Skocz do zawartości

Dolar84

Administrator Wspierający
  • Zawartość

    3977
  • Rejestracja

  • Ostatnio

  • Wygrane dni

    110

Wszystko napisane przez Dolar84

  1. <kopu kop, kopu kopu kop> I kolejny konkursowy fanfik do którego powracam po latach - bo nie zostawiłem mu w temacie komentarza, shame on me! W każdym razie warto było wrócić - co prawda nie pamiętam które miejsce zajęła "Gra", ale jest zdecydowanie przyjemnym opowiadaniem - głównie przez to, iż non stop zaskakuje, tak więc w końcu nie wiemy już co jest realne a co nie. Osobiście stawiam, że prawdziwa była jedynie Twilight. Styl był dobry, treść ciekawa, a forma pozbawiona większych niedociągnięć - kolejny dowód na to, że Foly umie pisać Slice of Life i to z elementami komedii. A czy tu nadawałby się random... może. A może nie. Decyzja autora
  2. <kopu kop, kopu kopu kop> Ach, pamiętam to opowiadanie - jeżeli dobrze kojarzę, to był to Sakittowy debiut w konkursach literackich. Pamiętam również, iż bardzo mocno naciskałem by zajęło ono jak najwyższą pozycję, ale udało mi się doprowadzić je jedynie na trzeci stopień podium. Żałowałem tego, bo byłem nim oczarowany - tym lepiej iż przeczytałem je teraz po raz kolejny. Czy przetrwało niemal trzyletnią próbę czasu? Można powiedzieć że tak. To co w podobało mi się w nim najbardziej, czyli klimat, nieco kojarzący się z realiami "Diuny" pozostał ten sam. Mimo małej liczby słów (ach te stare progi konkursowe :D), autor zdołał przekazać sugestywny obraz wędrówki przez jedno z najgroźniejszych dla życia miejsc. Rozmowa bohaterów zarówno wtedy, jak i obecnie była dla mnie jedynie dodatkiem do tego właśnie ogólnego obrazu - niezłym dodatkiem, owszem, ale nic ponadto. Naturalnie, teraz, gdy mam na koncie przerobione znacznie więcej opowiadań widzę tu też pewne błędy z czego jeden można poprawić banalnie łatwo - wyjustować tekst :D. Brak też tu tego pięknego stylu, którym później raczył nas autor, choć może inaczej... on tu jest, ale jeszcze dosyć surowy, niewygładzony. Wystarczy porównać "Dysk Pustyni" z "Sądem nad Sędzią" by od razu dostrzec tę różnicę. W każdym razie fanfik nadal mi się podoba i zachęcam do zapoznawania się z nim - to tylko kilka stron, a warto.
  3. No i zamykamy konkurs - miło widzieć, że tym razem frekwencja dopisała :D. Oceny jak zwykle postaramy się dostarczyć do dwóch tygodni. Co do tej sytuacji powyżej - nie byłem w temacie, a teraz opowiadanie Falconka ma dwa tagi. Myślę, że możemy powstrzymać się od dyskwalifikacji, ale tylko pod warunkiem, że zgodzi się na to większość pozostałych uczestników konkursu - proszę o wypowiedzi w temacie, macie na to dwa dni. Edit: Analogicznie to samo tyczy się Lorda High Protectora, pod warunkiem że uzupełni brakujący tag w ciągu dwóch dni i zgodzą się na brak dyskwalifikacji pozostali uczestnicy konkursu. Decydujcie.
  4. Hmm, Foley i fantasy... coś niespotykanego. Ale całkiem ożywczego, nie powiem. Co prawda te trzy rozdziały to tak naprawdę tylko wstęp do historii, ale i tak zawarto zarówno w nich, jak i w opisie opowiadania dosyć, by zainteresować potencjalnego czytelnika. Inny kontynent, inne realia, zagłada (nie wiadomo czy pełna) Equestrii... trzeba przyznać, że jest nad czym się zastanawiać. Czy jednak wszystko wyszło dobrze? No nie. Na pewno nie wszystko. Beware the spoilers! O ile sam pomysł, czy raczej jego zaczątek mi się podoba, to pierwsze wrażenie było nieco kiepskie. Mowa tu o pierwszym rozdziale, przy którym miałem nieodparte wrażenie, że był pisany na odpie.... znaczy, bez gruntownego przemyślenia i stosownej staranności. Głównie piję tu do formy - powtórzeń jest nasiane mnóstwo, z stylistyka często-gęsto zwyczajnie boli w mózg. Te pierwsze strony fanfika czytało mi się wyjątkowo ciężko. Na szczęście w kolejnych rozdziałach jest już zdecydowanie lepiej - widać że nastąpiło rozpisanie i wszystko szło zdecydowanie lżej - co jako czytelnik bardzo doceniam Również forma uległa zdecydowanej poprawie - powtórzenia prawie zniknęły, stylistyka również wskoczyła kilka poziomów wyżej. Zauważyłem, iż kilka osób przede mną nieco narzekało na opisy. Po części się z nimi zgadzam, jednak w mojej ocenie największym zarzutem jaki mam do tego opowiadania jest tempo akcji. Po prostu wszystko dzieje się zdecydowanie za szybko - to co zostało opisane w 3 rozdziałach, można było zawrzeć w dwukrotnie większej ich liczbie, dając sobie dodatkowo możliwość lepszej kreacji świata. Nic nie stało na przeszkodzie, by opisać drogę bohaterki z jednego miasta do drugiego - naturalnie niekoniecznie rozwlekle, ale kilka akapitów na pewno przyciągnęłoby uwagę czytelnika - czy nawet nieco przedłużyć początkową podróż. To co zostało o niej napisane mogło wzbudzać sympatię czytelnika do uchodźców, ale nie musiało - uważam, że można było położyć na to o wiele większy nacisk. Owszem, to wszystko kosztem spowolnienia fabuły, ale należy pamiętać że to sam początek - do wielkich bitew dopiero dojdziemy, a czytelnika trzeba kupić od razu Sceny akcji, chociaż pisane bez wybuchów i wszechobecnej broni palnej wypadły całkiem dobrze - nie wiem czy super-realistycznie z punktu widzenia osoby machającej mieczem, ale to w sumie nieważne, bo dobrze (powtórzenie :P) się je czyta . Szczególnie wybija się tu bójka w karczmie - spodobał mi się motyw, że ktoś przyszedł na pomoc miejscowemu osiłkowi, a nie jakieś tam przybłędzie. Coś takiego widuje się rzadko, a przecież to rozsądne Przyznaję, iż z pewnym złośliwym rozbawieniem śledziłem jej perypetie, gdy najpierw trafiła do izby tortur, a potem nagle nastąpiło "ups! zmyłeczka-pomyłeczka, to tylko moi głupi podwładni!". Wygląda na to, że król za pośrednictwem klawiatury autora usiłuje wprowadzić w życie motyw dobry glina - zły glina. Absolutna klasyka - pytanie czy bohaterka da się na coś takiego całkowicie nabrać. Jej podejrzliwość na to nie wskazuje, ale jeżeli król jest tak szczwaną bestią za jaką go biorę (bez uzasadnionych powodów), to możliwe, że jakąś część przewału uda mu się jednak uskutecznić. Podsumowując zachęcam do kontynuowania tego fanfika - owszem, nie jest to Twój klimat i to widać, jednak na pewno nie wyszedł z tego jakiś koszmar. Mnie początek zaintrygował i jestem ciekaw jakie dalsze losy zaplanowałeś dla bohaterów, bo potencjalnych dróg i rozwiązań widzę tu milion. Szkoda porzucać na stałe coś, co może być naprawdę fajne, a przy okazji odłożysz giwerę i poćwiczysz nieco broń białą - przyda Ci się podczas inwazji zombi - w mieczu amunicja się nie kończy
  5. Bo nikt się nie spodziewa fanfikowej inkwizycji! A tak na poważnie po przeczytaniu kolejnego rozdziału pewnego opowiadania oskarowego poczułem, że muszę przyjąć coś krótkiego na widok czego mój mózg nie będzie chciał automatycznie eksplodować. A tu proszę! W każdym razie wybrałem dobrze - a dodanie tagu Comedy to świetny pomysł, bo nijak nie jest to "poważny" random - i dobrze.
  6. Urocze opowiadanie, nie powiem, urocze Aż szkoda, że nie zmieściło się w limicie konkursowym, bo na pewno dostarczyłoby sporo punktów Sposób w jaki Totenkopf zmienia część Ponyville w niezdobytą twierdzę jest świetny, dlatego że tak naprawdę jego pracodawczyni nie ma absolutnie nic do powiedzenia - nie ma to jak konstruktywna paranoja u ochroniarzy. Przyznaję, że szczerzyłem się prawie za każdym razem, kiedy główny bohater z niezachwianą pewnością w głosie przedstawiał kolejne usprawnienia jakie wprowadził do zamku najnowszej księżniczki. Niemal spodziewałem się stworzenia jakiejś "linii Alicorna" otaczającej całe Ponyville! Oczywiście wytropiłem również kilka drobniejszych usterek w tekście, ale ku mojemu zadowoleniu nie było ich dużo - dotyczyły praktycznie wyłącznie kwestii stylistycznych, ale też nie były to jakieś straszliwe przewinienia. Ot, drobnica. Opowiadanie mogę z czystym sumieniem polecić
  7. Po pewnym (zbyt długim) czasie powracam by zostawić komentarz na temat kolejnej Szeptanej Opowieści. Tym razem moją ofiarą padła "Legenda Trusty Branda". Nie zawiodłem się - to mogę powiedzieć z miejsca. I po raz kolejny stwierdzam, że co jak co, ale klimat w tych opowiadaniach stanowi ich najmocniejszą stronę - opisy są na tyle sugestywne i plastyczne, że bez problemu przywołują przed oczy obraz spokojnej wioski, rozwijającego się uczucia, by po chwili zmrozić nas do szpiku kości, gdy wraz z bohaterami przebijamy się przez śniegi w drodze do ziemi obiecanej. Całość utrzymana jest w konwencji, która zdecydowanie kojarzy mi się z baśnią - taką w europejskim stylu, więc nie spodziewajcie się za bardzo super-szczęśliwego zakończenia. Ale to dobrze. Bardzo dobrze. Wszystko co u jest pasuje do siebie i mam nieodparte wrażenie, iż jeżeli opowiadanie zostałoby zakończone słowami "żyli długo i szczęśliwie", to fanfik mógłby stracić nieco swojego posępnego uroku. Kreacja bohatera jest typowa dla tego typu pisania. W innych okolicznościach można by się kłócić, iż to postać za idealna - dobra, honorowa, kochająca, stanowcza, dzielna i tak dalej. Jednak tu, skoro mamy do czynienia z taką a nie inną formą, to takie przedstawienie Trusty Branda procentuje, oj bardzo procentuje. Naturalnie znalazło się również troszkę niedoskonałości - jeżeli chodzi o stylistykę, to widać, że celowo została zmieniona na potrzeby opowiadania, jednak zdarzyło się momentami z tym przesadzać, przez co kilka zdań wygląda nieco groteskowo. Krótko mówiąc są przekombinowane. Miejscami swój ohydny łeb podnosiły również powtórzenia, których nawet przy maksimum dobrej woli nie dałoby się uznać za celowe zastosowanie środka stylistycznego. Na szczęście jednak tych błędów nie jest dużo i choć tam gdzie są drażnią, to nie mają aż tak wielkiego wpływu na odbiór całości. Kolejna dobra opowieść - kto nie czytał ten trąba! Gorąco zachęcam do sięgnięcia po ten tekst - i inne też. Tym bardziej, że kolega autor po raz kolejny dobrał świetnie pasującą do opowieści ścieżkę dźwiękową.
  8. Tym razem słowo "Koniec" możecie dodawać dowolnie - nie liczy się do liczby słów tak samo jak tytuł, tagi nick autora. Piszę tutaj bo dostałem już PW z takim pytaniem. Natomiast wszelkie przypisy już się liczą normalnie.
  9. Mooooordecz! Brak gore to nie brak krwi. To brak nadmiaru krwi.
  10. Ten post nie może zostać wyświetlony, ponieważ znajduje się w forum, które jest chronione hasłem. Podaj hasło
  11. Tak jak większość moich projektów jest w stanie bliskim zgonu, ale żyje. Zważywszy na fakt, że teraz chronologicznie jest "The Incredibly Troubled Mind of Rainbow Dash" to właśnie to tłumaczę, i jestem mniej więcej w połowie - a wlecze się to bo zwyczajnie nie wyrabiam z czasem. Staram się po trochu dodawać przełożoną treść, ale daleko mi do dawnej szybkości - niestety, życie tak działa że zżera czas. Mimo to prace trwają.
  12. Ten post nie może zostać wyświetlony, ponieważ znajduje się w forum, które jest chronione hasłem. Podaj hasło
  13. Foley, nie przypominasz sobie jak wyglądały starsze edycje standardowe? Tam niemal nigdy nie było tematów, same tagi. I tak, hulaj dusza
  14. Dla jasności - Comedy jest zakazne tak jak gore i clop. Opowiadania mają mieć dwa tagi. Nie jeden, nie trzy tylko dwa. A na ten pomysł wpadł Hoffman a nie ja
  15. Ostatnia edycja specjalna nie poszła zgodnie z planem, tak więc po raz kolejny uruchamiamy standardową. I po raz kolejny zakazujemy pewnego tagu, bo jesteśmy źli, paskudni i w ogóle. No ale dzięki temu powinno być nieco ciekawiej. Przejdźmy zatem do standardowych punktów. 1. Limit słów - 1000 2. Wyznaczone tagi: dwa dowolne. Naturalnie oprócz zakazanych standardowo [Gore], [Clop] oraz wybranego specjalnie na tę edycję czyli [Comedy] - tym razem dajemy Wam okazję poćwiczyć nieco mniej humorystyczne podejście do tematu. 3. Opowiadanie musi być w klimacie MLP 4. Termin oddawania prac: 19.06.2016 5. Po oddaniu prac nie można dokonywać w niej żadnych poprawek - proszę o wyłączenie w google docs opcji komentowania/edycji. 6. Przed przystąpieniem do pisania proszę o zapoznanie się z Regulaminem. 7. Prace które przekroczą limit słów, będą korzystały z zakazanych tagów lub będą miały nieprawidłową ich ilość, zostaną przysłane po terminie lub zostaną poddane korekcie przez osoby trzecie podlegają dyskwalifikacji. 8. Zwycięskie opowiadanie zostanie opublikowane w Equestria Times. 9. Przystępujący do konkursu akceptują w całości powyższe postanowienia oraz regulamin. Skład sędziowski - Hoffman, Dolar84 Jeżeli macie jeszcze jakieś pytania, to zadawajcie je w temacie - na pewno udzielimy odpowiedzi. Póki co nie zostało nam jednak nic innego, jak życzyć Wam powodzenia w pisaniu. Liczymy na prawdziwy wysyp prac Let the chaos begin!
  16. Witamy ponownie! Zgodnie z tradycją (niechcianą) trafił nam się drobny poślizg. Jednak po raz kolejny udało nam się pokonać wszelkie przeciwności i dostarczyć Wam kolejny numer Equestria Times. Na dodatek zdecydowanie większy niż poprzedni - w sumie od pierwszego wydania zdołaliśmy osiągnąć średnią 20 tekstów na numer. Nieźle, co? Tym razem jak zwykle dostarczamy Wam recenzji fanfików, pewnej ilości artykułów fandomowych i felietonów, a także nieco rzeczy spoza świata pastelowych taboretów. Naturalnie nie należy zapominać o takich rzeczach jak wieści, opowiadania konkursowe czy wreszczie komiksy po raz kolejny dostarczone przez SoulsTornado. Tyle słowem wstępu - zapraszamy do lektury! Dolar84
  17. Przyznaję, że widzę to podobnie - ostrzeżenie nie było moim pomysłem i sam z siebie bym go nie dał, no ale skoro ktoś poczuł się urażony to miałem obowiązek zareagować. Edit: A co do "atmosfery obozowej" to cóż... w tym wypadku pretensje do zgłaszającego - karaj dłoń a nie miecz
  18. Zostałem poproszony, by zwrócić Ci uwagę, że użycie słowa "ignorant" jest obraźliwe i krzywdzące. Jako że to nie jest jakaś poważna obraza, to poprzestaniemy na upomnieniu słownym - postaraj się na przyszłość nieco łagodniej dobierać określenia, dobra?
  19. Uważam, że określenie tłumaczenia "rzemieślnictwem" jest mocno krzywdzące. Owszem, na pierwszy rzut oka można tak pomyśleć, lecz wystarczy wgłębić się w niektóre teksty, żeby dostrzec iż jest to bardziej sztuka niż nauka. Naturalnie jest w tłumaczeniach masa rzemieślnictwa ale tak samo jest z pisaniem, nie uważasz? I naturalnie nie mam zamiaru powiedzieć że pisanie jest łatwe - a kysz z taką herezją Pomysł na logiczną, spójną a jednocześnie zaskakującą fabułę to rzeczywiście coś, co sprawia iż pisanie jest trudne. No i naturalnie - bez pisarza nie ma tłumacza. A teraz ciekawa rzecz - czy jesteś w stanie sobie wyobrazić, że ktoś oprócz Cholewy tłumaczy Pratchetta? Owszem, na pewno byłoby to przetłumaczone bez błędów jeżeli zabrałby się za to ktoś dobry (Łoziński zgiń przepadnij!) ale na pewno nie miałoby w sobie tej magii. Cholewa jest prawdziwym artystą jeżeli chodzi o przekład i to kreatywnym jak jasny gwint - żeby się o tym przekonać wystarczy przeczytać kilka książek Sir Terry'ego w oryginale... nie tylko język, ale i mózg można sobie na tamtejszym słownictwie połamać. Przejdźmy teraz do gierek słownych - ich przekład jest podwójnie zdradliwy. Po pierwsze - samo ich przekładanie prowadzi do... niecenzuralnych komentarzy, gróźb karalnych pod adresem autora oraz chęci wyrzucenia komputera przez okno. Po drugie - wielu z nich nie można a przynajmniej nie warto przekładać dosłownie. Bo cóż z tego, iż przełożymy coś, co jest powszechnie znane w kulturze anglosaskiej, skoro polski czytelnik ni w ząb się nie połapie o co tyle szumu? I tu właśnie wchodzi kreatywność - albo trzeba umiejętnie zastosować polski odpowiednik, a jeżeli takiego nie ma (częściej), to należy cały problem jakoś sprytnie obejść, żeby jednocześnie zachować wierność oryginału i sprawić że czytelnik rzecz zrozumie i go ona rozbawi/przestraszy/zaintryguje/co-tam-ma-jeszcze-zrobić. A tego w oryginalnym tekście nie ma i nikt tego przed tłumaczem nie zrobił - to wyłącznie jego broszka. Nawiąże jeszcze do tego o czym wspominałem w poprzednim poście, czyli o różnicach w stylu. Posłużę się kilkoma przykładami z własnych tłumaczeń (bo znam je najlepiej i zrobię sobie przy okazji bezczelną autoreklamę :D): "Goodbye my friend" - Na pierwszy rzut oka zwyczajny, prosty w przekładzie Sad. Problem w tym, że autor w chwili jego pisania miał 12 lat i to strasznie widać po tekście. Należało więc metaforycznie wleźć w skórę tak młodej osoby i odpowiednio to przełożyć - styl, słownictwo, itp. Kto czytał moje rzeczy, wie że lubię tu i ówdzie sypnąć jakimś archaizmem lub innym dziwnym słowem a tu nie było o tym mowy, choć z tego co pamiętam w jednym czy drugim momencie nawet by jego użycie pasowało. "Winningverse" - tłumaczenie tych opowiadań (tak, wiem że zalegam z rozdziałami, zły ja i w ogóle mam się brać do roboty) to jednocześnie czysta żywiołowa radość i koszmarna tortura. Radość dlatego, że opowiadania są świetne, a tortura, iż jest to diametralnie inny styl od tego który sam lubię i stosuję. Na przykład tak podstawowa rzecz jak narracja - osobiście nie przepadam za pierwszoosobową a tu inaczej się nie da. Do tego wyjątkowo lekki styl autora - sam kiedy piszę to używam raczej przyciężkiego pióra, więc ten przekład nie jest dla mnie łatwy. Nie wspominając już o grach słownych i innych wynalazkach - niektóre osoby miały sporo radochy, kiedy potrafiłem dwa dni bić głową w mur, bo blokowała mnie jedna kwestia, którą trzeba było jakość obejść. Ilość tego typu pułapek jak slang (póki co znalazłem amerykański, angielski i szkocki) jest tak niemal tak duża jak w niektórych książkach Sir Terry'ego P. "Minuette's Lesson" - jedno z najcięższych pod względem przekładu opowiadań, przynajmniej dla mnie. Dlaczego? Bo jest w nim sporo ogólnie ujętej techniki. Nawet nie chodzi o słownictwo, bo to zawsze można sprawdzić, ale właśnie o styl. Autor pisał to tak, że szlag mnie trafiał przy tłumaczeniu i pamiętam, że bardzo długo się przez nie przegryzałem. "Background Pony" - a tu mamy zaiste niepowtarzalny styl pewnego leniwca z Florydy. Shortskirtsandexplosions to prawdziwy czarodziej jeżeli chodzi o pisanie a styl tego fanfika jest... niepowtarzalny. Po prostu. Choćby próba jego oddania w tłumaczeniu to jest coś, co spokojnie mogę porównać do pracy takiego jednego co go Syzyf wołali. Nie-do-zrobienia. Mógłbym wymieniać jeszcze sporo, ale dosyć tego reklamowania W każdym razie zupełnie nie mogę się zgodzić z podaną przez Ciebie analogią, że praca tłumacza jest jak praca kopisty. Czy może inaczej - taką analogię można zastosować do niektórych tłumaczy, ale wyłącznie do tych złych, którzy wrzucają całe zdania do google translatora. A takich naprawdę, ale to naprawdę nie chcemy widzieć. Tutaj się zgodzę z Tobą Spidi, że takie rzeczy jak Past Sins to absolutny fundament. Owszem, można tego fanfika nie lubić (pozdrowienia Cahan, Zodiak :D), ale nie można odbierać mu jego wartości - w końcu było to jedno z pierwszych o ile nie pierwsze potężne fandomowe opowiadanie, które zyskało tak olbrzymią popularność. Sam go nie nazwę genialnym, bo według mnie solidnie nadgryzł je ząb czasu, ale mimo wszystko lubię czasami do niego wracać. Niestety nie mogę tego powiedzieć o tłumaczeniu, które zdecydowanie nie należy do tych dobrych. Mogłoby takie być, gdyby niektórzy wzięli się za robotę i je poprawili - to naprawdę jest do zrobienia, a co więcej ten fanfik na to bez dwóch zdań zasługuje. Foley - każda dyskusja taka jak ta w pewien sposób jest rozruszaniem działu. Więc proszę nie marudzić, nie zamykać się w sobie i pisać dalej a nie poprzestawać na jednym poście. Przy okazji - uroczy sarkazm, doceniam, doceniam Nie marudź - trwa dyskusja, nie warto z niej uciekać. A poglądy wymieniane są cały czas - przykład to te kilkanaście postów powyżej
  20. Tu nie chodzi tyle o jakieś kwestie prawne, a raczej o zwyczajną uprzejmość. Poulsen się nadygał żeby przetłumaczyć opowiadanie? Tak i to bardzo. Wypadało więc go o to zwyczajnie zapytać. Mates tego nie zrobił i teraz nie może nagrać nic więcej posiłkując się tym tłumaczeniem - jego pech. A wystarczyło pomyśleć... A co do kwestii "pisanie a tłumaczenie" to była już poruszana kilkukrotnie. Moje zdanie pozostaje niezmienne - tłumaczenie jest cięższe od pisania. Fakt, nie trzeba wymyślać własnej historii, ale za to należy w miarę możliwości dostosowywać się do stylu autora opowiadania - a to potrafi być strasznie trudne, szczególnie jeżeli samemu pisze się w zupełnie innym stylu. Historia tak naprawdę dla tłumacza jest ważna o tyle, że powinien się jej trzymać - zdarzało mi się już trafiać na kwiatki, gdzie tłumacz próbował na własna rękę "ulepszać" opowiadanie i dodawał coś od siebie, lub wycinał spore części tekstu "bo mu nie pasowały". Do takich bym strzelał. Z ciężkich kalibrów.
  21. No tak. Co prawda pod względem ilości edycja zdecydowanie rozczarowała, ale na szczęście ten zarzut nie ma odniesienia w stosunku do jakości. A chociaż tym razem nie trafił się tekst o statusie "perełka", to zwycięzcy do niego naprawdę niewiele brakowało. Żeby nie przedłużać już przechodzę do rzeczy: I miejsce Arkane Whisper z opowiadaniem "Emanacja" II miejsce Foley z opowiadaniem "Trixie musi umrzeć" Obu uczestnikom serdecznie gratuluje No i cóż - nie sądzę, by ten wynik był dla kogokolwiek zaskoczeniem - znaczy się spośród tych, którzy czytali obie prace W każdym razie myślę już nad kolejną edycją i mam nadzieję, że tym razem frekwencja będzie nieco większa Edit: Wiedziałem że o czymś zapomniałem! Recenzje jak zwykle powstały i można zapoznać się z nimi tutaj.
  22. No i koniec. Cóż - w końcu pojawił się konkurs na którym frekwencja była słabsza niż na specjalnej edycji gore (tam były 3 opowiadania). Patrząc teraz, powinienem był dać nieco więcej czasu - tak o dwa tygodnie. No, ale nic - przeczytamy, ocenimy i za jakiś czas wrzuci się kolejną edycję Może tym razem frekwencja dopisze nieco bardziej
  23. No i się doczekaliśmy - w końcu krew się leje. I to jak! Opis inwazji oraz pierwszych potyczek jest naprawdę wyborny. Czuć klimat bombardowania, walki w błocie i szalonych szarż wojsk Nipponu (nadal postuluję zmianę na Neighpon :D). Na dodatek bardzo przyjemne w odbiorze opisy urozmaicane są krótkimi, za to sensownymi dialogami, które jeszcze dodają atmosfery. Za ulubioną część tego rozmiaru uznam chyba pierwszy atak grzęznącej w błocie broni pancernej - może niezbyt dynamiczny, może tak naprawdę nie działo się wiele, ale świetnie pokazało, iż przewaga techniczna to nie wszystko i zarówno atakujący jak i obrońcy mogą popełniać masę błędów. Czy czegoś brakowało? Powiedziałbym że tak - brakowało mi tego typu opisanej potyczki podczas walk w mieście. Może w jakiejś sytuacji, gdzie oddział Nipponu wpada w zasadzkę wojsk Siny i jest masakrowny (naturalnie się odgryzając). Albo opisów drużyny starającej się przedostać z jednej ulicy na drugą pod czujnym okiem snajpera. To co dostaliśmy było fajne, ale mogło być jeszcze lepsze i jeszcze bardziej klimatyczne. Forma się poprawiła, skorupiaków nie stwierdziłem, a jedynie trafiło się kilka drobniejszych pomyłek. Czekam na więcej.
  24. Jedną rzeczą są defilady i inne pierdoły a inną zdradzanie swojego planu kiedy jeszcze nie ma się środków żeby go wykonać. Jeżeli zrobiłby będąc gotowym lub prawie gotowym do uderzenia to inna sprawa - ale ten jełop dał im czas na przygotowanie. Jedynym wytłumaczeniem jest to, że rajcuje go dostawanie po dupsku od Księżniczek albo że nie ma przynajmniej połowy mózgu (pasowałby do Rainbow Dash :D). Pokaz siły spełnia swoje zadanie wtedy, gdy ma się realne środki by jej w razie czego użyć - a z tego co wywnioskowałem z treści, to Sombra był w tamtym momencie jeszcze niemal przysłowiowym gołodupcem. No właśnie w tym tkwi według mnie problem. Rozumiem jeszcze AJ - jest sierżantem, zdobywa doświadczenie i tak dalej. Rozumiem, że Twilight jakiś tam czas spędziła na studiowaniu kwestii militarnych - ale ile mogła zrobić, skoro w tym czasie głównie zajmowała się pracami nad magią przyjaźni? A na wygrywa dosłownie wszystko i nie popełnia żadnych błędów - to się zwyczajnie nie klei. Jakby na początku przerżnęła kilka potyczek od razu by ją to uwiarygodniło. "Większe znaczy lepsze". To jest pewne wytłumaczenie, ale i tak boli fakt, że wszystko jest idealne. Zero błędów. Umówmy się - takie rzeczy się nie zdarzają. A można było zastosować prosty zabieg - niechby wybrała odpowiednik Tygrysa firmy Porsche, który teoretycznie był potęga a w praktyce kupą złomu. I od razu spowodowałoby to opóźnienie we wprowadzeniu tych lepszych - i już Equestria nie byłaby aż tak doskonała. Ale niestety nie jest i strasznie mnie irytuje fakt, "intuicji" Luny. A o silniku odrzutowym to nawet mi nie mów - jak doczytałem że ma być Me 262 to załamałem ręce. A kiedy doszedłem do sceny w której testy idą idealnie, wszystko jest miodzio i od razu walimy go do produkcji to mnie trafił jasny szlag. Gdzie nieudane prototypy? Gdzie martwi oblatywacze? Dlaczego ciągle to wszystko jest takie idealne i OP ja się pytam? I tak, powtarzam się, ale to dla mnie jeden z większych zarzutów dotyczących KO, ponieważ sprawia, iż lektura po pewnym czasie staję się zwyczajnie nudna. Ile można czytać o zwycięstwach jednej strony? Co zaś do broni odwetowej to właśnie przez koszty i zawodność jej wprowadzenie byłoby piękne i osłabiłoby wyżej wspomniany zarzut jakby potracili na to czas i pieniądze. Ale powód je odrzucenia? Serdeczność? W tym momencie Luna mi się jawi albo jako idiotka (na miarę Sombry ujawniającego swój plan) albo zdrajczyni. Również o tym słyszałem i bardzo na ten tekst czekam - jeżeli chodzi o II WŚ, to nie ma dla mnie lepszego tematu niż szeroko pojęta flota. Najgorsze jest to, że tu nie trzeba jakiejś specjalnej wiedzy - to jest aż tak złe, że wprost bije w oczy. Fakt, ja mam to do siebie, że przez ten @$@$%$@ fandom nie mogę już czytać książek nie tropiąc błędów, ale tu by mnie szlag jasny trafiał nawet w początkach mojego czytania fanfików. W bardzo, ale to bardzo wielu miejscach lektura była zwyczajną torturą, a moje komentarze zdecydowanie nie nadawały się do druku. A najbardziej wkurza mnie fakt, że to wszystko można poprawić i tym samym znacząco ulepszyć opowiadanie - wystarczy tylko chcieć, a tejże chęci u autora nie ma.
  25. Przeczytane Cóż, zmierzyłem się z gigantem i przetrwałem to starcie. Nie ukrywam, że podchodziłem do niego z mieszanymi uczuciami - z jednej strony ma wiele komentarzy pozytywnych, z drugiej dużo pojawiło się również opinii niemal skrajnie negatywnych. W końcu nie było innej możliwości żeby przeczytać samemu i wyrobić sobie własną opinię. Miałem nadzieję, że negatywne opinie są przesadzone chociaż nie przesadzałem z optymizmem. A gdzie jest prawda (dla danej subiektywnej wartości tego słowa)? Jak to zwykle bywa na żadnym z biegunów. W Kryształowym Oblężeniu, jak w znakomitej większości fanfików jest za co chwalić i jest za co ganić. Postaram się teraz nieco przybliżyć swoje wrażenia z lektury, zarówno te pozytywne jak i negatywne. Myślę, że wrócę do starej taktyki pisania w punktach - Twilight byłaby dumna, poza tym pozwoli mi to skupiać się po kolei na wybranych zagadnieniach, a chciałbym poruszyć ich sporo. Tak więc Ci, których nuży lektura długich komentarzy powinni przestać czytać mniej więcej w tym miejscu. Pozostałym życzę szczęście, gdyż podejrzewam, iż w moich wynurzeniach będzie sporo chaosu. Beware the spoilers! 1. Antagonista główny - zaczniemy od samego Sombry, który miał naprawdę fatalny wstęp. Przekazywanie swoim przyszłym przeciwniczkom wiedzy o tym czym chce je zmiażdżyć? Błąd absolutnie podręcznikowy, taki którego co inteligentniejszy amator by nie popełnił, nie mówiąc już o kimś kto władał całym państwem. A już na pewno nie na kilka lat przed planowanym atakiem. Jakby tuż przed - pewnie! Zasiać strach i wątpliwości, a jeżeli nie uda się osiągnąć celu bezkrwawo, to uderzyć natychmiast nie dając Equestrii czasu na przygotowanie. No ale dobra, jestem w stanie to zrozumieć - gdyby tego nie zrobił, to wparowałby do Equestrii podbił ją, a Kryształowe Oblężenie skończyłoby się po dwóch rozdziałach. No może pięciu. W dalszej części opowiadania nie dostajemy go za dużo, jednak to co można wyczytać... nie pasuje mi zupełnie do postaci tyrana, który chce podbić świat (a przynajmniej jego kęsek). Wydaje się taki... miękki. Brakuje w nim zła. Trochę się to poprawia podczas planowania ataku na Canterlot, ale ogólne wrażenie niestety pozostaje. Jego kreacja, w mojej ocenie, zdecydowanie nie jest za dobra. 2. Antagoniści drugiego rzędu - A tu już jest zdecydowanie lepiej. Jakoś tak ogólnie zauważyłem, iż tworzenie postaci własnych wychodzi autorowi o wiele lepiej niż użeranie się z kanonicznymi (ale o tym później). W każdym razie przyboczni Sombry prezentują się o wiele lepiej niż sam szef. Szef NKWD to szczególnie parszywe bydle - egoistyczny, zdradziecki, myślący wyłącznie o własnej korzyści - innymi słowy, bardzo dobra postać, której ciężko życzyć czegokolwiek oprócz poręcznej gałęzi, sznura z pętlą i małego stołka lub pniaka. Z kolei Krasnaja Śnieżynka, chociaż nie występuje za często to budzi sympatię - i to pomimo faktu, że truje przeciwników gorączką. Zostaje także Blueblood, który wbrew temu co pisałem wcześniej jest jedną z najlepiej oddanych postaci kanonicznych - tak samo tępy, zapatrzony w siebie i chamski jak w serialu. Aż szkoda, że nie było go trochę więcej. 3. Ksieżniczki - tu jest raz dobrze a raz źle. W niektórych scenach widać, że bardzo przejmują się losami kraju i poddanych i robią wszystko żeby im pomóc. Na przykład motyw Celestii otwierającej swój prywatny skarbiec by rozruszać przemysł Equestrii to świetny pomysł. Jednocześnie prosty i logiczny, a nie przypominam sobie, żebym w którymkolwiek fanfiku wcześniej na to trafił. Z drugiej strony niektóre jej decyzje sprawiają, że można ją posądzić o kolaborację - no bo kto rozsądny chce dać wysokie wojskowe stanowiska grupce klaczy, które z wojną nie miały nigdy nic wspólnego? O tym zresztą też jeszcze wspomnę później. Teraz Luna - do niej mam zdecydowanie więcej zarzutów niż do starszej siostry. Pierwszy i w sumie najważniejszy - skąd, na miłosiernego Cthulhu, ona ma tak dobre rozeznanie w technice wojskowej z którą wcześniej praktycznie nie miała do czynienia? Nie popełniła żadnego błędu w wybieraniu najlepszych konstrukcji, a kiedy przeczytałem fragment, że "intuicyjnie wiedziała, że to podwozie będzie dobre", to szlag mnie trafił - intuicyjnie to ona może się znać na broni której używała - na przykład na częściach składowych dzidy (dla tych którzy nie wiedzą to chodzi o przeddzidzie, śróddzidzie i zadzidzie) a nie na nowczesnej technologii. Ale nie, ona wie wszystko najlepiej. Kolejny zarzut to motyw z bronią odwetową - odrzucić ją tylko dlatego, że nie współgra z serdecznością i jest niehonorowa? Czy ta głupia kobyła nie wie, że jej kraj toczy wojnę o przeżycie? Już nawet nie mówię, żeby w całości odrzucała swoje ideały, ale trochę pragmatyzmu na pewno by jej nie zaszkodziło. Z drugiej strony podobało mi się jej rozchwianie emocjonalne - całkiem do niej pasowało, szczególnie motywy, kiedy pod wpływem takich a nie innych działań czasowo cofała się w rozwoju do poziomu dziecka. 4. Mane 6 - Twilight Sparkle, czyli "Brykająca Generał". Od samego początku pomysł by komuś o zerowym doświadczeniu dawać tak wysoką rangę i dowództwo elitarnej dywizji wydawał mi nie pasował. Naturalnie na pewno przez kilka lat poprzedzających wybuch wojny mogła wchłonąć dużo wiedzy, ale z drugiej strony pytanie też ile? Owszem, umie szybko czytać, jednak w tym samym czasie nadal badała magię przyjaźni... No ale nic - swoje przeczytała i łups na front. Gdyby była zwykłą figurantką i miała wpływać na morale to spoko, ale ona dowodzi i to w sposób absolutnie kompetentny. Nijak mi to nie pasuje do kogoś, kto zna jedynie teorię a z praktyką się nie spotkał. Dobra, dowodzi obroną, więc teoretycznie mogła odeprzeć jeden szturm, jednak po drugiej stronie nie walczą idioci! A przynajmniej nie powinni. Owszem, mają gorszy sprzęt, ale mają też doświadczenie bojowe - na pewno udałoby im się w taki czy inny sposób solidnie dogryźć pani generał i to nawet zanim urwało się zaopatrzenie. A ta nic - wygrywa i wygrywa - to zresztą choroba tycząca się całej armii Equestrii. Dopiero pod koniec drugiego tomu raz czy drugi się jej dostało, ale to w sumie przypadki a nie jej błędy, których powinna popełniać na tony i dopiero na nich się uczyć. Poza tym naprawdę nie wiem jak może tolerować wybryki pewnej gnidy służącej pod jej rozkazami a zwanej Rainbow Dash, szczególnie po tym czego była świadkiem. Przyjaźń, przyjaźnią, specjalny status RD, specjalnym statusem, ale są przecież pewne granice! Jednak pomijając to co pisałem powyżej jest całkiem nieźle - można w niej wyczuć postać znaną z serialu, chociaż brakuje nieco charakterystycznych dla niej neuroz. Dodatkowo w ostatnich rozdziałach, gdzie zaczyna zmieniać się w słonia, są intrygujące. - ciekawość co dla niej autor wymyślił. Czy może ma z tym coś wspólnego pewien... kwiatek? - Rarity - o niej póki co trudno się wypowiadać, bo wiemy zwyczajnie za mało. Owszem potopiła trochę statków i później przybyła na front kryształowy, ale nadal jest jej za mało. Może wydaje się nieco przerysowana, ale autor uprzedzał w prologu że może do tego dojść, poza tym jeżeli już to zostało to dokonane w sposób minimalny - zobaczymy co dalej. - Fluttershy - nawet pasuje, chociaż jestem ciekaw jak poradzi sobie z ogarniającą ją znieczulicą. Niestety też nie dostajemy jej za wiele - może się to jeszcze zmieni? Kto wie? W każdym razie póki co widzimy jak ewoluuje z nieśmiałej istotki w frontowego lekarza i spisuje się w tej roli wcale dobrze. - Pinkie Pie - a tu mogę z czystym sumieniem chwalić. Jedna z lepszych kreacji różowej zarazy z jakimi miałem przyjemność się spotkać. Kiedy czytałem że ma trafić do czołgów to trochę się zdziwiłem, jednak jej radosna żywiołowość wbrew wszelkiej logice całkiem dobrze pasuje do pancernych bestii. Tym bardziej, że jej rola to właściwie taki sztandar - sprawami wymagającymi kompetencji zajmuje się jej załoga. I to mi się bardzo podoba. Tak samo jak motyw gdzie strzeliło ją coś w łeb i poprzestawiało kolejne klepki - motyw ze zmianą sposobu mówienia bardzo dobry. - Applejack - jedyna poszkodowana brakiem stopnia oficerskiego. W sumie szkoda, ponieważ nie dostałą go z kuriozalnego powodu - nie mogła opanować zasad savoir-vivre. No ale w efekcie została sierżantem i spisuje się w swojej roli bardzo dobrze. Wręcz doskonale. I to w sumie jej pasuje. Z jednej strony nadal mocno widać jej charakter i zasady, ale z drugiej nawet ona nie jest odporna na to co robi z nią wojna. Na szczęście następuje to stopniowo a nie skokowo - dzięki temu o wiele lepiej to pasuje i wydaje się takie... prawdziwe. Druga po Pinkie najlepiej oddana członkini Mane 6. - Rainbow Dash - a tu jest bardzo źle. Naładowana agresją rasistka, która bije swoich żołnierzy, drze mordę bez sensu i ogólnie zachowuje się jakby miała beczkę smalcu zamiast mózgu. To ostatnie w sumie jest całkiem kanoniczne, ale pozostałe rzeczy nie. Lojalności w niej tyle co nic - zdecydowanie nie zasługuje na swój element. Prędzej na degradację a nawet na wyrzucenie z wojska i pozbawienie wszelkich honorów. Przy okazji jest rozchwiana emocjonalnie tak, że szkoda na nią patrzeć - tu rozpacza po śmierci Scootaloo a po chwili mówi o zestrzeleniach i tylko to ją obchodzi. Nie powiem, całkiem nieźle mi się ją czytało, ale wynika to z tego że tej postaci ogólnie bardzo nie lubię więc wszelkie jej porażki i pokazy debilizmu (bo trudno nazwać jej zachowanie łagodniej) to balsam dla mej duszy, Jeżeli autorowi chodziło o wykreowanie postaci, której czytelnik ma nie znosić to wyszło naprawdę na medal. 5. CMC - tu potraktujemy łącznie. Najlepiej wypada Apple Bloom, ponieważ nie bardzo się różni od swojej serialowej odpowiedniczki. Jest solidna i twarda jak członek rodu Apple i to jej pasuje. Sweetie Belle z kolei wydaje mi się za bardzo przerysowana i nazbyt wydelikacona. A niektóre jej akcje wołają o pomstę do nieba - szczególnie ta z płaczem.... dobra, do tego jeszcze wrócę. Z kolei Scootaloo pojawiła się, zaczęła powoli być sobą i zginęła. I dobrze, bo też jej nie lubię 6. OC protagonistów - tu wymienię jedynie kilka sztuk, które albo mocno zapadają w pamięć, albo czymś się wyróżniły. Zacznijmy od Dornier Fliegera - kreowany na twardego pruskiego żołnierza świetnie się odnalazł w tej roli i niesamowicie mu ona pasuje. Po prostu widać w nim oficerską stal, która połączona z jego charakterem i specyficznym sposobem mówienia tworzy obraz świetnego żołnierza, bezwzględnie oddanego Księżniczkom. Niestety ten doskonały obraz trochę się zarysowuje, kiedy przenosi się ze stanowiska szefa Luftmare na pozycję kapitana w jednostce prowadzonej przez Rainbow Dash - to wygląda jak porzucenie odpowiedzialnego obowiązku i zupełnie do wcześniejszej kreacji tej postaci nie pasuje. Depicted Picture - szefowa wojsk lądowych o niewyparzonej gębie jest moim ulubionym członkiem sztabu generalnego. Wali prosto z mostu i mówi do rzeczy. Tak naprawdę nie ma o co się do nie przyczepić a jednocześnie każda scena z nią jest zwyczajnie przyjemnością. Digiter von Marder i Ruhisu - tych dwóch trudno opisywać oddzielnie, bo stanowią najlepszy duet w całym opowiadaniu. Różnią sie od siebie niemal pod każdym względem, a dogadują się świetnie, naturalnie z uwzględnieniem solidnej dawki przyjacielskiego bluzgania. Sceny z nimi to zwykle prawdziwa przyjemność. Greenhorn - przydupas Applejack, który z początkowi pi**y na resorach zmienił się w całkiem udanego żołnierza. Ogólnie wszystkie te postaci są wykreowane dobrze. Na pewno lepiej niż kanoniczne. 7. Kwestia rozwoju technicznego - zostało podniesione wiele zarzutów, iż jest on za szybki, że stworzono go z niczego i tak dalej. Generalnie mogę się z tym częściowo zgodzić, gdyż nawet przy finansowym wsparciu Ceśki takie coś wymaga czasu i doświadczenia, a wtopy są nieuniknione. Wydaje mi się, że po prostu naprodukowali za dużo, gdyby to było nieco mniej i armia miała zdecydowanie bardziej ograniczone środki to wyglądałoby to nieco lepiej. W każdym razie po rozmowach z autorem wiem, iż był to skrót literacki - cóż, nie muszę się z tym zgadzać, ale rozumiem zastosowanie takiego chwytu, choć według mnie osłabia on nieco cały tekst. Jednak tego o czym wspominałem wcześniej, czyli posiadania samych najlepszych konstrukcji to przeżyć zwyczajnie nie mogę i mnie to zwyczajnie wkurza. Equestria jest po prostu OP - mają same najlepsze rzeczy a rezygnują z tych gorszych. No i dlaczego? Przecież wyglądałoby zdecydowanie atrakcyjniej, gdyby po drodze skopali jedną, druga czy dziesiątą rzecz. Naturalnie nie tylko oni - Sombria także, chociaż tutaj problem idzie raczej w drugim kierunku - trzymają się z uporem maniaka początkowych konstrukcji i dopiero pod koniec drugiego tomu zaczyna się to zmieniać na lepsze. Dodatkowo Equestria ciągle wpada na coraz to lepsze pomysły - na przykład motyw z Jaskółką ubódł mnie do żywego. Zero problemów, lot testowy idealny, wprowadzamy do produkcji od zaraz. No dajcie spokój.... gdzie wieloletnie testy, gdzie wypadki, gdzie niepowodzenia? Naprawdę, ale to naprawdę tego brakuje. 8. Klimat - dosyć kontrowersyjny punkt, z którym bywa naprawdę różnie i to z wielu powodów. Jedną z nich jest kwestia przeskoków stylu - nie występuje często, ale kiedy jest to wali między oczy z subtelnością godną Cahan (dla niezorientowanych - zerową). Przykładem jest tu scena z rozdziału Big Flak, gdzie panuje "mroźny", ponury klimat, wszystko idzie pięknie, a nagle Big Mac robi rozróbę o efektach iście kreskówkowych (wbicie kuca w sufit, że wystają tylko tułów i machające kopyta) i cały klimat idzie się gonić. Jeszcze gorzej jest w momencie kiedy Sweetie Belle dowiaduje się o śmierci Scootallo - opis jej płaczu może wywoływać jedynie bardzo niepozytywny śmiech (metrowe strugi łez, które biją w twarz stojących obok i ich przewracają, no i wylanie całych "litrów" - no nie wiem, ale tak sądzę, że umarłaby z odwodnienia i to natychmiast). No i jeszcze jedna, która chyba zirytowała mnie najbardziej - Ceśka przybywa do Pferdenstadt, mamy opisy krainy, mamy charakterystykę mieszkańców jako kuców oddanych władczyniom, ale za to niesamowicie dumnych i nagle co? Wszyscy na jej widok padają plackiem na ziemię - totalna czołobitność. Jedna scena niemal całkowicie zrujnowała klimat tej nacji, która dotychczas prezentowała się wzorowo i tego autorowi nie wybaczę. Znacznie częściej niż takie sceny występuje jednak inny problem - oto jest sobie scena X, wszystko ładnie pięknie i nagle niszczy ją użycie jakiego słowa, które nijak do niej nie pasuje - zwykle jest nazbyt eleganckie lub inteligentne. Jak pisałem to występuje częściej i jest strasznie irytujące. Naturalnie są również sceny bardzo dobre - szczególnie widać to w opisach walk, gdzie mimo sporej ilości szczegółów technicznych czytelnik nie zostaje nimi przytłoczony i wciąga się w lekturę jak w bagno. Jako że walk jest sporo, to i z dobrym klimatem mamy do czynienia w miarę często. Jednym z moich ulubionych są fragmenty z Applejack, które jak żywo przypominają film "Stalingrad" (ale tę dobrą, niemiecką wersję!). Wtedy autentycznie możemy poczuć chłód i strach towarzyszący żołnierzom. Mimo wszystko najbardziej klimatyczną sceną pozostaje ta w Hestii. To zostało zrobione po prostu doskonale i to wszystko - od opisów krainy, po charaktery kuców aż do ich reakcji na słowa Celestii. Właśnie czegoś takiego spodziewałbym się w Pferdenstadt (chociaż bardziej stonowanego) a w tej krainie dawnych wikingów.... no coś pięknego. Można było sobie wszystko bez problemu zwizualizować i wręcz słyszeć jak topory walą o tarczę a dookoła rozlegają się wrzaski pijanych krwią najeźdźców. Fenomen. 9. Przeintelektualizowanie - postanowiłem dać temu osobny, choć krótki punkt, ponieważ wydaje mi się to bardzo ważne. Bardzo często, nagminnie wręcz autor korzysta ze słownictwa, które często trzeba sprawdzać po słownikach. Nie mówię że to zła maniera - sam lubię z niej od czasu do czasu skorzystać. Jednak nie należy przesadzać, a tutaj mamy tego zwyczajnie za dużo. To naprawdę potrafi strasznie zirytować. Najgorsze jest jednak to, iż często słownictwem z górnej półki biją postacie, które nijak do nich nie pasują. A czasami to już używają takich archaizmów, które dobrze wyglądałyby używane jedynie przez Lunę - co zabawne, ona mówi w ten sposób stosunkowo rzadko. W każdym razie jest to poważny problem na który warto zwrócić uwagę przy dalszym pisaniu i nieco powściągnąć swoje... upodobania co do używania takich słów. 10. Forma - W poprzednich punktach zasadniczo wszędzie znalazło się coś i do pochwalenia i do zganienia. Ten będzie wyjątkiem, gdyż tu mogę jedynie opieprzać (tak, celowo używam tego określenia, choć powinno być jeszcze mocniejsze) i to srodze. Forma w Kryształowym Oblężeniu jest absolutnie i całkowicie fatalna! Naprawdę nie wiem czym zajmują się tutejsi korektorzy, ale za swoją "pracę" z całą pewnością będą przez wieczność walcowani na piekielnych maglach (religia obojętna)! Na miejscu autora zastosowałbym w stosunku do nich pewną metodę o której śpiewały Elektryczne Gitary - dla niezorientowanych wyjaśniam, iż jest to tak zwana procedura "noga - dupa - brama". I obowiązkowy zakaz powrotu. Literówek nie da się zliczyć, anglicyzmy walą po oczach, stylistyka leży i kona, a składnia czasami jest taka, że mistrz Yoda po spojrzeniu na to popełniłby natychmiastowe samobójstwo. Dodajmy do tego fakt, że stosunkowo często używane są słowa, które w danym kontekście zupełnie nie pasują do reszty treści, bo mają zupełnie inne znaczeni. To się po prostu tragicznie czyta - po kilku pierwszych rozdziałach mój mózg zaczął stosować autocenzurę, bo inaczej nie byłbym w stanie przez to przebrnąć. Ba! Na początku postanowiłem robić sobie prywatną listę zauważonych błędów, ale poddałem się w połowie drugiego rozdziału - w takim tempie czytanie trwałoby przynajmniej rok, o ile nie lepiej. Pod tym względem "Kryształowe Oblężenie" to jeden z najgorszych fanfików jakie czytałem - wielu debiutantów jest w stanie poradzić sobie o wiele lepiej. Tak na szybko mogę wypisać kilka co straszliwszych abominacji - na przykład pisanie "gothca" zamiast "gotka". Albo coś co mnie niemal zadusiło, czyli zamiast "aye, aye ma'am!" dostaliśmy "aj, aj, ma'am". Bolało ją coś, czy jak? Niestety tutaj tych przykładów mógłbym mnożyć na potęgę. Tragedia, dno i trzy metry mułu. Ja bym się coś z taką formą wstydził opublikować nawet na forum, nie wspominając już o druku. Dobra, to by było na tyle tych punktów. Na pewno nie odniosłem się w nich do wszystkiego, ponieważ to trudne przy fanfiku tej wielkości. Bardzo chętnie podejmę dyskusję na temat wymienionych czy niewymienionych cech, wad i zalet "Kryształowego Oblężenia". W każdym razie jak sami widzicie są w nim dobre rzeczy, są również i złe. Niestety te drugie póki co przeważają, ale to jeszcze twór niedokończony, więc jest nadzieja, iż będzie tylko lepiej. Sam pewnie będę czytał dalej - jestem ciekaw kilku zapowiedzianych rzeczy no i mam zamiar dowiedzieć się jak to się wszystko skończy - ogólnie stawiam na zwycięstwo Equestrii, ale mam nadzieję, że po drodze dostaną jeszcze parę razy solidną młóckę. Jak bym to ocenił? Gdybym nie brał zupełnie pod uwagę formy, a tylko pierwsze 9 punktów to wyszłoby, iż to fanfik średni z mocnymi i słabymi momentami. Niestety, nawet doliczając do nich solidną kwerendę źródłową (którą widać, a nie wymieniłem jej, bo świetnie zrobił to Gandzia) i mocny marketing (brak wzmianki z tego samego powodu co wcześniej) to forma robi swoje i kładzie "Kryształowe Oblężenie" na łopatki - na szczęście nie dociska za mocno i jest jeszcze szansa na powstanie - trzeba tylko wykopać niekompetentnych korektorów i znaleźć takich porządnych a wrednych - oni naprawdę pomogą. Dla fanów ocen numerycznych 3/10 (z możliwością solidnego odratowania i podwyższenia, gdyby tylko zrobić coś z punktem 10).
×
×
  • Utwórz nowe...