Jump to content

Strona Główna  |  Ogłoszenia  |  Lista Fanfików  |  Fanpage  |  Feedback
Arcybiskup z Canterbury

[Po prostu Tomek] Morze piachu

Recommended Posts

Przez chwileczkę Hamzat zastanowił się, czy młoda też czasem nie czyta w myślach albo cos. Bo męczyzna pomyślał ddokładnie o tym samym. I to nawet nie pierwszy raz. Z tym upolowaniem węża, znaczy się. Nie był kompletnie głupi, domyślał się więc że przy takiej ilości węży w połączeniu z tym wielkim tajemniczym kutasem, którego widział wcześniej szanse na znalezienie czegoś innego niż wąż, skorpion czy może pająk były śmiesznie małe. A skoro kapłan zajmowa się samym sobą z podnietą graniczącą o samogwałt, to czemu nie skorzystać z okazji? Księżycowy jak coś nie da im teraz umrzeć. Chyba.

- Zrobimy tak - poiedzia po chwili namysłu. - Chcę zobaczyć jak to pierdolnie.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Ociężałe węże wygrzewały swoje potężne cielska nie tylko na skałach, ale i na piasku. Kobra najbliżej leżała zwinięta w kłąb ledwie paręnaście kroków od ruin i nie wyglądała na taką, która przejmowałaby się atakiem ze strony Hamzata. Te węże raczej nie miały w zwyczaju zakopywać się w piachu, więc to mogła być ta szansa. 

Gad wyczuł kroki Hamzata i leniwie otworzył oko. Duże, żółte oko z ogromną źrenicą. Póki co nie poruszył się, jedynie obserwował. 

- A jak... Jak zrobisz, że cię nie ugryzie? - zapytała Sigrid, która zdecydowała się na bezpieczny dystans. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

- Hmm - Hamzat zastanowił się przez chwilę. - A wiesz, że chyba mam nawet pomysł?

 

I faktycznie. Mężczyzna zdecydowanie miał plan. Czy zadziała było już kompletnie inną kwestią, jednak jeśli chciał dopaść gada musiał się chwytać różnych dziwnych idei. A nuż zadziała? Warto było zaryzykować. Zatem, zanim zbliżył się do węża na chwilę schował broń, wyjął z torby pustą butelkę i postanowił zaufać swojej zręczności. Wąż nie zwracał na niego specjalnej uwagi, więc chyba najgroźniejsze były zęby jadowe. Przecież tak nagle nie splunie... prawda? Cholera, ten plan już nie wydaje się taki dobry. Tak czy inaczej Nadżibullah wyjął ponownie miecz, po czym postanowił bardzo szybko podbić do kobry i ciąć mocno. Niekoniecznie w łeb. Grunt powinien zadziałać jak pień katowski. A butelka była mu po to, żeby w razie ataku wąż zaczepił się o nią, a nie na przykład rękę człowieka.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Krok dalej i łeb węża się podniósł. Dwa kroki dalej i kobra wspięła się na wysokość brzucha Hamzata, po czym rozłożyła kaptur, ostrzegawczo otwierając paszczę. 

Te kobry nie miały w zwyczaju pluć. Wielkie bydlaki od razu wgryzały się w potencjalną ofiarę, a potem cierpliwie czekały aż padnie. 

Tak też było w tym przypadku. 

Kobra nie mierzyła wysoko. Rozwinęła się i wystrzeliła w ciągu ułamka sekundy, a zęby wbiły się w udo nomada. Sigrid krzyknęła. Ból nie był szczególnie mocny, gorsza była raczej świadomość tego, co znalazło się w ranie. 

Wąż błyskawicznie odskoczył do tyłu, a w potężny łeb uderzył kamień rzucony przez dziewczynę. Potem drugi i trzeci. Ostrzał nie miał szansy zabić gada, ale przynajmniej spowodował, że kobra się wycofała i nie padło drugie ugryzienie. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Słumiony okrzyk, ale taki trochę bardziej wkurwu niż bólu, rozszedł się po pustyni. Hamzat w sumie poniekąd zdawał sobie sprawę z ryzyka, ale porażka zawsze boli. Tym bardziej że w tym wypadku mógł też umrzeć. Z tym mu się aż tak nie spieszyło, musiał zatem, hehe pospieszyć się, żeby żyć. Nawet nie mógł dopaść tego węża i zemś... w sumie mógł. Hamzat błyskawicznie odrzucił miecz i zaczął przeszukiwać swoją podróżną torbę. Na sto procent miał butelki ze spirytusem z których mógł skorzystać, pytanie, czy zabrał ze sobą jakieś proszki czy suszonkę. A nuż ma.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Spirytus był, były też owe proszki. Pytanie tylko, czy owe proszki zadziałają w starciu z jadem węża. 

- Hamzat? Co mam zrobić? - zapytała Sigrid z ponadprzeciętnym niepokojem, który wkrótce szybko mógł zamienić się w przerażenie pod wpływem nieodpowiedniej odpowiedzi. 

Zatrzęsła się ziemia. 

Wąż, który ukąsił Hamzata z niesamowitą prędkością zwiał gdzieś za skały. W ciągu paru sekund na horyzoncie nie było już żadnej kobry, a lekkie wstrząsy trwały. 

Z ruin wybiegł łysy z pytającym wyrazem twarzy i podbiegł do Hamzata. 

- Co się stało? - zapytał, chociaż jego twarz pytała raczej "co żeście zrobili?".

Share this post


Link to post
Share on other sites

Ażeż ty kurwa, zaklął sobie Hamzat. Miał pewne prawo. Bolało jak cholera a czasu zapewnie nie miał specjalnie dużo. Jednak z drugiej strony dokonał pewnej rzeczy. Uda mu się, jak wspomniał wcześniej, zobaczyć jak to wszystko pierdolnie. To jedno uczucie pomogło mu się co nieco uspokoić. Mocnym gestem schwycił butlę spirytu. Wziął przygarść ziół i proszków. Przeżuł, wcisnął w butelkę, zamieszał póki co mogło się nie rozeszło w wodzie. Należało odpowiedzieć i dziewczynie, i kapłanowi. Ta pierwsza miała w oczach Hamzata jednak pewien priorytet.

- Wypiję teraz... errr... lekarstwo - powiedział mężczyzna, potrząsając spirytusem. - Albo w ciągu dziesięciu minut postawi mnie na nogi, albo umrę. Jeśli to drugie, módl się ile sił do mojego boga, a on cię ocali.

 

Potem Nadżibullah zwrócił się dle klechy, wstrzymując się przed wyrażeniem niechęci. To ten ich tutaj wpakował, chociaż Hamzat ostrzegał.

- Chcieliśmy znaleźć ofiarę, więc prawie dopadłem węża - powiedział absolutnie niewinnie.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Hamzat czuł powoli rozchodzącą się po ciele niemoc. Jego dłonie zaczęły drżeć jakby zatrzymał się po długim, wyczerpującym biegu, a obraz lekko zamazywał się na brzegach. Nie wyglądało to dobrze. 

- Jesteś głupi, to się stało - syknęła Sigrid, wstając z kolan i  z nieskończoną furią na twarzy kopnęła kapłana w łydkę. - Jak Hamzat umrze, to ty zostaniesz ofiarą! Dla swojego głupiego wielkiego węża! - krzyknęła i zwieńczyła wypowiedź splunięciem na kapłana. Trafiła  w policzek. 

Kapłanowi ruch się nie spodobał i z zadziwiającą prędkością złapał młodą za włosy i zapewne zamierzał udzielić lekcji, ale nie zdążył. 

Świątynia runęła w dół. W jednej chwili po prostu zniknęła, piach zaczął się osypywać i na krótką chwilę po tym zdarzeniu zapadła głucha cisza.

A potem na piachu pojawił się wąż. 

Ale nie był taki, jak reszta. Przede wszystkim był wielki. Najpierw wychynął ogromny łeb, a potem z wolna cała reszta. Był znacznie większy niż człowiek. Sama głowa miała wielkość połowy pojedynczego namiotu z obozowiska nomadów. Łuski gada były miedzianozłote i lśnił w słońcu niczym skarby wydobywane z ruin. Mimo rozmiaru poruszał się bezszelestnie i z niewysłowioną gracją. Majestatu nie było mu można odmówić.

Im bliżej był, tym bardziej nie pasował tylko jeden szczegół - oczy. Były szarobiałe, wyglądały jak w zaawansowanej zaćmie. Gad zatrzymał się przy znieruchomiałych ludziach i zaczął węszyć. Z pewnością był ślepy. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Niestety Hamzat w tym momencie nie był w stanie w żaden sposób stwierdzić, czy słabość i zmętniały wzrok to śmierć, czy też może 250-tka spirytusu którą przed chwilą duszkiem wyżłopał. Po dalszyym ciągu następujących po sobie bardzo szybko rozmaitych, niecodziennych wydarzeń stwierdził, że istnieje spora szansa, że too jednak było to pierwsze. Albo będzie. N i e  j e s t  d o b r z e.

 

Wąż jest ślepy, więc pewnie masę innych zmysłów ma w cholerę wyostrzonych. Nadżibullah, chwiejąc się nieco, dał znak reszcie, żeby byli absolutnie cicho. Jeżeli klecha się teraz odezwie, to chyba go zajebie.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Kobra zbliżyła ogromny łeb do Hamzata. Metr, pół metra... Wielki, rozdwojony język wysunął się i posmakował powietrze. 

Wąż odsunął się, wydając niski dźwięk brzmiący jak westchnienie. Przesunął się między dwoma ludźmi i Hamzatem i usadowił się naprzeciwko niego, pozostawiając za sobą długi rów na piasku. 

- Co zrobiłeś, że ukąsił cię wąż? Nie gryzą bez powodu. Nie tutaj. Co się stało? - zabrzmiało pytanie. Zabrzmiało wewnątrz czaszki Hamzata, przypominając dźwięk wydawany przez szorstkie trawy albo wiatr niosący piasek. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

 

Pomimo wypicia naprawdę dużej ilości spirytusu Hamzat był w tym momencie chyba najbardziej trzeźwy w całym swoim życiu. Bardziej się nie dało już. Panie Boże, bo widzisz, jest taka sprawa. Jakby się dało pomóc, chociaż troszeczkę, takim malusieńkim tycim piorunikiem, to by bardzo bardzo pomogło. Ta potężna siła trzeźwości pozwoliła mężczyźnie dojść do wniosku, że z takim wielkim wężem to nie przelewki i najlepszym rozwiązaniem jest powiedzieć prawdę. Albo jej większość, ale chyba całą.

- Bo widzisz - zaczął, starając się brzmieć bardziej głupim niż śmiertelnie przerażonym. - Przyprowadził nas tutaj ten oto kapłan, i powiedział, że potrzebujesz ofiary. Wyszliśmy jej poszukać ale dookoła są tylko węże. Więc zaatakowałem węża i mnie ugryzł. To nie moja wina, że są tu tylko węże i bardzo przepraszam.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Wąż spojrzał na kapłana, odwracając swój wielki łeb. Ów przez chwilę trwał w bezruchu jak pomnik, aż nie zdecydował się paść na twarz. Wyglądało to całkiem jak gdyby nagle zwiotczał. Kiedy już podniósł głowę z piachu, zaczął mówić w swoim dziwnym języku tak szybko i wylewając z siebie taki natłok słów, że wydawało się aż niemożliwym by ktoś potrafił tak intensywnie się porozumiewać. 

Kobra straciła zainteresowanie. Wróciła wzrokiem do Hamzata akurat wtedy, kiedy w ugryzionej kończynie zaczęły się paskudne skurcze. 

Mogę zniwelować działanie jadu, ale musisz mnie do tego przekonać. Tak jak mówi tamten, lubię ofiary. Mógłbyś nią zostać. Czy jest powód, bym miał cię nie zjeść? - zapytał. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Przez bardo krótką chwilę Hamzat miał ogromną ochotę powiedzieć, że wąż nie może go zjeść, bo wybuchnie. Tak o, nie wiadomo czemu. Myśl zniknęła jednak tak szybko jak się pojawiła. Ciężko się myśli będąc jedną drogą w grobie, a drugą w butelce. Ghhh, skurcze to chyba zły znak. Czyli mikstura nie tyle pomogła co opóźniła efekty jadu, jak się zdawało. W każdym razie, jeszcze trochę i cisza zacznie się przeradzać z budującej napięcie w niezręczną. Hamzat powiedział więc następną "najlepszą" rzecz jaka przyszła mu do głowy.

- Ofiary z ludzi są zakazane i powszechnie znienawidzone - powiedział takim naprawdę bardzo książkowym, encyklopedycznym tonem. - Nie było cię Wężowy Boże cholernie długi czas, tak samo jak tego twojego kapłana. Czasy się zmieniły, a ty pewnie też potężniejszy się przez taką sporą chwilkę nie zrobiłeś. Ponadto, pofatygowaliśmy się tutaj dla ciebie, czyż nie? Nowych wyznawców raczej nie zdobywa się zjadając potencjalnych ochotników.

 

Księżycowy Boże, słuchaj, jak masz już pierdolnąć to teraz jest cholernie dobry moment.

Share this post


Link to post
Share on other sites

 - Mam wyznawców. Po co mi ludzie, skoro mam węże? Spójrz tylko, są wszędzie wokół. Patrz tylko ilu ich jest. I bez wyjątku jestem w stanie potwierdzić jak bardzo gorliwa jest ich wiara. Węże to znacznie bardziej wdzięczne obiekty niż ludzie - odparł ślepy wąż. Hamzat zauważył, że ciało wielkiej, złotej kobry się spięło, jakby zamierzała wyskoczyć do ataku.

Ale w tym momencie, mimo czystego nieba zabrzmiał grzmot. Ucichło wszechobecne syczenie, ucichł łysy, wielka kobra zamarła z otwartą, wielgachną paszczą. 

Przez niebo przeszedł oślepiający błysk. Coś lśniącego niczym błyskawica spadło na ziemię metr od Hamzata i wbiło się w piach, rozpraszając jego ziarenka. Niemal dało się słyszeć niebiańską muzykę, dodającą momentowi podniosłości. 

To był okazały, wciąż pobłyskujący chepesz. Problem był tylko taki, że jakkolwiek okazały by nie był, wąż również był okazały, tyle, że ślepy. I to była właściwie jedyna przewaga nomada nad bożkiem. 

Sigrid postąpiła krok w stronę miecza, próbując okrążyć węża. Dystans miała dosyć spory, a mimo to podjęła próbę. Dźwięk, choć ledwie słyszalny przyciągnął uwagę bożka.

- Interesujące, ale żadna boska moc nie jest w stanie mnie zgładzić. Ja też jestem bogiem! 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Hamzat na swoją niekorzyść przez ułamek sekundy zamyślił się. Hmmm. W sumie wąż miał rację z tymi wyznawcami, poniekąd. Miało to sens. Ludzie byli strasznie chujowi w byciu dobrymi, choć czasem im wychodziło. Jednak zachował pewien rodzaj trzeźwości, szybko wyrywając się zanim zbyt by się zagłębił w rozkminy. Teraz nie jest dobry moment, bożek może zasadniczo wziąć go na kęsa w jednej chwili, trzeba się jakoś cholera ocalić.

 

Dzięki Boże. Jesteś gość.

 

Zwinnym ruchem - w końcu był też wykidajłą, znał się na tym - mężczyzna rzucił się i chwycił pewnie zesłany z niebios oręż. To jeden z tych takich fajnych fikuśnych mieczy dla bogaczy. Skoro był z nieba, to jakość i perfekcja były stuprocentowo gwarantowane. W żyłach Nadżibullaha krążył jad i spirytus, ale jego umysł wzniósł się o poziom wyżej. Skinął głową Sigrid. Teraz widział jej odwagę, i jak on ją kurwa szanował.

 

- A-ha! - zawołał dumnym, przepełnionym autentyczną wiarą i bogobojnością głosem. Efekt wzmacniał spiryt i adrenalina, choć tak narawdę kto wie, czy Hamzat nie padnie za niedługo porażony jadem. Zaraz potem odturlał się, bo nie był kretynem i wiedział, że wężowy bóg jako ślepy pójdzie za głosem. Jest też świadom, że różne zmysły ma cholernie wyostrzone i jest, cóż, bogiem. Wstał szybko i stanął wprawnie w pozie gotowej do boju. Pokaże gadowi, albo chociaż umrze w walce i w ogóle.

Edited by Po prostu Tomek

Share this post


Link to post
Share on other sites

Stało się coś dosyć niespodziewanego. Wielki wąż najpierw zwrócił uwagę na dźwięk, jaki wydała broń wyciągnięta z ziemi przez Hamzata, ale niemal natychmiast odwinął się do tyłu. 

Kapłan stał za wielką kobrą, z rękami zaciśniętymi w pięści. Nomad zobaczył, jak łysy wraca do pewnej pozycji po wymierzeniu złotemu wężowi potężnego kopniaka. Prawdopodobnie nie był on zbyt bolesny, ale z pewnością irytujący. To dało Hamzatowi chwilę czasu do ataku, który powinien być szybki - jad krążył w jego żyłach, coraz bardziej go osłabiając.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Huh. Tego co się właśnie stało mężczyzna się nie spodziewał. Chociaż z drugiej strony klecha, choć się przydał, to pewnie zasadził wężowi kopa głównie w swoim interesie, zapewne niespecjalnie mając ochotę na bycie nie wiem, na przykład zjedzonym przez ogromną kobrę. Hamzat nawet się nie dziwił, ktoś musiałby mieć całkiem namieszane w gowie by tego chcieć. W każdym razie nie było czasu do stracenia. Nadżibullah musiał wykorzystać prezent od kapłana zanim powali go alkohol, jad, zanik adrenaliny i tak naprawdę jedna cholera wie co jeszcze psujące mu w tej chwili krew.

 

Postanowił polecieć nieco na żywioł. Wiedział, że wąż będzie go tak czy siak słyszał a pewnie też i czuł. Mimo tego postanowił taktycznie rzucić się do ataku w sposób możliwie nieprzewidywalny. Kilka szybkich kroków w tę stronę. Potem w tamtą. Potem unik, przewrót w prz... cóż, alkohol stwierdził, że jednak w bok. Kolejny unik. Mężczyzna sam był w stanie przewidzieć maksymalnie dwa swoje kroki do przodu - oczywiście by się nie wypieprzyć - taki był zaangażowany. Kiedy był już nieco bliżej, Hamzat zawirował ostrzem, zastawiając się powtarzanymi cięciami na krzyż. W ten sposób nawet jak węża nie trafi, to jest osłonięty.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Trzy cele dla gadziego mózgu były wystarczająco zajmujące, tym bardziej, że ich nie widział. Złota sylwetka wygięła się niemal w łuk, żeby zaraz potem jak sprężyna wystrzelić w stronę kapłana i chybić ledwie o włos. 

Kiedy tylko ostrze zderzyło się z pozornie twardymi łuskami wężowego boga, w powietrze buchnęły kłęby cuchnącego jak palone włosy dymu. Wąż wydał z siebie wściekły syk wymieszany z piskiem raniącym uszy. 

Hamzat zobaczył, że ciosy zostawiły po sobie rany, których krawędzie wyglądały zupełnie jakby się topiły. Pojawiały się obrzydliwe pęcherze, a tkanki węża się upłynniały jak polane wyjątkowo żrącym kwasem. Olbrzym zaczął robić całe mnóstwo niekontrolowanych ruchów, skręcając się i wijąc jak zwykły wąż, kiedy go nadepnąć. Nomad zresztą dostał potężnym cielskiem i na krótką chwilę go zamroczyło. 

Kiedy się ocknął, leżał na piachu parę metrów dalej. Niedyspozycja nie trwała długo, ale węża już nie było. Nie było też ogromnego cielska, a stał nad nim łysy, trzymając w ręce coś jasnożółtego długości łokcia. 

- Hej, odważny barbarzyńco, żyjesz? - zapytał. - Daj mi rękę, odtruć cię trzeba. Masz nóż?  

Osłabienie dawało się we znaki, podobnie jak zresztą jad krążący w żyłach, ale świadomość Hamzata pod wpływem adrenaliny działała niezgorzej. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Hamzat zamrugał. Nastpnie dla pewności zamrugał jeszcze parę razy, pozwalając swojej świadomości wrócić. Jednym flashbackiem wróciło do niego to, co stało się przed chwilą.

- O kurwa - mruknął, kręcąc głową i rozglądając się trochę niepewnie. - Chyba? Dorwaliśmy skurwiela?

 

Mężczyzna był wciąż nieco zdumiony samym faktem, że jeszcze żyje. Pozytywnie zaskoczony. W miarę sprawnie zdjął sakwę i przeszukał ekwipunek. Miał w środku niewielki nóż, nie taki do walki tylko cięcia ziół, krojenia jedzenia i smarowania chleba masłem. Powinien wystarczyć. Podał go kapłanowi, czując, że śmierć wychyla się zza węgła.

Share this post


Link to post
Share on other sites

- Wspaniale! Czekaj no teraz i przypadkiem się nie ruszaj - ostrzegł kapłan, kucając przy Hamzacie. Zabrał nóż i naciął skórę na przedramieniu Nomada. O dziwo mężczyzna poczuł ledwie lekkie mrowienie, ale być może dlatego, że jego zmysły nie wyłapywały już zbyt wielu bodźców. Kapłan zebrał nożem coś z żółtego przedmiotu i zdawało się, że znowu przejechał nim po ranie. 

Parę chwil potrzebowała substancja, żeby otrzeźwić mężczyznę. Wpierw  zaczął odczuwać ból płynący z przedramienia, potem zaczęła uporczywie boleć go głowa, żeby następnie poczuć nieustające, a wręcz narastające mdłości. Obraz się wyostrzył. 

Kapłan trzymał w ręce wężowy ząb. Ów był półprzezroczysty i wyglądał na wciąż wilgotny.

- Nie myliłem się! Nie było takiego boga za moich czasów, ale mieliśmy takie węże, tyle, że znacznie mniejsze. To był wąż królewski, co to jego jad działa jak antidotum na wszelkie toksyny. Zastanawiające, że uczynił się bogiem, ale cóż za problem, skoro teraz jest martwy? I to dzięki tobie, barbarzyńco! - rzekł radośnie. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Hamzat na polecenie kapłana oczywiście się nie ruszał. Tak bardzo się nie ruszał, że jakby klecha coś spieprzył, to tylko przez ruch planety. Czuł, że nie jest już z nim najlepiej. Zdołał jeszcze ułożyć usta w małe "o" kiedy nie poczuł żadnego bólu od noża. Czy nomad umrze tutaj, w piaskach pustynie, po całości oblewając zadanie już na pierwszej misji? Czyżby nadchodził koniec?

 

Au. Aw,  och kurwa. Nie, nie nadchodził żaden koniec. Nadżibullah zdecydowanie będzie żył, przynajmniej jeszcze jakiś czas. Stwierdził to bardzo prosto. Wszystko zaczęło go paskudnie boleć. Do tego chciało mu się rzygać, a to, że nagle zobaczył świat bardzo wyraźnie też mu nie pomagało. Podniósł w górę palec, dając kapłanowi znak, by chwilę odczekał. Następnie odwrócił się na bok i pozwolił organizmowi jakoś się ogarnąć, haftując na piach. O nie, to kac!

- Unkh - zaklął mężczyzna kiedy znów był w stanie mówić. - W sakwie mam butelki, weź dowolną i jak możesz zlej ile się da tego jadu do niej.

 

Trochę się zawstydził, że nie poznał gatunku węża tak od razu. Może jakby poznał, to by wiedział, ale w sumie studiował dość dawno temu. Najważniejsze, że przeżył, no i mają trochę odtrutki na przyszłość. Chciał się odezwać i wstać, ale nagle się nad czymś zastanowił. Wstał dopiero po chwili.

- Mówisz, że nie było go za twoich czasów? - Hamzat zapytał ostrożnie. - Hmmm. Nie miałem pojęcia, że coś może uczynić się bogiem. To całkiem zmienia postać rzeczy. Musimy być znacznie ostrożniejsi, żeby jacyś fałszywi bogowie nie oszukali nas w naszym zadaniu odnalezienia twojego sokoła. Sigrid, chodź tu.

 

I zadania też, Boże. Dzięki jeszcze raz za miecz. Dużo jest takich pseudobożków do odhaczenia? A, właśnie. Wpadłem już na pierwszą zasadę religii, chciałem się skonsultować. Byłoby to "nie zabijaj swoich, ale jak niewierny się prosi to w sumie możesz". Co ty na to?

Share this post


Link to post
Share on other sites

Gatunek węża nie mógł być Hamzatowi znany, bo owe węże żyły na długo przed jego istnieniem, a ostatni właśnie padł. 

Po zwróceniu zawartości żołądka wszystko zaczęło wracać do normalnego stanu. Obraz się wyostrzał, kołatanie serca z wolna ustępowało, podobnie jak osłabienie które chwyciło organizm Hamzata. 

- Najwidoczniej mógł. Spójrz tylko, zebrał sobie wiernych w postaci innych węży. Królewskie były bardzo, bardzo mądre, choć przyznam, że nie sądziłem, że aż tak - powiedział kapłan. - Ale już wtedy mówiło się, że mają w sobie wiele magii. Cóż innego potrafiłoby człowieka odtruć niemal z każdej toksyny? 

Po tym kapłan zrobił to, o co nomad go poprosił bez mrugnięcia okiem, a nawet nucąc coś pod nosem radośnie. 

Nigdzie w zasięgu wzroku nie było widać kobr. Jedynym zwierzęciem był wielbłąd, który rozsądnie postanowił skryć się za jedną ze skał kiedy wąż zaatakował i jakimś cudem nie padł ofiarą mniejszych węży. Teraz rozglądał się niespokojnie, nie do końca najwyraźniej ufając brakowi złotego potwora. 

Dziewczyna podeszła do Hamzata, który oderwał ją od czynności wymagającej kucania i grzebania w piasku. W jej ręce coś pobłyskiwało ciepłym światłem, co zresztą zostało zaraz zaprezentowane nomadowi.

- Znalazłam w piasku, to po wężu. Chyba - poinformowała, pokazując mały kamyk upstrzony drobinkami czegoś, co wyglądało jak stop złota i miedzi.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Dzięki Bogu Hamzat jeszcze żył. Oczywiście poświęcił krótką chwilę na coś na kształt pseudomodlitwy złożonej z może dwóch czy trzech myśli złożonej po to by Księżyc wiedział, że jest wdzięczny. Następnie zmierzwił lekko włosy Sigrid. Niby znali się bardzo krótki czas i z początku postrzegał ją jako kuffar, równą w zasadzie niewolnikowi, ale zasłużyła sobie na co najmniej własny namiot na ziemi i pokój w raju do tej pory. Nawet poważył się obdarzyć cne dziewczę uśmiechem.

- Nie mam pojęcia co to może być - przyznał szczerze nomada, zastanawiając się czy wciąż jest pijany czy już nie. - Ale czymkolwiek jest, zasłużyłaś by to mieć, Sigrid. Jesteś bardzo odważna, i twoi obcy bogowie pewnie byliby z ciebie dumni.

 

Zaraz jednak pokapował się że klecha wciąż jest w miarę niedaleko, więc zaraz postanowił się poprawić.

- I sokół pewnie też - dodał, puszczając młodej oczko. - Nawiasem mówiąc, teraz musimy być bardzo, bardzo uważni i ostrożni. Skoro ten wąż mógł ogłosić się bogiem, to może być więcej takich demonów naćpanych potęgą. Musimy się mieć na baczności. Powinniśmy poszukać miejsca na odpoczynek innego niż to, ale... czy ktoś pomoże mi wstać?

 

Hamzat uśmiechnął się przepraszająco.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Wspomnienie o obcych bogach, ich dumie i ogólna pochwała spowodowała, że Sigrid niemalże napuszyła się, a promienny uśmiech pokrył ubabraną pyłem i potem twarz. Uznała to za pozwolenie na schowanie łuski gdzieś między tkaninę luźnych spodni. 

Zaskakującym było, że tym kto pomógł Hamzatowi wstać był kapłan, który być może z wolna zaczynał się przystosowywać. W końcu zrobił coś ponad program, to znaczy nie leżał tylko w piachu, składając pokłon złotemu demonowi w trakcie gdy Hamzat z nim walczył. 

Wielbłąd z wolna zmierzał w ich stronę, ostrożnie stawiając kroki na piasku. Z okolicy zniknęły jednak wszystkie węże i wydawało się, że chwilowo było bezpiecznie. 

Od południa zawiał pojedynczy podmuch ciepłego wiatru zmierzający na północny wschód, a Hamzat wyczuł, że była to swego rodzaju wiadomość od Księżycowego. Prawdopodobnie drogowskaz.

- Gdzie teraz?

Share this post


Link to post
Share on other sites

Hamzat udał że się zastanawia, robiąc bardzo marsową, pełną natchnionego namysłu minę. Przynajmniej spróbował ją zrobić. Wyszło mu czy nie, pozostanie to tajemnicą historii, jednak niezależnie od tego po dłuższej chwili zdecydował się odpowiedzieć.

- Jak najdalej stąd - rzekł ze zdecydowaniem. - Potrzebujemy założyć obóz, odpocząć, przygotować się na nocleg oraz do dalszej wędrówki. Ale kierunek to mniej więcej tam.

 

Z tymi słowami Nadżibullah pokazał krótkim ale wyraźnym gestem w tę stronę, którą chyba być może ale prawdopodobnie podpowiedział mu Księżycowy. Trochę dziwił go brak węży, lecz mimo tego że na ten fakt na pewno nie zamierza narzekać, mężczyzna wolał jednak spać praktycznie wszędzie ale nie tutaj. Poklepał kapłana po plecach by dać jakiś mierny znak wdzięczności, ale strzępić sobie języka jeszcze za bardzo nie zamierzał. Łysol wydaje się być w porządku, lecz Hamzat ma pełną świadomość faktu, że biednego klechę zwyczajnie oszukuje. Wszak sokół zapewne będzie jednym z celów od Księżycowego gdzieś w przyszłości. Z tymi myślami podszedł do wielbłąda i zdecydował się poprowadzić go tak mniej więcej ale nie do końca w stronę wskazaną mu przez Boga, szukając miejsca na obozowisko.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Create an account or sign in to comment

You need to be a member in order to leave a comment

Create an account

Sign up for a new account in our community. It's easy!

Register a new account

Sign in

Already have an account? Sign in here.

Sign In Now

×
×
  • Create New...