Lucjan

Brony
  • Zawartość

    417
  • Rejestracja

  • Ostatnio

Wszystko napisane przez Lucjan

  1. Ponownie tam gdzie kiedyś. Tam gdzie zawsze Szedłeś. Twój krok był spokojny choć miejsce w którym byłeś, powinno cię doprowadzić do biegu. Miejsce w którym się znajdowałeś to był las. Zwykły las, aczkolwiek panował tam mrok z powodu nocy. Czułeś, że znasz to miejsce ale nie było takie same jak we wspomnieniach. Szedłeś dalej. Jedyne co słyszałeś to wiatr i niepokojąca cisza która mogła kryć coś między drzewami. Ale tak. Twoje nogi same prowadziły cię ku wysokim schodom które były wykute w górze. Ruszyłeś tam. Po drodze widziałeś szkielety tych, którzy źle postawili nogę i spadli z wysokości. Lecz ty pewnie stawiałeś nogi, lub one same znały to miejsce i wiedziały jak iść. W końcu dotarłeś na szczyt. Teraz przed tobą była kręta droga w stronę czarnego zamku. Nie nawiedzonego a opuszczonego. Wszystkie okna były czarne i puste. Gdy podszedłeś bliżej zobaczyłeś, że w jednym oknie pali się światło. Czyli ktoś tutaj był! Ruszyłeś biegiem w stronę schodów. Nie zważając na niszczejące stopnie, wbiegłeś wysoko. Na najwyższe piętro by dowiedzieć się kto jest w tym pomieszczeniu. W końcu. Stanąłeś przed drzwiami to pomieszczenia ze światłem. Ze środka słyszałeś piękne dźwięki które cię przyciągały. W końcu pchnąłeś drzwi i w środku zobaczyłeś mężczyznę który przy świetle kilkuset świec, czytał wielką księgę. Czułeś, że bije od niego mądrość i siła. Ale wiedziałeś również, że nie jest to zwykły człowiek a Przeklęty z legend rodu elfów. Po prostu prastary demon który na oko miał 30 lat. Wstał i spojrzał na ciebie. - Witaj. W końcu się spotykamy, lecz szkoda, że w takim momencie. - powiedział smutno. Teraz zobaczyłeś cały jego wygląd. Wysoki na około 1,89 m wzrostu, pełny zarost i krótkie brązowe włosy które były lekko postawione ku górze. Ubrany był w czarne spodnie, wysokie czarne buty i czerwoną koszulę. Nic specjalnego oprócz jego oczu. Były one niebieskie jak niebo i lekko świeciły. - Przyjacielu. Jedyne co musisz wiedzieć na ten moment to to, że On się zbliża. Jest co raz bliżej i che zabić ciebie i twoją nową rodzinę. Do następnego. Nie poddawaj się Jarel. - usłyszałeś przed przebudzeniem. # # # Obudziłeś się na ziemi. Nie zbyt miła pobudka ale jednak byłeś u siebie w domu. Ta. Na swoim kochanym poddaszu. W rodzinie Harmidomskich była taka atmosfera, ze czułeś się jakbyś był jej częścią. Lecz teraz poczułeś zapach parówek i jajecznicy. Przyciągało co? Ojciec rodziny, Michael był mechanikiem samochodowym, i trzeba przyznać, nie źle zarabiał, matka Roxy była lekarzem i dziś się udało, ponieważ miała dziś do pracy na południe. Były jeszcze dzieciaki. Serana, Ela i Drake. Pierwsza była klasyczną metalówą i lekko emo dzieciakiem, ale i ta umiałeś z nią pogadać. Ela to dziewczynka która miała najwięcej pomysłów na sekundę więc nie nudziłeś się gdy się bawiliście. Trzeci Drake. To ten co ma najwięcej energii. Pojawia się w czterech miejscach na raz i we wszystkim chce pomagać lecz nie do wszystkiego się nadaje. Była to szczęśliwa i fajna rodzina. Nigdy się nie nudziłeś. W czasie tych przemyśleń usłyszałeś .. - Jakub! Śniadanie! - zawołał Michael. Nie było w tym popędzania a miła prośba. Gdy zszedłeś na dół zobaczyłeś całą rodzinę w komplecie. Postawny Michael z długimi blond włosami, lekkim zarostem, i szarymi oczami czytał gazetę i na twój widok bardzo szeroko się uśmiechną. Usłyszałeś krótkie "Cześć" i wrócił do gazety. Roxy była to piękna , młoda mama. Miała brązowe włosy i tego samego koloru oczy, na jej ładnej twarzy zawsze gościł uśmiech i uwielbiała pomagać. Gdy usiadłeś postawiła przed tobą talerz z jajecznicą i parówką. - Smacznego. - powiedziała i pocałowała Cię w czoło. Po twojej lewej siedziała Serana, jak zwykle ubrana na czarno lecz na twój widok lekko się uśmiechnęła. Musiałeś przyznać, jej szare oczy po prostu cię przyciągały. Po twojej prawej było rodzeństwo Ela i Drake. Śliczna, mała blondynka z szarymi oczami i brązowowłosy chłopczyk z brązowymi oczami. Każdy wdał się w innego rodzica. W końcu miałeś chwilę, żeby posiedzieć w tej miłej atmosferze. No może oprócz tego, że Drake i Ela rzucali w siebie jedzeniem. Chłopak był cały w jajecznicy a Ela nie wiadomo jakim cudem we włosach miała parówki. Śmieszny dość widok. Po chwili Michael odłożył gazetę i spojrzał na ciebie. -Jakub. Miałeś jakiś zły sen bo nie źle przywaliłeś o podłogę. Myśleliśmy, że coś ci się stało. - powiedział ze zmartwieniem w głosie.
  2. Zostańmy przy tym, że jestem bytem materialnym. O dużej mocy. Wystarczająco dużej do... niektórych spraw. Co do obserwacji. Będę niewidoczny przez twoją rodzinę ale będę spał u ciebie w domu. Czy masz coś przeciw? - zapytał.
  3. Na wzgórzu paliło się ognisko przy którym siedział profesor. Gdy Cię zauważył z uśmiechem pokazał byś usiadł z nim. Gdy to zrobiłeś, mężczyzna z zamyśleniem popatrzył na ciebie. - Posłuchaj. Nie mogę być ciągle obok ciebie oraz pomagać ci gdy tylko nadejdzie niebezpieczeństwo. Lecz jest ktoś kto stracił wszystko ale z chęcią ci pomoże. Drake. Mogę Cię prosić? - zapytał las. Po chwili z mroku wyłonił się mężczyzna. Był dobrze zbudowany, ubrany w jeansy, trampki i koszulkę. Włosy blond opadały mu na ramiona a spod okularów spoglądały na ciebie szare oczy. Biła od niego siła i inteligencja. Usiadł przy ognisku i bez słowa patrzył na ciebie. Miałeś czas na zadawanie pytań.
  4. Jack gdy zobaczył tego gnoja to zaniemówił. To są jakieś jaja. - A więc dlatego taki smród czułem - mruknął sam do siebie. Adrenalina mu podskoczyła więc musiał ją odreagować i z takim planem ruszył szybkim krokiem w stronę drzew aby znów usiąść na drzewie. Im dalej od Czarnobrodego tym lepiej.
  5. Jack westchnął tylko na słowa Osmy. Jakoś jej słowa go nie zranił. Za to zainteresował się kto ma ich odwiedzić. - O kim mowa? - zapytał młodych piratów.
  6. Jack tylko się zaśmiał. - Gdybym nie był ranny to na ślepo bym Cię pokonał wtedy w czasie pojedynku. - powiedział jakby od niechcenia. Następnie rzucił pustą butelką w powietrze. W tym samym momencie złapał pistolet który jeden z majtków miał przy pasie, obrócił się i strzelił w butelkę która wybuchła w powietrzu. Następnie oddał pistolet i uśmiechnął się. - Chciałem sprawdzić mojego cela. - powiedział i usiadł na ziemi. - To co? Robimy coś czy siedzimy na dupach? - zapytał.
  7. Jack spojrzał na mężczyznę i podniósł brew. - Ale po co mi ta wiedza? Jakoś mi się na żaden pojedynek nie spieszy a po drugie jestem ranny więc tym bardziej. - powiedział spokojnie.
  8. Jack oderwał się od butelki rumu i wstał. Następnie chwiejnym krokiem podszedł do wołającego. - No słucham. - powiedział lekko znudzonym głosem. Jeszcze nic ciekawego się nie działo.
  9. ((ale on tylko kichnął.)) Jack parsknął śmiechem i wrócił do siedzenia na powalonym drzewie oraz picia rumu.
  10. ((Mhm. Czyli wróżbita Maciej. W takim razie rezygnuję z sesji. Do widzenia))
  11. (( pił, z nudów podszedł popatrzeć z bliska na walkę bo czemu nie, zakręciło go w nosie i zanim cokolwiek zrobił to se kichnął. Co jest? Nie można już kichać? Za sowieckiej Rosji było lepiej.))
  12. (skąd on wiedział, że chciał go wytrącić z rytmu? Może po prostu mu się kichło...)
  13. Jack podszedł po cichu do grupy która patrzyła na walczących. Nie był upity ale podszedł lekko chwiejnym krokiem. Poprawił koszulę i przyjrzał się walce. Heh. No nie źle sobie radzi jak na kobietę. pomyślał i poszedł za pułkownika. Tam wytarł nos i mocno kichnął. Chciał by ten lekko wypadł z równowagi i Osma mogła mieć szansę go rozbroić.
  14. Davis uśmiechnął się promiennie. - Jednak nie jesteście tak wpatrzeni w siebie. Spokojnie. Do poświęcenia nie dojdzie. Może nie twojego. Ale wracając. Dziś o 20 na wzgórzu obok twojego domu. Do zobaczenia. Tam dostaniesz dalsze informacje. - powiedział Drake i rozpłynął się w powietrzu.
  15. Jack zszedł na ziemię i... splunął na nią. Rozejrzał się. No to nie źle. Wyspa, czyli skarb czy coś czyli będzie ciekawie. Ruszył przed siebie i usiadł na powalonym drzewie, następnie wyciągnął spod koszuli butelkę rumu i zaczął cicho nucić pod nosem: So come take a drink and drown your sorrowsAnd all of our fears will be gone till tomorrowWe'll have no regrets and live for the dayIn Nancy's Harbour Cafe
  16. Ach. Jesteś tak młody. Zazdroszczę Ci. - powiedział mężczyzna z uśmiechem. - Ale wracając do tematu. Sam sobie nie poradzisz. Czy aby chronić rodzinę umiałbyś poświęcić siebie samego? - zapytał poważnym tonem profesor.
  17. Jonathan był zadowolony, że wyszło na jego. Bez zbędnych formalności ruszył za resztą. W końcu doszli do jakiejś knajpy. Wszedł za Prestonem i usiadł na krześle. Następnie spojrzał na asystującą im kobietę. - Tak swoją drogą. Jak się nazywasz? - zapytał spokojnie.
  18. Hiszpan zamyślił się i spojrzał na szkieleta który zaatakował kobietę a prędzej dostał kartą Klątwy. Osłabiony ale jeszcze działa. Można wypróbować nowy as z rękawa. pomyślał wyciągając kolejną kartę. Tym razem była biała ale z czarnym C. Ruchem idealnie precyzyjnym, rzucił szkieletowi w czaszkę. Wiedział co ta karta daje, aczkolwiek chciał zobaczyć jak zadziała na nieumarłego. Chaos to wróg każdego. Nawet najsilniejszego. pomyślał i w tym samym momencie spojrzał w stronę dziewczyny. Może to pomoże. pomyślał Hiszpan rzucając złotą kartą ze srebrnym U na odwrocie. Ciekawe czy Umagicznienie tu coś da. pomyślał patrząc na rozwój sytuacji.
  19. Mężczyzna który rzucił kartą zaśmiał się pogodnie. - Czyli dziś fortuna jest po mojej stronie. - powiedział ze zniewalającym uśmiechem. Następnie spojrzał na kolejnego szkielety który podchodził by zaatakować. No cóż. Może i fortuna była o stronie Hiszpana ale na pewno nie był to jego dobry dzień. Ta jazda miała być spokojna. Następnie po chwili przemyśleń w kolejnego ze stworów rzucił czarną kartą z białym K. Klątwa powinna pomóc. pomyślą z cwaniackim uśmiechem.
  20. Profesor spojrzał na ciebie i uśmiechnął się. - Czyli jednak uwierzyłeś we mnie. Świetnie. - powiedział i wskazał abyś wszedł do klasy. Gdy już tam byliście, ten usiadł za biurkiem i wskazał ci krzesło. - Ok. Więc co chcesz wiedzieć? - zapytał Cię spokojnym głosem. - Mamy czas. Jesteś już po wykładach. - powiedział z uśmiechem.
  21. Jack zobaczył nogę śmieszka w ostatnim momencie i przekroczył ją ze spokojem. - Lepiej ja sobie radzę z wrogiem niż wy. I znając życie, ja jestem bardziej potrzebny niż wy, niewyparzone gęby. - powiedział z takim spokojem, że każdy, nawet najbardziej opanowany, straciłby spokój ducha.
  22. Dzień minął bez żadnych zarzutów. Ubrałeś się, zjadłeś i wyszedłeś na uczelnię. Dzień był piękny i bezchmurny. Stanąłeś przed budynkiem uniwersytetu. Mieli tutaj rozmach. Po chwili wszedłeś i ruszyłeś do sali gdzie miały być prowadzone wykłady dla twojej grupy. Gdy wszedłeś, zobaczyłeś swoich znajomych, tak zwanych klasowiczów. Nie pamiętałeś ich imion ani oni nie pamiętali twojego ale i tak się witaliście. Usłyszałeś kilka ''Cześć" i usiadłeś za biurkiem. W tym samym momencie do sali wszedł profesor. Szedł spokojnym i pewnym krokiem aż do momentu podejścia do biurka. Tam położył wszystkie rzeczy i odwrócił się do klasy twarzą. Teraz go poznałeś. Był to Przeklęty z twojego snu. Uśmiechnął się serdecznie. - Witam wszystkich. Jestem profesor Davis Drake i od dziś was będę uczył. Mam nadzieję, że nasza współpraca będzie owocna. - powiedział patrząc każdemu w twar. Jego wzrok na dłuższą chwilę spoczął na tobie i zobaczyłeś, że jego oczy się zaświeciły. Czyli to był on! # # # Po lekcjach. Profesor na zakończenie serdecznie podziękował klasie za spokojną lekcję i ruszył u drzwiom do pokoju nauczycielskiego. Masz szansę go zaczepić i zapytać o wszystko co jest związane z twoim snem
  23. Jack spojrzał na oficera i splunął za pokład. -Pieprzone psy. - warknął i zszedł pod pokład bez żadnych wyskoków.
  24. Siergiej spojrzał w ciemność a potem na Patyka. - Co zaś atakuje? Przyjezdni czy inne gówno? - zapytał podtrzymując towarzysza i puszczając krótką serię z karabinu w ciemność.
  25. Jack wytarł ostrze o i tak już czerwoną od krwi koszulę. - Podziękuj swojemu wojownikowi. Wyzwał mnie na pojedynek. A sam wiesz, że takiej okazji do walki, nawet ranny, nie przegapię. - powiedział z uśmiechem i rzucił kordelas na ziemię. Ale i tak było widać, że nie miał ochoty walczyć z żółtodziobem.