Jump to content

Strona Główna  |  Ogłoszenia  |  Lista Fanfików  |  Fanpage  |  Feedback
Arcybiskup z Canterbury

Strzeżcie się, bogowie Dysku

Recommended Posts

Nad Ankh Morpork, najbardziej okazałym miastem Dysku, zachodziło słońce, rzucając ostatnie, tęskne promienie na dachy budynków. Zajście słońca nie oznaczało jednak wcale snu. Nie dla wszystkich.

To właśnie teraz praworządni obywatele miasta - obecnie gatunek skrajnie zagrożony wyginięciem na terenie Ankh Morpork, chociaż wcale nie otoczony ochroną - udają się na zasłużony spoczynek. Ci mniej praworządni, ale wciąż lubujący się w świetle dnia również udają się na spoczynek, choć dyskutować można byłoby, czy zasłużony.

Cała reszta prowadzi nocny tryb życia, albo ma bardzo ważne powody, by znajdować się poza bezpiecznym schronieniem o tej porze. Spójrzcie...

Oto wysoki i umięśniony jegomość, którego twarz tradycyjnie skrywa cień rzucany przez czarny kaptur narzucony na głowę. Na ramiona zarzucił czarny płaszcz, którego krawędzie zamiatają bruk. Kroczy pewnie, a jego kroki sugerują iż nie jest to ktoś, z kim warto byłoby zadzierać, jeśli interesant nie spełniałby warunków jakimi są zaawansowany masochizm albo chęć popełnienia samobójstwa.

Jegomość skręca i staje naprzeciwko niewysokich drzwi, które otwierają się z piskiem.

- Wybacz, babciu, nie chciałem spóźnić się na kolację - mówi przepraszającym tonem i znika w głębi budynku.

Zaraz za nim kroczył nieco niższy przedstawiciel rasy nieokreślonej, nieco mniej majestatycznie, choć wciąż pewnie. Blada skóra, czarne, długie włosy i... ogon?

 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Babcia. Jemu zawsze kojarzyła się z paskudnymi zupami i magią. Niejednokrotnie jedno łączyło się z drugim, bo jej wywary stosowane do czarów były równie paskudne co zupy przez co pojawiło się parę pomyłek. Jednak nie to powinien być początek tej historii. A więc od początku.

Oto bohater, dumnie przemierzał ulice Ankh Morpork, w poszukiwaniu poszlak, pomysłów czy czegokolwiek, bo przecież tym zajmują się na ogół bohaterowie. Cóż, brakowało tylko zaciętego wroga i jego pomocników, ale to można pominąć. Więc Jaenr, będący dziwną hybrydą kilku istot, przemierzał teraz ulice miasta, jakoś nie bojąc się śmierci, co odziedziczył po obojgu rodzicach. Jednak czemu się dziwić. Matka wampir i ojciec demon. Mężczyzna, bo tak go umownie nazywają, nigdy nie mógł wyciągnąć od rodziców jak się poznali.

Och. Znów się zgubiłem... a tak.

Więc przemierzał on ulice miasta szukając poszlak czy pomysłów, jak ktoś taki jak on mógłby dołączyć do znamienitego grona bogów. Jednak jak można to uczynić i gdzie szukać pomysłów? Oczywiście że w świątyniach i podczas modlitw do bogów, ostatecznie w bibliotekach niewidocznego uniwersytetu! Ale cóż. Nasz bohater nie wpadł na żaden z tych pomysłów i przemierzał teraz ciemne uliczki bez natchnienia.

Share this post


Link to post
Share on other sites

- Hej, ty - odezwał się tajemniczy szept z bocznej uliczki. - Nie chciałbyś przypadkiem zrobić interesu życia?

Gardło Sobie Podrzynam Dibbler, we własnej postaci, najmroczniejszej jej wersji. Krył się na rogu uliczki, robiąc to w tak sgestywny sposób, by zauważył go absolutnie każdy z odległości pięciuset metrów. Uśmiechał się przekonująco do Jaenra, jakby to właśnie ten uśmiech miał przekonać go do decyzji.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Oczy Jaenra aż się zaświeciły, może to była jego chwila, ten czas. Może to był znak który miał go poprowadzić ku zostaniu bogiem.

 

-A co proponujesz ludzka istoto?

Share this post


Link to post
Share on other sites

Za chwilę miał się przekonać, że to nie było dobre pytanie. Dibblerowi zabłysły oczy. Odchylił poły płaszcza tajemniczym gestem...

- Miniaturowe latarnie morskie! - krzyknął, rozradowany. - Ale uważaj, cudzoziemcze... To nie są zwykłe latarnie morskie. Spójrz, świecą! - Zaprezentował jedną z nich. Faktycznie, świeciła. Pośrodku kulki na szczycie drewnianego drążka migotał słabo świetlik.

- Młodzieńcze, sam Ślepy Io, ba, wszyscy bogowie dysku chcieliby mieć taką! To prawdziwy łut szczęścia, że mnie spotkałeś! Twoje życie stanie się od teraz lepsze, będziesz miał swoją własną, miniaturową latarnię morską! Musisz ją mieć! Czy kiedykolwiek miałeś problemy z... z... - Dibbler szukał odpowiedniego słowa - No, powiedzmy, z pęcherzem?

Share this post


Link to post
Share on other sites

-Nie, ale mówiłeś o Ślepym Io, spotkałeś go? Skąd wiesz ze chciałby latarnie, co by za nią dał.

 

Najwidoczniej to stwierdzenie o bogach przykuło większą uwagę Jaenra niż cokolwiek innego, zdawał się nawet nie słyszeć nic innego, jakby nie chciał czy nie mógł. Bogowie, jego jedyna obsesji i w końcu ktoś kto może coś o nich wiedzieć, bo przecież po co pytać się kapłanów, prawda?

Share this post


Link to post
Share on other sites

- Och, proszę. Wszyscy bogowie są tacy sami. Ślepy Io na pewno by taką chciał. Dałby za nią... No, powiedzmy, że  dziesięć dolarów. Nie, stój! Pięćdziesiąt dolarów! To przecież bóg, czy nie? Gardło sobie podrzynam, właśnie tyle by za to dał! - krzyknął z entuzjazmem.

Share this post


Link to post
Share on other sites

-Pieniądze?

 

Odparł beznamiętnie. To bogowie są tak płytcy? Oni też tak bardzo dbają o pieniądze jak ludzie? To była zagadka.

 

-A może ja zaproponuje ci interes życia. Spełnię jedno twoje życzenie, w zamian za mały podpis, o tutaj.

 

W ręce mężczyzny pojawił się dziwny pergamin, cały opisany czerwonym tuszem. Najwidoczniej umowa handlowa lub coś takiego. Jednak zdawała się być w stanie przynieść dobry zysk, choć raczej nie wiedzę o bogach, ani jak się takim stać.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Dibbler spojrzał na pergamin chciwie. Wyrwał go z ręki Jaenra i zaczął studiować uważnie, ze skupieniem na twarzy. Lewą ręką podtrzymywał podbródek.

- Hejże, wygląda to całkiem nieźle. I tylko za cenę duszy? - zapytał zdumiony. Wtedy spoważniał. Już on znał takie numery, byle turysta nie nabierze go na marne sztuczki. Zaczynało się od duszy, a kończyło na domu i całym majątku. Oj, nie, on nie da się nabrać, nie taki stary lis, dobrze zapoznany z tym biznesem.

Już miał odmówić uprzejmie i zaproponować nowy obiekt sprzedaży, kiedy tajemniczy młodzieniec zniknął mu sprzed twarzy.

Jaenr poczuł uderzenie - najpierw w bok, a potem głową o bruk ulicy. Zaraz potem do jego uszu dotarł krzyk.

- Dobrze, Mona! Tak jest, należało mu się! - kibicował ktoś, zapewne jakiś mężczyzna. Jaenr tymczasem poczuł na twarzy grad pięści,  a potem uścisk na szyi.

- Gdzie dziewica, zbóju?! - zapytał damski głos. Ktoś siedział mu na klatce piersiowej.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Mężczyzna spojrzał no kobietę. Odczuwanie bólu nie było mu zbyt dobrze znane, jednak nienawidził jak ktoś go okłada. Do tego nie wiedział co się teraz dzieje.

 

-Przepraszam, ale nie wiem o czym mowa.

 

Odpowiadał całkiem szczerze, a nawet trochę zrezygnowanie, przecież właśnie stracił okazje zdobyć swoją pierwszą dusze. Nic nie wychodziła, ani magowie nie chcieli żadnej sprzedać, ani bogów znaleźć nie szło, a teraz jeszcze to.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Owa niewiasta miała blond włosy, jasne niczym słoma. Delikatna uroda, jasna cera kontrastowała z błękitnymi oczami, z którymi bardzo ciekawie komponował się metalowy, ciężki hełm z rogami i ciężka kolczuga.

- Mów draniu, wiem, że łżesz! - wrzasnęła, zaciskając usta i podnosząc po raz kolejny pięść. Jaenr nie był w stanie dostrzec jej towarzysza, chociaż ten podszedł teraz bliżej.

- Przezwij go! To złamie jego ducha! - podpowiedział głos.

- Motyla noga, psia twoja kostka! - warknęła niewiasta. - Dobrze?

- Bardzo dobrze. Mów, zbirze!

Gardło Sobie Podrzynam Dibbler postanowił nieco oddalić się od zbiegowiska - tak też zrobił.

Share this post


Link to post
Share on other sites

-Mogę wiedzieć o kim mówicie i niestety dzieżko będzie znaleźć mojego ducha, nawet moja babcie nie umiała.

 

Jak już ustaliliśmy, mężczyzna, skrzywił się na samą myśl o babci. Teraz jednak jego czerwone oczy skupiły się na dosiadającej go kobiecie. Jakoś spodobał mu się widok, a po tacie, lubił waleczne kobiety. Teraz jednak nie to trapiło jego myśli.

 

-Jak ci na imię? Kogo szukasz i skąd wiesz że akurat ja mam taką wiedze?

Share this post


Link to post
Share on other sites

- Patrz, patrz jaki bezczelny! - oburzyła się dziewczyna, unosząc pięść, żeby jeszcze raz z całej siły wymierzyć cios.

- Czekaj, czekaj, czekaj, stój! Mona, on faktycznie może nic nie wiedzieć! Nie wygląda na złoczyńcę! - Mężczyzna próbował ratować sytuację. Odchrząknął.

- Przepraszam bardzo - zaczął uprzejmie. - Czy nie jest pan przypadkiem złoczyńcą, który więzi jakąś zacną niewiastę, albo chce zamordować kogoś ku czci swoich barbarzyńskich bogów? - zapytał.

 

Jaenr miał umrzeć. Gdyby ktoś oznajmił mu, że umrze w ciągu najbliższej dobry, zapewne by nie uwierzył. Nikt nie wierzy, jeśli nie przekaże mu tego pewna wysoka postać w czarnym płaszczu...

... A wtedy z reguły jest już za późno. Kiedy w Ankh Morpork zapadała noc, Śmierć miał z reguły dużo pracy. Noc to pora łowów skrytobójców, i jeden z nich, Charles, właśnie te łowy rozpoczynał.

Edited by Oksymoron Greyjoy

Share this post


Link to post
Share on other sites

Charles podróżował po dachach w poszukiwaniu osoby z kontraktu. Noc była idealna, choć dachy mogły być trochę mniej zatłoczone. Swoją drogę też mógł lepiej zaplanować bo czekał dobre 3 minuty, aż skończy się wybieg nowych i starszy skrytobójca zezwoli na przeskoczenie na następny dach. Wreszcie trochę opóźniony dotarł na miejsce pobytu. Miał nadzieję, że zdąży. I proszę! Jego cel leży przygwożdżony do ziemi przez jakąś ponętną paniusie. Zszedł bezgłośnie po rynnie na dół, przeszedł obok strażnika, któremu skinął głową i podszedł do kochasiów.

- Witam, ale zdaje się, że przejmuję tą osobę.

Powiedział wyciągając zlecenie z Gildii z pieczątką przywódcy Gildii i Lorda Vetinariego. Następnie wyciągnął kuszę i strzelił Jaenrowi w głowę.

- Przy okazji interesuje się bezpieczeństwem obywateli jak wy i chciałbym przeprowadzić ankietę. Czy regularnie państwo płacicie należność za ochronę dla Gildii i czy nie nadwyręża ona waszą kieszeń?

Share this post


Link to post
Share on other sites

Postać w czarnym płaszczu stojąca niedaleko wyciągnęła kosę i... zamarła. Z kieszeni czarnej szaty wyjęła małą klepsydrę i potrząsnęła nią.

- NIECH TO - mruknął Śmierć. Zawrócił i zniknął w ciemnej uliczce.

Blondynka w hełmie spojrzała na Charlesa. Oczy płonęły jej gniewem.

- A może to ty więzisz jaką...

- Nie, nie, nie - powstrzymał ją... ktoś. Charles spojrzał na wiszący w powietrzu szary płaszcz, przeciwsłoneczne okulary i kapelusz. - Najuprzejmiej pana przepraszam, nie zna pan może dobrej instytucji udzielającej dotacji dla początkujących bohaterów? - zapytał.

Share this post


Link to post
Share on other sites

- Ja bym spróbował, w karczmach, u przejezdnych kupców albo bogatych dam. Tam można dużo zarobić, choć u tych dam jest to za przysługi... typowo... fizyczne.

Odpowiedział spokojnie.

- A tymczasem wracając do mojej ankiety.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Zmarły, a przynajmniej tak się wydawało "mężczyzna", potrząsnął głową i ręką zaczął starać się wyciągnąć bełt z głowy.

 

-Przepraszam, ale co się stało. Nikt mnie tak nie potraktował od czasów gdy uczyłem się na niewidzialnym uniwersytecie. Po podobnym wydarzeniu usunięto mnie. A przy okazji piękna pani, jestem Jaenr, a jak brzmi twoje imię.

 

Istota, a raczej pół demon pół wampir, próbował wyrwać bełt z głowy co z wolna mu wychodziły. Nie był to pierwszy raz kiedy "zginął", teraz jednak zwisał nad nim dziwny paszcz, tylko co się właśnie stało, przecież nie wyglądał on jak Śmierć, a i Jaenrowi nie spieszyło się w odwiedziny do taty, albo co gorsza babci chcącej wyciągnąć go z piekła. Zawsze się o niego nadmiernie martwiła i Jaenr cieszył się że ta nie wiedziała co właśnie zaszło.

 

-Witam też pana.

 

Rzekł na końcu do skrytobójcy, wyjmując w końcu bełt.

Share this post


Link to post
Share on other sites

- Nie płacimy, w związku z czym działalność ta nie nadwyręża naszych portfeli - powiedział płaszcz uprzejmie. - Ja nazywam się Murguel Wethat, a moja urocza towarzyszka...

- Jam jest Mona Bergthora Ormiga Ylghind II z rodu Vebjörn - wyrecytowała i wypięła pierś, którą - swoją drogą - wcale nie musiała wypinać, żeby była bardziej widoczna.

Share this post


Link to post
Share on other sites

- Nie płacimy.

Powiedział zapisując to w notatniku.

- Państwo są z Ankh Morpork czy z terenów poza? Jeśli z to jaki jest powód nie płacenia, a jeśli z poza to czy wykupili państwo ochronę przejazdową?

Kontynuował ankietę, gdy nagle jego niedoszły cel wstał z ziemi.

- Nie,nie,nie,nie!

Mówił wymachując rękami.

- Proszę nie utrudniać mi pracy i spokojnie leżeć martwym panie zombie. Niektórzy tutaj próbują załatwić swoje zlecenia najlepiej jak potrafią, a tu nagle komuś nie chce się leżeć sztywno. Proszę, tu jest dokument mówiący, że ma być pan martwy. O tutaj jest nawet pieczątka! Łamie pan w ten sposób moje prawo do spokojnego i bezprzeszkodowego wykonywania mojej pracy i przez pana być może nie otrzymam wynagrodzenia! Ba wynagrodzenia, moje dobre imię zostanie nadszarpnięte bo panu się nie chce wyzionąć ducha.

Tłumaczył potrząsając pergaminem, po czym wyciągnął kuszę i strzelił jeszcze raz, tym razem w serce.

Share this post


Link to post
Share on other sites

-Auć! To bolało.

 

Odezwał się nie rozumiejąc co się dzieje. Może to ten rytuał o którym mówiła ta ślicznotka, jakieś dokumenty. Nie rozumiał. Czy bogowie też potrzebują dokumentów do swoich rytuałów? Nienawidził papierkowej roboty.

 

-Bo widzi pan, ja nie jestem Zombie i nie mogę też od tak umrzeć. Tatuńcio był demonem to i w zaświaty pójść nie mogę, a babuńcia stara się żebym nigdzie indziej pójść nie mógł. A wracając do rozmowy...

 

Wpatrywał się w wypiętą pierś kobiety, w tym samym czasie wyjmując bełt z koszuli, a raczej rany pod nią.

 

-Droga pani, jestem Jaenr, młody poszukiwacz przygód, miło mi śliczną panienkę poznać...

Share this post


Link to post
Share on other sites

- Nie powinien pan tak postępować - odezwał się wiszący płaszcz zwany Wethatem. - To trochę jak oszustwo - zwrócił się do Jaenra.

Kobieta spojrzała na Jaenra z podniesioną brwią.

- Tak - zdecydowała. - Nam również miło jest was poznać, przepraszamy za błąd. Oby twoi bogowie nam wybaczyli - dodała i uścisnęła dłoń leżącemu. Uścisk naprawdę był żelazny.

- Wracając... Wybaczy pan, tak, jesteśmy z Ankh Morpork. Powodem do płacenia jest niechęć do płacenia. Poza tym, czekamy na dotację dla bohaterów - rzekł Wethat do Charlesa.

Share this post


Link to post
Share on other sites

- Demon! No nie, czemu nikt nie wydał mi odpowiedniego sprzętu na to zlecenie! Będę zmuszony napisać skargę. A co do państwa to informuję, że w niedługim czasie będziecie państwo mieli przyjemność skorzystać z naszych usług. Gwarantujemy przeszkolony personel i upominek przy śmierci. Możemy również zaproponować wam zniżkę na wszelkiego rodzaju trumny u tutejszego grabarza.

Zaczął teraz chodzić w kółko.

- A co zrobić z panem panie Jaenr. Zabić teraz nie mogę, zwrócić zlecenia też nie. Jest pan pewien, że nie chce być martwy? Wielu mówi, że to wspaniałe doznanie i uwolnienie od uporczywej rodziny.

Share this post


Link to post
Share on other sites

-Ja nie mam swoich bogów, a nawet chętnie sam bym do nich dołączył, ale nie wiem jak. I jestem początkującym bohaterem.

 

Następnie spojrzał na wiszący płaszcz, coś mu w nim nie odpowiadało. Skądś go kojarzył, ten ton głosu, te stwierdzenia o oszustwie i dziwny sposób ukrywania się...

 

-Czy nie uczęszczał pan na niewidoczny uniwersytet? Tam mówili tak samo. W ogóle to kim pan jest?

 

Następnie przeniósł wzrok na mężczyznę kręcącego się dookoła.

 

-Ale ja nigdy żywy nie byłem, mamusia jest Wampirem i tak jakoś wyszło...

Share this post


Link to post
Share on other sites

- Nie jest pan żywy?

Jego oczy zabłysły.

- To chyba znaczy, że zlecenie i tak zostało wykonane. Tak więc jaki chce pan upominek? Gustowna czarna muska, czy wisiorek z sztyletem?

Wyciągnął przedmioty by je zaprezentować.

Edited by Serox Vonxatian

Share this post


Link to post
Share on other sites

- Niewidoczny uniwersytet? O nie, w żadnym razie - odpowiedział. - Jestem wampirem, jedynym, który odbija się w lustrach - dodał dumnie.

- Nie będzie żadnego morderstwa! - warknęła Mona i podstawiła pod szyję Charlesa topór.

Share this post


Link to post
Share on other sites

×
×
  • Create New...