Jump to content

W poszukiwaniu harmonii - [zabawa] sesja RPG (Drużyna Wolnej Equestrii)


kapi
 Share

Recommended Posts

Nick zanurzył swe zęby w strażniku. Był nieprzytomny i przerażony, jednak cały czas odrobina miłości płynęła w nim. Wystarczyła, aby pokrzepić Nicka. Czuł energię rozprowadzaną po całym ciele. Wstąpiły w niego nowe siły. Skupił się i po prostu przemienił się błyskawicznie w szarego ogiera. Wtedy odezwał się fioletowy changeling, który usłyszał prośbę o pomoc.

- Tak też myślałem, dobrze... Moje drogie rozprostujcie nosze. 

Żółta pegazica i ciemnozielona klacz rozsunęły się napinając białą płachtę pomiędzy sobą. Fioletowy ogier pomógł Nickowi wdrapać się na płótno, jakiego używała rebeliancka służba cywilna. 

- A tera ruchy, wychodzimy, szybko.

Żółte skrzydło poprawiło fałdy materiału, aby Nickowi leżało się lepiej. Cały świat zaczął przesuwać się rannemu changelingowi przed oczami. Sufity i ściany migały tylko w szybkim galopie. Czasami Nick widział inne kuce kłusujące przy jego noszach, niosących innych rannych, lub zaopatrzenie. Czasami zdarzał się nawet pokaźny oddział rebeliantów. Jednak wszyscy ignorowali małą grupkę kucy. W końcu, gdy wbiegli do bocznych odnóg jaskini fioletowy ogier znów się odezwał:

- Gdzie chcesz, żebyśmy Cię dostarczyli? Możemy spróbować Cię wynieść poza miasto, albo w okolicę frontu, choć to niebezpieczny pomysł i raczej zostaniesz tam albo zabity, abo zabrany do rebelianckiego szpitala, gdy przez omyłkę wezmą Cię za jednego z nich. Chyba, że masz jakieś inne miejsce, gdzie chciałbyś dojść? Mów, puki nikt nie słyszy.

 

 Shadow spokojnie wysłuchała żądań i odparła:

- Stalowych rurek raczej nie posiadamy, gdyż ten surowiec został wykorzystany do produkcji broni. Oczywiście rezerwy znajdują się w naszym zasięgu, ale rurki wykonać musielibyście sami. Szkło leży wszędzie na ulicach, pozbierajcie trochę i tyle. Na blachę nawet dałabym pozwolenie, ale nie mamy żadnej substancji wspomagającej magów. Nie opłacało się zajmować takimi rzeczami w naszej bazie. Zawory też musielibyście sami wykonać, materiału bym dostarczyła. Jednak nie rozpoczynajcie niczego, dopóki nie zdobędziecie substancji wspomagającej czymkolwiek miałaby ona nie być.

 To mówiąc Shadow najwyraźniej chciała zakończyć rozmowę, gdyż przyśpieszyła kroku.

 

MT popędził w stronę walk. Przebiegł znane sobie korytarze. Widział co raz więcej krwi i znoszonych rannych kucy. Miał wrażenie, że podziemia opustoszały. Gdy wyszedł na zewnątrz uderzyło go gorące od krwi, ognia i wybuchów powietrze. Zaczął przedzierać się bezpiecznymi alejkami w kierunku frontu, biegł ile sił w kopytach, gdy nagle zauważył załamaną, przestraszoną i skuloną Pokemonę pod jednym z budynków obok dzielnicy Arystokracji.

 

W miejscu, gdzie Grim wraz z innymi towarzyszami właśnie przebywał, zakończono przygotowania do podpalenia domów. Dzięki sprawnemu obsadzeniu stanowisk i zaporowemu wsparciu kusz obeszło się bez większych strat. Tylko dwa kuce zostały postrzelone kulami z wrogich muszkietów. Sanitariusze szybko zabrali ich w bezpieczne miejsce. Za bastionem wroga zapanowała cisza. Najwyraźniej wszyscy zostali należycie ustawieni i czekali na rozwój wypadków. Grim dał sygnał i w pobliskich domach zapłonęły łatwopalne ładunki. Ogień szybko zaczął się rozprzestrzeniać. Zajmował kolejne meble i podłogi. Płonęły wybitne dzieła sztuki i kultury, zgromadzone w dużej ilości w dzielnicy arystokracji. Ogień jednak szedł nieubłaganie niszcząc wszystko, czy było dobre czy złe. Zaraz rozległy się krzyki dowódców bastionu changelingów. Ich wojsko ewidentnie wykonywało szybkie przegrupowanie. Jednak strzelcy pozostawali na barykadach. Ogień zbliżał się do nich. W końcu i oni zaczęli schodzić. Wtedy rebelianci rzucili się w stronę dogodnych pozycji strzeleckich, jeszcze nie zagrożonych ogniem. Gdzieś z daleka dało się usłyszeć brzęk cięciw i jęki drewna oraz stali. Po chwili kilka krzyków i odgłosy ulicznej walki. Grim szybko wspiął się na wysoki budynek, aby widzieć rozwój akcji. Changelingi przypuściły masowy szturm w miejscu gdzie oddziały rebelii były najsłabsze, czyli od strony jeszcze nie kontrolowanych dzielnic. Na przód wystawiły żołnierzy z pawężami. Niedoświadczeni rebelianci strzelali, jak tylko widzieli wroga. Większość bełtów odbiła się więc od twardych tarcz. Changelingi wtedy ruszyły do ataku. W walce wręcz rebelia nie miała szans, najpierw pierwsze uderzenie należało do włóczników wroga, którzy nadziewali kuce na swą broń, siejąc spustoszenie. Od razu upuszczali je na ziemię i dalej nacierali z mieczami. Włócznie były zbierane z trupów przez następne szeregi. Działo się to równolegle w kilku ulicach. Oddziały rebelii podążały już tam, aby wesprzeć swych towarzyszy. Strzelcy zasypywali tyły formacji bojowej changelii bełtami. Jednak i tam ustawieni byli tarczownicy. Na szczęście kusznicy mięli lepszą pozycje i strzelali po prostu nad tarczami do dalszych szeregów. Ostrzał zbierał swe żniwo. Kolejne spojrzenie Grima w kierunku alejek uświadomiło mu, że rebelia w bezpośrednim starciu, mimo swej odwagi i determinacji jest wyżynana w pień. Nagle odezwała się potężna salwa z muszkietów, która zabiła, lub raniła około dwudziestu strzelców, którzy weszli na barykady. Wszystko ogarnęła czerwona łuna pożaru, jednak oddziały changeli zdołały przełamać okrążenie i wycofać się z zagrożonego terenu. Grim spojrzał w drugą stronę. W kilku innych miejscach miasta także płonęły pożary. Dalej słychać było odgłosy walki. Wyglądało na to, że straty były podobne po obu stronach. Grim widział swych walczących żołnierzy w ulicach. Większość z nich ginęła w walce. Wróg ponosił straty przeważnie od ognia, albo od nielicznych teraz bełtów, wbijających się w bok ich szyków. Co raz odzywały się muszkiety, choć także nie za często. Changelingi jednak systematycznie się cofały, oddając ziemię rebelii.

 

Sandstorma spojrzała na księżyc, który pojawił się gdzieś między chmurami. Wydał się na początku taki piękny i wspaniały w swym srebrnym blasku, że klacz zapomniała o tym, co dzieję się w okół niej. Nagle poczuła przemożną chęć zaśnięcia, potrząsnęła głową, aby to od siebie oddalić, jednak z obawą zrozumiała, że straciła czucie w nogach. Jej kolana załamały się pod ciężarem ciała, a ona zaczęła spadać w jakieś odmęty czarnej mgły, która wydobywała się z drzwi i okien okolicznych domów. Jej umysł oddalił się od świata realnego, a jej ciało opadło bezwładnie na ziemie. Jakiś sanitariusz ze służby cywilnej szybko to zauważył i zabrał Sandstorm do szpitala w podziemiach, jednak ona już nie była tego świadoma.

 

Zgodnie z Twoją prośbą Serox dzieje się z Twoją postacią to, co ma się dziać. Zapraszam do wątku Drużyny idącej po zaopatrzenie, tam będę opisywał dalej co dzieje się z Twoją postacią. Poinformuję na PW, gdy napiszę tam pierwszy post :pinkie:        

 

 

Edited by kapi
Link to comment
Share on other sites

(Przez chwilę wątpiłem że to podmieńcy :v )

Changeling czuł radość, proste szczęście wynikajace z pochłonięcia pewnej ilości miłości, w dodatku wyzwolenie. Nick leżał na noszach, parszywe uczucie, czujesz się nieporadny, uzależniony od innych. Czujesz jakbyś był ciężarem dla innych i nic co cię dotyczy nie zależy od ciebie. Uczucie dokładnie takie samo jak wówczas gdy ciągneli go tunelami do celi. Znowu widok ścian i sufitu pojawiający się i równie szybko znikający nie zmieniając nic, znowu kucyki, rebelianci... Wrogowie, a jednak coś się zmieniło. Nick będąc zmieniony w kucyka nie dostrzegał tej pogardy dla siebie ze strony rebeliantów. Naprawdę? Tylko tyle? Tylko ze względu na wygląd teraz mordują się ze wzajemną nienawiścią? Ech, cóż Shadow już to rozumie, a Nick się przekonał. Na refleksje trochę za wcześnie wojna jeszcze trwa, a do jej zakończenia daleka droga.

W końcu boczna alejka i możliwość rozmowy.

Nick wziął kilka spokojnych wdechów i słabym głosem tak wyraźnie jak mógł powiedział

-Rebelianci schwytali Nightmare Moon-

Chciał aby mimo tragizmu tych słów nie brzmiały one aż tak strasznie, próbował aby brzmiały one neutralnie i nie wyrażały strachu jaki od jakiegoś czasu w sobie głębił. Po chwili zdobył się na jeszcze jeden wysiłek-Wiecie gdzie ona jest?

Miał nadzieję że już udało im się to ustalić i pokrzepią go słowami że nad tym pracują, a jeśli nie to przynajmniej będzie miał pewność że ktoś wie co się stało.

Edited by Arceus
Link to comment
Share on other sites

Magictech widząc rannych zastanawiał się czy to na pewno dobry pomysł, czyż nie mógł zostać w bazie i czekać aż to wszystko się skończy?

 

<Nie...Pewnie gdybym się schował to zaczęli by mówić coś o poświęceniu, o tym że jestem tchórzem i inne tego typu banały. Jestem stworzony do większych celów niż walka. Ale nie! Pewnie by gadali że pilnowanie tego właściwie nie rozwijającego się technicznie świata to jego zadanie bo...bo zgłosiłem się jako ochotnik na jakąś wyprawę. Niech to>- tak myśląc wbiegł na pole walki, wybuchy i gorąco mu nie przeszkadzały, ile razy nieudane projekty wybuchły, i jak wyższej temperatury on sam nie potrafił wytworzyć. Jednak zapach krwi był czymś innym, obcym. Miał nadzieje że nie zwymiotuję.

W tym momencie zauważył jedną z osób które też wyruszyły na tą wyprawę. Poszukał w myślach imienia. Pokemona. Tak tak się nazywała mała istotka skulona na ziemi.

<Do jasnej! Czy ona nie jest dzieckiem!? Kto pozwolił jej tu przebywać!? Czyżby pan "Pułkownik"?>

Jednak uznał że trzeba narzazie zrezygnować z tych rozważań. Podbiegł do małego kucyka.

 

- Co tu robisz?! Czy nie widzisz że tu jest niebezpiecznie! Możesz chodzić? Choć pomogę cie stąd uciec

Link to comment
Share on other sites

(Z kolei mnie zadziwia twój wzrok. Jakoś w zdaniu "W miejscu, gdzie Grim wraz z innymi towarzyszami właśnie przebywał, zakończono przygotowania do podpalenia domów." nie widzę nic o małej Poke. Do tego przez dłuższy czas nie było o niej wieści, więc chyba mam prawo się zdziwić, nieprawdaż?)

Głos. Czyjś głos przedarł się przez zasłonę strachu i dotarł do umysłu klaczki. Najpierw zastrzygła uszami, potem uniosła powoli, nagle ciężką jak głaz, głowę. Zobaczyła kucyka, jednego z tych z jej grupy... Mówił coś do niej, coś o chodzeniu. Jego słowa były lekko przytłumione, dobiegały jakby zza ściany. Wstała, nogi miała jak z waty, ale udało jej się na nich ustać. W głowie jej się kręciło, niepewnie kiwnęła. To nie tak miało wyglądać, zupełnie nie tak... Alter miała jej pomóc, tymczasem ukrywała się gdzieś głęboko w jej umyśle, nawet nie klnąc na słabość klaczki. Po prostu tam siedziała, cicha i ponura.

Link to comment
Share on other sites

Zaczął przedzierać się bezpiecznymi alejkami w kierunku frontu, biegł ile sił w kopytach, gdy nagle zauważył załamaną, przestraszoną i skuloną Pokemonę pod jednym z budynków obok dzielnicy Arystokracji.

Tutaj była wzmianka o Pokemonie, Atlantisie, nie przy oddziałach Grima, więc nie mów o niewiedzy innych, gdy sam masz czasem kłopot z wyłowieniem czegoś z tekstu. Rzekłem. Posta zrobię... jak go zrobię, jakoś nie mam motywacji teraz, ale pojawi się w tym miejscu.

Edited by Po prostu Tomek
Link to comment
Share on other sites

Mały pegaz wyglądał źle, trzeba go było stąd zabrać. Natychmiast.

-Posłuchaj mała. Nie wyglądasz dobrze, właź mi na grzbiet...czekaj- Jednorożec skupił się, miał nadzieje że skrzydła są na tyle w dobrym stanie by mógł zrobić coś w rodzaju kołyski by Pokemona nie spadła z jego grzbietu. Później tylko pomóc jej wejść i zabrać tą kulkę nieszczęścia daleko od tego zgiełku.

Link to comment
Share on other sites

  • 3 weeks later...

Wyglądało na to, że plan mniej czy bardziej działał, robaki żeby nie zostać pieczystym musiały oddawać pole, wycofywać się z ogarnianych ogniem budowli. Z pewnością nie pomagał im fakt, że, o ile Grim pamiętał, pancerzyki owadów były raczej łatwopalne. Tutaj po prostu nie mógł powstrzymać paskudnego, złego uśmiechu, takiego, że każdy z punktu zrozumiałby, dlaczego ma na imię jak ma. A potem rzeczywistość podniosła swój szkaradny łeb, i kuc rad nierad musiał wdrapać się na dach jakiegoś domu czy co to tam było, by lepiej widzieć co się właściwie dzieje.

 

A działo się. Oj, cholera, działo. W sumie, to tylko dział tutaj brakowało. Tych, które wedle planu miały odezwać się, jakby sytuacja robiła się bardzo nieciekawa. A teraz, w tym konkretnym momencie, nieco rozciągniętym w czasie ale jednak momencie, była Bardzo. Kur*a. Nieciekawa. Czemu, do jasnej i niespodziewanej zarazy, oby spadła na to przeklęte miasto, żaden z dekli nie pomyślał o tym, by tych cholernych armat użyć? Między budynkami były przeca zbite kuby Podmieńców, przecież to by zrobiło z nich siekane kotlety, wprasowało w kocie łby! Ogier dał wyraz swojej frustracji rzucając kawałkami gruzu za wycofującymi się po skutecznym z ich strony ataku nieprzyjaciółmi. Czuł, że bitwa wymyka się zupełnie spod jego kontroli, a nie był cudotwórcą. Nie miał jak zaradzić większości problemów, które się pojawiały.

- Nie mamy amunicji, a ranni konają owinięci własnymi jelitami tam, na dole - Grim odwrócił się od obrazu rzezi w stronę najbliższego rebelianta, który tym samym stał się adiutantem. - Nie mamy teraz za bardzo jak atakować dalej, bo wręcz mogą zrobić nam dużo więcej szkody niż z daleka. Ale jak nie będziemy nacierać, to oni to wykorzystają i zaatakują nas. Daj mi chwilę, minutkę.

 

Szczerze, to była tylko wymówka. Ziemski kucyk po prostu przestawał powoli mieć pomysły na to, jak poradzić sobie z narastającymi kłopotami. Wiedział, że zawieść nie może, od tego zależało właściwie wszystko, zaczynając na jego marzeniach, jego życiu, a kończąc na tych setkach kucy, które to swoje marzenia i życia złożyły na jego grzbiecie. Ale nie miał teraz jak zażegnać niektórych z tych kwestii, nie robiąc rozpieprzu w szeregach. Ot, choćby ranni. Już miał zbieraczy, zdejmujących biedaków z pola bitwy, ale przy takiej liczbie pokrzywdzonych...

 

- Dołożyć kucy do znoszenia rannych. Ci, którzy mogą iść i unieść miecz zostają, opatrzy się ich na tyłach. Ci, którzy chodzą ale nie mogą nic więcej, zejdą do podziemi po opiekę. Dalej. Niemogący iść, ale dający się znieść w jednego kuca. Na samym końcu ci, których trzeba znosić w dwóch - Grim dobrze wiedział, że ci, którzy są w zbyt ciężkim stanie mogą nie dożyć pomocy, lecz naprawdę bardzo potrzebował jakichś rezerw. To było tak brutalne, że mimo miny nie mówiącej nikomu absolutnie nic, wewnętrznie płakał gorzkimi łzami. Rozrywało go to. Ale nie widział innej drogi. - Bełty i kule bierzcie skąd się da. Kule możecie wytapiać na szybko z ram okiennych, wystarczy rozpalić ze dwa ogniska. Gorzej z prochem, tutaj trzeba zdzierać co się da z robali. Jeśli nie będziecie w stanie dalej atakować, zatrzymajcie się, działa będą was chronić. I tym razem... - Grim Cognizance odetchnął znacznie głębiej niż od początku bitwy - idę z wami, tak jak na samym początku. Tak, jak powinno być. Na pierwszą linię. Dawaj!

Edited by Po prostu Tomek
Link to comment
Share on other sites

Adiutant od Grima popatrzył na jego wybuch, zrobił dość przerażoną minę, ale w końcu wpadł na to, żeby pobiec do dział. Sam pułkownik ruszył w kierunku linii frontu. Przeciskał się pomiędzy zgrupowanymi odwodami, cisnącymi się w uliczkach. Widział wynoszone ciała, rozkazy wykrzykiwane przez dowódców. Czuł żar pożaru, który sam rozniecił. Biegł ile sił w kopytach. W końcu przed samą linią frontu dobył swego miecza. Usłyszał wyraźne odgłosy bitwy. Zobaczył chlusty krwi. Poczuł masę rebeliantów, którzy porwali go do ataku pchając w przód. Był w czwartym szeregu, już widział wroga. Zdał sobie sprawę, że jest w jednej z bocznych alejek i nie tu przypada główny atak nieprzyjaciela. Nie mógł już jednak ruszyć się w tył. Kilkoro kucy przed nim padło i w końcu on sam stanął na pierwszej linii. Nie widział w okół siebie żadnych znajomych twarzy. Błysk miecza uświadomił mu zagrożenie. W ostatniej chwili odruchowo sparował cios. Zobaczył błękitne oczy changelinga, który stał w spokoju. Grim natomiast był pchany z tyłu do ataku. Zamachnął się, a potem wykonał mordercze pchnięcie. Te jednak zostało zbite przez oręż wroga i zatrzymało się już spowolnione na twardych kółkach kolczugi. Kolejny szczęk metalu dołączył do ogólnej symfonii wojny. Ten huk ogłuszał Grima, który za późno zorientował się w nadchodzącym ciosie. Ostrze wrogiego miecza, odbiło się jednak od jego płytowych nagolenników, nie czyniąc mu żadnej krzywdy. Przez chwilę przez umysł Grima przeszedł cień wdzięczności, że rebelia przeznaczyła mu taki dobry pancerz. Mało który cios mógł go bowiem przebić. W tym samym momencie kuc usłyszał jęk jakiegoś rebelianta, który został trafiony tak samo jak on - w nogę. Jednak zwykła twarda skóra nie zatrzymała już ostrza wroga, które przeszyło goleń rebelianta. Ten upadł i został szybko dobity przez bezwzględnego changelinga. 

 

Grim poczuł strach w sercu. Te potwory walczyły zupełnie bez emocji. Patrzyły swym ofiarom w oczy i zadawały śmierć, jakby parzyły herbatę. Ich doskonałe wyszkolenie nie pozostawiało rebeliantom prawie żadnych szans. W tej uliczce mieściły się cztery kuce obok siebie, a już w tak krótkim czasie przy Grimie musieli stanąć trzej nowi rebelianci. Nagle jakiś changeling padł od bełtu wbitego w szyję. Grim już chciał poprowadzić natarcie, ale wyłom w linii wroga został zasłonięty przez nowego żołnierza. Razem czarna masa tworzyła ścianę ostrzy nie do przejścia. Kolejny cios spadł na osłonięty bark ziemnego kuca. Metaliczny brzęk zagłuszał wszystko.

 

W pewnym momencie parcie od tyłu ustało, rebelia zaczęła rozluźniać szyki, jakby odchodząc w tył. Zaraz potem powietrze rozdarł dźwięk pierwszej salwy. Pociski musiały uderzać bardzo blisko, gdyż armatnie kule świstały niemiłosiernie. Słychać było kruszone niemi kości. Fale ognia ukazywały się co chwila z wysokiej wierzy. Czasami jakaś grupka changelingów w zasięgu wzroku podlatywała do góry. Widać było wtedy ich porozrywane ciała. Jeden pocisk uderzył w okoliczny budynek, który zaczął się walić. Gruzy grzebały pod sobą armię wroga, ale też i kilkoro rebeliantów. Nad głową Grima przeleciała fala bełtów. Spojrzał w górę i w oknach okolicznych domów ujrzał oddział rebelianckich kuszników. Wzrok powędrował przed siebie. Tam leżało około dziesięciu zabitych changelingów z bełtami w ciałach. Tłum pchnął Grima do natarcia. Jakiś ogier koło niego padł od strzału z rusznicy. Podobnie po kolejnych hukach wystrzałów Grim słyszał jęki za sobą. Nie mógł jednak zobaczyć co się dzieję, gdyż właśnie starł się z nowo uformowaną linią przeciwników. Działa waliły dalej. Zza winkla budynku Grim zobaczył plac, na którym trupy wrogów ściełały się gęsto od morderczych kul z artylerii. Wyglądało na to, że jeszcze kilka pocisków i opór się złamie, a wtedy masy rebeliantów zaleją tych sku*****nów.

 

 

 

Magitech usadowił pochmurną Pokemonę na swych skrzydłach. Konstrukcja wytrzymała i gdyby nie to, że jest z metalu, byłaby idealnym wózkiem dziecięcym. Mała klaczka poczuła bliskość znajomego ogiera i jego troskę. Gdzieś w głębi serca ulżyło jej, bo ktoś się nią opiekował.

 

 

 

Changelingi niosące Nicka spojrzały po sobie porozumiewawczo, po czym ten fioletowy odparł stanowczo, nie zwalniając kroku:

- Tak wiemy. Już jedna grupa się tym zajmuje. My do niej dołączymy, jak tylko wykonamy swoje zadanie, czyli uratujemy Ciebie. Pomożesz nam, jeśli powiesz gdzie mamy Cię odstawić. Wtedy szybciej dołączymy do towarzyszy w podziemiach. Co do położenia mamy kilka wytypowanych miejsc. Są sprawdzane przez tamtych, pewnie już ją znaleźli. To gdzie mamy Cię zanieść?  

Edited by kapi
Link to comment
Share on other sites

Ogier nie był w stanie wiele robić, kiedy pchał się naprzód, pokrzykując w ognistym gniewie, by znaleźć się tam, gdzie stali jego towarzysze, kładący się pokotem po to, by to miasto mogło zasnąć bez strachu przed różnej maści wynaturzeniami mogącymi porwać mieszkańców lub ich bliskich. Po co tu wrócił, zamiast siedzieć sobie na jakimś dachu i podziwiać batalię dalej? Chodziło dokładnie o to samo co wtedy, gdy pomagali samotnej rodzinie przed, unkh, teleportem tutaj. I dlatego teraz, kiedy dopchał się do frontu z nienawiścią wypisaną na twarzy, próbował wszystkiego, by cisnąć się dalej za wszelką cenę, choćby mieli go tutaj poszatkować jak kapustę [żywił też nadzieję, że Snow nie pcha się za nim, była potrzebna gdzie indziej, ale ciężko było mi to wpieprzyć logicznie w post]. Miał swoje powody.

 

Otóż pod całą tą powłoką szału bojowego, skrzętnie ukryte, kryły się smutek i strach. Smutek po tych wszystkich kucach, które zginęły i zginą, które jednak zawiódł, bo już nie potrafił poprowadzić ich porządnie do bitwy. Zadanie go przerosło, nadzieja na zwycięstwo umierała z każdą sekundą. Nie miał kontaktu z innymi częściami miasta, zostawało tylko iść naprzód i naprzód. Strach, za każdym razem, kiedy czuł na sobie ciosy wrogów,  bo jak każda w pełni żywa istota czasem bał się śmierci, kiedy dyszała mu w kark. Czuł też oślizłe macki przerażenia kiedy patrzył w te puste, pozbawione wszelkiego, martwe za życia i zupełnie niekucze oczy, szklane kulki w chitynowych czaszkach. Nie walczył z niczym żywym i czującym, był tego pewien.

 

Ostatnia była determinacja, zbijana strachem, lecz w pewien sposób podsycana smutkiem. Ponieważ Grim wolał umrzeć teraz, niby to bohaterską śmiercią, niż żyć i widzieć załamanie swoich oddziałów, odwrót, który przy kolejnym jego błędzie zamieni się w bezładną ucieczkę, a ona z kolei w straszliwą hekatombę. Poza tym widział, iż inni wciąż walczą i wytężają wszystkie swoje siły, każden jeden mięsień. Dalej tną, rżną, biją i strzelają. Dlatego, nie licząc naporu z tyłu, szedł prosto przed siebie, patrząc na świat oczami mówiącymi, że nie ma wiele do stracenia.

- Ani. Kroku. W tył! - wykrzyknął ochryple, sam nie słysząc w całym zamęcie swojego głosu. Wydyszał jeszcze - Za wolność!

 

Lepiej krzyczeć nie umiał. Męczył się, ale próbował mimo to wczuć się w rytm walki. Machał mieczem bardziej jak kosą, szeroko, na wysokości szyi, a jeśli zablokowano go, wykorzystywał energię uderzenia wroga by poprowadzić wzmocnione cięcie w drugą stronę. Niemal nie blokował, bo bał się, że przy za dużej ilości ruchów po prostu zacznie w tym tłoku bić swoich.

Edited by Po prostu Tomek
Link to comment
Share on other sites

Magictech, nie przyznałby się do tego głośno ale w duchu czuł ulgę że może wycować się z pola bitwy...na razie. Teraz musiał zabrać Pokemone daleko, daleko stąd, gdzie nic jej się nie stanie. Gdzie będzie bezpieczna. Rozglądał się nerwowo na boki i zaczął iść, i mówić, mówić do Pokemony. Trochę żeby dodać sobie otychy a troche by wylać swoje żalę.

 

-Wiesz co mała? Nie powinnaś się tu znajdować. W sumie żadne z nas nie powinno, pisałem się na pomoc. Tak. Czy pisałem się na udział w wojnie? Apsolutnie nie. Gdyby chcieli żebym przynajmniej im pomógł. Ale nie! Oni wszyscy chcą tylko brutalnej siły do pomocy. NIkt nie chce nowych sposobów walki. Tylko lance, miecze, tarcze, sztylety...i ten cały proch w rurach. To muszę kiedyś obadać, bezmi ciekawie. Ale ja ci mówię dzieciaku, kiedyś to maszyny będą wygrywały wojnę. Wyobraź sobie taki powóz z metalu i armatą. Genialnę! Parę kucyków by tym mogła sterować i zapewne żaden by nie zginął. Ale nie...oni będą się pchać na front zakuci w puszki i ginąc w nich, bohaterowie kur...czaki. Wracając, bo chyba się rozgadałem- ktokolwiek ci pozwolił tu przyjść i walczyć jest albo głupi, albo szalony albo akurat był pijany. A ty co myślałaś? Jesteś pegazem. Wybacz dziecko ale pegazy są bojowo upośledzone. Kucyki ziemskie są twarde i silne, a jednorożce są na tyle mądre i na tyle potężne by trzymać się z dala od walki. Pegazy nadają się do wyścigów, albo do zmiany pogody. Ale do walki? Że skrzydła? Tak, ale jak strzał będzie tysiąc ni jak tego nie ominiesz. I te wasze kości, zbyt delikatne są. A dzięki mojemu wynalazkowi mogę sprawić że jednorożce i kucyki ziemiskie też mogłyby latać. Chociaż wróć, kucyki ziemskie są cieżkie...chociaż cięższe ciało a lżejsza głowa w sumie się zerują. Tak, trzeba kiedyś poeksperymentować. Wracając- zabiorę cię teraz tam gdzie się tobą zaopiekuja, nie wolno ci z tamtad wychodzić, wiesz chętnie bym się tobą zajął ale pewnie ktoś powie, "Nie mósisz pomóc bo honor, bo ojczyzna bo cośtam". Tobie to dobrze, dzieciak jesteś, nie musisz walczyć. A ja? Matko dlaczego się nie urodziłem z astmą? Mógłbym nawet poświęcić kończynę, żeby nie walczyć, mógłbym ją zastąpić. Strzelam że Rebon pozwoliłby mi popatrzeć na te jego piękne nogi. To może być przełom w medycynie dzieciaku. I ja bym to opatentował! Miał bym mnóstwo pieniędzy. Może dostał bym jakąś nagrodę? Ludzie nazywali by mnie geniuszem, a ja zacząłbym dozbrajać Equestrię. Wyobraź sobie! MT Industries. Brzmi nieźle, co? Ale nie oni teraz pokładają nadzieję w Grimmie i jego "puł-głowo-nikowaniu". Pewnie gdzieś teraz kona, i miśli "Dalczego zgrywałem bohatera"-jednorożec przestał mówić, rozglądnął się po polu bitwy. Zaraz pożałował tego co powiedział, Grimm naprawdę mógł właśnie ginąć. Nie żeby się nim przejmował, co to to nie. Ale gdyby jednak zginął do końca życia miał by wyrzuty że powiedział to w złą minutę. Kontunułował podróż do bazy cały czas rozglądając się nerwowo, z różnymi zaklęciami bariery w głowie. Milcząc.

Link to comment
Share on other sites

Przez dłuższy czas Poke milczała, kompletnie zgaszona monologiem kucyka. Po chwili jednak przyszła jej do głosy odpowiedź. Ciekawiła ją jego opinia w tej sprawie.

 - Skoro Pegazy się nie nadają... To co z alicornami? Takimi pełnymi, bez mechanicznych części? - zapytała cicho. Gdyby udało jej się przywołać Alter... Z jej pomocą mogłaby coś zrobić! Wyrwać się z tej klatki zwanej "jesteś dzieckiem", a teraz też "jesteś pegazem".

Link to comment
Share on other sites

Thermal odetchnął uspokojony. Cieszył się, że Yellow nie będzie ofiarą jego brawury ani walk. Szanował i zdążył polubić żółtego jednorożca, nawet jeśli póki co ten jeszcze nie okazał się najlepszym rozmówcą. Nie był zdolny tego wytłumaczyć, ale na szczęście nikt mu tego nie kazał robić.

Nogi drżały, utrzymując jego ciężar. Widział jednak inne kuce na tej sali. Większość oddałaby wiele, by być w stanie Yellowa - leżeć i nie cierpieć. Czuł słodki, drażniący i odrażający smród mięsa. Oraz te nosze przykryte płachtami.

Nowa siła, która wstępowała w niego z każdą chwilą, nie sprawiała jednak, że czuł się lepiej. Chciał walczyć dalej ale jakaś cząstka jego duszy mówiła mu, że zginie. Nie była zdolna jednak zatrzymać go. Szedł przed siebie, uciszając wszelkie wątpliwości możliwością pomocy za linią frontu.

Link to comment
Share on other sites

Topaz rozglądała się na boki idąc w ślad za Grimem, ciężko jej było patrzeć na samą wojnę w której się znalazła, zawsze sądziła, że do tego nie powinno dojść za czasów księżniczek. Widziała wiele w swoim nie długim życiu, jednak też widziała i czuła strach samego ogiera. Ostatnio jakoś nie wiele miała do powiedzenia, jakoś dowodzenie innymi kucykami nigdy jej nie wychodziło. Uzbrojona sama szykowała się do obrony Grima, jeśli będzie trzeba będzie zabijać. Wróg był silny i bez skrupułów wyrzynał każdego w pień. Klacz nie wróżyła temu nic dobrego więc sama starała się działać za plecami wystraszonego ogiera, była zwarta i gotowa aby cokolwiek teraz zrobić. Krzyknęła  z cała swoją złością, jej róg zabłysł jasno błękitnym światłem, wystrzelił w górę silny promień jasny i przenikliwie zimny, celowała tylko w wrogów choć było ich wielu. Więc nareszcie mogła jej magia wybuchnąć z całym impetem. Ustała na dwóch nogach i krzyknęła - Za księżniczkę Lunę!-.

Edited by Anathiela
Link to comment
Share on other sites

MT uśmiechnął się delikatnie, ciesząc się faktem że udało mu się wyciagnąc małą z tego smutnego stanu. Przynajmniej chwilowo.

 

-Nie uczyłaś się tego jeszcze? Alicorny są w pewnym sęsie połączeniem trzech najbardziej rozpowszechnonych ras kucyków. Potrafią latać, są w miarę wytrzymałe i władają wyjątkowo potężną magią. Jednak są oczywiście pewne wady fizyczne alicornów, wiesz dlaczego ksieżniczki mają takie wielkie skrzydła? Bo same są duże, a ich kości są tylko nieco lżejsze od jednorożców przy tym zachowują wytrzymałość. Ciała alicornów ogólnie to wyjątkowo ciekawy temat, ale nikt jeszcze ich dobrze nie zbadał. Za mało ich jest, a te które były to wyłacznie władcy, a ich nie godzi się badać. Więc tak, alicorny nadają sie do walki, potężna magia daje im tą przewagę. I mimo tego jak moje dzieło jest genialne nie jestem alicornem. Niestety, brakuje mi siły i potęgi magicznej...chcociaż gdybym stworzył mój pewien projekt...-MT zamilkł na chwilę po czym, uznał że chyba Pokemona mogła źle zrozumieć jego pewne słowa- Jagby co mała. Nie uważam pegazy za całkiem bezużyteczne, jesteście tylko zbyt leciwe do walki na pierwszej linii w ogniu walki. Słyszałaś kiedyś historie jak trzy rody kucyków założyły Equestrię? Z opowieści tej jasno wyniki że to pegazy były najbardziej wojowniczą nacją. Jednak preferowały nagłę ataki z góry, szybkie ciosy i błyskawiczne uniki. Oczywisćie niektóre pegazy sądzą że mogą walczyć na pierwszej linii z mieczem i tarczą. Ja myślę że to głupota...no chyba że mówimy o wyjątkowo wyrośniętym pegazie. Chyba widziałem takiego raz kiedy p[rzeprowadziłem się do Ponyville, ale czy umiał latać to ja nie wiem.

Link to comment
Share on other sites

Przez jeszcze chwilę pegazka analizowała jego słowa, myśląc głęboko nad ich sensem.

 - To prawdziwe alicorny... A gdyby był pegaz, który czasem zmienia się w alicorna? Zwiększa się jego wytrzymałość i zyskuje wielką magię? - zapytała, ponownie w umyśle wołając Alter. Szukała jej w sobie jak zagubiony podróżnik, który na nocnym niebie szuka Gwiazdy Polarnej. Mimo iż wciąż jej nienawidziła, to przyzwyczaiła się do niej, do tej złości, do tego mroku, do tego strachu przed nią.

Link to comment
Share on other sites

W jednej chwil Nick odzyskał nadzieję i chęć do działania. W jednej chwili Nick, mógł szczerze powiedzieć to jeszcze nie koniec". W końcu jakaś dobra wiadomość. Changeling jednak dalej chciał działać dla dobra swoich, jednak w takim stanie niewiele zdziała, wręcz przeciwnie, może nawet przeszkadzać. Podmieniec nie chciał być ciężarem dla swoich, a i sobie chciał ulżyć. Nic dziwnego że po chwili namysłu rzekł.  

-Skrzydło medyczne, doprowadzę się do znośnego stanu i was dogonię.

Nick przemilczał tylko jedno słowo "może", nie wiedział czy wróci, nie wiedział czy uda mu się stąd wyjść. Nie to było ważne, jeden changeling losu wojny nie odmieni, jednak królowa koszmarów mogła coś zdziałać. 

Początkowa radość z odzyskania wolności minęła, znowu dotarła do niego smutna rzeczywistość, wojna. Ten stan wymagał najgorszych czynów i największych ofiar, smutne realia. Nikt tego nie chciał, a jednak każdy z mniej lub bardziej swojej winy w tym uczestniczył.

Link to comment
Share on other sites

MT zastanowił się nad pytaniem małej pegazicy. Wydawało mu się niedorzeczne. Kucyk nie mógł zmienić swojej rasy.

I wtedy go oświeciło. Pierwszy dzień podróży. Pokemona zmienia się w coś z rogiem i skrzydłami jak u nietoperza.

 

-Mała. Jeśli chodzi ci o twoją...eee, przypadłość. To nie mam pojęcia czym to jest, w co się zmieniasz. Nie przypomina Alicorna ,o nie. Nie znam się na tym ale wygląda mi to na jakąś...demoniczną hybrydę gada z kucykiem? Od kiedy to się dzieje? Wiesz kto to ci zrobił? I nawet jeżeli cię wzmacnia, jesteś dzieckiem, jeżeli coś ci się stanie nikt sobie tego nie wybaczy. Właściwie dlaczego z nami podróżujesz? Twoi rodzice się nie martwią?

Link to comment
Share on other sites

Kolejna salwa z armat uderzyła druzgocząc podmieńcze łby. Słychać było krzyki i nagle zawołanie tysięcy gardeł "Za Equestrię!!!". Wszystko to dobiegało oddalone o jakieś 50m. Changelingi w tylnych szeregach zaczęły obracać nerwowo głowy w tamtą stronę. Krzyk ich dowódcy nakazywał utrzymanie linii. Zaraz z tyłu posypały się bełty. Grim już wiedział, że opór wrogów w jednej z uliczek został przerwany. Teraz jego ludzie wdzierają się pewnie na plac, ostrzeliwując pozostałe linie od tyłu, lub po prostu siekąc mieczami. Sam wsparty tą myślą zaatakował z nową siłą najbliższego wroga. Ten cofnął się pod naporem pierwszego, nagłego ciosu. Uderzenie było potężne, jednak twardy napierśnik płytowy zatrzymał klingę Grima. Changeling próbował odpowiedzieć, ale jego cios został zbity drugim uderzeniem rdzawego ogiera. Tym razem miecz dążył bez opamiętania i z furią do celu, zsunął się po gładkim metalu i nagle wszedł ostrym końcem pod pachę changelinga. Ten zawył i upadł, przykrywając ciałem prawie odciętą nogę. Grim nawet nie patrząc dobił go, wbijając swój miecz w jego kark. Szedł dalej, łomocząc mieczem o zbroje wrogów, straszny, zdesperowany, niepowstrzymany. Przez głowę przewijały mu się myśli o porażce lub zwycięstwie, a czasami sam dziwił się, w jak zręczny sposób odbija ataki wrogów. Nigdy nie spodziewałby się po sobie takiej biegłości we władaniu bronią. Jednak rozmyślania nigdy nie trwały długo, gdyż przerywała je brutalna rzeczywistość i zagrożenie życia.

 

 

Podczas gdy pułkownik parł do przodu, pociągając za sobą, porwanych jego szałem, dzielnych Equestriańczyków, w Topaz coś wzbierało. Do jej umysłu dotarło, że stoi przed wrogiem, który zmienił Lunę w potwora, który zniewolił Equestrię, i który sieje zło. Gniew wybuchł w niej w jednej chwili oczy zapłonęły błękitnym płomieniem i zaczęły świecić. Okolicznych rebeliantów odrzuciło lekko od klaczy. Grim zobaczył jakieś dziwne światło, ale nie mógł się odwrócić, gdyż akurat toczył zażartą walkę z zawziętym changelingiem. Sama Topaz poczuła przypływ mocy, jakby z wydobywała się z jej pamięci, emocji, a nawet duszy. W rogu zgromadziło jej się tak wiele, że zaczął ją uciskać w czaszkę, co było uczuciem nieznanym klaczy wcześniej. Gwardzistka zdała sobie sprawę, że zaraz zemdleje, jeśli nie pozbędzie się nadmiaru energii. Błyskawicznie, z wojskowym opanowaniem skumulowała ją w swoim zaklęciu. Jej ciało uniosło się, a cała moc zaczęła emanować na zewnątrz. Topaz jednak nie czuła bólu, miała tylko świadomość mocy, której nigdy wcześniej nie doświadczyła. W końcu błękitny, lodowaty promień wystrzelił w górę. Towarzyszył temu przeciągły dźwięk pękających zwałów lodu. Nad klaczą szybko narastała olbrzymia kula mocy, z której zaczęły wystawać sople. Wszystko rosło w zastraszającym tempie. Pierwsze małe pociski skumulowanej energii wystrzeliły w stronę Changelingów. Każdy z nich krystalizował w lodowy pocisk. Uderzały z ogromną siłą powalając swoje cele. Grim właśnie szykował się do przyjęcia ciosu, którego nie zdołał sparować, gdy usłyszał świst. Coś przemknęło mu nad głową i zmieniło czaszkę przeciwnika w zamarzniętą krwawą miazgę. Ogier spojrzał się w tył i zobaczył emanującą, energi Topaz. Kawałki lodu przebijały się przez metalowe pancerze i hełmy, jakby były zrobione z papieru. W szeregi wroga wkradł się zamęt. Jednak to nie był koniec. Z kuli sypało co raz więcej pocisków. Niektóre z nich odbijały się od ścian, rozbijając się i raniąc rykoszetami wrogów. Grim z przerażeniem spojrzał na działanie niszczycielskiej magii. Pułkownik zorientował się, że nikt z jego nie ucierpiał od żadnego lodowego pocisku. Nagle coś huknęło wszystkim nad głowami. Wraz z okrzykiem "Za księżniczkę Lunę!", wielka kula magii skurczyła się i wleciała w sam środek rozbitego szyku wroga. Szybka bezgłośna eksplozja oślepiła i odrzuciła w tył wszystkich rebeliantów. Gdy Grim otworzył oczy, ujrzał rozsypujące się w drobny szron zamrożone posągi tych, z którymi przed chwilą walczyli. Cała ulica była zamarznięta, a okoliczne dwa domy, nie miały swych narożników, wyznaczających koniec bocznej uliczki. Pułkownik zaniemówił, nigdy nie widział tak potężnego zniszczenia od jednego zaklęcia. Zebrał w nim pierwotny gniew, odwrócił się, wyobrażając sobie rozpadające się lodowe figury rebeliantów. Tymczasem jego oczom ukazały się nietknięte, powstające szeregi wojsk Equestrii. Z wiwatem wszyscy rzucili się do przodu. Przez powiększone wejście na główną ulicę mieściło się więcej kucy niż przed wybuchem zaklęcia. Masa rebeliantów wlewała się, już nie tylko przez te wejście, ale i przez parę innych. Grim zorientował się, że ten bastion changelingów jest już skończony. Zobaczył padających wrogów, ciętych z każdej strony mieczami. Odwrócił się i ujrzał powstającą z ziemi Topaz. Jej oczy wydawały się przytomnieć i wracać do świata. Jej nogi twardo stały na ziemi, a na twarzy malował się wyraz zadowolenia. Istotnie miała się z czego cieszyć. Właśnie jej zaklęcie rozbiło kilkudziesięcioosobową linię wroga, która przysporzyłaby rebeliantom jeszcze dużych strat. Czuła się całkiem dobrze, zwłaszcza, że uwolnienie tej całej energii sprawiło jej dużą ulgę.

 

 

Po kilku minutach było już po wszystkim, trupy podmieńców były ograbiane ze sprzętu, trwała ewakuacja rannych oraz dostawy bełtów. Do pułkownika przybiegł już pierwszy goniec, który był odziany w zbroję Solarnego Gwardzisty, jeszcze z czasów przed wojną. Przekazał krótką informację:

- Pułkowniku po otrzymaniu wsparcia artylerii nasi rozgromili wszystkie bastiony obronne na granicy naszej strefy wpływów. Pierwsze oddziały posuwają się już dalej. Trwa szacowanie strat. Mam rozkaz od Generała Greena, aby wszystkie pancerze pokonanych wrogów trafiły do jego oddziałów. Proszę wydać stosowne rozkazy tragarzom. Generał kazał też wypytać o sytuację w Twoich oddziałach i o pańskie samopoczucie.

Topaz , która stała obok Grima ,rozpoznała w tym ogierze jednego z poruczników Królewskiej Gwardii, jeszcze z czasów gdy wstępowała do straży. Miał on zawsze pogodną twarz i teraz jego poważny wygląd i głowa, która zdawała się bardziej kanciasta niż zazwyczaj, a na dodatek niedokładnie ogolony zarost dziwiły ją. Pamiętała, że porucznik Carbo Steel zawsze darzył ją szacunkiem, a może nawet sympatią. Najwyraźniej po zdobyciu Equestrii przez wrogie siły jeszcze się nie spotkali. Zapamiętałaby, że ten ogier także jest w rebelii. Rozmyślania przerwał jej sam gwardzista, mówiąc:

- Widzę, że Ty również nie uległaś tym kłamstwom i walczysz z nami. Cieszę się, że Cię widzę, zawsze milej się walczy wiedząc, że starzy znajomi są obok Ciebie. Jak Ci idzie, bo ja mam wrażenie, że ręka mi trochę ociężała.

Mówiąc to cały czas miał jednak twarz zwróconą do Pułkownika, czekając w napięciu na jego odpowiedzi.

 

 

 

Thermal biegł już od kilku minut, przedzierając się przez oddziały cywilne, znoszące rannych. W końcu gdy czas uspokoił nieco jego emocje dotarł na jeden z placyków, na którym zobaczył grupkę znajomych, a w niej Grima. Właśnie rozmawiał z jakimś gwardzistą. Kolejne spojrzenie uświadomiło go, że w tej uliczce musiała rozegrać się dopiero co jakaś poważna walka. Zauważył zamarzniętą ulicę i dwa domy bez narożników, trupy changelingów, obrabowywane ze wszystkiego, oddziały rebelii, które nieporadnie, bez dyscypliny wojskowej próbowały się zbierać, szukać kucy z ich oddziałów. Panował dość duży nieład, a w powietrzu unosiła się aura dość potężnej magii. Gdzieniegdzie w drodze widniała olbrzymia dziura, wyżłobiona pociskiem artyleryjskim. Odgłosy dział były słyszalne, gdy Thermal szedł w stronę frontu. Teraz panowała względna cisza przerywana samotnym wystrzałem z rusznicy ostatnich broniących się oddziałów changelingów.

 

MT i Pokemona szli razem z kolejnymi transportami rannych. Weszli do podziemi. Rozmowa toczyła się dalej w sposób miły i przyjemny. Pokemona cały czas wołała Alter, ale ta zdawała się to ignorować. Jednak im niżej schodzili tym bardziej coś się zmieniało w klaczce. Poczucie spokoju powoli ogarniało jej duszę. Ciepło ognisk i powietrza koiło ciało, a bliskość starszego opiekuna dodawała otuchy. W końcu weszli do najniższych partii podziemnych jaskiń. Już od kilku korytarzy słychać było ogłuszający huk rozmów tysięcy cywilnych kucy, które się tu schroniły. Weszli do wielkich pomieszczeń, pilnowanych przez straż. W tych jaskiniach na wygodnych, wysłanych sianem podłogach, leżały, stały lub siedziały kuce za stare, albo za młode aby walczyć i pomagać. Były też takie, które były chore, albo za słabe. Dodatkowo musiała się tu znajdować jakaś połowa służby cywilnej, która próbowała zapewnić bezpieczeństwo i godziwe warunki wszystkim kucom pod opieką rebelii. Większość tu stanowiły klacze, te w pełni sił najczęściej służyły właśnie w służbach pomocniczych i roznosiły wodę oraz pożywienie, albo przynosiły wiadomości o krewnych czy stratach majątku. Dało wyczuć się dość napiętą atmosferę, choć w huku rozmów pojedyncze słowa były niewychwytywane. Magitech zaczął się zastanawiać, czy jest to dobre miejsce na odpoczynek, z drugiej strony na myśl nasuwał się podziw dla organizacji tego miejsca. W samej tej jaskini mogło znajdować się około tysiąca kucy, a od niej odchodziły jeszcze inne odnogi, o nieznanej mu wielkości. Najprawdopodobniej to tu zostały umieszczone wszystkie kuce z dolnego miasta, oraz stopniowo z wyższych dzielnic. Zorganizowanie takiej migracji było na prawdę wielkim wyczynem logistycznym i to w środku działań wojennych.

 

Changeling spojrzał na Nicka i powiedział przyciszonym głosem:

- Jesteś pewien? Nie dasz się złapać? Tam jest dużo strażników. Jak wykryją, że uciekłeś zaczną węszyć. Mamy mało czasu. Nas raczej nie znajdą, bo infiltrujemy ich już trochę, mamy dobre zabezpieczenia, ale Ciebie mogą znaleźć, a nie po to narażamy teraz życie. No ale jeśli chcesz to umieścimy Cię w skrzydle szpitalnym.

To mówiąc changelingi zawróciły, skręciły na boczną szeroką klatkę schodową i zaczęły podążać w dół.                    

 

   

Edited by kapi
Link to comment
Share on other sites

"Przyjdzie taki dzień, w którym będziecie musieli podjąć te najcięższą decyzję. Przyjdzie dzień w którym zostaniecie poddani najcięższej próbie. Czeka was test, dzień który sprawdzi czy jesteście żołnierzami, czy bandą tchórzy. Dzień w którym musicie wybrać między życiem swoim, a swych braci. Każdy chce żyć, ale prawdziwa odwaga to być gotowym oddać swe życie za innych."

Ostatni apel, ostatnie przemówienie mistrza, ostatnie wspomnienie ze szkolenia. Te właśnie słowa przewinęły się przez głowę Nicka. Dla niego ten dzień właśnie nadszedł, teraz musi odpowiedzieć czy chce uciec stąd jak tchórz i zmniejszyć szanse na znalezienie Nightmare Moon, czy chce zaryzykować swym życiem by ocalić ją i swych rodaków.

O Nicku można wiele złego powiedzieć, można go nazwać kłamcą, oszustem, ale czy tego, który własne życie dla innych naraża, można nazwać bezduszną bestią? Czy tego, który teraz jest gotów oddać swe życie można nazwać tchórzem? Nie ważne, jeden, ciężko ranny changeling losu wojny nie odmieni, ale tych trzech, w pełni sił są w stanie coś zdziałać. Nick nie chciał być ciężarem dla swoich kompanów, nie chciał aby jego wybawcy marnowali czas na niego. Nie mniej chciał jednak jeszcze pożyć, dlatego prośba o zaniesienie go do skrzydła medycznego, po za tym nie ma nic dziwnego w tym że na noszach wniosą tam kolejnego rannego kuca. Ten teren dawał mu też okazję do doprowadzenia się do porządnego stanu.

-Dogonię was.-powtórzył zdecydowanym tonem. W tych krótkich słowach można było wyczóć ból i strach. Ten kto usłyszałby to zdanie pomyślałby "skłamał" i miałby rację, jednak Nick nie miał zamiaru oszukiwać swoich. Ten changeling próbował oszukać sam siebie, próbował wmówić sobie, że jest w stanie uciec.

Może mu się uda, może nie, ale dopóki żyje będzie walczyć za Chrysalis i Changeę, dla dobra swych rodaków.

Może i czerwonooki podmieniec nie siedzi w celi, ale dalej jest w swego rodzaju niewoli, dalej żałośnie ukrywa się w kryjówce wroga. Nick nie chce tu zostawać, on znowu chce wyjść na zewnątrz i dumnie, w postaci podmieńca walczyć wśród swoich. Jednak jeśli przyjdzie mu zginąć w podziemiach to na pewno zabierze ze sobą do grobu tylu rebeliantów ilu zdoła, to będzie jego zemsta za jego niewolę i bezsensownie przelaną krew.

Edited by Arceus
Link to comment
Share on other sites

Świat mógłby się w sumie skończyć tu i teraz, wydało się ogierowi, który nie miał w sobie najmniejszej chęci do podsycania nadziei mimo okrzyku, jaki do niego dotarł z jednej z sąsiednich ulic. Bo czemu miałby trwać dalej, skoro dla niego składał się tych samych uczuć, z niecałego metra przestrzeni, ze szczęku i huku oraz z pustej twarzy wroga naprzeciw? Skoro jednak się nie kończył, to kuc ciął. I ciął. I ciął. Bezmyślnie, machinalnie. Choć raz przeszło mu przez łeb, że jakoś tak podejrzanie dobrze mu to ciachanie wychodzi. Może to przez groźbę utraty onego łba, taaak, to pewnie to.

W końcu jednak bogowie musieli zająć się kim innym, bo tak wyszło, że któryś z robali miał nad Grimem zupełną przewagę. Wyglądało na to, że czas oberwać za pchanie się naprzó... O KARWIA. Aż lekko odskoczył i odwrócił się, by zobaczyć, co to za nowe diabelstwo. Też by w razie czego patrzeć śmierci w oczy, no bo jak to tak, plecami. A tutaj Topaz, jego osobisty przydupas, zdecydowanie z tej roli niezadowolony tak nawiasem, emanuje sobie czymś. I to coś, do cholery, strzela we wszystkie strony, robiąc taki zamęt, że tylko pieprzu dosypać. Kucyk z pewnością poczerwieniałby z wściekłości, gdyby w ogóle było to widać. Rozejrzał się za najbliższą kuszą, by strzelić w Snow, niekoniecznie śmiertelnie. Co ciekawe, może i dobrze, zapomniał w tej chwili o przygotowanym pistolecie, który przecież przy sobie nosi.

Na całe szczęście, dla niej i pewnie dla niego, rozglądając się od razu ujrzał, iż lodowe pociski wcale nie lecą wszędzie. Trafiają tylko Podmieńce, nie robiąc krzywdy jego towarzyszom. Zacisnął mocno oczy, otworzył je. Hmm. No dobra. Rdzawy ogier stał tak, jak słup, dochodząc do siebie, a w międzyczasie zabawa trwała dalej. Znaczy, zakładał, że trwała, bo coś oślepiło go i rzuciło w tył. Kiedy pozbierał się, nie będąc jeszcze pewien, czy być zły, przerażony, czy może umierający, dostrzegł, iż zaklęcie zaprowadziło  w tej zapomnianej przez bogów uliczce pierwszej wody burdel. Wszystko pozamarzane, jak w samym środku najbardziej srogiej zimy, jaką potrafił sobie przypomnieć. Spodziewał się zobaczyć swoje siły w podobnym stanie, już czując krew rogaczki w powietrzu, jednakże z błędu wyprowadziła go idąca hurmem ława wiwatujących rebeliantów. Popatrzył za nimi, odetchnął parę razy, parsknął. Plac, jak widać, został zdobyty.

 

W kilka minut później Grim Cognizance niespiesznie, z rozwagą stawiając kopyta, przechadzał się między truchłami robactwa i zwłokami powstańców. Nie on jeden zresztą, wokół uwijało się pełno kucyków, zbierających ekwipunek z poległych, przy czym starali się to robić jakoś tak ostrożnie, jeśli zabierali od swoich, a nie patyczkując się i brutalnie zdzierając wszystko, co potrzebne z Podmieńców. Pierwszy od długiego, wydawało się, czasu goniec, dawny gwardzista, dotarł na miejsce potyczki, przywracając zerwany kontakt. Brodaty kucyk słuchał go, odwrócony w stronę zamku, a potem zwrócił się twarzą do gościa i spojrzał na niego.

- Dobrze. Baaardzo dobrze. Samopoczucie jest mało ważne, co do sytuacji. Prochu nam nie staje, bełtów nam nie staje, działa prawie na pewno już nam nie dopomogą. Będziemy musieli walczyć tylko wręcz. Przez to wszystko straty są spore, a będą jeszcze większe. Martwię się ich losem - machnął kopytem w nieokreślonym kierunku, mniej więcej w stronę szabrowników - więc słuchaj uważnie. Odpowiedź brzmi: nie. Nie dostaniecie wszystkich pancerzy, bo moim kucom też bardzo ich potrzeba. Miecz tnie skórznię prawie jak papier. Dostaniecie najwyżej jedną trzecią, a i tylko temu,  bo Green jest generałem.

 

Odwrócił się, nie czekając na odpowiedź. "Niesubordynacja" - takie słowo wibrowało mu pod czaszką, lecz słabiej niż inne. "Odpowiedzialność". Przywołał kilku powstańców, by mogli łańcuchowo przekazać polecenia reszcie.

- Wejdźcie głębiej w dzielnicę. Przeszukacie każdy dom, każdy śmietnik. Zabijecie wszystkich, których znajdziecie, a wydadzą się podejrzani. Macie prawo zabierać prześcieradła i poszwy na bandaże, świeżą wodę do przemywania ran, leki, jeśli jakieś znajdziecie. Zdobyte pancerze dzielimy na dwie części. Dwie trzecie zakładacie na siebie, ale zawiążcie sobie żółtą opaskę na przedniej nodze, żeby ktoś w was przypadkiem nie pieprznął. Jedną trzecią odsyłamy generałowi Greenowi. Cała reszta zdobytego ekwipunku jest nasza. Kuce, które nie dostaną zbroi będą znosić rannych i przenosić Greenową część żelastwa. Pod żadnym pozorem nie wchodźcie w zasięg ataku z zamku. Żadnym. Kiedy to wszystko się uda zrobić, umacniamy się w budynkach i odpoczywamy. Jak już widzę, że się zbieracie, to zbierajcie się w oddziały po trzydziestu, wybierzcie sobie dowódcę i idziemy. Jeden oddział zbiera się koło mnie, prowadzę osobiście. Jakieś pytania?

Edited by Po prostu Tomek
Link to comment
Share on other sites

Wreszcie Topaz czuła przyjemne uczucie - Ufff... jednak się udało, czasem warto czekać.- powiedziała z ciszonym głosem do siebie. Rozejrzała się wkoło jej magia przynajmniej teraz na coś się przydała, uśmiechnęła się pod nosem widząc radość innych walczących kucy od dawien dawna pierwszy raz była z siebie zadowolona i poprawiła sobie humor. Zaskoczył ją sam porucznik Carbo Steel, nie wiedziała do końca co stało się z innymi kucami, kiedy ona musiała się ratować, w duszy bardzo ją to ucieszyło spotkała kogoś znajomego, nawet ulżyło jej widząc całego i zdrowego porucznika, jednak na zewnątrz było widać, że ta wojna nawet i go nie oszczędziła. Nie przypuszczała, że można tak się zmienić, w tak krótkim czasie. Topaz dygnęła na słowa Carbo - Nie jakoś nikt mnie do kłamstwa nie przekonał, jakbym mogła wyrzec się samej Księżniczki Luny, jednak teraz, sama Luna jest pod wpływem złych mocy. Jestem w dobrej formie jak widzisz, jednak wciąż czekam na odpowiedni moment, nie używam swojej magi bez powodu, muszę mieć dużo energii na ostateczną walkę. - uśmiechnęła się szeroko.

Edited by Anathiela
Link to comment
Share on other sites

Atlantis leżał na łóżku gdyby nie to że był przywiązany to pewnie od czasu do czasu by się wił z bólu ale to nie przeszkadzało mu myśleć a zadaniu które właśnie spartolił a mianowicie ochrona księżniczki Luny.Czuł się upokorzony tym że musi tu leżeć oraz to że zapewne utracił część rzeczy przez okropne istoty które niczego nie uszanuję i nic ich nie obchodzi.Ale od teraz poczują jego gniew gdy powróci będzie jeszcze ciężej trenować zarówno fizycznie jak pod względem magicznym ale teraz musi przekonać żeby go wypuścili z legowiska bólu i cierpienia miał dosyć leżenia pośród rannych kucy które zapewne dostały od żerujący ścierwojadów zwanych podmieńcami a kolejne osobistości której nie cierpiał by Grim i Masked . Obaj wywyższają się jakby byli nie wiadomo kim.A tak naprawdę są zadufanym w sobie kucami które nic nie zrobiły mądrego w życiu.Wnet się odwrócił do stojącej przy nim Blue i smokowi.Oboje wyglądali na zmęczonych ale niestety nie było jeszcze czasu na odpoczynek i wiedział że tym razem będzie potrzebował ich pomocy bo swoją drużynę nie za bardzo może liczyć.Bo ci albo zasypiają na stojąco albo znikają nie wiadomo gdzie,przez co trzeba ich szukać ciągle za pomocą czarów a to jest lekko wkurzające.Wnet odezwał się zachrypniętym głosem a ciało drżało od lekkiego bólu tłumionego lekami.:

-Muszę iść,muszę chronić Lunę przed podmieńcami .Widziałem podmieńców  imitujące kuce próbujących się tu przekraść,podejrzewam że skoro oni się tam znaleźli to może być ich więcej w pobliżu.I proszę znajdź coś co pozwoli mi działać przez najbliższe 2 godziny.Błagam się Blue.Proszę pomóż mi ochronić księżniczkę.-

Starał się wywrzeć na niej wrażenie dzięki któremu przekonał by ją do tego czynu.Poza tym miał dość leżenia na tym łożu oraz białych ścian i jęków bólu chciał działać,chciał coś zrobić.
 

Link to comment
Share on other sites

Jak już napisałem w ogłoszeniach, niestety Anathiela odeszła z forum zatem nie będzie dalej uczestniczyć w sesji.

 

Topaz ucieszyła się na widok swego dawnego znajomego i nagle poczuła słabość w nogach. Jakby teraz, gdy adrenalina opadła jej ciało poczuło zmęczenie, wynikające z wyczerpania po ostatnim potężnym zaklęciu. Przed oczami obraz zaczął pokrywać się błękitem. W końcu jakby cały zamarzł i oddalił się. Klacz słyszała jeszcze jakieś szumy, czuła że upadła i straciła przytomność. 

 

Grim rozmawiał i wydawał rozkazy swym podwładnym. Porucznik Carbo, słysząc odpowiedź ogiera, lekko się zaczerwienił. Jednak dyscyplina przeważyła i zachował zimną krew. W tym samym momencie, kiedy nabierał do płuc powietrza, aby odpowiedzieć coś pułkownikowi, Topaz upadła na ziemię. Jej zbroja głucho brzęknęła o bruk. Porucznik rzucił się do niej od razu, sprawdził oddech i odrzekł: 

- Oddycha, ale nie wiem co jej jest, zabiorę ją do skrzydła medycznego. Niech Pan pułkownik przesyła Generałowi pancerze, zdążę wrócić zanim ta partia 1/3 zbroi dotrze i wtedy omówimy dalsze sprawy.

Carbo delikatnie umieścił Topaz na swoim grzbiecie i pogalopował w stronę bezpieczniejszych rejonów.

 

Grim rozejrzał się dookoła. Jego żołnierze z pierwszej linii frontu mieli dosyć. Nabiegali się i nawalczyli o własne życie, każdy dyszał ciężko. Większość patrzyła w umazany krwią bruk. Powoli docierały tu z mozołem pierwsze służby cywilne, które prowizorycznie opatrywały rannych. Kolejni posłańcy informowali rebeliantów o zamiarach pułkownika. Do zajmowania dalszych terenów ruszyły świeże, niezmęczone walką oddziały Grima. Jednak tutaj na placu większość kucy po prostu położyła się na ziemi, lub oparła o ściany, wypuszczając broń z kopyt. Widać było, że mają dość, duch w większości upadł, przytłoczony niespotykanym wcześniej zmęczeniem. Służba cywilna krzątała się bezładnie. Z każdą minutą było co raz więcej kucy pomocników i lekarzy. Plac powoli stawał się skrajnie zatłoczony, podobnie jak cienkie uliczki. Zewsząd dochodziły krzyki, które wyparły ciszę i spokój po wygranej potyczce. Większość rebeliantów była tak zmęczona, że musiała usiąść przy trupach changelingów. Wielu z nich było rannych. Grim widział jak krew obu gatunków się miesza, co gorsza, choć medyczni próbowali temu zaradzić, nie było miejsca nawet na drobne ruchy. Transport i grabież zwłok changelingów stała w miejscu. Było widać, że ten zastój potrwa dość długo.

 

Były również i pozytywne wieści, podobno oddziały, które zdobywały dalsze części dzielnicy, szły do przodu bez przeszkód. To dawało nadzieję, na świeże opatrunki, czy leki.

 

 

 

Changeling spojrzał na Nicka. W tym spojrzeniu najpierw zabłysł sprzeciw, a później bolesne zrozumienie. Dwie klacze postawiły ogiera na ziemi, cała czwórka kiwnęła sobie łowami, po czym wybawiciele Nicka odbiegli. Ona sam zaczął kuśtykać w stronę skrzydła medycznego. Po pewnym czasie wszedł do jaskini, gdzie uwijało się kilku ogierów. Dwójka z nich, widząc rannego kuca, szybko zaniosła go do skrzydła medycznego. Tak oto Nick znalazł się pośród setek rannych. Zobaczył pierwsze wózki, które ciągnęły po kilka ciał, umarłych rebeliantów. Zaraz do Nicka podeszła młoda, pewnie kilkunastoletnia klacz z pomocy cywilnej i zaczęła przemywać mu rany, wodą i czystą gazą, która dość szybko zczerniała.         

- Mam nadzieję, że Pana nie boli. Pan z fontu? Jak tam jest, ilu naszych jeszcze tu przyjedzie, za ile to wszystko się skończy? Oj przepraszam, pewnie za mocno to robię... Już postaram się lepiej... Wszystko w porządku? A w ogóle to jak Pan ma na imię? Ja jestem Starflower. Ale ma Pan gęstą i ciemną krew... czy... oni może używają trucizny ojej... ale na pewno nic Panu nie będzie...

Nick na początku poczuł ulgę, gdy czułe ręce klaczy się nim zajęły. Poczuł w tym jakiś rodzaj miłości do bliźniego i od razu choć trochę zaspokoił swój głód. Klacz trajkotała swym melodyjnym, bardzo wysokim głosem. Najwyraźniej to był jej sposób na odreagowanie. Była chyba trochę za młoda, aby widzieć obrażenia poniesione przez innych w walce, ale przecież wojna nie wybiera. W końcu jednak zamilkła i wlepiła swe błękitne oczy w Nicka, jakby wyczekując odpowiedzi na wszystkie pytania, które zadała. 

 

W innej części skrzydła medycznego Atlantis po dłuższym milczeniu odezwał się. Blue od razu przyskoczyła do jego łóżka, aby nasłuchiwać jego głosu. Samego maga zdziwiły dźwięki, które wydał. Bardziej przypominały zachrypiały gulgot, niż mowę, ale patrząc po zmartwieniu i niepewności, rysującej się na twarzy Blue, klacz najwyraźniej zrozumiała. W końcu sama się odezwała:   

- Ja nie wiem, czy to odpowiednie, raczej Luny pilnują doborowi strażnicy. Nie dadzą się chyba oszukać podmieńcom. Ty jesteś słaby mój kochany, doktor kazał Ci się nie ruszać, sam pamiętasz jak było chwilę temu. Na prawdę sądzisz, że musisz, może lepiej połóż się, odpocznij, przecież to cud, że w ogóle żyjesz... mogłam Cię stracić rozumiesz?

Ostatnie zdanie zostało wypowiedziane szeptem. Blue przycisnęła twarz do poduszki, obok głowy Atlantisa. Delikatnie, z drżeniem całej sierści, przytuliła się do niego. Ogier poczuł łzę, która spływała po twarzy Blue. 

Link to comment
Share on other sites

Nick zobaczył, że jego kompani go zrozumieli. Klacze pomogły mu wstać, jednak ciężko mu było ustać na własnych, poranionych kopytach. Jego wybawcy odbiegli, pozostawiając go samego sobie. Changeling nie miał im tego za złe, a nawet cieszył się że już nie jest dla nich ciężarem. Jego radość i duma szybko rozgromił ból. Nick sam musiał dostać się do skrzydła medycznego, starał się tam o własnych siłach dotrzeć, jednak jego poranione przez Maskeda i przez Shadow kopyta bolały potwornie przy każdym kroku. Na szczęście na jego drodze było kilku rebeliantów, którzy pomogli mu dostać się do skrzydła medycznego.

Setki rannych, dziesiątki zabitych - druga strona wojny. Z jednej strony daje nadzieję na zmiany, na osiągnięcie większego celu, na zostanie bohaterem i okrycie się sławą i chwałą. Z drugiej strony wojna niesie śmierć i zniszczenie, jest bezlitosna i z tą samą łatwością zabija kuca, podmieńca, klacze, źrebaki niestety to jest to prawdziwe oblicze wojny. Nick czekał aż ktoś przyjdzie mu pomóc, oddając się przemyśleniom na temat wojny. Po paru chwilach podeszła do niego klacz i zaczęła przemywać mu rany mówiąc coś bezprzerwy. Tamta klacz robiła to ostrożnie z realną troską i z wyczuwalną miłością, którą pokrzepił się Nick.

-Jestem Raymond i tak znieśli mnie z frontu. Nie wiem jak długo to potrwa. Nie wiem też ilu jeszcze rannych tam zostało. Przepraszam nie wiele pamiętam, ale kiedy miecz tamtego insekta wbił mi się w pierś myślałem że to koniec.-mówił zachrypniętym głosem z wyczuwalnym zmęczeniem. Teraz Nick starał się zapamiętać każde swoje słowo, każde kłamstwo, by nie wzbudzić podejrzeń.-Spokojnie, świetnie to pani robi.-dodał miło, a nóż może jeszcze trochę miłości liźnie.

Link to comment
Share on other sites

 Share

×
×
  • Create New...