Skocz do zawartości

Obsede

Brony
  • Zawartość

    215
  • Rejestracja

  • Ostatnio

  • Wygrane dni

    23

Wszystko napisane przez Obsede

  1. Są w polskim literackim fandomie MLP:FiM gatunki niszowe. Jednym z nich jest kryminał. Przypominam sobie zaledwie jedną serię fanfików, które należały do tego rodzaju literatury i były napisane w języku polskim. Są tworem SiwulcaDako, który stworzył trylogię o przygodach detektyw Red Stripe. Kolejne części nosiły tytuły: „Pirytowe serca”, „Płyn życia” i „Prorok”. Nie były to złe fanfiki i uważam je za szczyt twórczości tego autora. Stało się tak m.in. dlatego że są one ukończone. SiwulecDako, miał bowiem tendencję, by zaczynać fanfika o ambitnych założeniach, ale po jakimś czasie tracił zapał, fanfik zaczynał pędzić na łeb na szyję i stawał się autoparodią. Najlepszym tego przykładem jest „Przemysł farmaceutyczny” i „Mniejsze zło”. Polecam, ubaw po pachy. Fanfik „Szyfr” zaczął być publikowany w 2015 r. w przerwie pomiędzy czwartym i piątym sezonem i można to zauważyć w tekście, gdyż wspomina się o Tireku, chociaż zastanawia mnie częstotliwość, z jaką Twilight wysyła księżniczce Celest ii listy. Pasuje ona raczej do wcześniejszych sezonów. Zastanawia mnie, czy Twilight miała wziąć udział w wydarzeniach w fanfiku, gdyż była już ali Kornem. Chciałbym, aby tak było, lubię fanfiki z Twilight (z wyjątkiem trzeciego fanfika z serii „Silent Ponyville”, gdzie wciąż biega, rozwiązując „zagadki”, co było bardzo angażujące dla niej, ale nie mnie jako czytelnika). Z powyższego akapitu wynika, że bohaterem fanfika nie jest Twilight, a przynajmniej nie była w momencie, gdy został opublikowany drugi, ostatni rozdział. Bohaterką jest najprawdopodobniej księżniczka Celestia i policjant imieniem Full Metal Jacket. Muszą oni rozwikłać pewną przykrą sprawę. Ktoś z przeszłości Celestii morduje kucyki i wysyła księżniczkom listy z makabrycznymi opisami swoich zbrodni, ale też, dając im wskazówki jak rozwiązać szyfr, który pozwoli uniknąć większej liczby ofiar. Jest to rodzaj zagadki kryminalnej, której czytelnik, jak sądzę, nie może rozwikłać sam. Musi się zatem zdać na bohaterów. Celestia to postać dość podobna do tej z serialu. Ma podobną motywację do działania i nawet Equestria przedstawiona w fanfiku nie odbiega od tej znanej z serialu. Jest to zatem utopijna idylla, w której przestępstwa są tak rzadkie, że policja w zasadzie nie ma po co pracować. Dlatego zdziwiłem się, że ona w ogóle istnieje. W fanfikach podobnych „Przygody Red Stripe” albo „Pinkie Pie nie żyje”, nie mówiąc o „Unmarked”, Equestria nie wygląda równie cukierkowo. Zastanawia mnie, nie tylko, że policja istnieje, że istnieją też jakieś inne służby jak EBI, które zajmuje się fałszowaniem łapania morderców, co sugeruje, że w Equestrii nie ma seryjnych morderców i chyba wszystkie zdarzają się przez przypadek, a zabójcy żałują za grzechy i nigdy więcej ich nie popełniają. W każdym razie nie tego z piątek przykazania. Full Metal Jacket, jest nadkomisarzem. Oznacza to, że ma pod sobą iluś tam policjantów., i to raczej tak dużo, bo komisarz, nie mówiąc o nadkomisarzu to wysoka funkcja. Ale na tym problemy się nie kończą. Jest EBI, które zajmuje się „rozwiązywaniem morderstw”, jeśli wierzyć (bo nie wierzę autorowi, i to nie dlatego, że autor podaje wersję oficjalną, autor, bowiem podaje też wersje nieoficjalne, bliższe prawdy) autorowi zdarzyły się w liczbie 10 podczas ataku Tireka. Ono zajmuje się tuszowaniem wykrywania sprawców, łapiąc podstawione kucyki. Teraz uwaga, będzie ciekawie. Full Metal Jacket uważa EBI za pozerów. Sam przyznaje, że morderstwa są tak rzadkie, że prawdopodobnie ani on ani jego poprzednik, ani nikt w tym stuleciu nie miał takiej sprawy. Skąd się bierze to przekonanie o własnej wyższości? Nie wiem. Zastanawia mnie, co zazwyczaj uważam za zaletę, to jak bardzo dokładnie autor opisuje badanie miejsca zbrodni, wykonywanie opisów zwłok, a potem sekcji. Zastanawia mnie, bo skoro morderstwa i przestępstwa w ogóle prawie w Equestrii nie występują, to gdzie ci policjanci nabierali praktyki? Czy zostali tak perfekcyjnie wyszkoleni by zabezpieczyć miejsce zbrodni i prowadzić śledztwo nawet bez praktycznego doświadczenia? Jeśli tak jest, to czemu EBI musi udawać, że wykryto sprawcę? Czemu w takim razie w ogóle się tego uczy policję zamiast od razu dawać sprawę EBI i w ogóle nie męczyć policjantów szkoleniami etc. Nie ma to żadnego sensu, nieważne czy założymy, że ostatnie morderstwo zostało popełnione 1200 lat temu, czy zostało spowodowane przez Tireka. I najciekawsze jest to, że wiedza o tym, że EBI fałszuje dochodzenia jest raczej dostępna. To nie jest jakaś tajemnica, którą trzeba zachować dla siebie, bo ktoś zostanie zamordowany, czyli ulegnie wypadkowi. Kto stworzył ten system? Celestia. Ale Celestia z fanfika to nie jest jakiś wypaczony potwór. Ona się naprawdę troszczy o swoich poddanych. Przeżywa zbrodnie, na które nie ma żadnego wpływu. Nie wiem, co chciał autor osiągnąć, ale mieszając serialową Celestię z policją rodem z Batman: The Animated Series, osiągnął komiczny efekt. Porównanie policji do tej z przywołanej kreskówki jest uzasadnione. Policjanci przywołują mi na myśli Harveya Bullocka, twardego glinę, który je ciastka, pije kawę walczy z nadwagą tyleż z co z przestępcami. I nienawidzi Batmana, bo jest lepszy od niego. Rozumie to jego przełożony, komisarz Gordon, który musi jakoś godzić nocnego mściciela ze sfrustrowanym podwładnym. Czy można wyjaśnić, dlaczego policja istnieje, jest przeszkolona do badania spraw morderstw, ale nie prowadzi śledztw, bo robi to inna instytucja, która jest chyba też jest przeszkolona do badania spraw morderstw, ale nie prowadzi śledztw, tylko udaje, że złapano sprawcę? Czy można to powiązać z serialową Celestią? Czy można założyć, że jest tak wrażliwa na cierpienie swych poddanych, że służby jej o nim nie informują i biedaczka nie wie, co się dzieje? No ale skoro nie wiem, że coś się dzieje, to po co finansuje policję, tę samą policję, która jest przeszkolona do badania spraw morderstw, ale nie prowadzi śledztw. Informacja, że policja nie ma co robić pochodzi od narratora, nie jest prywatną opinią jakiejś postaci. Nie jest obowiązkiem czytelnika doszukiwać się sensu tam, gdzie autor mógł się nim w ogóle nie przejmować. Dla mnie w takiej sytuacji, gdzie policja nie ma nic do roboty nie ma ona racji bytu. Takimi sprawami zajmuje się albo nieprzeszkolona, albo słabo przeszkolona lokalna, ochotnicza służba tworzona Ad Hoc, która jest mała i nie ma w niej miejsca na stanowisko nadkomisarza, albo straż królewska, która jest stałą formacją pod bronią. Względnie zajmuje się tym EBI, ale wtedy nie może nie prowadzić śledztw, tylko udawać, że złapano sprawcę. Jestem zdania, że ponieważ już w pierwszych (i jedynych) dwóch rozdziałach autor stworzył coś tak nierealistycznego jak na fanfika, który chce być realistycznym kryminałem (z magią, ale zawsze), to raczej nie trzeba się przejmować wiedzą lub niewiedzą Celestii, jej psychologią. Takie rzeczy powinny iść w parze. Czy jednak „Szyfr” miał być faktycznie kryminałem? Pierwszy rozdział i spora część następnego tak sugeruje. Zagadka bowiem zostaje rozwiązana przez autora, zanim postacie z fanfika będą miały szansę, cokolwiek zrobić. Natomiast co do rozwiązania tytułowego szyfru, jak na razie brak jest jakichkolwiek postępów. Sądzę, że ich nie będzie, wszak fanfik jest porzucony od 11 lat. Sądzę, że fanfik miał potencjał. Z wyjątkiem problemów z logicznym uzasadnieniem istnienia policji, gdy nie jest ona w zasadzie potrzebna oraz tym, dlaczego Celestia pozwala działać EBI, która tuszuje sprawy morderstw i przeprowadza lipne śledztwa nie wygląda to źle. Niestety strona literacka nieco kuleje, zdarzają się powtórzenia, ale jak na tekst bez korekty jest do przyjęcia. Podsumowując, dwa rozdziały to za mało, żeby uznać, czy dany fanfik byłby udany, czy nie. Dużo by zależało od tego, w jakim tempie działy by się wypadki.
  2. Zastanawiam się, czy jest sens komentować fanfika, który zajmuje może dwie strony A4? Cóż, być może możliwość napisania dłuższego lub chociaż porównywalnego tekstu niż sam fanfik, byłaby tego uzasadnieniem? „Black Star” to bardzo stary fanfik. Pierwszy post ukazał się w grudniu 2012 r.! Był to początek trzeciego sezonu. Podobno fandom już wtedy umierał. A przecież tyle było przed polskimi broniakami! Filmiki Stalina CWHC i tak dalej. Ba, pomimo początków śmierci fandomu, serial miał jeszcze trwać 6 sezonów. Już przez tą wczesną datę publikacji zwrócił na siebie moją uwagę. Kolejną przyczyną był sposób publikacji. Jedyne dwa rozdziały, zostały zamieszczone jako posty na forum. Co za oldschool! Niestety, nie należało oczekiwać od tego formatu zbyt wiele. Fanfik jest tak krótki, że aż dziwi mnie, że ma jakiś zarys fabuły. Przypomina mi on nieco taką mroczną wersję Harry'ego Pottera, który bez tiary przydziału otrzymał zaproszenie do Slytherinu. Tym razem, celem „Slytherinu”, chociaż tutaj nazywa się on „Stowarzyszeniem Czarnych Gwiazd” jest zniszczenie Equestrii. Skąd o tym wiem, skoro fanfik jest ledwo napoczęty? Cóż, autorka zdradziła plan na fabułę w pierwszym poście w temacie zawierającym przy okazji prolog do fanfika. Jest to bardzo oryginalna „strategia”. Nie pamiętam fanfika, który by streścił fabułę na samym początku. W przypadku większości fanowskich opowiadań byłoby to nawet niemożliwe, krępowałoby autorowi przysłowiowe ręce. Kto wie, może miało to wpływ na porzucenie fanfika? A może zadecydowało coś innego? Niezależnie od tego czuć tutaj klimat wczesnego fandomu. Fabuła jest skoncentrowana na Twilight Sparkle i innych kanonicznych bohaterkach. Nie jest ona nawet jeszcze alikornem (co być może także miało wpływ na porzucenie fanfika, gdyż skrzydła Twilight ponoć zniszczyły sporo head canonów). Warto dodać, że bohaterki zachowują się jak one, ale być może za wcześnie wyciągam wnioski. W każdym razie akcja zakończyła się, zanim jeszcze mogła się rozpocząć. Nie można tutaj wiele napisać. O formie można napisać już więcej. Więcej, nie znaczy lepiej. Zwracają na siebie uwagę powtórzenia oraz „uczłowieczanie” kucyków. Mamy wspomniane kopytka, pyszczki, ale głos należący do klaczy jest już kobiecy. Z drugiej strony słowo „klaczy głos” brzmiałoby dziwnie. Rzuca się w oczy, że tekst był napisany i opublikowany pod wpływem chwili. Opisów jest bardzo niewiele i są bardzo pobieżne. Na ogół autorka relacjonuje po prostu czynności postaci. Mimo wszystko zwraca uwagę, że po dialogu, w którym następują didaskalia kropka pojawia się dopiero na ich zakończenie. Nie będę oceniał tego fanfika. Ten komentarz ma po prostu wydobyć „Black Star” z zapomnienia, przynajmniej na kilka tygodni, pokazać fandomowi, od czego zaczynał i jak daleko zaszedł. A że komentarz jest zbyt długi? Cóż, nie przeczę. Jednak lubię pisać komentarze.
  3. „Nadzieja, która błyszczy” to bardzo interesujący fanfik. Prawdopodobnie, gdyby był krótszy byłby jeszcze lepszy. Wśród złoczyńców MLP:FiM najwięcej fanfików poświęcono Discord owi oraz Chryssaliss lub Sombrze. Piszę tutaj o kanonicznych złoczyńcach, ma się rozumieć. Tirekowi, chociaż był to jedyny antagonista z korzeniami jeszcze w pierwszej generacji My Little Pony poświęcono niezbyt wiele fanfików. Ja pamiętam tylko jeden, „Into The Depths” autorstwa Pen Stroke’a, gdzie się przewija, a i wtedy była to postać nawiązująca właśnie do pierwszej generacji MLP, a nie czwartej, gdzie Tirek się jeszcze nie pojawił. Fanfik zaczął być pisany w 2012 r. Także bohaterce „Nadzieja, która błyszczy”, Cosy Glow, bardzo rzadko poświęca się uwagę i pisząc bardzo rzadko, mam na myśli, że w jest to pierwszy fanfik o niej, który przeczytałem. A przecież przeczytałem ich dużo. Już to czyni fanfika oryginalnym. Zastanawia mnie co zainspirowało autorkę. Mnie opowiadanie przypomina nieco film „Dzieciństwo wodza” z 2015 r. w reżyserii Brady’ego Corbeta. Narodziny złoczyńcy zaczynają się od skromnych początków, od czynników, które zdawałoby się nie są aż tak istotne. Dla Cosy Glow tym, co popchnęło ją ku złu był fakt, że była jedynym pegazem w rodzinie jednorożców, z czego wypłynął wniosek, co prawda nie należący do bohaterki fanfika, ale jej kolegów i koleżanek z klasy, że jej mama się „puszcza”. Wątek ten zresztą nie wychodzi na pierwszy plan od początku. Cosy Glow ma wyjątkowo tolerancyjną rodzinę i nie jest otwarcie dyskryminowana przez dziadków, ani też ojca (który w fanfiku jest prawie nieobecny) a jej mama ją bardzo kocha. Autorka opisuje w fascynujący sposób mieszankę kompleksów, jakie odczuwa Cosy Głów wobec jednorożców. Poszła ona tropem „Fallout: Equestria”, gdzie jednorożce są faktycznie OP (jak się mówi pomiędzy graczami kompetytywnymi), gdyż magia pozwala im na niemożliwą do uzyskania dla innych ras kucyków precyzję we władaniu przedmiotami. Rozgrywki szachowe pomiędzy Cosy Glow a jej dziadkiem są tego dobrym przykładem. Nie chodzi tutaj nawet o samo posunięcie na planszy, ale o sposób przesuwania bierek. To bardzo interesujące, chociaż chyba niezgodne z kanonem MLP:FiM podejście. Wspominam o tym, bo fanfik, próbuje raczej być zgodny z serialem. W szkole właśnie za mamę, która się „puszcza” Cosy Glow jest szykanowana przez kolegów i koleżanki z klasy. Źrebaki są tutaj okrutne w jakiś wyolbrzymiony sposób, ale są bardzo złośliwe. Kiedy porównałem to, co opisywano w fanfiku z tym, do czego dzieciaki w szkołach są zdolne to muszę przyznać: poczułem, że byłyby to wiarygodne sytuacje. „Hiperseksualność” młodzieży, jako element wchodzenia w świat dorosłych, tak jak ja ją pamiętam z moich szkolnych lat jest tutaj dobrze oddana. Momentem przełomowym dla Cosy Glow jest przybycie Tireka, który odebrał magię wszystkim kucykom, łącznie z główną bohaterką. Tylko że pegazy są po zjedzeniu ich magii po prostu osłabione, a jednorożce całkowicie bezradne. Autorka ponownie pokazuje partię szachów jako przykład tejże bezradności. W tym momencie miałem wrażenie, że Cosy Glow zaczyna mi trochę przypominać Starlight Glimmer, która szukała równości, pozbawiając inne kucyki mocy ich uroczych znaczków, zachowując jednak swój. Jednak Cosy Glow nie ma takich możliwości jak Starlight Glimmer. Postanawia posłużyć się Tirekiem. W tym momencie „Nadzieja, która błyszczy” zaczyna mi przypominać nieco „Jojo Rabbit” z 2019 r. w reżyserii Taiki Waititiego. Nie widziałem tego filmu, ale bohaterem był chłopiec, który miał wymyślonego przyjaciela. Był nim Adolf Hitler. Dla Cosy GLow jest nim Tirek. Tirek jest z Cosy Glow na lekcjach, odrabia z nią zadania domowe itd. Fragmenty, gdy Tirek jest wyimaginowanym przyjacielem pegazicy są chyba najlepszymi w fanfiku. Potem następuje wymiana korespondencji z Tirekiem oraz Twilight Sparkle i… I gdyby „Nadzieja, która błyszczy” zakończyła się w momencie, gdy Cosy Glow postanawia udać się do Szkoły Przyjaźni uznałbym ten fanfik za arcyciekawy. Ale naiwny świat kucyków, napisany przecież dla dzieci gryzie się z tym młodzieżowym, wyrastającym z dziecięcej niewinności. Co Twilight Sparkle, która ocaliła Equestrię ileś tam razy, miała odpowiedzieć na list Cosy Glow, w którym informowała ją, że ma problemy w szkole, bo się jej mama puszcza? Cóż, postać z kreskówki miałaby tutaj spory problem. A Twilight nie została tutaj pokazana jako postać ze świata fanfika. Twilight, to po prostu Twilight. Generalnie im bardziej zbliża się moment, gdy świat fanfika i świat kreskówki się zazębiają, tym mam wrażenie, pojawia się więcej zgrzytów. Już sam fakt, że Tirek otrzymuje medalion, pozwalający się komunikować listownie z Cosy Glow, jest nieco naiwny. Jest naiwny w realiach fanfika, ale w serialu ten problem został w ogóle zignorowany. Ale to nie jedyny przypadek, gdy pojawiają się zgrzyty. Weźmy inny przykład: w serialu postacie nie załatwiają swoich potrzeb fizjologicznych (poza jednym odcinkiem). W fanfiku uwięzieni w Tartarze są wypuszczani z klatek, aby mogli się załatwić, co sugeruje, że ktoś, jednak nad nimi czuwa, podczas gdy w serialu odnosiłem wrażenie, że, prawdę mówiąc, nikt ich nie pilnuje. Czasami próba udzielenia odpowiedzi rodzi więcej problemów niż pozostawienie czegoś bez odpowiedzi. Mam także wrażenie, że serialowa Cosy Glow nigdy nie traktowała przyjaźni z Tirekiem ani przyjaźni jako takiej poważnie. Że samorozumienie znaczenia tego słowa było wypaczone. Dlatego uważam, że Cosy Glow z serialu to nie Cosy Glow z fanfika i mam wręcz wrażenie, że „Nadzieja, która błyszczy” to AU. AU, które bardzo chce się stać jednością z naiwnym serialem dla dzieci. To wywołuje komplikacje, bo wydarzenia, które rozgrywają się w serialu powodują postacie kierujące się innymi czynnikami niż te z fanfika. Chcę po prostu napisać, że gdyby wziąć Cosy Glow z fanfika i przenieść się do serialu, wówczas prawdopodobnie postępowała by inaczej. Serialową Cosy Glow nie interesowała bowiem przyjaźń. Ją interesowała władza. A tę z fanfika interesowałoby raczej to, żeby inni byli tak samo nieszczęśliwi jak ona. Wtedy poczułaby się lepiej. Zastanawia mnie także rodzina Cosy Glow. Jest ona bardzo „tolerancyjna”. Ba, mąż toleruje, że żona go zdradza, chociaż córka ma wyrzuty sumienia, że jej mama śpi z nauczycielem, żeby miała wzorowe zachowanie na świadectwie. Dziadkowie nie robią Cosy problemów, że jest bękartem. Zastanawia mnie jednak wyjaśnienie, czy raczej próba wyjaśnienia tego stanu rzeczy: Chciałbym usłyszeć wersję męża, bo relacja mamusii się nie chce skleić w mojej głowie. Jej wersja kojarzy mi się z wizją świata hrabiny Ponimirskiej z serialu „Kariery Nikodema Dyzmy”. Niestety, brakuje mi tutaj nieco wyjaśnień ojca, a tutaj by się akurat przydały. Podsumowując, „Nadzieja, która błyszczy” to bardzo interesujący fanfik, który najlepiej działa tam, gdzie nie miesza się z wydarzeniami, z serialu (łącznie z cytowaniem go słowo w słowo). Optymalnym byłoby zakończenie go tuż przed tym, jak Cosy Glow zaczyna „naukę” w Szkole Przyjaźni, gdyż uproszczony świat z serialu nie zawsze się łączy z bardziej dojrzałym światem z fanfika. Pomimo wyżej wymienionych wątpliwości, polecam.
  4. „Pamiętnik Luny” to dzieło z okresu, gdy fandom MLP:FiM już okrzepł. Był on już wtedy świadkiem pierwszej katastrofy, jaka spotkała twórców wiernych „lore” serialu: Twilight dostała skrzydła! Ale to nie o niej będziemy tutaj wspominać. Poza tym był to okres, kiedy pojawił się nowy, niezwykle popularny złoczyńca. Był nim król Sombra. Sombra zrobił furorę, chociaż w pierwszym epizodzie, w którym się pojawił miał ledwie kilka kwestii. Potem też nie był obecny zbyt często, a i wtedy liczba dialogów nie powalała. Lepiej jego postać przedstawiły komiksy wydawane przez IDW i muszę przyznać, że tutaj zakończenie jego historii było chyba najlepsze. A Luna? Księżniczka Luna przynajmniej posiadała więcej czasu antenowego i jako tako mogę zrozumieć jej popularność w fandomie. Dlaczego o nich wspominam? Czynię tak, gdyż są oni bohaterami fanfika „Pamiętniki Luny”. Utworu moim zdaniem porzuconego przedwcześnie. „Pamiętnik Luny” to jak sama nazwa wskazuje pamiętnik. Gatunek literacki, który wydaje się zaskakująco prosty, a jednak nie spotykam się z nim zbyt często. Szkoda, bo moim zdaniem można przedstawić w ten sposób pełne niedopowiedzeń, subiektywne treści. Idealnie sprawdza się w horrorach, dreszczowcach, pozwala dobrze przedstawić sposób myślenia postaci etc. Sądzę jednak, że w tym wypadku „Pamiętnik Luny”, powinien nosić tytuł „Dziennik Luny”. Księżniczka odnotowuje ważniejsza wydarzenia prawie każdego dnia 6 miesiąca roku, w którym pokonano Discorda. Wpisy, chociaż może należałoby je raczej nazwać notatkami, są bardzo krótkie. Przedstawiają one Lunę nie jako osobę niezrozumianą i przyćmioną przez starszą siostrę. Luna, owszem, nie zawsze sobie radzi z obowiązkami współwładczyni oraz ciągnie ją ku zupełnie nieksiężniczkowym zajęciom, ale nie może być uznana za outsidera. Odnoszę wrażenie, że jest ona tutaj raczej nastolatką, taką która chce zasmakować życia, zakochać się etc. Właśnie strona uczuciowa księżniczki jest tutaj zarysowana o tyle interesująco, że właśnie bardzo naiwnie. Luna chciałaby spędzać czas z kimś innym, ale obowiązki jej na to nie pozwalają względnie siostra doprowadzi ją „do porządku”, etc. Naprawdę interesujące jest to, że oblubieńcem księżniczki został właśnie Sombra. On sam zwrócił na siebie uwagę księżniczki, oblewając ją atramentem. Zastanawia mnie jak wielki miałby on wpływ na późniejszą przemianę Luny w Nightmare Moon? Na te pytania, ważne dlatego, że wiemy jak się potoczyły późniejsze losy księżniczki jednak nie poznamy już odpowiedzi. Fanfik został porzucony. Forma jest przyzwoita, chociaż wpisy mogłyby być dłuższe. Jeśli coś mi przeszkadzało to to, że Luna wyraża się niekiedy mało po królewsku lub wręcz błędnie. Być może jest tak dlatego, że Luna jeszcze nie nabyła swoich bardzo formalnych nawyków, ale wydaje się, że pomiędzy jej wygnaniem na Księżyc, a pokonaniem Discorda nie mogło upłynąć aż tak dużo czasu, przez to ta wizja Luny bardzo gryzie się z tą z serialu, zwłaszcza z drugiego sezonu. Podoba mi się w fanfiku, natomiast przywiązanie do pewnych detali życia księżniczki np. wpływ gorsetu na oddychanie albo próby rozwikłania zagadki jak matka księżniczek chodziła w obcasach. „Pamiętnik Luny” przypadł mi nawet do gustu, nieco zaintrygował i żałuję, że został tak szybko porzucony. Mógłby z tego wyjść jeden z klasyków polskiego fandomu MLP:FiM.
  5. Myślałem, że nie lubię TCB. Nie wiem, jakim sposobem, lecz wszystkie fanfiki oznaczone tym tagiem okazywały się bardziej depresyjne niż „Rok 1984” George'a Orwella. Co prawda nadal nie jestem pewien, czy bym polubił „Rose May Kill”, ale fanfik zapowiadał się całkiem interesująco. Główna bohaterka nie była kucykiem, była człowiekiem. O kucykach wiedziała tylko tyle, ile zobaczyła w serialu My Little Pony: Friendship is Magic, który oglądał jej chłopak. Ułatwiło jej to przystosowanie się do nowego ciała. Niestety, nawet jako kucyk miała pewien przykry nawyk z czasów, gdy była człowiekiem. Potrafiła zabijać. Potrafiła i lubiła to robić. Tak można pokrótce streścić fabułę „Rose May Kill”. Sama bohaterka używa imienia Deadly Rose co bardzo pasuje do jej osobowości. Jest ona bowiem zabójcza. Niestety nie kontroluje ona swoich unikalnych „talentów”, co nie zawsze wychodzi jej na dobre. Fanfik sugeruje, że będąc człowiekiem była zabójczynią na zlecenie. Ciekawe, ale gdy kucyki stykają się z ludźmi przybywającymi do ich świata, ci najczęściej używają wobec nich przemocy. Rozdziały są krótkie i treściwe. Próbują przedstawić świat kucyków oczami bohaterki i zadają raczej nowe pytania, niż próbują coś wyjaśniać. Nie mam o to do autora pretensji, gdyż fanfik raczej był przewidziany na ponad sto stron. Autor wyraźnie nie spieszył się w popychaniem fabuły do przodu. Ogólnie jednak byłem raczej zaciekawiony treścią, a i główna bohaterka, chociaż mało o niej wiedziałem, nie była mi zupełnie obojętna. Jeśli miałbym się czegoś czepić, to tego, że bohaterka już w czwartym rozdziale zaczyna prowadzić życie seksualne. Problem w tym, że jest najwyraźniej na tyle niewyrośnięta, że kucyki uznały, że powinna pójść do szkoły. Pod względem formy jest zupełnie nieźle, tekst przeszedł korektę, a i sformatowany został przyzwoicie, chociaż dręczą go bolączki, gdzie akapity są wyróżnione nie tylko poprzez wcięcie, ale też poprzez odstęp, co jest zbędne. Nie pamiętam nawet, czy doszukałem się poważniejszych literówek. Sądzę, że jak na początek fandomu MLP:FiM to poziom był bardziej niż przyzwoity. Niestety, „Rose May Kill” został porzucony. Autor, jak sam wyjaśniał nie mógł znaleźć nowego korektora. Wielka szkoda, że fanfik nie był kontynuowany, jednak sam dość często podważałem sens umieszczania w publicznym dostępie fanfików, których jakość jest ewidentnie zaniżona np. z powodu braku doświadczenia autora (słynne pierwsze próby) i tak dalej. „Rose May Kill” mogłoby w tym wczesnym okresie fandomu zaznaczyć swoją obecność przyzwoitą jakością. Widać, że autor ma już pewne doświadczenie w prowadzeniu narracji, o czym świadczy, że prowadził on RP w innych systemach RPG. Zastanawiam się jak takie doświadczenie przełożyłoby się na treść fanfika. Niestety, w tym wypadku, nie dowiemy, jakby się potoczyły losy kucyka imieniem Deadly Rose.
  6. Fanfik „Powrót Sunset Shimmer” zdecydowanie nie jest dla każdego. Nie oznacza to jednak, że mieści się w on w kategorii „dla fanów”, co zazwyczaj oznacza coś średniego, ale wykorzystującego lubiany przez wspomnianych motyw. Nie będę używał zwrotu „Kultowy”, gdyż ten zwrot, względnie „kultowy klasyk” nabrał już pejoratywnego znaczenia, „Kultowym klasykiem” w fandomie MLP:FiM byłyby np. „Babeczki” albo abominacja „Polacy są wszędzie”. „Powrót Sunset Shimmer” jest natomiast pozycją nową. Jak stwierdziłem wyżej „Powrót Sunset Shimmer” nie jest fanfikiem dla każdego. Po pierwsze trzeba lubić i nieco znać uniwersum „Equestria Girls”. Po drugie autor ma specyficzny styl, z którym spotykam się albo bardzo rzadko, albo po raz pierwszy. Fabuła jest prosta i, prawdę mówiąc, przez 6 rozdziałów mam wrażenie, że bardzo się nie posunęła do przodu. Sunset Shimmer musi zamknąć portal z Equestrii do świata ludzi, gdyż magiczna energia ze świata kucyków może go zniszczyć. W tym celu Sunset Shimmer musi jednak udać się na drugą stronę… lustra… i na zawsze porzucić szkołę i przyjaciół. Nie wiem, jak długi ma być recenzowany fanfik, zakładam jednak, że mogłem przeczytać już ponad połowę zaplanowanych rozdziałów. Fabuła ma to do siebie, że na początku rozwija się bardzo szybko. Sunset Shimmer musi pozyskać geody od swoich przyjaciółek, czyli uczłowieczonych wersji mane 6. Odbywa się to w bardzo szybkim tempie i miałem nieodparte wrażenie, że autor albo nie ma pomysłu, jak przedstawić próby czekające Sunset Shimmer albo mu się spieszy. Nie wykluczam też, że nawiązano do prób, jakie musiała przejść Twilight Sparkle w pierwszym epizodzie „Equestria Girls”, gdzie te nie były ani długotrwałe ani wymagające. Potem, gdy (co nie będzie dużym spojlerem), Sunset Shimmer wraca do Equestrii fabuła zwalnia. W tym momencie na plan pierwszy wychodzą opisy emocji, jakie odczuwa bohaterka i inne postacie. Pełno w nich nostalgii, niepewności, ale też dumy i łagodności. Z takich właśnie opisów składa się większa część obecnie opublikowanych rozdziałów fanfika. Nie brakuje również opisów działania magicznej energii. Są one ładne i zgrabne, a ponieważ to właśnie one zajmują sporą część tekstu zgaduję, że nie są one dodatkiem, lecz właśnie celowo na nich opiera się fanfik. Mam jednak wrażenie, że autor nadużywa słów „miękko”, „łagodnie” etc. Czasami też tworzy dziwne związki frazeologiczne: „Zapach porannego światła”. Nie mam pojęcia, co to może być. Poza tym tekst jest sformatowany schludnie z wyjątkiem pierwszego rozdziału, gdzie dialogi są po prostu podzielone w dziwny sposób i jakby każde zdanie tworzy tam osobny akapit, to nie mam tutaj większych zastrzeżeń. W tej chwili nie można napisać o „Powrót Sunset Shimmer” zbyt wiele, zapowiada się dobrze, a przyłożenie olbrzymiej wagi do opisów emocji, a nawet fizycznych odczuć jest niezbyt często spotykanym zabiegiem. Autor musi jednak uważać, żeby nie zdominowały one całkowicie jego dzieła, bo może to znacząco obniżyć jego przystępność. Sądzę jednak, że na razie jest to dobry debiut.
  7. Fanfik „W mrok” bardzo mnie zainteresował. Tak bardzo, że nie mam żalu di autora o popełnione przez niego błędy. Żałuję tylko, że nie poprowadził historii dalej. „W mrok” sprawia wrażenie napisanego przez bardziej doświadczonego autora. Warto wspomnieć, że już Prolog mnie zaintrygował, co nieczęsto się zdarza. W idealnych proporcjach miesza on tajemnicę i nakreślił sylwetkę głównego bohatera, króla o niezbyt kucykowym imieniu Mark. Autor niezwykle treściwie opisuje relacje, jakie łączą go z rodziną i polityczną sytuację w państwie, a przecież ma na to zaledwie kilka stron. O dziwo, pomimo dużej ilości informacji, nie prowadzi to do chaosu. Rodzi natomiast pytania, które autor wywołuje celowo, a nie poprzez braki w warsztacie. Rozdział I jest pełny wydarzeń, wprowadza dużo postaci. Przedstawia on bieżącą sytuację w państwie, nakreśla sylwetki bohaterów i bardzo miło jest mi napisać, że autor nie leje przysłowiowej wody. Wydarzenia, czy dialogi mają wypełnić swoją funkcję, a nie po prostu zapełniać strony. Autor szanuje czas czytelnika i nie udziela mu zbyt dużo informacji, które musi przemyśleć ani zbyt mało, które powodują uczucie istnienia „dziur fabularnych”. Nie ma tutaj miejsca na trwające naście stron ekspozycje, opisy praw, jakie rządzą światem, próżne próby pogodzenia lore MLP:FiM z uniwersum fanfika. Autor opisuje świat szybko, ale treściwie, szczegółowo, ale wybiórczo, nie zalewa czytelnika „lore”. Jeśli jakaś informacja jest potrzebna będzie podana, jeśli nie to nie. Jeśli chodzi o inspirację, to warto chyba wskazać serię gier „Postal”, na co naprowadziła mnie ta wypowiedź jednej z bohaterek: Moim zdaniem historia zdradza, że dla autora nie jest to pierwsze podejście do pisania. Nie mogę zatem zrozumieć dużej liczby błędów interpunkcyjnych, ortograficznych czy literówek. Niektóre z nich są bardzo rażące: Jest to poziom tylko nieco lepszy niż „Nekromanta z Ponyville”. Pomijam tutaj, że wspomniana abominacja nie potrafiła połączyć dwóch akapitów w logiczną całość z czym “W mrok” nie ma problemu. Odnoszę wrażenie, że gdyby tekst poddać korekcie, nawet najprostszej, komputerowej, odbiór tekstu bardzo by się poprawił. Mam jeszcze jeden zarzut, chociaż jest on bardzo subiektywny. Akcja “W mrok” dzieje się w czasach poprzedzających zesłanie Luny na księżyc i jak sądzę przedstawia wydarzenia prowadzące do zniknięcie Kryształowego Imperium. Tymczasem w ogóle nie czuję, że są to czasy wcześniejsze. Brzmią bowiem bardzo współcześnie, wręcz XX wiecznie. Jak należy rozumieć zwrot przestarzała armia w średniowieczu? A co ma wspólnego przyspieszony kurs podstawowy z wyszkoleniem w średniowieczu? Oczywiście rozumiem, co autor na myśli, ale można by użyć innych argumentów. Najlepszym byłby chyba brak doświadczenia bojowego. Jaki bowiem sens ma przyspieszony kurs podstawowy w czasach, gdy nie prowadzi się intensywnych walk co powoduje duże straty. Po prostu jest to termin zaczerpnięty z naszych czasów i nawet nie mam na myśli, że nie było w średniowieczu przyspieszonego szkolenia. Było, ale wątpliwe by musiała korzystać z niego szlachta, która zapewne byłaby pozbawiona doświadczenia, ale brak umiejętności zawdzięczałaby własnemu lenistwu zrodzonemu z przekonania o własnej wyższości, a nie skróconemu szkoleniu. Szlachta szkoliła się do wojny od dziecka. Kiedy szlachta przestała walczyć w bezpośrednich starciach i poczęła pełnić funkcję oficerów także przygotowywała się do tej roli od dziecka. Nawet szlachecka gołota Rzeczypospolitej Obojga Narodów mogła być niewykształcona, ale szablą musiała umieć się bić. Dlatego rozumiem co autor miał na myśli, ale argumentację w tym wypadku uważam za niepotrzebnie uwspółcześnioną i przez to nietrafioną. Podejrzewam, że autor czerpał z prozy Andrzeja Sapkowskiego, gdzie akcja jest osadzona co prawda w „średniowieczu”, ale organizacja armii Nilfgaardu przypomina bardziej II Wojnę Światową (Grupa operacyjna etc.). Świadczy o tym ten fragment: Przypomina mi to fragment opisu wojny na Ukrainie, a nie średniowiecznej batalii, ale na szczęście fabuła była dla mnie na tyle zajmująca, że nie zwracałem na takie głupotki przesadnej uwagi. Owszem, przeszkadzały mi, ale po uwzględnieniu, że jest to fantasy i nie jest to nasze średniowiecze mogłem nad tym przejść do porządku dziennego. Chciałbym napisać, że polecam „W mrok”, ale jest to zaledwie ciekawostka. Mocno niedokończona ciekawostka. Być może liczba wątków uczyniłaby tekst nieprzystępnym w miarę upływu czasu, jednak był tutaj niewątpliwie potencjał na coś dobrego. Gdyby zapewnić tekstowi porządną korektę mógłbym nawet głosować na nadanie mu statusu „epic”.
  8. Sweetie Bot to jeden z najstarszych memów fandomu MLP:FiM. Wziął się on, stąd, że w jednym z odcinków aktorka dubbingująca Sweetie Bell nie mogła podłożyć jej głosu, więc skorzystano z syntezatora mowy. Nie dało się tego ukryć, gdyż efekt końcowy był sztuczny. Stąd zrodził się Sweetie Bot, który następnie otrzymał swoją animację (niejedną) a nawet serię piosenek „Destabilise” od Prince Whatever. Sam też uważam Sweetie Bota za ciekawą koncepcję i dlatego z zainteresowaniem sięgnąłem po fanfika o takim właśnie tytule. Niestety co jednak było do przewidzenia, „Sweetie Bot” jest fanfikie słabym. Jest jedna prosta przyczyna dla tego stanu rzeczy. „Sweetie Bot” jest całkowicie nielogicznym fanfikiem. Można by go wręcz uznać za fanfik komediowy, gdyby nie tag Tragedia. Moim zdaniem ten fanfik nie nadaje się nawet na tragikomedię. Odnoszę nawet wrażenie, że powstał on tylko po to aby zawrzeć tę właśnie scenę: Niedawno Rarity odkryła, że jej siostra stała się robotem. Nie będę wnikał, skąd w magicznym i prawie pozbawionym urządzeń mechanicznych świecie wie ona, co to jest robot. Raczej nie jest to jednak konstrukt, jak patykowilki. Skoro potrzebuje oleju oznacza to, że jest najprawdziwszą maszyną. Rarity co rusz zmienia nastawienie: jest zaniepokojona, smutna, zdziwiona tym, co się stało z jej siostrą. Potem, jak widać, traktuje ją z lekceważeniem, wręcz wykpiwa. Gdzie tu jest logika? Dlaczego nie próbuje udać się do Twilight, żeby rozwiązać problem? Nie rozumiem, jaka jest motywacja postaci w tym fanfiku. Co strażnicy wiedzą o robotach, że mają je wykańczać? Roboty są najwyraźniej niebezpieczne, ale Rarity nic z tym nie próbuje zrobić? Czy robotyzacja kucyka to stan przejściowy? Odwracalny? Najwyraźniej jednak Rarity przedkłada pracę nad siostrę, gdyż: Zauważmy, że problemem jest, że straż zabierze jej siostrę, nie, że jej siostra jest robotem, w dodatku uzbrojonym. Po prostu jakakolwiek logika zachowania postaci tutaj nie istnieje. Rarity również nie powie Sweetie Botowi, że musi się ukrywać, bo ją zabierze straż (co jest osobnym, wyżej omawianym problemem). Wszystkie problemy, na jakie natrafią bohaterowie popychają ich ku „rozwiązaniom”, które nimi nie są, są tylko półśrodkami. Nie próbują sobie oni odpowiedzieć na pytanie jak zaradzić sytuacji, przechodząc nad nią do porządku dziennego, gdzie problem nie jest problemem dopóki nie dowie się o nim ktoś spoza kręgu wtajemniczonych. W efekcie bohaterowie wracają do codziennej rutyny. Dla Rarity jest to praca. Być może jest to próba radzenia sobie z problemem, a dokładnie ze stresem, który ten rodzi. Niestety autorka całkowicie pomija przyczyny takiego zachowania, motywację bohaterów by nie robić nic poza tym, że „straż skończy, ze Sweetie Botem” co biorąc pod uwagę jej uzbrojenie jest nawet logiczne. Język, jakim napisano fanfik jest bardzo prosty. Wręcz na granicy prymitywności. Czasami jednak zdarzy się jakieś słowo bardziej „zaawansowane” np. sarkazm, gleba. Nie potrafię wyjaśnić tych zmian, podobnie jak to, że obok słowa łóżko użyto słowa „łóźko” i nie jest to literówka, bo powtórzono to trzy razy. Moim zdaniem fanfik powinien raczej pozostać na dysku twardym autorki i być najpierw przedstawiony osobom zaufanym. Poziom „Nekromanty z Ponyville” jest bowiem niebezpiecznie blisko.
  9. Fanfik „Księżniczka Luna i król Sombra” przypomina mi nieco streszczenie. Pisząc bardziej konkretnie, przypomina mi streszczenie pisane w wielkim pośpiechu. Czasem piszący fanfika musi dokonywać skrótów. Dzieje się tak, zwłaszcza podczas konkursów i rzadko kiedy wychodzi fanfikowi na dobre. Pisząc bardziej konkretnie, nie pamiętam przypadku, gdy krótsza wersja fanfika była lepsza od dłuższej. Fanfik „Księżniczka Luna i król Sombra” jest alternatywną historią dotyczącą upadku (?) jednego z czołowych złoczyńców Equestrii. Akcja dzieje się po piątym sezonie, o czym świadczy fakt, że Twilight Sparkle jest już księżniczką, a co ważniejsze Flurry Heart już przyszła na świat. Tym razem jednak to nie ona wszystko zniszczyła. Nie, tym razem do katastrofy przyczynił się Sombra, który powrócił. Pisząc bardziej konkretnie zmienił on rodzinę brata Twilight i jego samego w kryształowe posągi. Twilight oczywiście została wezwana do Canterlot, gdzie mogła poznać historię… miłości księżniczki Luny i króla Sombry. Była to najkrótsza historia miłosna, jaką, kiedykolwiek przeczytałem, a jej koniec był jeszcze bardziej gwałtowny: Swoją drogą, to Equestria jest tym dziwnym państwem, gdzie księżniczka może być suwerenem króla. W istocie Celestia ochroniła siostrę przed mezaliansem, który byłby zasadniczo dla niej bardziej korzystny, wszak, jak nauczył nas „Shrek”, aby książę mógł stać się królem wystarczy poślubić królewnę. Autorka miała spore pole do popisu, ale nie raczyła się rozpisać. Ten zarzut dotyczy zresztą wszystkiego w tym fanfiku. Przedstawienia sytuacji ogólnej: „Psychologii” postaci: „Scen batalistycznych”: Dramatycznych wyborów: Może jednak powinienem wyrazić się bardziej konkretnie. Może dobrze, że fanfik jest taki krótki, bo autorka ma tendencję do wprowadzania nowych pomysłów do świata, o których nigdy wcześniej nie wspomniała. Bo co to za poświęcenie dla Luny, że przez jakiś czas będzie jednorożcem bez znaczka, nie będzie księżniczką, skoro była księżycowym demonem przez tysiąc lat? Zestarzeje się? Straci urodę? Nic z tych rzeczy. Wróci do bycia księżniczką i do swoich obowiązków. Cały wątek romansu Luny i Sombry jest napisany po prostu bez pomysłu i polotu. Nawet nie mogę tego nazwać „chałturą”, bo mam do czynienia raczej ze szkicem takowej. Będąc konkretnym, uważam że fanfik „Księżniczka Luna i król Sombra” powinien pozostać w tym kształcie na dysku twardym autorki, a nie być publikowanym. Widać, że jest to zapewne jeden z pierwszych tekstów, a te bywają bardzo wadliwe. Fanfik nie jest napisany wybitnie niechlujnie tylko „od niechcenia” względnie „na odwal się” co jak sądzę, wcale nie było intencją autorki. Na okoliczność łagodzącą nie mogę zaliczyć okoliczności, że tekst powstał w 2017 r. a więc nie w czasach fandomu łupanego. Wtedy poprzeczka była postawiona już naprawdę wysoko. Gdyby fanfika zamieszczono na forum w 2013, czy nawet 2014 nie byłoby aż tak źle, wszak do poziomu „Nekromanty z Ponyville” jeszcze „Księżniczce Lunie i królowi Sombrze” nieskończenie daleko. Czy polecam? Pisząc bardziej konkretnie, polecałbym napisać tego fanfika od nowa.
  10. Czasami zastanawiam się, czy poziom literacki działu My Little Necronomicon jest niższy niż działu ogólne Opowiadań wszystkich bronies, czy po prostu z racji na mniejszą liczbę fanfików, złe pozycje, ujmując to delikatnie, bardziej rzucają się w oczy? Być może ma to, co wspólnego z psychologią autorów publikujących fanfiki w obu działach? Przecież „Babeczki” także były totalnym badziewiem, a przecież stały się wzorem do naśladowania. Może ktoś, kierowany wyrzutem sumienia, że lubi kolorowe koniki, stwierdził, że jeśli zamorduje je na tysiąc sposobów jakoś zmaże swoje poczucie winy? Może ktoś znalazł w jego zeszycie szkolnym naklejkę z Rainbow Dash? Może to sprawiło, że chłopak postanowił zmazać swoją hańbę, że ogląda „My Little Pony: Friendship is Magic”, a nie anime? I co wymyślił? Wymyślił, że nikt nie powie „jesteś dzieciuch, a masz już przecież 12 lat!”, jeśli do swojego hobby doda trupy, polityczne spiski, kaliber amunicji, jakiej używają bohaterowie, języki obce, a wszystko to uczyni crossoverem z serią „Half Life”. I być może tak właśnie myślał autor fanfika „Upadek Słońca”. Mniejsza o to, że nie znalazłem w tekście wyjaśnienia, dlaczego fanfik nosi taki, a nie inny tytuł. Ale sens fabuły można streścić krótko: ludzie niszczyli Equestrię, a teraz Equestria przyszła zniszczyć ludzi. Tylko doktor Maksymilian Wasyriusz może uchronić oba światy przed nieuchronną konfrontacją. Co prawda jeszcze nie wie, że będzie musiał tego dokonać, a w ogóle został najęty przez niejakiego Celsjusza w zupełnie innym celu. Gorzej, że Celsjusz pracuje dla Kombinatu. Nie, Celsjusz nie pracuje dla kombinatu w dzielnicy Nowa Huta w Krakowie. Chodzi o totalitarną miedzy wymiarowa organizację, która w serii Half Life opanowała Ziemię i zniewoliła ludzkość. Nie znam dobrze lore serii o przygodach doktor Freemana, ale zastanawia mnie czy te odniesienia w fanfiku mają jakiekolwiek znaczenie poza słowami i znajomymi postaciami na grafikach? Tak, autor posługuje się grafikami 3D, bo fanfik w ogóle nie posiada opisów, jak ktoś wygląda. Zastanawiam się, czy gdyby autor opisywał wygląd miejsc lub postaci to nie straciłby mniej czasu niż na robieniu grafik komputerowych. Co prawda są to grafiki w stylu SFM, które tak kocha nasz fandom, ale mimo wszystko trudno je nazwać pięknymi. Jednak grafiki są najmniejszym problemem „Upadku Słońca”. Największym problemem jest chaotycznie poprowadzona fabuła. Maksymilian Wasyriusz (którego przedstawia model Wallacea Breena) podróżuje pomiędzy USA, Portugalią i Włochami, odbywa rozmowy, dowiaduje się jakichś rzeczy itd. W moim umyśle nie ułożyła się logicznie określona ścieżka prowadząca od jednego wydarzenia do drugiego. Ktoś mu każe gdzieś pojechać, Wasyriusz pojedzie, kogoś spotka, to z nim porozmawia etc. Ogólnie wiadomo o nim tylko tyle, że pracował nad lekarstwem na raka i że jest skończonym idiotą. Weźmy taki przykład: Generalnie doktor wie, kiedy ktoś go oszukuje, a kiedy nie. Gdy widzi gadającego fioletowego konia w czapce i pelerynie wie, że ten mówi prawdę. Wspominając jeszcze o nawiązania do Half Life, rzucił mi się w oczy „Barney”. Barney to określenie wszystkich agentów ochrony w Black Mesa w pierwszej części Half Life. Słyną z tego, że są praktycznie bezużyteczni dla Gordona Freemana, bohatera tej gry i masowo giną. Doceniam jednak ten hermetyczny dowcip autora. Szkoda tylko, że akcja fanfika nie ma nic wspólnego z wydarzeniami z Black Mesa. Nie mogę jednak wykluczyć, że gdyby powstały kolejne części ten związek bardziej by się unaocznił. Żeby uczynić swój tekst bardziej „poważnym” autor, gdy wspomina o broni dodaje kaliber amunicji np. pistolet kalibru. 45 ACP. Gorzej, że autor, żeby pokazać, że akcja dzieje się na całym świecie używa języków obcych, których nie rozumie. Nie mogę bowiem wyjaśnić inaczej tego błędu: Tak, to są dane wywiadu. A raczej dane uzyskane z wywiadu, z czymś o nazwie Siergiejew Posad. Wywiad w znaczeniu działalności wywiadowczej, a nie dziennikarskiej to разведка (razviedka) i gdy autor sili się na używanie nazw np. włoscy karabinierzy to mógłby zajrzeć na Wikipedię i znalazłby tam rosyjską służbę wywiadowczą o nazwie Słuzhba Vnieszniej Razviedki. Tego, co się mówi w „Upadku Słońca” w języku włoskim i portugalskim niestety już sprawdzić nie mogę. Moim zdaniem ewidentnie są to jednak tłumaczenia google translatora, który 13 lat temu był bardzo kiepskim narzędziem. Wspomnieliśmy o tłumaczeniu i o nazwach organizacji. Nie wiem, jakim cudem uzyskał takie oto tłumaczenie: Po czymś takim odnoszę wrażenie, że autor nie mieszka w Polsce i po prostu używa kalek z języka angielskiego, ale nawet tam „revolutionist” jest rzeczownikiem, a nie przymiotnikiem. Jakim sposobem przełożył słowo o znaczeniu „rewolucjonista” na „rewolucjonistyczna” pozostaje dla mnie tajemnicą. Skoro już powiedzieliśmy o językach obcych, to warto też wspomnieć, że nawet język polski sprawia autorowi problemy: Podsumowując, „Upadek Słońca” to fanfik prawdopodobnie niedokończony i należy do tych „dzieł”, które z racji na mnóstwo błędów powinny nie opuszczać dysku twardego komputera autora. Nawet po korekcie jest to fanfik napisany tak pośpiesznie, że wydawałby się on bardzo naiwny. Językowa strona jest bardzo zła i podejrzewam, że nie tylko jest to pierwszy (lub jeden z pierwszych) fanfik autora, ale że autor być może wychowuje się w środowisku niepolskojęzycznym. Nie polecam.
  11. „Pinkie i Chaos” to fanfik, który został napisany w 2012 r. i, prawdę mówiąc, nawet gdyby data jego powstania nie była podana to można by się jej domyślać. Problemów z tym fanfikiem jest tyle, że można by zapewne napisać dłuższy komentarz niż jest słów w tekście. Zacznijmy może nie od błędów w pisowni tylko od czegoś mniej oczywistego. Czy autor w ogóle zna uniwersum WarHammera 40000? Bo ja sądzę, że zna go dość powierzchownie. Odpowiedzmy sobie na pytanie, kim jest bohater opowieści? Czempion Khorne’a, boga rzezi zasiadającego na tronie z czaszek. Później dowiadujemy się jeszcze czegoś: Jest on Kosmicznym Marine Chaosu. Kosmiczni Marine Chaosu wyznający Khorne’a noszą bardzo specyficzne pancerze, więc aby ukryć swoją zbroję musiałby dosłownie otulić się płótnem w całości inaczej wydałby swoją tożsamość bardzo, ale to bardzo wcześnie. Kosmiczny Marine Chaosu został opętany. Mam zastrzeżenie do tego terminu, gdyż opętani Kosmiczni Marine Chaosu to bestie, które w niczym nie są podobne do człowieka. Opętanie jest najwyższą nagrodą, jaką może dostąpić Kosmiczny Marine Chaosu. Sądzę zatem, że mógł on być członkiem legion World Eaters jeszcze sprzed czasów Herezji Horusa. A trzeba wam, szanowni czytelnicy wiedzieć, że World Eaters jeszcze przed Herezją byli kimś, do kogo opis: Nie pasuje zupełnie. Członkowie legionu już wcześniej mieli poważne problemy z kontrolowaniem napadów gniewu. A jeśli był to inny, powstały później zakon, który zdradził Imperatora i przeszedł na stronę mrocznych potęg? Cóż, muszę coś napisać o Warhammerze 40 000 i ludziach, którzy tworzą społeczność graczy. Łączy ich jedno… mają obsesję na punkcie „lore”. Każda zmiana w „lore” wprowadzona przez Games Workshop jest natychmiast wyłapywana i poddawana surowej (na ogół) krytyce. Zakon Kosmicznych Marines, które przeszły na stronę Khorne’a trochę było, nie jestem w tym znawcą, ale fan Warhammera 40 000 zapełniłby tę lukę. Nie wiem, co by pomyśleli ludzie, gdyby zobaczyli kucyki w tym uniwersum. Wydaje mi się, że Verlax w swoim crossoverze MLP:FiM i Duchów Gaunta próbował rozwikłać ten problem, czyniąc z kucyków kogoś w rodzaju Ab humans, ale także nie mam pewności. Ja sam nie jestem pewien, być może fakt, że kucyki były obok Kosmicznego Marine sprawił, że gwardziści nie uznali je za mutantów, których należy eksterminować? Podejrzewam, że autor nie przemyślał tego problemu. Mógłbym tak pewnie jeszcze przez chwilę kontynuować. Mógłbym też wspomnieć, że zakon, na który powołuje się bohater fanfika nosi nazwę „Ultramarines”, a nie „UltraMarines”. Ogólnie jednak nie mogę napisać, że autor pisze ewidentne bzdury. Jednak zdecydowanie „lore” nie jest jego mocną stroną. A fabularnie? Fabularne ten fanfik jest pozbawiony sensu. Bohaterowie mają jakieś dziwne zmiany nastroju i raz Pinkie Pie jest szczęśliwa, a raz staje się żądną krwi Pinkameną. Podejrzewam też, że po postrzale Fluttershy z pistoletu, nic by z kopyta nie zostało. Będąc wierny duchowi świata autor powinien napisać krwawy opis o rozrywanych kościach nogi (bolt pistol) lub o smrodzie palonych kości (pistolet laserowy) a nie serwować czytelnikowi taki oto opis: Rozumiem zatem, że bywają też dobre rany? Rana po tracheotomii ratującej życie zapewne jest dobra, prawda? Bardziej mi to jednak przypomina piosenkę w wykonaniu Shazzy „Małe pieski dwa”: A może po prostu przemawia przez niego czempion Khorne’a? Z ran wylewa się przecież krew, którą tak przecież lubi Khorne. Nie szedłbym aż tak daleko w szukaniu nawiązań. A potem? A potem jest jeszcze lepiej. Przylatuje Celestia z zakonem Ultrmarines? Spoko Główny bohater zamordował żołnierzy Imperium na rozkaz Pinkie Pie na oczach innych kucyków i żaden z nich o tym nie wspomina? A może wspomniały, ale na planecie Lunoa IV pojawiła się nie Fluttershy, ale np. Murdershy? Nie Rarity, ale Lil Miss Rarity? Nie Applejack, ale np. jej zła siostra bliźniaczka? A Celestia może jest tak naprawdę Molestią? Widzicie, jedno niedomówienie, a tyle możliwości! Wiecie, popełniłem błąd powyżej. Nie widzę możliwości, żeby Kosmiczni Marines wybaczyli zdrajcy, nieważne, co by zrobił później. Ktoś, kto ma możliwość prowadzenia bombardowań orbitalnych, aby móc wypalić planetę do poziomu skał, nie będzie zwracał uwagi na takie „detale”. Ale ostatnie zdania przeprowadziły „exterminatus” mojego mózgu. Pewnie został tym ogierem, który został Trixie. Podejrzewam, że Imperium mogłoby to uczynić dlatego, że małe stworki wydają się mniejszym zagrożeniem niż TyranIdzi, czy Orkowie. Tylko jak wykazuje ten fanfik wcale nie jest to takie oczywiste. Poza tym poziom literacki jest tylko nieco lepszy niż „Nekromanty z Ponyville”, czcionka jest wszędzie pogrubiona, tekst niewyjustowany do obu krawędzi. Akapity… jakie znowu akapity? Jednym słowem to po prostu „dno”. Nie polecam tego fanfika nikomu, najmniej fanom WarHammera 40 000.
  12. Deklinacja to trudna sztuka, jak udowadnia nam już drugie zdanie pierwszego akapitu: Ale poza tym „Kucykucja” jest utworem, który mi się nawet spodobał, chociaż nie jestem pewien czemu. Akcja fanfika rozgrywa się, w momencie gdy ludzie lub jak nazywają ich kucyki „Człoviehi”, zostali dopiero co odkryci w Equestrii oraz po upływie dziesiątek lat, gdy kucyki są albo ich zwierzętami domowymi, albo żyją na wolności w nędznych warunkach, zagrożone nie tylko przez ludzi, ale też las Ever free, który rozrósł się po całej Equestrii. Bohaterką drugiej, o wiele dłuższej części fanfika, jest Scootaloo. Autor, jednak przesunął dzień jej narodzin na wiele lat wprzód. Uczynił tak z powodów fabularnych, chociaż miłość Twilight do książek o Dzielnej Do, znana od drugiego sezonu także tutaj się przejawia. Czemu autor tak postąpił? Odpowiedź na to pytanie, brzmi zapewne, że chciał uczynić bohaterką serii kogoś, do kogo widz serialu, a zatem i czytelnik fanfika jest przywiązany, a przynajmniej powinien być. Przejrzystość historii nieco pogarsza fakt, że pomiędzy wydarzeniami autor zamieszcza fragmenty jakiejś retrospekcji. To co zwraca na siebie uwagę to przede wszystkim prostota języka, niewynikająca jak sądzę z zamierzeń autora, ale z jego młodego wieku lub też braku doświadczenia w pisaniu. Drugim są błędy, bardzo oczywiste dodajmy: Tęsknię za czasami, gdy taki błąd był po prostu błędem, a nie „dywersją ideologiczną”. Czasami nie pisze też poprawnie związków wyrazowych: Czasami to po prostu bełkot: Tak, w fanfiku jest postać, która mówi w nieskładny sposób, ale powyższe należy do Scootaloo, która wysławia się na ogół zupełnie jasno. Tak czy inaczej, prostocie by nie powiedzieć prymitywności strony formalnej towarzyszy prosta, lecz nie prymitywna fabuła. Warto jednak nadmienić, że gdyby nie to, że jest to fanfik, a więc praca oparta na cudzej twórczości, w ogóle by nie było wiadomo kim i są, i do czego dążą postacie. Najlepiej jest opisana oczywiście Scootaloo, która przeżywa kryzys tożsamości. Oczywiście przeżywa go, jak to ująłem wcześniej w astronomicznym skrócie, bo wpierw jest przeciwko żyjącym na wolności kucykom i chce powrotu do swoich „mistrzów” (bo tak określają zniewolone, acz żyjące w dobrobycie kucyki, ludzi). Wbrew pozorom wybór między wolnością a niewolą nie jest taki oczywisty, gdy się nigdy nie zaznało tej pierwszej. Scootaloo urodziła się jako zwierzątko domowe i nie zna innego życia. Z kolei wolne kucyki pamiętają czasy, gdy były zupełnie samodzielne i nie potrzebowały niczyjej pomocy. Nawet teraz nie chcą z tego zrezygnować pomimo zagrożeń, jakie niesie konfrontacja z ludźmi oraz fauna i flora lasu Everfree. To co ich trzyma razem to pamięć, że kiedyś było lepiej oraz wiara, że nadejdzie wybraniec, który ich ocali. Wątki wybrańca są często spotykane, ale wątki religijne już nie. Powyższe nie jest zbyt oryginalne (choć i nienadużywane), ale sądzę, że jak na początkującego autora nie wypada to źle. Fabuła byłaby z pewnością dużo bardziej interesująca, gdyby utwór był dłuższy, pozwalał bohaterom dać więcej czasu na rozwój życiowy i emocjonalny. Niestety astronomiczne skróty powodują, że wszystko to przypomina mi pracę pisaną na konkurs, która musi powstać w określonym (zapewne zbyt krótkim) czasie i z ograniczoną liczbą słów. Sądzę, że gdyby „Kucykucja” została rozbudowana mógłby wyjść z niej całkiem interesujący fanfik. Nie rewelacyjny, nieodkrywający nowe rozdziały w historii fandomu, ale zupełnie niezły. Widać, że dla autora była to wprawka w pisaniu, ale już zwykła korekta mogłaby pomóc, gdyż nie jest to fanfik zupełnie zepsuty, gdzie fabularnie nic nie trzyma się kupy, nawet jeśli zakończenie podpada pod rozwiązanie „deus ex machina”. Czy polecam? O ile nie jesteś badaczem epoki fandomu łupanego to raczej nie ma tutaj, czego szukać. Jest to jednak idealny fanfik na konkursy, gdzie zdobywa się punkty poprzez komentowanie cudzej twórczości.
  13. Tęskniłem za taki fanfikami jak „Apocalypto”. Nie dlatego, że jest on taki dobry, ostatnio czytam dużo dobrych fanfików, ale po takiej lekturze nie pisze mi się aż tak lekko, łatwo i przyjemnie komentarzy. Lepsze są fanfiki umiarkowanie „niedorobione”, wtedy można dywagować. Nic, jednak nie dorówna pozycjom złym, spartolonym jak np. „Nekromanta z Ponyville”. „Apocalypto” zdaje mi się nieco przypominać tę pozycję. Tę oraz jeszcze jedną. Zaczęło się od wielkiego wybuchu i… nie, tak naprawdę zaczęło się od tego, że Twilight ukradła radziecką bombą atomową, która znalazła się w Equestrii. Twilight o niej zapomniała i dopiero gdy Spike wcisnął guzik, powodując odliczanie do eksplozji przypomniała sobie… przepraszam, przecież ona nie wiedziała, co kradnie. Nie mogła sobie zatem przypomnieć o tym, co ma zrobić. Ona wiedziała, że trzeba wiać! Czy szanownemu czytelnikowi powyższe streszczenie początku fabuły wydaje się sensowne? Czy fakt, że Twilight nie wie, co kradnie, nie wie jak to zabezpieczyć, ale wie, że to coś eksploduje z wielką mocą i że trzeba wiać ma sens? Nie ma. Fanfik posiada jakiś dziwny feler, nie tylko dlatego, że rozdziały są przeważnie na pół strony A4. Nie chodzi nawet o takie zdania: Albo takie: Chodzi o to, że coś się dzieje, nie wiadomo, dlaczego coś się dzieje… jak np. w tym fragmencie… Nie ma sensu przytaczać fragmentów, skoro można cały rozdział: We wcześniejszym rozdziale… może go przytoczę w całości: A zatem w przytoczonym rozdziale ciała kucyków, zaczynają się rozkładać i wydaje się, że wszyscy zginęli. Nie wiadomo, dlaczego Luna przeżyła, ale Celestia zginęła. To nie jest zdaniem autora istotne. Zdanie autora istotne jest natomiast to, że: Podsumowując: Celestia przewidziała, że Twilight ukradnie bombę atomową, że Spike ją odpali, że kucyki zmienią się w zombi, że ona przeżyje wybuch i utworzy z nich armię. Ba, przewidziała nawet, że wybuch przeżyje ktoś, przed kim będzie musiała udawać martwą. Już wyjaśniam, jaki jest problem tego fanfika. „Apocalypto”, cały czas zalewa nas informacjami, które są wzajemnie sprzeczne, ale na szczęście jest ktoś, kto wszystko wie, wszystko rozumie, chwyta w lot etc. Nie wiadomo, dlaczego tak jest, po prostu jest. Przypomina mi to narrację „Broken Bonds: Zerwane więzi”. Tylko w przypadku tamtego fanfika „wyłączyłem się” na kolejne „rewelacje” od autora chyba w 17 rozdziale, a tutaj zajęło mi to znacznie mniej czasu. Zasada opowiadania historii jest zasadniczo identyczna, gdyż prawie całą wiedzę o świecie pozyskujemy z dialogów, które wzajemnie sobie zaprzeczają. Tą osobą jest generał. Obnaża on naiwność bohaterów takimi oto dialogami: Czyja oficjalna wersja? Ludzi? Po co ją ukrywali przed kucykami? Czy to oficjalna wersja kucyków? Czemu nie po prostu wersja kucyków, bo innej znać nie mogły? Jest to fanfik tak spartolony, że autor najwyraźniej zapomniał w kolejnych rozdziałach co napisał wcześniej. Biorąc pod uwagę ich długość jest to niewątpliwie trudny do powtórzenia wyczyn. Bohaterowie zostali uratowani przed kucykowymi zombie (po wybuchu radzieckiej atomówki powstają z kucyków zombie, czego nie rozumiecie?), przez wspomnianego wyżej generała. Bohaterowie znajdują schronienie w zbrojowni: Bohaterowie, mając tyle broni postanawiają się uzbroić, żeby bronić się przez zombie: Gdy zachodzi potrzeba nikt, jednak nie ma broni, chociaż Luna i Twiligt są posługują się magią, więc zapewne byłyby w stanie się ludzką bronią posługiwać: No więc, gdzie zniknęła broń generała? A czy nie jesteś przypadkiem czytelniku nazbyt ciekawy? Podsumowując, „Apocalypto” to fanfik poprowadzony w beznadziejny sposób, pełen wewnętrznych sprzeczności i informacji o świecie wprowadzanych „na wiarę”, bez troski, czy czytelnik sobie te informacje jakoś poukłada. To co udało się autorowi dokonać na tak małej liczbie stron powinno przejść do księgi rekordów i postawić go w jednym rzędzie z „Nekromantą z Ponyville”. Powinno postawić, ale to nie możliwe, gdyż autor „Apocalypto” przynajmniej zadbał o formalne minimum i umieścił tekst w google docs. Polecam, ale tylko dla przysłowiowej „beki”.
  14. Wydaje mi się, że pierwotna wersja zakończenia byłaby o tyle lepsza, przynajmniej w moim odczuciu, że Zipp wykonała by swoją pracę i to by pokazało, że jest istotną postacią dla fabuły, a to, że by później winny został aresztowany albo nawet zamordowany na rozkaz pewnego kucyka, nadałoby temu może nawet bardziej tragiczny wyraz. Zipp ma teoretycznie mocne powiązania ale świat w którym żyje i tak może mieć ją za nim, nawet pomimo tego. Że rodzina jest ważna, ale władza i utrzymanie miejsca w systemie są jeszcze ważniejsze.
  15. Poprawiona wersja fanfika biorącego udział w Pierwszym Retro Konkursie Literackim. Jest to parodia słynnej audycji „The War of the Worlds” z 1938 r. Nie jest to co prawda zbyt udane Fan Fiction ale pisało mi się je bardzo przyjemnie. Moon Attack!
  16. Po „Ostrzu miłości” nie oczekiwałem wiele, a gdy zobaczyłem dziwne formatowanie, w którym czcionka ma rozmiar 14, opisy są pogrubione, a dialogi z kolei niewytłuszczone, miałem wrażenie, że pisał to całkowicie początkujący autor (w tym wypadku autorzy). Jednak po przeczytaniu całości moje zdanie o nim było nieco wyższe niż po pierwszym zetknięciu z nim. Fanfik „Ostrze miłości” jest krótki i treściwy. Właściwie jest nawet za krótki. Wynikły z krótkości tekstu pośpiech, czyni go miejscami niewiarygodnym, względnie pełnym niedopowiedzeń. Co stanowi zagrożenie dla latających kucyków? Gryf? Okazuje się, że poza nimi są jeszcze… (werble) wilki! Nie, wilki nie latają, ale zawsze zachodzi okoliczność, która sprawia, że stanowią dla latającego kucyka zagrożenie. Te bowiem zawsze z jakiegoś powodu latają nazbyt nisko albo wilki zyskują nieoczekiwane przewagi np. zdolność chodzenia po drzewie. „Najciekawszy” jest przypadek, gdy miłość głównego bohatera zebrała tyle jabłek do juków, że nie może się unieść w powietrze. Tak po prostu. Nie wiem, jak klacz miałaby wzbić się nawet w przypadku, gdyby wilki nie nadeszły. Jest to idealny przykład wydarzenia, które jest absurdalne samo w sobie. Jest to tym bardziej zauważalne w sytuacji, gdy tekst, tak jak w tym wypadku, jest naprawdę krótki. To, że bohater dostaje skurczów (dostaje ich zawsze wtedy, gdy jest to konieczne w celu uczynienia go potencjalną ofiarą wilków), nie wyjaśnia, dlaczego lata tak nisko albo czemu chmury, które prawdopodobnie nie sprowadził sam na taką, a nie inną wysokość, są tak nisko, że wilk (który wcześniej nauczył się skakać po drzewie) prawie go chwyta zębami. Oczywiście, te sytuacje same w sobie nie zawsze sprawiają wrażenie naciąganych, ale tyle zbiegów okoliczności (chmury w Equestrii same w sobie raczej nie latały nisko) miast porywać zaczyna drażnić. Na szczęście wilki z czasem znikają. Autorzy, co mnie zaskoczyło w tak krótkim fanfiku, próbują zasygnalizować możliwy bieg wypadków, które czekają parę zakochanych w przyszłości. Nie wiem, tylko czy to dobrze, że to czynią, mając tak mało miejsca, czy też czynią to niepotrzebnie, mając go tak niewiele. Ta uwaga jest tym bardziej zasadna, że duża część fanfika to wydarzenia przypominające zwiastun jakiegoś fanfika erotycznego: Nie piszę, że to coś złego, to nawet miła odmiana po „Dreams Come True II”, gdzie zalotnik głównej bohaterki zwracał na siebie uwagę płakaniem po nocach, sukienką w falbanki i homoseksualnymi doświadczeniami erotycznymi. Fanfik sprawia wrażenie, że jest trochę „retro”, wręcz wydał mi się „oryginalny” po „Dreams Come True II” czy też wysłuchaniu dziesiątek fanfików z kanału Scribbler Productions i The Lost Narrator, gdzie obchody pewnego miesiąca znanego większości ludziom pod nazwą czerwiec trwają cały rok. Pojawiający się w „Ostrzu miłości”, wątek femme fatale, jest już leciwy, ale jakimś sposobem udało się go tutaj „upchnąć” na tyle zręcznie, że nie pogubiłem się w lekturze i końcowy zwrot akcji nie był zupełnym zaskoczeniem. Tutaj wiadomo, kto i za co, kogo kocha. Autorzy nie wybielają żadnej z postaci, są szczerzy. Za nielojalność i zabawę z cudzymi uczuciami płaci się czasami wysoką cenę. Tyle treści, a tak mało zdań, z których ćwierć nawiązuje do pornografii… zwierzęcej. Pewnie, gdyby nie lektura „Days Come True II” (oraz wysłuchaniu dziesiątek fanfików z kanału Scribbler Productions i The Lost Narrator) nie byłbym taki wyrozumiały. Od strony formalnej, jak na początkujących autorów (no kto inny by tak beznadziejnie sformatował tekst?) jest nie najgorzej, chociaż interpunkcja chyba leży i kwiczy, a literówki w tak krótkim tekście zwracają na siebie uwagę. Zdania są w większości bardzo krótkie, używane słownictwo jest proste, ale jak na początek fandomu to „Ostrze miłości” to wypada, choćby na wpół przyzwoicie. Podsumowując, „Ostrze miłości” to nie najgorszy fanfik z wczesnych lat naszego fandomu. Mam wrażenie, że uznałbym go za niższe stany średnie i dopiero korekta i przeformatowanie tekstu mogłaby spowodować poprawę mojej o nim opinii. Nie należy tutaj zbyt wiele myśleć, to nie jest pozycja, która nagradza cierpliwych, ale też nie odstrasza, o ile wymagania nie są zbyt wysokie.
  17. „Dreams Come True II” jest fanfikiem lepiej napisanym od pierwszego „tomu”. Nie jestem jednak pewien, czy jest on lepszym fanfikiem w ogóle. Akcja „Dreams Come True” rozgrywa się ponad tysiąc lat po poprzedniej części i jej bohaterką jest Darkness Logan. Darkness, gdyby ktoś nie pamiętał, jest córką White Snow, alikornicy, będącej przez większą część pierwszego tomu pegazicą, której imienia już nie pamiętam. Będąc w tej postaci, zaszła w ciążę i urodziła jednorożkę. Minęło tysiąc lat i córka (zgubiłem gdzieś po drodze, dlaczego po tysiącu lat nadal nie była dorosła albo w ogóle, czemu nadal żyła) White Snow z jakiegoś powodu trafiła do Canterlotu. A trafiła tam z Tartaru. Tak, tam gdzie siedział wcześniej Tirek, Cosy Glow i parę innych potworów. Cóż takiego zrobiła, że została tam zesłana? Na te i inne pytania spróbuje nam odpowiedzieć „Dreams Come True II”. „Dreams Come True II”, tak jak pierwszy tom jest „okruchami życia”, a w zasadzie jest nimi jeszcze w większym stopniu niż poprzednie opowiadanie autorki. Mnie osobiście przypomina „Kruchość obsydianu” autorstwa Ghattora. Jest to uznawany w fandomie fanfik, który mnie nie porwał. Odnosiłem wrażenie, że brakuje tam zwrotów fabularnych co można osiągnąć, nawet gdy w fanfiku zasadniczo „nic” się nie dzieje. Fanfik Ghatorra miał jednak ważną zaletę. Był nią głęboki kontekst opowiadanej historii. Wszyscy wiemy, kim był Sombra i na samą myśl, że przedstawione zostaną nam losy jego córki, czułem, że chcę go przeczytać. Co prawda „Kruchość obsydianu” to, jak już wspomniałem okruchy życia i miast spisków, czarnej magii etc. otrzymujemy zapisy kolejnych lekcji, jakie pobiera Obsydian, ale mimo wszystko ona sama w sobie jest ciekawą postacią mogącą udźwignąć ten tytuł. Natomiast o Darkness Logan nie wiemy nic, poza tym, że jest córką White Snow, która jest tworem Black Ice i siostrą Happy hours, która jest księżniczką czasu. Ta ostatnia co prawda nie rządzi Equestrią, tylko zajmuje się roślinami czasu w jaskini czasu. Sama Equestria, dzięki Twilight zaczyna przypominać ulotkę wyborczą Prawa i Sprawiedliwości względnie Konfederacji, czy też Konfederacji korony polskiej. W kraju tym panoszą się migranci, a lokalna populacja w osobie Darkness Logan trafia do Tartaru, czyli do więzienia. Za co? Właściwie nie wiadomo. No i znowu, pasuje jak ulał do ulotek wyborczych. Ale Darkness Logan została ułaskawiona i wysłana do Canterlotu, gdzie mają ją… właśnie nie wiadomo co z nią mają zrobić… alikorny (chyba, już nie jestem pewien) będące potokami księżniczek Celestii i Luny. Nie będę tutaj wchodził w szczegóły, bo z tych alikornów (chyba, już nie jestem pewien) na dłuższą metę jest ważny tylko Spectrum. Reszta traci całkowicie na znaczeniu po pierwszych pięćdziesięciu stronach, schodząc na dużo dalszy plan. Zanim jednak do tego dojdzie, w wyniku przebywania Darkness Logan z tymi alikornami (chyba, już nie jestem pewien) doszło do dużej ilości dialogów, których efekty są dla mnie nieoczywiste. Sądzę jednak, że alikorny (chyba, już nie jestem pewien) nie wykonały planu Twilight, bo przeniosła ona Darkness Logan do Ponyville. Tam bohaterka poznała nowe kucyki co ponownie doprowadziło do mnóstwa nowych dialogów. Dialogi, dialogi, dialogi. Jest ich tutaj zatrzęsienie. Wręcz mam wrażenie, że na nich opiera się akcja, że to one posuwają ją do przodu. Tak jakby bohaterowie nic nie mogli zrobić sami, bez rozmowy z kimś innym. Mam wrażenie, że to bardzo rozciąga przecież niezbyt obfitującą w wydarzenia fabułę. Niestety, liczba wprowadzanych naraz nowych postaci (wpierw cztery, a potem sześć), sprawia, że kontekst wydarzeń musi być nieustannie tworzony na nowo. A to odbywa się bardziej przez słowa niż czyny. Te dokonały się w przeszłości, a więc trzeba je wszystkie omówić w teraźniejszości. Może dlatego mam wrażenie, że „Dreams Come True II” przypomina mi jedną wielką sesję terapeutyczną. Nie tylko Darkness Logan, ale też Spectruma, Naturelli czy Black Ice. I mnóstwa dialogów dałoby się uniknąć, gdyby czytelnik wiedział, dlaczego Darkness Logan była w Tartarze. Ale nie, autorka trzyma to w tajemnicy z uporem godnym lepszej sprawy. Jedyny sposób, aby się dowiedzieć o tym, czemu Darkness tam trafiła to nakłonić ją do rozmowy. W efekcie jednak mamy mnóstwo dialogów, bo autorka nie przewidziała dochodzenia do informacji w inny sposób. Odnoszę przez to wrażenie, że „Dreams Come True II” czyta się szybciej i lepiej niż pierwszą część, ale zarazem gorzej, bo jest mniej przejrzysta, wymaga większej koncentracji uwagi. Nie tylko Darkness Logan ma problemy. Spectrum… Jednak widzę w tej deklaracji pewien bardzo istotny problem. Spectrum jest kreowany na miłość Darkness Logan. Nawet śpią… obok siebie. Nie pamiętam, aby ani razu wspomniano w tekście, że para ze sobą spółkowała. Autorka też jakoś nie potrafi go wykreować na „nie homoseksualistę”, obdarzając go szeregiem stereotypowych kobiecych cech: beczy godzinami w nocy oraz… Czy można stworzyć bardziej stereotypowy obraz homoseksualisty? Ale ekscytacja otoczenia falbaniastą sukienką nie kłamie. To się autorce podoba. A fascynacja zjawiskiem określanym jako „woke” nawet nieumiejętnie wyrażona jest tutaj niewątpliwie szczera. Warto wspomnieć, że postacie znane z poprzedniej części fanfika się tutaj przewijają, ale odnoszę wrażenie, że ich celem jest po prostu powiązać obie części „Dreams Come True” ze sobą. Moim zdaniem historia Darkness Logan mogłaby być zupełnie samodzielna. Obecność Black Ice ma uzasadniać, dlaczego White Snow nie była ze swoim dzieckiem, przez co ta miała skopane dzieciństwo. Happy Hours ma jeszcze mniejszą rolę. Czytając „Dreams Come True” czułem, że są to wczesne próby pisarskie. W tekście było sporo naiwności, mieszania gatunków, sposobów narracji, ale czułem, że to coś napisanego od serca, właściwego tylko autorce. Natomiast tutaj tego nie czuję. Mamy opowieść o trudnym dzieciństwie, jakich w sumie jest niemało, narracja wydaje się przegadana, a ogier w kiecce jest wrzucony na siłę. Tak, tekst jest napisany lepiej, ale treść ustępuje poprzednikowi.
  18. Muszę przyznać, że fanfik „Kultura końca” wzbudził we mnie mieszane uczucia, lecz były one tym bardziej im dalej zagłębiałem się w tekst. Zaczął mi on, bowiem coś przypominać. Przyczyny wad też są jednak dla mnie zupełnie jasne, niekoniecznie zawinione przez autora. Fanfik „Kultura końca” był napisany na konkurs. Co cechuje prace konkursowe? Odnoszę wrażenie, że jest to brak kontekstu odnośnie do realiów, w jakim rozgrywa się fanfik. Kontekst wynika ze świata, który w fanfiku nie został opisany, musimy się tylko domyślać, że chodzi (w naszym przypadku) o Equestrię, lecz nie wiemy, czym się różniła od tej z serialu. Że postacie, którymi posługują się autorzy mają cechy tych z wiadomej bajki dla dzieci. To wynika nawet z samej idei fanfika. Ale fanfiki konkursowe mają też inne ograniczenia. Są nimi czas, w którym mają powstać oraz liczbę słów. Ograniczenia czasowe są nawet bardziej odczuwalne, niż się może wydawać. Wszak autor musi jeszcze przemyśleć jak ująć temat, którego zapewne nie miał zamiaru poruszać. Te ograniczenia skutkują tym, że „Kultura końca” wydaje się fanfikiem urwanym, bez początku, za to ze środkiem i zakończeniem, które mi coś przypomina i co mi się bardzo spodobało. Brak początku, gdzie zazwyczaj zarysowany zostaje świat oraz postacie rodzi chaos. W ciągu kilkunastu stron musimy mieć zarysowane postacie, znać ich przeszłość, aby, cokolwiek nas obchodziły i nie były tylko znanymi z imienia randomami. W tym wypadku mamy Mota, który jest kotem, Magnet, która jest podmieńcem (nie ma nic wspólnego ze Stevenem Magnetem) i konstrukt, którego imienia nie pomnę. Niemniej jednak są to postacie zarysowane wyraziście i nadspodziewanie głębokie, jeśli weźmiemy pod uwagę, że na ich nakreślenie autor miał tylko kilkanaście stron. Wydaje się, że mogłyby wręcz stać się bohaterami dłuższego opowiadania, a może nawet serii. Świat, w którym rozgrywa się akcja właściwie nie jest zarysowany poza jednym, tym niezbędnym do poprowadzenia akcji wycinkiem, ale to w zupełności wystarcza, by czytelnik wyrobił sobie wyobrażenie o nim. Przy czym tym światem nie musiałaby być nawet Equestria, zmiennokształtni i gadające koty są rozpowszechnione w literaturze, nie mówiąc o konstruktach. Klimat jest gęsty i tajemniczy, i przypomina mi coś, co mi się bardzo podoba, a o czym napiszę później. Niedopowiedzenia nie działają na jego niekorzyść. I nadszedł czas, co mi się tak bardzo podoba ten fanfik i co mi przypomina fanfik „Kultura końca”. Pomijając początek, dostrzegłem tutaj bardzo silne inspiracje opowiadaniem „Piknik na skraju drogi” braci Strugackich. Nie filmem „Stalker” w reżyserii Andrieja Tarkowskiego i z całą pewnością nie grą „S.T.A.L.K.E.R.: Cień Czarnobyla” od studia GSC Game World. Właśnie oryginałem, gdyż zakończenia obu dzieł są zaskakująco podobne, a Mot przypomina mi Redricka Schuharta. I ten moment, sprawił, że wybaczyłem autorowi wiele. Wybaczyłem mu gwałtowny start, rzucający nas w centrum akcji, brak kontekstu, niepozwalający zrozumieć bohaterów i sytuacji, w której się znajdują. Dzięki temu wszystko nabiera sensu. Odnośnie do języka, dużo jest tutaj zwrotów, które by można nazwać idiomami, tylko że są to idiomy, które może znać wąskie grono odbiorców i nie jestem pewien, czy za kilkanaście lat tekst nie straci na jasności przekazu. Poza tym, jeśli chodzi o formę to tekst wygląda bardzo porządnie i cieszy oko. Nawet dziwię się, że wygląda tak porządnie pomimo tego, że nie wspomniano, kto się zajmował korektą tekstu. Osobiście polecam ten fanfik.
  19. Fanfików z piątej generacji My Little Pony nigdy za dużo. Zwłaszcza że na forum są, aż trzy (albo dwa, nie pamiętam). Natomiast co do „Cyberpunka” to nie grałem w RPG stworzonego przez Mike’a Pond smith, ani też jego egranizację w wydaniu Cd project Red. O świecie, więc wiem bardzo mało, chociaż część terminów używanych w fanfiku można było spotkać w powieści „Neurmancer” Williama Gibsona. „Pieśń przyszłości” to krótki fanfik, dlatego nie będę streszczał fabuły. Jednak, biorąc pod uwagę, że główną bohaterką jest Zipp, należałoby się spodziewać, że będzie to fanfik detektywistyczny. Cóż, moim zdaniem są to raczej okruchy życia. Takie trochę na styku mafii i wielkiego biznesu, ale… Dlaczego odnoszę takie wrażenie? Sprawa, którą prowadzi Zipp zasadniczo rozwiązuje się sama. Więcej, odnoszę wrażenie, że rozwiązałaby się sama, gdyby nawet Zipp się jej nie podjęła i ten fanfik mógłby być zupełnie o czymś innym. Ale to zrobiła, dlatego jestem zdziwiony, że nie jestem zaskoczony. Więcej, jestem zaskoczony tym, że autor nie próbował jakoś w ostatniej chwili wskazać (kopytem Zipp) jako złoczyńcę kogoś, kogo byśmy się w ogóle nie spodziewali. W sumie jednak go rozumiem. „Pieśń przyszłości” to krótki fanfik, a w kryminale morderca, szantażysta etc. musi pojawiać się na ekranie/stronach książki. Tutaj nie jest inaczej, po prostu postaci w fanfiku, nie ma zbyt dużo, więc i wybór był ograniczony. Nie powoduje to jednak, że fanfik czyta się źle, dopiero końcówka uświadomiła mi, że śledztwo się skończyło, a rola Zipp w wykryciu sprawcy była… chyba minimalna. Może tak miało być, może miało to pokazać, jak nic nie znaczącym trybikiem w świecie rządzonym przez korporacje jest Zipp, ale mimo wszystko byłem rozczarowany. Może to jakieś odwrócenie konwencji, „subversion of expectations”, jak się to mówi, ale nawet taka argumentacja mnie by nie przekonała. Natomiast, jak okruchy życia, to fanfik się broni, czuć, że emocje postaci wobec siebie są szczere, chociaż Zefirowe Wzgórze to po prostu Night City tylko pod inną nazwą. Fanfik jest brutalny, ale nie dlatego, że pojawia się tutaj gore, przemocy nie ma zbyt wiele, głównie o niej się wspomina, ale faktycznie ocieka nieco erotyką, więc zdecydowanie kategoria +18 jest tutaj zasadna. Niemniej jednak pomimo niezbyt dużej ilości stron, relacje postaci są dobrze zarysowane. Niewinna Pipp dobrze tutaj kontrastuje z zupełnie winną za stan świata Heaven oraz Zipp, która się do niego dostosowała. Bo Zefirowe Wzgórza, tak jak Night City to miejsce, w którym nie chce się mieszkać, nawet jeśli są tam kucyki. Od strony językowej jest w porządku, chociaż mam wrażenie, że tekst nie przeszedł korekty innej niż autorska. Uznałbym go za interesujący, choćby, z tego powodu że to fanfik o piątej generacji My Little Pony. Jednak dziwne śledztwo, w którym bohaterka nie odgrywa decydującej, ani nawet kluczowej roli powoduje we mnie rozczarowanie. „Pieśń przyszłości” wydaje mi się czymś, co autor być może chciał rozbudować, ale porzucił ten pomysł. Może, jeśli pojawią się kolejne fanfiki z serii (wszak Hitch, Sunny i Zatoka Grzyw pozostają niewykorzystani), będę mógł go uznać za coś w rodzaju wprowadzenia do „Equestrii 2077”.
  20. „Dreams Come True” uważam za udany debiut, chociaż kilka jego elementów zasługuje, aby im przyjrzeć się bardziej krytycznie. Czym jest „Dreams Come True”, jeśli chodzi o gatunek? Nie jestem pewien. Zaczyna się niczym baśń, przynajmniej takie odniosłem wrażenie, potem mamy pełnoprawne okruchy życia, thriller psychologiczny, a ostatnie rozdziały przypominają zombie horror. Mógłbym też dodać, że pewne fragmenty przypominają romans, ale byłoby to nadużycie, bo są to wątki ledwie napoczete. Opowieść zaczyna się, gdy Starswirl Brodaty wychowuje małego alikorna imieniem Black Ice, po czym znika. Ta, dość tajemnicza część, przykuła moją uwagę, nawet nie tyle swoją treścią co atmosferą. Kolejne rozdziały ten klimat jeszcze wzmocniły. Historia jak Black Ice tworzy ze śniegu kolejnego alikorna, White Snow, przypomina mi trochę historię Gepetta i Pinokia, i ukształtowała moje oczekiwania odnośnie do fanfika. No i tutaj się zdziwiłem, bo nastąpiła wolta, której nie przewidziałem. Historia z baśni przekształciła się w okruchy życia, a postać, którą pierwotnie uważałem za bohaterkę wcale nią nie była. Taki zabieg miał miejsce jeszcze kilka razy, przy czym odnosiłem wrażenie, że charakter opowieści zmienia się zależnie od tego, co chce zrobić Black Ice. Początkowo wydawała się bohaterką, ale bardzo szybko przekształciła się w przysłowiowego „złola”. Mam wrażenie, że jej relacje z White Snow, początkowo wydawałoby się siostrzane, dosłownie ze strony na stronę zaczęły przypominać relacje iście niewolnicze. Zdziwiło mnie to niepomiernie. Black Ice jest postacią, która budzi we mnie wiele wątpliwości. Więcej niż dziwna przemiana dorosłej White Snow w źrebię pegaza po tym, jak zetknęła się z młodym jednorożcem imieniem Happy Hours. Nie, wbrew pozorom Happy Hours nie jest smakoszem napojów alkoholowych, tylko po mistrzowsku poznała budowę zegarów. Potrafi je składać i nawet nie zostawia tych kilku elementów, które po coś są, ale bez, których zegar nadal chodzi. Potem historia zmienia się z okruchów życia, gdyż tak bym określił fragment fanfika o dzieciństwie Happy Hours, w coś przypominającego thriller psychologiczny. Black Ice nie daje bowiem za wygraną i zaczyna, jakby to ujęła papuga z „My Little Pony: The Movie”, „okaleczać emocjonalnie” Happy Hours oraz Nature Hours (tak się nazywa White Snow, która została źrebakiem pegaza po tym, jak spotkała Happy Hours… tutaj naprawdę nie ma czego tłumaczyć…). Thriller psychologiczny zmienia się w kryminał, gdy matka sióstr Hours zostaje zamordowana. Black Ice ujawnia swoje prawdziwe oblicze księżniczce Lunie i Celestii, po czym… cóż, zasadniczo sytuacja wraca do „normy”. Ma się rozumieć, że księżniczki nie czynią nic aby powstrzymać zagrożenie. Historia znowu lawiruje między okruchami życia i thrillerem psychologicznym, z tym zastrzeżeniem, że są to okruchy życia i thriller psychologiczny pędzące niczym Ferrari, w którym ktoś rzucił prawie najwyższy bieg. Proszę wybaczyć, że tak skaczę między wątkami i właściwie streszczam fanfika, ale trudno mi będzie wniknąć w problemy tego utworu bez odpowiedniego przygotowania gruntu. Kiedy dochodzi do kolejnego zamachu, tym razem na Nature Hours, Happy Hours manipuluje czasem, co jest logiczne o tyle, że ma zegarek jako uroczy znaczek (który dostała za to, że wcześniej wstrzymała czas... ale to już zupełnie inna historia). Ona sama za swój wyczyn i ocalenie siostry, została alikornem i księżniczką czasu. Mijają kolejne lata, a Black Ice, w „przebraniu”, które bohaterowie już znają swobodnie się przemieszcza w ich okolicy, a oni zdają się nie podejmować żadnych kroków zaradczych. Nie wspominam o księżniczkach, u których nawet siostry nie szukają pomocy. W tym miejscu może przerwijmy na chwilę streszczenie fabuły, gdyż opisałem ją wystarczająco dokładnie by dojść do pewnego wniosku. Mianowicie Black Ice, jej psychologia i motywacja są bardzo uproszczone, wręcz minimalne i nie pozwalają odpowiedzieć sobie na pytanie, dlaczego Black Ice, będąc, jak sądzę zazdrosna o to, że jej własność, White Snow, która została przemieniona w pegaza, nie jest dłużej pod jej kontrolą, tak długo czeka? Akcja fanfika trwa kilkanaście lat, w międzyczasie siostry Hours dorastają, kończą edukację, Nature znajduje chłopaka i zachodzi w ciążę, rodzi dziecko… a Black Ice cały czas na coś czeka. Podobnie czekają siostry, które nie próbują usunąć problemu. Nie rozumiem tego zawieszenia, zwłaszcza przestałem je rozumieć, gdy Black Ice wpierw zabiła matkę sióstr, a potem próbowała (skutecznie, ale Happy Hours wczytała stan świata sprzed zabójstwa) zabić Nature. I co? I nic! Nie wiadomo właściwie czemu akcja fanfika trwa tak długo. Od drugiej połowy fanfika w miejscowości, którą upodobała sobie Black Ice są już cztery alikorny! Celestia, Luna, Happy Hours i Violet. Czy to nie są już wystarczające siły, żeby walczyć z alikornem, który nawet nie próbuje udawać, że ma dobre zamiary, ani nawet nie stara się kryć? Najwyraźniej nie. Motywacja postaci, uzasadnienie ich działań lub też ich braku wydaje się nieadekwatne. Pod koniec ponownie następuje zmiana tonu, nagle fanfik, który mógłby mieć tagi: okruchy życia, romans, dorastanie, otrzymuje dodatkowe dwa: zombie apocalypse i dark. Finałowa „konfrontacja” jest jednak bardzo pobieżnie opisana i sprawia wrażenie, że autorce trochę zabrakło pomysłu. Z pewnością jednak zabrakło odpowiedniej podbudowy, która pozwalałaby zostawić ją taką, jaka jest, bez dodatkowych wyjaśnień. Czuję, że autorka chciała, żeby czytelnik musiał trochę pomyśleć, co się stało i dlaczego, ale biorąc pod uwagę, że w fanfiku rzeczy związane z magią po prostu się dzieją, przeto wskazówek nie ma zbyt wiele. To jest właściwie mój największy zarzut, wobec tego w sumie udanego debiutu. Czuć, że „Dreams Come True” jest debiutem. Pomijając, że autorka skacze pomiędzy gatunkami, eksperymentuje również z narracją. Trzecioosobowy wszechwiedzący narrator okazjonalnie ustępuje miejsca streszczeniom lub opisom wydarzeń w formie pamiętników. Od strony narracyjnej jest to nawet niezłe, ale kiedy zamieszczamy opis kluczowej sceny w formie pamiętnika pisanego przez obcego czytelnikom kucyka wkrada się chaos. Tak, zapewne autorka chciała w coś ten sposób ukryć przed czytelnikiem, dodać fragmentom tajemniczości, ale ja w pierwszej chwili poczułem, że wywołała zamieszanie. Pod względem językowym jest na ogół poprawnie, zdania są raczej krótkie i napisane prostym językiem. O dziwo nie znalazłem tutaj zdań, które byłyby wybitnie niezrozumiałe, napisane w sposób bardzo nieskładny, bełkotliwy, itp. Kilka razy zabrakło słowa i chętnie bym te miejsca zaznaczył w tekście, ale autorka wyłączyła komentarze oraz zabroniła kopiować tekst poza plik macierzysty. Nie chce mi się robić zrzutu ekranu, przycinać go, a potem umieszczać jako plik. Podsumowując, poza motywacją bohaterów, która miejscami jest niejasna, „Dreams Come True” to tytuł, który czytało mi się przyjemnie i wydaje mi się, że własnym lore wzbogaca on nieco serialowy świat wykreowany przez Hasbro. Zapewne wkrótce sięgnę po drugą część.
  21. Nie komentowałem zbyt wielu fanfików Suna. Nie jestem pewien, czy przeczytałem coś więcej niż „Wredną szóstkę na Dzikim Zachodzie”, z której po dwóch latach pamiętam, że akcja działa się na anthro kucykowym Dzikim Zachodzie po wojnie Północy z Południem. Pamiętam, że był napad na pociąg, że Mane 6 były złe, ale niekoniecznie, że był napad na bank, było zakradanie się do posterunku tamtejszej „Unii” i było dużo, naprawdę dużo opisów strzelanin z dużym nastawieniem na techniczne detale broni i amunicji. Stwierdziłem też, że brakuje mi tutaj trochę klimatu. I w sumie „Uniwersum Equestria: Transmisja”, mamy zasadniczo to samo, tylko że nie ma kucykowego Dzikiego Zachodu, napadów na pociąg, zakradania się na posterunek tamtejszej” Unii”, napadów na bank, jest natomiast dużo, naprawdę dużo opisów strzelanin z dużym nastawieniem na techniczne detale broni i amunicji. Stwierdzam, że klimacik postapo jest tutaj bardziej wyczuwalny, gdyż znalazło się miejsce na podróż, eksplorację świata, a nie tylko na akcję, chociaż i tej jest całkiem dużo. Sam tytuł „Uniwersum Equestria”, przypomina mi „Uniwersum Metro 2033” (to już tylko 8 lat!), serię książek, które rozgrywały się w innych niż moskiewskie metro lokacjach, nie tylko w Rosji, czy też na przestrzeni poradzieckiej, ale nadal większość akcja większości powieści miała miejsce w Europie Wschodniej. Nawet miałem okazję przeczytać jedną z nich, ale uważam, że wolę klimaty serii „S.T.A.L.K.E.R.: Cień Czernobyla”. I tutaj zadałem sobie pytanie: czy czuję klimat serii, do której nawiązuje autor? Niestety nie mogę dać odpowiedzi twierdzącej. Fanfik posiada swój własny klimat, nie nawiązuje tak silnie do postaci, czy też lokacji jak było to np. „S.T.A.L.K.E.R.: Cień Ponyville”, który dzięki temu miał dla mnie więcej klimatu. Moim zdaniem postapokaliptyczny świat wykreowany przez Suna, jest na tyle uniwersalny, że po niewielkich przeróbkach pasowałby i do wspomnianego S.T.A.L.K.E.R. – a i może Fallout: Equestria a może nawet mógłby być samodzielnym tworem i stałoby się to bez szkody dla samego fanfika. A jednak mam nieodparte wrażenie, że „Uniwersum Equestria: Transmisja”, przypadł mi do gustu o wiele bardziej niż ciesząca się większą popularnością „Wredna szóstka na Dzikim Zachodzie”. Dlaczego? Jedną z przyczyn jest to, że historia nie jest epizodyczna. Skupia się ona w mniej więcej w równym stopniu na postaciach, pełnych detali opisach broni i amunicji, przedstawianiu świata, pełnych detali opisach broni i amunicji, akcji, pełnych detali opisach broni i amunicji, życiu stalkera, pełnych detali opisach broni i amunicji itd. Wspomnijmy, zwłaszcza o pełnych detali opisach broni i amunicji. To zaskakujące, ale rozdział I i następny skupiają się głównie na tym. I co ciekawe, nie nudzą! Byłem zafascynowany, skąd autor czerpał swoją wiedzę (podejrzewam, że nie tylko z książek i filmików na YT), ale z olbrzymim zainteresowaniem śledziłem jak jeden z bohaterów przez kilkanaście stron wybiera dla siebie karabin na misję. I bynajmniej, nie brzmi to jak technobełkot. Autor perfekcyjnie wykorzystał okazję, by przez pryzmat uzbrojenia pokazać warunki życia w zniszczonej wojną atomową Equestrii. W tym miejscu wrócę może jeszcze do klimatu opowieści. Metro 2033 było światem na tyle silnie skażonym, że życie koncentrowało się właśnie pod ziemią, w dobrze osłoniętych przed radiacją miejscach. Spotkanie kogoś żywego poza metrem lub innym schronem było czymś niezbyt częstym. Tymczasem „Uniwersum Equestria: Transmisja” przypomina mi bardziej Fallouta. Na powierzchni żyją bandyci, kanibale, co sugeruje jednak, że świat ten nie jest aż tak skażony, a więc i zapotrzebowanie na stalkerów, jakby było nieco inne. W „S.T.A.L.K.E.R. : Cień Czernobyla”, udawali się oni do Zony, bo tylko tam można było znaleźć cenne artefakty, ale tutaj? Mam wrażenie, że mogliby być spokojnie jakimś wojskiem i nie zrobiłoby to różnicy. Poza tym mam wrażenie, że ten świat jest jakoś zbytnio wypełniony kucykami, funkcjonuje handel itd. Przez to upodabnia się bardziej do Fallouta, niż właśnie Metra 2033. Stalkerzy w fanfiku poszukują dóbr dosłownie pierwszej potrzeby. Przypomniała mi się scenka z Fallout: Equestria, gdzie Little Pip znajduje w dawnej bibliotece Twilight skrzynię mającą wiele, wiele lat, a w niej, jeśli dobrze pamiętam, naboje, środki opatrunkowe etc. Żadna z tych rzeczy nie jest przeterminowana. W „Uniwersum Equestria: Transmisja”, bohaterowie jedzą zupę z puszek, które przeleżały ileś tam lat na powierzchni, były napromieniowane, a ich zawartość się nie przeterminowała. Mam wrażenie, że przez takie właśnie rzeczy, „Uniwersum Equestria: Transmisja”, traci na klimacie, gdyż próbuje czerpać z kilku tradycji postapokaliptycznych jednocześnie, chociaż one jednak nieco się wykluczają. Sceny akcji są bardzo ładnie opisane, często wulgarne, ale bez przesady. Pierwsza otwierająca fanfika, może nawet się ciągnie trochę zbyt długo. Przemawiały do mnie bardziej niż te z „Wrednej szóstki na Dzikim Zachodzie”, być może także dlatego, że nie mam wrażenia, że są one nadmiernie wypełnione dialogami. Jest ich tyle, ile trzeba, nie więcej. Bohaterowie są napisani dobrze, ale przez tych kilka rozdziałów, raczej nie wszyscy mogli się zaprezentować na tyle, abym się do nich przywiązał. Widać jednak, że autor zamierzał nad nimi dłużej popracować i nadać im więcej cech osobowości, po prostu zbyt wcześnie porzucił swoje dzieło. Główna bohaterka, a przynajmniej mam wrażenie, że nią jest, Samara to jednak postać, która wydała mi się bardzo niejednoznaczna. Pisząc bardziej precyzyjnie, jest ona nieco głupsza, niż się może wydawać na początku. Muszę wniknąć w pewne detale fabuły, więc proszę się przygotować na spojlery. Samara dostaje misję i musi wzmocnić drużynę o nowych stalkerów. Dwóch z jej wybrańców, nie miało wcześniej do czynienia z wyprawami poza bezpieczne schronienie, więc postanawia im urządzić test. Mają przynieść pewną rzecz z pewnego budynku, oddalonego od ich bazy wypadowej o kawałek drogi. Samara zapewne wie, co to za budynek, ale zabiera nowicjuszom broń i oczywiście są tam uzbrojeni bandyci. Słychać strzały, doświadczeni stalkerzy chcą (i to nie raz) ruszyć na ratunek, ale Samara na to: Nah, it'll be fine! Nowicjusze, dosłownie cudem, uniknąwszy śmierci oraz poważnych ran wykonują misję, a na miejscu… Moim zdaniem Samara, jest bardzo niejednoznaczną postacią To bardzo doświadczony stalker, który zaczyna jednak popadać w bardzo niebezpieczną rutynę, zadufanie a kto wie czy nie ignorancję. Może to wyjaśniać ten olbrzymi dysonans w jej zachowaniu po stracie kucyka w pierwszym rozdziale, a lekceważącym stosunkiem do nowych członków zespołu. I nie mam na myśli samego testu, ten byłby nawet do przyjęcia, ale po pierwsze, Samara zabrała im broń palną (tę, o której wiedziała, co warto podkreślić), czyli sama stworzyła tę sytuację, a po drugie w momencie testu, trwała już misja. Bardzo ważna (przynajmniej dla jej szefa) misja. Śmierć nowego kucyka nie byłaby tutaj aż tak dużym problemem jak jego ciężka rana. Nie tylko nie mógłby on walczyć, ale też stanowiłby obciążenie dla innych. I jakby w takiej sytuacji postąpiła Samara? Chyba już się nie dowiem, ale może to i lepiej. Pytanie brzmi: czy autor celowo tak zaczął pisać tę postać? Jeśli tak, to super, fajnie gra z wyobrażeniami czytelnika. Nie będę ukrywał, że scena nie pozostawiła mnie obojętnym, naprawdę się w nią zaangażowałem. Jeśli to jednak wypadek przy pracy, to jeszcze jest pole do poprawy, chociaż nie można zapominać, że tekst był napisany dziesięć lat temu. Mam jeszcze pewną przesłankę, by skłaniać się ku celowemu działaniu autora, ale nie będę tutaj o nie wspominał, bo komentarz i tak jest już zbyt długi. Od strony językowej jest dobrze, zdania są zrozumiałe, nie pozostawiają pola dla rozważań co autor miał na myśli, poza tym, co autor faktycznie chciał przekazać czytelnikowi. Sądzę jednak. że zapis dialogowy nie jest najzupełniej poprawny. Podsumowując, fanfik „Uniwersum Equestria: Transmisja” wciągnął mnie. Nie znalazłem tutaj innych słabości poza „generycznym” kucykowym postapo. Pod znakiem zapytania stoi, czy tekst jest przystępny dla czytelnika niezainteresowanego bronią palną. Mam wrażenie, że są tutaj fragmenty, które mogłyby go zmęczyć. Ja się jednak do takowych nie zaliczam i mnie szczegółowe opisy bardzo przypadły do gustu. Z chęcią przeczytałbym kolejne rozdziały, a już z pewnością bym chciał wiedzieć, czemu fanfik został porzucony, podobnie jak to, co robi on w dziale 18+? Poza wulgaryzmami, nie znalazłem tutaj nic szczególnie przemawiającego za taką klasyfikacją.
  22. „Czarne niebo” jest fanfikiem, o którym dowiedziałem się zupełnie przypadkiem i jakim wielkim zaskoczeniem było dla mnie, że fanfik z okresu wczesnego fandomu trzyma poziom, który nawet dzisiaj nie zawsze jest osiągany. Zacznijmy od tego, co zobaczyły moje oczy. A zobaczyły ładnie zaznaczone akapity, normalną czcionkę, biały kolor stron, wyrównanie do prawej i lewej. Rozdziały i części są wyraźnie zaznaczone. A przecież data nie kłamie, temat został założony, niemalże co do dnia 12 lat temu. To bardzo zachęciło mnie do dalszej lektury. Mam wrażenie, że wczesny fandom chętnie niż dzisiaj łączył kuce ze światem ludzi i w ogóle czynił nawiązania do wytworów naszego świata. Dość wspomnieć o crossoverach z grami video, dzisiaj chyba rzecz nieczęsto spotykana. Ale przejdźmy do ludzi. W „Czarnym niebie”, ludzie na szczęście nie trafili jeszcze nie mogą swobodnie się dostać do Equestrii. I tym razem to dobrze dla kuców. Czarne niebo nie jest kolejnym dystopijnym TCB, przy którym rok 1984 George’a Orwella wydaje się bardzo optymistycznym utworem. W „Czarnym niebie” świat ludzi już teraz jest antyutopijnym miejscem i chętnie zapoznałby z tą, że antyutopią także mieszkańców Equestrii. Jest to zresztą ten ciekawy rodzaj dystopii spod znaku cyberpunku. Sam nie lubię szczególnie tej konwencji, starsze iteracje, której przypominają mi bardziej retro futuryzm o podobnym znaczeniu co wizje przyszłości oparte na XIX wiecznych technologiach w steampunkowych światach. Tutaj, jednak przypomina mi ona bardziej niedawno wydaną grę „Forever Winter”, gdzie cyborgi potrafią regenerować tkanki miękkie, pożerając ludzi, co jest podobne do działania pewnego robota ze wspomnianego uniwersum, który także żywił się ludźmi. Cyborgi te służą megakorporacji, która przejęła tutaj rolę państwa, ale jej zarząd bardziej sobą przypomina twór feudalny, gdzie każdy ma swoje miejsce i chętnie nawiązuje do średniowiecznego nazewnictwa najwyższych hierarchii. Cyborgi te nazywa się skromnie „urzędnikami”. Autor nie sięga tym razem po schemat japońskiego zaibatsu, chociaż się nim z pewnością, choćby pośrednio, inspirował. Już sam świat ludzi został opisany, jak na długość fanfika, naprawdę szczegółowo. Gdy trafiają do niego kucyki, jest on jeszcze czytelnikowi nieznany, ale autor szybko nadrabia te braki wiedzy. Dlatego też czytelnik szybko dochodzi do wniosku, że Twilight i jej przyjaciółki wpadły w totalne tarapaty. Muszę jednak w tym miejscu zaznaczyć, że fanfiik skupia się na przedstawieniu świata ludzi, a nie kucyków. Nie uważam tego za wadę, gdyż ten mielibyśmy lepiej poznać w drugiej części opowieści, która nie została jednak opublikowana. Podobnie jest z postaciami. Dziwiłem się, że w fanfiku, który opiera się jednak na akcji (walki tutaj są częste i trwają dość długo), posiadają one wyraźnie zarysowany życiorys, światopogląd a wiele informacji o świecie zdobywamy poprzez ich perspektywę. Oni znają ten świat, żyją w nim i chętnie się tą wiedzą dzielą z czytelnikiem (nie łamiąc na szczęście czwartej ściany, to fanfik napisany zupełnie na serio). Autor musiał niemało wysiłku włożyć w stworzenie interesujących ludzkich postaci, takie które nie pozostawiają czytelnika obojętnymi. Owszem, czasem te informacje spowalniają akcję, ale w kontekście kontynuacji byłyby bardzo istotne. Natomiast bardzo mi się spodobało, to że mane 6 zachowują się jak one. Zachowania te totalnie nie pasują do świata ludzi, ale oczekiwałbym ich od bohaterek serialu. Bohaterki nie zawieszają swojego systemu wartościowania tylko dlatego, że są w innym świecie i tutaj jest inaczej, oj, nie. Wynikają z tego nie tylko zabawne, ale też istotnie wpływające na fabułę sytuacje. Powróćmy do języka, jakim napisany jest fanfik. Autor wykazuje się nieraz poetyckim zacięciem przy opisach stanów uczuciowych, czy też okoliczności postapokaliptycznej przyrody. One po prostu nie tylko informują czytelnika o obserwacjach czy odczuciach bohaterów. One są po prostu same w sobie piękne. Dodają tekstowi tak potrzebnej uczuciowości bez jego niepotrzebnego wydłużania. Bo fanfik, jest moim zdaniem bardzo treściwy. Tutaj nie ma niepotrzebnych zdań ani lania wody. Interesujące są, zwłaszcza opisy walk. Pomijając niekiedy angielską terminologię, zamiast szukania polskich odpowiedników (np. low kick), to informują, jakiego manewru dokonał walczący, w co celował, jak zareagował przeciwnik itd. I te opisy przez większość fanfika mnie nie nużyły, dopiero pod koniec odniosłem wrażenie, że może walki ciągną się trochę zbyt długo. Biorąc pod uwagę powyższe, zaskoczyła mnie liczba błędów w tekście. Gdyby to był początkujący autor, wynikałoby to może z braku wiedzy o ortografii itd. ale tutaj nie ma problemów z błędami ortograficznymi jak „u” i „ó”, „h” i „ch”, „ż” i „rz”. Tutaj miałem wrażenie, że autor nie wiedział, jak zapisać pewne słowa, więc zapisał je tak jak brzmią, a nie tak, jak się je pisze. Tymczasem takich błędów jest na tyle dużo, że nie można ich zignorować. Podsumowując, „Czarne niebo” to fanfik, który gdyby nawet ukazał się dziś, zostałby dobrze przyjęty. Ale w czasach, gdy powstawały takie prace jak „Nekromanta z Ponyville” musiała ona się naprawdę wyróżniać. Szkoda tylko, że nie doczekał się kontynuacji. Wówczas moglibyśmy bardziej docenić wysiłek autora przy tworzeniu świata i postaci, zwłaszcza postaci ludzi.
  23. Zastanawiałem się, czy Escalation '84 – Higher Further Faster należy komentować w sytuacji, gdy został przetłumaczony zaledwie jeden rozdział. Uznałem jednak, że być może odrobina uwagi zachęci tłumacza do publikacji kolejnych rozdziałów, gdyż przedstawiona historia jest wcale interesująca. Nie znam oryginału i nie będę go czytał, wszak po to powstają tłumaczenia, aby czytelnik nie musiał zapoznać się z oryginałem. Zaprezentowany fragment przypomina mi, z racji braku lepszego określenia, techno thriller. Lubię ten gatunek, gdyż wymaga on od autora, przynajmniej, jeśli chce on napisać dobrą powieść tego gatunku, dogłębnego researchu. Sądzę, że przypadku Escalation '84 – Higher Further Faster nie był on taki dogłębny, ale autor bardzo ochoczo posługuje się nazwami wyjętymi wprost z wikipedii, więc sądzę, że ma pewną wiedzę, a poza tym nie pisze on „Polowania na Czerwony Październik”, tak więc nie wymagajmy od niego aż tyle. Nie będę oceniał fanfika pod tym kątem, bo nie znam się aż tak dobrze na walce powietrznej przełomu XX i XXI wieku. Wystarczy, że napiszę, że mimo wszystko prezentuje się tutaj bardziej zachęcająco niż w obu częściach fanfika Ace Combat. Mianowicie opisy starć powietrznych nie są tutaj aż tak monotonne, nawet jeśli odbywa się to na skutek używania terminów i nazw wojskowych. Natomiast samo tłumaczenie jest miejscami dość niechlujne. Dwa razy zdarzyło się, że ktoś w jednym, krótkim zdaniu jest kobietą, a potem mężczyzną: Większym problemem jednak jest to zdanie: Nie wiem, co autor tłumaczenia miał na myśli. Poza tym, jednak tekst nie wygląda źle, przynajmniej po tym, jak poprawki zaproponował Ziemniakford. Bardziej dogłębną ocenę tłumaczenia uniemożliwia nieznajomość oryginału. Nie będę także oceniał realiów świata przedstawionego, gdyż nie znam ani uniwersum Equestria at War, ani też nie grałem we wspomniany mod do Hearts of Iron IV. Podsumowując, fanfik zaczyna się moim zdaniem obiecująco, ale tłumaczowi radziłbym przykładać większą wagę do strony formalnej, bo nawet po uwagach Ziemniakforda, tłumaczenie wymaga miejscami dopracowania.
  24. Swift Hoof: Bizony z Enceset to debiut autora i jeśli jest to prawda, to wcale udany. Nie powinien on, jednak zasypiać na laurach, nad wieloma rzeczami trzeba popracować. Pierwszym, co się rzuca w oczy to uwagi Ziemniakforda na akapitach. Autor powinien je zaakceptować lub odrzucić, bo większa część tekstu jest… amarantowa, ale i tutaj nie mam pewności, czy jest to właśnie ten kolor. Drugą zauważalną cechą utworu jest kolor stron. Nie jest on biały, ale wyblakły żółty. Widywałem już fanfiki napisane wprost w tematach, a nie w plikach google doc. ale z tego rodzaju pomysłem zetknąłem się chyba po raz drugi, jeśli w ogóle. Być może miało to sugerować czytelnikowi, że tekst pochodzi z odległych czasów i strony, na których został on zapisy pożółkły ze starości? Mam pewne podstawy, by tak sądzić. Sądzę jednak, że dla czytelnika podobne zabiegi nie mają znaczenia i można sobie podobne udziwnienia darować. Zaburza to bowiem w jakiś sposób estetykę. Po trzecie, czcionka jest duża, 16 nadaje się na tytuły podrozdziałów, ale w całości dokumentu nic nie wnosi. Wygląda po prostu dziwnie. Jeśli autor chciał sztucznie zwiększyć objętość tekstu, wystarczyłaby wielkość czcionki 12 i interlinia 1,5. Całość wyglądałaby przyjemniej dla oka. Nie koniec na tym uwag o stronie formalnej. Nie będę wspominał o przecinkach, które Ziemniakford tak pracowicie porozstawiał. Wspomnę natomiast o tym, że dialogi kończy się kropką po didaskaliach! Literówki i nieprawidłowy zapis powinien za nas rozwiązać edytor tekstu. Oczywiście musimy mu w tym pomóc i kliknąć na podkreślone czerwonym wężykiem słowo. Aby uniknąć tych błędów polecam skorzystać z licznych, dostępnych bezpłatnie programów sprawdzających ortografię i interpunkcję. Uchroni to nas przed najbardziej oczywistymi błędami. Wspomniałem, że kolor stron może mieć znaczenie. Sądzę tak dlatego, że sposób w jaki mówią postacie jest nieco stylizowany archaizmami. Nie zawsze to jednak czyni konsekwentnie i czasami przeskakuje z XIX wieku do okresu międzywojennego: Niektóre fragmenty, zwłaszcza na początku są nieporadnie napisane: Ogólnie jednak, fanfik ma jakąś fabułę, prostą, bo prostą, ale mniej więcej zrozumiale poprowadzoną. Motywacje bohaterów są proste, a oni sami zarysowani pobieżnie, ale wystarczająco, aby pokazać różne charaktery. Opisy walki są całkiem w porządku. Zakończenie sugeruje zaś, że powstaną kolejne części. Jeśli popracować nad stroną formalną i konsekwentnie trzymać się przyjętej stylistyki językowej to autor może osiągnąć zupełnie przyzwoite rezultaty. Moim zdaniem, przynajmniej w Swift Hoof: Bizony z Enceset, włożył on to minimum wysiłku, żebym nie uważał czasu spędzonego z tym fanfikiem za stracony.
  25. Fanfik Krystallina Autokratorias nie jest fanfikiem dobrym… tylko ZAJEBISTYM. Jest to fanfik bardzo nietypowy. Wydaje się, że nie posiada on fabuły, ba nawet nie próbuje jej opowiadać przy pomocy listów, pieśni, kronik historycznych. Owszem jest tutaj to wszystko. Opisy świąt, potraw, zwyczajów i moralności. Ale służy to wszystko nie fabule, ale jednemu, jedynemu bohaterowi tego fanfika. Jest nim Kryształowe Imperium, zanim zniknęło nie tylko z map Equestrii, ale wręcz, całkiem dosłownie, z powierzchni ziemi. Nie spotkałem się z podobnym fanfikiem, chociaż czytałem trochę zawierających podobne opisy. Były one po prostu przedzielone fabułą. Czytałem też takie, które całkowicie gardziły tym i się ograniczały tylko i wyłącznie do historii świata, jako najbardziej niezbędnego elementu lore, który może mieć wpływ na poczynania bohaterów. Ale nie tutaj. Tutaj mamy bardzo szeroki przekrój lore. Wszystkie klasy społeczne, biedacy, klasa średnia i rządząca budują państwo wspólnie i tworzą jego historię. Nie będę jednak tego opisywał detalicznie w tym komentarzu. Nie ma to sensu, gdyż zbyt wiele informacji musiałbym przekazać. Dość jednak powiedzieć, że zawarte tutaj informacje są bardzo interesujące i przeczytałem ten fanfik szybko, nawet jak na mnie. Czytając go przyszła mi do głowy pewna myśl. Myśl, że czytam kolejną książkę z serii Życie w czasach … z których sam korzystam przy pisaniu fanfika. Cygnus zrobił „research” w wielu dziedzinach (zwłaszcza w przypadku floty Imperium) i wydaje mi się, że gdyby dokończył pisanie Krystallina Autokratorias, wówczas mógłby spokojnie go zatytułować „Życie codzienne w Kryształowym Imperium w czasach przed jego zniknięciem”, dać odpowiednią okładkę (proponuję jakąś mozaikę) i wydać nakładem Suna. I kto wie, może ktoś by się nabrał, że jest to książka, praca popularnonaukowa opowiadająca o prawdziwym królestwie, przesiąkniętym tradycją bizantyjską? Nie wykluczyłbym i takiej możliwości. Czytając Krystallina Autokratorias przeżywałem również coś podobnego do lektury książek z serii historyczne bitwy od Bellony. Chodzi mi o fragmenty poświęcone nie samej bitwie, ale np. organizacji wojsk, wyposażeniu, szkoleniu, życiu podczas pokoju i wojny etc. Sądzę jednak, że gdyby autor opisał jakąś bitwę pod kątem wspomnień szeregowego piechura (jeśli kucyki posiadają piechotę, jest to dość nieoczywiste zagadnienie) czy generała, to efekt byłby równie wspaniały co w przypadku, choćby opisu budowy kanału i parady floty Kryształowego Imperium. Świadczy o tym, choćby bardzo osobisty i wzruszający list do matki niejakiego studenta, Delikatesa. Tak, wiem, że Kryształowe Imperium nie istnieje, ale „research”, Cygnus zrobił jedyny w swoim rodzaju. Cóż mogę napisać na koniec? Oczywiście, że gorąco polecam, zwłaszcza jeśli lubicie opisy życia codziennego fikcyjnych światów. Fikcyjnych a jednak podobnych do naszego.
×
×
  • Utwórz nowe...