Skocz do zawartości

Niklas

Moderator
  • Zawartość

    5524
  • Rejestracja

  • Ostatnio

  • Wygrane dni

    97

Wszystko napisane przez Niklas

  1. Czułem się nieco dziwnie. Pamiętałem siebie sprzed kilku tygodni, gdy siedziałem w zrujnowanej stajni, płacząc nad losem nas wszystkich. A teraz dowiedziałem się, że straciłem rodziców, a Ruby... aż strach było pomyśleć, co zrobili jej łowcy. Jednak... nie czułem się smutno z powodu utraty matki i ojca. Panowała we mnie pustka, lecz nie smutek. Uznałem jednak, że przebywanie na Pustkowiach bardzo mnie wzmocniło psychicznie. Uspokojenie Sunny trwało dość długo, ale w końcu poczułem, że jej żal ustępuje i że powoli wraca do normalności. Przynajmniej na tyle, by móc z nią porozmawiać. Na razie postanowiłem unikać tematów rodzinnych i skierować rozmowę na nieco inne tory. - Wiesz... Wędrując tak po Pustkowiach, zawsze zastanawiałem się, dlaczego ktoś zaatakował nas dom - powiedziałem. - I niedawno odkryłem, że... ten atak nie był przypadkowy. Umilkłem na chwilę, po czym kontynuowałem: - W jednym starym bunkrze znalazłem stare nagranie niejakiego doktora Tesli... Głównie były to jego żale, ale... wspomniał też o czymś, co zbudował, co mogłoby nie dopuścić do wielkiej wojny... I jakoś było to powiązane z naszą Stajnią. Normalnie uznałbym to za pieprzenie, ale... jak tylko wyszedłem, ktoś wysadził cały budynek i miał nadzieję, że pogrąży mnie wraz z nim... Ale jakoś dałem sobie radę... Heh, gdyby nie to, pewno nie poznałbym Candi - dodałem, spoglądając na moją klacz. - Tak czy siak, nie mamy za wiele tropów, ale wiemy, że takimi rzeczami zajmowały się kuce w Hoofington i właśnie dlatego tam zmierzaliśmy.
  2. Od razu zbliżyłem się do niej, spojrzałem w jej załzawione oczy i mocno przytuliłem. Widok zasmuconej Sunny zawsze łamał mi serce, niezależnie od tego, co było powodem jej smutku. Teraz miała wszelkie powody do tego, a ja miałem solidny powód do tego, by łowców wytropić i wybić ich do nogi. Albo nawet bardziej... Gdy na nich trafię, znikną już na zawsze... - Już dobre - powiedziałem do Sunny, całując ją w czoło. - Jesteśmy już razem.
  3. - Nie wiem w sumie, od czego zacząć - stwierdziłem. - Kiedy doszło do tego ataku, byłem w tym magazynie na dole Stajni... Gdy doszło do tej... masakry, drzwi po prostu się zamknęły, jakby zaskoczył system alarmowy. Nie widziałem nikogo zza okna, jakoś chyba wszyscy skupili się na pozostałych... Tak czy siak, wyszedłem dopiero po kilku godzinach, gdy było już po wszystkim. Widziałem ciała naszych dawnych znajomych i przyjaciół, ale nie wszystkich. Nie wiem nawet, ilu z nich przeżyło. Miałem jedynie nadzieję, że jakoś dali radę, tak samo jak wy... Nie znalazłem ciebie, ani reszty w Stajni, więc wierzyłem, że udało wam się uciec... I szukałem was, ale nie mogłem znaleźć - dodałem z pewnym smutkiem. - Jak w ogóle tobie się udało uciec od tej masakry, Sun? - spytałem.
  4. Wciąż nie mogłem w to uwierzyć. Chociaż wierzyłem, że moja rodzina przeżyła, z dnia na dzień coraz bardziej wątpiłem w to, że kiedykolwiek ją zobaczę. A już na pewno nie tak roześmianą jak zawsze... Nasza mała, kochana złodziejka... Westchnąłem pod nosem, po czym ruszyłem w stronę najbliższego ogniska. Objąłem Candi swoją magiczną aurą i ostrożnie ułożyłem ją na ziemi. Następnie zbliżyłem się do jej boku, by ocenić ranę.
  5. Była to iskra nadziei, której potrzebowałem po dzisiejszych przygodach. Gdy już skończyliśmy wymieniać czułości, zwróciłem się do siostry: - Naprawdę miło jest ciebie zobaczyć - powiedziałem, po czym dodałem: - Candi, to Sunny Snow, moja młodsza siostra. Sun, to Candi, moja... hmm, klacz - dodałem z lekkim uśmieszkiem.
  6. Zamarłem. Od razu w swojej głowie zobaczyłem całą serię wspomnień mojej rodziny, moje zabawy z siostrami, rodziców krzątających się po Stajni, sielskie życie zakończone atakiem... Nie byłem pewny czy to naprawdę ona, chociaż podświadomie czułem, że tak. Zbliżyłem się do klaczy powoli. - S... Sunny? - spytałem.
  7. - Nie należę do nikogo - odparłem. - Ogółem pochodzę ze Stajni i jestem lekarzem, więc... z ostrzami miałem do czynienia od zawsze, ale jakoś nigdy nie musiałem sprawdzać siebie w akcji - stwierdziłem, unikając podania prawdziwych powodów moich nadkuczych umiejętności. - Heh, chyba to mój ukryty talent.
  8. Westchnąłem. - Nie wiem - odparłem. - Ale zdecydowanie przydałaby nam się chwila spokoju od tych walk... Zaufamy im na tyle... jakby co, mam swój miecz. Spojrzałem na kuca ziemnego. - Jestem Orange Snow, a to moja towarzyszka Candi - odpowiedziałem. - Zatem chyba nie ma co zwlekać dłużej. Mimo lekkiego zmęczenia, użyłem swojej magii na klaczy i ułożyłem ją sobie na grzbiecie. Co prawda dałaby radę iść samodzielnie, ale powodowałoby to duży ból, a i ryzykowałaby rozwaleniem rany.
  9. - Nie przeszlibyśmy do miasta, unikając walki - odparłem, również opuszczając broń. Wskazałem kopytem jednego z leżących niżej drabów, tego, którego rozwaliła Candi. - Tamten już zapowiedział, co by jej zrobił, więc nie miałem zamiaru pozwolić, by pozostali choćby tknęli Candi... Podszedłem do klaczy i objąłem ją lekko, uważając, by nie urazić rany.
  10. - Wędrowcem do Hoofington - odparłem, patrząc na niego i trzymając w gotowości miecz do odbicia ewentualnych pocisków. - A wy coś za jedni? Zdecydowanie ten kuc wyglądał na przywódcę tej małej grupki, jednakże nie miałem pojęcia, co takiego planują wobec nas. Nie ufali nam tak samo jak ja nie ufałem im.
  11. - Kurwa... latacze - syknąłem pod nosem. - Ani chwili spokoju... Obecność pegazów lub gryfów nie była dla mnie dobrą wiadomością. Co prawda ten ktoś zestrzelił mi ostatniego bandytę, zamiast mnie, jednak nie byłem pewien, jakie mają zamiary. Czułem się zmęczony, ale wciąż nie mogłem odpocząć. Nie mogłem tego zrobić, dopóki Candi nie była bezpieczna. Raz jeszcze więc chwyciłem swoje ostrze.
  12. - Granat - odpowiedziałem, kończąc odkażanie. Zacząłem nakładać bandaż. - Jeden z tych drani go rzucił, ale już wszystko w porządku, nie musisz się już nimi przejmować.Nie stanowią już zagrożenia dla nikogo...
  13. A tak zarzucę tematem, bo wielce mnie to nurtuje, patrząc na co niektóre komentarze do mojego opowiadanka. Mordecz i Madeleine mnie zainspirowali do zadania jakże ważnego, ale to biście ważnego pytania: Co czyni Random Randomem?
  14. W pierwszej chwili ucieszyłem się, że to już koniec. Mogłem ochłonąć i zadbać teraz o Candi, wyleczyć ją, a potem pozbierać dobra i ruszyć do miasta. I kto wie, może udałoby się znaleźć też więźniów, o których mówili? Chociaż zapewne ci byliby więzieni i strzeżeni przez większą grupkę bandytów. Z taką grupką dałbym sobie radę..., pomyślałem, wycierając krew z ostrza o ciało jednego z poległych. Ale z większą? Bez wsparcia to trudno powiedzieć... Candi niestety jest za łagodna na to... Na razie... Schowałem miecz i nóż i czym prędzej wróciłem do miejsca, w którym przebywała Candi. Musiałem teraz jak najszybciej wydobyć odłamki granatu i załatać ranę.
  15. Patrzyłem na bandytów wzrokiem opętanego. Byłem cały umorusany krwią, a moją twarz ozdabiał złowieszczy uśmieszek. Wydobyłem z ciała poległego wroga nóż i obserwowałem przeciwników. Bali się jak nigdy dotąd. Dobrze, bardzo dobrze... Widziałem wyraźnie, że mają problem z dobrym utrzymaniem broni, tak bardzo się trzęśli na mój widok. Uniosłem miecz, zastanawiając się, którego wroga powinienem potraktować teraz. Najemnicy z pewnością od razu staraliby się zaatakować kuce z bronią palną... Tak oczywiste. Nie, najciekawiej wyglądał mi bandyta z pałką. Jego żyły wyglądały tak apetycznie... aż się prosiło, by ktoś się do nich dobrał... - Pięknie... - zachichotałem złowieszczo - więcej ofiar... Rzuciłem nożem w oko kuca z karabinem. Jego broń wyglądała na wystarczająco dobrą, by zasiać chaos w szeregach strzelających. Ja tymczasem rzuciłem się na bandytę z pałką, tnąc go mieczem w pierś, a następnie powalając na ziemię, tworząc z jego ciała żywą barykadę. W międzyczasie ciąłem po nogach stojącego obok niego towarzysza, by po chwili rzucić się z szarżą na pozostałych, odbijając w locie ich pociski. Wiedziałem, że sprawi to, że będą umierać ze strachu. Ale nie miałem zamiaru do tego dopuścić... uznałem, że kilka szybkich cięć ostrzem zadziała skuteczniej niż jakakolwiek psychologia...
  16. Omiotłem bandytów wzrokiem, szczerząc się do nich maniakalnie. Nie obserwowałem ich normalnie - wszystko pokrywała jasna czerwień. Miałem wrażenie, że widzę teraz wszystko wyraźniej niż kiedykolwiek. Dostrzegałem ich każdy ruch mięśni, każdy poruszający się włos, nerwowe oddechy, lekko wytrzeszczone oczy. Zdawali się trwać w miejscu jakby czas wokół mnie spowolnił swój bieg. - Skrzywidziliście moją ukochaną... - wysyczałem, groźnie szczerząc zęby. - Teraz ja skrzywdę was... wszystkich... Ich ciała wyglądały niczym cele - mogłem przysiąc, że dokładnie widziałem miejsca, w które należy uderzyć, jakby mieliły się jaskrawym kolorem. Nie czekając dłużej na reakcję bandytów, momentalnie cisnąłem w szyję drugiego nożem. Na pierwszego z kolei rzuciłem się z furią, powalając na ziemię i wbijając mu miecz w brzuch, tnąc tkankę ku zadowi. Następnie szybko wyciągnąłem ostrze i uderzyłem mieczem w nogę, chcąc ją odrąbać, przyśpieszając upływ krwi.
  17. W pierwszej kolejności oparł się o drzewo i głośno odetchnął. Miał przynajmniej ten problem z głowy. Jednak... co dalej? Musiał znaleźć coś do zjedzenia i picia. Podświadomie czuł, że odnalezienie tego nie będzie dla niego problemem. Zaczął się więc rozglądać za krzakami z owocami leśnymi.
  18. Z sekundy na sekundę moja złość narastała. Podobnie jak wcześniej zacząłem widzieć otoczenie w czerwieni. Ci dranie skrzywdzili moją kochaną Candi... Musieli więc zginąć... I to krwawo. Nie mogłem zająć się towarzyszką jak należy, bo brakowało na to czasu... Ostrze wisiało już w powietrzu, gotowe do działania. Byłem przygotowany na wszystko. I jedno było pewne, ci bandyci już nigdy nie wyjdą z tych skał żywi...
  19. Ten metaliczny odgłos zupełnie mi się nie spodobał. Bez słowa cofnąłem się nieco, ciągnąć ze sobą Candi. Cały czas miałem w pogotowiu swój miecz, jak i nóż gwardzisty. Uważnie obserwowałem okolicę, wyczekując na nadejście tego... czegoś.
  20. Coraz fajniej to wygląda i widać, co potrafisz zrobić, jak możesz się tym zająć na spokojnie. Brawo, Skaj Póki co jednak, ocena mało się rzuca w oczy. Wygląda to tak: http://i.gyazo.com/f42fae6d066b58e88b488461ca97bb67.png Tymczasem na FIMFiction widać ją dużo wyraźniej: http://i.gyazo.com/0bf1f85bae70af66ac00d888bd4dc5b3.png - na razie to trochę jest tak, jakby sam autor w opisie sobie dodał Druga sprawa... Ludzie lubią obrazki, dlatego tyle ich jest na FIMFiction. Jakoś fajniej byłoby widzieć zdjęcia postaci niż sam suchy link. Podobnie z tagami, które tam mają formę takich jakby buttonów. Proponowałbym zrobić takowe i jeśli jest możliwość, dać je tutaj: http://i.gyazo.com/02ec00f0f2f28111b5456b738b1b7a93.png I dlaczego synchro komentarzy może być tylko takie, a nie dwustronne?
  21. Po głowie chodziło mi kilka myśli, ale praktycznie wszystkie dotyczyły tego samego, tylko w zmienionym znaczeniu - Chroń Candi za wszelką cenę. Tym razem jednak nie mogłem pójść za bardzo do przodu, bo zostawiłbym Candi bez opieki, a na to pozwolić nie mogłem. Musiałem atakować i zaraz wracać do niej, by nie dopuścić do sytuacji, w której została sam na sam z bandytą jak wcześniej. Dlatego jak tylko zobaczyłem wystający łeb przeciwnika, bezpardonowo ciachnąłem go mieczem w szyję, celując w tętnice, po czym wycofałem się.
  22. I znów wszystko poszło nie tak. Ech, gdyby tylko Candi nie spanikowała... Ale cóż, teraz nie mieliśmy już szans na odwrót - wystrzelaliby nas jak kaczki. Nie mogliśmy też się schować i mieć nadzieję, że przejdą bokiem, otwierając nam drogę do miasta. Po raz kolejny sytuacja zmuszała Candi do walki. - Wybacz, Candi... Nie tak miało być - powiedziałem. - Ale teraz... musimy zrobić coś, czego się nie spodziewają - zaatakować frontalnie. - Sięgnałem po miecz. - Obiecuję, że nikomu nie pozwolę cię skrzywdzić... Przytuliłem klacz, po czym ruszyłem ponownie w stronę skał, przy których wcześniej się chowaliśmy i wyczekiwałem na ruch przeciwnika. Nie miałem pojecią, ilu ich było, ale nie miało to żadnego znaczenia. Musieliśmy im stawić czoła... Musieliśmy ich zabić, zanim oni zabiją nas. A ja... musiałem zrobić wszystko, by ochronić Candi... I miałem zamiar wywiązać się z tego w stu procentach....
  23. Jakkolwiek nie chciałem ruszać dalej, dopóki całkiem nie uspokoję Candi, sytuacja tego od nas wymagała. Mieliśmy raptem kilka minut, by zebrać się i zwiać jak najdalej stąd. - Candi, posłuchaj mnie, kochana - powiedziałem spokojnym głosem. - Musimy stąd uciekać, zanim tutaj dotrą ci dranie. - Spojrzałem jej w oczy. - Dasz radę?
  24. Cała złość momentalnie ze mnie uszła, ustępując trosce o Candi. Od razu schowałem miecz i nóż, starłem krew z siebie i natychmiast podbiegłem do niej. Następnie bez słowa mocno ją przytuliłem, chcąc złagodzić szok, którego właśnie doznała.
×
×
  • Utwórz nowe...