Dobra, w końcu nadrobiłem ostatni rodział - czas więc na skomentowania Kanclerza.
Jak dla mnie opowiadanie jest wspaniałe. Intrygi polityczne, spiski arystokratów, opis życia wyższych sfer - sama doskonałość. Na dodatek nasz Markiz co i rusz raczy nas nawiązaniami do klasycznych pozycji literackich (ale odpowiednich dla wysoko urodzonych). Dodając do tego bardzo interesującą kreację postaci (i przypisanie wielu z nich arystokratycznego pochodzenia) mamy tu tekst, gdzie nie da się oderwać od lektury. Wydarzenia są brutalne i następują szybko, nie dając czasu na nudę i wywołując chęć czytania kolejnych stron. Szczerze mówiąc mam nadzieję, że już niedługo Markiz uraczy nas kolejnym rozdziałem przygód arystokracji w Equestrii.
Naturalnie jest jedna rzecz do której muszę się przyczepić (choć jest to zarzut subiektywny, wynikający z osobistych upodobań) - całość opowiadania jest cudowną symfonią, jednak od czasu do czasu rozlega się w niej straszliwy zgrzyt - przetłumaczone nazwy własne. Nawet nie wiesz jakie to straszne uczucie, kiedy pasę oczy tekstem i nagle wyskakuje przede mną tego typu abominacja. Nie wspominając już o "skrzydlatorożnej" klaczy - za to należy się gilotyna bez prawa do apelacji.
Teraz krótkie przewidywania i nadzieje co do przyszłości: