi przyjaciółkami dla ciebie. Uwierz mi, że lepiej unikać brawury. Postaram się dowiedzieć skąd wzięło się to moje przeczucie jak najszybciej, ale do tego czasu proszę bądź ostrożna - powiedziałem poważnie wbijając w nią wzrok. Być może miałem paranoje jednak wolałem pozostać ostrożny i mieć pewność, że Elisabeth nic nie grozi. Nie chciałem się ruszyć aż zgodzi się na to, co zostało przeze mnie powiedziane.

Link to comment
Share on other sites

Lisa westchnęła, kręcąc głową, chociaż wcale nie była już zła. Mogła zrozumieć troskę Alana, nawet jeśli sama się nie bała. Teraz się nie boisz - powiedział irytujący głos w jej głowie. Poczekaj, aż znowu będziesz z Riddle'em sama. Pokręciła szybko głową, jakby odganiała muchę.

- Dobrze, postaram się, żeby tak było. Poza tym i tak pewnie będę spędzać te godziny, kiedy cię nie będzie, w dormitorium albo w bibliotece. Przecież... no wiesz... on nie może mnie nękać w takich miejscach, bo do dormitorium nie wejdzie, a w bibliotece będę mogła siadać blisko pani Trichet. - uśmiechnęła się z przekonaniem, nie myśląc o wczorajszym incydencie w dormitorium, który zaprowadził ją do Riddle'a trzymającego różdżkę pod jej brodą. O czym dalej nie powiedziała Alanowi. Patrząc na to jak się o nią martwi na pewno nie powie. - Będę ostrożna - dodała ciepło, a potem wbiegła na schody. - A teraz idę się spakować.

 

Wcale nie zajęło jej to dużo czasu. Spakowała tylko Magiczne wzory i napoje Arseniusa Jiggera, oraz Księgę Zaklęć część V i W poszukiwaniu kwintesencji na drugą lekcję. Astronomii nie musiała pakować teraz, będzie miała na to sporo czasu. Jej torba i tak była jednak dość ciężka, bo tomy te były naprawdę porządne. Wyminęła w biegu zgarbioną nad swoim kufrem Stephanie i wyleciała do Pokoju Wspólnego, żeby poczekać przed wyjściem na Alana. Kiedy tylko go zobaczyła od razu powiedziała dziarsko:

- To co, idziemy? - naprawdę nie mogła doczekać się pierwszej lekcji, przez chwilę zapominając nawet, że pewnie dostanie dziś szlaban za wczoraj.

Link to comment
Share on other sites

Może byłem tym wszystkim trochę za bardzo przewrażliwiony, ale wciąż dręczyło mnie nieodparte wrażenie, że coś jest nie tak. Tego jeszcze tylko brakowało zaczynałem robić za medium? Nie nigdy nie miałem zdolności do wróżbiarstwa, dlatego też na nie chodziłem a jednak te przeczucie nadal mnie dręczyło. Jednak nie rozumiałem, dlaczego przecież rozumowanie Elisabeth było prawidłowe. Tom nie mógł wejść do jej dormitorium w bibliotece też powinna być bezpieczna, więc dlaczego to przeczucie nie chciało się ode mnie uwolnić? Co takiego mogło się stać? Patrzyłem w milczeniu jak Elisabeth wbiega na schody jeszcze chwilę stojąc skupiony we własnym rozmyślaniu, gdy w końcu zacząłem iść do swojego dormitorium również się spakować.

 

Natychmiast zacząłem sięgać po swoje podręczniki, czyli w tej chwili te do zaklęć i uroków jak eliksirów. Nie widziałem powodu by brać podręcznik do numerologii. Po zaklęciach i urokach była spora przerwa przed tymi zajęciami, więc nie było potrzeby bym teraz targał ten podręcznik. Spakowałem to, co mi potrzebne by zaraz opuścić pokój nim jednak wyszedłem rozejrzałem się po nim. Na całe szczęście nie napotkałem ponownie Toma. To poranne spotkanie mi na razie w zupełności wystarczyło. Powoli opuściłem dormitorium ponownie kierując się do pokoju wspólnego. Elisabeth ponownie mnie uprzedziła, bo zaledwie wszedłem a już zdążyła mnie powitać.

 

- Tak sądzę, że to dobry pomysł głupio by się było spóźnić pierwszego dnia - odrzekłem z uśmiechem będąc jednak lekko zamyślonym idąc za Elisabeth. Musiałem jakoś opanować te gonitwę myśli zwłaszcza będąc na lekcji. Nie chciałem popełnić jakiś głupich błędów, które zupełnie by do mnie nie pasowały.

Link to comment
Share on other sites

Lisa i Alan skierowali swoje kroki w stronę klasy eliksirów. Mimo, że nie była ona daleko od ich dormitorium i tak stali tam już prawie wszyscy. V rok w Slytherinie składał się z 12 uczniów, co było dość mało liczbą w porównaniu z Gryfonami czy Puchonami, których zazwyczaj było około 16 na jednym roku. Ale to tylko utwierdzało Ślizgonów w przeświadczeniu, że są wyjątkowi. Cóż. Hector jak zwykle stał sobie na uboczu w pewnym oddaleniu od drzwi sali, opierając się o ścianę i przeglądając podręcznik. Tom Riddle stał zaraz obok drzwi, otoczony przez Lestrange'a, Mulcibera i Malfoya, którzy uśmiechali się ironicznie do wszystkich wokół. Dość blisko nich stały zbite w kupkę Judith, Margaret i Vivienne. Lisa zauważyła, że Vivienne nie machała już włosami, jakby bała się, że cienkie kosmyki mogłyby jej się zniszczyć. Odwróciła się za to i rzuciła jej paskudne spojrzenie, zanim znów zainteresowała się rozmową z Margaret. Było tu oczywiście jeszcze mnóstwo osób w czerwonych krawatach - Gryfonów - którzy stali w znacznym oddaleniu od Ślizgonów. Lisa rozpoznawała tylko kilku z nich, bo z Gryfonami nigdy nie miała dobrych relacji, chociaż nie ze swojej winy. To była po prostu niechęć jednego domu do drugiego i uprzedzenia. Wypatrzyła tutaj między innymi Minerwę McGonagall z dwoma bardzo mocno związanymi warkoczami. Kojarzyła ją z boiska Quidditcha - była bardzo zdeterminowaną ścigającą.

 

Stephanie i Adelii jeszcze nie było, i jak je znała, to pewnie przybędą równo o ósmej. Elisabeth stanęła więc w miarę z boku tylko z Alanem, uśmiechając się do niego lekko i miętosząc zapięcie swojej torby. Dokładnie w momencie, w którym dwie ostatni Ślizgonki przyszły w końcu pod klasę, drzwi się otworzyły i wyszedł z nich profesor Slughorn, jak zwykle w dobrym humorze. 

- Dzień dobry, moi mili - powiedział pogodnie, głaszcząc swoje sumiaste wąsy. Słowa te kierował przede wszystkim w stronę grupki Riddle'a stojącej niedaleko wejścia, na co część Gryfonów się wyraźnie skrzywiła. - Zapraszam, zapraszam. Nie mogę się doczekać, żeby zobaczyć co wam zostało w głowie po wakacjach - dodał z entuzjazmem i wszedł do środka, na co wszyscy uczniowie również zaczęli kierować się do klasy. Pierwsi weszli Ślizgoni stojący najbliżej drzwi, więc Lisa zdecydowała się zaczekać, aż do środka wtaszczą się mruczący różne rzeczy pod nosem Gryfoni. Nie chciała się pomiędzy nimi przepychać.

 

W środku klasa wydawała się być podzielona na dwa sektory - czerwony i zielony. Gryfoni i Ślizgoni nie lubili siadać razem. Lisa z Alanem zajęli miejsce w tej "ich" części sali. Na samym końcu, jak zwykle. Siedzieli tam tylko oni i milczący Hector, który zajął miejsce po drugiej stronie Alana. Przed nimi siedziały roześmiane Stephanie i Adelia, do których z nietęgą miną podeszła jakaś Gryfonka, dla której zabrakło miejsca po tej bardziej "czerwonej " stronie. W kolejnym rzędzie natomiast usiedli Riddle i jego... przyjaciele? Lisa miała co do tego wątpliwości. W każdym razie zajęli całą ławkę, więc pierwszy rząd pozostał dla Judith, Vivienne i Maragret. 

 

Kiedy wszyscy usiedli i w klasie nareszcie zapanowała cisza, odezwał się profesor Slughorn, który do tej pory obserwował ich z wyraźną radością w oczach.

- No dobrze - zaczął, zacierając ręce z uciechy. - W tym roku czeka nas naprawdę wzmożona praca. SUMy to najważniejsze egzaminy jakie czekają was w życiu, oczywiście poza OWUTEMami. To od nich zależy, jakie przedmioty będziecie kontynuować, a więc również - jaką pracę będziecie mogli w przyszłości dostać - wśród Gryfonów dało się już słyszeć szepty znudzenia, ale profesor Slughorn zdawał się tym nie przejmować. - Postanowiłem - powiedział głośno i z entuzjazmem. - że pierwszą lekcję wykorzystamy do przetestowania waszych obecnych możliwości. Podam wam nazwę eliksiru, a wy będziecie musieli znaleźć jego składniki oraz sposób przygotowania w swoim podręczniku. Nie oczekujcie żadnych podpowiedzi - dodał, machając ostrzegawczo palcem. Kilka Gryfonów jęknęło. - Możecie to nazwać małym sprawdzianikiem. Pod koniec lekcji oddacie mi próbki, a ja je ocenię. Będzie to również dla mnie informacja, jakie zasady warzenia powinny zostać powtórzone. No i - zachichotał konspiracyjnie. - Nie ukrywam, że dla autora najlepszego eliksiru przygotowana jest drobna nagroda - potoczył wzrokiem po jakichś dwóch Gryfonach, Alanie, Judith, Abraxasie, na koniec zatrzymując dłużej wzrok na Tomie. Byli to najlepsi warzyciele w tej klasie i ewidentnie profesor chciał im dać do zrozumienia, że na nich liczy. Oczywiście wiadomo na kogo najbardziej. Lisa nie była w eliksirach zła, ale z bólem musiała przyznać, że na pewno nie zaliczała się do najlepszych. Może byłoby inaczej, gdyby nie takie talenty jak Alan, Judith, czy Tom, które ją zawsze przyćmiewały na tych lekcjach. Jej zdolności na przedmiotach takich jak zaklęcia i transmutacja dawały jej jednak stałą przepustką na spotkania Klubu Ślimaka. Bardzo się jednak cieszyła, że z Eliksirów zawsze miała P( nie tak jak z zielarstwa i opieki ), więc na pewno będzie mogła kontynuować ten przedmiot. Czuła niemalże fizyczny ból na myśl o wysiłku, jaki będzie musiała poświęcić zielarstwu, jeśli chce mieć z niego Powyżej Oczekiwań - wymagane do kontynuacji. Bez tego nie mogła przecież zostać uzdrowicielem.

 

W tym momencie profesor kontynuował.

- W takim razie pora zaczynać. Wymagane składniki znajdziecie oczywiście w szafkach - wskazał na róg klasy. - A uwarzyć macie - urwał na parę sekund - Eliksir zapomnienia.

Elisabeth natychmiast wzięła swój podręcznik, przerzucając strony, żeby znaleźć przepis.

- Eliksir zapomnienia... nie był chyba bardzo trudny - dodała z pamięci. - Mam. Potrzebna będzie woda z rzeki Lete, wystarczy mała fiolka, bo potrzebne będą dwie krople, 2 gałązki waleriany - ruszyła już w stronę regałów, trzymając książkę w rękach. - składnik standardowy, 2 porcje, oraz 4 jagody z jemioły.

 

Przy szafkach zrobił się już mały tłok, więc Lisa odłożyła jednak książkę, zostawiając ją otwartą na przepisie i razem z Alanem stanęła w małej kolejce po składniki.

 

Spoiler

 

  1. Dodać 2 krople wody z rzeki Lete do kociołka.
  2. Podgrzewać przez 20 sekund.
  3. Dodać 2 gałązki waleriany.
  4. Pomieszać 3 razy zgodnie z ruchem wskazówek zegara.
  5. Pozostawić do zaparzenia na 5-10 minut
  6. Dodaj 2 porcje składniku standardowego do moździerza.
  7. Dorzucić 4 jagody z jemioły.
  8. Rozgnieść składniki za pomocą tłuczka.
  9. Dodać 2 szczypty rozdrobnionych składników do kociołka.
  10. Pomieszać 5 razy przeciwnie do ruchu wskazówek zegara.

Eliksir powinien przybrać barwę bladożółtą

 

 

Edited by Elizabeth Eden
Link to comment
Share on other sites

W końcu udało mi i Elisabeth znaleźć się na miejscu. Tego się w sumie mogłem się spodziewać. Sporo czasu nam zajęły przygotowania, dlatego wielu uczniów zdążyło się już zebrać. W milczeniu jak to zwykle ja zacząłem rozglądać się po okolicy. Zauważyłem Vivienne, przez którą zeszłej nocy wybuchła cała afera spostrzegłem również jak z niezadowoleniem patrzy na Elisabeth, więc najwyraźniej dalej chowała urazę. Tom jak zwykle stał w tłumię swoich adoratorów starałem się nie zwracać na niego uwagi. Nie chciałem by ponownie wyprowadził mnie ze skupienia musiałem się skoncentrować przed zajęciami. Gryfonów niestety nie kojarzyłem wolałem się trzymać od nich z daleka. Wiedziałem dobrze, jakie stosunki panują między naszymi domami i lepiej było ich jednak unikać przynajmniej w moim odczuciu. Oczywiście uczniów naszego domu było jak zwykle mniej. Czasem mnie zastanawiało, co było tego powodem.

 

 

Odwzajemniłem uśmiech Elisabeth, gdy nagle pojawiły się jej przyjaciółki wtedy też drzwi do klasy stanęły otworem i pojawił się sam profesor Slughorn mimowolnie uśmiechnąłem się na jego widok. Był bardzo przyjemny profesorem. Mimo wszystko nie potrafił nigdy ukryć, kogo najbardziej faworyzuje a był to oczywiście nie, kto inny jak Tom Riddle. Wiedziałem, że zawsze stał na szczycie, jeśli chodzi o obecnych ulubieńców profesora. Nigdy mi to jakoś szczególnie nie przeszkadzało jednak po tym, co zaszło ostatnio. Ponownie zacisnąłem pięść, gdy wróciłem wspomnieniami do tamtego wydarzenia. Nagle spostrzegłem, że Elisabeth nie chce iść za resztą tylko czekała aż wszyscy wejdą. Sam również się zatrzymałem przy niej czekając aż ruszy.

 

 

Gdy już znaleźliśmy się w klasie oczywiście doszło do swoistego podzielenia obozów pomiędzy nas a gryfonów. Nic nowego było tak za każdym razem. Domyślałem się, jaka musiała być wściekłość gryfonki, która siedziała obok Stephanie i Adeli. Gryfoni zawsze woleli trzymać się od nas z daleka tak jak my od nich. Podobał mi się mimo wszystko fakt, że ponownie miałem swoje ulubione miejsce na końcu. Elisabeth jak zawsze była przy mnie, lecz tym razem nie sama a również Hector, który wydawał się mi całkiem w porządku. Zwykle był cichy i skupiony trochę się z nim pod tym względem utożsamiałem. Jednak teraz najbardziej starałem się skupić uwagę na profesorze.

 

 

Oczywiście natychmiast zostało podkreślone jak ważne są dla nas SUMy. Musiałem się naprawdę postarać by zostać aurorem sporo pracy miałem przed tym. Starałem się nie zwracać uwagi na znużonych gryfonów tylko słuchać dokładnie profesora. Jak zawsze wymyślił dla nas zadanie na rozpoczęcie roku. Gdy jego wzrok powędrował na mnie wiedziałem, co to znaczy. Wiedziałem, że zrobię wszystko by móc sprostać jego wymaganiom. Jednak musiałem uważać miałem silną konkurencje na dodatek Tom, który zawsze zostawiał mnie w tyle. Nie będzie łatwo. Wiedziałem jednak, że tajemnicza nagroda jest warta świeczki. Profesor zawsze za nasz trud dawał nam coś bardzo użytecznego.

 

 

A więc eliksir zapomnienia? Pomyślałem z uśmiechem by zaraz wstać i ruszyć za Elisabeth po składniki. Trzeba przyznać, że profesor ciekawie zaczął zajęcia. Cały czas stojąc obok Elisabeth nic nie mówiłem jak zwykle byłem skupiony na zadaniu. Wiedziałem, że ona już do tego przywykła jakby nie patrzeć podchodziłem poważnie do nauki rodzina tego ode mnie oczekiwała. Rozglądałem się za składnikami musiałem znaleźć je jak najszybciej. Przy ważeniu eliksiru trzeba było zachować spokój i podejść do tego rozsądnie. Jednak znalezienie składników tego nie wymagało jakby nie patrzeć, więc mogłem się pośpieszyć by szybko je znaleźć. Nagle coś rzuciło mi się w oczy i lekko stuknąłem Elisabeth w ramię. Pokazując jej wzrokiem jagody i gałązki waleriany lekko się do niej uśmiechając. Nie przeszkadzało mi że pomagam Elisabeth w poszukiwaniu w końcu byliśmy przyjaciółmi i musieliśmy się wspierać.

Edited by Magus
Link to comment
Share on other sites

Lisa uśmiechnęła się do Alana, kiedy wskazał jej składniki. Sama znalazła za to fiolkę z wodą z rzeki Lete - jedna starczy na nich dwóch, oraz składnik standardowy, którego na regałach było mnóstwo. Skrzywiła się lekko, kiedy jakiś ewidentnie bardzo spieszący się Gryfon nadepnął jej na nogę, ale nie skomentowała tego, tylko ruszyła razem z Alanem do ich ławki. Po drodze wzięła też kociołek ze swoim podpisem. Wszystkie kociołki uczniów były zawsze poukładane w równiutkich rządkach przy jednej ze ścian, a skrzaty zawsze dbały, by na każdej lekcji w klasie znajdowały się tylko kociołki uczniów, którzy mają właśnie zajęcia. Oczywiście studenci sami kupowali sobie kociołki, były one jednym z przedmiotów, które widniały na liście.

 

Większość uczniów musiało podchodzić do kranów, żeby napełnić swoje kociołki wodą. Zaklęcie aquamenti w teorii było zaklęciem dla 6 roku, ale takie osoby jak Riddle ewidentnie opanowały je już same, co profesor lubił kwitować radosnym uśmiechem. Lisa z dumą mogła stwierdzić, że zaliczała się do osób znających to zaklęcie, zaklęcia były w końcu zawsze jej ulubioną dziedziną magii. Wyciągnęła więc różdżkę i wykonała nią falisty ruch, mówiąc przy okazji słowa zaklęcia. Zwieńczyło się to lodowato-niebieskim światłem na jej końcu, oraz strumieniem wody, który napełnił kociołek dziewczyny. Potem mogła zabrać się za przygotowywanie eliksiru, zaczynając od odlania dokładnie dwóch kropel z fiolki.

 

Lisa pracowała bardzo dokładnie i starannie, nie mogła pozwolić sobie na dekoncentrację, bowiem nie miała niestety tak zwanych "naturalnych zdolności w warzeniu". Jej eliksiry były dobre, zasługiwały na P, czasem na W, ale profesor Slughorn zwykł mawiać, że czegoś im jednak brakuje. No i żeby się nie zrażała, bo jej mikstury są całkowicie zdatne do użytku. I teraz nie robiła więc sobie wielkich nadziei, chcąc po prostu dostać dobry stopień. Zadbała o to, by jej składniki w moździerzu były bardzo dokładnie rozdrobnione, oraz by eliksir mieszany był z precyzją. W międzyczasie gdzieś kątem oka widziała profesora, który kręcił się przy stolikach Gryfonów, nie robiąc jednak uwag, jedynie uśmiechając się do niektórych mijanych przez niego uczniów. 

 

Kiedy Lisa zakończyła ostatnie mieszanie, musiała przyznać, że jej eliksir przybrał ładną bladożółtą barwę i unosił się nad nim właściwy, bardzo niewielki słodko-kwaśny aromat. Kolor eliksiru nie był jednak idealnie taki jak w podręczniku i z westchnieniem wzruszyła ramionami, wiedząc, że to będzie kolejne P. Dla niektórych być może marzenie, ale dla lubiącej eliksiry Lisy była to drobna gorycz. Spojrzała jednak z uśmiechem na kociołek Alana, doskonale wiedząc, że na pewno jego eliksir był wykonany perfekcyjnie.

Edited by Elizabeth Eden
Link to comment
Share on other sites

Jak się okazało nie tylko ja miałem oko do poszukiwania składników. Dzięki czujności Elisabeth mieliśmy już cały komplet składników to był właśnie dowód, że współpraca jest zawsze korzystna w obie strony. Gdy składniki zostały skompletowane zacząłem kierować się wraz z Elisabeth do ławki. Wcześniej również zabrałem swój kociołek i zacząłem przygotowywać wszystko według przepisu zgodnie z podręcznikiem. Na szczęście również znałem zaklęcie aquamenti, co mi znacznie ułatwiło i zarazem przyśpieszyło całą pracę. Cały czas stałem nad kociołkiem będąc tylko i wyłącznie skoncentrowanym na nim. Nie mogłem dopuścić do żadnych błędów, jeśli wszystko miało wyjść jak trzeba. Lekko przetarłem czoło dłonią pozbywając się przy okazji potu, który się u mnie pojawił.

 

W pewnym momencie zacząłem kończyć wszystkie przygotowania. Gdy już skończyłem ciężko westchnąłem przyglądając się eliksirowi. Wygląd wskazywał na udany efekt zapach też. Najwyraźniej wszystko poszło tak jak chciałem. Stanąłem nad kociołkiem czekając aż profesor przyjdzie go ocenić. Miałem nadzieje, że efekt będzie taki jak tego oczekuje. Nagle poczułem na sobie wzrok Elisabeth i ja również skierowałem wzrok na nią uśmiechając się do niej. Zawsze uważałem, że Elisabeth jest świetna, jeśli chodzi o eliksiry miałem nadzieje, że mimo wszystko profesor to jednak też dostrzegał. Wkładała zawsze wiele pracy we wszystko, co tworzyła. Byłem również ciekawy jak poszło innym. Najbardziej się martwiłem konkurencją ze strony Toma. Zawsze jakby nie patrzeć był lepszy ode mnie, dlatego też profesor go faworyzował.

Link to comment
Share on other sites

- No, moi drodzy. Czas minął - powiedział wesoło profesor Slughorn, kiedy zbliżał się koniec lekcji. - Proszę odejść od kociołków. - Lisa wykonała polecenie i zaczęła rozglądać się po sali.


Z kociołka Stephanie odrobino się dymiło, co chyba nie było pożądanym efektem, ona jednak wydawała się tym niezrażona. Profesor zaczął od Gryfonów i każdy eliksir komentował przynajmniej paroma słowami.

- No, no... bardzo dobry eliksir, panno McGonagall, jednak jego działanie byłoby raczej słabsze. Och, panie Tinber, cóż to za konsystencja? Ten eliksir był parzony zbyt długo.

Profesor pochwalił dwóch Gryfonów, na których wcześniej spojrzał, choć wydawał się być odrobinę zawiedziony. Potem ruszył w stronę ławek Slytherinu, a na jego twarzy błąkał się mały uśmiech. Miał oczywiście nadzieję, że Ślizgonom poszło jak najlepiej, byli jego podopiecznymi. Na początek ocenił eliksiry dziewcząt z pierwszego rzędu.

- Panna Carrow, bardzo dobrze, aczkolwiek nie czuć tutaj charakterystycznego zapachu - Vivienne zacisnęła z irytacją usta, Lisa widziała to nawet stąd. - Panna Parkinson... o wiele lepiej - profesor wziął chochelkę i przelał nią trochę płynu. - Ale kolor odrobinę różni się od zakładanego. Mimo wszystko to na pewno będzie mocne Powyżej Oczekiwań - Judith odrobinę oklapła. - Panno Selwyn... ten eliksir jest zielonkawy. Choć pachnie odpowiednio - dodał miło.

Potem ruszył w stronę ławki Riddle'a i jego kompanów. Lisa odrobinę się spięła. Miała wielką nadzieję,  że Tomowi poszło gorzej od Alana.

- Pan Malfoy... również świetnie, ale mógłby być trochę gęstszy. Czy nie dodał pan zbyt mało mieszanki z moździerza? - Abraxas skinął z powagą głową, zachowują kamienną minę. - Pan Lestrange... och. Nigdy nie miał pan talentu do eliksirów - powiedział łagodnie profesor. - Ale za to jest pan świetny z Obrony przed Czarną Magią, prawda? - dodał miło, a Gilbert skinął z napięciem głową, wyglądając na rozzłoszczonego. Profesor nie dodał nic więcej i spojrzał na kociołek Mulcibera. - Pan Mulciber... bardzo dobrze, bardzo dobrze. Proszę jednak na przyszłość pamiętać o dokładności w mieszaniu, inaczej kolor wychodzi zbyt niewyraźny, a to może wpływać na siłę działania - powiedział pouczająco, na co Pollux kiwnął głową.

 

Potem profesor podszedł do Riddle'a, który stał elegancko wyprostowany i ewidentnie musiał teraz rzucać ich opiekunowi skromne spojrzenia. Lisa była tego pewna, nawet jeśli nie widziała jego twarzy. Profesor Slughorn przez chwilę milczał, nachylając się nad jego kociołkiem i przelewając chochlą eliksir, którego barwa idealnie pokrywała się z podręcznikowym wzorem. Potem wybuchnął radosnym śmiechem.

- No proszę. Nie mogłem spodziewać się niczego innego. Idealny pod każdym względem. Pan Riddle jak zwykle mnie nie zawiódł. - Lisa widziała jak posyła Riddle'owi pełen dumy uśmiech, a potem rusza w stronę Stephanie i Adelii. Ruda dziewczyna zacisnęła zęby. Wszyscy uczniowie w klasie wodzili wzrokiem za profesorem, ciekawi komu jak poszło. Jedynie Riddle'a wydawało się to nie obchodzić. To nie musiało być nic złego, ale Lisa jakoś nie mogła pozbyć się palącego wrażenia, że on po prostu od początku wiedział, że wygra. Rzuciła intensywne spojrzenie na kociołek Alana, a potem na niego samego i uśmiechnęła się z napięciem.

 

Profesor ocenił eliksir Adelii jako "dobry" i zatrzymał się na chwilę przed Stephanie. 

- Panno Warrington, co się stało z tym eliksirem? - Lisa przechyliła się odrobinę, żeby zobaczyć kociołek swojej koleżanki. Pływała w nim jakaś gęsta, nieokreślona czarna ciecz z której wylatywał w powietrze czarny dym. Stephanie wydawała się powstrzymywać od śmiechu.

- Nie wiem, panie profesorze - wydukała, zaciskając z rozbawieniem wargi. - Naprawdę nie wiem.

Profesor rzucił jej upominające, acz łagodne spojrzenie i podszedł nareszcie do ich ławki.

 

Najpierw sprawdził kociołek Moona. Również był "dobry", co oznaczało pewnie "przeciętny". Potem zajrzał do kociołka Lisy, ale się do niej nie uśmiechnął, co odrobinę zdziwiło dziewczynę. Nawet jeśli jej eliksir byłby wyjątkowy średni, profesor wydawał się zawsze ją lubić. 

- Wszystko jest jak należy, panno Sanders. Jednak działanie tego eliksiru nie byłoby zbyt mocne. Myślę, że będzie to zasłużone Powyżej Oczekiwań - powiedział uprzejmie, a potem spojrzał na nią smutno i dodał ciszej. - Panno Sanders, proszę przyjść dzisiaj do mojego gabinetu, kiedy skończy panna zaklęcia, dobrze?

Lisa przez chwilę zastanawiała się o co chodzi, gdy przypomniała sobie, że wczoraj "zaatakowała koleżankę z dormitorium". Nie mogła się powstrzymać przed wbiciem gniewnego spojrzenia w sylwetkę Riddle'a. Było to nawet dość łatwe, przynajmniej dopóki się na nią nie patrzył. A potem profesor podszedł do Alana.

 

Przez chwilę było cicho, kiedy profesor nachylał się nad kociołkiem jej przyjaciela i przelewał chochlą jego eliksir. 

- No, no, no... I co ja mam teraz zrobić? - zapytał retorycznie, obdarzając chłopaka szerokim uśmiechem. - Idealny, zupełnie jak u pana Riddle'a -  obojętny do tej pory Tom nagle szybko się odwrócił. Wszyscy w klasie wbili w Alana swoje spojrzenia, a Lisa skrzywiła się mentalnie, wiedząc, że jej przyjaciel nie lubi takich sytuacji. - Gratuluję. Cóż, wygląda na to, że nagrodę będziecie musieli dostać obydwaj - dodał po chwili z entuzjazmem. 

 

Riddle przez zaledwie ułamek sekundy wyglądał na zirytowanego, ale już po chwili jego twarz wydawała się być łagodna i aprobująca, jakby cieszył się wynikiem kolegi. Potem jednak uśmiechnął się w sposób, który sprawił, że Lisie zrobiło się zimno. Bo ten uśmiech nie był skierowany, do Alana, ale do niej. Oczy Riddle'a wpatrywały się w nią z czymś co zwykły obserwator mógłby nazwać troską, natomiast Lisa odebrała to jako coś drapieżnego i niepokojącego. Profesor Slughorn nie mógł tego widzieć, tak samo jak reszta klasy, bowiem wszyscy wpatrywali się przecież w nią i Alana. Byli więcej oni jedynymi osobami, które mogły to zauważyć. Potem Riddle obojętnie przesunął wzrokiem po Alanie i odwrócił się, zajmując z powrotem swoje miejsce.

 

Profesor poszedł na zaplecze, a chwilę potem wrócił z dwiema dużymi książkami. 

- Posiadam tylko dwa egzemplarze. Miałem zamiar podarować dzisiaj jeden, ale w takim wypadku nie mam chyba wyboru - profesor nie wydawał się jednak strapiony, a zadowolony, że aż dwie osoby w klasie osiągnęły tak dobre wyniki. - Te książki to wielka rzadkość, nie są już dzisiaj dostępne w sprzedaży, ale macie moje słowo - powiedział, unosząc znacząco brwi. - że nie ma żadnej księgi, która tak przygotuje was do SUMów, jak ta. Sławny alchemik jako autor - zastukał palcem w imię i nazwisko widniejące na górze okładki - i dokładne opisanie wszystkich zagadnień, które mogą wystąpić na egzaminie. Nie wątpię, że dobrze je wykorzystacie.

Dał jedną książkę Tomowi, a drugą Alanowi. Riddle przez chwilę obracał swoją w rękach, a potem otworzył, przez kilka sekund przeglądając strony. 

- Dziękuję, panie profesorze. Dzięki panu nauka do egzaminów z pewnością stanie się przyjemniejsza - powiedział jedwabiście, z lekkim uśmiechem.

- Oj, Tom. Jestem pewien, że i bez tego poradziłbyś sobie doskonale - powiedział profesor Slughorn z radością. - Ale to zawsze świetne uczucie móc pomóc wybitnym uczniom w ich staraniach. No, myślę, że pora posprzątać stanowiska, zajęcia wkrótce się kończą. Proszę pamiętać o zostawieniu na moim biurku podpisanej fiolki z waszym eliksirem. Dokładnie je przeanalizuję i na następnej lekcji poznacie oceny.

 

Lisa zabrała się za napełnianie fiolki, a kiedy ją odłożyła w odpowiednie miejsce, zaczęła sprzątać swoje stanowisko, czyszcząc najpierw kociołek zwykłym Evanesco(Lisa była równie świetna z zaklęć jak i z transmutacji. Wszystko co wymagało różdżki było jej domeną)

- Gratulacje - powiedziała z radością do przyjaciela, uśmiechając się do niego szczerze. Nie myślała teraz o tym nieprzyjemnym uczuciu sprzed chwili ani w ogóle o Riddle'u.

Link to comment
Share on other sites

Nic nie mówiłem patrząc jak profesor chodzi po klasie obserwując wyniki prac innych. Pomimo że nie było tego po mnie widać byłem trochę zestresowany myślą, że jednak się pomyliłem a mój wywar nie jest tak dobry jak powinien. Jak do tej pory żaden z wywarów nie zrobił większego wrażenia na profesorze takie przynajmniej odniosłem wrażenie słysząc to, co mówił. Przynajmniej tak było do czasu aż przyszedł czas Toma. Opuściłem lekko wzrok słysząc zadowolenie profesora, gdy stał nad jego kociołkiem. Stało się, czyli jak zwykle. Jego wywar pokonał wszystkie inne. Straciłem jakąkolwiek nadzieje, że jestem jeszcze w stanie czymś zaimponować w tej chwili profesorowi. Może gdybyśmy siedzieli przed nim zdołałbym jakoś swoim wywarem zwrócić uwagę profesora teraz szanse były nikłe.

 

Ponownie jednak podniosłem głowę widząc jak profesor zbliża się do nas. Byłem zdziwiony widząc takie zachowanie profesora przy Elisabeth. Nigdy taki nie był dla niej. Wszystko się jednak szybko wyjaśniło. Czyli jednak powiedział? Pomyślałem zaciskając pięści i patrząc w stronę Toma. Zastanawiałem się czy powiedział prawdę czy użył może jakiejś dramaturgii by to bardziej podkoloryzować. Miałem nadzieje, że jednak rozejdzie się to wszystko spokojnie niestety się najwyraźniej myliłem, lecz nie mogłem dalej nad tym rozmyślać, bo nagle profesor znalazł się nad moim kociołkiem oceniając go. Gdy tylko go sprawdzał ponownie na czole pojawił mi się nerwowy pot spowodowany stresem. Jednak na to, co zaszło potem w ogóle nie byłem gotowy. Byłem w kompletnym szoku słysząc słowa profesora. Nie pokonałem Toma, ale dorównanie mu to też nie małe osiągnięcie. Byłem pewny, że rodzina będzie zachwycona słysząc jak zacząłem rok. Może nawet mi zaufają i pozwolą obrać mi drogę kariery aurora? Nagle jednak zauważyłem jak wszystkie oczy się we mnie wpatrują mimowolnie opuściłem głowę wbijając wzrok w ziemie. Czułem się bardzo głupio, gdy byłem w centrum uwagi miałem nadzieje, że zaraz to jednak minie. Nie zrobiłem przecież nic nadzwyczajnego.

 

Zaraz na szczęście to uczucie minęło, bo teraz uwaga została skupiona się naszych nagrodach, po którą zaraz się skierowałem. Podziękowałem serdecznie profesorowi za nagrodę. Tak jak sądziłem dał coś, o co warto było walczyć. Dzięki temu podręcznikowi na pewno świetnie się przygotuje na SUMy. Nie mogłem sprawić zawodu zbyt wiele ode mnie oczekiwano bym mógł go sprawić. Zgodnie z poleceniem napełniłem swoją fiolkę wywarem odpowiednio ją podpisując by zaraz zanieść ją na biurko profesora. Następnie wróciłem na swoje stanowisko by je odpowiednio przeczyścić. Nagle usłyszałem gratulacje ze strony Elisabeth, na co się uśmiechnąłem do niej.

 

- Dziękuje, ale to był nasz wspólny sukces dzięki współpracy tak szybko znalazłem składniki i mogłem odpowiednio przygotować wywar. Moim zdaniem ty też byłaś mimo wszystko niesamowita - odrzekłem z uśmiechem by nagle ponownie się odezwać. - Elisabeth nie przejmuj się tym, co dziś usłyszałaś. Powiedz profesorowi wszystko ze swej perspektywy jestem pewny, że będzie wyrozumiały. Cokolwiek powiedział mu Tom prawda na pewno i tak wygra - powiedziałem z uśmiechem.

Link to comment
Share on other sites

- Och, Alan, daj spokój. Znalezienie składników, a zrobienie idealnego eliksiru... nie ma porównania - przytuliła go lekko. - Jestem z ciebie dumna. - przy następnych słowach przyjaciela odsunęła się i lekko westchnęła. - Mam nadzieję, że tak będzie. Nie chciałabym, żeby profesor się na mnie zawiódł - wymruczała, pochylając lekko głowę.

 

Kiedy posprzątali swoje stanowiska i założyli torby akurat skończyła się lekcja. Alan i Lisa wychodzili z klasy za chichoczącymi Adelią i Stephanie.

- Co ty zrobiłaś?

- Nie wiem, przecież to było wszystko zgodnie z instrukcją. Moja przyszłość chyba nie będzie wiązała się z eliksirami.

Wydawały się być w bardzo dobrych humorach. W pewnym momencie Stephanie odwróciła się do tyłu i mrugnęła do Alana.

- Gratulacje, panie Travers - próbowała udawać profesorki ton. - Widać będziemy mieć kolejną gwiazdkę na roku - dodała wesoło, pierwszą "gwiazdką" był oczywiście Tom Riddle. - mi to nigdy nie będzie grozić - dodała z nutą żartu.

- Oj tam, Stephanie. Nie bądź dla siebie taka surowa - powiedziała radośnie Lisa, kiedy kierowali się do wyjścia z lochów. Kiedy przystanęli w Sali Wejściowej dziewczyna spojrzała na koleżanki. - Idziecie może do toalety?
Adelia odgarnęła włosy z ramion.

- Właśnie zamierzałyśmy. Wiesz, odświeżyć się, te wszystkie opary z eliksirów zostają potem na twarzy i fryzurze - pokręciła głową.

- Alan, to może pójdziesz już pod klasę, a ja jeszcze z dziewczynami zajdę do łazienki? - Lisa uśmiechnęła się pogodnie do przyjaciela, a potem wspięła po schodach za Adelią i Stephanie, myśląc o tym, że to w pewnym sensie spełnienie obietnicy, jaką mu złożyła.

 

To jednak szybko się zmieniło. 

- Merlinie, Delia - powiedziała Stephanie grzebiąc w swojej torbie, kiedy były już zaledwie parę metrów od łazienki. - Chyba zostawiłam podręcznik od eliksirów w klasie. Polecisz ze mną szybko, proszę... Zdążymy, mamy piętnaście minut - kiedy Adelia z rezygnacją skinęła głową, Stephanie spojrzała na Lisę. - Idziesz z nami? 

- Nie, no dobra, nie będziemy iść całą grupą po podręcznik. Poczekam na was w łazience - powiedziała Lisa, wzruszając ramionami.

- Obiecujesz? - Stephanie rzuciła jej groźne spojrzenie, machając przy okazji palcem.

- Obiecuję - odpowiedziała Elisabeth ze śmiechem i przeszła te kilka kroków do damskiej toalety, kiedy jej koleżanki zawróciły w stronę schodów.

 

W damskiej łazience było pusto i czysto, dokładnie tak jak powinno, chociaż ta ujmująca cisza i wyraźne echo na chwilę zbiło Lisę z tropu. Potem rzuciła torbę obok jednej z umywalek i stanęła przed lustrem, żeby przemyć twarz. Lisa sama nie wiedziała dlaczego czuła się tutaj tak dziwnie. Przecież była tu wiele razy, chociaż... zazwyczaj nie była sama. Obróciła się szybko, patrząc w stronę zamkniętych kabin toaletowych. Co za nonsens. Pokręciła głową zirytowana samą sobą. Co złego może jej się stać w łazience? Pochyliła głowę nad umywalką i wtedy to poczuła.

 

W czasie jednej sekundy zdołała równocześnie usłyszeć świst zaklęcia, poczuć obrzydliwe gorąco na plecach, zamknąć oczy od błysku światła i krzyknąć z zaskoczenia. Na chwilę straciła oddech z powodu tego niespodziewanego ataku, a kiedy odzyskała władzę w ciele uniosła głowę i spojrzała w lustro. Nie zobaczyła nic poza znikającym za drzwiami kawałkiem czarnej, uczniowskiej szaty.

 

***

 

Stephanie i Adelia, głośno rozmawiając, otworzyły drzwi damskiej łazienki.

- Hej - rzuciła Stephanie od progu, ale nagle zamilkła. - Lisa miała tu na nas czekać - powiedziała z irytacją, Adelia jednak zaraz złapała ją za ramię.

- Jest jej torba - wskazała ziemię obok umywalek.

Dziewczyny weszły bardziej do środka i zamknęły za sobą drzwi.

- Lisa? Gdzie jesteś? - zapytała Stephanie już bez złości, ale z czystym zaciekawieniem.

 

Przez chwilę w toalecie panowała cisza, zanim jakiś zdławiony głos powiedział:

- Tutaj. 

Adelia bardzo szybko zlokalizowała skąd on dobiega i razem z przyjaciółką ruszyła w stronę jednej z kabin. W momencie jednak, w którym Stephanie wyciągnęła rękę, plasnęła ją mocno po dłoniach, sycząc "Nie wchodzi się ludziom do toalety". Zaraz jednak zamilkła, słysząc zza drewnianych drzwi zduszony głos Lisy.

- Nie... ja tylko... - Stephanie pokręciła głową i szarpnęła za klamkę, ale ta nie puściła.

- Lisa, otwórz - powiedziała stanowczo.

Przez chwilę znów było cicho.

- Nie - na pytania dziewcząt Lisa odpowiedziała szybko - po prostu... ktoś rzucił na mnie urok, a ja nie mogę go zdjąć - w głosie dziewczyny dało się słyszeć wyraźne zdenerwowanie.

Stephanie przestała siłować się z klamką.

- Urok? Niektóre uroki... - urwała, a Adelia dokończyła:

- ...może zdjąć tylko ten, kto je rzucił.

- Wiem - odpowiedziała Elisabeth, która wydawała się być w połowie zestresowana i w połowie zirytowana. - Merlinie, dlaczego to wszystko dzieje się mi, dopiero zaczął się rok szkolny - zamarudziła, chowając twarz w dłoniach, chociaż one nie mogły tego widzieć.

Adelia delikatnie dotknęła ręką drzwi.

- Lisa - zaczęła uspokajająco - może nas wpuścisz?

- Nie - dobiegła ją natychmiastowa odpowiedź, która zdawała się nie odpowiadać Stephanie, co Ślizgonka okazała uderzeniem pięścią w klamkę.

- Lisa, no daj spokój. Nie możesz siedzieć tam wiecznie.

- Mogę - odpowiedziała ruda dziewczyna z determinacją.

Stephanie wydawała się mieć ochotę do walki słownej, ale Adelia złapała ją za ramię i powiedziała łagodnie.

- To może... po prostu pójdziemy po Alana, co? Może z nim porozmawiasz.

 

Przez chwilę w łazience panowała uderzająca cisza, a potem z kabiny rozległ się jakiś dziwny dźwięk, coś pomiędzy warknięciem i westchnięciem.

- Dobra - Adelia skinęła głową Stephanie, a potem Ślizgonki skierowały się do drzwi. Po drodze jedna z dziewczyn złapała torbę Lisy. Nie mogła zostać tu niepilnowana, ktoś mógłby wejść i ją zabrać. Na przykład Vivienne, dla której atak na Lisę mógłby być świetnym dowcipem.

 

Stephanie i Adelia bardzo szybko dotarły pod salę zaklęć, mając nadzieję, że Alan będzie stał na uboczu i nikt poza nim tego nie usłyszy. Obok klasy stało już paru uczniów, ale na pewno nie większość. Pod ścianą siedział Hector, czytając jakąś książkę, z jego torby luźno wystawała różdżka. Chłopak przyszedł tu chwilę temu, tak samo jak Tom wraz z Abraxasem, Polluxem i Gilbertem, którzy stanęli znów blisko drzwi. Tom milczał, mając na twarzy lekki uśmiech, kiedy jego towarzysze cicho rozmawiali

- Alan - zagadnęła go cicho Stephanie, wtykając mu w dłoń torbę Lisy. - Lisa siedzi w kabinie łazienkowej i nie chce wyjść. Mówi, że ktoś rzucił na nią urok, którego sama nie może zdjęć. Wiesz jak to jest z niektórymi urokami - zmarszczyła brwi. - Chodź nam pomóż ją wyciągnąć, nie może tam przesiedzieć całych zaklęć - poprosiła, zaciskając usta.

Link to comment
Share on other sites

Guest
This topic is now closed to further replies.
 Share

×
×
  • Create New...