Airlick

Brony
  • Zawartość

    2152
  • Rejestracja

  • Ostatnio

Reputacja

1588 Legenda Forum

10 obserwujących

O Airlick

  • Ranga
    Jedynie Słuszny
  • Urodziny 31.12.1991

Informacje profilowe

  • Płeć
    Ogier

Ostatnio na profilu byli

20120 wyświetleń profilu
  1. “The Square" Są filmy, na które z jakim nastawieniem się nie pójdzie, to i tak będą w stanie porwać widzów i wprawić ich w taki stan, jakiego chciał reżyser. The Square jest takim filmem. Jest przedstawiany jako czarna komedia, i faktycznie są w nim takie elementy, ale, moim zdaniem, trafniejsze byłoby określanie go komediodramatem. Poszedłem na seans, na którym zapełniona była połowa sali, do tego był to sobotni wieczór, a więc oczywiście połowę widowni stanowili ludzie podchmieleni, randkowicze itp. - a więc ludzie, którzy szli, nastawiając się na komedię. Przez pierwsze pół godziny, może godzinę, irytowało mnie to strasznie. Ludzie śmiali się na scenach, w których nie było zupełnie nic śmiesznego, aż zacząłem się zastanawiać, czy to ja nie mam poczucia humoru. Było kilka zabawnych momentów, później, o dziwo, było ich jeszcze więcej, ale na pewno humor nie uzasadniał salw śmiechu. No, ale trudno, zdzierżyłem, chociaż szczęki się zaciskały. Potem jednak wydaje się, że ludzie zaczęli zwracać coraz większą uwagę na sam film, a nie na pilnowanie, czy teraz powinni się roześmiać. I w końcu przyszła ostatnia ćwiartka filmu. Scena, w którym aktor wpada na salę bankietową, udając małpę. Na początku sala się śmieje, razem z postaciami w filmie. Pod koniec panowała całkowita cisza. I to chyba tą sceną film zarobił na Złotą Palmę. Oczywiście nie jedną sceną stoi, jest naprawdę wielowymiarowy i porusza masę wątków, z czego najważniejszym jest społeczna znieczulica i obojętność wobec ludziom potrzebujących pomocy - bezdomnych czy po prostu proszących o przysługę. Dokłada krytykę współczesnych "elit" kulturalnych i sztuki nowoczesnej. Czy ma wady? Ma. Jest kilka scen zupełnie bezsensownych, które niczemu nie służą w kontekście całości, i na tych scenach film trochę się dłuży. Ale naprawdę daje materiał do przemyśleń. Jeśli macie okazję, to oglądajcie. Nie pożałujecie.
  2. “Dunkierka" Byłem wczoraj, pod wrażeniem pozostaję do dzisiaj. Widziałem w życiu trochę filmów wojennych. Większość to hollywoodzki szajs, a na naszym podwórku są albo filmy, gdzie aktorzy grają jak w teatrze, albo starające się imitować ‘Murykę. Każde podążają jasno ustaloną ścieżką, gdzie pierwsze kilkanaście minut poświęcone jest wprowadzeniu bohaterów, zazwyczaj jeszcze przed wojną albo w jakiejś bazie, później zwykle jest moment "wejścia z buta" dzielnych wojaków, gromiących wszystko, co stanie na ich drodze, potem okazuje się, że to jeszcze było nic i stają oni naprzeciwko wielkiej przewagi nieprzyjaciela, by ostatecznie nadludzkim wysiłkiem osiągnąć zwycięstwo albo zostać wybawionymi przez bratnie wsparcie. Z hollywoodzkich filmów bije patos, z polskich bluzgi opisujące bezsens i beznadzieję sytuacji szeregowych trepów. Tymczasem Dunkierkę ogląda się jak kronikę filmową. Już sam początek, z napisami wprowadzającymi krótko sytuację na początku bitwy, przywodzi to na myśl. Dialogów jest bardzo mało, duża część filmu to właśnie sceny ukazujące żołnierzy na plaży, podpływające okręty czy przelatujące samoloty. Oczywiście nikt nie wytrzymałby na tym dwóch godzin, więc reżyser płynnie przechodzi od scen dość statycznych do scen... akcji, bo walką ich nazwać nie można. Z filmu przebija beznadziejność sytuacji pojedynczych żołnierzy, którzy w najlepszym wypadku widzą samoloty zrzucające na nich bomby, w najgorszym nie wiedzą nawet, skąd padają strzały. Nie mogą zrobić nic, mogą tylko czekać na ratunek albo śmierć. Zresztą, pomijając kilka samolotów, Niemców widzimy dopiero w ostatniej scenie. Mimo to, bez przerwy jest to poczucie zaszczucia. W gruncie rzeczy trochę przywodzi to na myśl polskie filmy, ale gdzie w nich ten efekt osiąga się zwykle patetycznymi mowami postaci, Nolanowi wystarczają obrazy. Ciekawy jest zabieg z ukazaniem w zasadzie tej samej historii z trzech perspektyw z pomieszaną chronologią. Do tego jest to zrobione na tyle sprytnie, że wcale nie wiadomo, jak to się kończy. Dla przykładu, w jednej z pierwszych scen angielscy piloci zestrzeliwują Niemca, ale przy okazji i jeden z Anglików dostaje i musi wodować. Widzimy, że pilot otwiera lekko kokpit i macha ręką drugiemu, a w oddali płynie do niego statek z innymi bohaterami, po czym scena się urywa, a dalszą część widzimy z perspektyw zestrzelonego pilota i załogi statku dopiero pod koniec filmu - i zakończenie wcale nie jest oczywiste. Tak łączą się też pozostałe wątki. Wady? Według mnie nie jest to wada, ale ludzie podają prostotę fabuły, małą ilość dialogów i płytkość bohaterów. Moim zdaniem zarzuty są bezpodstawne, ale mnie już pierwsza scena wprowadziła w ten nastrój kroniki filmowej. Postacie są wyraźnie zaznaczonymi indywidualnościami, a nie tylko kukłami, którym musi przydarzyć się to, co reżyser zechciał ukazać w filmie. To wystarczyło. W każdym razie, film polecam każdemu, kto posiada zdolność skupienia uwagi większą od przeciętnego chomika i umie docenić i wyciągnąć wnioski z obrazów, komu nie trzeba wszystkiego powiedzieć wprost, żeby zrozumiał. Minimum wiedzy historycznej też się przydaje. Jeśli ktoś chce obejrzeć bohaterskie szarże i Amerykanów wyrzynających Niemców setkami... No, to nie jest film dla niego. Dla mnie 10/10.
  3. Wzięlibyście zdjęli tą kolejkę, bo jeszcze będzie mi się chciało coś pisać i będziecie musieli to zatwierdzać... Oszczędźcie kłopotu wszystkim zainteresowanym. :hmpf:

  4. "Również" Po raz kolejny przeliczam się, licząc na inteligencję albo uwagę (albo jedno i drugie) ludzi, którzy okazują się pieniaczami. Nie pisałem o przypadkach, w których depresja jest wywołana czynnikami biologicznymi, a tylko o tych, w których wynika z problemów z psychiką. Chyba że wszystkich wrzucamy do jednego worka - wszyscy chorują z powodu biologii, a nie słabej, niepoukładanej psychiki... No i nie widzę, gdzie napisałem, że wystarczy wyjść z domu i się ogarnąć, ale najwyraźniej szał ci tak przesłonił wizję, że dorobiłeś sobie do mojego posta swoją własną ideologię - co w sumie nie byłoby specjalnie zaskakujące.
  5. Być może. Nie skupiam się w tym poście na biologii, bo się na tym nie znam.
  6. Depresja nie dotyka ludzi z poukładaną i silną psychiką. Nie dotyka ludzi, którzy potrafią nie tyle przejść do porządku dziennego nad swoimi problemami, ale radzić sobie z nimi na tyle, żeby nie pozwolić im przytłoczyć się i zdominować swojego życia. Człowiek, który tylko z powodu - powiedzmy - nietolerancji i wyśmiewania ze strony rówieśników, popełnia samobójstwo, jest po prostu słaby. Depresja może i jest chorobą duszy, ale nie jest jak rak, który może dotknąć najsilniejszego. Musi mieć solidną (chociaż w tym przypadku raczej właśnie spróchniałą) podstawę, żeby móc zapuścić korzenie. Chociaż nie, podobnie jak z rakiem właśnie, jestem w stanie wyobrazić sobie sytuację, w której depresja dotyka naprawdę silną psychicznie osobę. Ale to musiałaby być naprawdę wielka tragedia. Zresztą spójrzmy, jak wiele osób podnosi się w końcu np. po śmierci małżonka, rodziców czy dziecka, a to chyba najgorsze, co może człowieka dotknąć. W większości przypadków więc dotyczy to ludzi słabych. Słabość sama w sobie żadnym grzechem nie jest, każdy człowiek jest inny, jedni rodzą się szybcy, drudzy wolni, a trzeci ze słabą psychiką. Albo życie kształtuje ich w taki sposób, że stają się słabi. Tylko pytanie, na ile powinno się im współczuć, żałować i próbować pomagać. I na ile takie osoby pozwalają sobie pomagać. Prawda jest taka, że nie wystarczy okazać komuś uwagę, i nawet najszczersze chęci nie wystarczą, żeby takiej osobie pomóc. Trzeba do niej trafić. Do tego nadają się najlepiej wykształceni psychologowie i psychiatrzy. Co może zrobić normalny człowiek? Jasne, może spróbować. Ale według mnie powinien raczej postarać się pokierować taką osobą tak, żeby trafiła do specjalisty. Może faktycznie wystarczy czasem okazać troskę, żeby trochę pomóc, ale w ostatecznym rozrachunku można jeszcze bardziej zaszkodzić, choćby odrzuceniem, jeśli okaże się, że z tą osobą, której się pomaga ze współczucia, nie chce się utrzymywać kontaktu. Wzmianki o wypadaniu z puli genetycznej lepiej sobie darować, bo depresję da się wyleczyć, a przynajmniej przytłumić, a każdy ma prawo do szczęścia. Należy życzyć osobom chorym na depresję, żeby trafili w życiu na kogoś, kto do nich trafi i będzie skłonny zmagać się wraz z nimi z tą chorobą. Ale niewiele jest osób, które będą w stanie dźwigać, poza swoim, jeszcze krzyż innej osoby. Bohaterowi tego tematu się nie udało, i to samo w sobie jest smutne, ale tak już jest. Jeśli przyroda dąży do równowagi, to za jego śmierć ktoś inny znalazł szczęście.
  7. Poszedłem na filmówkę Assassin's Creed, mimo że jestem wielkim antyfanem Ubisoftu, a przez to nie jestem też specjalnie przekonany do serii, nawet nie do niej jako takiej, ale do corocznego odgrzewania tego samego kotleta. Ale chociaż poszedłem z uprzedzeniem, to całkiem mile się zaskoczyłem. Oczywiście nie można od tego oczekiwać jakiejkolwiek głębi. To jest typowy blockbuster, czyli politycznie poprawny, prosty jak konstrukcja cepa, przewidywalny od początku do końca i wypakowany efektami specjalnymi. I jeśli podejdzie się do niego z tą świadomością, to można się naprawdę dobrze bawić. Film ma niestety ogromną dziurę fabularną, bo bohater zmienia front dosłownie w sekundę bez kompletnie żadnego powodu, i to nie jest fajne. Za to Fassbender gra dobrze jak zwykle, więc w jakiś sposób to wynagradza. No i jest tam Chinka-asasynka, chociaż niezbyt ładna. Takie mocne 5/10 bym mu dał, z poleceniem, jeśli chcecie dobrych sekwencji walki i macie akurat wolne 2 godziny.
  8. To są buddyjskie korale, chociaż przerośnięte, a nie "typowe kule".
  9. To też prawda. Ja na pewno z niej nie skorzystam, ale wartościowa to uwaga.
  10. Pisałem kiedyś fica. Wypocenie dwóch krótkich rozdziałów zajęło mi tyle, co przetłumaczenie pięciokrotnie większego materiału. Stwierdziłem wtedy, że nie umiem pisać i właśnie do tłumaczeń muszę się ograniczyć. W założeniu fic miał mieć konstrukcję dwutorową, gdzie oba wątki miały być od siebie prawie całkowicie oddzielone. Jeden miał opowiadać o czasach współczesnych całej hordzie OCków (oddalonych o ponad 100 lat od serialu choćby), drugi o tym, jak doszło do tego, że w świecie osiołków nagle zabrakło księżniczek. Pierwsza część miała doprowadzić kucykowy świat do prawie zupełnej unifikacji, a technologicznie na skraj rewolucji przemysłowej i obejmować co najmniej kilkanaście lat. O drugiej w sumie nie ma co pisać, bo nigdy pierwsza nie powstanie. Jak to zwykle się u mnie dzieje, chciałem zrobić zbyt dużo zbyt szybko, i skończyło się tak, że nic nie zrobiłem. W gruncie rzeczy spodziewałem się, że tego nie skończę, ale nie myślałem jednak, że tak szybko się poddam. Zapędziłem się trochę w kozi róg z paroma pomysłami i nie wiedziałem, jak z tego wybrnąć, nie popadając w sztampę.
  11. Serdecznie polecam "Srebrenica to magia", co prawda opowiada tylko o jednoosobowej krucjacie serbskiego rycerza w świecie osiołków, ale jest bardzo realistyczny. Z tego powodu trzeba tylko uważać na wulgaryzmy, bo wiadomo przecież, że przeciętny rycerz wcale nie dysponował zbyt wyszukanym słownictwem.
  12. Doceniam gest.
  13. A może właśnie trzeba przestać szukać? Desperacja chyba nikomu nie pomogła. Przestać zagadywać dziewczyny z myślą, że chciałoby się z nią umówić. Być sobą i liczyć, że komuś twoja osoba spodoba się na tyle, że się tobą zainteresuje. Oczywiście pomaga, jeśli nie masz odpychającego charakteru, potrafisz rzucić inteligentną uwagą i wypowiedzieć na głębsze tematy, niż ostatni mecz Legii. Chociaż to też zależy, kogo szukasz, bo może głupia dziewczyna by cię zadowoliła. Tutaj zresztą wychodzi brak sensu zagadywania losowych osób - bo ładne opakowanie może skrywać skarb, a może być pustą wydmuszką. Mała też szansa, że trafisz na kogoś o wspólnych zainteresowaniach. Trzeba po prostu pozwolić czasowi i szczęściu zadziałać. A czasem najzwyklejszy gest potrafi wywołać lawinę niespodziewanych wydarzeń...
  14. He, że co, ja w OW nie gralem z 3 miesiące.