Jump to content

Strona Główna  |  Ogłoszenia  |  Lista Fanfików  |  Fanpage  |  Feedback
Arcybiskup z Canterbury

[Pawlex] Przepraszam, ale pańskie zęby tkwią w mojej szyi

Recommended Posts

Kocur, jako stworzenie najwyraźniej rozumiejące mowę ludzką, po przemowie krasnoluda wyglądał na całkiem zadowolonego. Ale już kiedy odezwał się Pete, nastroje jakby osłabły. Zielone ślepia wbiły się w wampira, żeby zaraz potem zostawić po sobie pustkę. Rudzielec rozwiał się w powietrzu, uprzednio sycząc nieprzyjemnie. Syczenie zreszta unosiło się w powietrzu jeszcze dłuższy czas, roznosząc się tak jak atmosfera grozy, podobna do tej w kanciapie. Gdziekolwiek wampir by się odwrócił, coś za nim stało i gdzieś w podświadomości miał, że to tylko ostrzeżenie i że to coś co za nim stoi może mieć znacznie więcej zębów i pazurów niż zwyczajny kot. 

- Ej, wracaj, wracaj! Dobre kici! Przeproś go, kretynie! - rzucił Torn, najwyraźniej jak wszyscy obecni reagując na nagłą, nieprzyjemną atmosferę. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Cholerne duchy i ten ich cholerny dobry słuch! Zawsze usłyszą to, co mają nie usłyszeć! Dlaczego chociaż raz nie puszczą czegoś obok uszu? 

- Rany! Dobra już, dobra! Nie wściekaj się tak, kitka! No już, przepraszam! To tylko takie te, żarty malutkie były! - Mówił spanikowany. Wiadomo że nic tak nie potęguje strachu, jak coś niebezpiecznego za plecami. 

- Na przeprosiny będziesz... będziesz... - Pete szukał czegoś, co mógłby wykorzystać, byleby tylko ducha udobruchać. 

I nagle znalazł! 

- Zobacz! - Wampir złapał za brodę Torna, aby zacząć miętosić te wszystkie kudły. - Zobacz jaki świetny drapak! Koty lubią drapać, nie? Jak zanurzysz kudły w tym lesie, to będziesz w siódmym niebie! 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Kocur zmaterializował się z rudej mgły, która na ułamek sekundy utworzyła się nad podłogą i raz jeszcze zmierzył Pete'ego podejrzliwym spojrzeniem. W postaci kota wszystko to co skrywał było uziemione i przede wszystkim widoczne, co stanowiło niewątpliwy plus całej tej sytuacji. 

- Co? Nie! Nie! Zawrzyj mordę, Pete! Dobra, słuchaj, cokolwiek pozytywnego potrafisz, jak będziesz to robił, dostaniesz wolny dzień w tygodniu, łapiesz? 

Kocur przerwał lizanie łapy i zamarł, a jego mięśnie skryte pod futrem zadrżały. Spojrzał na Torna z czymś na kształt przejęcia i tkwił tak dłuższą chwilę. 

- ...Jest jakaś klątwa czy pieczęć co cię wiąże, tak? No więc masz wychodne na ten dzień, możesz sobie hulać jak tylko daleko chcesz, łapiesz? 

Na pysku sierściucha na chwilę pojawił się wyraz futrzanego zagubienia, a źrenice gwałtownie się rozszerzyły. Stwór miałknął przeciągle i ruszył w dół schodów, na ułamek sekundy zmieniając się w rudą torpedę. Najpierw rozległo się gorączkowe tupanie, a potem trzaski i uderzenia dobiegające z dołu. Huk był niemiłosierny, tak jakby walił się dom. A potem zastała cisza. 

- A niech mnie... - westchnęła pobladła babcia, Torn na chwilę zamienił się w kamień i z tego odrętwienia wyrwało go spojrzenie na Pete'ego. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Pete nawet nie zdążył skomentować, że jeden dzień wolnego na tydzień to wyzysk, a Torn zaczyna być złym i diabelskim kapitalistą, ta ruda demoniczna kula wystrzeliła w kierunku schodów, przez co wampir schował się za krasnoludem. 

Słysząc cały ten raban z dołu, wampir aż bał się odwrócić. Tak to się kończy, jak proponujesz demonowi nieludzkie warunki. Tfu. 

Kiedy hałasy ustały, chłopak skamieniał jak reszta. Spojrzał na Torna, i po chwili go olśniło.

- Ja pierdolę! Meer! - Krzyknął, po czym rzucił się do zejścia, mało co przy tym nie zlatując z tych schodów. Jeżeli ten sierściuch rozerwał biednego Meera, a Jone się o tym dowie, Pete i Torn prawdopodobnie skończą powieszeni na hakach, przed fortecą łowców. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Pierwszym co rzuciło się w oczy był Meer, który wcale nie był rozerwany na strzępy, tylko stał na krześle, z przestrachem i w szoku wpatrując się w podłogę. Wzrok miał rozbiegany. 

Drugim co rzucało się w oczy, były otwarte szeroko drzwi na podwórze i kupa drewna na zewnątrz. 

Oprócz tego sala główna karczmy nie przypominała burdelu, ławy i stoły były ustawione równo, a podłoga w miarę czysta. 

Z paleniska żarzyło się ciepłe światło płomieni, korę dopiero się rozpalały. Nie było może idealnie, ale na miarę możliwości. 

Rudy kocur siedział przed paleniskiem, gapiąc się na Pete'ego, który dopiero co zszedł ze schodów. Za nim z wolna, z toporem w ręce zszedł Torn, a za nim staruszka, nieśmiało wychylając się zza jego ramienia. 

Łowca zszedł niepewnie z krzesła. 

- Co tu się dzieje?

 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Zdumienie. Tak można było opisać wyraz twarzy młodego wampira. Przetarł nawet oczy z niedowierzania. 

Po chwili Pete odchrząkał, po czym zaczął powoli kiwać głową, z dziarskim uśmieszkiem, jakby wszystko poszło według jego planu. Przecież musiał jakoś ukryć to, że przez chwilę zamartwiał się o Meera. Spojrzał na krasnoluda, po czym lekko pacnął go w tył głowy.

- Widzisz, flejo? Nawet dla bogina było tu tak brudno, że ten aż postanowił wziąć sprawy w swoje ręc... w swoje łapy! - Odezwał się pewnie, próbując stłumić tą aurę strachu i niepewności. 

Wolnymi krokami zbliżył się do Meera, cały czas strzelając oczami w każdą możliwą stronę, nie mogąc uwierzyć że jeszcze kilka sekund temu był tu taki chlew.

- No co? Kotek przyszedł i posprzątał. Dzień jak co dzień, nie? - Odparł, próbując brzmieć tak, jakby wcale a wcale nie dziwił go ten stan rzeczy. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

- Wszyscy jesteście jacyś... - zaczął Meer, odchodząc gdzieś na zaplecze. Reszta została tak wymamrotana, że nawet wampirzy słuch nie wyciągnął z tego zlepku słów nic konkretnego. 

- O... O. No to... to nieźle. Zdaje się, że rąbanie ławek mamy już za sobą - stwierdził Torn, nadal nieco nieśmiało poruszając się w stronę parteru. Babuszka zeszła za nim. -...Jaki dzień chcesz mieć wolny? Czym on się w ogóle żywi, babciu? - zapytał krasnolud. Kot podniósł przednią łapę i trzy razy podrapał posadzkę, ale śladu na niej nie zostawił.

- Zdaje się, że mięsem. Albo krwią, trudno orzec, jedne to, inne to, jeszcze inne i to i to. Między nami, nie oszczędzałabym na nim - szepnęła. - No, to ja się zwijam! Bywajcie, chłopcy! - rzuciła starowinka i dziarsko, a także jakby z ulgą ruszyła ku drzwiom. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

- Ta, do widzenia! - Odpowiedział wychodzącej staruszce, lekko machając ręką. 

No, to co teraz? Przecież z takim nadnaturalnym kociskiem na pewno będzie można porobić coś ciekawego, o ile oczywiście ten nie strzeli focha i nie zdemoluje całej okolicy, z ludźmi i wampirami włącznie. 

- Ej! Ta babuszka mówiła, że taki bogin to się umie zamienić też w coś innego! - Odezwał się po chwili. Zbliżył się na bezpieczną odległość do kota, po czym spoczął w słowiańskim przykucu. 

- A umiałbyś się zmienić w coś bardziej... ludzkiego? A umiałbyś wtedy mówić? Co, panie kocie? - Oczy Pete'go świeciły się jak u małego smarkacza, który dostał wymarzony prezent. Jak wiadomo, łowcy wampirów nie zajmują się duchami, boginami, upiorami czy innymi zjawami, toteż interakcja z takim jednym, a zwłaszcza przyjaznym, wprawiała go w niemałe podniecenie. To, oraz fakt, że chłopak nigdy jeszcze nie miał do czynienia z czymś takim. 

- Rany, jeden wieczór, a ile przygód... 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Kocur ziewnął, rozwierając szeroko mordkę. Wykonał głową gest, który mógłby być zaprzeczeniem, a następnie jego pysk dziwacznie się zniekształcił. To co się działo, wyglądało naprawdę paskudnie - jakby tysiące robaków wlazły w sierściucha i rozpychały go od zewnątrz, prowadząc do nieuniknionego wybuchu. Wyglądał jak worek, który z każdą chwilą rośnie i rośnie, rude futro sczerniało i tak oto po chwili przed wampirem stał już nie kot, ale koń. Wielki, czarny, szatański koń wyglądający jak nic dobrego, co może mieć zamiary nieprzystające zwykłemu kopytnemu. 

Koń prychnął z zadowoleniem i stuknął potężnym kopytem o podłogę. Nie można było odmówić mu swego rodzaju gracji i majestatu, z wyjątkiem tego, że tak wielkie bydlę w karczmie przyniesie raczej więcej szkód niż kot. Z drugiej strony, nie warto było nie doceniać zdolności destrukcyjnych kotów. 

- PETE! COŚ TY MU ZROBIŁ?! - wrzasnął Torn, który akurat wychynął zza ściany i nie obserwował procesu transformacji. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Skoro był to pierwszy bogin, jakie Pete widział, oczywistym było, że nie wiedział, jak wygląda ich proces zmiany postaci. 

Teraz się dowiedział, i jak nietrudno jest się domyślić, niezbyt mu się ten widok spodobał. Gdy cielsko tego potwora zaczynało być coraz większe i większe, niczym nadmuchiwany balon, łowca wampirów coraz to bardziej się od niego oddalał. Nie był pewny, czy to niby na pewno jest zmiana postaci, czy może bogin postanowił się wysadzić w powietrze, razem z całą karczmą i wszystkimi w środku. 

Na widok wielkiego, czarnego, potężnego rumaka w małej karczemce, Pete mało co nie wyszedł z siebie i stanął obok. Bądź co bądź nie prosił akurat o taką formę, nie mógł jednak odmówić, że wyglądał imponująco. 

Krzyk Torna nieco wybudził go z rozmysłów i niedowierzania. 

- Cóż... wow! - Odezwał się po chwili, całkowicie ignorując pytanie krasnoluda. Bo niby co musiałby potrafić, by zamienić kota w konia? Wampiry to nie cudotwórcy. 

- Może nie chodziło mi o konia, ale kuźwa, jakby wjechać na takim na plac główny w godzinach szczytu, to te wszystkie nadęte szlachetki posrałyby się z zazdrości! - Stwierdził, by w końcu zdecydować się na ponowne zbliżenie się do bogina. Najwyżej jak dostanie w pysk z takiego kopyta, to pewnie nawet nie poczuje, że umarł. 

- Tylko że no wiesz. Jesteś oczywiście bardzo ładnym koniem, ale dla takich potężnych ogierów ta przestrzeń jest trochę taka... no mała, nie? Więc jakbyś mógł wrócić do swojej poprzedniej postaci, bylibyśmy zobowiązani. No, chyba że mógłbyś się zamienić w psa! Psy zawsze nad kotami! 

Wampir, mimo iż miał w planach odwrócić wzrok, by znów nie widzieć tej nieprzyjemnej transformacji, jednak tego nie zrobił. Po przeżyciu swojej bolesnej przemiany w wampira, takie rzeczy nie brzydziły już go tak bardzo. No, przynajmniej nie do takiego poziomu, by musiał zwymiotować. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Przemiana w mniejsze stworzenie wyglądała znacznie mniej barwnie i znacznie bardziej przystępnie. Do uszu wampira dotarło po prostu krótkie "pyk!" jakby ktoś przebił balonik. Czarny kopytnych władca ciemności zniknął, a w jego miejscu siedział pies. 

Przy czym nie był to teraz szczególnie majestatyczny pies. Bogin zamienił się w zwierza, który mógłby być esencją teriera. Niezbyt duży, o krępej sylwetce, kudłaty i o złośliwym spojrzeniu wyzierającym spod przydługich kłaków opadających na oczy. 

- Dobra, koniec pokazu! - zarządził krasnolud, a bogiń podreptał nieco jamniczym krokiem w stronę paleniska, żeby tam się położyć. 

 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Wcześniej też nie mógł się zmienić bez tych specjalnych efektów? - Pomyślał. No, ale teraz chociaż był fajnym, małym kundelkiem. 

Słysząc niezbyt zadowolonego krasnoluda, Pete nieco się skwasił. Przecież dopiero co zaczęli zabawę.

- Ech, no dobra, nie gotuj się już tak. Zresztą widziałeś, nic mu nie zrobiłem. Teraz jest psem, i jak każdy dobry pies będzie tu stróżował. Ej! To skoro teraz strych został oczyszczony, a zły duch jest teraz dobrym duchem, to może teraz sprawdzimy, czy są tam jakieś fanty do zebrania, hm?

 

Share this post


Link to post
Share on other sites

- A tak, trzeba by było - odparł krasnolud i rączo pognał w stronę strychu, jak to krasnolud wyczuwając możliwość zysku. 

W jednej ze skrzyń były kobiece wdzianka, oczywiście na nieszczególnie duży wzrost, oraz napierśnik, który dość dosadnie zdradzał dla przedstawiciela której płci był wykonany. 

W kolejnej były same szpargały w rodzaju starych, drewnianych świeczników, ale był też mały kuferek pośród wszystkich tych bezwartościowych rzeczy i okazał się być miłą niespodzianką. 

W środku była biżuteria ze srebra, złota, pereł i kolorowych kamieni szlachetnych. Co do złota Pete nie mógł być pewien, ale srebro wyraźnie parzyło go w dotyku. 

Znaleźli też zakurzone, podniszczone siodło i parę słoików z kiszonymi warzywami, niezdatnumi do spożycia.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Niby wampir wiedział, ale jednak się łudził, że znajdzie tu coś ciekawego. Niestety, żadna ze znalezionych rzeczy go nie interesowała. Zwłaszcza to srebro. Warzywa w słoikach teraz bardziej przypominały broń biologiczną, więc Pete nawet nie zamierzał się do nich zbliżać. 

Z braku laku wampir zaczął rozkładać i przyglądać się żeńskim fatałaszkom. Może przy następnej okazji, gdy Meer zaleje się w trupa, za karę przebierze się go w te szmaty. 

- Mimo iż przedarliśmy się przez strażnika tego strychu, nie ma tu żadnych fajnych rzeczy... - Stwierdził z niesmakiem. - No ale hej! Za tę biżuterię będzie można wyciągnąć dość sporo kabony! A ją mógłbyś zainwestować w ten przybytek, nie? - Odwrócił się do krasnoluda, po czym spojrzał na niego dosyć złowrogo.

- Tylko nie próbuj przepieprzyć tych pieniędzy na chlanie, bo siłą założę ci jedną z tych kiec i wyprowadzę na dwór, w południe, by każdy mógł się ponabijać z krasnoluda tranwestyty. A zobacz, te cichu to tak wzrostowo dobre na ciebie... 

Share this post


Link to post
Share on other sites

- Pewno, figurę mam po ciotce - odparł niewzruszony krasnolud. Co gorsza, prawdopodobnie wcale nie żartował, bo krasnoludzkie kobiety były przecież nie do odróżnienia, jeśli się nie było spostrzegawczym.

- Dobra, załatwi się dostawy, może jakieś dekoracje... Będzie dobrze. Pytanie, czy potrzebujemy ochrony. Trzeba by to sprawdzić. Ty, a jakie Ty masz plany na najbliższy czas, co? I czy można gdzieś kupić drugiego bogina?

Share this post


Link to post
Share on other sites

- Ja? - Zapytał, zwijając jedną z kiec, którą akurat trzymał, po czym rzucił nią krasnoludowi w twarz, rechocząc pod nosem. - Ja dzisiaj proszę ciebie idę na randkę z wampirzycą! - Pete z hukiem trzasnął skrzynią, by ją zamknąć, po czym otrzepał dłonie z kurzu. Odwrócił się do Torna.

- Nie no, żarcik. Nie na randkę, tylko na bardzo ważne wampirze sprawy. Tak ważne, że jeżeli dzisiaj w nocy nie wstawię się tam, gdzie wstawić się mam, to będzie ze mną krucho. - Wampir nie brzmiał na zbyt zadowolonego. Nie dlatego, że nie chciał spotkać się z swoją tak zwaną "macochą", a raczej tym, że kompletnie nie wiedział, czego może się spodziewać. 

- No, mniej więcej będę miał co do roboty. Ale co do tej twojej ochrony... stary, jakiej ochrony? Ty nie wiesz do czego taki bogin jest zdolny? Lepiej zajmij się jego tresurą, bo jak będzie musiał zająć się jakimś... niegrzecznym klientem, to załatwi i jego i przy okazji połowę dzielnicy. A ty byś jeszcze drugiego takiego chciał?! Ha! No i ja oczywiście też powinienem być od czasu do czasu w pobliżu, a do karczemnej bijatyki nie trzeba mnie zachęcać, przecież wiesz! - Młody wąpierz udał się do drzwi, otworzył je i gestem ręki zachęcił krasnoluda, by ten wyszedł pierwszy. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

- Cholera, Pete... A potrafi takiego załatwić srebro? Jeśli sobie nagrabisz u Jone'a, to może być krucho.  Ja nie wiem, do czego taki bydlak jest zdolny, a do czego nie. Znaczy się Jone, nie bogin. Co? Gdzie ty mnie chcesz wywlec? Człowieku, ja tu muszę biznes rozkręcić, idź ode mnie! - zaoponował Torn, a zaraz po otworzeniu drzwi w nozdrza Pete'ego uderzył ze zdwojoną siłą smród tego samego ohydnego zielska, niemalże zwalając go z nóg. I zdaje się, że wampirza opiekunka coś o tym smrodzie mówiła, jakoby miał zwiastować nadchodzącą fazę głodu i niepohamowanego łaknienia krwi. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Zanim zdążył cokolwiek odpowiedzieć krasnoludowi, smród który właśnie zaatakował jego nozdrza był tak potężny, że mało co go nie wyrzuciło z butów. Zakrył usta, próbując ze wszystkich sił nie zwymiotować. 

Śmierdzący Meer po kąpieli w kanale, w porównaniu do tego gówna, pachniał jak najlepsze perfumy. 

I w dodatku ten odór szybko chłopakowi przypomniał co oznacza. Porę na obiad. 

Pete przeszedł przez drzwi, zatykając nos, dławiąc się, rzucając kurwami co 0.10 sekundy. W tym momencie nie jeden szewc skinąłby głową z uznaniem. 

- Muszę... muszę żreć! - Wysapał ledwo. - I to szybko, dopóki jeszcze nie straciłem kontroli! 

Share this post


Link to post
Share on other sites

- No to... idź może, co? - zapytał ostrożnie krasnolud, nieco cofając się od wampira. - Znajdź sobie coś... kogoś... tą swoją opiekunkę, to ci pewnie pomoże, co nie Pete? He, he... 

Ale wampir nie czuł jeszcze przemożnego pragnienia wbicia kłów w czyjąś tętnicę. Póki co jego żołądek wręcz w drugą stronę - odmawiał potencjalnego pokarmu, wręcz wysyłał do mózgu wiadomość, żeby ten w ogóle nawet o jedzeniu nie myślał. W pewnym momencie wszelkie hamulce, łącznie z wolą puściły i ostatnie jedzenie wampira poczuło zew wolności, na szczęście już za progiem. 

- Pete, co jest? Ej, mam kogoś wezwać, co? 

Share this post


Link to post
Share on other sites

- Co jest? Zrzygałem się, nie widać? - Zapytał rozdrażniony, przecierając usta rękawem. 

Dlaczego bycie wampirem musi być takie skomplikowane? Skoro niby ma to być znak, że pora zatankować trochę krwi, to dlaczego na samą jej myśl robiło mu się coraz słabiej? 

Wcześniej wszystko było proste. Chciało się żreć, to się żarło, chciało się pić, to się piło. Cała filozofia. A już na pewno niedobór pierwszego czy drugiego nie przemieniało w łaknącą krwi bestię. 

- Nawet nie wiesz, jak ja ci zazdroszczę, że nie czujesz tego smrodu. Przecież wystarczy, że każdy człowiek nosiłby to w kieszeni, a wampiry zdechłyby z głodu! - Pete zacharczał, po czym splunął przed siebie, pozbywając się resztek nieczystości z jamy ustnej. 

- To ja może faktycznie lepiej pójdę do mojej mamusi, zanim zaczną się ze mną dziać jeszcze gorsze rzeczy... 

Share this post


Link to post
Share on other sites

To - Przecież ty tu zaraz zejdziesz, kretynie. Zostań, pójdę po kogoś! - oświadczył krasnolud, czmychnął za drzwi i zamknął je Pete'emu przed nosem niemalże. 

Terier burknął coś w odpowiedzi, ale najważniejsze że smród zielska złagodniał, żeby zaraz potem prawie zupełnie zniknąć. Apetytu co prawda Pete nie odzyskał, ale przynajmniej mógł w miarę normalnie funkcjonować. 

Torn wrócił nieokreślony czas później, bo w międzyczasie wróciła część nieprzyjemności sprzed parunastu godzin i Pete mnie dość że miał gorączkę, to jeszcze mdłości. 

Tornowi jakimś cudem nawet udało się sprowadzić Aug, obecnie zakrytą czarną peleryną. Zarówno ona jak i krasnolud mieli już przekroczyć próg domu, kiedy bogin-terier się uaktywnił, podniósł zad sprzed paleniska i ruszył w ich stronę, szczerząc kły i warcząc. Efekt nie był powalający w porównaniu do poprzedniego pokazu umiejętności.

Share this post


Link to post
Share on other sites

- Kurw... - Jęknął, kiedy mało co nie wyłapał drzwiami w twarz. Cofnął się o kilka kroków. Karzełek popędził tak szybko, że nawet nie zdążył zaprotestować. 

Grunt, że parszywy odór ustąpił. I dobrze, jeszcze chwila, a być może wampir rozważyłby omdlenie i przeczekanie tego będąc nieprzytomnym. Z braku zajęcia i pomysłu na siebie, wrócił do stołu, by poczekać na Torna i jego sprowadzoną pomoc. 

W międzyczasie cały czas zerkał kątem oka na bogina, czy ten przypadkiem nie robi czegoś złowrogiego. Takie złowrogie stworzenie to mogło przynieść nieszczęście, nawet wtedy, gdy tylko wygrzewało się przy palenisku. 

Było w miarę znośnie, póki znów Pete'owi się nie pogorszyło. Głowę oparł o blat stołu, rękoma ściskał brzuch, i zastygł tak w tej pozycji, złorzecząc raz to na guzdrzącego się krasnoluda, a raz na tę dziwkę, przez którą stał się wampirem. 

Kiedy jeszcze swoje trzy grosze postanowił dołożyć bogin, wampir mało co nie osunął się z krzesła na ziemię. 

- Przymknij się, cholerny demonie! - Wykrzyczał niewyraźnie, nadal nie podnosząc głowy. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

- Tak, tak. Siad! Siad natychmiast, pani może wejść! - skarcił bogina krasnolud, a pokraczny terier natychmiast zamknął jadaczkę i wrócił na swoje miejsce przy kominku, łypiąc od czasu do czasu nieprzychylnie na gościa. 

- Co jest, zaczęło się? - zapytała Aug, podchodząc bliżej i kucając przy Pete'em. Ze skórzanej torby na ramię wyjęła brązową buteleczkę i chustę, które połączyła i podała Pete'emu. Nie miały zapachu. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Wampir na pytanie Aug coś tam jęknął, coś tam burknął, ale niewiele dało się z tego zrozumieć, o ile cokolwiek. Bardziej teraz przypominał ochlejusa, który zdecydowanie wlał w siebie za dużo i był już tylko o krok o zafajdanie siebie oraz całego stołu. 

Chwycił coś, nie miał nawet siły podnieść łba i spojrzeć co trzyma, ale z samego wyczucia mógł określić że była to jakaś chusta i coś szklanego. 

- Szo to? - Zmusił się by wypowiedzieć coś w miarę zrozumiałego, nie mając pojęcia co zrobić z tymi przedmiotami. Wylać na chustę i wdychać? Wypić i wytrzeć twarz? Chustę wsadzić w butelkę i podpalić? Na cóż miałby to robić i to w takim stanie? 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Create an account or sign in to comment

You need to be a member in order to leave a comment

Create an account

Sign up for a new account in our community. It's easy!

Register a new account

Sign in

Already have an account? Sign in here.

Sign In Now

×
×
  • Create New...