Skocz do zawartości

Obsede

Brony
  • Zawartość

    270
  • Rejestracja

  • Ostatnio

  • Wygrane dni

    27

Wszystko napisane przez Obsede

  1. Jest taka tendencja, że wielu początkujących fandomowych pisarzy zaczyna swoje fanfiki od mordowania kucyków, które tak przecież lubi. “Nie zapomnij” jest przykładem tej tendencji. Warto też zaznaczyć, że jest jeszcze jedna tendencja, wielce interesująca. Jest to tendencje do napisania jednego rozdziału, względnie jednego rozdziału i prologu i porzuceniu swojego dzieła na wieczne zapomnienie na jakimś forum. “Nie zapomnij” jest przykładem obu tych tendencji. Jednocześnie jest to fanfik naprawdę chaotycznie napisany. Właściwie nie wiadomo co się dzieje, bohaterka raz jest na jawie raz doznaje jakichś wizji, raz jest związane a innym razem już nie. No dobrze, może trochę przesadziłem, wiadomo co się dzieje. Po prostu nie wiemy dlaczego Twilight Sparkle nagle stała się władczynią loszku gdzie się torturuje i morduje kucyki. Dobrze byłoby wiedzieć skąd bohaterka wie, pomimo strasznych zmian, że to ona. Być może byłby to materiał na kolejny rozdział, który nigdy nie powstanie. Ale to co powoduje ból jest forma. “Nie zapomnij” to dosłownie jedna ściana tekstu. Zapomnijcie o akapitach. Wypowiedzi mieszają się z opisami i właściwie przypomina mi to nieco angielski zapis dialogowy. Ostatni raz widziałem coś takiego w polskim tłumaczeniu “Silent Ponyville”. Literówkę widziałem przynajmniej jedną, na samiutkim początku. Tekst straszny? Tak, ale nawet śmieszny, chociaż nie wiem czy można powiedzieć, że było to zamierzone. Po tym wszystkich mękach, swoich i innych ofiar szalonej Twilight, bohaterka słyszy wezwanie “Nie zapomnij!” Bardzo, bardzo to “zabawne”. Czy polecam? No proszę, bez żartów.
  2. „Equestria Girls” to popularny spinoff lecz moim zdaniem jest on totalnie niedorobiony i nieprzemyślany. Absurdalności świata nie poprawiały kiepskie scenariusze niektórych części filmowej serii. Przykładowo „Igrzyska przyjaźni” były tak idiotyczne, że musiałem przerwać oglądanie. „Nowe początki” uświadomiły mi wszystkie te błędy raz jeszcze. Nie chodzi o to, że „Nowe początki” są złym fanfikiem. One po prostu próbują zbudować przysłowiowy dom na piasku. Bohaterką jest Sunset Shimmer i w tym miejscu zaznaczę, że nie czytałem wcześniejszych części tej serii, ale wątpię, żeby odpowiadały one na wszystkie moje pytania. Sunset Shimmer przenosi się do „naszego” świata… i zaczyna sobie doskonale radzić. Gdy się nad tym zastanowię, to nie mam problemu z wątkami wyniesionymi z serialu. Mam problem z całą resztą. To jak Sunset Shimmer zaczyna sobie radzić przypomniało mi koszmar, jakim była Rey Palpatine z nowej trylogii Gwiezdnych Wojen. Była to najgorsza Mary Sue jaką widziałem. Tymczasem Sunset Shimmer w ciągu dwóch miesięcy nie tylko uniknęła (przyjmijmy, że autor odtwarza świat, takim jak działa nasz) wykrycia, ale nauczyła się grać na giełdzie, pisać programy grające za nią, uniknąć kontroli skarbowej, hakować i kupić dom. Tego wszystkiego nauczyła się w tego w ciągu dwóch miesięcy. Biorąc pod uwagę, jak często posługujemy się dokumentami tożsamości w naszym świecie to bezpieczniejsze byłyby regularne powroty do Equestrii by zabierać stamtąd kamienie szlachetne. Po tym, co przeczytałem nie rozumiem wewnętrznej logiki, która kazała Sunset Shimmer iść do szkoły. Potrzebowała dyplomu? Nie. Musiała tam iść dlatego, że tak jest w scenariuszu. Równie dobrze, mogłaby zostać szefową mafii, gdyż wszystko, co robiła byłoby na lewych papierach, łącznie przykładowo z otwieraniem rachunków bankowych niezbędnych do gry na giełdzie. Po prostu sam fakt, że Sunset Shimmer nie ma skończonych oficjalne 18 lat tworzy tyle problemów, że czyni to fanfika, który jak mniemam próbuje jakoś uczynić jej pobyt na Ziemi realistycznym kompletnie niewiarygodnym. Ja po prostu tego nie „kupuję”, a już na pewno nie „kupuję” tempa, w jakim Sunset Shimmer do tego wszystkiego doszła. Paradoksalnie, gdyby Sunset Shimmer były kimś pokroju Filthy Richa, kto zna się na sprawach finansowych, bo jest przedsiębiorcą i jeśliby w Equestrii była giełda (a mogła by być), a nie wychowywała się na dworze, ucząc się magii, to kto wie, może bym to łatwiej zrozumiał. Ale Sunset Shimmer nie jest postacią o takim pochodzeniu. Ona była szkolona na księżniczkę, ale raczej na czarodziejkę, a to jest trochę inny profil. I pamiętajmy, to co „odstawia” w tym fanfiku Sunset Shimmer świadczy o ekstremalnie wysokim poziomie inteligencji. Ale to nie pasuje do tej postaci z Equestria Girls, gdzie znalazła sobie dwóch największych matołów jako pomocników? Przecież, czy tak inteligentna osoba mogłaby zaplanować tak kiepską prowokację jak zniszczenie dekoracji do wyboru miss szkoły? Moim zdaniem nie, zwłaszcza po trzech latach pobytu w świecie „ludzi”. Co do stylu, jest to fanfik dobrze napisany, nie zauważyłem żadnych literówek, może w jednym miejscu miałem wątpliwości co do odmiany: Poza tym fanfik jest ładnie napisany, dobrze się go czyta. Nie mam tutaj zastrzeżeń. Podsumowując, „Nowe początki” mi się nie spodobały. Jest to próba przeniesienia logiki z naszego świata do, tak jakby naszego świata, świata Equestria Girls, gdzie nic się przysłowiowej „kupy” nie trzyma. Gdzie magia nie istnieje w świadomości postaci, ale jak się już pojawia to nikt się temu nie dziwi. Czy naprawdę należy się obawiać skarbówki, kiedy rozwalasz w postaci demona sporą część szkoły? Nie. Tego świata nie należy brać poważnie, bo grozi to uszkodzeniem mózgu. To jest ten najgorszy sort bajek dla dzieci, które są dla dzieci, bo mają tak niską jakość scenariusza. Autor „Nowego początku”, jednak pisał tego fanfika „na serio”. I to jest moim zdaniem największy błąd. Polecam poczytać fanfiki Suna, on sobie dobrze radzi z takimi problemami.
  3. „Kryształowe serce” to znakomity fanfik. „Kryształowe serce” to fanfik tyleż głęboki co „edgy”, ale nie w takim starym „babeczkowym” stylu. W Przypomina mi on nieco anime, czy też mangę pod tytułem „Elfen Lied”. Tam także dzieci ucinały głowy innym ludziom. Były to, co prawda mutanty tzw. Dicloniusy”, ale założenia opowiadania przypomniały mi wspomniany tytuł. Założenia są proste: Flurry Heart, podczas dziecięcej zabawy, urwała głowę swojemu ojcu. Jednak fanfik napisany jest w tak sugestywny sposób, że tym razem nie uznałem za konieczne uzyskanie odpowiedzi na pytania, moim zdaniem wielce zasadne: Czy takie lub podobne tragiczne wydarzenia są czymś rozpowszechnionym wśród władających magią źrebaków? Jak sprawę kwalifikowano pod względem prawnym? Czy w ogóle doszło do śledztwa, czy też ogłoszono, że Shining Armour uległ „wypadkowi”, w którym Flurry Heart nie brała udziału? Jak zareagowała Twilight, która była zapewne zżyta z bratem, ale w tym fanfiku jest w ogóle nieobecna, Co jest o tyle dziwne, że pojawia się w nim Celestia. I tak dalej i tak dalej. Tak czy inaczej, nie mogę wykluczyć, że Flurry Heart nie poniosłaby żadnej odpowiedzialności, bo też nie miała rozeznania co zrobiła. Jednak, jak to ujęła autorka, I to jest bardzo, ale to bardzo ciężkie brzemię. Można by o tym napisać osobnego fanfika, z perspektywy Flurry Heart. Flurry Heart, która wszystko zniszczyła… Jednak to Cadence, księżniczka miłości jest bohaterką tego fanfika i to z jej perspektywy poznajemy wydarzenia, ale przede wszystkim jej uczucia do córki i do jej roli jako księżniczki miłości. Nie będę tutaj streszczał tych przemyśleń, ale napiszę, że są one bardzo głębokie, chociaż najlepsze chyba jest to, że autorka potrzebowała tak niewiele słów, aby je oddać. Podkreśla to nieprzeciętnie wysokie walory literackie tego fanfika. Język tutaj użyty jest bardzo starannie dobrany. Jest elegancki (chociaż miejscami bardzo brutalny, przypominający gore), widać, że pochodzi od kogoś, komu obca jest wulgarność i zawsze zachowuje należyte zwyczaje. Świadczy to o wysokiej klasie księżniczki miłości. Ale forma nie może cały czas uciekać przed „treścią”. Bardziej zastanawiająca jest postać Flurry Heart, która moim zdaniem jest tutaj nieco „niedopisana”, ale też nie mam pewności. Nie wiem, czy więcej informacji by nie zaszkodziło temu fanfikowi, który swoją oszczędnością w dawkowaniu informacji i perspektywą jednej postaci unika fabularnych mielizn. Przykładowo zastanawiam się, ile lat miała Flurry, kiedy zdecydowała się z matką na ten ostateczny „pojedynek”? Tak czy inaczej, polecam tego fanfika. Jest to idealny jednostrzał, który nie musi i nie powinien mieć chyba bezpośredniej kontynuacji, chociaż zastanawiam się, czy rozszerzenie perspektywy (Twilight i jej rodziców?), z jakiej zachodzą wydarzenia by mu nie pomogło. Nie mam jednak pewności, czy na pewno, ostatecznie to perspektywa tej właśnie osoby nadaje fanfikowi tego unikalnego nastroju. Gorąco polecam!
  4. Jest taki fanfik o tytule „Wiedźma”, będący crossoverem między „Wiedźminem” a „My Little Pony: Friendship is Magic”. Zdobył on sobie niemałą popularność, ale poza tym próżno było szukać innych, podobnych fanfików. Najwyraźniej „Wiedźmin” nie jest tak popularny w fandomie jak uniwersum gier „S.T.A.L.K.E.R”, pomimo tego, że powstały dwa seriale w tym jeden od NETFLIX (co być może bardziej szkodzi niż pomaga), trzy znane gry (nie licząc fanowskich i pobocznych) nie wspominając. Ale wczoraj odkryłem fanfik pod tytułem „Las”. Jest to bardzo stary fanfik z czasów fandomu łupanego, który ma sporo wad, ale chyba też jedną zaletę i nie mam wcale na myśli, że jest niedokończony. Ponyville ma problem. Kucyki zaczęły znikać w lesie Everfree. Ponyville ma problem. Kucyki zaczęły znikać w lesie Ever free. Co jest tego przyczyną? Burmistrzyni Ponyville nie wie, nic nie może na to poradzić, więc tylko ogłasza, że do lasu nie powinno się wchodzić. Burmistrzyni nie wzywała pomocy, ale pomoc sama do niej przyszła. Miała na imię Geralt. Z zawodu był on wiedźminem… Nie chcę tutaj popadać w przesadę, ale nie skłamię, jeśli napiszę, że Ponyville tak ja je znamy z serialu, nie ma klimatu Ponyville. Nie chodzi tylko o wyjątkowo prostacki crossover. Weźmy taki przykład: Skąd się w Ponyville wzięła karczma? Ale co gorsza… Skąd się wzięło tam piwo?! Owszem, w fanfikach w tamtym czasie zdarzały się już wiwisekcje, mielenie kucyków żywcem oraz koszmary, ale piwo? Nie, te dwa fragmenty, następujące zresztą jeden po drugim, jakoś tak zniszczyły poczucie, że jestem w Equestrii, w Ponyville. Nagle znalazłem się w świecie Wiedźmina, tylko z jakiegoś powodu wszyscy są kolorowymi, gadającymi konikami. „Wiedźma” czy „Silent Ponyville”, chociaż bardzo mocno bazują na nie kucykowym materiale źródłowym, to jednak nie wytrącają czytelnika z immersji i ten nadal znajduje się w krainie kucyków. Tutaj, straciłem to wrażenie w przeciągu kilku sekund. Potem bohater zgłasza się do burmistrzyni, gdyż potrzebuje pieniędzy. Pada tutaj ciekawe zdanie, które chyba wiele mówi o Geralcie: To są dla mnie cechy bardzo antybohaterskie. Geralt pośrednio dochodzi do wniosku, że Equestria jest zbyt bezpiecznym miejscem, aby mógł zarobić, wykonując łatwe zlecenia. Jest to chyba najlepszy argument, dlaczego warto żyć w Equestrii, która nie potrzebuje bohaterów, gdyż bohaterskie czyny nie są potrzebne jej mieszkańcom. Dzieje się tak z tej prozaicznej przyczyny, że… … Takich stworów nie ma w Equestrii! Są paraspajty, kokotrisy, patykowilki…, hydry i mantykory też, ale ponownie mam wrażenie, że czytam Wiedźmina, tylko z kucykami zamiast ludzi! To tak nie powinno wyglądać! Te światy są fatalnie „zblendowane”. A styl? Nie jest najgorzej, jak na debiut, ale nadal kwestia dialogowe nie są wcięta i przez to mam wrażenie, że mam przed sobą jednostajną ścianę tekstu. Tytuł nie jest należycie wyróżniony, a wcięcia akapitów są paradoksalnie nazbyt głębokie. Pomimo tego jednak styl nie odrzuca. „Las” jest napisany raczej wartkim, chociaż niepięknym językiem. Jest średnio, czasami z tendencją do słabo, ale jak na debiut ujdzie. Muszę przyznać, że choć klimat fanfika o kucykach został zarżnięty już na drugiej stronie, to z ciekawością przeczytałbym jeszcze kilka rozdziałów, ot tak dla sprawdzenia, jaki charakter przyjmie historia, czy będzie to próba napisania sagi o przygodach kucyka-wiedźmina Geralta, czy też pojedyncze opowiadanie. Jednak, tak jak wiele innych, fanfik ten został porzucony po pierwszym rozdziale.
  5. Szukałem właśnie kolejnego fanfika, aby opatrzyć go niewątpliwie inteligentnym komentarzem, kiedy natrafiłem na temat II Wojna Fanfikowa, założony przez Cahan. Temat zawierał dwa opowiadania, jak wnioskuję po ich zawartości dotyczą one zamierzchłej przeszłości naszego fandomu. Czym jest „Festung Breslau”? To raczej znak czasów, a nie opowiadanie. Fabuła jest prosta (ale zamotana) i dziwna. Otóż Tribrony, napadli na Wrocław i robili tam „zrzuty” czegoś co w tekście nosi nazwę „opad”. Kojarzy mi się to tylko z opadem radioaktywnym, ale zdaje się, że nie to autorka miała na myśli. Many wspomnianą operację szpiegowską zakończoną wykradzeniem projektów: Projekt: Bronies oraz WDPDE. Mamy atak bombowców, mamy rozważania dyktator Cahan (już wtedy pod postacią zebry), mamy jakieś fetysze i dużo nawiązań do osób, z których część znam, ale chyba nigdy nie widziałem na oczy. Weźmy takie przykłady: I wiele, wiele więcej. Przy takim nagromadzeniu fandomowego „lore” miałem wrażenie, że czytam randoma, gdzie poszczególne sceny, wydarzenia, nawet dialogi nie muszą tworzyć logicznie spójnej całości, a często bywają wewnętrznie sprzeczne. Jednak „Festung Breslau” nie jest śmieszne, względnie to jest śmieszny utwór, ale tylko dla ludzi, którzy znają kontekst zachodzących wydarzeń. Podejrzewam jednak, że nawet wtedy śmiech mogą budzić same nawiązania, ksywki, ale nie to, co się dzieje, pomimo pewnej nawet dużej dozy absurdu. Bo jednak SS Rosiczken jest absurdalne. Nie wiem zresztą, skąd się wzięły te wszystkie nawiązania do III Rzeszy, SS etc. Od strony technicznej jest w porządku, widać, że autorka ma „lekkie pióro”, nie wyłapałem powtórzeń, niezręcznych dialogów, czy też opisów. Co prawda mam wrażenie, że tekst jest napisany jak komedia tylko jest jedno, ale… nie śmieszy. Nawet SS Rosiczken mnie nie rozbawiło. A ja się chciałem śmiać. Moim zdaniem można traktować „Festung Breslau” na dwa sposoby. W pierwszym wariancie pozostawić go bez oceny, gdyż nie wiem, co się tam właściwie dzieje, dlaczego i kim są bohaterowie. W drugim wariancie jest to chyba jednak bardzo hermetyczny „random”, który nie byłby śmieszny, nawet gdyby czytelnik znał wszystkie nawiązania użyte przez autorkę. Mam wrażenie, że skłaniałbym się jednak ku drugiej opcji. Część nawiązań chyba rozumiem, ale i tak mnie one nie śmieszą. Czy polecam? Sądzę, że jeśli autorka, a najlepiej ona i osoby wspomniane opatrzą tego fanfika komentarzem zyska on bardzo na wartości. Już teraz bowiem czyta się go jak tekst z XVII wieku, gdzie niby wiadomo, o co chodzi, bo tekst został napisany po polsku, ale to nie zawsze wiadomo, co autor miał na myśli.
  6. Fanfik „R/F]andom” to bardzo śmieszny fanfik, chociaż skrócenie go o połowę by mu z pewnością pomogło. Przyznam, że o ile te fanfik mi się podoba, to mam problem, aby oddać, dlaczego mi się podoba. Przyczyn jest kilka. Najważniejszą jest to, że fanfik składa się z luźno powiązanych scenek, liczących sobie po 1-2 strony, a często i mniej, i nie są one powiązane w żaden logiczny sposób. Czasami nawet poszczególne części zdania nie są powiązane ze sobą w sposób logiczny, a zdań w rodzaju gotowania zupy pomidorowej z buraków jest tutaj mnóstwo. Zwroty frazeologiczne zyskują zupełnie dosłowne znaczenie i stają się przez to częścią gier słownych. W fanfiku jest mnóstwo nawiązań do innych dzieł kultury i nie tylko. Pojawiają się one zupełnie losowo i są bez związku. Nie wiem, czy jest sens je wymieniać i się zachwycać jak inteligentnie zostały one wprowadzone. Nie, zamiast postaci z Trylogii Sienkiewicza można by wstawić Pana Tadeusza, a zamiast Jakuba Wędrowycza bohaterów Gwiezdnych wojen i miałoby to identyczny wpływ na fabułę, czyli żaden. Liczy się tylko gra słowna i wywołanie śmiechu poprzez zaskoczenie czytelnika nawiązaniem do czegoś, co już zna, albo nawet nie zna, ale słyszał i zapewne jest to śmieszne, bo wszyscy mówią, że jest, to dlaczego by się i czytelnik miał nie uśmiechnąć? Postacie? Trudno opisywać postacie, skoro logika ich zachowań wynika całkowicie z woli autora, a nie jak ta postać mogłaby się zachowywać na podstawie naszej wiedzy z serialu. Celestia ma np. trzy wersje, czyli ją samą, Molestię i Trollestię, które rozmawiają ze sobą i są rozłącznymi bytami. Psychologia postaci oczywiście nie istnieje, ale nie musiałoby jej tutaj być, przecież to „random”. Nikną granice między światami ludzi a kucyków, a nawet granice między światami istniejącymi tylko w głowach kucyków (słynny odcinek, gdy Spike został wessany do komiksu i walczył u boku superbohaterskich wersji Mane6). Językowo jest dobrze, pióro autora lekkie, nawet nie zauważyłem literówek! Nic nie wyrywa z immersji podczas czytania, jeśli autor tego nie chce, a już na pewno nie jest to nieudolność autora w posługiwaniu się językiem polskim. À propos Polski, ten fragment bardzo mi się spodobał: Może już skończę ten komentarz. Głównym problemem tego fanfika jest jednak jego długość. Fanfik Ziemniak forda „Jak podbić Equestrię” był dużo krótszy i to sprawiało, że czytelnika nie męczył dowcip. Fanfik ten był również bardziej tematycznie spójny, chociaż ukierunkowany bardziej na ludzi lubiących komunistyczny/słowiański folklor. „R/F]andom” jest bardziej ogólnie ukierunkowany na fandom MLP i być może bym go uznał za lepszy, gdyby był dużo krótszy. W pewnym momencie jednak ten dowcip zaczął mnie męczyć, z nadzieję czekałem na koniec, który nie nadchodził. A przecież połowę, czy ¼ tekstu można by wyciąć bez szkody dla fanfika, bo on nie ma wpływu na logiczny rozwój fabuły, gdyż tutaj nie ma czegoś takiego: ani fabuły, ani tym bardziej logiki. „Jak podbić Equestrię” skończył się, zanim zaczął mnie męczyć. A jak wiadomo to koniec wieńczy dzieło.
  7. Zasadniczo nie powinienem komentować tego fanfika. Jest to bowiem jakże typowy porzucony projekt składający się z prologu i pierwszego rozdziału. To co mnie w nim zainteresowało to przewodni temat, jakim jest muzyka. Bohaterem fanfika jest Minor, saksofonista, który po otrzymaniu angażu (po najłatwiejszej rozmowie kwalifikacyjnej w dziejach jaką może odbyć ktoś bez powiązań politycznych) przybywa do Ponyville w celu… odebrania uniformu i w sumie tyle. Mam wrażenie, że fanfik próbuje jakoś odnieść się do wątku muzykalności głównego bohatera, dlatego co rusz wstawia on odnośniki do utworów muzycznych z zewnętrznych źródeł, co jest ciekawym, niezbyt często stosowany zabiegiem. Aczkolwiek mam wrażenie, że auto trochę się pomylił w rachowaniu, bo jestem gotów przysiąc, że utwory trwały dłużej niż ilustrowane przez nie fragmenty tekstu, które są po prostu bardzo krótkie. Podobny zabieg zastosowano w „Ace Combat: Wojna o Equestrię” i „Ace Combat: Skrzydła Jedności”, ale tam fragmenty ilustrowane przez muzykę były znacznie dłuższe, a i same utwory chyba krótsze. Ogólnie, tekstowi brakuje jednak pomysłu na siebie. To co otrzymujemy to bardziej luźne komediowe fragmenty, które są mniej lub bardziej udane. Moim zdaniem przez dwa rozdziały nie zawiązała się akcja fanfika i nie wiem, jakby się ona miała dalej toczyć. Czy główny bohater by jednak został i założył kapelę w Ponyville, czy by nawiązał romans z Octavią, a może Dj3 Pony? Sądzę, że na tak wczesnym etapie jakiś ogólny zamysł już powinien być zdradzony czytelnikowi. Nie to jest jednak największym problemem fanfika. Od strony językowej „Tenorowy klucz” jest bardzo, ale to bardzo słaby. Weźmy poniższy przykład: Błędy interpunkcyjne, ortograficzne, powtarzające się literówki (potem autor wraca do zapisu cukierków zamiast cukierów), dialogi rozpoczynające się od „-” i bez odstępu po niej. Może tylko na plus należy zapisać, że bohaterowie mówią w zróżnicowany sposób. Podsumowując, fanfik jest krótki i niedokończony, a właściwie porzucony bardzo wcześniej, ale po tym fragmencie nie widzę ani pomysłu na fabułę, ani ciekawych postaci, a co więcej, sam wątek muzyczny jest potraktowany dość po macoszemu gdyż autor nie używa przykładowo „profesjonalnego żargonu”, który by mógł pomóc wyróżnić i nadać charakteru jego głównemu bohaterowi: To jest bardzo ogólny opis gry na saksofonie, nie wymaga on profesjonalnej wiedzy od piszącego fanfika. Czy polecam? Nie. Fanfik został porzucony bardzo wcześnie i chyba słusznie. Nie rokował on, bowiem najlepiej, w szczególności bez korekty, po której tutaj nie widać śladu.
  8. Pewnie powinienem się tym fanfikiem zachwycić, czytam, że ludzie płakali, czytając ten utwór. Faktycznie został on napisany tak, że można się popłakać… but I’m not impressed. Motyw Celestii starej, jak świat przewija się co jakiś czas w fandomie. Niezbyt często, gdyż jest to raczej trudny do opisania temat, przynajmniej, jeśli chce się to zrobić dobrze. Teoretycznie autor zrobił to dobrze. Są wszystkie symbole końca: samotność, plaża, Słońce, które się wypala. A śmierć, a śmierć nie nadchodzi. Może właśnie trochę w tym jest problem. Celestia umiera… w sumie to dobre pytanie, czy ona umiera, bo to jest dość złożony proces, czy lepiej napisać, że czeka na śmierć. I Celestia czeka na śmierć, ale ta nie nadchodzi. Prowadzi rozmowy z duchem Luny, względnie swoim wyobrażeniem tejże. Rozmowy są nieco na „odwal się” co ma tutaj akurat sens, bo Celestii się nic nie chce. Przypomina takie stereotypowe wyobrażenie staruszka siedzącego sobie spokojnie na progu domu spokojnej starości. To jest takie… Zachodnie wyobrażenie. I mam wrażenie, że to wyobrażenie jest bardzo rozpowszechnione. Mam też wrażenie, że autor próbował w tym fanfiku użyć jakiegoś matematycznego wzoru na wyciskanie łez. Nie mogę mu odmówić częściowego sukcesu. Chociaż nawet w tym zakresie „Zasłona” robiła, tutaj lepszą „robotę”. Celestia, która popadła w „stagnację”, ale ostatnim odruchem odtwarza swój świat sprzed katastrofy. Nie ma kucyków, bo zginęły w katastrofie? No to sobie stworzę nowe! Nie wyszło, ale pasuje mi to bardziej do charakteru Celest ii niż patrzenie jak Słońce staje się czerwonym olbrzymem. Celestia, nawet jak miała „wywalone” na wszystko była hiperaktywna. Mam wrażenie, że umieranie najlepiej opisuje się na własnych, osobistych doświadczeniach. Śmierć wszechświata nie jest czymś co można doświadczyć. Może sobie to być może wyobrazić, ale to nie jest coś, czego doświadczenie można przenieść na papier. Z oczywistych względów jest to doświadczenie trudne do opisania, może być ponad siły piszącego. Ale zastanawiam się, czy gdyby właśnie Celestia nie odchodziła w towarzystwie Twilight i pod jej opieką, czy to by nie było coś, co można opisać na bazie własnych doświadczeń. Jest to coś bliższego, życiowego i co można zrozumieć i wywołać wzruszenie albo w ogóle jakieś emocje. Kiedyś wysłuchałem takiego fanfika „Cream and Sugar”, gdzie motyw umierania jest także obecny, ale poza „kadrem”. Czułem jednak i co mnie wzruszyło, że było to coś, czego autor mógł sam doświadczyć i przelał te trudne doświadczenia na cyfrowy papier. „Klacz u kresu wieczności” jest, zdaje się dobrym fanfikiem, ale mnie nie poruszył. Bez kontekstu wydaje się on dziwnie „pusty”, pozbawiony treści za to z tanim symbolizmem rodem z „Ludzi bezdomnych”, Żeromskiego (Tak, mam na myśli drzewo, które się przewija na stronach fanfika). Miast płakać zadawałem sobie pytanie: kiedy to się skończy.
  9. „Autostop” to fanfik, że tak ujmę, o niczym. Bardzo dobrze mi się go czytało. „Autostop” nie ma fabuły, a przynajmniej sądzę, że taki fanfik można by napisać bez posiadania jej dokładnego planu. Wystarczyłaby co najwyżej inspiracja. Nie będę się tutaj rozwodził nad opisem zdarzeń. Ważniejsze są raczej dialogi, bardzo żywe i naturalne. Jest to fanfik, który po prostu się bardzo dobrze czyta. Nie przeszkadzało mi, że nie mamy zwrotów akcji, pościgów, strzelanin, napadów w celach rabunkowych oraz niebankowych. Nic z tych rzeczy bohaterki sobie gadają, gadają, gadają, gadają i gadają. Chyba jakieś ¾ tekstu to dialogi. I dobrze, nie wymagam od autora więcej. A nie wymagam, bo są dobrze napisane. Śmiałem się przy nich bardzo często, zwłaszcza że autor sięgnął, choćby po otwierającą scenę klasyka polskiego kina tj. „Chłopaki nie płaczą”. Genialne. Poza tym, jednak autor nie rzuca nawiązaniami na lewo i prawo. Są one oszczędne, ale dlatego właśnie to powyżej jest takie dobre. Jest dobre, bo wydaje się ono czymś, co się broni, nawet gdy ktoś nie zna kontekstu, jest czymś normalnym w historii drogi. Oszczędność w nawiązaniach jest zaletą, gdyż nie zmusza autora do naginania logiki rozwoju fabuły w celu eksploatacji coraz to nowych gagów, których przecież czytelnik nie musi znać. A przecież cóż znaczy twój nawet najlepszy dowcip będący nawiązaniem do czegoś innego nie wypali, jeśli czytelnik nie widział pierwowzoru. Jeśli mam o coś zastrzeżenie, to to, że autor jakoś nie próbował wyjaśnić jak to jest z tą magią, czy jest czymś normalnym, czy też nie. Co prawda autorzy pierwowzoru sami nie potrafili dojść do tego, jak postrzegają magię „kolorowi” ludzie Equestria Girls. Niby nikt jej nie używa i jej nie uczy, ale jak już się zacznie jej używać to nikt się nie dziwi. Powoduje to, że sam serial, zwłaszcza „Igrzyska Przyjaźni” wydają się tak nielogiczne, że aż zmusiły mnie do zrobienia czegoś, co przychodzi mi z trudem. Do niemyślenia. Być może jest to zresztą „defaultowe” wymaganie wobec odbiorcy, jakie mieli autorzy serialu. Podobały mi się elementy światotwórstwa. Przykładowo ciekawy był wątek prezydenta Sombry. Czy był on na kimś wzorowany? Może na Obamie? Ale fanfik jest z 2019 r. więc to może Donald Trump. Warto zaznaczyć, że sam spodziewałem się, że szkołę przeciwną Canter lot High będzie kierował właśnie Sombra, zwłaszcza że była tam Cadence i Shining Armour. Ale nic z tych rzeczy. Pewnie chodziło o kolor jego skóry. Fajne były również fragmenty pogaduszek przez CB-radio które przypomniały mi takie klasyki powieści drogi jak „Mistrz kierownicy”. Ogólnie czułem ten klimat chyba już wymarłego gatunku, gdzie bohaterowie przemierzali bezkresne amerykańskie przestrzenie, przeżywając przygody, poznając fascynujące postacie i dobrze się przy tym bawiąc. Te elementy odnalazłem w „Autostopie”. Być może fanfik ten zwracał się ku mojemu dużo młodszemu ja. Być może dlatego tak mi przypadł do gustu. Tak czy inaczej, polecam. Świetny tekst o niczym.
  10. Приветствую. У меня три просьбы к читателям: • Не ищите смысла в этом рассказе. • Не спрашивайте почему я его написал. • Не спрашивайте какие запрещенные средства я принимал. Это слишком сложные вопросы для меня. Хочу поблагодарить Sun и Obsédé (раввины даже прокомментировали одну шутку на форуме) за проверку текста перед публикацией. Сюжет рассказа случайный и непредсказуемый, юмор несмешной и просто глупый, ассоциации странные, могут содержать следы арахиса, неуместная шутка про форум и множество ненужных фрагментов (собрание которых представляют собой текущую историю). Я вас предупредил. Описание: Действия разворачиваются до того, как Искателями знаков отличия получила собственные знаки отличия. Эта организация решает попробовать свои силы в завоевании власти ещё одним способом. Что, если им суждено править Эквестрией? К сожалению, юные пони, не знают, во что ввязываются. Им предстоит столкнуться с убийцами, всемогущими корпорациями, революционными движениями и сторонниками старого режима. В конце концов, такое не может просто так случиться. Как у них всё сложится? Узнайте сами. С наилучшими пожеланиями и приятного чтения. Как завоевать Эквестрию
  11. „Churagan” to utwór pełen sprzeczności, a po jego lekturze mam bardzo mieszane uczucia. „Churagan” opowiada o losach OC-ka autora imieniem Frozen Sword… oraz Rainbow Dash, Lightning Dust, Scootaloo i niejakiego Blizzarda. Prawdę mówiąc, nie wiem, jaki jest motyw przewodni tego fanfika. Które wydarzenia są kluczowe. Nie czytając opisu w temacie, wpierw powiedziałbym, że jest to próba doprowadzenia grupy akrobatycznej Wonder bolts do stanu „używalności”, ale szybko się okazało, że mamy też tutaj jeszcze kupę innych wątków. Nie byłoby to złe, gdyby nie ograniczona liczba stron. Fanfik ma niecałe 80 stron A4, a czuję, że materiału jest tutaj na jakieś 200-300 stron. Co to powoduje? Że prawie wszystkie wątki są potraktowane po macoszemu. O ile początek dawał nadzieję, że akcja skupi się na Frozen Swordzie, że będzie to opowieść o tym, jak doprowadza on Wonder bolts do stanu „używalności”, o którym Celestia potrafiła wygłosić jedną z najlepszych mów motywacyjnych, jakie słyszałem, a raczej, jakie przeczytałem. Była super, zdradzała nam coś o przeszłości bohatera i nawet pokazywała, że Celestia nie jest upośledzona intelektualnie. Wszystkie elementy do napisania dobrego fanfika były na miejscu. Ale nie… zaczęły pojawiać się nowe, ale zasadniczo dobrze znane postacie. Potem poczęły pojawiać się też nieznane postacie, które także coś sobą chciały wnieść. Wątek Rainbow Dash i Lightning Dust nie wymaga opisu. Jednak wątek Blizzarda jest już poprowadzony tak pobieżnie… nie, wszystkie wątki są poprowadzone pobieżnie, po postu Frozen Sword został czytelnikowi jako tak przybliżony, wątek Dash i Dust też jest znany, ale dla wprowadzenia Blizzarda już zabrakło miejsca i czasu. Blizzard to jakaś parodia mrocznego edgy antybohatera, wypisz, wymaluj odpowiednik Shadowa z serii Sonic The Hedgehog. Naprawdę nie mogę podejść poważnie do postaci, która mówi takie rzeczy: A następnego dnia podczas terapii z Twilight Sparkle mówi: Co zrobił Blizzard? Ano potrafi sobie „wypuszczać” Windigo. Gdy to czytałem, miałem wrażenie, że Blizzard potrzebuje terapii, ale więziennej. Stanowi on, bowiem zagrożenie dla innych kucyków. Ale nie, idzie na terapię, ale nie na terapię za kratami. Przemycanie dużej liczby wątków doprowadziło do tego, że żaden nie jest dobrze i naturalnie rozwinięty. Są tak skomasowane, że stają się przerysowane. Swoją drogą, dobrze, że autor już w temacie zdradził, jakie jest główne wydarzenie w fanfiku, bo moim zdaniem to, co się dzieje na początku i w trakcie nie wskazuje, do jakiego finału będzie zmierzać akcja. Chcę napisać, że z logiką rozwoju wydarzeń jest tutaj naprawdę średnio, ale w stronę słabo. Strona techniczna jest słaba. Językowo jest średnio, ale wszystkie dialogi i didaskalia nie posiadają odstępu pomiędzy „–” a pierwszym słowem, formatowanie także pozostawia puste miejsce, a liczba literówek, przy czym bardzo oczywistych mnie załamała. I rzeczy te można by łatwo wyłapać, czytając test. Tymczasem odnoszę wrażenie, że autor nie przeczytał nawet tekstu wprowadzającego do fanfika w pierwszym poście. Czy to jest jakiś żart? Czy polecam? Jeśli jest to debiut autora, to widziałem gorsze, ale ten także pozostawia wiele do życzenia na lepsze, przypominając bardziej szkic niż skończony fanfik.
  12. Ciężko będzie mi napisać ten komentarz, nie chcę bowiem zdradzać szczegółów fabuły ani prowadzić rozważań opartych na własnych doświadczeniach. „Odwiedziny” to fanfik ciekawy i bardzo treściwy i powiedziałbym, że „ciepły”, ale to słowo wydaje się już nieco „wytarte”, a nawet mylące. Fabuła jest prosta, aczkolwiek przedstawiona w tak, celowo chaotyczny sposób, że właściwie do końca nie wiadomo, o co chodzi. Mimo to emocji jest tutaj sporo, są one wzajemnie sprzeczne i dla kogoś bez życiowego doświadczenia mogą się wydawać nawet „na wyrost”. Sam muszę przyznać, że fanfik mnie nie zachwycił. Wydaje się nieco „wtórny”, nawet jeśli uwzględnimy tematykę. Nie wiem, czy ktoś pisał fanfika na podstawie własnych doświadczeń, czy też wszystko sobie zwizualizował, ale fanfik ten by działał nawet bez kucyków i być może nawet wyszedł by wtedy silniejszy emocjonalnie. W zasadzie nic nie wiemy o tym, co zaszło pomiędzy „bohaterkami” (kto przeczyta ten zrozumie) tego fanfika, ale wydaje się, że coś bardzo niedobrego, skoro jedna z nich czuje, że ma problemy, aby odwiedzić drugą. Skąd się wziął ten problem? Po przeczytaniu lektury nadal nie wiem. Najwyraźniej autor uznał, że tak będzie lepiej. Cóż, moim zdaniem to spłyca „relacje” między postaciami w większym stopniu niż dodaje tajemnicy. Widać jednak, że autor miał taki zamiar, że ostatnie akapity powinny być dla czytelnika raczej odkryciem, a nie „katarzis”. Pisałem o „cieple” (i żałuję, że użyłem tego słowa, bo w tym fanfiku jego treść jest jakby wypaczona i „ciepło”, to jest bardzo nieoczywiste), ale mam wrażenie, że autor sięgnął nieco po jedno z najsłynniejszych opowiadań Lovecrafta, czyli „Koszmar w Dunwich”, skoro napisał takie oto zdanie: Podsumowując, z racji na starannie dobrany styl i słowa, tajemniczość utworu, chyba dobrze maskującego jego zakończenie, powiedziałbym, że jest to utwór warty przeczytania. Pomimo tego mi jednak średnio przypadł do gustu.
  13. Właściwie nie powinienem komentować tego fanfika. Jest to bowiem zaledwie pierwszy rozdział porzuconego projektu. A jednak właśnie ta „oldschollowość” zaczynająca się w umieszczeniu fanfika wprost w temacie mnie do niego przyciągnęła. „O rajusiu”, jakby to powiedziała Cosy Glow. Ten fanfik jest „all over the place”, jakby to powiedział cytujący panów z YT polski nastolatek. A jednak to prawda. „MLP:Emperors Key” posiada niesamowite tempo akcji. Główny bohater to kuc ziemski imieniem Snow (poza tym, że nosi imię Kalvin). I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że jego ojciec był pegaz o groźnie i potężnie brzmiącym imieniu Remulus. Otrzymawszy takiego potomka pegaz wpadł w szał, rozwiódł się z żoną, a ją i jej dziecko zesłał na dół. Jego imię, Snow, oznaczało tego, kto spadł z nieba i miało mu ono przynosić wstyd do końca życia… Mam wrażenie, że autor przeczytał co nieco z serii „Pieśń lodu i ognia”, bo nie chce mi się wierzyć, że wpadł na takie imię dla głównego bohatera przypadkiem. Tak czy inaczej, akcja fanfika pędzi z jakąś chorą prędkością, której mogę oczekiwać i którą widziałem nieraz, u na ogół początkujących autorów. Ale nawet wtedy, pamiętam tylko jednak fanfika, gdzie bohater rodzi się i osiąga dojrzałość w ciągu jednego rozdziału, zresztą liczącego jak sądzę do 7 stron A4. Sądzę jednak, że jak na pierwszy rozdział to jakimś cudem jeszcze może przejść, aczkolwiek, jeśli by tak miały wyglądać kolejne rozdziały to nie chciałbym tego czytać. Najbardziej zastanawia mnie, że początek dość dokładnie opisuje miejsce, gdzie narodził się Snow i prawa, jakimi się rządzi miasto. To mnie zmyliło i nie przygotowało na pośpiech, jaki nastąpił później. A mamy tam: nową szkołę, uzyskanie uroczego znaczka, powtórny ślub mamy bohatera, jakąś imprezę pożegnalną i… tyle. Muszę jednak dodać, że początek był obiecujący. Pod względem języka też nie jest rewelacyjnie: Uśmiałem się, także z tej kobiety powyżej. Czy polecam? Tak, jeśli potrzebujesz szybko punktów w jakimś konkursie ten fanfik jest idealny do skomentowania.
  14. „Pony City” to dzieło oryginalne i nietuzinkowe. Stwarza to tyleż korzyści co problemów. „Pony City” należy traktować jako eksperyment i jak to eksperyment jest on częściowo udany, a częściowo nie. Odnoszę wrażenie, że z podobną próbą opowiedzenia konfliktu zetknąłem się już wcześniej w postaci piosenki „Boney was, a Warrior”, bardzo krótkiej piosenki o życiu Napoleona względnie „Pieśni o Rolandzie”. Co do tej pierwszej, najwyraźniej Anglicy bali się go tak bardzo czarodzieje Voldemorta, bo w piosence nie pada ani razu imię wodza. Jednak, jak zaznaczyłem, „Boney was, a Warrior” to krótka piosenka, a pierwsza część „Pony City” ma 9 rozdziałów. Nie komentuję tutaj spinoff. Mam wrażenie, że te 9 rozdziałów to jednak za dużo, przynajmniej w tej formie. Zacznę może wyjątkowo od strony językowej. „Pony City” to historia napisana wierszem. Nie jest to historia konkretnej osoby, ale całego konfliktu. Niestety, chociaż strona formalna tutaj dominuje nad treścią, to nie mogę jej ocenić właściwie, bo się nie znam na wierszach, rymowaniu etc. Wydaje się jednak, że na początku ta forma przyciąga uwagę, ale szybko zaczynają pojawiać się problemy. Dodam, że „Pony City” to nie jest pod względem słownictwa utwór, który dąży do piękna języka, jest on wręcz często turpistyczny. To nie jest bardzo poetycki język, nie jest subtelny, lecz często dosadny. W każdym razie nie jest to utwór podczas czytania, którego czytelnik doznaje estetycznych uniesień dzięki pięknu języka. Przy czym taka forma rodzi kilka poważnych problemów. Szybko wydarzenia zaczynają się zlewać, tracą na wyrazistości, bo jest tutaj dużo… streszczeń (?) bitew, ale bitwy te różnią się głównie miejscami, gdzie się one rozgrywają. Innych detali poza tym, siłami stron i liczbą ofiar jest niewiele. I to zaczyna być odczuwalne bardzo szybko. Czasem autor doda jakieś uwagi typu, że po jednej stronie walczyły, Jaki, że PRE „inwestowało” w pegazy, że w obozach pracy pracowali jeńcy (co biorąc pod uwagę jak krwawe są bitwy dziwi, bo przy takiej ilości ofiar jeńców by już chyba nie było etc. Tego też trochę jest, ale mam wrażenie, że forma nie radzi sobie z przybliżeniem wysiłku przemysłowego i skąd w ogóle PRE posiadało taki potencjał. Czy to jest jakieś AU, czy po prostu Celestia wykazała się największą możliwą indolencją i nie zauważyła, że obcy twór zajął część jej kraju, zanim jeszcze zaczęła się wojna. Cóż, to Equestria wszyszystko jest możliwe. Największą jednak bolączką jest niszczenie atmosfery przez samego autora. „Pony City” próbuje być bardzo klimatycznym fikiem, próbuje przedstawić nam wojnę kucyków, po czym autor dodaje takie oto rozważania na ćwierć strony: Te ćwierć strony wystarczy by zniszczyć klimat na resztę rozdziału. Czasami odnoszę wrażenie, że autor prowadzi rozważania ogólne, których celu nie mogę dociec, dodają one jednak materiału, który chyba nie dodaje nic do treści, a tylko ją wydłuża. Czy polecam? To utwór eksperymentalny, więc trudno go ocenić, ale sądzę, że przydałaby się bardziej poetycki język i inny, bardziej wzniosły styl. Rymy są bowiem często bardzo proste. Ponadto mam wrażenie, że z czasem robi się on zbyt monotonny i nie zaszkodziłoby jego skrócenie, zwłaszcza że pewne fragmenty bardziej szkodzą w odbiorze niż pomagają.
  15. „Lojalność” to bardzo ciekawy fanfik. Nic dodać, nic ująć. „Lojalność” to crossover MLP:FIM i gry „Mirror’s Edge”, która powstawała w czasach, gdy parkour, czyli przemieszanie się po dachach, poręczach etc. był bardzo popularny i po którego gra ta chętnie sięgała. Dodam, że „Mirror’s Edge” nie był jedyną grą w owych czasach, które sięgnęły po ten motyw (przykładowo seria polskich gier Dying Light). Bohaterką była tzw. kurierka, która biegała po mieście, przekazując cenne informacje i przy okazji unikając złapania przez policję. Po ten motyw sięgnął też autor fanfika „Lojalność”. Fanfik ten składa się z dwóch części. W pierwszej zapoznajemy się z „pracą” kuriera. Jest to głównie dynamiczny opis, pokonywania przeszkód oraz opisu działania organizacji, do której należą kurierzy. Już ta część jest bardzo dobrze napisana, treściwie, lecz przejrzyście. Zawiera dużo informacji, lecz następna część podbija poprzeczkę znacznie, znacznie wyżej. Tak, autor myślał, kiedy pisał „Lojalność”. Dobrał idealnie te bohaterki, które cenią sobie prędkość i brak strachu przed przeszkodami i upadkiem. Są to oczywiście Scootaloo i Rainbow Dash. Konfrontacja między nimi jest bardzo emocjonalna, chociaż nie dlatego, że klacze „drą się na siebie”. Dzięki niej uzyskujemy dużo informacji o tym, dlaczego bohaterki zakończyły swoją znajomość, co się stało z jedną z Mane6, o tym, jakie będą przyszłe wybory dwóch pegazów, będących bohaterkami fanfika. Także ten fragment jest napisany w bardzo zajmujący sposób, który podsumuje najlepiej ten przejmujący fragment: Żałuję tylko jednego. Żałuję, że „Lojalność”, nie jest dłuższym fanfikiem. Bardzo mnie wciągnęła ta „wersja demonstracyjna”. Ten fanfik naprawdę zasługuje na rozbudowanie, może nie „wielorozdziałowiec”, ale taki „miniserial” mający trzy lub cztery „odcinki” po 20 stron. Czytelnik mógłby wtedy lepiej poznać losy pozostałych Mane6 oraz otrzymać o wiele więcej informacji o świecie fanfika. Dodam, że mnie braki w świecie przedstawionym, nie raziły, a więcej uznaję je za świetnie dobrane, jeśli wziąć pod uwagę krótkość fanfika. Moim zdaniem miejsce na podium dla „Lojalności” było jak najbardziej uzasadnione. Polecam, zdecydowanie polecam ten fanfik i za opisy pościgu na początku i za emocjonalne zakończenie.
  16. Przyznam, że nie skończyłem „Exanimy” i poddałem się już na drugim rozdziale z trzech dostępnych. Wynudziłem się bowiem strasznie. „Exanima” dzieje w świecie, gdzie ludzie i kucyki koegzystują i razem walczą z demonami. Główny bohater ma na imię… nie pamiętam, jak ma na imię. Zresztą to może nie jest aż tak istotne, podobnie jak imię bohatera „Za garść dolarów” nie jest istotne, liczy się to, co robi. A morduje demony. I o tym właściwie jest ten fanfik, o zabijaniu demonów. Główny ludzki bohater ma chyba kucykowego pomocnika o imieniu Lars, ale uważam, że pomogłoby, gdyby kucyk miał jednak typowe kucykowe imię. Fanfik przypomina mi film w rodzaju „48 godzin” i jest jakby nawiązaniem do gatunku Buddy movies, gdzie miejsce Murzyna (bardzo sympatycznego na ogół) zajmuje kucyk. Zresztą główni bohaterowie zachowują się jak typowi bohaterowie tego typu filmów: Co jeszcze robią bohaterowie jak w tego rodzaju filmach? Przeklinają: Chciałbym coś napisać o tym fanfiku, o świecie o bohaterach, ale prawda jest taka, że wszystko mi się zlewa w jedną całość. Fabuła ma nieco strukturę misji z gier wideo albo odcinka jakiegoś serialu. Po jakimś czasie zacząłem się zastanawiać, że w zasadzie byłyby to ciekawy materiał właśnie na grę albo film. Niestety, to co w filmie czy grze, czyli dużo akcji, by mi wystarczyło, tutaj tchnie jakąś opisową „biedą”. Nie wiem prawie nic o świecie, który przez to wydaje się całkowicie „generyczny”. Nie ma klimatu, poza tym, że jest mrocznie i jest dużo przekleństw. To, że są kucyki w ogóle nie pomaga, bo ja przez cały czas nie poczułem, że pomiędzy kucykami a ludźmi są jakiekolwiek różnice w sposobie działania, możliwościach etc. Przykładowo bohater zna magię run. I po co mu te runy, skoro ma pistolet? Przecież magią mógłby się zajmować kucyk i to by już jakoś różnicowało bohaterów. Nie ma sytuacji, że np. człowiek gdzieś nie wejdzie, ale mały kucyk może to zrobić albo potrzebne są skrzydła. To, że partner bohater nosi ludzkie imię wraz z powyższym powodowało, że kucyki i ludzie stali się w ogóle nie do odróżnienia. Nie widzę różnic w metodach działania, myślenia ani próby, choćby pogodzenia różnego systemu wartościowania. Można by z tego fanfika wyjąć kucyki i bym wcale nie zauważył ich braku. „Walki” są tutaj opisane bardzo pobieżnie. Bohater wyjął broń/rzucił zaklęcie – wycelował – strzelił - strzelił - strzelił w coś innego - zmienił magazynek itd. Sun by to bardzo ładnie opisał, ale to nie jest fanfik Suna. Nie ma czegoś takiego, jak np. plan działań, koordynacja pomiędzy ludźmi a kucykami. O możliwościach bohaterów dowiadujemy się dopiero wtedy, gdy już używają swoich umiejętności co w przypadku pierwszych rozdziałów wcale nie jest błędem, ale pozwala płynniej poprowadzić akcję. To zapiszę autorowi na plus. Fanfik jest napisany raczej dobrze pod względem technicznym, ale wrzucanie wszędzie wulgaryzmów, mam wrażenie, że czyni go bardziej infantylnym. Bohaterami są specjaliści (podobno) do walki z demonami, chyba powinni trzymać nerwy na wodzy, a tymczasem klną tylko nieco mniej, jak przysłowiowy szewc. Czy polecam? Nieszczególnie, bo chociaż nie jest to fanfik napisany źle pod względem technicznym, lecz wydał mi się on po prostu nudny. Gdy go czytałem, miałem wrażenie, że „czytam” film albo grę wideo. Nie odnalazłem tutaj wiele inwencji (z wyjątkiem przekleństw), tylko wytarte klisze. Jest to fanfik akcji, ale ja odnalazłem tutaj tylko znużenie i nieco edgy infantylizmu.
  17. „Winny” to bardzo fajny fanfik i jest tym lepszy, że jest bardzo krótki. Połączenie treściwości z ilością słów, nie zawsze idzie w parze. Jest to także fanfik „który wydaje mi się znajomy, chociaż nigdy go wcześniej nie czytałem, nawet z opisów. „Winny” składa się z części opisowej i monologu. Oba są bardzo klimatyczne. Osadzony w industrialnym Hoofington opowiada historię (niegdyś) bogatego ogiera imieniem Golden Dust, który zwierza się ze swej winy klaczy Mint. Już sam klimat miejsca, w którym rozgrywa się akcja jest nakreślony krótko, acz bardzo wyraziście. Przywodzi na myśl Europę okresu industrializacji, ze wszystkimi tego konsekwencjami. Mnie jednak Hoofington przypomina z jakiegoś powodu Manchester i to niekoniecznie z okresu rozkwitu industrializacji, ale raczej z okresu powojennego upadku przemysłu. Miasto bowiem jest już, jakby zastygłe, szare, pokryte kurzem bez ferworu pierwszych lat industrializacji z przestarzałymi fabrykami. Może dlatego jest to ciekawe, że jest takie znajome, że autor tworzy coś, co czytelnik najpewniej poznał, nawet jeśli jest to tylko kanon szkolnych lektur. Nie będę wnikał w historię Golden Dusta ani Mint. Są one także „znane”, chociaż postacie te pojawiły się po raz pierwszy (i zapewne po raz ostatni) w twórczości autora. Są one dość często reprezentowane na kartach powieści Charlesa Dickensa, Bolesława Prusa czy Maksyma Gorkiego. Typowy dualizm, ktoś bogaty, ale bez przyszłości za to z tragiczną przeszłością i ktoś bez biedny, bez przeszłości za to może z przyszłością. Wydaje mi się, że pojawia się tutaj, chociaż niezamierzenie, rozważanie o tych, wielkich tego świata, którzy otrzymali wszystko bez własnego wkładu i tych, którzy mogą stać się wielcy, bo są bliscy dna. Autor, jednak nie rozstrzyga tego wątku, wątku Mint, wszak miał tylko 6 stron. Stylistycznie fanfik, jednak cierpi. Nie chodzi tutaj o warstwę językową tylko formalną. Akapity są oznaczone jednocześnie wcięciem i odstępem, co jest zbędne. Innym razem tylko wcięciem, innym razem nawet tego brak. Dialogi zaczynają się od pojedynczego „-”. Wydaje mi się też, że autor nadużywa „…”, chociaż sam chętnie sięgam po ten „zabieg”. Widać, że fanfik nie przeszedł korekty. Podsumowując, „Winny” mi się spodobał, chociaż wydaje mi się, że trochę dlatego, że lubię te motywy, znane mi z lektur szkolnych, w tym mojej ulubionej „Lalki” Bolesława Prusa. W ogóle lubię wiek XIX i wczesny wiek XX, a ten fanfik wydaje mi się wręcz „skrojony” pod moje gusta. Czy polecam? Trochę irracjonalnie, ale polecam. Ostatecznie jest powiedzenie „że najbardziej lubimy te piosenki, które już znamy”.
  18. „Tajna broń” to najlepszy przykład fałszywej reklamy. Po przeczytaniu zapowiedzi w temacie z fanfikiem spodziewałem się, cytując autora „Wodnego świata”. Tymczasem, parafrazując Cezarego Pazurę otrzymałem „fanfika o kucykach w łódce”. Fabuła fanfika, całkiem długiego fanfika, bo liczącego 36 stron, jest prosta. Celestia miała wizję, że tylko odnalezienie pewnego drzewa ocali Equestrię. Wysłała w tym celu dwóch marynarzy, aby je odnaleźli. A mieli bardzo długą drogę do przebycia, gdyż to, co było kiedyś Equestrią znajdowało się pod wodą i to od wielu lat. Proszę mnie źle nie zrozumieć. Jako dziecko i nastolatek widziałem „Wodny świat” przynajmniej kilka razy i nigdy mi się ten film nie spodobał. Inspiracje tym filmem w „Tajnej broni” też są raczej luźne i poza samą koncepcją, że cały Świat znalazł się pod wodą i że gdzieś tam jest suchy ląd, to nie zauważyłem innych. Jednak to, co otrzymałem jest biegunowo odległe od „Wodnego świata”, że mam wrażenie, że autor po prostu trochę „trollował”. Wyszedł mu, zatem fanfik o dwóch ogierach w łódce. Moim zdaniem największym problemem „Tajnej broni” jest niezbalansowanie, pewne partie są zbyt ospale poprowadzone, a na inne poświęcono zbyt mało czasu. Dość napisać, że po piorunującym początku akcja bardzo, ale to bardzo zwalnia i miałem wrażenie, że po prostu przez kilka stron w ogóle stoi w miejscu. Dopiero w połowie zaczyna się, jakkolwiek rozpędzać by pod koniec zacząć wprowadzić jedną rzecz w ogóle bez ostrzeżenia. Powolność akcji nie musi być problemem, jeśli potrafi się ją wypełnić, ale moim zdaniem tego właśnie tutaj zabrakło. Miałem nieustannie wrażenie, że bohaterowie łatają cieknącą jednostkę pływającą i… tyle. Opisy świata tego nie wynagradzają, ale nawet ona wydawały mi się nużące. Jak to można by wypełnić? Przykładowo pokazaniem wiedzy autora o pływaniu, czy nawigacji. Jak na fanfik, którego akcja w 80% dzieje się na wodzie jest tutaj bardzo, ale to bardzo mało fachowego słownictwa, jakim posługują się żeglarze. Bohaterowie? Bohaterowie są naprawdę nudni, zwyczajnie nudni. Na koniec nie potrafiłem powiedzieć o głównym bohaterze, imieniem Silver Spear, wiele więcej niż to, że to doświadczony marynarz. O jego towarzyszu, Shiningu, wiem tylko, jak ma na imię i że to gwardzista. Poza tym język opowiadania jest ładny, nie rewelacyjny, ale zgrabny. Niestety nie ratuje on całości. Dopatrzyłem się jednak zalety, mianowicie braku idiotycznego słowotwórstwa w postaci wprowadzania na siłę feminatywów. Weźmy taki przykład: I co, wiadomo, nawet bez podawania płci, że kapitan Blaze to klacz, a kapitan Spear to ogier? Ludzie sobie jakoś radzą bez potrzeby masakrowania naszego pięknego języka. Największa wada tekstu wychodzi jednak na koniec. Oto pojawia się „Wielka Kahuna Luna”, siostra księżniczki. W tym momencie osłupiałem, bo przez całego fanfika nie było wspomniane ani razu, że jest jakaś siostra Celestii imieniem Luna. Bierze się ona po prostu, jakby znikąd. Jakby był potrzebny nagły zwrot akcji, czy inne wstrząsające zakończenie. Po co to jest? Nie dało się tego zasygnalizować wcześniej, zamiast tworzyć całych partii opowiadania o, mam wrażenie, „niczym”? Czy polecam „Tajną broń”? Klimat jest unikalny, ale wykonanie pozostawia do życzenia na lepsze. Mam zatem wątpliwości, czy polecić to opowiadanie.
  19. „Nie ma przeznaczenia” to bardzo oldschoolowy fanfik. Tak „oldschoolowy”, że mógłby się on ukazać kilkanaście lat temu. Niestety ma też elementy z naszych czasów. „Nie ma przeznaczenia” to u swych podstaw fanfik, który mnie zaintrygował. Akcja dzieje się przed wydarzeniami znanymi z fanfika „Fallout: Equestria”, ale takim jakby innym? „Fallout: Equestria” „zaczynał się”, zanim Twilight dostała skrzydeł. Tutaj nawet nie jest ona Twilight Sparkle tylko Twilight Twinkle, Pinkie Pie jest zaś pegazem. Są to zatem pierwotne koncepty postaci, które ostatecznie nie weszły do ostatecznej wersji serialu. Jak się zawiązuje akcja? W bardzo, bardzo prosty sposób: główny bohater, Paweł, spadł na Rainbow Dash, po czym wylądował w szpitalu. To bardzo ciężka diagnoza. Ale od czego są czary! Dlatego przymknę oko, że bohater sobie już po kilku dniach hasa, kradnie kapcie… Trudniej przymknąć oko, że w ciągu kilku dni, pomimo opowiadania o istotach zwanymi ludźmi, którzy jakoby istnieli, pomimo aresztu domowego, Paweł, który, jak widać, nosi bardzo niekucykowe imię, awansuje bardzo szybko, tak wręcz nienormalnie szybko na gwardzistę królowej. Tak, przypuszczam, że jest to kolejne nawiązanie do wczesnego etapu prac nad serialem. Skądinąd podobają mi się takie elementy, chociaż nie wiem (i zapewne się nie dowiem, bo fanfik jest porzucony), co to miało wnieść. Czyżby to było AU w ramach innego AU? Nawiązań do innych fanfików jest zresztą więcej. Biorąc pod uwagę, że Paweł jest człowiekiem ma to sens. Jednak mam problem z tym jego błyskawicznym awansem. To wszystko, co się dzieje z Pawłem, dopuszczanie go do wszystkich informacji pomimo tego, co mówi i że na dobrą sprawę powinien się znaleźć pod obserwacją psychiatry, jest tak dziwne i wymuszone. Nie wiem, czy Paweł to self insert autora, ale mam podejrzenia, że tak. Tak czy inaczej, Paweł, chociaż wygląda jak kucyk, ale nie gada jak kucyk został już tym gwardzistą, a przynajmniej inni gwardziści na tyle go poważają, że słuchają jego obiekcji i porównań zebr do radzieckich szpiegów… Tak, Paweł twierdzi, że chce być historykiem, dlatego tłumaczy, że zebry planują coś niedobrego, skoro wzywają do stolicy szefa swojego wywiadu w Equestrii, bo jak Związek Radziecki odwoływał swojego rezydenta do Moskwy to ten już nie wracał itd. I kucyki tego słuchają z uwagą, słuchają, ale nic z tym nie robią. Wcześniej Paweł wyjaśnił przyczyny rewolucji październikowej w Rosji i… naprawdę nie rozumiem, czemu oni go słuchają. A tak na marginesie, autorze, jeśli chcesz być historykiem i Paweł jest twoim self insertem, to odnośnie do przyczyn rewolucji październikowej polecam np. „Stracone dekady”, Mieczysława Smolenia, czy „Historia Imperium Rosyjskiego” Michaiła Hellera, to te krótsze książki dostępne w jednym tomie. Polecam też świetnego fanfika „Kanclerz”, który także omawia kwestie rewolucji, tylko że na gruncie Equestrii. Natomiast, co mi się podobało, to ostrzeżenie, jakie Pinkie Pie daje Pawłowi, żeby nie próbował zmienić historii. Pinkie Pie, jakby doskonale wiedziała, co się wydarzy i to byłoby świetnym i interesującym wątkiem, gdyby został rozwinięty. Samo hasło PINKIE PIE PATRZY! ZAWSZE! Jest również nawiązaniem do właściwego „Fallout: Equestrii”. Językowo nie jest tragicznie ani wybitnie, można powiedzieć, że jest znośnie, że zdania są wystarczająco komunikatywnie napisane, żeby nie budzić wątpliwości co autor na myśli. A potem pojawia się to. Co to jest „komandorko”? Poszukałem trochę i okazało się, że słowo, które używa autor istnieje, ale znaczy coś zupełnie innego. Jak widać, można pisać poprawnie. Niestety autor idzie w zaparte. „Kapitanka”? Tego słowa nawet nie ma w słowniku. Sprawdzałem dzisiaj nad ranem. Mam nadzieję, że nie jest to wytwór naszego systemu edukacji i na lekcjach nie ma rozważań na temat tego, że nie należy używać słowa menstruacja, tylko womenstraucja, bo słowo to zawiera element „men” albo „Herstoria”, bo słowo „Historia” zawiera „His”, a więc na pewno dotyczy mężczyzn… Już nie piszę, że oba słowa, zarówno komandorka, jak i kapitanka brzmią, jak 90% „ulepszeń języka polskiego” wymyślonych przez osoby feministyczne, po prostu źle. To są dowódcy, ich tytuły nie powinny się kojarzyć ze zdrobnieniami! Skoro znęcanie się nad osobami feministycznymi jest już odhaczone, to przejdźmy do podsumowania. „Nie ma przeznaczenia” mnie zaintrygował, nie tyle swoimi „ulepszeniami” języka polskiego co tajemnicą. Dlaczego Pinkie Pie tyle wie, czy to, że jest pegazem, a Twilight Sparkle jest Twilight Twinkle ma jakieś znaczenie? Bardziej mnie to przykuło do lektury niż jej naiwność (a jest to fanfik bardzo naiwny) czy nie najlepszy styl (i używanie podwójnego „-” jako oznaczenia partii dialogowych), jakim jest napisany. Sądzę, że bym z zainteresowaniem przeczytał kolejne rozdziały.
  20. Przeczytałem ostatnimi czasy sporo opowiadań i zaczynam sądzić, że tagi „Legendary” i „Epic” nadaje się nazbyt często, a już na pewno zbyt wcześnie. „Nie ma tego złego” to pierwsze opowiadanie z serii wampirach. Pierwsze i ostatnie, gdyż od 2019 r. nic nowego w temacie na forum nie zostało opublikowane. Bohaterami fanfika jest wampirzyca Annares i jej stado nietoperzy, które obudziły wampirzycę z kilkuwiekowego snu. Fanfik opowiada o tym, jak wracała ona do formy… można w sumie stwierdzić, że to fanfik trochę o niczym. Naprawdę nie dzieje się tutaj wiele. Ilość wydarzeń można policzyć na palcach jednej ręki i przypominają one część fabuły z dowolnego filmu o wampirach, poczynając od wprowadzenia postaci wampira. Potem mamy urządzanie sobie „leża”, pierwszą ofiarę, zauważenie przez wieśniaków, że coś się zaczyna dziać, w związku z czym pojawia się sceptyczny „pogromca wampirów”, w tym wypadku byłaby to być może zebra, Nyszyt’anh, ale co do tego już nigdy nie będziemy mieli pewności. Wszak fanfik jest porzucony. Nie będę tutaj wspominał poszczególnych dowcipów, które mnie rozśmieszyły. Nie to jest celem komentarza. Mam jednak podejrzenia, że zarówno tytuł, jak i ten nieco sarkastyczny fragment są motywem przewodnim jakiegoś konkursu: Nie mogę zaprzeczyć, że „Nie ma tego złego” to fanfik napisany lekko, ale nie będący komedią tego rodzaju, które lubię (piszę, że to komedia, bo ma więcej wątków komediowych niż przygodowych, których nie ma wcale). Gdybym miał utwór porównać do komedii o wampirach, które lubię to „Nie ma tego złego” przypomina mi raczej „Nieustraszonych pogromców wampirów” w reżyserii Romana Polańskiego niż „Dracula: Wampiry bez zębów” z Leslie Nielsenem wyreżyserowany przez Mela Brooksa. Oba filmy bazują na motywach znanych z powieści Dracula, a raczej na jej adaptacjach tych klasycznych z lat 30. czy też z brytyjskiego studia Hammer, czy też, w przypadku drugiego z przytoczonych tytułów „Dracula” Forda Coppoli. Humor w „Nie ma tego złego” lekko nawiązuje do kanonu. Jest to zabawne, ale nie jest to śmieszne. Podczas czytania „Nie ma tego złego” zaśmiałem się może dwa razy. Jednym z dowcipów, który mi się spodobał było: Nie każdy to wyłapie, ale wampirzyca jest z rodu wampirów z zamku, który nosi nazwę „Zamek”. To się nazywa inteligentny humor. Styl jest bardzo dobry, postacie mówią w zróżnicowanym stylu i można odróżnić styl wykształconych postaci od mieszkańców wioski. Poza tym fanfik jest ładnie napisany pod względem językowym. Czy widać, że „Nie ma tego złego” jest fanfikiem konkursowym? Nie widać. Nie ma tutaj nadmiernych skrótów fabularnych albo uproszczonej logiki zachowań bohaterów. Jest to fanfik, natomiast urwany. Przez większość czasu mam wrażenie, że akcja nie zmierza donikąd, że jest to taka długa ekspozycja jednej postaci. Potem pojawia się nagle zebra, która ma chyba zadatki na pogromcę wampirów i… fanfik się kończy. Przecież to nie jest skończona opowieść. Tag „Przygoda” w ogóle nie jest wykorzystany. Dlatego lepsza z tego komedia (i tak oceniam ten utwór, jako próbę napisania czegoś śmiesznego), chociaż nie jest to utwór tak oznaczony niż „przygoda”, chociaż jest to fanfik tak otagowany. Czy polecam? Fanom wampirów i owszem. Czy jest to materiał na „Epic” albo „Legendary”? Po pierwszym (i jedynym) rozdziale nie dałbym tej oceny.
  21. Zastanawiałem się jak ocenić „Spadającą gwiazdę”, gdyż w momencie czytania byłem bardzo senny. Postanowiłem powrócić do komentarza, gdy wypocząłem, ale nadal nie mogę napisać, by ten fanfik mnie szczególnie wzruszył. Zastanawiam się jednak, czy autor ma pewne zdolności profetyczne, te bliższe i te dalsze. Główny bohater fanfika, pegaz imieniem… nie pamiętam, jak miał na imię, ale główny bohater fanfika, uczęszczający do szkoły pegaz, odnalazł pewnego razu, będąc na spacerze ranną kuc operkę. Zawiązała się między nimi przyjaźń, gdy ten zaczął ją karmić swoim drugim śniadaniem. Kuc operka imieniem Midnight nie znalazła się w pobliżu trasy spacerów zupełnym przypadkiem. Była ona uciekinierem z ogarniętej wojną domową Equestrii. Akcja fanfika dzieje się w kraju zwanym Astria. Jest to kraj neutralny. Najwyraźniej jest tak totalnie neutralny, że nie pozwala nikomu z Equestrii wkraczać na swoje terytorium. Midnight mimo wszystko się tam znalazła. Prawdopodobnie jest dezerterem, nie mogę bowiem inaczej wyjaśnić, dlaczego jest na neutralnym terytorium, przy czym nie potrafiła ukryć swojej zbroi. Chciałbym napisać, że ten fanfik mnie wzruszył, ale tak nie było. Rozumiem jednak co mogło kierować autorem. Wyprawy młodego Star Dusta, jeśli dobrze pamiętam, przypominają mi nieco serię książek „Pięcioro dzieci i XXX”. Rodzeństwo spotykało tam magiczne istoty i stopniowo zaczynało się z nimi zżywać, ale ten czas był skończony. O jego upływie świadczyły nie tylko ubywające do końca strony. Działy się tam rzeczy, które wskazywały na to, że magiczna przygoda dobiega końca. „W spadającej gwieździe” tego brak. Owszem, autor wspomina, że Midnight ma gorączkę, ale przecież ona tam siedzi nie jeden, nie dwa i nie trzy dni. Trwa wojna domowa w Equestrii, a ona efektywnie uchyla się od walki. Autor nie rozwinął tego wątku. Nie rozwinął także, dlaczego Astria jest aż tak absurdalnie niechętna uchodźcom, że nie otworzy jakichś obozów dla nich. Ba, przecież żołnierzy walczących stron w krajach neutralnych się internuje. Dla mnie postawa tak żądu Astrii jak Midnight jest po prostu „dziurawa”. Gdzieś tam są dodatkowe informacje, ale są skrywane. A mnie odpowiedź na te pytania zaczęła interesować bardziej niż pogadanki i wzajemne wpatrywanie się w gwiazdy bohaterów fanfika. Wiarygodność uczuciowa wymaga też wiarygodności świata. Natomiast ciekawi data publikacji fanfika. Zastanawiam się, czy był on jakoś przerabiany, ale jego zamieszczenie w lutym 2014 r. poprzedziło dosłownie o dni inny konflikt, ten za naszą wschodnią granicą. Ciekawe, czy miało to jakiś wpływ na autora, który przecież musiał napisać „Spadającą gwiazdę” wcześniej. W tekście jest całkiem niemało literówek, weźmy taki przykład: Podsumowując „Spadająca gwiazda” nie urzekła mnie ani nie rozczuliła. Dlaczego? Sądzę, że powodem jest to, że bohaterów znamy zbyt krótko, nawet jeśli weźmiemy pod uwagę to, że fanfik jest treściwie napisany, bez przysłowiowego „lania wody”. Jednak brak informacji o świecie nie pozwalał się mi wczuć w nich. No i sam motyw wpatrywania się w gwiazdy, jest, że tak to ujmę silnie wyeksploatowany. Czy polecam przeczytać tego fanfika? Innym się podobał. Może to ich opinia wyda się wam bliższa prawdy.
  22. „Zasłona” to ciekawy fanfik. Krótki, acz intensywny i chyba z bezsensownym „twistem” na koniec. Prawdę, pisząc, gdy zobaczyłem, że „Zasłona” ma niecałe dwie strony nie chciałem dawać mu szansy. Jednak komentarz innych zachęciły mnie do lektury. Fanfik jest bardziej opowieścią, mógłby stanowić część innego utworu. Jednak to, co jest, wystarcza, aby być kontent. Fanfik porusza problem długowieczności i tego, co ona zmienia w postrzeganiu danej osoby. Najpierw zastąpiono nazwę księżniczka na królową. Potem została boginią… Przypomina mi to trochę cesarza Austrii, a potem Austro-Węgier Franciszka Józefa, który chociaż niewiele dobrego zrobił dla kraju (poza tym, że długo żył co wydłużyło żywot jego państwa). Władca, który wraz z wiekiem tracił coraz bardziej wpływania na sytuację w kraju, lecz obrastał legendami o dobrym władcy. Powstawały anegdoty, sławiące jego mądrość… a po rozpadzie kraju pojawiła się nostalgia za czasami „prosperity”. Z Celestią byłoby podobnie, ale ona nigdy nie umarła. Umarł natomiast jej świat. A ona, tak jak ją znamy z ostatnich sezonów, nie mogła wiele zrobić. „Zasłona” jest ciekawym fanfikiem właśnie przez próbę pokazania jak zastój wpływa na władcę, który nie mając potrzeby się wykazać z czasem popada w stagnację. A jednak Celestia jest nie tylko obdarzona wielką czcią. Jest też bardzo, bardzo stara. Stara i nawykła do pewnych schematów. Ale wraz z zagładą kucyków te ulegają załamaniu. „Zasłona” wprowadza ważny wątek, jakim jest to, że władza zasadniczo potrzebuje uwielbienia. Zastanawiam się, czy końcówka fanfika nie dodaje jeszcze jednej rzeczy, że władza potrzebuje samej siebie. I jeśli nie ma kim rządzić, to… sobie znajdzie kogoś do rządzenia. Jest to dość ironiczne podejście. Ale faktem jest, że władza zawsze się odrodzi, świat nie znosi próżni. Jeśli to uwzględnimy to może tajemnicza końcówka nie wydaje się aż tak „bezsensowna”. Czy polecam fanfika? Tak, jest bardzo ciekawy. A to, że jest tak krótki nie przeszkadza ale dodaje mu właśnie tej tajemnnicy, którą bardziej rozwlekła forma mogłaby zabić.
  23. „Opera w trzech aktach” to spin off „Takifugu”. Nie czytałem „Takifugu”, ale chyba już nie chcę. To dokładnie na odwrót, niż w przypadku Save Me: Silent Universe, które zachęciło mnie do przeczytania macierzystego fanfika. O czym jest „Opera w trzech aktach”? To historia klaczy imieniem Opera, pracownicy sortowni śrubek. Pewnego dnia została ona aresztowana, gdy podczas wizytacji fabryki powiedziała wizytującym „że robotnicy są smutni”. Potem już nie była smutna. Została zabójczynią na zlecenie dla podziemnej organizacji komunistycznej o nazwie Cheketa. Życie nabrało rumieńców. Problem w tym, że ona już żyła w komunistycznym kraju. Komuniści poprawiający komunizm nie mogli przecież nie mieć racji… Głównym problemem „Opery w trzech aktach”, nie jest fabuła sama w sobie. To byłaby zupełnie spoko, uznałbym ją nawet za ambitną. Tekst ma jednak dwa problemy: Pośpiech i schematyczność. W efekcie powstaje, nie zawaham się użyć tego porównania coś podobnego do „Broken Bonds: Zerwane więzi”. Problemy wynikające z pośpiechu są różnorakie. Po pierwsze jest to skrótowość rozwoju postaci. One nie dojrzewają do pewnych wniosków, one do nich „doskakują”. Z pierwszych stron nie można wnioskować, że Opera jest zagorzałą przeciwniczką reżimu. Jej fraza „że robotnicy są smutni" pada dosłownie od czapy. Do tego momentu jedynym tak naprawdę wyrazem niezadowolenia z panującego reżimu było to, że kupiła kanapkę w bufecie dworcowym, która była za mała i za droga. Każdy, kto jadł w Warsie wie, że porcje są tam małe i drogie, ale raczej dziwne, żeby wyrosła z tego chęć do walki z III RP, prawda? Potem Opera zostaje aresztowana. Nagle zaczyna zachowywać się jak zadeklarowana… no nie wiem, jak to nazwać, bo nie była antykomunistką, skoro potem brała udział w życiu komunistycznego ruchu oporu. W stalinowskim ZSRR pewnie by to określono jako „Trockizm”. W efekcie tego bohaterka się nie rozwija. Najgłębsze jej przemyślenia brzmią jak wyjęte z filmów akcji o zawodowych zabójcach, ale nie wiem, czy tych z górnej półki. To, o czym mówi Opera nigdy nie jest opisane w tekście. Nie jesteśmy świadkami tych koszmarów sennych. Opera albo kłamie, albo to totalny prymityw, który nie lubił sortować śrubek i za to znienawidził reżim (no i kanapka była za droga i za mała), ale z chęcią będzie mordować innych na rozkaz Chekety i żyć ze świadomością, że może zostać tak samo skazana na śmierć przez kierownictwo jak jej ofiary. Nie ma u niej wyrzutów sumienia. Nie mogę wyjaśnić, dlaczego wysłano ją bez żadnego przeszkolenia do zamordowania jej byłego naczelnika w pracy. W tej sytuacji wychodzi wręcz na jakąś psychopatkę: Czy autor ma czytelników za idiotów? Wlazła z zamiarem zamordowania kogoś i zabiła w obronie własnej? Czy to jest jakiś żart? Czy jeśli gangster wejdzie do domu jakiegoś przedsiębiorcy i powie, że musi go zabić, ale ten może mu zapłacić haracz i po sprawie, a potem go zabije, bo ten nie chciał płacić to będzie on działał w obronie własnej? Bo jak to wygląda? Nie jak opis działania mafii? Czy sortownia była aż tak zła, czy ta kanapka była aż tak za droga i za mała, żeby teraz mordować i być szczęśliwym, że się nie jest w sortowni? Była tam regularnie gwałcona przez tego dyrektora? Opera nic o tym nie wspomina, a mi się nie chce odwalać roboty za piszącego. Jeśli opisujesz morderstwa tym bardziej możesz chyba napisać, że była napastowana w pracy. Zresztą przytoczony powyżej opis podpowiedział mi główny zwrot fabularny w tym fanfiku. Wyjątkowo nieczęsto się zdarza bym przewidział główny plot twist autora. Ten miał miał chyba jednak inne zamysły, bo tak właściwie nie dało się poprzez podane przez niego informacje dojść do prawdy o Chekecie. Mógłbym tak dalej. Ale w tym fanfiku jest jedna zasada: jeśli Opera ma coś zrobić albo czegoś nie zrobić to to zrobi albo i nie, bo tak chce albo nie chce autor, a nie dlatego, że ma jakąś psychologię postaci. To nie jest poziom pisania postaci od Darkness Princess, bo tam bohaterowie zachowywali się, jakby nie byli świadomi, jakie mogą być konsekwencje ich działań. Tutaj bohaterka zachowuje się chaotycznie, ale budzi u mnie raczej antypatię, a nie sympatię. Po prostu mam wrażenie, że ta postać nie rozumie pewnych prostych spraw, a raczej upraszcza do nieskończoności (podobnie jak autora fabułę tego fanfika) bardzo złożone sprawy: Przygotować powstanie, gdy organizacja rewolucyjna została zniszczoną chwilę wcześniej. Czy to jest jakiś żart? Czy Opera w ogóle wie, co robi, zastanawia się nad tym, co się dzieje? Chyba nie. Czy polecam? Nie, nie polecam tego fanfika. Jest on napisany w ten sposób, że osiąga dokładnie przeciwstawny efekt do zamierzonego. Nie mogę polubić bohaterki, która woli mordować, niż pracować w sortowni, przy czym obaj jej pracodawcy się od siebie w zasadzie nie różnią. Nie będę jednak spojlował głównego zwrotu akcji fanafika.
  24. Przeczytałem „Liść Róży”… i nie znalazłem w nim nic szczególnie godnego uwagi. Może poza tym, że należy go otagować trochę inaczej. „Liść Róży” to romans… a konkretnie to przedstawia on romans pomiędzy pegazem Aidenem a bratem klaczy imieniem Roseluck. Aiden przyjechał do Ponyville, żeby znaleźć jakąś pracę. Przy okazji odnalazł sposobność do perspektywicznego homoseksualnego seksu. Tak, Aiden woli ogiery. Tak, zepsułem wam końcówkę specjalne. Prawdę mówiąc, minęło kilka godzin, odkąd skończyłem „Liść Róży” i niewiele pamiętam z tego fanfika. Mam za to kilka spostrzeżeń, których wspomnienie przypomni mi co się wydarzyło w „Liściu Róży”. Zacznijmy tradycyjnie: Naprawdę dziwi mnie, wręcz zaskakuje, nie mogę tego pojąć, dlaczego tekst napisany w 2012 r. i w ogóle, jakikolwiek tekst napisany po ukazaniu się polskiego tłumaczenia pierwszego sezonu, używa tego spartolonego tłumaczenia „Kącik Kostki Cukru”? Jest to jakiś fandomowy ewenement. Ludzie mają lepsze tłumaczenie, „Cukrowy Kącik”, które nie brzmi do bani, ale niczym ćma lgnie do światła latarni, o którą się rozbija, ci trzymają się tego dosłownego tłumaczenia. Ja rozumiem, że ktoś mógł tak w ferworze przetłumaczyć, pisząc swojego pierwszego fanfika, kiedy jeszcze nie było polskiego tłumaczenia, ale na litość Celestii, pierwszy sezon po polsku ukazał się w październiku 2011 r. Dobra… to, o czym jest ten fanfik… w sumie to fabuła nie jest istotna. Istotne jest to, że nie czuję emocji. Nie czuję zaangażowania, gdy czytam „Liść Róży”. Nie ma innych kandydatów do serca braciszka klaczy imieniem Roseluck ani jawnych, ani ukrytych. Tak, fanfik zasługuje na spojler. Naprawdę, nie mogę powiedzieć, gdzie mnie ten fanfik poruszył czy wzruszył. Nic z tych rzeczy. Są niby jakieś tajemnicze prezenty, ale problemem jest to, że uczucia bohaterów nie zostają wystawione na jakąkolwiek próbę. Powoduje to, że fanfik jest po prostu… nudny. Dotyczy to, zwłaszcza Aidena, który mam wrażenie, został pokochany przez brata klaczy imieniem Roseluck niedługo po pierwszym wejrzeniu i ta tylko stara się dać mu do zrozumienia, że ten coś do niego czuje. Nie ma zatem dramatu. Ale nie ma też komedii. Chyba że za przykład takiej uznać ten fragment: Wyjaśnijmy jedną rzecz. Aiden jest strażnikiem królewskim. Jest członkiem elitarnego oddziału. Tutaj mam wrażenie, że on jest trochę kreowany na kucykowego Johna Rambo, który po wojnie w Wietnamie nie może się odnaleźć w Ameryce. Aiden nie może się odnaleźć w cywilu. Poszedł do wojska, ale szybko się okazało, że nie zrobi tam kariery, więc chce wrócić do jednostki. Do elitarnej jednostki, chociaż możliwe, że do jedynego wojska, jakie ma Equestria, przez co traci ono automatycznie swój elitarny status w ramach krajowych sił zbrojnych. Tak czy inaczej, oglądał on na oczy księżniczkę Celestię. Mógł jej bronić albo stolicy. Oznacza to dowód najwyższego zaufania w kraju. Najwyraźniej albo Aiden nie wspominał o tym fakcie, albo tak jak John Rambo mógł być co najwyżej parkingowym, Aiden zaś kasjerem. Sądzę jednak, że te domysły należą tylko do mnie i autor nie patrzył na postać bohatera w ten sposób. Fanfik jest napisany ładnym językiem, ale ma jedną wadę, która mnie irytuje. Autor często pisze „nasz bohater”, łamiąc „czwartą ścianę”. To wybijało mnie z immersji. Co więcej, ten sposób zwracania się do czytelnika w zasadzie nic nie daje. Wszechwiedzący narrator nie komentuje poczynań Aidena w jakiś dowcipny sposób, nie wnosi swoim komentarzem czegoś ciekawego do naszej wiedzy o świecie przedstawionym, akcji etc. Spokojnie wystarczyłby tutaj narrator trzecioosobowy niełamiący „czwartej ściany”. Czy polecam? Mnie fanfik nie wzruszył ani nie poruszył w inny sposób. Może fanom homoseksualnych romansów się spodoba, ale nie mogę mieć pewności.
×
×
  • Utwórz nowe...