Jump to content

Strona Główna  |  Ogłoszenia  |  Lista Fanfików  |  Fanpage  |  Feedback
kapi

Enklawa w innym świecie [duosesja] [wstrzymana na życzenie graczy]

Recommended Posts

Mało kto liczył czas od tajemniczego przeniesienia. Dni mijały powoli na codziennych czynnościach i skrupulatnych badaniach. Jednak nie odkryto metody działania kamienia. Energię czerpano z okolicznego lasu i wszystkiego, co znajdowało się już w Hope Pass. Dowództwo nie pozwalało się oddalać dalej niż na 1km od enklawy, gdyż gąszcze, nie do końca wiadomo dlaczego blokowały sygnały radiowe i traciło się kontakt. 

 

Las już nie raz pokazał swą nieprzystępność. Mieszkały w nim stworzenia nie spotykane na ziemi, zabójcze Mantykory, drzewne wilki, drapieżne rośliny, jaszczury, oraz złowrogie cienie wrażliwe tylko na specjalną amunicję, produkowaną z rdzeniami z tutejszych materiałów i rdzeni drzew, które charakteryzowały się  dużym, nieznanym promieniowaniem. Doniesienia naukowe głosiły, że wszystko w tym lesie emanowało w większym bądź mniejszym stopniu tym czymś. Prowadzono wiele badań, ale jedyne co odkryto, zawierało się w silnym działaniu destrukcyjnym na tutejsze zastanawiające istoty. 

 

Teraz jednak dowództwo zaplanowana dalszą ekspansję. Trzeba było wykonać najpierw wypady zwiadowcze. Zostali do tego przeznaczeni  odpowiedni ludzie, mający doświadczenie i zaufanie. Wyposażono ich dobry ekwipunek i rozesłano po okolicy. Jednym z nich był młody Kyle Freeman.

 

Mężczyzna szedł powoli przez krzaki rozglądając się uważnie. Spotkał już w swym życiu kilka razy Mantykory, więc karabin miał stale gotowy do strzału. W pewnym momencie dostrzegł jakiś ruch w krzakach. Momentalnie wypalił, zbliżył się, żeby zobaczyć co to jest. Przed nim leżało stworzenie niepodobne, do niczego w tym lesie. Przypominało kolorowego kucyka i krwawiło mocno z boku, na dodatek miało skrzydła.

 

Kilkanaście metrów dalej czaiła się Dark Forest, przywiedziona zapachem i zaniepokojona nowym stworzeniem.

 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Podchodzę bliżej do tej istoty którą postrzeliłem... ha, pierwszy. Przykucam bliżej by sprawdzić czy jeszcze żyje. Mam nadzieje, że nie... nie chce by nagle to coś skoczyło na mnie i wessało się w mój kark z chęcią wypicia szpiku kostnego. Ale cza przyznać, piękny i precyzyjny strzał jak na moje standardy.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Z mojego gardła wydobył się głuchy warkot. Miał on powiadomić tą istotę, żeby odeszła. Jednocześnie przygotowałam się do ucieczki, gdyby rzucił się do ataku. Oceniam, że raczej jest większy i silniejszy. Lepiej nie ryzykować starcia. Więc na razie warczę, raz ciszej, raz głośniej.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Odwracam się w stronę skąd pochodzi warkot... sprawdzam czy mam wystarczająco jeszcze naboi w magazynku, a jeśli nic się nie stanie... biorę to coś na ręce i idę spowrotem do Hope Pass. Pani Doktor prosiła bym takie okazy przynosił... sprawdzam czy żyje, jak tak, to staram się zatamować krwawienie bandażem...

Share this post


Link to post
Share on other sites

Mój warkot staje się głośniejszy. To była moja zdobycz. On nie ma prawa mi jej zabrać. Kopnęłam w jego stronę kamyk, by się zatrzymał. Nie może jej zabrać... Od tego zależy moje życie.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Spoglądam w tamtą stronę bez wyrazu twarzy... westchnąłem.

- Kto pierwszy chwycił, ten lepszy... jeśliś głodna małe stworzenie, to mogę ci dać coś innego - powiedziałem po czym wyciągam prowiant i rzucam w stronę gdzie leżała ta "Klacz", zostawiam tyle bym mógł wrócić do domu i wracam z Klaczą.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Walić przykrywkę. Skoczyłam na to, co rzucił. Rozdzieram opakowanie i zabieram się za jedzenia. Mmmmm... Nareszcie... Po prostu jem.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Kucam i patrze na to stworzenie... rzuciło się na to, jak pies Pani Doktor na nią kiedy jej godzinę nie było... oczywiście ten pies jej nie jadł, tyko lizał. Nawet fajnie wygląda to stworzonko... Doktor by mnie ucałowała gdybym przyprowadził, żywy okaz... jeśli ten co mam nagle zdechnie po drodze.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Mmmm... Pycha... Nawet nie zwracam uwagi, co on tam miał, po prostu jem. Jakby zaraz mi miał zabrać. Gdy skończę, przeglądam opakowanie, czy nic nie zostało. Nie zostawia się resztek.

Share this post


Link to post
Share on other sites

- Chcesz więcej? - spytałem się stworzenia. Trzeba je jakoś zaprowadzić do obozu... dostanę niezłą nagrodę od Kane'a za to, że przyprowadziłem te dwójkę stworów. Czekam na jej reakcje.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Gdy sprawdziłam, czy nic nie zostało, szybko odwróciłam się w stronę tego stworzenia. Spojrzałam na niego nieufnie i powoli kiwnęłam głową. Jeśli mnie zaatakuje, to jestem gotowa do ucieczki.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Więc macham ręką by za mną poszła, a potem idę do The Hope Pass. Mam nadzieje, że dostanę jakiś Bonus od Kane, bo jak nie... to zaczniemy się bić... bodajże jak zawsze, ale my to przyjaciele, więc rozumiemy się.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Powoli ruszyłam za nim. Na wszelki wypadek utrzymywałam dystans. Nie za duży, by go nie zgubić, ale nie na tyle mały, by mógł mnie uderzyć. Idę za nim.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Kyle i Darki poruszali się przez ciemny las. Klacz czuła się co raz pewniej i nieświadomie zbliżała się do mężczyzny. Nagle usłyszała dźwięki walących się drzew. Przeraziło ją to. Co mogłoby powalać coś tak wielkiego? Skryła się w krzakach, jednak widząc, że mężczyzna macha śmiało ręką i nie boi się ruszyła dalej. Nagle drzewa zaczęły rzednąć i jej oczom ukazała się wielka wykarczowana polana o średnicy ok 500m. Cała powierzchnia zapełniona była przez istoty podobne do tego, który przed chwilą ją nakarmił. Na około poruszały się większe i mniejsze błyszczące stworzenia. Posiadały potężne kręcące się zęby, tnące duże konary i pnie drzew, które poddawały się im bez walki. Wszędzie panował huk. Drewno było noszone przez inne metalowe stworzenia. Darkie zaczęła się teraz na prawdę bać. Na dodatek na środku polany znajdował się wielki prostopadłościenny kamień, do którego wchodziły stworzenia.

 

Kyle nazywał to aktualnie swoim domem i Hope Pass. Metalowe stworzenia były robotami, a to coś na środku było budynkiem krypty. W okół ludzie zdołali wybudować wieżyczki obronne z CKMami, a nawet wyrzutniami. Serce rosło mężczyźnie, gdy widział, że nawet ta straszna puszcza ustępuje przed potęgą ludzi. Kyle był zadowolony, że opatrzył to dziwne krwawiące stworzenie. Zbliżał się do bramy wejściowej enklawy, gdy spostrzegł ,że drugie stworzenie chowa się w krzakach wahając się czy wyjść, czy nie.   

Share this post


Link to post
Share on other sites

- Spokojnie... - powiedziałem do stworzenia - ... nie skrzywdzą cię - dodałem po chwili i jak ruszy za mną to podchodzę do bramy wejściowej by porozmawiać ze Smithem. Upierdliwy Ghul, ale fajnie się z nim gada.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Te metalowe... Wyglądają na groźne... Raczej nie przebiję ich pancerza kopniakami... Jednak ten, co mi dał jedzenie, powiedział, że nic mi się nie stanie... Dobra, raz kucowi śmierć. Powoli ruszyłam za tym czymś. Jednak cofałam się po każdym ruchu maszyn w naszą stronę.

Share this post


Link to post
Share on other sites

- Spokojnie... nie zrobią krzywdy. One mają za zadanie pilnować robotników. Nie zrobią ci krzywdy póki nie rzucisz się na któregoś z roboli - powiedziałem i idę do Smitha by nas przepuścił w głąb krypty. Trzeba będzie pomyśleć co dalej...

Share this post


Link to post
Share on other sites

Wielka brama cały czas była otwarta. Jeździły przez nią roboty i ludzie, którzy pracowali nad dostosowaniem terenu. Jednak miała silną straż. Oprócz wielu wieżyczek, nawet z cięższym sprzętem, takim jak wyrzutnie rakiet stał tam oddział żołnierzy. Kyle znał dobrze jednego z nich. Nazywał się Smith, był ghulem, świat nigdy nie obchodził się z nim łatwo, więc on odwzajemniał się światu. Twarz miał obrzydliwą i rozkładającą się, więc nosił maskę. Był to de facto hełm, który okrywał całą twarz z wyjątkiem małych dziur na oczy wielkości szpar w średniowiecznych przyłbicach, zabezpieczonych szybą pancerną. Już z daleka czuć było jego wiercące spojrzenie. Darki przeszedł niewytłumaczalny dreszcz i nieświadomie suliła się lekko na widok rosłego stworzenia w potężnym, grubym, zniszczonym pancerzu. Była to stara zbroja wspomagana. Pamiątka rodzinna po wujku Smitha, który służył w marines. Ghul nie dał jej sobie nigdy odebrać. Była mu przydatna do wielu niebezpiecznych misji, na które go posyłano. Pancerz miał wiele zadrapań wielkich pazurów, trochę spaleń i mnóstwo wgnieceń po pociskach. Smith lubił ciężką broń i znał się na niej wyśmienicie. Stał teraz z wielolufowym CKMem w rękach i obserwował otoczenie. Wyglądał niezbyt przyjaźnie. Na widok Kylego zwrócił do niego swą głowę i powiedział:

- A cóż ty tu przyprowadziłeś za pokrakę? Wygląda jakby zobaczyła ducha, hehe! Umie to coś mówić? 

 

Edited by kapi

Share this post


Link to post
Share on other sites

Słowo "pokraka" nie jest miłe. Od razu poczułam, że go raczej nie polubię. Stanęłam, by wyglądać pewnie i śmiało. Warknęłam na niego. Na pewno go nie polubię...

Share this post


Link to post
Share on other sites

- Chyba nie, bo się nie odezwało do mnie przez całą drogę. Mam dla pani Doktor Wieczny Okres Prezent - powiedziałem wskazując na klacz którą nasze. Doktor Wieczny Okres, nazywamy ją tak z Smithem bo często się wkurwia za byle co. Perfekcjonistka zasrana - I nie nazywaj stworzeń pokrakami. Ostatnio mówiłeś to o małym Szponie Śmierci, a nieźle cię wtedy poturbował. Zdarzyło się coś pod moją nieobecność?

Share this post


Link to post
Share on other sites

- Nie nic się nie działo, heh... tylko działo zamontowaliśmy. Dobra przechodź i daj mi napawać się słońcem, a ten Szpon Śmierci miał farta i wcale mnie nie poturbował!

 

Mimo małych docinek udało się dostać do środka Hope Pass. Darki czuła się dziwnie. Wszędzie otaczały ją pokraczne dwunożne stworzenia. Część z nich miała dziwnie wyglądające stalowe kije, podobne do tego, który trzymał Kyle. W końcu niezatrzymani dotarli do części laboratoryjnej. Mężczyzna otworzył drzwi i wszedł wraz z klaczą. Pani doktor Merian właśnie siedziała przy rdzeniu drzewa wyciętego z lasu i oglądała go pod mikroskopem. Obok stały fiolki z płynami, którymi Merian polewała rdzeń i coś zapisywała w notesie. Pani dostrzegła przybysza na początku uśmiechnęła się widząc mężczyznę, ale zaraz aż odsunęła się na swoim fotelu na kółkach:

- Coś ty tu przyniósł?! To żyje? Co ty zrobiłeś, nie jest pewnie odkażone, pozabijasz nas wszystkich swoją głupotą! 

Na jej wrzaski zareagowali pozostali członkowie personelu naukowego i podbiegli zobaczyć co się dzieje. Pani doktor stała przerażona na jednej nodze jakieś 15m od Kylea i krzyczała nieskładne i niezrozumiałe słowa.

Edited by kapi

Share this post


Link to post
Share on other sites

- Też miło cie widzieć, Meri - powiedziałem i po chwili wskazałem na klacz na rękach i tą obok mnie - Znalazłem je w lesie, i spokojnie, są odkażone... inaczej bym tutaj nie doszedł - powiedziałem przewracając oczami. Meri... tylko ja potrafię z nią wytrzymać dłużej niż 10 godzin znajomości.

- Chcesz czy nie... jak nie, to mogę zanieść do Doktora Isaac'a - powiedziałem odwracając się w stronę drzwi. Isaac Morgan i Meri to odwieczni rywale naukowi w Hope Pass, nienawidzą kiedy spędzając czas w tym samym dziale, dlatego Personel Issac'a ma inne Labo po drugiej stronie kompleksu.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Spojrzała na tą babę wzrokiem "Are you fucking kidding me?". Czy to coś ma jakiekolwiek pojęcie o higienie osobistej? Czuć od niej chemią i sztucznością. Ona chyba nigdy nie widziała prawdziwego, ziołowego szamponu. I mówi, że to ja przenoszę choroby! Zrobiłam klasyczną minę "Hmpf", odwróciłam się do niej tyłem i usiadłam.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Merian na dźwięk imienia doktora zmarszczyła czoło, a w jej oczach zapaliły się płomienie.

- Dawaj je tutaj i nie wspominaj o tym nieuku. Handson, Burben zajmijcie się tą żółtą. Słuchaj Kyle zajmiemy się nimi po kolei. Ja sprawdzę co z tą ranną, a ty pogadaj z tą drugą. Widzę, że już się znacie, a mnie raczej nie polubi. Tylko najpierw wejdźcie do jakiegoś odizolowanego pomieszczenia na wypadek, gdyby to coś nagle stało się niebezpieczne. Tak w ogóle gdzie to znalazłeś?

Powiedziała pani doktor już uspokajając się nieco i wskazując komorę z szybami pancernymi, jako idealny pokój spotkań.

 

Tymczasem dwaj naukowcy przez nią wywołani wzięli żółtą klacz i zanieśli na stół, gzie podłączyli aparaturę monitorującą funkcje życiowe. Rozpoczęły się rozmowy, które towarzyszyły dokładniejszemu opatrywaniu ran i próbie przywrócenia przytomności stworzeniu. 

Edited by kapi

Share this post


Link to post
Share on other sites

Spoglądam na pomieszczenie pancerne... pamiętam co się ostatnio skończyło. Patrze na doktor podejrzliwie. I Ruchem ręki mówię klaczy która jest zemną by poszła za mną do tego pomieszczenia. Następnie siadam na krześle i patrzę na klacz. Jak zacząć? To w ogóle mówi?

Share this post


Link to post
Share on other sites

Create an account or sign in to comment

You need to be a member in order to leave a comment

Create an account

Sign up for a new account in our community. It's easy!

Register a new account

Sign in

Already have an account? Sign in here.

Sign In Now

×
×
  • Create New...