Jump to content

Strona Główna  |  Ogłoszenia  |  Lista Fanfików  |  Fanpage  |  Feedback
Hoffman

[Pojedynek] [C] Lucjan vs Mephisto The Undying

Recommended Posts

Choć minęło już sporo czasu odkąd ostatnim razem gwar i emocje wypełniały te sale, w przepełnionych niezwykłą mocą wojownikach wciąż tli się płomień, który wznieca pożar zaklęć, który to ostatecznie zawsze przywraca do życia pewne szczególne miejsca. Tym razem ognie magii rozgrzały do czerwoności stalowe elementy filarów podtrzymujących okazałe sklepienie areny, jednocześnie przynosząc ciepło, rozpraszając ciemności. Stal uformowana była w cieniusieńkie elementy, ciągnące się od podstaw aż do korynckich głowic filarów, tworząc wspaniałe znaki, przywołujące na myśl ozdobne ornamenty, czy też kombinacje ze starych znaków runiczych. Grube kolumny, ułożone w dwa wielkie pierścienie, okrążały centrum pomieszczenia nad którym znajdowało się jedno tylko okno. Zostało ono starannie oprawione, w porze zenitu wpadający do środka słup światła wygląda iście inspirująco. W jego świetle doskonale widać niesioną podmuchami materię - kurz, pióra, pył.

 

No dobrze, może nie jest to idealny styl koryncki, jednakże twórcy tej areny byli zafascynowani tym stylem. Po prostu przystosowali klasyczne elementy architektury pod potrzeby areny, dodając jednocześnie wiele własnych elementów. Na przykład wyrastająca z podłogi lwia głowa, po drugiej stronie areny, poza obiema pierścieniami kolumn. Jest to dzieło pracy jednego, znakomitego rzeźbiarza. Specjalny mechanizm uwalnia ogień z jego paszczy. Stalowe znaki zagłębiają się w kolumnach, ale w rzeczywistości biegną dalej w dół, aż do miejsca w którym czar ochronny (zapobiega rozlaniu się materiału) przechodzi w specjalne zaklęcie, które zabiera ciepło i napędza mechanizm otwierający paszczę lwa, powodując również buchanie ognia wysoko ku górze. W ten sposób zwierz zieje płomieniami tylko wtedy kiedy arenę wypełnia magia. Czyja magia wypełni ją dzisiaj, zapytacie?

 

 

magic_battle_by_nightpaint12-dboxph9.jpg

 

 

Z nieukrywaną przyjemnością pragnę powitać Lucjana oraz Mephista! Nie jest to ich pierwszy raz pośród sal magicznych zmagać, ale z całą pewnością minęło wiele czasu odkąd ostatnim razem mieliśmy okazję podziwiać ich moc. To zwykły pojedynek, w którym obowiązują zwykłe zasady. Ponieważ sale długo stały puste, niech walka potrwa dłużej niż przewiduje zwyczajna opcja, niech nasi wspaniali zawodnicy się nie oszczędzają, niech przypomną nam o czasach świetności Sal Magicznych Pojedynków!

 

Jesteście gotowi? Zatem niechaj rozpocznie się pojedynek!

Edited by Hoffman

Share this post


Link to post
Share on other sites

Na salę wszedł wysoki mężczyzna o długich białych włosach, czerwonych, skórzanych spodniach i czerwonej również skórzanej kartce. Była rozpięta do połowy klatki piersiowej. Ręce miał w kieszeniach i kawałek się lekko na boki. Widać było, że jest pijany. Widzowie mogli usłyszeć kobiecy głos.

- Masz mi wrócić do domu trzeźwy! Bo nic wieczorem nie zdziałać! - wołał kobieta. Lucjan tylko się uśmiechnął.

- Tak, wiem kochanie! - zawołał.

Gdy doszedł na środek sali machnął ręką i obok niego pojawił się fotel. Usiadł na nim i z kieszeni wyciągnął piersiówkę. Wziął porządny łyk, schował ją i zapalił. W takiej pozycji zaczął czekać na swojego przeciwnika i przyjaciela Mephisto. Jak zawsze spóźniony student. pomyślał z uśmiechem. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Trwało to długo, nawet bardzo, ale wreszcie ciszę nie przerywaną przez Lucjana, no cóż, coś przerwało.

 

 

Trzepot niewielkich skrzydeł, należących do niedużego ptaka, kukułki, która to wleciała przez nie wiadomo jakie wejście, pozostawiając za sobą ślad z fioletowej, połyskującej, magii. Okrążyła arenę kilka razy a potem spiralnie wylądowała na ziemi, znikając w chmurze arkany i magii ujawniając sylwetkę mężczyzny. Zanim jednak dało się go lepiej dostrzec, fioletowa arkana zaczęła się rozchodzić, tworząc przy okazji efekt przypominający konfetti, małe różnobarwne kawałki papieru rozleciały się wokół miejsca lądowania ptaka po czym wybuchły raz jeszcze wysyłając chmarę słowików i wróbli, która to rozleciała się po arenie, polatała nad widownią i zniknęła w chmurze dymu.

 

 

Wysoki, ciemnowłosy mężczyzna ubrany w pelerynę z piór skłonił się przed widownią i zbroję płytową wykonaną ze złotego materiału, jednak bez hełmu, zbierając tym samym nieco podziwu. Wyprostowałem się i spojrzałem na przeciwnika.

- Gra? Jak to miło z twojej strony, że zgadzasz się ze mną zagrać - oznajmiłem z zawadiackim uśmiechem. Rozejrzałem się jeszcze po widowni a potem, nie przestając się uśmiechać, wskazałem na jeden z magicznych płomieni, przygaszając go, ale nie zgaszając absolutnie. Potem wodząc dłonią zgodnie z ruchem zegara przygasiłem wszystkie inne źródła światła, wywołując nastrojowy półmrok na arenie. Wreszcie, ostatnie źródło światła, za moimi plecami, sprawiało, że na arenie byłem widoczny tylko ja i mój cień. - Mam nadzieje, że jesteś na to gotowy, przyjacielu. - Po tych słowach ostatnie źródło światła przygasło, a na arenie nie było widać prawie nic, poza słabymi ognikami i czasem przelatującymi iskrami.

 

 

Ale planem nie było spowicie areny w mroku. Och nie nie. To wszystko dla efektu. Temu też, szybko jedno ze świateł znowu zaczęło płonąć, jednak coś przysłaniało część światła, rzucając na ziemię dziwaczny cień, wyglądający jak totem. Zaraz potem, wszystkie inne płomienie zaczęły losowo wracać do pierwotnego stanu, ale wciąż przysłonięte, rzucając różnokształtne cienie. Każdy przypominający jakąś starożytną formę bożka, albo innej istoty. Nie było widać za to mnie, a może byłem tam tylko cienie zbierały na siebie całą uwagę.

 

 

Powoli pełznąc w stronę Lucjana, cienie zdawały się wić jak węże, gotowe by kąsać. Jednak zamiast tego zaczęły otaczać, tworząc krąg wokół niego, z którego to więcej cieni w formie macek ruszało powoli w górę. Zbliżając się niebezpiecznie do niego. Ale nie, to nie był koniec. 

 

Łuk ciemnofioletowego blasku rozświetlił przestrzeń nade mną, wrzucając mnie raz jeszcze w centrum uwagi, ale szybko magię, która to utworzyła to światło, i skupiłem ją w formę sfery trzymaną w dwóch rękach. Układając palce tak, że wszystkie był skupione w kierunku sfery, wyglądając jakbym ją trzymał, rozłożyłem ręce i palce tak, że losowe kawałki zaklęć poleciały w różne kierunki, ale ostatecznie na drodze przypominającej łuk pognały w kierunku Lucjana. Razem czternaście magicznych pocisków, wymierzonych w kierunku przeciwnika któremu ograniczyłem pole do manewru. 


Gra się zaczyna. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Mężczyzna tylko pokręcił głową. Gdy wszystkie pociski do niego doleciały i zrobiły przysłowiowe bum, miejsce było puste. Totalna pustka.

 

Mephisto mógł usłyszeć szuranie butów za swoimi plecami. - Sztuka starożytna... Nigdy nie zrozumiem. - wyburczał Lucjan biorąc kolejny łyk z piersiówki. Gdy już się nagadał sam do siebie, spojrzał na przyjaciela.

- A ty mój drogi masz sklerozę? Walczysz z mistrzem iluzji. Nie ufaj każdej rzeczy która tu jest. Wszystko może być iluzją. - poinformował go z uśmiechem mężczyzna. Pstryknął tylko palcami i delikatny wiatr rozwiał jego postać. Na arenie zapadła całkowita cisza. Nie było słychać niczego. Nawet wiatru. Jednak po chwili Lucjan zmaterializował się na swoim fotelu który był trochę oddalony od Mephista. Na twarzy mężczyzny pojawił się uśmiech.

 

- Ok. Zacznijmy od numeru jeden. - powiedział i pstryknął palcami i Mephisto został zamknięty w przysłowiowym kartonie. Tylko, że ten karton nie da się tak łatwo rozwalić. 

- Dobra. Teraz zwei. - mruknął. Karton oplotło czarne coś. Wyglądało jak maź lecz gdy tylko przestało go oplątywać zastygło. Lucjan wstał i w kilku skokach znalazł się naprzeciw pudła. 

- Mephisto. Zaraz cię wypuszczę tylko daj popatrzeć widowni. - szepnął do pudła. - Panie i panowie. Witami w cyrku Lucjana. W tym pudle zamknąłem niesforną małpę. Teraz ją ukaram! - zawołał.  Ludzie z widowni uważnie patrzyli. Mężczyzna wyciągnął z kurtki kilka iglic używanych przez ninja, podskoczył i wszystkie rzucił w stronę zamkniętego Mehista. Wszystkie iglice a było ich 6 wleciały do środka ( jak wiedział tylko sam Lucjan i wbiły się mężczyźnie w łączenia nerwowe. W tym samym czasie Lucjan wylądował na swoim fotelu i wyciągnął z kieszeni jakieś pudełko z przyciskiem. Na jego twarzy pojawił się morderczy uśmiech.  - A teraz bum! - zawołał i przycisnął wielki znaczek z czachą i pudło zrobiło wielkie pierdut  aż sala się zatrzęsła. Lucjan tylko śmiał się jak psychol w swoim fotelu. - Mephisto!  Jak tam? Żyjesz? - zaczął się wydzierać ze śmiechem. Widać było, że wódka nie jest jego mocną stroną bo już mu odwalało. 

 

No cóż. Chlanie wódy to nie sport dla Lucjana.  

Share this post


Link to post
Share on other sites

W miejscu eksplozji było tylko coś wyglądającego jak masa piór, masa poruszyła się, powoli ujawniając sylwetkę. Cześć odpadała i lądowała na ziemi, ale ostatecznie była to ta sama peleryna z piór co wcześniej. Miała kilka żarzących się piór, nadpaleń no i była naszpikowana w kilku miejscach igłami, ale a i tak wyglądała dobrze. Rozłożyłem ręce, rozkładając przy okazji pelerynę i puściłem ją lewą ręką, żeby wyrwać igłę z tej prawej. Rzuciłem ją obojętne na ziemie i wyrwałem kilka kolejnych. Dopiero po chwili spojrzałem na przeciwnika i wskazałem na niego lewą ręką, na którą to teraz obrastało kilka piór, była też przyciemniona i miała wydłużone szpony. Odkaszlnąłem i wyplułem część krwi która nagromadziła się w moich ustach, czy to przez wybuch, czy kaszlnięcie. Nawet jeśli zatrzymałem poparzenia. Wciąż wybuchy bolą, to po prostu bolało trochę mniej. Gorzej, że moja prawa ręka cholernie bolała i krwawiła w kilku miejscach. Ale nie nazbierałem dość mocy na naprawianie części ciała. 

 

 

Przesunąłem dłoń w górę, podkręcając moc większości źródeł światła ale zaraz potem gwałtownie ją opuściłem, wygaszając większość, pozostawiając po nich tylko tlące się iskr i spowijając arenę w absolutnej ciemności.

- Och jakże wielki jest Ra... Mut... Nut... Chnum...Ptah...Nefthis... Neckbet...Sobek...Sachmet...Sokar...Selket...Rashpu...Wadjet...Anubis...Anukis...Seshmu...Mashkent...Hemsut...Tefnut...Heket...Mafdet - wyszeptane imiona, nie padające z mych ust, odbiły się złowieszczym echem po mrocznej arenie, kręcąc się, niczym spirala wymieszana z cieniami tworząca dziwaczną atmosferę, podkreślaną jedynie przez ciemność przecinaną raz na jakiś czas pojedynczymi iskrami i płomykami. - Ra! Mut! Nut! Ptah! Hemsut! Tefnut! Sokar! Selket! Seshmu! Rashpu! Sobek! Wadjet! Heket! Mefdet! Nefthis! Nachbet! - z każdym z imion, lampki powoli się zapalały, tworząc złowieszcze sylwetki z cieni, jednak nie na ziemi, a w przestrzeni trójwymiarowej. - RA! - głos wykrzyknął oświetlając przy okazji arenę potężnym blaskiem. Szesnaście istot z cienia o sylwetkach bogów egipskich których imiona padły, stały na arenie spoglądając na Lucjana.

 

 

Ja sam stałem kilkanaście metrów dalej od śmiejącego się głupca. Jeśli chce stępiać swe zmysły, niechaj tak będzie. 

- A więc wierzysz tak bardzo w swe moce? Mają sprawić bym łatwo padł? Och więc wybacz, że głupio się szczerzę. Moc prawdziwą poznasz gdy zacznę już grać.. - rzuciłem tonem mającym na celu zdenerwowanie go. 

 

 

Sylwetki rozstawiły się po arenie, ale jednak nie atakowały a jedyne znacznie utrudniały poruszanie się. Tak samo zresztą cienie które rzucały, zdawały się spadać w nieskończoną otchłań tworząc z areny pole pełne pułapek. Część iskier z płomieni też nie znikała a leciała w górę, zbierając się pod sufitem tworząc chmarę świetlików nie tylko wzmacniając oświetlenie ale i utrudniając poruszanie się w powietrzu. Spojrzałem na przeciwnika a powietrze przeciął nagły odgłos "BAM!" i kilka latających w powietrzu liter z alfabetu któregoś z azjatyckich dodając całości grozy, ale szybko zniknęły. 

- Twoje "Mistrzostwo" w iluzji na nic ci się nie zda! - powiedziałem jeszcze. Zaraz potem zacząłem zbierać w dłoniach zieloną energię przypominającą nieco płomienie. Wewnątrz płomieni było coś co przypominało cztery czaszki ptaków wykonane z kryształu. Cisnąłem całością w przeciwnika, a wokół czaszek płomienie uformowały czarne krucze ciało, które to w niektórych miejscach płonęło na zielono. Trzy ptaki zaczęły latać po arenie, tylko po to by zaraz potem rzucić się na siedzącego na fotelu Lucjana z zamiarem wydłubania mu oczu. Jednak po ataku prawie natychmiast odleciały, wracając do latania nad areną. 

- Ech... gdyby tylko był tu Edek... Demony mogą widzieć przez iluzje... - przemknęło mi przez myśl 

 

 

No ale, Edek musiał odpocząć, Demon czy nie. Nie był niezniszczalny. Był tylko kurczakiem, czasem Kuroliszkiem. No i zasługiwał na wakacje. 

Pikujące króki szybko wróciły i wylądowały na mojej lewej ręce. Szybko jednak, w raz z moich ruchem przedramieniem, odleciały. Chwyciłem prawą ręką część płaszcza przysłaniając nim część ciała, na wypadek ataku. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

W czasie lotu ptaki Mephista padły martwe na ziemię. 

- Wiesz co mordo? Bycie grzechem chciwości ma swoje plusy. Z twoich ptaków zeszła cała siła witalna. Z twoich bóstw też powoli cała schodzi wzmacniając mnie. Widać, że nadal mnie lekceważysz. A to bardzo nie ładnie. Powinieneś szanować swojego przeciwnika. - powiedział z uśmiechem. Sam Mephisto mógł poczuć, że jego moby słabną. Powoli aczkolwiek jednak. Sam Lucjan wstał i włożył rękę do kieszeni. Na trybunach widzowie pomyśleli, że wyciągnie jakąś wymyślną broń a on wyciągnął paczkę fajek. Odpalił jedną i spojrzał na przyjaciela. Na jego twarzy pojawił się uśmiech i po chwili Lucjan rozpłynął się w powietrzu i pojawił się przed Mephistem. - Primo szybkość. - powiedział i uderzył go w twarz tak, że ten odleciał na dwa metry w tył. - Secundo spryt. - powiedział uderzając go w tył pleców tak, że upadł twarzą na ziemię. Gdy próbował się podnieść, dobił go nogą w ziemię. - Terzo. Szacunek. - powiedział i odskoczył na kilka metrów. - Twoja siła jest naprawdę smaczna. Czuję, jak wraca mi moc. - powiedział i oblizał się. - Ale szczerze? Zawsze mi mało. - powiedział i pierwszego z brzegu bożka chwycił za twarz czy co tam miał. Mob najpierw się zaczął rzucać i ranić mężczyznę ale co dziwne, rany od razu znikały. Gorzej było z mobem. Nie dość, że tracił siły to sam zaczął chudnąć w oczach. Za to Lucjan się poszerzał w barach. Po chwili pod nogami mężczyzny został tylko popiół. Przypatrzył się leżącemu mężczyźnie. - Skończyłbyś tak gdyby to było dozwolone ale nie jest. Więc sprawię, że poczujesz się tak jak ten bożek. - powiedział z uśmiechem. Teraz był całkowicie trzeźwy więc był koniec śmiechów. Ale na żarty nadal można było sobie pozwalać. Pod nosem Mephista wylądował kiep. - Wylegujesz się czy walczysz? -zapytał Lucjan zaczynając się opętańczo śmiać. Widać, że brakowało mu adrenaliny i to od długiego czasu. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Kruki dalej latały, nie straciły żadnej siły witalnej, nie posiadały jej. Nic co stworzyłem nie było żywe, to tylko konstrukty magiczne... I kto tu kogo lekceważy. Jednak faktycznie, Lucjan miał przewagę szybkości. Może i siły też. Jednak ignorancja go zgubi. Nie trudno było zablokować pierwszy cios całą peleryną, którą i tak już podniosłem. Faktycznie, odleciałem na kilka metrów ale zdołałem to wykorzystać. Chowając się pod peleryną w momencie upadku, sprawiając wrażenie, że wciąż tam byłem. 

 

 

Fakt... miał szybkość i siłę, ale sprytu nie. W normalnych warunkach, nie ściągałbym nikogo ze sobą, ale tym razem, och tym razem będzie inaczej... 

Chwycenie bożka za twarz było głupim pomysłem. Twarz bardzo szybko okazała się nie być stała i dłoń zapadła się, utykając w cienistej formię, sam bożek też bardzo szybko oplótł Lucjana ramionami, uniemożliwiając mu ruch. Nie trwało to długo jednak bo spod peleryny wyskoczył... drugi ja, podnosząc pierwszą ze sobą. Wyglądający identycznie jak ja, ubrany identycznie. Ale coś było innego. Zaraz potem dzięki dziwnemu ułożeniu pierwszej peleryny, będącej w powietrzu pojawiłem się i ja. Lodując zgrabnie na obu nogach. Popiołu nie było. Tylko unieruchomiony przeciwnik. 

Spod mojej peleryny wyszedł jeszcze jeden ja. Ponownie identyczny. Trudno było powiedzieć który jest prawdziwy. Ale najpierw cała nasza trójka stanęła w luźnej pozie, wzruszając cwaniacko ramionami.

- Dojyaaa~n - powiedzieliśmy synchronicznie przymykając jedno oko. - Coś mówiłeś o sprycie, czy może się przesłyszeliśmy? - raz jeszcze, synchronicznie. 

- A teraz! - zawołał pierwszy ja.

- Pora na! - zawołał drugi ja.

- Przedstawienie! - zawołałem. 

 

 

Dwie wersje mnie, stojące po bokach odeszły nieco dalej, obejmując dzięki temu większy obszar naszym zasięgiem. Cała nasza trójka przygotowała zaklęcie. Zielone płomienie uformowały sferę trzymaną przez każdego z nas w obu rękach. Po kilku sekundach każdy z nas wystrzelił filar zielonych płomieni w kierunku oponenta, który z powodu własnej chciwości, utknął w miejscu. Płomienie co prawda gorące nie były, ale wywoływały to okrutne poczucie bezsilności. 

- Uniknij tego... - wyszeptałem. W pewnym momencie każdy z nas przerwał ostrzał, a cienista formacja wróciła w cień z którego wyszła. 

 

 

Pierwszy ja szybko podbiegł do przeciwnika i zanim ten wstał przeniknął jego ciało, łapiąc go za barki łokciami i opierając go o swoje plecy. Trzymając mocno. Wtedy ja z drugim mną też podbiegliśmy i uderzyliśmy Lucjana kilka razy. Kilka razy też uderzyliśmy szponami Wtedy pierwszy ja go puścił i oboje odeszliśmy na kilka jakieś dziesięć metrów.

- Dojyaaa~n - powiedzieliśmy synchronicznie, przybierając taką samą pozę jak wcześniej.

- A teraz. Brudne Zagrywki Tanio Jak Barszcz. - powiedziała jedynka i dwójka, gdy ja oddaliłem się jeszcze bardziej i zebrałem czaszki ptaków po czym stworzyłem czwórkę nowych kruków. 

 

 

Jedynka i dwójka zniknęła, zapadając się we własnych pelerynach, które zapadły się w same siebie, a ja stanąłem po drugiej stronie. Otoczony kilkoma innymi Sylwetkami bożków. Z prawą ręką w kieszeni, a lewą, wciąż z długimi szponami i piórami, trzymałem przy ciele, powoli ruszając palcami pomiędzy którymi kręciła się arkana. Gotowy do rzucenia kolejnego czar. "Rozwianie Magii". Fakt, pozbędę się tylko pierwszego zaklęcia. Do tego pierwszego jaki Lucjan rzuci, ale wciąż utrudnię mu trochę walkę. Wciąż nie wygrałem. Nawet teraz, otoczony sylwetkami, z gotowym zaklęciem. Nie jestem bezpieczny...
 

 

Kruki wzbiły się w powietrze, latając wokół areny. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Lucjan wypluł na ziemię kieł. - Ładnie bracie. Bardzo ładnie. - powiedział z uśmiechem. Po chwili podniósł górną wagę. Na miejscu gdzie powinna być pustka wystawał nowy kieł. - Ale jedna rzecz. Nie pomyślałeś o tym, że jednak nie jestem taki głupi? Iluzja to nie jedyna dziedzina magii którą się zajmuję. Więc dotknięcie mnie było głupim pomysłem. - poinformował Mephista mężczyzna. W czasie gdy mówił oznaczenie na jego przyjacielu się aktywowało.A teraz. - Primo! - zawołał pstrykając palcami i przed Mephistem pojawił się granat który wypracował. - No nie źle. Pierwszy atak anulowany. Ale co powiesz na drugi? Secundo!  - zawołał drugi raz i przed Mephistem pojawił się wielki zegar. Zanim zareagował, wielka kukułka złapała go i wciągnęła do środka. - Z tego nie dasz rady wyjść mój drogi. Ale obiecuję, że powoli tylko chwilę!- zawołał w stronę zegara. W tym samym czasie Mephisto był w pustce. Zero ścian, podłogi. Zupełnie nic. Po chwili zobaczył przed sobą płomień który go podpalił i... nie poczuł bólu. Ale po sekundzie to się zmieniło. Nie czuł bólu jakby się palił lecz ból jakby wszystkie kości mu się łamały. Agonia trwała tak z dwie minuty i zegar zrobił bum, tym samym wypuszczając Mephista na oświetlone miejsce. W tej samej chwili Lucjan wziął rozpęd i sprzedał przyjacielowi kopa w głowę ale nie tak by stracił przytomność lecz by czuł ból. Jakby na to nie patrzeć czuł jeszcze częściowo ból z zegara więc nie było łatwo wytrzymać kopiarka. Lucjan przyzwał dwie butelki wody. Jedną sam otworzył a drugą położył obok Mephista. Sam odsunął się na bezpieczną odległość w świetle i napił się. - Pij bo mi tu przytomność stracisz. - powiedział do przyjaciela. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Cholerny... 

 

 

Uniknięcie granatu nie było by trudne, ale i tak się go pozbyłem. Gorzej, że zaraz potem rzucił kolejne zaklęcie na które nie byłem gotowy. Niestety znałem je i nienawidziłem go. Ale jakoś trzeba było to przetrwać. Nawet peleryna nie pomogła, bo w końcu, jak? To nie był zwykły ogień. Ale musiałem przetrwać...

 

 

Gdy wreszcie zostałem wyrzucony z zegara, dysząc ciężko, dostrzegłem biegnącego w moim kierunku Lucjana... o nie, nie będzie łatwo.

- The World! - zawołałem zanim oberwałem. Rozszerzający się efekt negatywu zatrzymał czas. Łącznie z nogą, która prawie mnie dosięgnęła. Odczołgałem się od miejsca w którym byłem, ale wstanie było dość trudne. Wyciągając z jednej z kieszeni węgielek, nakreśliłem niedbały krąg na ziemi i uderzyłem w niego dłonią, a ten stworzył długi kij z tego samego materiału co podłoże, którego użyłem jak laski aby się podnieść. - Sześć sekund minęło - burknąłem odchodząc kilka kroków dalej. - Osiem sekund minęło... - błękitna arkana zebrała się w mojej dłoni - Dziesięć sekund minęło - efekt negatywu zawrócił, przy okazji przywracając czas na swoje pierwotne tory. W tym samym czasie, korzystając z jego momentu zawahania, gdy noga nie napotkała żadnego celu, wystrzeliłem w jego kierunku lancą stworzoną z lodu, która włąśnie się pojawiła, zamrażając i zamieniając się w setki odłamków lecących w losowych kierunkach po trafieniu w cokolwiek. 

 

 

Kruki w tym samym czasie agresywnie pikowały w kierunku Lucjana, krążąc wokół niego, starając się dziobać i drapać zaciekle. Utrudniając reakcje na cokolwiek. Wykorzystując je jako odwracacz uwagi, zebrałem więcej magii w lewej ręce, tym razem, pomarańczowo-czerwoną, zacząłem wściekle ciskać i wykonując gesty ręką w kierunku przeciwnika, posyłając ogniste pociski, lance, a nawet tworząc ogniste eksplozję w miejscu pobytu wroga. I nie tylko, czasami w miejsca zupełnie inne. Pokrywając większość areny w płomieniach. Przy okazji wycofując się w pobliże cieni, żeby wykorzystać je jako tarczę na wypadek późniejszych ataków. 

 

 

Gdy tylko tam wróciłem, użyłem obu dłoni, wykonując kilka ruchów i szepcząc pod nosem inkantacje, "roz, whar, shar, zahar". Powtarzając całość wielokrotnie, aż wreszcie udało mi się przygotować tarczę, w kolorze błękitu, obejmujące całe ciało. To powinno mi trochę pomóc. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Lucjan spokojnie pij wodę. Niby nic specjalnego ale po chwili zobaczył, że w jego stronę leci seria ataków. Ze zdziwienia wypluł cała wodę i w tej samej chwili wszystkie ataki w niego trafiły.  Kij tam z cholernym bólem który poczuł w związku z trafieniami ataków Mephista. Bardziej chciało mu się śmiać bo latał między wybuchami jak szmata. Gdy już zmasowane bombardowanie ustało białowłosy był wbity w ścianę. - No nie źle. Na prawdę dobre to było. - powiedział. Nagle zbladł.  Wyszedł ze ściany i pobiegł za filar. Po chwili można było usłyszeć jak żołądek mężczyzny opróżnia się górą. Po chwili stanął już normalnie na arenie ale nadal był blady. - Właśnie się dowiedziałem co jadłem na śniadanie. - powiedział ze słabym uśmiechem. - エンハンスメント- wyszeptał. Po chwili Mephisto mógł wyczuć jak siła Lucjana wzrasta. Po chwili była już w normie. - A teraz się zabawimy. - powiedział w stronę przyjaciela i wskazał palcem pod jego stopy. - Katsu. - powiedział udając, że strzela w jego stronę.

 

Sekunda i podłoga pod Mephistem po prostu wybuchła. Wybuch był potężny bo ładunków w podłożu było od cholery. Połowa areny była była zakryta dymem. Lucjan machnął ręką a za nim pojawiła się ściana z mieczy i innych ostrzy. Po chwili wszystko poleciało w stronę chmury pyłu. Jedyna rzecz jaką ustawił w locie tych ostrzy, że wyczuwały jeśli Mephisto był pół metra od niego i miały go ranić. Żadnego wbijania. Łamać reguł nie miał zamiaru. Gdy ostrza już poleciały za nimi puścił coś podobnego do ptaków. Takie jakby trzy gołębie. Gdy znalazły się w dymie Lucjan tylko się uśmiechnął. - Katsu. - powiedział i kolejny wybuch i kolejny i kolejny. Po trzecim wybuchu nastąpiła cisza. Lucjan ustawił się w pozycji obronnej i zaczął czekać na ruch przyjaciela. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Kiedy on to wszystko tu zamontował?! Nie odsunąłem się przecież stąd od dłuższego czasu... Więc jak?! Tyle dobrze, że wcześniej załatwiłem sobie obronę. Co prawda to nie wystarczyło, ale pierwszy wybuch przetrzymało i ten po prostu wysłał mnie w powietrze. Ale oczywiście, koniec to nie był. Oberwałem kilkoma ostrzami ale na dłuższą metę, byłem zbyt wysoko. Powoli i druga ręka została pokryta piórami, skóra zmieniła się na czarną a paznokcie zaczęły przypominać szpony. Wtedy też peleryna podzieliła się na dwie, przypominające krucze skrzydła części i wraz z potężnym machnięciem skrzydłami dotarłem wyżej, zatrzymując się pod sufitem, wbijając palce w kamień. 

 


W miejscu sporej części ran pojawiała się teraz czarna skóra i pióra. Pióra też powoli przeplatały się z włosami. Nie ukrywajmy, wyglądało to jakbym powoli tracił człowieczeństwo. Ale na razie czekałem, pod sufitem. Wreszcie, zobaczyłem, że atak ustał. To był ten moment. Przemykając szybko po suficie, zasłaniając na moment okno, zapewniające dodatkowe światło, skoczyłem na dół, rozkładając szeroko skrzydła, lądując gwałtownie na Lucjanie, przygważdżając go do ziemi. Położyłem lewą rękę na jego twarzy.

- Bahruna Ladachi - wycedziłem gniewnie i pociągnąłem dłonią przez całą jego twarz, przy okazji drapiąc ją. Potem odskakując, przy okazji machając raz skrzydłami żeby zwiększyć dystans. Miejsce którego dotknąłem zaczęło nagle wystrzeliwać w górę zielone płomienie, otoczone czarną spiralą, które to dodatkowo raniły twarz oponenta. 

 

 

Ale to nie był koniec. Prawie natychmiast zacząłem zbierać więcej energii. W tym samym czasie, wszystkie kruki które przywołałem wcześniej wpadły na siebie i w chmurze piór i obrzydliwych odgłosów stały się jednym krukiem, znacznie większym, który podleciał do mnie i wylądował na moim ramieniu. Zakrakał groźnie obserwując mojego przeciwnika, w czasie gdy ja skupiłem się na energii. Szybko rozproszyłem ją, by ta swobodnie dotarła do wszystkich z przywołanych cieni. Wtedy też padłem na kolana i zacząłem recytować inkantacje zbierając w obie dłonie energię uciekającą z zaklęcia rzuconego na Lucjana, recytując przy tym "Roh, Vroh, Roh. Sor, Veks" powtarzając całość wielokrotnie. Wtedy też istoty z cienia rozpadły się, a ich fragmenty zaczęły formować pode mną krąg, który powoli rozświetlał się i rozszerzał. Wreszcie, blade światło, przypominające te księżyca rozbłysło pode mną a ja szybko wyskoczyłem z kręgu.

 

 

Z bladego światła wyleciała chmara kruków, kraczących gniewnie i krążących po arenie. Wreszcie, sylwetka wysokiej, w koronie, ubranej w czerń przyozdobioną piórami i srebrem, kobiety w porcelanowej masce, o niewidocznych oczach i fioletowych, namalowanych ustach, kilku kropkach na czole i symetrycznych, też fioletowych, pęknięciach, pojawiła się. Fragmenty sukni, ruszały się na nieistniejącym wietrze. A sama kobieta wydawała się sunąć nad ziemią. Zatrzymała się za mną i delikatnym ruchem dłoni zaczęła zbierać energię na koniuszku swojego palca, tą samą do której zebrania ja potrzebowałem dwóch rąk. 

Wreszcie oboje wystrzeliliśmy zielono-czarną falę energii w kierunku Lucjana, a widmowa rzuciła kawałek na materiału na moją głowę po czym stworzyła kościany sztylet wydawałoby się, że z niczego, który następnie upuściła, tak, że wylądował pod moimi nogami. Szybko go podniosłem. Kolejny ruch dłonią kobiety i coś w rodzaju bladego światła otoczyło moje ciało. Załamując wizje mojej postaci ale i chroniąc. 

 

 

 

Share this post


Link to post
Share on other sites

No tego się nie spodziewał. Rany na twarzy to był pikuś. Lecz płomienie zaczęły go potężnie ranić. Z jego gardła wydobył się ryk bólu. Złapał się za twarz i próbował zgasić pożar na twarzy. Przed wystrzałem Mephisto mógł zauważyć, że skóra na Lucjanie pęka. Jednak promienie poleciały w stronę mężczyzny i zakryły widok. Gdy już dym opadł Lucjan stał dalej, lecz coś się zmieniło. Skóra była czarna a jej płaty zaczęły opadać ukazując coś a właściwie kogoś nowego.

 

Gdy już cała skóra opadła na miejscu stał dalej Lucjan ale inny. Miał długie, białe włosy, na lewym oku miał opaskę a prawe z czerwoną tęczówką patrzyło na Mephista.  Miał na sobie czarny garnitur, na nogach lakierki a na dłoniach białe rękawiczki z pentagramami. - Żeby uwolnić moją prawdziwą formę musiałeś się bardzo postarać. - powiedział podnosząc prawą rękę w której zmaterializowała się czarna, większa od samego Lucjana kosa. - Pokonamy Cię. Ale przed tym pocierpisz. - powiedział i wycelował w niego palcem.

 

Dokładnie na jego czubku zaczęła się materializować czarna kula. Po chwili wystrzelił ogromnym promieniem. W górę wybił się dym i popiół. - Ferrum Comprime. - powiedział i zamachnął się kasą. W stronę Mephista poleciało sześć mrocznych promieni w kształcie pół księżyca. Były one ustawione w sposób łączony jakby gwiazda i aby zadać większe obrażenia zaczęły się kręcić. Gdy dotarły do Mephista opadły na niego jak płaciła. - Amaterasu. - wyszeptał Lucjan i płomienie zaczęły pochłaniać obronę przyjaciela a następnie sam on zaczął płynąć. Po chwili płomienie zgasło. Spod opaski Lucjana popłynęła krew. Przyjął pozycję obronną czyli postawił przed sobą kosę i zaczął czekać na ruch Mephista.

Edited by Lucjan

Share this post


Link to post
Share on other sites

Apatyczna twarz maski zdawała się wpatrywać w duszę Lucjana, zdawała się nawet nie drgać gdy mnie atakowano. To jednak nie było aż tak istotne. 


Obrona którą podniosłem faktycznie po pewnym czasie bycia pod wpływem czarnych płomieni zaczęła się rozpadać. Ale nic co pochodzi od bogów słońca nie było mi obce...
Bariera pękła, jednocześnie odpychając ode mnie płomienie oczywiście, szybko powróciły by aby dalej palić. Miałem jednak te kilka krótkich sekund na reakcje. Rzucając się pędem w przód, przy okazji rzucając nożem w kierunku Lucjana. 

 

 

Cielesna forma zadrżała a ja zniknąłem w chmurze dymu i filetowej energii magicznej. W czasie gdy sztylet przecinał powietrze ze świstem. W pewnym momencie zmieniło się ze sztyletu w lecący w kierunku Lucjana piorun fioletowej arkany. W tym momencie za plecami mojego oponenta załamało się światło i otoczony fioletowym dymem wyskoczyłem ja, wciąż zostając w powietrzu, obrócony na bok, z lewą ręką, otoczoną fioletowym blaskiem.

- Zaciśnięta Dłoń Bigby'iego! - rzadko kiedy musiałem krzyczeć nazwę zaklęć, ale teraz aż chciałem to zrobić. Gdy ja obracając się w powietrzu z pięścią w kierunku Lucjana, fioletowa arkana przekształciła się w gigantyczną pięść która uderzyła go w plecy. Szybko potem starając powstrzymać się go przed uniknięciem. Nie miałem jednak zamiaru pozostać tu długo. Raz jeszcze, peleryna niczym wielkie czarne skrzydła zatrzepotała, podążając za ruchem moich rąk i poderwałem się w powietrze. 

 

 

- Nowa forma nie ocali cię przed...! - klasnąłem w dłonie. - Chmurą Smrodu! - fioletowa chmura gazu pojawiła się znikąd otaczając całego Lucjana w swoich śmierdzących objęciach. W tym czasie, sztylet który wcześniej rzuciłem zniknął, pojawiając się przy moim pasie. - A teraz - zebrałem energię magiczną w obu rękach, formując małe wyładowania elektryczne, po których to stworzyłem promień błyskawicy, czy też plazmy, przyjmującej formę błyskawicy, wprost w oponenta ogarniętego chmurą. Dopiero potem wylądowałem na ukos od oponenta, nie chcąc znowu wejść w płomienie, a zjawa przybyła do mnie, "stając" przede mną. Byłem gotowy na kontratak.

Edited by Mephisto The Undying

Share this post


Link to post
Share on other sites

Lucjan stał i patrzył przed siebie. Sztylet odbił bez problemu lecz chmura i pięść już go dosięgnęła. Gdy został uderzony w plecy, upadł na kolana. Po chwili wstał i wypluł krew na ziemię. Gdy chmura już go otoczyła tylko się skrzywił. 

- Śmierdzi. - stwierdził z przekąsem.  Gdy Mephisto puścił w jego stronę pocisk, Lucjan uśmiechnął się szeroko. Machnął kasą tworząc wyrwę w przestrzeni przed nim u chmurą przez co pocisk wleciał w nią. Potem ta sama wyrwa pojawiła się za Mephistem i jego własny pocisk trafił go w plecy przez co poleciał do przodu, wprost na przyjaciela. Lucjan wyskoczył z chmury wprost na przeciwnika. Opaska spadła mu z oka przez co Mephisto mógł zobaczyć fioletowe oko z kilkoma okręgami dookoła źrenicy a w do tego dwie wskazówki. 

- Boska Tarcza - szepnął. Przed Lucjanem pojawiła się powietrzna tarcza przez co Mephisto został popchnięty do tyłu, wybijają się w ścianę. Lucjan złapał go za szyję i rzucił w drugą stronę, machnął kasą tworząc falę energii która przyśpieszyła lot Mephista. Lucjan podniósł rękę i podniósł dwa palce. Wskazujący i środkowy. Za Mephistem pojawił się duży biały bałwan który złapał Mephista w objęcia. - Katsu.- powiedział Lucjan i mob wybuchł. To nie był zwykły wybuch bo z bałwana wyskoczyły czarne płomienie. Kilka ogników dotknęło piór Mephista i zaczęło je trawić. Chłopak mógł poczuć ogromny ból jak wtedy w zegarze. Po tym jak Mephisto upadł Lucjan znowu przyjął pozycję obronną. 

- Zapraszam przyjacielu. - powiedział z kamiennym wyrazem twarzy.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Nie... nie... nie...! 

 

Desperacka próba zgaszenia ogników leżąc obolałym na ziemi i mając problemy z poruszaniem się była niemalże niemożliwa. Do cholery, to był artefakt kruczej królowej... a teraz był zniszczony... A ja nie mogłem się ruszyć, leżałem tylko, próbując zwijać się z bólu, ale bolało za bardzo, żeby mi się udało. Jakim cudem on widzi przez pieprzoną gęstą jak diabli chmurę gazu... 

 

 

Gdy płomienie wreszcie zniknęły, ja nie czułem się wcale lepiej. Miałem wrażenie, że zaraz padnę i tak przegram pojedynek. Ale w pewnym momencie, między uderzeniami serca, czas zdawał się zatrzymać. Upiór Królowej zniknął. Pojawił się za to ktoś inny... też kobieta, w długiej, sięgającej ziemi szacie, z oczami zasłoniętymi bandażami. Zdążyłem dostrzec narzędzie przypominające długi na dwa metry pogrzebacz bez haka, rozgrzany do białości. 


Kobieta podeszła i szybkim ruchem wbiła pogrzebacz, w mój mostek. W serce. Swąd palonego ciała i materiału uderzył moje nozdrza a ja tym razem dałem radę zawyć z bólu i wygiąć się w łuku wywołanym cierpieniem. 

- Twoje ciało jest słabe, dusza płonie, twój umysł jednak, nie może zostać spętany - słowa odbiły się echem w mojej czaszce. Uderzenie serca zakończyło to całe zatrzymanie czasu. Chociaż swąd dalej obejmował arenę.

 

 

- Zniszcz ciało, zbuduj ciało, wyzwól ciało... - mruknąłem pod nosem. Powoli zacząłem się podnosić, chwiejnie, rana po ostrzu, zdawała się zostać zastąpiona tylko paskudną raną po poważnym poparzeniu. - Zniszcz ducha, zbuduj ducha, wyzwól ducha - dorzuciłem, powtarzając obie części mantry kilkukrotnie, stając wreszcie na nogach. - Może złamać me ciało, zniszczyć ducha... ale mój umysł jest wolny. - Rzuciłem w kierunku przeciwnika starając się wyprostować. - Ale teraz... pora na repetę... - 

 

 

Nachyliłem się nieco w przód i opuściłem głowę, zaśmiałem się gardłowo. Nawet nie mając peleryny, zniknąłem w załamaniu światła, pojawiając się przed Lucjanem, dzierżąc dwumetrowy miecz, zweihander. Wykonałem szybkie cięcie w jego stronę znikając w załamaniu światła raz jeszcze, pojawiając się kilkanaście metrów dalej, z wyrazem twarzy sugerującym złość. Niewielkie kawałki metalu zaczęły krążyć wokół mojego ciała, przesyłając między sobą wyładowania elektryczne. Rzuciłem zaklęcie wyciszenia, skutecznie pozbawiając go na kilka chwil zdolności używania magii. Przy okazji pozbywając się też aktywnych już zaklęć.
- Pora przypuścić szturm... odziany w metalowy rój... - wycedziłem, zniknąłem, ponownie. Pojawiając się za oponentem uderzając go z siłą której nawet on sam dotychczas nie wytoczył. - Jak żywa zbroja zrodzona w bitwy znoju! - złapałem go za włosy i pociągnąłem do tyłu, przy okazji wpakowując kolano w jego krzyż. - Dałem ci szanse by poczuć pewnie się! - chwytając go za bark i biodra, podniosłem go i sprowadziłem z impetem na swoje kolano. - Będziesz błagał o litość zamykany w Żelaznej Dziewicy mej! - cisnąłem go na ziemię i nadepnąłem na jego klatkę piersiową, wiązka energii, zdawała się uderzyć go z impetem, wywołując ból, nawet większy od tych jego płomieni. Odbijający się echem w całym układzie nerwowym. Obróciłem miecz i uderzyłem go głowicą w głowę. - Jak młotem kruszę kości. Siostro co za zły nawyk. Poświęcę twoje Ścierwo na Czarnym Sabacie! - wbiłem miecz w jego prawą dłoń i kopnąłem w twarz. Wyjąłem miecz i nakreśliłem jego krwią, krąg wokół jego ciała, który szybko aktywował zaklęcie.  Pozbawiając Lucjana szans na ucieczkę. Potem rzuciłem miecz poza krąg. - Zapytaj "Dla Kogo Bije Dzwoń", gdy Diabeł kroczy drogą tą! Czas ci ucieka na Mega-Śmierci zegarze! - z arkany w mojej dłoni utworzyło się coś w rodzaju kolca, który cisnąłem w jego lewą dłoń. Potem drugi w prawą. Potem jeden w stopę, i drugą. Wyszedłem z kręgu i uderzyłem w jego krawędź dłońmi i a zielone płomienie wyskoczyły spod ziemi, więcej bólu. Ja za ten czas podniosłem miecz. - Niczym Człowiek Wojny! Walczę zostawiając cię W Płomieniach. Brutalnie silny Mastodont! - cisnąłem w kierunku Lucjana kulą ognia która wybuchła. - Minister Śmierci twej! W tym Danse Macabre ja prowadzę! Niczym jebany Machinalny Łeb! - wystrzeliłem z palca płomień czarnej energii, celując w płuco, która zdawała się zamieniać skórę oponenta w czarną, wyschniętą i popękaną. To co było głębiej też. - Zniewolę cię w Eterze! Jestem Rzeźnikiem aż po czasów Kres! Krew ma niczym Nitrogliceryna jest! - wiązka energii przebiła powietrze ze świstem uderzając Lucjana niczym sztylet w udo. - Zaakceptuj swe ostateczne cierpienie! Przeciągnę twe Zwłoki po arenie i ochrzczę to Biedą! Zakopię cię na Zmrożonej Ziemi! - kolejny atak, tym razem fioletowy stożek obladzający ciało Lucjana. - Grobowe Dzieci Me! Oto Wasze Wielkie Odrodzenie! - zakończyłem a przebijając się przez ciało Lucjana z ziemi zaczęły wynurzać się upiory, które zaraz po wyjściu z kręgu zadawały się przybierać postać małych cienistych bestii. Wraz z każdym przejściem takiej istoty przez ciało Lucjana, do jego umysłu zaczęły wdzierać się emocje, strach, desperacja, poczucie bezsilności, żal, melancholia...

 

 

Na moim czole pojawił się malunek zamkniętego oka, Oparłem miecz o stopę i podrzuciłem go, opierając o bark. Byłem wściekły. Nie tylko zniszczył mój artefakt, ale i czuł się tak pewnie.

 

 

Efekt wyciszenia wreszcie się skończył. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Lucjan jeszcze przed atakiem oraz wyciszeniem, nałożył na siebie efekt rezygnacji. Dawało to tyle, że czuł tylko część bólu zadawanego przez oponenta. Po zaprzestaniu ataków przez Mephista, mężczyzna stał spokojnie w miejscu. 

 

Na twarzy Lucjana malował się ból, lecz jakiegokolwiek strachu nie było widać. A czemu? Bo mężczyzna będąc wiernym sługą Szatana nie posiadał duszy, więc tym samym emocji. 

 

Rany na jego ciele po chwili całkowicie zniknęły, zostawiając po sobie tylko czerwone ślady. Oczy mężczyzny dotychczas zamknięte spojrzały na Mephista. Jedyne co można było z nich odczytać to... spokój?!

 

Mężczyzna przywołał swoją kosę i machnął nią w powietrzu tworząc kolejną wyrwę w czasoprzestrzeni. Co ciekawsze coś z niej wychodziło. Był to wielki stwór z 12 - toma oczami, z czego wszystkie były zamknięte. Te łyse i chude stworzenie miało około 10 metrów wysokości, i praktycznie było zniekształconym człowiekiem. Lucjan złożył ręce i wykonał kilka dziwnych ruchów dłońmi. 

 

Po chwili wyszeptał. - Summoning Jutsu.- I w tym samym momencie na arenie pojawiło się kilkadziesiąt brązowych wilków, dwa wielkie słonie i jeden duży ptak. Wszystkie z nich miały takie same oczy jak Lucjan i gdy ten machnął ręką, rzuciły się na Mephista ze wściekłością. W tym samym momencie wielki stwór który ciągle stał za Lucjanem, otworzył paszczę i zaczął coś wciągać. W pierwszej chwili można było pomyśleć, że wiatr z areny, lecz po chwili Mephisto mógł poczuć uciekającą z niego siłę witalną, magiczną i ogólnie każdą jaką w sobie posiadał. Statua miała osłabić oponenta do momentu aż ten się nie podda. 

 

Na ustach Lucjana pojawił się uśmiech. Na wszelki wypadek postawił dookoła siebie i statuy barierę, aby Mephisto się zbyt szybko do niego nie przedostał. 

 

Share this post


Link to post
Share on other sites

To miało być to? Kilka stworzeń? Jakaś statuetka? Kilka stworzeń? Zawiodłem się. Jak strasznie się zawiodłem. Chociaż faktycznie, czułem lekkie braki w energii, co za szczęście, że potrafię zabierać też magię z zewnętrznych wymiarów. Nie muszę używać tylko swojej. 

 

 

Ale zobaczmy, kilka typów stworzeń, wilki, słonie, ptak? Chyba skończyły mu się wszelakie pomysły. No serio, to miało być to? Pokręciłem tylko głową z żałością. 

- Upadający, poczuj smoczy blask! - klasnąłem w dłonie. - Wielki płomień, z mocą wulkanu, fatalny cios - podrzuciłem płomienną lancę w powietrze a ta spadła na ptaka wbijając go w ziemię, przy okazji zamieniając się teraz w obsydian. - Nawet mnie nie tkniesz - uderzyłem w ziemię, podłoże popękało a ze szczelin wydobyła się gęsta lawa, która to szybko skamieniała zatrzymując wszystkie stworzenia w miejscu. Za moimi plecami zaczęły pojawiać się czerwone kręgi magiczne. Po jednym na każde stworzenie. Po chwili wystrzeliły z nich zielone promienie spopielając wszystkie przywołane istoty. 

 

 

Za łatwo...

- Twoja kolej! Osąd Przybywa - wskazałem na Lucjana. - Twój świat spłonie, wspomnienia twe spopielę! Nie jesteś niczym więcej jak na ognikiem na bezkresnym wietrze! Stoisz na mej ścieżce, a boisz się płynąć by żyć! Nietykalny wiecznie płonący! Niepowstrzymany, jak człowiek na misji! Powstrzymam twe plany! Walcz tak jak chcesz! I tak armię twe zniszczę! Na arenie, moc decyduje kto padnie a kto będzie stać! - Pod moimi nogami pojawił się filar z obsydianu wciąż pnący się w górę. Przywołałem w dłoniach gigantyczny pocisk z ognia. Nie mniej niż dwadzieścia metrów średnicy. Z cwanym uśmieszkiem cisnąłem nim w Lucjana, ale wiedziałem, że się nie przebije. O nie... to nie taki był cel. 

 

 

Korzystając z wybuchu i dymu jak z zasłony, moja powłoka... zamieniła się w popiół. Pozostała tylko forma stworzona z duszy i magii. A przebicie się w tej formie na drugą stronę bariery było łatwe. Jak nie przez nią, to przez inne wymiary. 

 

 

Nim dym upadł, ja zdołałem już zacząć zatrzymywać proces pochłaniania magii który wykonywała statua. Nie żeby to było trudne, ot, zwykłe manipulowanie biegunami magicznymi i zamykanie portali. Dziecinada dla Archiwisty. Nie przestała pochłaniać powietrza, żeby nie zauważył od razu. Ale to wciąż nie był cały mój plan. Powoli, statua zaczęła się poruszać, łamać i giąć, ale wciąż trzymać, przy użyciu magii, zachowywała się teraz jak zwykły magiczny konstrukt pokroju golema. 

 

 

Z gniewnym i potężnym uderzeniem przedniej kończyny statuy wymierzonym w Lucjana, powłoka statuy zaczęła wydawać z siebie odgłos przypominającej uderzanie kamienia o kamień, mający na celu imitować śmiech. 

 

"Infirmus... Infirmus..." odbiło się echem w czaszce Lucjana. Kolejne uderzenie wielkiej pięści. Jak nie Mahomet do góry, to góra pobije Mahometa! Drugie ramię chwyciło Lucjana i podrzuciło go w górę tylko po to by zaraz został uderzony z wielką siłą przez tę które uderzyło go wcześniej. 

 

 

"Infirmus!" 

 

 

Kolejne potężne uderzenie. Nie odgrodzisz się ode mnie tak łatwo. Lucjanie. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Reakcja Lucjana powinna być zaskakująca, ponieważ mężczyzna przyjął wszystkie ataki na siebie by... zniknąć i pojawić się w bezpiecznej odległości. Jednak ataki zrobiły swoje i Lucjan kaszlał krwią przez chwilę. 

- A więc jesteś niematerialny? Jesteś po prostu duchem? Ciekawie. - mruknął. W tym samym momencie statua wybuchła. Lecz sam mężczyzna miał inny pomysł. Z krwi którą wypluł utworzył krąg dookoła siebie oraz napisał kilka run na ziemi a ostatnią w kształcie dziwnego trójkątu na swojej klatce piersiowej.

Następnie złapał za opaskę która zakrywała jego oko i zerwał ją ze słowami. - Wyrwanie z tego świata! - i w tym samym momencie Mephisto miał swoje ciało na powrót lecz i coś w aurze miejsca się zmieniło. A dokładnie to, że cała arena się zmieniła na gruzowisko golemów. Na głowie największego z nich stał Lucjan że swoją kosą w ręce. Spojrzał na Mephista z uśmiechem. 

- Mój drogi przyjacielu. Koniec unikania i ukrywania się. Pora na ostatnie, prawdziwe starcie. - powiedział i otworzył prawe oko pod którym krył się dziwny rinnengan że wskazówkami. - Last Man Standing! - krzyknął i Mephisto poczuł że coś go wstrzymuje w miejscu a w jego kierunku leciał Lucjan z kosą gotową do cięcia.

- King Od Kings! - zawołał a na głowie Mephista pojawił się diadem który na kilka sekund zatrzymał jego umiejętności. W tym samym momencie gdy wydawałoby się że Lucjan uwolni kark od głowy przyjaciela ten uderzył do rękojeścią kosy w przeponę a następnie w dolną szczękę tak że mężczyzna odleciał trochę dalej. Po chwili moce wróciły ale widać było że nie tylko Mephi ma asy w rękawie.

Edited by Lucjan
Kurde chcę grać dalej xD

Share this post


Link to post
Share on other sites

Create an account or sign in to comment

You need to be a member in order to leave a comment

Create an account

Sign up for a new account in our community. It's easy!

Register a new account

Sign in

Already have an account? Sign in here.

Sign In Now

×
×
  • Create New...