Jump to content

Strona Główna  |  Ogłoszenia  |  Lista Fanfików  |  Fanpage  |  Feedback
Arcybiskup z Canterbury

[Po prostu Tomek] Morze piachu

Recommended Posts

PODAJ LOSOWE ZWIERZĘ DRAPIEŻNE ŻYJĄCE NA PUSTYNI, A GWARANTUJĘ, ŻE UWIERZY. NIE ZAWRACAJ MI GŁOWY PIERDOŁAMI. 

Wzrok kapłana był tak przeszywający, jakby prawie cały krajobraz patrzył na Hamzata. Patrzyła też Sigrid, ze zwątpieniem kręcąc głową. Stała jednak za kapłanem, więc ten jej nie widział. Wydawało się, że Hamzata obserwuje te sokół siedzący na skale powyżej nich, ale ten zaraz sfrunął na ziemię i upolował jakieś małe zwierzątko, po czym zwiał z ofiarą.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Hamzat pocił się trochę mimo tego, że było zimno. W sumie trochę zamierzał gra głupa, pomoc boga była więc jak najbardziej przydatna i doceniona. DObra, jakieś pustynne zwierzę. Hmmm. Szakal? Nieee, gość się obrazi. Krokodyl z oaz? Brzmi w sumie dobrze. Kurwa mózgu pospiesz się nieco, mijają cenne mikrosekundy, okej? Mamy start. To powinno być coś takiego poważnego, majestatycznego, bo łysol wypowiada się o wszystkim z wyższością i ten jego bóg musi być kimś ważnym skoro wskrzesił swojego sługę. Lew? Hmm. Cieplej.

 

No jasne! Hamzat, pierdoło jaki ty czasami jesteś głupi. No przecież jest sokół! A i mężczyzna kojarzył bajania o jakimś bogu sokole z w cholerę dawnych czasów. Dobra, to załatwia sprawę. Teraz Nadżibullah odegrał scenkę jakby go oświeciło. Zadbał, by nie było widać że skupił wzrok wyraźniej na sokole choćby na chwilę. Wyciągnął rękę, wskazując na słońce.

- To był... - powiedział takim poważnym, wyniosłym i natchnionym tonem - taki słoneczny sokół, królewsko szybujący na niebie. Tak. Totalnie to widziałem.

 

Ale będzie heca jak to nie ten, pomyślał nielegalny alchemik.

Edited by Po prostu Tomek

Share this post


Link to post
Share on other sites

Błysk w oczach tamtego przekonał go, że odpowiedź była dobra. Łysy nabrał powietrza w płuca, a potem wykonał długi wydech. 

- Więc... Objawił ci się. Co powiedział? - zapytał z zawodem, który próbował nieumiejętnie ukryć przepełnionym goryczą uśmiechem. Sigrid podniosła dłonie w niedowierzaniu i prychnęła, po czym ruszyła  w stronę ruin, chcąc się najwyraźniej po nich rozejrzeć. Wschodzące z wolna słońce topiło zwały śniegu, którego całkiem sporo nasypało. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Gdyby nie fakt, że wciąż znajduje się pod czujnym wzrokiem kapłana, odetchnąłby z ulgą. Powstrzymał się jednak, podtrzymując maskę. Klepnął się lekko po czole dla efektu. Wstyd się przyznać, ale położenie kałpana nieco go cieszyło. Tak lekko. Miło było utrzeć nosa takiemu wywyższającemu się paskudnikowi.

- Toż już ci powiedziałem. Potrzebuje naszej pomocy. Nie wiem ile czasu minęło tutaj, ale tam to była tylko krótka wiadomość, szybka komunikacja. Widocznie nie mógł sobie pozwolić na coś więcej. Musimy się pospieszyć. Jesteś najlepszym, kogo ma - posmarował nieco kolesiowi, a co - i ty będziesz nam przewodził.

 

Ale miał ochotę puścić oczko Sigrid, żeby wiedziała. Niestety nie mógł, więc nie puścił. Potem jej powie.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Łysy wyglądał na zagubionego. Smarowanie nie odniosło sukcesu, chociaż prawdopodobnie to nie to wzbudziło jego zakłopotanie. Spojrzał na Hamzata, potem jego oczy strzeliły gdzieś w bok i znów spojrzał na Hamzata. 

- Ale nie rozumiem... Więc musimy go odnaleźć? Świątynia! Musimy znaleźć świątynię! Jak wygląda teraz kraj? Kto jest królem? Gdzie najbliższa świątynia? - zapytał. 

- Da się tym zawołać każdego boga? Moich też? - krzyknęła Sigrid. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

- NIe wiem, kto teraz jest królem, nie zawracałem sobie tym dupy. - przyznał bolesnie szczerze Hamzat. Nie wyznawał się aż tak na polityce i bardzo rzadko zdarzało mu się mieć do czynienia z kimś z szlachetnych rodów, trochę częściej z wodzami plemion. Głównie jako truciciel i łotr za pieniądze. Może mógł sobie przypomnieć? - To kraj pustyni i ruin, żyjemy tu my i fellachowie, na wybrzeżu też biali kupcy, kuffar. Świątynia... hmmm... niech pomyślę. W mieście jest coś dla Księżycowego Boga, tak. I nie wiem, Sigrid. Może? Chyba?

Edited by Po prostu Tomek

Share this post


Link to post
Share on other sites

- Tak. Edfu, tam świątynia - krzyknęła dziewczyna, badając trumnę. Kucnęła nad nią i z nieukrywanym obrzydzeniem podniosła jeden z bandaży, trzymając go jak najdalej od siebie. Z wykrzywioną miną wyglądała trochę jak mniej groźna wersja jednego z legendarnych, złośliwych duchów, które można spotkać na pustyni. 

- Posłuchaj, jeszcze raz. Jestem trochę skołowany. Mówisz, że jesteś stąd. Ale nie znasz języka. Poczekaj... O, spójrz - łysy pochylił się i zaczął wykreślać palcem na piasku symbole w równym rzędzie. Jakiś ptak, trójkąt, szlaczek, siedzący człowiek. Hamzat oczywiście widział wcześniej coś podobnego - pismo starożytnych, zdobiące wiele ruin mijanych na szlakach, szczątki kolumn i innych zabudowań. Oznaczało głównie kłopoty, a do większości pozostałości dawnej cywilizacji po prostu lepiej nie było się zbliżać. 

- Znasz to pismo? To musi być taka świątynia, z takim pismem! Czy pamiętasz króla Neunnefreta? Pamiętasz? - zapytał nerwowo, powstrzymując się najwyraźniej żeby nie potrząsnąć Hamzatem.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Nadżibullah wzruszył ramionami. No on jest stąd i urodził się tu i mieszka od zawsze. Czasem bywał może w innych krajach ale jest aż boleśnie tutejszy. Więc trochę się zdziwił oraz lekko poirytował podejściem klechy. Słyszał o tych niektórych rzeczach, ale były to jakieś historyczne dzieje i niespecjalnie go to obchodziło. Jak zapewne większość nomadów. Może emir był bardziej ogarnięty.

- Nie mam bladego pojęcia o kim mówisz - postanowił być dobitny i brutalny, by uzmysłowić kapłanowi w jakiej potrzebie może być jego bóg. - A takie obrazkowe pismo zdobi prastare ruiny i inne takie syfy. Sporo z nich poobkładano naprawdę siarczystymi klątwami podobno. Szanuję, ale jeśli chcesz taką znaleźć to mam nadzieję, że znasz dobre uroki twojego boga. Słuchaj, mam takie pytanie. Czy możesz coś powiedzieć w tym swoim języku jeszcze raz?

 

Chciał się upewnić, czy mówi podobnie jak fellahowie czy jednak inaczej.

Share this post


Link to post
Share on other sites

- Ruiny? Nikt nie posługuje się już mową bogów? - zapytał kapłan. Znał już oczywiście odpowiedź na swoje pytanie, ale dopiero teraz to do niego dotarło. I dotarło najwyraźniej aż zanadto mocno.

- Nie znam wszystkich uroków, ale... Sądzę, że wiele mogę unieszkodliwić. Zaprowadźcie mnie do najbliższych ruin, wówczas... Znajdę mojego boga. Jednego z nich. 

Łysy wyraźnie posmutniał. Podniósł głowę i przemówił znów w swojej mowie. Ponownie zabrzmiało dużo "e", "th", "h" oraz "i", ale nie padły żadne słowa nawet zbliżone do języka ludu Hamzata.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Huh. Trochę szkoda że absolutnie nie kojarzył języka zmartwychwstałego klechy. Było by przydatne wiedzieć o nim cokolwiek ciekawego, by z czasem może rozumieć go co mówi, kiedy myśli, że Hamzat nie rozumie. No ale cóż, tak bywa. Koleś żył zapewne tak dawno temu, że jego lud kompletnie wymarł czy coś, a język zaginął. W końcu ruiny tej dawnej cywilizacji byli w końcu, cóż, dawne. Poklepał kapłana po plecach, chcąc dodać mu nieco otuchy, bo nie jest mu potrzebny nikt załamany. Najlepiej by było jakby kapłan współpracował dobrowolnie i z motywacją.

- Hmmm. Myślałem, że mogę kojarzyć jakim językiem mówisz, ale niestety - powiedział. - Nie jest źle. My mamy, ciebie, ty masz nas, a przed nami stoi misja. Jest nadzieja, twój bóg nas potrzebuje. Chodźmy.

 

Potrzebował chwili sam na sam z Sigrid, zaczął więc dyskretnie szukać okazji.

Share this post


Link to post
Share on other sites

- To ja w takim razie... Ehm... Spróbuję odnaleźć kierunek. Nigdzie się stąd nie ruszajcie! - ostrzegł i już z nieco większą werwą wrócił z powrotem do swoich malutkich ruin. Tam nachylił się nad trumną i zaczął szperać. 

Sigrid podeszła do Hamzata patrząc na niego tak pytająco, że jakiekolwiek pytanie wypowiedziane na głos było zbędne. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Hamzat odetchnął z ulgą kiedy tylko upewnił się już, że kapłan na stówę go nie widzi i nie słyszy. Gadanie z nim dłużej niż trzeba to ciężka sprawa. Grunt jednak, że na razie chyba działa. Mężczyzna szybko postanowił nie tracić czasu i pogadać z Sigrid, jedyną inną normalną osobą w tym kawałku pustyni, na temat tego, co się właśnie działo.

- Słuchaj, Sigrid - Nadżibullah bez ceregieli przyklęknął na topniejącym śniegu - Ten złamas zrobił coś solidnego. Uwierz albo ni, objawił mi się mój bóg, a nie jego. Dał nam zadanie. Mamy wykorzystać tego ciecia do zlokalizowania dla niego tych różnych starych bożków. Jak znajdziemy, doniesiemy o tym Księżycowemu Bogu, a on się tym już zajmie. Mniej więcej tyle. Może tutaj  da się pogadać też z twoimi bogami, kto wie. Tylko jak chcesz próbować, to może nie przy kapłanie. To chyba tyle. Masz jakieś pytania?

Share this post


Link to post
Share on other sites

Sigrid zamrugała oczami, przyjmując wyraz skrajnego skupienia i wysiłku myślowego. 

- Tobie kazał bóg szukać bożków? Innych bogów? On w ich wierzy i ty w ich wierzysz? Dziwne - stwierdziła. 

Tymczasem ziemia lekko się zatrzęsła - prawdopodobnie przez działania łysego - i błyskawica przecięła niebo. Ten aż podskoczył z radości. 

- Droga! Droga! Wskazał nam drogę, widzieliście?! - zapytał rozradowany. Faktycznie, na burzę się nie zabierało, a na drodze stały... Skały, które trzeba było ominąć. 

- Tędy, przyjaciele! Tędy! - I kapłan ruszył w lewo, w stronę, z której Hamzat i Sigrid przyszli.

Share this post


Link to post
Share on other sites

- Ja wiem że to brzmi strasznie skomplikowanie - powiedział Hamzat powoli, tak żeby Sigrid dobrze zrozumiała. Wiadomo, bariera językowa i te sprawy, dziewczynka mogła dość łatwo czegoś nie załapać jakby się zbyt pospieszył. - ale zasadniczo chyba to działa tak, że wszyscy bogowie istnieją. I mój, i twoi, i tego łysego fagasa. No i mój Bóg dał nam zlecenie na dokończenie jego bożków. Tak na amen. No i nam pomoże swoją mocą. Super, no nie?

 

Tak czy inaczej, trzeba było wracać do roboty więc jeszcze ostrzegł Sigrid, żeby ta nie pisnęła kapłanowi ani słówka na ten temat. Gdy ten znów się pokazał, po tym jak udało mu się dodać do scenerii nieco efektów specjalnych, Nadżibullah pokazał trochę możliwie szczerej radości. Skinął mu głową.

- Ruszajmy więc - oznajmił z umiarkowanym entuzjazmem, po czym w rzeczy samej ruszył za kolesiem o pokręconym imieniu.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Nie więcej niż pół dnia drogi dalej znalazły się wspomniane ruiny. Nie wyglądały szczególnie okazale - z początku widać było tylko dwa spękane pylony prowadzące do ciemnego wnętrza rzeczonej świątyni. Mimo że upał zaczął już mocno doskwierać, kapłan parł naprzód jakby napędzała go jakaś niebiańska siła. Znacznie gorzej upał znosiła Sigrid, Hamzat był do niego przyzwyczajony, a wielbłąda nikt nie pytał o zdanie. 

W pewnym momencie spod nóg kapłana czmychnął wąż, po rozmiarze można było stwierdzić, że zapewne kapturowy wielki. Tylko element zaskoczenia zdawał się działać na korzyść kapłana, bo zazwyczaj dorastające do ośmiu metrów gady nie były tak ugodowe. 

Zastanawiający był fragment rzeźby wyrastającej z piachu. Rzeźba nie przypominała sokoła, tylko właśnie węża. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Hamzat delikatnie zmartwił się cierpieniem nieprzywykłej do gorąca lejącego się z nieba dziewczyny. W końcu była cudzoziemką, pochodziła z zimniejszych rejonów gdzieś na Północy. Postanowił zatem coś z tym zrobić i chociaż przyodziać ją stosownie do warunków panujących na pustyni. Tylko że nie teraz, ale potem, bo teraz był zajęty podążaniem za jakby opętanym kapłanem, który dzielnie popylał do przodu mimo braku wielbłąda i śmiesznych łachów. W sumie może był trochę opętany przez tego swojego boga? Kto wie? Na węża Nadżibullah aż tak wielkiej uwagi nie zwrócił. Znaczy, trochę się przestraszył, ale skoro gad postanowił zejść im z drogi, to nie musiał się nim martwić. Zresztą, znał odtrutki.

 

Gdy mężczyzna zobaczył świątynię, pomyślał jedno. Ci ludzie z dawnych czasów widocznie skonstruowali za mało pylonów, bo miejsce było straszną ruiną. Ale chwila moment. Coś się nie zgadzało. Posążek bóstwa jakiemu zapewne była poświęcona budowla trochę się nie zgadzał z tym co wcześniej uzgadniali z łysolem. A i wąż z wcześniej może nie był taki przypadkowy?

- Ej, ej, zaraz, chwila - Hamzat pogonił wielbłąda by zagrodzić kapłanowi drogę. - Stój, stop, prr. Coś mi tu śmierdzi, zobacz na ten posążek. To nie ta świątynia. Dlaczego bóg-sokół miałby cię chcieć w domu boga-węża? Sokoły jedzą węże, czy coś.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Kapłan zobaczywszy wielkie węże zadumał się poważnie. 

- Racja. To znaczy nie, tych nie jedzą. To kobry, największe kobry. Sokół jest za mały żeby ją upolować. Ale coś mi świta... To na pewno jakieś pomniejsze bóstwo. Nie ma większego boga ponad Necheny, Wielkiego Sokoła, Władcy Słońca, Księżyca i Firmamentu - wyjaśnił podniośle. - Ale jeśli Necheny mnie tu skierował, znaczy że ma plan. Zawsze ma plan. Wszyscy jesteśmy częścią planu - zapewnił i ruszył w stronę wejścia. 

Problem z wężami kapturowymi, czy też kobrami, jak je nazywał Harusepth, był nie w samym jadzie, a w jego ilości. Rzadko kiedy wielkie bestie kąsały sucho, a w większości przypadków jeśli już do ugryzienia doszło, medykamenty nie działały. Plus był taki, że nie gustowały w posiłkach z ludzi. Chyba, że były wygłodniałe. 

Kolejnym sygnałem zasługującym na miano kłopotu był fakt, że kątem oka Hamzat widział, jak co chwila coś porusza się między otaczającymi ich skałami. Parę razy zobaczył wręcz wielkie, wężowe cielsko leniwie sunące po płaskich powierzchniach skał. Kobry występowały na pustyni niezwykle wprost rzadko, ale to najwyraźniej nie tyczyło się tego obszaru. 

Wewnątrz czekała ich mała, zamknięta sala, której podłoga była w całości zakryta piachem. Na ścianach znajdowało się zatarte pismo starożytnych, a na wprost od portalu widniał bardzo prowizoryczny wizerunek węża z rozpostartym kapturem i otwartą paszczą.

- Węże są złe - oznajmiła Sigrid. - I kłamią. My nie lubimy węży. A te węże większe niż u mnie. U mnie mało węży, nie lubią zimna i śnieg. 

- Cichaj, dziewczyno! Obrazisz boga, tego chcesz? - uciszył ją Harusepth, rozglądając się po ścianach. Przynajmniej tutaj póki co podłoga się nie poruszała. 

Hamzat natomiast zobaczył, że niektóre z symboli po lewej stronie tworzyły kwadratowy zarys w ścianie. Wyglądało jak ruchoma płyta. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Hamzat pokiwał żwawo głową, w pełni zgadzając się z Sigrid. Węże są paskudne, jadowite, skryte, kojarzą się z kłamstwem i w sumie jak się tak dopatrywać, to nawet z grzechem. Jakkolwiek kapłan mógł mieć trochę racji z tym obrażaniem bogów normalnych okolicznościach, mężczyzna solidnie przypuszczał, że teraz już i tak nie ma to większego znaczenia. I tak chyba wpakowali się w jakieś konkretne gówno. Logika kazałaby spieprzać jak najdalej stąd. Nadżibullah nawet jakby bardzo chciał nie mógł nie dostrzec znaków, że cokolwiek jest tutaj na rzeczy, to jest motzno nie halo. Jednak logika z reguły miała mało wspólego z bóstwami wszelkiej maści, często zostawiając liczących na nią biednych ludzi samym sobie. Tak było i tym razem, bo w końcu nomada dostał poważne zadanie od Księżycowego Boga. Likwidację. Jeden bożek w tę czy wewte nie robił aż takiej różnicy.

 

...chyba. Ten tutaj może być tak jakby mniej martwy. Hamzat pokładał w swoim bóstwie ogromne nadzieje w tym momencie. Liczył, że jak coś, Księżyc go wesprze i okaże się silniejszy od jakiejś tam kobry. Naprawdę na to liczył. Myśląc o tym, postanowił nieco bliżej zapoznać się z miejscem z tymi symbolami. To mógł być jakiś przycisk. Potencjalnie. Z przyciskami w świątyniach był jednak pewien problem - sporo z nich aktywowało paskudne mordercze pułapki. Dlatego dokładnie obadał okolice domniemanego guzika w poszukiwaniu otworów, szczelin ujawniających zapadnie, albo śladów ruchu mechanizmów na ścianach. Jeśli nic nie znajdzie, zawoła do tego wszystkiego łysego klechę.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Nie było żadnych pułapek, a kapłan po bezskutecznym czytaniu starożytnego pisma ucieszył się prawie jak dziecko, widząc ukryte przejście. 

- Powinno dać się pchnąć, albo... Albo... Podważyć? - zapytał ni to siebie, ni towarzyszy. A podczas gdy on próbował rozpracować wrota, Hamzat czuł, jak włosy stają mu na karku. Nie bez powodu koczownicze ludy pustyni omijały większość grobowców i innych ruin. Zawsze było w nich coś nie tak. Nie chodziło nawet o to, co można było tam znaleźć, a raczej o to, że to coś mogło znaleźć kogoś nierozsądnego, kto odważył się przekroczyć zapomniane mury. 

- Ha! Udało się! - poinformował kapłan, a zaraz potem kamienna płyta ze stłumionym hukiem uderzyła o piach. Sigrid, która do tego momentu beztrosko dłubała w nosie aż podskoczyła.

- Twój bóg umie ratować przed trucizna? - zapytała dziewczyna cicho, w czasie gdy kapłan bez lęku tarabanił się do niewielkiego i zdecydowanie zbyt ciemnego otworu. 

- Nie obawiajcie się, kochani! Znam ten typ budowli, tu nie ma pułapek! Są dalej, ale wiem jak im zapobiec! Gwoli wyjaśnienia, to dawna świątynia Hertu, patrona pustyni i króla węży, jak wyczytałem. Bądźcie uprzejmi! - I ruszył dalej. 

- Można go tu zamknąć przez te drzwi i uciec - stwierdziła Sigrid, wskazując na kamienną płytę. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

- Można... - mężczyzna odpowiedział cicho, trochę do siebie a trochę do Sigrid. Nie podobało mu się to wszystko. Jak jasna cholera mu się nie podobało, nic mu tutaj nie pasowało, całe to zdarzenie było jakby puzzlem z zupełnie innej układanki, który ten wężowy koleś usiłuje wepchnąć w nieodpowiednie miejsce. Do tego kapłan łyknął tę było nie było przynętę bez chwili zastanowienia, chociaż Hamzat uprzedzał go, że coś się tu nie zgadza. - Można. Czej tylko moment, muszę zapytać szefostwa. Nie rób na razie nic głupiego, dobra?

 

Halo? Halo, panie Boże? Wybacz, że zawracam d... głowę, ale jest sprawa. Jesteś wszystkowiedzący, więc sytacji nie muszę ci streszczać. Możemy zostawić tutaj tego łysola i pozwolić ci, nie wiem, kulami ognia zbombardować i zaorać świątynię? Albo możemy wziąć łysola ze sobą i wtedy to zrobisz?

Share this post


Link to post
Share on other sites

To nie był ten łaskawy dzień, w którym Księżycowy postanowił się ukazać, czy chociaż szepnąć jakieś słówko. Sigrid pochyliła się nad dziurą, do której wpełznął starożytny dureń i wyprostowała się natychmiast.

- O, niestety. Ślepa wnęka. To się zdarza, nie przejmujcie się, gdzieś tutaj musi być... HA! MAM! - wykrzyknął kapłan. Pod posadzką coś z chrzęstem się przesunęło i w jednym miejscu piach zaczął się zsypywać, odsłaniając ukryte wejście - schodki prowadzące w dół, pod poziom gruntu. Kapłan wylazł z dziury, którą odsłonił. Podniósł się i otrzepał dłonie.

- Gotowe, możemy iść. Śmiało, śmiało. Ostrzegam jednak, że zazwyczaj powinniśmy mieć ze sobą ofiarę, zwłaszcza, że będzie zapewne wygłodniały po tylu latach... A gdyby tak... Hamzacie, twój wielbłąd? - zapytał. 

 

 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Cholera. Jasna cholera. Ghhhhh, no obiecał pomóc, a teraz nagle go nie ma, co za skur... nie moment. Raz, nie przeklinać na boga, bo jeszcze pokara. Dwa, wyżej wymieniony jest panem zasadniczo wszystkiego, Stwórcą nieba i ziemi, nauczycielem ludów pustyni i tak dalej. To wszystko to bardzo, bardzo poważne kwestie i zadania, więc logiczna i spora szansa na to, że Księżycowy Bóg jest po prostu zwyczajnie zajęty swoimi bożymi sprawami. Trochę mało zabawnie, że akurat wtedy kiedy Hamzat go bardzo, bardzo potrzebuje. Ale ale, kapłan zadał pytanie i trzeba się do tego odnieść jakoś. Tak zaraz. Do jasnej kurwa cholery.

- A czym wrócę, wężem? - zagadał, specjalnie nadając sobie taki głupkowaty ton. W końcu ma być kretynem, czy nie? Poza tym to strasznie barbarzyńskie oczekiwać ofiar cielesnych. Popatrzył na Sigrid bardzo poważnie gdy kapłan nie zwracał na niego większej uwagi. - Możemy coś dla twojego boga upolować. Piechotą przecież przez pustynię nie przejdę.

Share this post


Link to post
Share on other sites

- O, to, to właśnie. Najlepsza byłaby co prawda ludzka ofiara, ale spokojnie, zdaję sobie sprawę, że nie mamy takich możliwości. Chociaż jakby się tak zastanowić... Może to opatrzność zesłała naszego... naszą towarzyszkę? - zapytał. 

- Pluję na twojego wielkiego wężoboga - padła błyskawiczna odpowiedź. 

- A. Aha. No cóż, zobaczymy, ale teraz rzeczywiście trzeba coś upolować. Hamzacie? Jakim... hm... sprzętem dysponujesz? - zapytał kapłan, już z pasją badając wejście do podziemi. Z tego poziomu niewiele było widać. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Tyle, no grubość włosa jeno, dzieliło Hamzata od zrobienia kapłanowi czegoś paskudnego za tę jego głupią gadkę. Po pierwsze składanie ofiar z ludzi to grzech. Wedle imamów Księżycowy Bóg musiał oduczać lud mężczyzny takich praktyk kiedy jeszcze chodził po ziemi. Po drugie to jest ofiara dla obcego boga. Po trzecie w końcu, mimo bardzo krótkiej znajomości Nadżibullah odrobinę zżył się z tą małą spryciulą Sigrid, i jakoś nie leżało mu widzieć ją pod nożem łysola. Czy pod jakimś innym popieprzonym narzędziem zbrodni.

 

Jednak nie zrobił nic gwałtownego, a po sobie pokazał tylko lekką irytację. Aby zaprezentować swoje możliwości bez słowa wyszarpnął zakrzywione ostrze z pochwy. Miał też kilka fiolek, pustych albo ze spirytusem, więc na upartego może nawet byłby w stanie ogarnąć jakąś miksturę.

Share this post


Link to post
Share on other sites

- Wspaniale, wspaniale. Ja w tym czasie już może tam zejdę i teren, no wiecie, tego - stwierdził, kucając przy schodach. Łysy nie przywiązywał ogólnie uwagi temu, co Hamzat i Sigrid zrobią. Był zbyt zaaferowany spotkaniem z wężowym bogiem. 

Tymczasem kiedy wyszli na zewnątrz, pojawił się problem. Nigdzie nie było ani żadnych zwierząt, ani nawet kości zwierząt. Zwierząt innych niż kobry, których roiło się całkiem sporo wokół. Wielbłąd wyglądał na bardzo niespokojnego - nerwowo machał ogonem, szybko oddychał i miał uszy położone po sobie. 

- Zjedzą mnie i ciebie - stwierdziła Sigrid. - Jego też. Wszystkich. A jak... znaczy upolować węż. Wąż. I zanieść bogu łysego. To co wtedy? 

 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Create an account or sign in to comment

You need to be a member in order to leave a comment

Create an account

Sign up for a new account in our community. It's easy!

Register a new account

Sign in

Already have an account? Sign in here.

Sign In Now

×
×
  • Create New...