Jump to content

W poszukiwaniu harmonii - [zabawa] sesja RPG (Drużyna Wolnej Equestrii)


kapi
 Share

Recommended Posts

O bogowie, jak oni smętnie wyglądali. Adrenalina już Grimowi prawie całkiem zeszła, szał bojowy zniknął, ukryty pod warstwą zmęczenia, jakie tłumił wcześniej hormon, u żołnierzy działo się więc to samo. Dobrze, że w końcu udało mu się zwrócić na to uwagę. Rozumiał ich i wcale nie był zły za pewien, lekko mówiąc, ogólny brak entuzjazmu. Sam chciał się położyć i przespać choć kapkę, jednak wiedział dzięki Sandstorm, iż skoro nikt nie zdecydował się zabić lub jakoś solidnie obezwładnić Pani Koszmarów, drzemka dla nabrania sił nie wchodziła w rachubę. Zdjął ciążący już nieco hełm, postawił na bruku. Perlisty pot rosił jego czoło. Spóźniony, bo przy walce ogier czuł się jak w lodowatej wodzie. Chłód, jaki pozostał w powietrzu po zaklęciu rogatej gwardzistki sprawiał trochę ulgi. Obejrzał się na chwilę za nią, kiedy ten szary gość zabrał ją w podziemia. Przez krótką chwilę zrobiło mu się jej trochę szkoda, skoro się poraniła, to prawdopodobnie dlatego, że się wpakowała za nim w awanturę w ulicy. Pokręcił głową, wziął hełm w jedno kopyto i na trzech nogach udał się bliżej swoich. Cud, że mimo wszystko mieli siłę przekazać rozkazy pułkownika dalej, do świeższych kucyków.

- Dzięki, kuce. Naprawdę dziękuję. Jesteście bohaterami - tutaj zamknął oczy, starając się zachować absolutny spokój, bo to, co teraz miał powiedzieć, będzie niesamowicie paskudne dla tych wszystkich kuców. - Ale to co teraz powiem, zaboli. Nie możecie zasnąć. Jak to zrobicie, Nightmare namiesza wam w głowach, bo nikt nie wpadł na pomysł, by ją jakoś wywalić z gry. Nikt z nas nie może zasnąć. Ci, którzy mogą jeszcze chodzić, proszę, postarajcie się rozejść po domach. Przygotujcie sobie coś do jedzenia, wodę. Zróbcie troszkę miejsca na rannych, zanim zaniosą ich na dół. Rozmawiajcie ze sobą. Snujcie opowieści. Tylko nie zasypiajcie.

Sam by dać przykład postanowił pomagać losowym kucom, całym albo kuśtykającym, dotachać się do najbliższych w miarę całych domów. Próbował ich jakoś pokrzepić słowami, ale nie wiedział, co ma mówić. Dlatego tylko klepał ich lekko po plecach, podawał chleb czy kubki, i ruszał do następnej ofiary. Trzeba było rozładować placyk, jeśli cokolwiek dalej ma się dziać. Grim nie miał pojęcia, ile jeszcze da radę, lecz kiedy na niego patrzono, ze wszystkich sił próbował wyglądać na kuca niezłomnego, który wcale nie oddałby całej swojej zbroi za godzinę snu.

Link to comment
Share on other sites

Po trochę za długim odpoczynku, usprawiedliwionym faktem dziwienia się na tak dobrą organizacją ewakuacji Magictech zaczął się zastanawiać co zrobić dalej. Chętnie by tu został, jednak nie zaliczał się do "starych", "za młodych", "zranionych" czy też chorowitych (A mógł zawiesić poranne ćwiczenia...ale nie! Sam musiał testować skrzydła a do tego musiał mieć co najmniej "dobrą" formę). Czuł też że jeżeli tu zostanie przez całą walkę to wszyscy się na niego obrażą. Nie żeby go to obchodziło ale dobre stosunki z ekipą ,równa się dostęp do surowców, kuźni i tak dalej, równa się projekty. Wyglądało na to że musiał zostawić tu Pokemone po czym wyruszyć na pole walki.

<Może przynajmniej jako mag dostanę przydział na tylnych liniach>- pomyślał po czym zwrócił się do Pokemony- Dobrze dzieciaku. Powiedz, jesteś ranna czy coś? Coś czuję że tym tutaj nie spodoba się jeżeli za długo tu będę siedział, ale wolę cię zostawić z jakąś opieką jeżeli takiej potrzebujesz.

Link to comment
Share on other sites

Atlantisowi nie podobała się obecną sytuacja i obecny stan jego zdrowia ale musiał z bólem w sercu zaakceptować obecny stan rzeczy ale wiedział że kiedy wyzdrowieje odzyska to co do niego należy i zabierze o wiele więcej od tych którzy wbili mu nóż w plecy.I wtedy to będzie jego czas a wzrost poziomu umiejętności nieprawdopodobny.Lecz teraz spoglądał na obraz którego nie powinno być.Starał się zmienić to ale poprzednie próby zawiodły lecz postanowił spróbować jeszcze raz:

-Nie ty powinnaś płakać,tylko ja.Nad tobą oraz moją lekką nie rozwagą.-

Starał się to już wypowiedź normalnie jak mógł lecz nie wiedział jaki może to odnieść skutek.Poza tym starał się czekać na odpowiedni moment by móc się spytać o pewne rzeczy aby nie wyjść na kogoś niezbyt miłego w stosunku do innych osób a zwłaszcza do najbliższych.Przez co lekko się niecierpliwił.

Link to comment
Share on other sites

 

Gdy Grim wypowiedział słowa pochwały dla swych podwładnych, starał się to robić donośnym i potężnym głosem. Niestety z jego zmęczonych płuc dobył się tylko nieznaczny krzyk. Tylko część jego wojsk go usłyszała, ale wiadomość szybko została powtórzona z ust do ust. Niektóre kuce spojrzały na siebie z dumą, a nawet gdzieniegdzie pojawił się uśmiech. Rdzawy ogier, zdenerwowany na swoją niemoc oraz kierowany poczuciem obowiązku znów nabrał powietrza w płuca. W końcu wydobył z siebie potężny głos, który wystarczył tylko na jedno zdanie : "Ale to co teraz powiem zaboli."

Zapadła głucha cisza. Pułkownik kontynuował wypowiedź, jego głos nie dawał już rady i zniżył ton, ale cisza jaka zapadła, ułatwiała usłyszenie słów dowódcy. Gdy cała kwestia o Nightmare Moon została wypowiedziana w tłumie rebeliantów powstały szmery. Uśmiechy zniknęły, a zmęczone kuce zaczęły szeptać. Coś ciężkiego zawisło w powietrzu, a księżyc który tak jasno świecił, podczas lotu tworu, przypominającego Lunę, zasnuł się znów czarnymi chmurami. Z tłumu raz po raz słychać było co raz głośniejsze frazy: " Jak to, przecież sam widziałem Lunę, to dlaczego mamy mieć koszmary?!" " Jeśli Nightmare Moon dalej żyje, to trzeba ją zabić, zanim ona zabije nas" "Bluźnisz przeciw swej Księżniczce!". Gdzieniegdzie pojawiały się nieliczne głosy rozjemcze, ale były zagłuszane. Szepty powoli przeradzały się w gwar rozmów. Grim pomagał rannym, ale po pewnym czasie zauważył, że jego rozkazy są wykonywane tylko po części. Owszem wiele kucy, popędzanych przez swych dowódców opuszczało plac, szukając lepszego miejsca w budynkach, ale większość siedziała, jakby zapominając o świecie. Wszędzie toczyły się zagorzałe dyskusje. Czasami wręcz groźby dolatywały do uszu pułkownika. Plac tylko trochę się odetkał, jednak to cenne miejsce umożliwiło transport rannych, usuwanie zabitych, dostarczanie żywności i amunicji. Częstokroć jednak przyniesione bełty leżały obok oddziałów, które debatowały, nawet nie zwracając uwagi na nowe pociski.

 

Do Grima podszedł jakiś duży, barczysty kuc ziemny, o ciemnobrązowej karnacji i słomianej grzywie. Na kopytach miał liczne cięcia, ale mimo ich stał stabilnie. Twarz była dość kanciasta i surowa, a broda niedbale ogolona, jakieś miesiąc temu. Jego proste, ciemno niebieskie oczy spojrzały na pułkownika, a gardło wydało niski basowy ton:

- Panie Pułkowniku. Jestem kapral Hard Head. Widziałem jak wprowadzaliście Nihtmare Moon do lochu. Widziałem jak Luna przelatywała nam nad głowami i atakowała insekty. Teraz słyszę od pana, że nie możemy spać, bo nam się mózgach poprzewraca. O co tu chodzi? Myślałem, że już przywróciliśmy księżniczkę do normalnego stanu?

 

Nick leżał spokojnie, nawiązując rozmowę. Klacz, choć opatrywała bardzo delikatnie, to jednak nie pomogła w większej mierze. Cały czas wszystko bolało changelinga. Ucieszył się tylko tą dużą dawką miłości. Gdy Nick zaczął odpowiadać na  pytania klaczy, od razu wyczuł pozytywne emocje. Najwyraźniej, klacz była albo ignorowana, albo tak irytująca, że już od dawna nikt z nią nie rozmawiał. W momencie, gdy wspomniał, że ona świetnie opatruje, na twarzy klaczy pojawił się serdeczny, łagodny uśmiech i w przypływie euforii klacz przytuliła Nicka. Uścisk zabolał, nawet bardzo, ale ilość pożywienia była na prawdę duża. Już dawno changeling nie smakował w tak dobrym i świeżym uczuciu. Po chwili klacz się odezwała:

- Przepraszam najmocniej, ale po prostu jest pan pierwszą osobą, która mi to powiedziała. Zawsze się bardzo starałam, ale zwykle inni narzekali, albo byli nieprzytomni. Pan jest na prawdę miły i... ojejku znów się chyba rozgadałam. W każdym razie mam nadzieję, że pana nie zabolało. Tak się zastanawiam, niby to nie przepisowe, ale jeśli jest pan taki miły, to może przyniosę panu miksturę, może się pan lepiej poczuje. Z drugiej strony chyba mi nie dadzą dla pacjenta, który jest przytomny. No trudno... a może... nie to nie ma sensu, już pana opatrzyłam... O właśnie Reymondzie miało mi Cię poznać, a... o przepraszam pana poznać. Mogę się zwracać na ty, pewnie nie, kuce tego nie lubią... Jak jest na froncie, ciężko było... ojejku na prawdę musiało być straszne, jeśli to changeling cię przeszył... mi nigdy się coś takiego nie przytrafiło... na jasne... głupia, przecież nie byłaś na wojnie, prawda... o przepraszam znów gadam do siebie, to trochę głupie... ja przepraszam, chyba nie mówię za dużo, kuce mi to czasami mówią... ale chyba dobrze się kontroluję, prawda? Mogę jeszcze jakoś pomóc proszę pana?

Po długiej, trajkoczącej bez przerwy wypowiedzi Nick odetchnął, gdy zalała go fala ciszy. Klacz czekała, wlepiając w niego swe oczy.

 

 

Blue zdziwiła się wypowiedzią Atlantisa.

- Czemu miałbyś płakać nade mną?  Mogłeś zginąć... to Ty leżysz tu ledwo żywy, a ja jestem zdrowa...

 

Solar Ciebie pominąłem, bo czekasz na odpowiedź Nightmare... ja tu nie mam nic do roboty.         

 

 

 

 

Link to comment
Share on other sites

Umysł klaczki całkowicie uwolnił się z mgły strachu, krwi i wojny. Dotarły do niej słowa kucyka. Powoli obejrzała swoje ciało, upewniając się, że nie wymaga większej opieki medycznej, po czym podniosła główkę w stronę Magcitecha i potrząsnęła nią. Jednocześnie nie chciała siedzieć bezczynnie. Po prostu nie mogła, nawet, jeśli jej wiek mówił, że powinna trzymać się dalej od bitew i śmierci.

Link to comment
Share on other sites

Powiedzenie, że Nick był szczęśliwy było by ogromnym niedopowiedzeniem, jak powiem można nazwać istotę, która po latach cierpienia w końcu poczuła ulgę. Jak można opisać szczęście najedzonego podmieńca, jednego z tych, których nieludzki (niekucykowy?) głód popchnął do walki. Nick był przez sekundę najszczęśliwszą istotą na ziemi. Przez sekundę, bo później dopadła go bolesna rzeczywistości, ból wywołany przez klacz przypomnał mu o jego nadal marnej sytuacji. Nick polubił tą klacz jako swoją żywicielkę, ktoś taki jest marzeniem każdego podmieńca, a to że mu jeszcze w postaci leczenia pomaga to jeszcze lepiej. Mimo to Nick nie chciał dłużej tu zostawać. 

Changeling pomyślał chwilę, w końcu miał czas na myślenie. Wiele się w tej chwili myśli przez głowę podmieńca przewinęło. Aż w końcu wpadł na pewien pomysł. "Ona coś mówiła, o jakieś miksturze... Że do przytomnego pacjenta jej nie dadzą... Sprawdźmy jak silna jest jej miłość" Nick uśmiechnął się miło i otworzył usta jakby chciał coś powiedzieć. Milczał jednak z tą głupią miną. Mrugnął raz, potem znowu, potem jego źrenice odleciały ku górze, a Nick upadł ciężko na stół udając utratę przytomności. Liczył na to, że jego otwarte, wywrócone oczy, nie doprowadzą klaczy do paniku, ale jasno zasygnalizują co ma zrobić.

Link to comment
Share on other sites

Jednorożec westchnął ciężko. Naprawdę nie chciał zgrywać bohatera.

W takim razie zostajesz tu, i nie wychodzisz. Jeżeli nie możesz siedzieć nic nie robiąc to popytaj czy nie możesz pomóc przy rannych, małych źrebakach i tak dalej. I nie myśl o wychylaniu się, pola bitwy to nie miejsca dla tak młodych klaczy...dla kucyków myślących zresztą też-ostatnie słowa wyburczał niewyraźnie pod nosem- Teraz ziuu. Wyskakuj ze skrzydeł, przed wyjściem wolałbym je ułożyć tak żeby jak najbardziej osłaniały mi boki, później muszę wracać...wież mi mała, chętnie bym się z tobą zamienił miejscami.

Link to comment
Share on other sites

Ogier wydął policzki i zagwizdał świszcząco, dość cicho. Jak czajnik. Trochę żałował, że wyskoczył z tymi rewelacjami jak zając z miedzy, jednak czas ma to do siebie, że się nie cofa. Co za tym idzie, żałowanie wypowiedzianych słów miało teraz naprawdę mało sensu. A i mimo wszystko ze swoimi trzeba być szczerym, w tej chwili nadarzała się doskonała okazja, by podzielić się z innymi tym, co sam wiedział. Tylko czy powinien mówić o wszystkim? Bo jakby nie popatrzeć dysputy przyczyniające się do zakorkowania placyku, tym samym do spowolnienia pomagających rannym lekarzy i tak dalej zapoczątkowało właśnie powiedzenie prawdy. Trzeba ten problem teraz jakoś rozwiązać, możliwie prędko.

- Dobra, Head, proszę, poczekaj chwilkę. Usiądź, zaraz porozmawiamy - Grim przetarł oczy, które zaczynały go nieco piec ze zmęczenia i od pyłu. Pooddychał trochę, przeczyścił gardło, zanim podszedł do jednej z dyskutujących grupek. - Chłopaki, ej! Ej! Słuchacie? To dobrze. Cieszę się, że się czymś zajęliście, że coś oderwało was od niedobrych myśli. Ale mam sprawę. Jesteście wszyscy bardzo mądrymi kucykami, wiecie więc dobrze, iż za duże rozproszenie w niczym nie pomaga. Nie wygramy wojny, jeśli gadanie zasłoni nam rzeczywistość. A przecież chcemy wygrać, prawda? Wrócić do domów, do swoich klaczy i rodzin. Możemy to zrobić tylko razem. Tak jak nie dzieli się ciasta, kiedy nie jest upieczone, tak i nie poświęca się całej uwagi gadkom, kiedy wróg żyje. Jak wiecie, Podmieńce mogą przybierać różne formy i szpiegować. Można je rozpoznać, na przykład po tym, że będą próbowały rozbić naszą jedność zanim zrobimy, co trzeba. To powiedziawszy, oznajmiam, że każdy, kto będzie utrudniał działanie, czyli na przykład robił sztuczny tłum, podsycał kłótnie, przeszkadzał lekarzom, zasmucał kolegów... ten będzie rozstrzelany. A teraz proszę, postarajcie się odpocząć w jakimś zaciszu.

Po takiej niby-przemowie, a niby-rozkazie, który musiał przerywać co jakiś czas by odchrząknąć czy kaszlnąć, żeby jego głos było słychać trochę dalej niż najbliższe dwa metry, odwrócił się i znowu zajął poprzednie miejsce, przy brązowym kapralu. Popatrzył na niego najcieplej jak mógł, przez całe to zmęczenie, które tak skrzętnie starał się ukryć. Hełm ponownie zastukał o bruk, kiedy rdzawy kucyk przysiadł sobie naprzeciw towarzysza. To może być skok na głęboką wodę, lecz szczerość, szczerość to bardzo ważna rzecz, kiedy się jest dowódcą, tak przynajmniej Grimowi się wydawało.

- No to słuchaj od początku - zaczął od razu. - Jako, że wierchuszka mianowała mnie dowódcą, mogłem być na naradzie, sekretnej i ważnej. Na tej naradzie wymyślano różniste plany, które my teraz wykonujemy. Jednym z planów i punktów obrad była sprawa Nightmare Moon, Pani Koszmarów, oby jej ziemia nie nosiła. Były dwie opcje: unieszkodliwić na stałe lub odmienić. Odmienić można ją tylko z pomocą czegoś co jest w Archiwach, a Archiwa są w najlepiej bronionym punkcie tego zakichanego miasta. Zgadnij, która opcja wygrała. Totalnie nie ta mądrzejsza, ci podpowiem. Zadanie złapania tej wiedźmy dostała drużyna najsilniejszych magów i innych dziwadeł. Jak się dobrze przypatrzysz, to zobaczysz, że część zamku poszła w drzazgi. Nightmare Moon została schwytana i ukryta w podziemiach, gdzie miała czekać na odmienienie. Wszyscy myśleli, że sprawa załatwiona, klamka zapadła, a tu niespodzianka. Okazało się, że jej magia nie wygasła i tak jak kiedyś mogła wchodzić do kucykowych snów, tak teraz też może. Taka jedna klacz przyniosła tę informację z dołu, od samej pani Shadow. A to-to na niebie też widziałem, nawet się bałem, że zwiała z jaskiń. Head, nie wiem jak ci to wytłumaczyć. Nie mam pojęcia, co to mogło być.

Link to comment
Share on other sites

Grim, choć skrajnie wycieńczony kolejnymi, nawarstwiającymi się problemami, jednak podjął próbę powstrzymania fali niepokojów w armii. Początkowo słuchała go mała grupka żołnierzy. Sam nie wiedział, czy głos miał już tak słaby, czy też wszyscy byli tak pochłonięci rozmową. Jednak wraz z kontynuowaniem wypowiedzi co raz więcej głów zwracało się w jego stronę. Gdy zakończył na groźbie rozstrzelania na placu powoli wracał spokój. Rozmowy cichły, kolejne kuce przekazywały szeptem rozkazy. Plac zaczynał się udrażniać. Jednak po wzroku i minach kucy można było wywnioskować pewien niepokój. Armia wyraźnie traciła siły tak fizyczne jak i psychiczne. Grim podszedł z powrotem do Heada. Powiedział co miał do powiedzenia. Miał wrażenie, że już nie wstanie po tym, jak usiadł na schodku przy kapralu. W końcu podwładny odparł, jego głos był lekko zszokowany:  

- Panie pułkowniku i zamierza Pan tak to zostawić, jako prostemu chłopu, coś mi tu nie gra...

Gdy Grim zaczął się zastanawiać nad odpowiedzią, o ludzie jego myśli zaczęły gdzieś uciekać. Coś mu się mieszało w głowie. Sam nie wiedział, czy zaraz nie zaśnie. Nagle usłyszał kompletnie nieznany głos. Zobaczył jakiegoś dość krzepkiego mniej więcej czternastoletniego źrebaka.  

- Panie pułkowniku. Miałem zameldować, że Solid przysyła na front 2 000 l wody w beczkach. Więcej z uwagi na obciążenie traktów komunikacyjnych nie jesteśmy w stanie obecnie dosłać, ale i to powinno pomóc.

Chłopak postawił obok Grima spory kubek napełniony ożywczą cieczą. Dopiero teraz ogier zdał sobie sprawę, że w gardle ma pustynię. Jego organizm wręcz krzyczał o zbawienny płyn. Zaraz obok pierwszego kubka został postawiony drugi, przeznaczony dla Heda. Po całym placu toczyły się duże beczki. Stała przy nich specjalna obstawa ze specjalnych korpusów porządkowych. Były to kuce jeszcze nie rzucone do boju, wypoczęte i dalej zapalone do walki. Chroniły beczki, przed ewentualnym rzutem tłumów. Spokojnie racjonowali i wydawali wodę. Placyk z chwili na chwilę był uprzątany z gruzów, barykad, ciał i wszystkiego co blokowało tak cenny teraz transport.

 

Gdy Magitech rozmawiał z Pokemoną nagle podszedł do nich jakiś młody kucyk odziany w dziwną jasnoniebieską szatę. Ciągnęła się mu podłodze. Gdzieniegdzie miała białe zdobienia. Kuc nosił krótką, starannie przystrzyżoną niebieską bródkę. Cały był fioletowy, a jego błękitne oczy wpatrywały się w małą klacz dość uważnie. Ogier odezwał się do dwójki dość miłym i entuzjastycznym głosem:   

- Witam, czy mam przyjemność z Pokemoną? A Pan jest pewnie jej opiekunem? Moje imię Stone Book. Jestem studentem pierwszego roku magii wody. Zresztą mniejsza o to. Zostałem wyznaczony przez Panią Shadow do rozmowy z Panią Pokemoną. Czy zechcesz się ze mną udać dziecko i porozmawiać?

Tu ogier uśmiechnął się szczerze.

 

Kilka pomieszczeń dalej Nick odegrał mistrzowskie przedstawienie, co najwyraźniej nie było zbyt trudne. Klacz pisnęła z przerażenia. Zaraz przytuliła do niego swoją głowę, sprawdzając oddech, który Nick wstrzymał i puls, którego najwyraźniej nie umiała sprawdzać. Galopem odbiegła w jakieś miejsce. W niecałe 20 sekund była z powrotem. Po chwili jej kopyta otworzyły dość energicznie pyszczek ogierowi i wlała mu coś. Dobrze, że Nick był przytomny, bo inaczej najpewniej udławiłby się tym płynem i na prawdę mógłby umrzeć, jednak udało mu się w końcu przełknąć. Poczuł jak jakaś cudowna moc i ciepło rozchodzą się po jego ciele. Wszystko zaczęło go szczypać i piec. Czuł co raz większe gorąco. W trakcie tego klacz chwyciła jego kopyto znów sprawdzając puls. Nick był zadowolony z rezultatu swych działań. Najadł się jeszcze trochę, poza tym wyraźnie czuł jak jego rany krzepnął i zasklepiają się. Klacz ewidentnie wyczuła już puls, bowiem uspokoiła się trochę i tylko mamrotała pod nosem "przeżyj, przeżyj". Dla próby Nick poruszał zranioną nogą. Wziął trochę głębszy wdech. Nic nie bolało. To było cudowne. Tylko gorąco i szczypanie, ale żadnego bólu.        

Link to comment
Share on other sites

MT przyglądał się z lekkim zdziwieniem młodemu kucykowi.

-Na imię mi Magictech. Witam. I nie jestem opiekunem Pokemkony...chociaż trochę jestem mimo woli, ale raczej to ona powinna zdecydować czy z wami pójdę...oczywiście jeżeli ona chce pójść z panem- powiedział to tonem wyjątkowo neutralnym, praktycznie bez żadnych uczuć z wyjątkowo kamiennym (a może i stalowym) wyrazem twarzy. Po tym spojrzał wyczekująco na Pokemone (offtop: która jak rozumiem wciąż siedzi MT na grzbiecie). Jednorożec miał nadzieje że może będzie mógł odsunąć swój udział w bitwie...kto wie może bitwa się nawet zdąży skończyć. Jednak czuł też że nie całkiem uśmiecha mu się zostawianie Pokemony samej z obcą osobą i to dość niedawno po tym jak znalazł ją skuloną na polu bitwy.

 

Link to comment
Share on other sites

Nick jednocześnie ucieszył się i zmartwił gdy klacz pisnęła z przerażenia. Przez chwilę Nick myślał, że przesadził, że klacz spanikowałała. Na szczęście tym razem mylił się i nie docenił młodej klaczy, która mimo tak nagłego obrotu spraw zachowała zimną krew i zaczęła sprawdzać jego funkcje życiowe. Oddech mógł wstrzymać, ale pulsu nie, mógł jedynie myśleć pozytywnie i nie panikować, w ogóle nie odczuwać żadnych uczuć tylko po to by jego serce nie waliło jak po galopie, ale spokojnie, delikatnie i równomiernie stukało rozprowadzając krew po ciele changelinga. 

Pobiegła gdzieś. Nick odetchnął, jednak martwił się czy przyniesie to o czym mówiła, czy nie wezwie pomocy. Na szczęście wróciła sama z eliksirem. Płyn został mu wlany do ust, sługa Chrysalis z nie małym trudem przełknął to nie zdradzając swego oszustwa. 

Ta troska, ta miłość jaką został obdarowany, cieszył się, jednak teraz nie mógł tego pokazać. Nieco innym, jednocześnie przyjemnym i przejmującym uczuciem było narastające i rozchodzące się ciepło i szczypanie. Z jednej strony to było przerażające, a z drugiej miłe, w końcu czół wyraźną poprawę, w końcu uciekł od bólu. 

Po chwili, gdy już poczół żr rany nie bolą i ewentualny kolejny dotyk go nie zaboli, zamknął usta i oczy. Skulił się. Zaraz po tym powoli otworzył oczy i cicho, udając zdezorientowanie zapytał - Gdzie... ja jestem?... Co... Się stało?

Edited by Arceus
Link to comment
Share on other sites

Klaczka spojrzała niepewnie na nieznajomego, po czym na Magictecha, następnie zeszła z jego grzbietu.

 - Ale po co? - zapytała, przechylając łebek jak zaciekawiony ptaszek. Nie wiedziała, co zrobić, tym bardziej, że Stone Booka nie znała. Zawsze mówili, by nie chodzić z nieznajomymi.

Link to comment
Share on other sites

Atlantis bez chwili wahania odpowiedział na pytanie które zadała zdziwiona co lekko zdziwiło kuca :

-Nie ważne,bo ważne że żyje i to się liczy i nic więcej-

Następnie odczekał chwilę aby przemyśleć następne słowa które miał wypowiedzieć i po paru sekundach bycia związanym i lekko obolałym zaczął mówić:

-Mogłabyś mnie rozwiązać bo nie za bardzo przepadam bo za takimi rzeczami a poza tym w takim stanie daleko nie ucieknę a mam pytanie ile czasu będę tak musiał leże bo muszę coś zrobić aby móc chronić ciebie i siebie.-

Zaś sam zaczął nasłuchiwać odgłosów które dochodziły z reszty sali,oczywiście tak aby słyszeć co mówią do niego.Miał nadzieję że stanie się coś ciekawego przez ten czas jak tu będzie leżeć bo miał już powoli dosyć takiego leżenia.

Link to comment
Share on other sites

Stone Book stał spokojnie, a miły wyraz twarzy nie opuszczał go.

- Powiem szczerze, że nie wiem po co Pani Shadow wzywa Cię, ale ja mam Cię do Niej doprowadzić. Czy ma to jakieś ważniejsze znaczenie, po co przywódczyni chciałaby z Tobą porozmawiać? Jeśli tak, mogę się zapytać, ale równie dobrze możesz zrobić to sama.

 

Zaniepokojona klacz, stojąca przy Nicku, uśmiechnęła się szeroko, po czym znów wyleciał ten szczęśliwy trajkot:

- Och jaj ja się cieszę, drogi panie, na szczęście nic Ci nie jest. Już się tak bałam, przestraszyłeś mnie. Jesteś w jednej z sal medycznych w podziemiach Canterlockiego oddziału rebelii. Zemdlałeś, najprawdopodobniej z wycieńczenia. Już się bałam, że zginiesz, więc podałam ci miksturę. Na szczęście już jest wszystko dobrze. Dobrze się czujesz?

 

Blue ponownie przytuliła Atlantisa, jakby na wspomnienie myśli, że mogła go stracić. Potem na jego prośbę zareagowała lekkim skinieńciem głowy. Szybko rozwiązała więzy. Ogier poczuł się lepiej, bo choć liny nie uciskały ,to jednak wiązały psychicznie. 

- Nie wiem ile jeszcze będziesz musiał tu spędzić. Po Twoim stanie jednak wnioskuję, że kilka dni, a może nawet tygodni. Doktor nie powiedział dokładnie. Na pewno wiadome jest, że cudem uniknąłeś śmierci. Zabraniam ci wstawać, nigdzie nie idź, zapomnij o sprawach, które miałeś załatwić. Nie zajmuj się ochranianiem mnie, bo nic mi nie grozi, lepiej poświęć też sobie więcej uwagi i odpocznij, bo na prawdę tego potrzebujesz.  

Link to comment
Share on other sites

- Jesteś wspaniała. - powiedział zrywając się z łóżka, po czym stanął przed nią niemal na baczność, ukłonił się lekko i cały czas patrząc na nią powiedział - Ocaliłaś mi życie... Dziękuję. - mówiąc to uśmiechnął się, wyglądało to na ciepły, przyjazny uśmiech, mimo tego, że w rzeczywistości był to wredny uśmueszek changelinga, który oszukał kolejnego kuca. 

Pokrzepiony i wolny od ran mógł w końcu uciekać. Mógł olać rozkazy, uznać swe życie ważniejszym od życia swych rodaków. Mógł powiedzieć "to za trudne, poddaje się" ale nie! Changeling tego nie powie, changeling nie ucieka, wraca z tarczą, lub na tarczy, ewentualnie wcale. 

Nick był zdrów, miał pełny brzuch, wszystkie kończyny i ekipę. Miał też rozkazy i kilka spraw do dokończenia. Nie miał jednak jednej rzeczy - broni i to go martwiło. Jakby jednak nie spojrzeć był w podziemiach canterlockiego oddziału rebelii, czyli teoretycznie broni powinno być wbród. Praktycznie jednak na tą chwilę rebelianci rzucili wszystko do walki i może być ciężko. 

Changeling rozejrzał się, może jakiś ranny ma ze sobą broń, teraz takiemu się nie przyda, a zdrowy ogier mógłby zrobić z niej użytek. Gdyby jednak, jak na złość, żaden broni nie miał Nick wraca wzrokiem na medyczkę i mówi do niej.

-Wiesz może... - "a no tak, kuce nie lubią na ty" przypomniał to sobie, a zaraz po tym jej propozycję, aby przejść na "ty" - przepraszam... Wie pani gdzie znajdę jakąś broń? Emmm, mógłbym mówić na "ty"? - odpowiedź znał, jednak udawał niepewność i zainteresowanie. Rzadko się taki żywiciel trafia, ale jeśli się znajdzie, to szkoda by się w nim miłość marnowała. 

Edited by Arceus
Link to comment
Share on other sites

Dakelin miała jeszcze o coś zapytać jednak Shadow przyspieszyła kroku i... to chyba tyle z rozmowy. Co może być tym czego szukam? I jak to znaleźć? Gdzie to znaleźć? Jak to zdobyć? Czym to może być? Odeszła na bok zamyślona i oparła się o ścianę. Próbowała przypomnieć sobie cokolwiek, co mogło jej kiedyś pomagać. A pamiętała że co jakiś czas zdarzały się u niej problemy z magią. Spokojnie zagłębiała się we własne myśli, starając sobie wszystko jak najlepiej przypomnieć.

Link to comment
Share on other sites

Grim Cognizance poparzył na swojego podwładnego zmęczonym wzrokiem. Kręciło mu się w głowie jak jasna cholera, powieki ciążyły mu jakby nie spał od roku. Rozumiał swoich żołnierzy i ich reakcje, sam chciał po prostu paść i zasnąć, nic nie czuć. Ale wiedział, że nie może się położyć, bo snami władała teraz ta pieprzona czarownica. Powoli zbierał myśli oraz siły, by sklecić jakąś odpowiedź dla Heada. Zanim jednak mu się to udało, podleciał do niego następny po tym szarym, roszczeniowym lichu goniec. Brwi rdzawego ogiera uniosły się do góry, a usta przybrały kształt ładnego "o", kiedy zobaczył kilkunastoletniego wyrostka. Kto go tu w ogóle przysłał? Box? Takiego dzieciaka, w strefę walk? To już chyba drugi malec, jakiego dzisiaj widział, bo wcześniej też mu chyba mignęła jakaś klaczka. Z powodu zmęczenia nie był pewien, ale trochę żałował, że nie sprawdził tego lepiej. Dalej ciężko już było mu myśleć o różnych poważnych sprawach, bo źrebak zostawił mu kubas wody. O bogowie, woda! W tej chwili smakowała jak najprzedniejszy trunek, jak stuletnie wino, jak napój bogów godny stołów tych rogatych nadętych sukinsynów. Nawet nie zerował kubka, pijąc powoli, łyk za łykiem.

Jego towarzysze zapewne czuli się tak samo jak on, kiedy dostali te hektolitry czystej, świeżej wody. Było to bardzo wyraźnie znać po sprawności, z jaką zabrali się za uprzątanie placu. Grim poprzysiągł sobie, że jak przeżyje, to wyściska z tego cwanego ogiera duszę. Ale teraz, skoro już zaspokoił pragnienie, z którego do końca nie zdawał sobie sprawy, musiał wrócić myślami na pole bitwy, do Heada.

- Czy ja to zamierzam zostawić? O nie, Head, nie zamierzam. I nie zostawię. Ale mamy wojnę do wygrania. Jesteś z Canterlot? Ja jestem spod Stalliongradu. Może słyszałeś o tamtejszych barykadach. My się nie poddajemy, niczego nie zostawiamy "tak o". Przyjdzie czas na... wyjaśnianie - ostatnie słowo mogło zabrzmieć troszkę złowrogo, zapewne wynik wyczerpania. Potem huknął na małego - Zmiataj pod ziemię, do rodziców, zanim robale przyjdą! Wojna to nie zabawa!

Potem, by trochę załagodzić tę reprymendę, poczochrał grzywę ogierka. Spróbował się uśmiechnąć, wyszło jak zwykle.

- Już i tak masz pewnie sporo do opowiedzenia, ale musisz być cały i zdrowy, by się chwalić.

Link to comment
Share on other sites

Atlantis po chwili czekania od momentu w którym się ostatnio odezwał poczuł że więzy które przytrzymywały go do łóżka zostały przecięte i ma teraz wolne kopyta to chociaż miał uczucie jakby nadal był przywiązany do łóżka co powodowało lekką nie wygodę ale wiedział że to minie,wprawdzie nie teraz ale wkrótce.A to było dla niego bardzo ważne chociaż nie najważniejsze.Po chwili się jego myśli wróciły na swoje miejsce i odezwał w kierunku Blue :

-Mam jeszcze jedną prośbę.A mianowicie mogłabyś wysłać kogoś by sprawdzili co u tego więźnia podmieńca i mojego Golema.Powiedz mu jeżeli zobaczy coś niepokojącego to niech sprawdzi dokładnie i niech uważa na siebie-

Po czym przeleciał myślami po wspomnieniach,teraz wydawało się to niewiarygodnie proste w przeciwstawię do tego co było gdy się obudził ale czuł że to nie to jak powinno to wyglądać.Kiedy dostał odpowiedź znów się odezwał ale tym razem jednak było czuć smutek w tym co mówił gdyż czuł się winny obecnej sytuacji:

-To moja wina że jestem w takim stanie a to z winy iż źle wymierzyłem poszczególne części planu walki z przeciwnikiem oraz ostatniego planu ucieczki który zakładał to co widzisz.-

Zrobił małą przerwę by móc zaciągnąć dech i znów zaczął mówić:

-Przykro mi z tego powodu a teraz jak nie ma nic do mnie to się położę spać-

I W tym momencie przekręcił głowę i zamknął oczy i powoli zaczął zasypiać,oczekiwał że jak się obudzi będzie mógł użyć magii by móc się podleczyć a to było ważne dla niego.Gdyż to skróciłoby czas leczenia.

Link to comment
Share on other sites

Żółta, energiczna klacz zarumieniła się od słów Nicka, po czym szybko odpowiedziała.

- Tak, tak mów do mnie po imieniu. Oczywiście, na ty, jak najbardziej... Broń, pewnie na powierzchni znajdziesz jej pod dostatkiem, wszystkim zarządzają, zgłoś się do nich. Tu raczej żadnej nie znajdziesz.

To mówiąc cały czas przyglądała się ogierowi z ciekawością, głównie w miejsca, gdzie wcześniej znajdowały się otwarte rany. Najwyraźniej upewniała się, czy pacjent na pewno wyzdrowiał.

 

Nie tak daleko od tego miejsca, w jaskiniach Dakelin zaczęła się zastanawiać nad substancją wspomagającą. Jej myśli próbowały badać przestrzenie czasu minionego. Niestety nic nie przychodziło jej na myśl, poza szklanką kawy, czy dobrą kanapką. Jednak te rzeczy były zbyt oczywiste i zbyt fizyczne jak na substancję wspomagającą. Nagle jednak Dakelin zorientowała się, że dalej jest ranna. Z jej brzucha zionęła pustka rany, z której krew przestała już wypływać, ale dalej nie wyglądała na zagojoną. Dziewczyna próbowała sobie przypomnieć co się u licha stało, że jest ranna, ale myśli i teraz ją zwodziły. Zdała sobie sprawę, że nie czuje bólu wywołanego zranieniem, ale mimo to jej organizm słabnie. Gdyby nie jej bystry wzrok mogłaby niedługo zemdleć nieświadoma stanu swego organizmu. To przeczucie zmartwiło ją nieco.

 

Na powierzchni w dzielnicy arystokracji Grim kontynuował rozmowę z Headem. Rosły ogier o szarży kaprala skinął głową na znak zrozumienia jego twarz była bardzo poważna, a źrenice w oczach zwęziły się złowrogo. Mięśnie szyi niekontrolowanie napinały się, tak iż głowa przekrzywiła się w prawo. Ogier powiedział przyciszonym, grubym głosem, który wydobywał się jakby z grobowych podziemi.

- Swym postępowaniem zyskał Pan mój szacunek Panie Pułkowniku. Wprawdzie nie jestem ze Stalliongradu, ale tam sięgają me korzenie. Dwa pokolenia temu moja rodzina dorobiła się na tyle dużych pieniędzy, aby wyjechać. Podobno ciągnęło ich do stolicy ze względu na studia. Faktycznie mój brat korzysta, a raczej korzystał z ich uniwersytetu. Jednak ja wrodziłem się w pradziadków i wolałem prostsze rzeczy. W czasie pokoju zajmowałem się kopaniem w kopalniach po drugiej stornie góry, a gdy zaszła potrzeba chwyciłem za broń. Mam tu też inne proste ogiery pod moją komendą, jeszcze z szybów. Gdy nadejdzie czas "wyjaśnienia" może pan na nas liczyć pułkowniku.

Ogier skinął głową i najwyraźniej nie chcąc dłużej zawracać pułkownikowi głowy, zasalutował i odszedł. Grim zadumany odprawił młodego gołowąsa. Ten wyraźnie przestraszył się ostrego tonu pułkownika i mimo przyjacielskiego pogłaskania, ogier uciekł, z miną dość niewyraźną.

 

Blue patrzyła zatroskana na Atlantisa. Wysłuchała jego słów i odrzekła tonem jedwabistym i łagodnym:

- To nie Twoja wina, że ci szubrawcy tak cię pokiereszowali. Przecież Ty walczysz w imię dobra, to wszystko ich wina. Odpocznij mój drogi, jesteś bardzo słaby, zajmę się golemem, sama pójdę zobaczyć co u niego. Śpij spokojnie. Trevis z Tobą zostanie. Kocham Cię...

To mówiąc klacz odwróciła swe zgrabne ciało i zaczęła lekko odchodzić. Była zamyślona, często o mało nie wpadała na lekarzy, ale brnęła przez ciżbę do wyjścia z taką gracją, że Atlantis nie mógł wręcz oderwać wzroku od tego ideału. W końcu jednak, gdy klacz jego życia zniknęła mu z oczu, jego głowa opadła zmęczona na poduszkę. Poczuł, jak owiewa go błogość spokojnego leżenia. Zadbał o wszystko, uspokoił nerwy. Jego oddech wyrównał się. Zamknął oczy i leżał tak spokojnie. Wśród ciemności wzroku czuł się przeszczęśliwy, jego ciało wołało radośnie każdym nerwem, dziękując za wytchnienie. Słyszał regularny szum sali w skrzydle medycznym, biegi, szmery rozmów, wołania o leki i personel, jęki chorych, ale co raz bardziej oddzielał się od tego. Nie przeszkadzało mu to. Powstawała co raz większa bariera, pomiędzy nim, a światem.

Nagle coś mocno go szarpnęło, po chwili znów. Z największym wysiłkiem otworzył oczy. Poczuł, że łóżko szpitalne rusza. Poprzez przymknięte, na pół śpiące powieki zobaczył, jak łoże samo porusza się i zmierza w kierunku wyjścia z sali. Chciał się podnieść, zobaczyć co się dzieję, ale zdał sobie sprawę, iż nie może ruszyć kopytami. Ponownie ściskały go mocne, nieprzyjemne sznury. Zaczął się miotać, już kompletnie odpłynęły wszystkie błogie uczucia. W końcu przy łóżku zobaczył pchającą postać. Był to Trevis. Smok uśmiechał się dziwnie i patrzył w przód, jakby nie zwracając uwagi na miotanie błękitnego ogiera.

 

 Po długiej nieobecności pewna znana osoba powróciła do nas, zaszczycając sesję swą wspaniałą obecnością. Witamy bardzo serdecznie i całym sercem przepełnionym radością Wilczą, która powraca do postaci Animal. Życzę od siebie dalszej miłej gry i dobrej zabawy :pinkie3: 

 

PS

Uprzedzam, że fragmentami mogą pojawić się drastyczniejsze sceny, więc czytelników, którzy nie lubią czegoś takiego czytać, namawiam do ominięcia opisu snu Animal. 

 

Animal przez ponad godzinę unikała, jak tylko mogła, obrazu wojny. Posługiwała przy rannych w sali F skrzydła medycznego. Z początku nikogo nie przysyłali. Słychać było jedynie dźwięki jęczących kucy z sąsiednich jaskini. Z powierzchni napływały dobre wieści. Podobno najniższa dzielnica została zdobyta. Do sił rebelii przyłączyło się wiele nowych kucyków, straty były niskie, a wielu changelingów poległo. Jednak później niczym wielka fala zła cała sala F wypełniała się rannymi. Animal uwijała się jak w ukropie, widziała odrąbane kończyny, poparzoną, śmierdzącą skórę, kuce tak ranne, że trudno było rozpoznać twarz. Nie miała czasu użalać się nad nimi, nie miała czasu nawet myśleć. Wykonywała polecenia medyków, uwijając się jak w ukropie. Podawała bandaże, nosiła wodę, ciągała łóżka, odbierała i zaznaczała na listach nowych rannych, chodziła po mikstury. Wszystko zlało jej się w jeden wielki szum, słów, poleceń, jęków, krzyków, krwi, tej której tak nie cierpiała. Nie zważała na wycieńczenie, które rosła z każdą chwilą, nie zważała na obrzydzenie, po prostu robiła co do niej należało. Jej serce cieszyło się wraz z każdym pacjentem, nad którym doktor pochylał się mówiąc " no to teraz już wyżyjesz chłopie". Jednak w myślach cały czas przelatywały obrazy i twarze kucy, które umarły na sali, albo które były odwożone na bok, równocześnie ze smutnym spuszczaniem głów przez doktorów, którzy już nic nie mogli pomóc, prócz zapewnienia godnej śmierci. Pracowała non stop widząc te twarze, ten ogrom cierpienia. Jej delikatna dusza kazała każdą istotę traktować indywidualnie, brać pod uwagę jej więzy rodzinne, uczucia, możliwości i piękne dni życia, które zostały jej zabrane. W normalnych okolicznościach już dawno by płakała, ale nie dzisiaj. Czuła, że jest potrzebna, czuła że nie ma czasu na płacz i użalanie się. Tak więc ze łzami w oczach pomagała jak mogła. Bez echa, prawie bez świadomości przelatywały kolejne informacje. Animal słyszała tylko mętne, zagłuszone doniesienia: "dworzec zdobyty" "pomógł nam smok" "dolne miasto opanowane" "wygrywamy" "nasi zdobyli koszary, teraz damy popalić Changelingom" "weszliśmy do górnego miasta". 

 

W końcu już skrajnie wycieńczona i nieświadoma usłyszała: "Green i Grim opanowali pół dzielnicy arystokracji i wiodą nas ku zwycięstwu". To imię, zamajaczyło jej niczym blask wschodzącego słońca, a później zaczęło się odzywać potężnie niczym dzwon na potężnej wierzy wybijający swym sercem dobrą nowinę dla narodu. Jej umysł jakby znów znalazł się w rzeczywistości, wśród zgiełku i pracy szpitala. Jednak szumy stały się słowami, wypowiadanymi przez konkretne osoby, a nie falą niezrozumiałego bełkotu. Jej wzrok jakby wyostrzył się, a przedmioty przestały być obojętne. Animal jakby w jednej chwili przypomniała sobie kim jest i co robi. Była to chwila wielkiego szczęścia, jak gdyby odzyskania osobowości, ale jednocześnie dotarło do niej jak jest zmęczona. Kolana ugięły się pod jej wycieńczonym ciałem i padła na podłogę. Podbiegła do niej jakaś klacz i położyła na bocznym łóżku dla personelu. Od razu Animal zrobiło się przyjemnie. Zwróciła uwagę na wszystkie pielęgniarki, które wstały specjalnie, aby ona mogła się położyć. Chciała zaprzeczyć, powiedzieć, że posiedzi, że nie muszą wstawać, ale głos ugrzązł jej w zaschniętym gardle. Gdy głowa bezwładnie opadła na poduszkę, brakowało tylko chwili do zaśnięcia. Powieki opadały szybko, a ostatnią myślą przed ich zamknięciem było "muszę zobaczyć co u Grima".

 

Animal weszła w dziwny stan. Wszelkie zmysły odpłynęły jej, odpoczywając jak we śnie, ale umysł jeszcze ostatkiem pracował w świadomości. Klacz stwierdziła, że gdy się obudzi to musi zobaczyć osobę tak jej bliską, tą która nazwała ją swoją córką. Tą osobą był Grim. Jednak do świadomości klaczy dotarł też fakt, że wyjście na powierzchnię będzie oznaczało ujrzenie koszmaru wojny na własne oczy. To nie będą już tylko słowa kucy niezdolnych do walki, to będzie autentyczna śmierć i zniszczona stolica. Przestraszyła się tego, a jej serce aż drgnęło na myśl wszystkich okropieństw, które działy się ponad nią. W końcu jednak i ta ostatnia iskra świadomości odeszła i Animal zasnęła.

 

Znalazła się w swojej chatce w lesie. Obok niej siedział Angel, tęskniąc wyraźnie za swą prawdziwą panią - Fluttershy. Jego smutne oczy spoglądały w okno. Animal zrobiło się go żal, więc przycisnęła króliczka kopytkiem do serca i objęła skrzydłem. Zwierzątko od razu uśmiechnęło się, co było doń nie podobne i jakby rozweseliło. Wśród ciszy spokojnego lasu rozległo się nieoczekiwane pukanie do drzwi. Klacz ruszyła, aby otworzyć. Gdy pociągnęła klamkę do środka wpadło zakrwawione ciało. Na ciemnordzawej sierści trudno było odróżnić włosów od świeżo zakrzepłej krwi. Z wielu miejsc jucha dalej sączyła się, jakby już końcówką swych możliwości. Animal stała przerażona i zdezorientowana, jakby sparaliżowana strachem. Angel schował się szybko za fotelem. Przybysz podniósł swą głowę. Jego oczy spojrzały na pegazicę, wyrażając lęk i słabość.

- Za chwilę tu będą, musisz się bronić, ja nie dałem rady...

Ciężka głowa Grima opadła na ziemię w nieprzytomnym bezwładzie. Klacz stała jeszcze chwilę, gdy w końcu się opamiętała. Rzuciła się po apteczkę, wiszącą nad umywalką. Porwała bandaże i zaczęła ścisło obwijać rany Grima. Robiła to niezwykle sprawnie, jakby odruchowo, a z drugiej strony dokładnie. Cieszyła się, że nabrała doświadczenia w Canterlocie, podczas szturmu... Zaraz! Co ona robi tutaj, w domku? Przecież tam trwała bitwa, a ona tu siedzi? Nie była w stanie przypomnieć sobie czegokolwiek, choćby nawet jak przyszła do swej chatki, albo co dziś jadła na śniadanie. Nie powstrzymało jej to jednak przed zajęciem się ogierem. W minutę był już opatrzony i ułożony na łóżku, gdzie ciężko sapał z wycieńczenia. Jego organizm ewidentnie miał dosyć, rany były zbyt duże, podobnie jak zmęczenie. 

 

Gdy Animal zamartwiała się o stan Grima, usłyszała trzask łamanych gałęzi. Wyjrzała przez okno, jakieś czarne kształty mignęły w zaroślach. Jej puls przyśpieszył, szybko rozejrzała się po pomieszczeniu. Na szczęście jedynym zwierzakiem był Angel. Szybko otworzyła drzwi do piwniczki i wsadziła tam królika. Już sama chciała schodzić po skrzypiących niemiłosiernie schodkach, gdy przypomniała sobie o Grimie. Podeszła do niego. Spróbowała podnieść, jednak jej kopyta były za słabe. Do oczu napłynęły jej łzy, a serce ogarnęła rozpacz. Zaczęła ciągnąć z całych sił. Zwlekła ciało z łóżka i turlała je powoli po podłodze. Z każdą sekundą ociężałe kroki zagrożenia były co raz bliżej. Animal słyszała jakieś dziwne niepokojące głosy. W końcu dotarła z Grimem do drabinki. Zaczęła go spuszczać powoli i ostrożnie. Nagle ciężar masywnego ogiera przeważył i wraz z nim runęła na ziemię. Była przygnieciona, zaczęła się wygrzebywać, całą brudząc się w krwi Grima i błocie, gdyż mała, ciemna piwniczka nie miała wykonanej podłogi i często przemakała. Tworzyło się tam wtedy błoto. Ucho klaczy aż drgnęło, gdy odebrało skrzypienie desek na werandzie. Pegazica włożyła całą swoją siłę, aby wydostać się spod ogiera. Pociągnięcie kopytami oswobodziło jej korpus. Szybko wyjęła nogi i rzuciła się zamykając klapę. Rozległ się głośny huk drewna, a potem odpowiedź dziwnych głosów. Znad wejścia dochodziło stukanie kopyt o parkiet domku. Jakieś szurania. Wszystko było spokojnie. Animal wstrzymała oddech i bezwiednie przytuliła się do nieprzytomnego Grima, jakby chcąc znaleźć schronienie. Ogier jednak nie był w stanie jej ochronić. Nagle coś trzasnęło, jakby drewno rąbane toporem. Za chwile darcie materiału, tłuczone szkło. Wśród takich odgłosów Animal zobaczyła dwa świecące punkty w ciemności. Zauważyła kolczaste kontury i szczerzące się zęby. Pegazica zamarła w miejscu, starając się być niewidoczna. Nagle to coś skoczyło na nią. Nie wytrzymała i pisnęła z przerażenia, a z mocno zaciśniętych oczu poleciały jej łzy. Gdy znów podniosła powieki, zdała sobie sprawę, że potworem był Angel, o którym przez to napięcie zapomniała. Był cały zabłocony, a jego futro sterczało kolczaście. Przez chwile poczuła ulgę, ale zdała sobie momentalnie sprawę z tego co zrobiła. Swym piskiem z powodu Angela zdradziła ich kryjówkę! Zaraz rozległo się stukanie czymś ciężkim od podłogę. Kilka rąbnięć. Drewno puściło, błysnęły ostrza toporów. Kolejne dziury w podłodze powstawały błyskawicznie. Obok Animal upadła wyłamana klapa. Klacz płakała, wiedziała, że to przez nią teraz wszyscy zginął. Czemu ona głupia pisnęła, boi się zawsze wszystkiego, jest za słaba nawet, żeby wygrzebać się sprawnie spod nieprzytomnego ogiera! Spojrzała w górę przez zapłakane oczy, zobaczyła ciemną postać. Jej kontury wyznaczała płytowa zbroja z czarnego metalu. Dokładnie pokrywała całe ciało i odbijała wlewające się promienie światła. Metal został wyprofilowany kolczaście, a gdzieniegdzie emanowały ciemno-zielone akcenty w ciernie. Jednak to, co najbardziej przykuwało uwagę były świecące, mroczne oczy changelinga, które pałały żądzą mordu. Silne ręce napastnika wyrzuciły Animal w górę. Znalazła się na podłodze swego własnego domku. Wszystko było zdemolowane. Przewrócona półka na książki, zbite talerze walały się po całej podłodze. Żyrandol leżał w kącie rozczłonkowany przez potężne uderzenia. Pokój był biały od pierzy z pościeli i kanapy, której podarta skóra leżała rozwleczona po całej podłodze. Wszystkie jej obrazki zostały zbite, a część paliła się w kominku. W kuchni zupa dla Angela, wylana spływała przez dziury w podłodze do piwnicy. Dopiero teraz klacz zdała sobie sprawę, że w nogach tkwi jej kilka dużych drzazg. Obok niej wylądował nieprzytomny Gim i Angel. Była otoczona przez podmieńców. Jeden z nich spojrzał na nią chciwie, wypowiedział coś w nieznanym języku, uśmiechnął się i wyciągając topór zamachnął się. świst metalu przeszył powietrze, a niepowstrzymany cios ugodził w prawicę Grima. Kość chrupnęła, krew trysnęła, ogier nawet się nie zmarszczył. Jego rdzawa sierść wydawała się blada, o wiele jaśniejsza niż zwykle. Z uciętego kopyta posoka lała się już skromnie, jakby z pustego naczynia. Ten sam changeling z sadystyczną przyjemnością spojrzał się na królika. Animal chciała zasłonić go choćby i własną piersią, ale z rozpaczą odkryła, że jest trzymana prze dwóch innych podmieńców.

 

Myśli wirowały jej w głowie. Poczucie winy, zderzało się z koniecznością. Strach, bezbronność, z chęcią walki, delikatność serca, nieskalaność duszy ze wzbierającym gniewem, wieczne ustępowanie z odpowiedzialnością. Topór znów wzniósł się w górę. W tym momencie wśród łez cieknących z oczu Animal, wśród jej błagalnych słów, które odbijały się od serc changelingów niczym od muru, wśród umierającego Grima i Angela, nagle coś pękło. Sierść klaczy nastroszyła się, mięśnie, momentalnie zgrubiały, oczy zmalały, stały się czarne i groźne, pysk wydłużył się i wypełnił olbrzymimi zębami, kopyta zmieniły się w łapy zdolne miażdżyć najdzielniejszych mężów. Wśród płaczu cichej Animal w ryku, który przeszył cały las i changelingi trwogą, dokonała się przemiana. Oto klacz stała się potężnym niedźwiedziem i bez ostrzeżenia niczym czysta furia natury spadła z pazurami na napastnika. Nie obejrzała się nawet na trzymających ją żołdaków. Odrzuciła ich w tył. Pierwszy zamach, odrzucił także żołnierza, dzierżącego topór. Animal skoczyła na niego. Jej masa i siła, zarwały uszkodzoną podłogę. Wraz z wrogiem spadła do piwnicy. Jej pazury jeździły po wytrzymałym pancerzu, niemiłosiernie chrobocząc. Silne ciosy łap wgniatały kirys płytowy. Ból, coś wbiło się jej w plecy, raz drugi trzeci, upadła na wroga. Poczuła krew, gdy doborowe wojsko godziło ją z góry włóczniami i mieczami. Animal ryknęła, stanęła na tylnych łapach i obróciła się kilka razy. Spadła znów z całą siłą na przygniecionego topornika i z furią otworzyła paszczę. Jej zęby wbiły się w metalowy hełm, gniotąc go niczym starą puszkę po napoju. Pisnęła stal, a później rozległ się krótki krzyk changelinga urwany nagle pęknięciem czaszki. Animal poczuła krew,kości i płyny. Coś ciekło jej z paszczy, ale nie zwracała na to uwagi. Powstała wyskoczyła z piwnicy i rzuciła się na resztę. Siekła i gryzła gdzie mogła, ogarnięta wściekłością. Przerażony Angel schował się za kanapą. Kolejne głowy były żywcem odgryzane, a pokój wypełniał się krwawą posoką. Animal z każdą chwilą była raniona przez wrogów i z każdą raną walczyła zacieklej. Zobaczyła już, że pazury nic nie dają przeciw pancerzom, odgryzała tylko głowy. Jej zmysły zdominował nieprzyjemny smak i chrupiące kości, towarzyszące ulatującym żywotom. Żaden wróg nie zdołał powstrzymać ugryzień, spadających niczym błyskawica i ogłuszających niczym grzmoty. Animal szarżowała niczym burza, niszcząc ściany, zawalając dach na wrogów, wyrywając kolejne dziury w podłodze. Nie dała skrzywdzić ani Angela, ani Grima. Klacz sama nie wiedziała ile trwałą rzeźnia, nie czuła nic, ani bólu, ani strachu, a jedynie niepowstrzymany gniew. Zastąpił on zarówno chęć przeżycia, jak i ratunku dla bliskich osób. Sprawił, że Animal zapomniała o swym domu i kompletnie go zniszczyła, tak, że zawalił się na ostatnich changelingów, których następnie wygrzebała rozszarpała.

 

Gdy ostatni wróg padł, potężny niedźwiedź oprzytomniał. Jego oczy rozszerzyły się, zniknęła twarda sierść, mięśnie się skurczyły, a Animal wróciła do swej zwykłej postaci. Teraz dopiero uświadomiła sobie co się stało. Dalej w ustach czułą krew i wiele innych nieprzyjemnych zapachów. Zobaczyła, że pogrzebała i do reszty zniszczyła swój dom. Szybko rzuciła się, aby wygrzebać spod gruzów Angela i Grima, którzy tam zostali. Poczuła strach, to przemożne uczucie, towarzyszące jej od urodzenia. Tym razem jednak bała się samej siebie. Nie wiedziała co się stało, pamiętała każdą scenę, ale nie mogła uwierzyć, że to ona tego dokonała. Przypominały o tym pozbawione głów ciała changelingów. Nagle zdało jej się, że stos gruzów rośnie. Próbowała dokopać się do tych, których chciała ratować, ale na nic się to zdawało. Za chwilę Animal stała już na gruzowisku wielkości całego Ponyville. Sama bezskutecznie przewalała drewno, szukając bliskich. Co chwila zdawało jej się, że jej kopyta znów zmieniają się w pazury i rozszarpują drewno. Czuła, że jest całą we krwi i nigdy już z niej to nie zejdzie. Czuła ten przyprawiający o wymioty smak w ustach. Gruzy piętrzyły się co raz większe, a Animal bała się co raz bardziej. Wszędzie widziała ciała zmarłych changelingów i Grima z Angelem przygniecionych gruzami. 

 

Nagle z północy powiał zimny wiatr i całe światło zniknęło. Animal znalazła się płacząca pośród ciemności. Nic nie widziała, tylko swoje łzy, kapiące na ziemię. Nagle znad gruzów zaczął wschodzić czarny księżyc otoczony granatową poświatą. Na jego mrocznej tarczy odbijał się przeszywający cień spojrzenia. Błyszczące bladym, trupim światłem oczy bez źrenic patrzyły na Płaczącą Animal. W okół niej roztaczała się czarna mgła, formująca trzy ciemne postacie o nieregularnych kształtach. Łzy klaczy spadały na wielkie, gasnące serce. Jego czerwień stawała się szarością, a każda łza wkraplała czarno-granatowy płyn, który rozlewał się po nim całym. Czarny księżyc zaczął pochłaniać wszystko swym mrocznym blaskiem i wszystko zatopiło się w nieopisanych ciemnościach, pośród cichego śmiechu zadowolenia.

 

Animal otworzyła oczy. Przebudziła się z krzykiem. Zauważyła przed sobą jedną z pielęgniarek. Cała jej poduszka była mokra od łez, pościel, którą ktoś ją przykrył, leżała zrzucona na ziemi.

- Bardzo się rzucałaś. Czy nic Ci nie jest? Coś Ci się śniło, prawda?

Pielęgniarka pytając zrobiła bardzo zatroskaną minę. Animal nic nie odpowiedziała. Nie była w stanie sobie niczego przypomnieć. Dalej czuła jednak ten strach i niepokój. Przyszedł jej zaraz na myśl czarny księżyc, aż nią całą wstrząsnął dreszcz. Pielęgniarka, otuliła ją kocem i uciekła, wołana przez lekarza do pomocy. Animal jeszcze przeleżała przez kilka minut. Niektóre fragmenty snu przewijały jej się przed oczami, jakby mignięcia, jednak nie była sobie w stanie przypomnieć niczego konkretnego. W końcu jedna z tych migawek przypomniała jej Grima. Szybko więc ogarnięta jakimś niepokojem zabrała wszystkie swoje rzeczy i ruszyła zobaczyć co u pułkownika. 

 

Gdy wyszła na powierzchnię, noc trwałą w najlepsze. Zewsząd wiał zimny wiatr. Canterlot było w opłakanym stanie. Białe budowle, pokryte warstwami zaschniętej krwi. Gdizeniegdzie złożone kupy zabitych changelingów, spalone ciała, dziury po kulach. Klacz przeszła obok spalonego w ponad połowie dworca kolejowego. Co jakiś czas spotykała patrole rebeliantów, które pytała o pułkownika. Wszyscy kierowali ja do dzielnicy arystokracji. Gdy wyszła z dolnego obszaru miasta, Canterlot znów jawił się jako wspaniałe miasto, ut najwyraźniej walk nie toczono i rebelianci przeszli bez większego problemu. Tylko brama świadczyła o dużej rzezi, gdyż cała umorusana była krwią. W końcu przez olbrzymi wyłam w murach Animal dostała się do dzielnicy arystokracji. Piękne budynki i dzieła sztuki, widoczne niegdyś na każdej ulicy teraz w większości były zniszczone Wiele budynków nosiło ślady niedawnych pożarów. Świerza krew na ścianach przypominała o walkach. Tu już zaczęło robić się tłoczno. W wąskich uliczkach przechodziły transporty z wodą, rannymi i cywilami. Wszyscy o czymś rozmawiali, oddziały śpieszyły się w każdym kierunku. Animal zdała sobie sprawę, że mimo tej całej nędzy i zła oraz krwi i śmierci, czuje się inaczej niż spodziewała. Czasami przechodziłą obok martwych skupisk changelingów prawie obojętnie. W końcu dotarła na mały placyk, gdzie miał się znajdować Grim. Faktycznie po pięciu minutach szukania i przeciskania się, klacz dojrzałą znajomą postać, zmęczonego, gburowatego, ale szlachetnego rdzawego kuca. Siedział na schodach wejściowych do jednej z kamienic i zażywał odpoczynku. Ustawiła się do niego kolejka kucy, które przychodziły z meldunkami, czy rozkazami. Mina Grima była niewyraźna, a na pewno zmęczona. Klacz jednak ucieszyła się, że widzi ogiera żywego i całego. Słyszała bowiem wcześniej, że Grim ponoć został ranny w głowę, a mimo to po krótkim leczeniu wrócił na front. Przecisnęła się jeszcze bliżej, omijając jeden punkt poboru wody i stanęła tuż przy kolejce do pułkownika. Powietrze było tu duszne i stęchłe, a rynsztokami dalej spływała krew, ale Animal nie czułą się tu z początku jakoś bardzo nieswojo. W tej chwili przede wszystkim jej serce zdominowało uczucie szczęścia, że zobaczyła całego, a przede wszystkim żywego Grima.                                                       

 

 

  • Upvote 1
Link to comment
Share on other sites

Serdecznie Was wszystkich witam ponownie i mam nadzieję, że będziemy się nadal dobrze bawić ^^  ________________

Przez cały czas, kiedy kucyki walczyły o Equestrię, Animal przebywała w szpitalu. Trafiało do niego bardzo wielu pacjentów. Niektórzy wychodzili ze swojego stanu, niestety byli też tacy, którzy nigdy więcej nie zasmakują dawnego życia lub ci, którzy odeszli na zawsze z tego świata. Pegazica była bardzo pochłonięta obowiązkami, które wiązały się z opieką nad rannymi. Była w pewnym stopniu zadowolona z faktu, że się w tamtym momencie całkiem nie złamała.

Dowiedziała się o osiągnięciu Grima, jej od niedawna przybranego ojca. Bardzo cieszyła się, że doszły o nim słuchy, bo to oznaczało, że żył, jednak chciała tak czy siak się z nim spotkać po tak długim czasie.

Chciała udać się do niego od razu, lecz w tamtym momencie poczuła jak jej ciężka praca dała się we znaki. Na szczęście szybko znalazło się dla niej łóżko. Co prawda nie podobało jej się w jakich okolicznościach je dostała, ale nie była w stanie wydusić z siebie jakiegokolwiek słowa protestu. Wycieńczona zasnęła.

Właśnie wtedy pojawił się ten okropny sen, o którym teraz tak rozmyśla w trakcie drogi do miejsca, gdzie może spotkać ważną dla siebie osobę. Dlaczego tak się stało? Doszły do niej słuchy, że krainą snów włada obecnie Nightmare Moon, ale nie myślała, że właśnie tak one wyglądają. 

Po przebudzeniu z ulgą zauważyła, że Angelowi nic się nie stało, a teraz chciała się też upewnić czy to samo tyczy się Grima. Westchnęła. Gdyby tylko był sposób na to, żeby się wszystko w końcu skończyło.

- Dlaczego po prostu ich wszystkich nie zabijesz? - odezwał się do niej w głowie jej własny głos. Jednak był on inny. Wydawał się być w niepokojący sposób wesoły i jakby należał do osoby obłąkanej. 

- Przestań, to nie są twoje myśli.

Głos zaśmiał się lekceważąco. - Naprawdę tak uważasz? - spytał i parsknął znów. 

Animal zaczęła w duchu się uspokajać i zapewniać, że to spowodowane jest szokiem po śnie. Głos już się nie odezwał, ale była pewna, że gdyby to zrobił, to pewnie powiedziałby coś w stylu "mów sobie jak chcesz".

W końcu udało jej się dotrzeć do dzielnicy arystokracji. Zewsząd dały się w oczy rzucić obrazy, które ukazywały dużo krwi i martwych ciał. O dziwo jednak klacz nie poczuła jakichkolwiek emocji. Przeszła obok nich po prostu obojętnie. Zauważyła u siebie tę zmianę od czasu snu. Może wyjdzie jej to także na dobre.

Poczęła się rozglądać i wodząc wzrokiem po kucykach w końcu dostrzegła ciemnordzawego ogiera. Jakie było jej szczęście na widok tego, że jest cały i zdrowy. Zaczęła przepychać się między kucykami, aby znaleźć się bliżej. Znalazły się takie, które skierowały w stronę jej osoby jakieś skargi dotyczące wychowania. Ta jedynie posyłała im spojrzenie. Nieświadoma jednak była, że był to wzrok przerażający, szczególnie dlatego, że jej źrenice zwężyły się do nienormalnie malutkiej wielkości. Przekrzywiła przy tym lekko głowę na bok i patrzyła tylko jak kucyki tym zaniepokojne pospiesznie udawały się w innym kierunku. 

Jej oczy wróciły do normalności w momencie, kiedy znalazła się przy przybranym tacie.

- Grim, tak strasznie się cieszę na twój widok. Martwiłam się i chciałam zobaczyć czy wszystko z tobą w porządku - powiedziała z ogromnym spokojem i uśmiechnęła się, co było do niej niepodobne patrząc na to jaka scenaria się wokół niej rozciągała.

Edited by Wilcza
  • Upvote 1
Link to comment
Share on other sites

Nick sapnął nieco zmartwiony. Znowu został sam, jego rodacy poszli w inną stronę, a on nadal tu leży przywiązany do kucyków mocną liną, której nie ma czym przeciąć. Nawet jakby uciekł ów nie przecięta lina ciążyłaby na jego szyi, piersi, kopytach, wydarła by z niego resztki honoru i podmieńczą dumę. Uciekł by, nie to powinien robić żołnierz. To właśnie jego zadaniem jest z pieśnią na ustach iść tam, skąd inni uciekają. Nie ucieknie, nie wyjdzie, dopóki nie przetnie wszystkich krępujących go lin... A do tego potrzebuje broni, albo chociaż swojego noża.

Oj brakowało mu noża. Tego kawałka czarnej stali z czerwonym kryształem. Wartość nie była jakaś bardzo duża, praktycznie każdy w KWKC miał podobny, nie licząc innego koloru kryształu. Właśnie za tym czerwonym tęsknił, ten zdobiony nóż przypominał mu dom, jego pochodzenie, a nawet księżniczkę. Amanita była dla niego tak samo ważna, jeśli nie ważniejsza niż Chrysalis. Przywiązanie to, w jego profesji, kosztowny luksus. Świadomość, że walczy się dla czegoś lub kogoś jest ważna, jednak przywiązanie do tego jest inne. O ile sama świadomość wskazuje powagę sytuacji, tak przywiązanie niemal zakazuje błędów, czy zawachań, zrobi wszystko, co trzeba i może. To sewgo rodzaju fanatyzm, powodujący czyny okrutne... Na wojnie innych nie ma. Tu zasady są proste: silniejszy wygrywa, a jeśli ktoś jest za słaby, by robić to co powinien, ginie.

Przywiązanie ma jeszcze jedną wadę: tęsknotę. Może Nick pół życia w Equestrii spędził, może w Changei był raczej jako turysta, może te przerażone, a czasem nawet pogardliwe spojrzenia jego rodaków nie były przyjemne, ale każda chwila, którą spędził pod skrzydłem Amanity była dla niego bezcenna. Tęsknił za nią, za jej piskliwym, zawsze młodym i radosnym, głosikiem, za jej ciepłym uśmiechem, za nią całą. 

Wróć! nie czas na to! Teraz jest wojna, teraz czas walczyć, a nie piękno domu wspominać. Nick poprawił się, stanął na przeciw klaczy. Objął ją i szepnął - Dziękuję ci. - po czym udał się ku wyjściu ze skrzydła szpitalnego, nawet jęki rannych kucy mogą się z czasem znudzić. Po za tym ich tu leczono, niezbyt piękny, dla podmieńca to widok. Przez chwilę myślał nad wznieceniem pożaru jednak porzucił szybko tę myśl. W popiołach nie ma miłości. Chciał opuścić skrzydło szpitalne i na spokojnie ogarnąć sytuację.

Edited by Arceus
Link to comment
Share on other sites

Grim odprawiał kuce jednego po drugim, czy to słowami otuchy, czy też rozkazem, którego potrzebowały. Szczerze to wolał to pierwsze, ale przykładał kopyto do wszystkiego, byleby nie zasnąć. Zdawał się być całkowicie pochłonięty zajmowaniem się różnymi kucykami, jednak jego umysł zapisał sobie, czy może wypalił wyraźnymi literami, że Head i jego wojacy to osoby po jego stronie, warte zaufania. Wszystko to nie zmieniało jednak faktu, że był zmęczony i nie chciało mu się ruszać rdzawego zadu z tego całkiem wygodnego schodka, na którym sobie przysiadł. A gdyby tak zamknąć oczy, choć na minutkę... nie, do cholery! Ona tego chce! Ogier mocno potrząsnął głową by odpędzić senność.

Wtedy też dostrzegł znajomą postać. Postać stojącą właściwie tuż przy nim, otoczoną wianuszkiem odchodzących gdzieś na bok petentów.

- Na wszystkich bogów - kuc aż wstał ze swojego schodka, przezwyciężając ociężałość i zmęczenie. - Co ty tu robisz?

W sumie nie obchodziło go to zanadto, pytał tak dla zasady. Podszedł do klaczy i wtulił się w nią mocno, wstrzymując się by nie połamać jej tych delikatnych, pegazich kości. Niby minęła nawet nie cała noc odkąd widział się z Animal ostatni raz, jednak nie wiadomo dlaczego czuł się, jakby minęły całe miesiące.

Link to comment
Share on other sites

Animal na czyny i słowa Grima uśmiechnęła się jeszcze bardziej. Bez słowa objęła ogiera skrzydłem i zamknęła oczy, aby całkiem oddać się tej chwili.

- Jak dobrze, że to był tylko sen - wyszeptała. W tym samym momencie jej źrenice na ułamek sekundy znowu się zwężyły, jednak nie było to zbyt dostrzegalne.

- Słyszałam, że trafiłeś do szpitala. Czy wszystko już jest w porządku?

Link to comment
Share on other sites

To, co się działo, mogło spokojnie trwać całe wieki, Grimowi by to absolutnie nie przeszkadzało. Nietrudno było usłyszeć, że Animal śniło się coś paskudnego, jeszcze łatwiej związać to z niedawnymi wydarzeniami. Uścisnął więc na sekundę nieco mocniej swoją córkę, by ukoić strach jaki zapewne czuła. Lecz ten krótki ścisk nie był tylko i wyłącznie chęcią niesienia pociechy, to był też tik wywołany gniewem. Przez tych durniów u szczytów, przez przemądrzalców i ślepotę kucom dzieje się krzywda. Animal dzieje się krzywda.

- Taaak, chyba tak - powiedział ogier po puszczeniu pegazki. Pomasował się po głowie, chociaż to nie tam go przecież raniono. - To nie była mocna rana, taki tam strzał w pierś. Raz, że zbroja zasłoniła, a dwa, nasi medycy znają się na rzeczy. Pobolewa trochę, ale do wesela się zagoi. Ale kazałem ci być pod ziemią i dbać o siebie, a ty tu mi teraz uściski sprzedajesz.

Uśmiechnął się szelmowsko i puścił klaczy oko, żeby dać wyraźnie znać, że żartuje sobie. Może i polecenia nie posłuchała, ale jak na razie nie działo się nic złego, a i serce miał jakieś takie cieplejsze. Co było mu bardzo potrzebne po całej bitwie.

 

Link to comment
Share on other sites

 Share

×
×
  • Create New...