Jump to content

Strona Główna  |  Ogłoszenia  |  Lista Fanfików  |  Fanpage  |  Feedback
Hoffman

Finał II Turnieju Magicznych Pojedynków - Zegarmistrz vs Hoffner [zakończony]

Finał II Turnieju Magicznych Pojedynków  

14 members have voted

  1. 1. Czyja potęga przeważyła i kto zasłużył na miano nowego Mistrza Magii?

    • Zegarmistrz
      3
    • Hoffner
      11


Recommended Posts

Już od kilku dni w całym kompleksie turniejowym wisiały obszerne plakaty, oznajmiające wszem i wobec, że finał rozegra się w zamku, który służył magom za karczmę. Tak tedy dzisiejszego pięknego dnia do przybytku przybyły istne tłumy, zachęcone tym bardziej, że karczmarz nie podniósł cen. Gospoda miała dość pokoi i miejsca, aby pomieścić każdego, kto chciałby oglądać finałową walkę turnieju. Niektórzy czekali na to wydarzenie od wczorajszego poranka, pijąc trunki i jedząc wyśmienite jedzenie przy dźwiękach wspaniałej muzyki. Karczma każdemu oferowała możliwości dobrego wypoczynku i dbała o poczucie narastającego napięcia.

 

Jedna, jedyna rzecz odbiegała od normy. Potężne zaklęcia zakrzywiające przestrzeń uniemożliwiały zobaczenie części zamku, którą karczmarz przeznaczył na remont. Zza wielkich pól siłowych nie dobiegały żadne odgłosy, ale często można było zobaczyć wychodzących z nich magów i inżynierów, którzy zmęczeni i spoceni szli odpocząć. Właściciel podobno chciał uczynić wielki finał jeszcze wspanialszą chwilą i kazał specjalnie przygotować wydzieloną część zamku. Jak głosiły plotki, plany tej inicjatywy powstawały od bardzo dawna, a za pieniądze jakie pochłonęła przebudowa podobno można było wykupić duże miasto. Karczmarz jednak odmawiał jakichkolwiek komentarzy na temat pomysłów, które miały być tam zrealizowane.

 

Po dniu wielkiego świętowania przed finałem, po rozlaniu paruset tysięcy hektolitrów trunków, po wydaniu podobnej ilości ton jedzenia i po zagraniu wszystkich znanych i genialnych utworów przyszedł czas na rozpoczęcie wielkiego zmagania.

 

Na uprzednio przygotowaną scenę, na jednej z okrągłych baszt wkroczył karczmarz. Był to czarny gryf w średnim wieku o białej głowie i brązowych pazurach. Jego potężne skrzydła zostały przykryte granatowym mundurem galowym. Kroczył dumnie i potężnie, bystro obserwując cały dziedziniec wypełniony kucami i innymi stworzeniami, które chciały zobaczyć najdonioślejsze wydarzenie turnieju. Karczmarz stanął na środku sceny i rzekł swym donośnym, miłym, ale i twardym głosem:

 

- Witam wszystkich moich szanownych gości. Mam szczerą nadzieję, że nie zabrakło Wam niczego w moich skromnych progach. Chcę by ta chwila była dla wszystkich wyjątkowa, jak wiecie od pewnego czasu trwała przebudowa niektórych skrzydeł zamku. Jestem naprawdę szczęśliwy, że dostałem zgodę od organizatorów turnieju na poprowadzenie finału. Zapewniam, że kryształy magiczne w moim zamku zebrały dość energii by zapewnić nie tylko bezpieczeństwo, ale i wspaniałe widowisko  moim gościom. Proszę o wyprowadzenie turniejowego zniczu.

 

W tym momencie na najwyższej wieży, wychodzącej z cytadeli otworzył się szpiczasty, gotycki dach i ukazała się wielka, platynowa konstrukcja, pokryta szafirami, szmaragdami, rubinami i diamentami. Miała kształt trójkątnej czary, trzymanej mocno przez wyrzeźbiony szpon gryfa, kopyto kuca, dłoń człowieka i nieokreśloną kończynę nieznanego stwora.

 

- Znicz zapali na rozpoczęcie pojedynku nieoceniony, główny organizator turnieju Hoffman! A teraz bez zbędnych przedłużeń pora przedstawić miejsce walki.

 

Gryf wzniósł swe szpony ku górze, na ten znak zagrały potężne trąby ustawione na murach, a magiczne kryształy rozbłysły swymi runami. Przez cały zamek przebiegł wstrząs, gdy wielka konstrukcja oderwała się wraz z ziemią i wzniosła się na kilkaset stóp. Potężne wiry magii otaczały grające w słońcu czarne mury twierdzy i spływały po niebieskich dachówkach środkowej cytadeli. Następnie jak krople w deszczu moczą świat, tak tutaj cząstki magii spadały na całą karczmę i powoli czyniły ją przezroczystą. Cegła po cegle z widoku znikały mury, dziedzińce, fontanny, posągi, wielkie wieże i małe lady.

 

- Nie bójcie się! Wszystko jest zaplanowane, aby każdy z Was mógł dobrze i należycie obejrzeć finał. Dzięki przezroczystości ścian będziecie mogli doskonale śledzić zmagania! Teraz pora abyście zobaczyli zasłonięte skrzydła, spuścić zasłony!

 

Wielkie bariery zakrzywiające światło i wszystkie inne rodzaje wizji puściły, ukazując niewidoczną do tej pory część zamku, natomiast sfery ochronne dla publiczności utrwaliły się i przeszły na pełną moc.

 

 

71cfea87e0ce928bad66eb4246e632ad-d4kudsa

 

 

Oczom widzów ukazał się olbrzymi fragment murów i dziedzińca za nim. Fortyfikacje pasowały do tych, które okalały obecnie karczmę, ale zdawały się świeższe i nie nadgryzione zębem czasu. Czarne kamieni lśniły, a potężne blanki ochraniały swym ogromem kuce stojące na szczycie umocnień. Nie były to jednak zwykłe ogiery. Ich sylwetki przybierały szaro-błękitne odcienie i były półprzezroczyste, jakby duchowe. Zjawy nosiły majestatyczne zbroje, z których każda lśniła w słońcu. Na napierśnikach płytowych był namalowany herb Equestrii. Na prawym naramienniku widniał dumnie symbol słońca, a na lewym księżyca. Całe ciało kucy było pokryte pancerzem. Zbroje chrzęściły wśród galopu i szczęku mieczy. Większość wojowników nosiła salady, które całkowicie przykrywały ich głowy, zostawiając tylko długą szparę w kształcie spłaszczonej litery „v”. Niektórzy jednak nie nosili żadnych hełmów, wtedy ich długie eteryczne grzywy rozwiewały się na wietrze, a przytomne i zdeterminowane oczy szukały wrogów.

 

Trwał przerażający i krwawy szturm na zamek. Majestatyczne chorągwie Equestrii łopotały podarte na huraganowym wietrze, wzbudzonym przez smocze skrzydła. Wiele tych eterycznych gadów unosiło się nad zamkiem. Każdy nosił wytrzymalszą od stali łuskę. Duchy bestii zionęły ogniem, zalewając połacie ziemi i unicestwiając wiele istnień. Skały na dziedzińcu płonęły od wysokiej temperatury, a sztandary zajmowały się językami ognia. Armie widmowych kucy nie pozostawały dłużne. Pod wyraźnymi rozkazami przełożonych w niebo szły salwy z łuków, kusz i balist. Pociski przeszywały niebo, a ich magiczne groty rozbłyskiwały na tysiące barw przy trafieniu. Gdzieniegdzie potężne cielsko widmowego smoka, spadało i niszczyło zabudowę wojskową. Czarne mury pokrywały się sadzą z ognistych podmuchów, lecz smoki nie były jedynym zagrożeniem dla Equestrińskich wojaków. Gady sprzymierzyły się bowiem z gryfami, które to masowo wlewały się do fortecy przez wyrwy w stopionym od żaru murze. Tam napotykały na dzielny opór falangi Equestriańczyków. Nad całym dziedzińcem wznosił się dominujący jazgot stali, huk pożaru, skrzydeł ogromnych bestii i dźwięki zwalnianych cięciw.

 

Karczmarz patrzył z zadowoleniem na te sceny. Jego plan się powiódł za pomocą magii odtworzył wydarzenia z największego szturmu, jaki nawiedził ten zamek. Wszystko co widzowie widzieli było autentycznymi wydarzeniami sprzed wielu wieków. Co ciekawe żaden z duchów nie mógł nic zrobić któremukolwiek z magów uczestniczących w finałowym pojedynku. Zjawy ignorowały chi obecność, zdając się ich nawet nie dostrzegać. Jednak  zniszczenia budynków, które powodował smoczy ogień czy gryfie katapulty, naprawdę wywierała autentyczny skutek na strukturę zamku. Wśród zjaw latały odłamki prawdziwych murów, skały topiły się, a cegły rysowały od uderzeń eterycznych toporów. Wydarzenia dla wzroku każdego z widzów zwalniały, lub przyśpieszały wedle jego woli. Było to iście epickie widowisko niszczycielskiej potęgi smoków, które mknęły z prędkością niepowstrzymanej burzy nad dzielnymi rycerzami w popękanych i zarysowanych zbrojach oraz wielkimi, umięśnionymi gryfami. Co raz niebo rozświetlał czar rzucony przez duchowych magów bitewnych. Eksplozje magicznej energii zbierały ponure żniwo wśród wrogów Equestrii.

 

Dziedziniec na którym toczyła się walka był dopiero pierwszą częścią skrzydła. Na jego środku wznosiła się niczym samotna, nietknięta burzą skała - cytadela. Jej żelazne wrota były zamknięte i dawały bezpieczeństwo kucom, które schroniły się we wnętrzu niezdobytej budowli. Co ciekawe w ścianach, wysoko nad polem bitwy, umieszczone zostały witraże, przedstawiające z zewnątrz księżniczki Equestrii, a od środka herb czerwonego feniksa na złotym tle . Jednak nie było to zwykłe szkło, które można było po prostu zbić. Chroniło je wiele zaklęć obronnych i run, umiejętnie wplecionych w kompozycję artystyczną. Jeden ze smoków, chcących przebić się do środka zalał witraż ogniem, a potem wleciał w niego niczym tajfun. Magiczna eksplozja zahuczała i odrzuciła gada w tył, roznosząc półkolistą falę uderzeniową. Okno było nienaruszone.

 

W środku cytadeli w sali o wysokim stropie, po której bokach ciągnęły się ogromne kolumny, znajdowali się znamienici rycerze i magowie. Na hełmach dostojników widniały kolorowe pióropusze. Czarodzieje nosili długie, ozdobne szaty, podpierając się na żelaznych lub drewnianych kosturach z magicznymi kryształami. Kolumny kończyły się kwiecistymi ozdobami z marmuru. Na ścianach wisiały purpurowe tkaniny, ułożone w wiele spadających na ziemię kaskad. Obok wyeksponowane były egzemplarze rozmaitej broni, z której każda stanowiła ukoronowanie kunsztu płatnerskiego jakiegoś mistrza.  Ze ścian i sufitu zwisały długie, trójkątnie zakończone chorągwie i gobeliny. Straż zamkowa stała w równych rzędach przy kolumnach dumnie trzymając wzniesione kopie. Atmosfera w środku cytadeli zgoła różniła się od tej na zewnątrz. Zdawało się, że czas odtwarzał wydarzenia innych epok. Po przeciwnej stronie od wrót znajdował się bogaty, srebrny tron, do którego po czerwonym dywanie kroczył jakiś dostojny, wysoki, widmowy kuc. Miał na sobie pięknie zdobiony pancerz, a na plecach wielki miecz dwuręczny, przykryty w niektórych miejscach purpurowym płaszczem. Przy tronie, przodem do ogiera stał jakiś sędziwy jednorożec, odziany w błękitno złote szaty i trzymający w rękach koronę o sześciu klejnotach, z których każdy był w innym kolorze. Scena ta przedstawiała dawniejsze czasy niż nawet szturm, bowiem sięgała wieków sprzed panowania księżniczek. Trąby trzymane przez straż grały dostojny i doniosły hymn, ku czci właśnie koronowanego króla.

 

Od głównej cytadeli odchodziły dwie zwieńczone okrągłymi kopułami budowle. Pierwsza z nich posiadała na szczycie ogromny otwór, przez który w niebo wystrzeliwał strumień kolorowej mocy. Bił on z białej, runicznej fontanny po środku okrągłej sali.  Całe pomieszczenie wypełnione było lewitującymi książkami, których litery mieniły się mocą. Ściany, strop i podłogę pokrywały czarodziejskie znaki, świecące niebieskim światłem. Było to skrzydło kolegium magów mieszczącego się w tym zamku. Samo pomieszczenie liczyło około ćwierć hektara powierzchni. Po bokach ciągnęły się spiralne schody na kolejne półkondygnacje. Każda z nich była stworzona przez balkony z białego marmuru, wiszące dookoła głównej fontanny, tak by nie zasłonić sufitu. Od każdego balkonu odbiegały wejścia do pokojów opatrzone w srebrne drzwi. Każde z nich imitowało winorośl pnącą się w górę, a w naturalnie utworzone przez taką konstrukcję szczeliny, zostało wtłoczone krystalicznie przejrzyste szkło. W bocznych salach wiele widmowych magów testowało swoje zaklęcia, lub czytało skrypty dawnych arcymistrzów. Spod sufitu, spadała woda do fontanny. Jej kaskady opływały strumień magii idący w górę o promieniu około 10m. Co było najciekawsze promień mocy magicznej został odtworzony autentycznie i nie był tylko projekcją, jak wszystkie widma. Zachowywał realną strukturę jak odbudowane budowle. Każdy mag, który znalazł się poza barierami dla publiki czuł olbrzymią moc bijącą z tego źródła czystej energii magicznej. Strumień magii, lecący w górę napełniał spadającą wodę wielkim blaskiem, tak że emitowała z siebie światło o rozmaitych barwach.

 

Drugi budynek odchodzący od widmowej cytadeli. Miał taki sam kształt co kolegium magów, lecz jego ściany zamiast z białego marmuru, zostały wykute jakby z wulkanicznej skały, pokrytej czarnymi kryształami. Na zewnątrz z posępnie wyglądających gargulców leciała w dół lawa, tworząc płonącą fosę wokół mrocznego budynku. W środku natomiast zamiast biblioteki i źródła mocy było więzienie. Potężne kraty z magicznych kryształów odgradzały od świata mroczne istoty znajdujące się w ciemnych celach. Powietrze wypełnił złowrogi pomruk ponurych stworzeń. Wśród ciemności cel widniały gdzieniegdzie ich czerwone złowieszcze ślepia. Czasami za kraty chwytała wielka łapa z płonącymi pazurami, zdolna z pewnością rozkruszyć najtwardszy pancerz. Nagle cofała się jednak wraz z rykiem bólu, wywołanego potężnym magicznym wyładowaniem. Co chwila powietrze eksplodowało od ujadań i błyskawic energii. Na środku mrocznej sali oświetlonej jedynie pochodniami, płonącymi krwisto, na miejscu gdzie w kolegium stała fontanna, znajdował się mroczny tron, jakby wyniesiony ponad ziemię, z zastygniętych skał z jądra planety. Siedział na nim milczący, duchowy, humanoidalny wojownik. Jego czarna zbroja posiadała czerwone akcenty. Za naramienniki służyły dwie czaszki wielkich smoków, nabite na kolce z czarnej stali. Głowa na wpół wypalona przez ogień, tak że została tylko sama zwęglona kość, przerażała nawet niektóre z bestii. Druga połowa pokryta była lodem i naszpikowana soplami. Obie gałki oczne strażnika płonęły na fioletowo. O tron oparty był potężny topór długości 4m. Jego ostrzeż z czarnej stali było ostre i nasączone magią, tak że jarzyło się na purpurowo. Miało w sobie zatopione rubinowe kryształy, które emanowały mocą. Wokół tronu płonął  czarny ogień.

 

Czasami jednak wydarzała się zadziwiająca sytuacja. Potężny atak magiczny podczas szturmu mógł uszkadzać struktury mrocznego więzienia. Wtedy wychodziły z niego owe bestie, pochodzące z innego czasu. Siały spustoszenie na polu bitwy, biegając, zalewając mrocznymi płomieniami rycerzy, tudzież pożerając żywcem smoki. Wszystkie te cztery sfery czasowe potrafiły przenikać się wzajemnie. Tworzyła je jedna materialna rzeczywistość kreująca fizyczny wygląd areny i niezależne od siebie sploty wydarzeń dziejących się w różnym czasie, tworzonych przez duchy. Zjawy nie miały żadnej możliwości działania na pojedynkujących się magów, a jedynie potrafiły niszczyć ściany budowli.

 

Nad całością areny wznosiły się dwa słońca i dwa księżyce, szalejące pożary przeplatały się z dostojnymi gobelinami i majestatycznymi promieniami magii. Czas mieszał się i zmieniał swe tory, umarłe na pozór duchy po pewnym czasie wstawały by dalej toczyć historyczny bój. Dźwięk oręża, ryk trąb, bestii i szum wodospadu oraz magicznej kolumny mieszały się w jedną z najdziwniejszych symfonii zniszczenia i kreacji.

 

 

~ by Kapi

 

 

173743.jpg

 

 

Podziemia, a raczej, olbrzymi kawał ziemi unoszący się wraz z zamkiem, cechował się wieloma sekretami, ukrytymi przejściami, a także obiektami, na tyle, że ze spokojnym sercem można by stwierdzić, że kryły w sobie drugi, niewiele mniejszy zamek. Odwrócony, pogrzebany, jednakże wciąż stanowiący solidny, przepełniony magią fundament dla właściwej fortecy.

 

Podziemne ogrody? Tak, mamy je tutaj. Z drugiej jednak strony, panujące tutaj warunki oraz styk magii, alchemii i przeróżnych bakterii, doprowadziły do wielu wypaczeń. To znaczy, z punktu widzenia poszukującego inspiracji artysty, wszystkie te przerośnięte rośliny, pstrokate kwiaty o nietypowych kształtach, giętkie łodygi i umożliwiające przemieszczanie się korzenie, wszystko to może posłużyć za paliwo dla niejednego dzieła sztuki. Zwłaszcza, kiedy widzisz jak jeden kwiat otwiera się, by wypuścić zwieńczone parzydełkami macki, odpędzając od siebie natarczywe szkielety.

 

Nie wiemy jednak od jak dawna tutaj pomieszkują. Nawet po ich uzbrojeniu ciężko cokolwiek rozpoznać. Przeżarte przez rdzę, rozpadające się zbroje płytowe, naszpikowane wyszczerbionymi grotami strzał tarcze oraz skrawki skóry na stopach, niegdyś będące doskonałej jakości butami, wszystko wygląda tak samo. Zero znaków szczególnych. To mogą być wojacy sprzed paru tysiącleci, sprzed kilku wieków, bądź też paru dekad. Ba, to wcale nie muszą być polegli, walczący o sprawy Equestrii. Równie dobrze mogą być tutaj agresorzy. Cóż, zdaje się, że w obliczu śmierci, istotnie wszyscy jesteśmy tacy sami.

 

Właśnie tak to widzę. Złożona z kości, nieumarła masa, tocząca niekończący się bój z tętniącymi życiem, być może samoświadomymi roślinami, panującymi nad tymże ogrodem. Na wspomnienie zasługuje również szkarłatna rzeka, przecinająca tenże ogród. Nie jest to jednak to, co myślicie, w żadnym wypadku. Po prostu, barwa ta wynika z produkowanego przez lwią większość kwiatów soku.

 

Niedaleko znajdziecie przejście prowadzące do laboratorium alchemicznego. Jeśli lubicie towarzystwo niezliczonych szeregów grubych, zakurzonych ksiąg, zapach pergaminu, jeżeli lubujecie się w sunięciu dłońmi po charakterystycznej teksturze zwoi i pieczęci, poznając różnorakie starożytne znaki, runy i rządzące wszechświatem prawdy, zatem jest to miejsce dla Was. Oczywiście, nie brakuje tutaj także wielopiętrowych półek, wypełnionych po brzegi różnymi naczyniami chemicznymi, przyrządami, próbkami oraz narzędziami będących zagadką również i dla mnie.

 

Niemniej, nasi alchemicy co rusz podejmują coraz to nowe eksperymenty. To stąd bierze się to lekko uciążliwe bulgotanie, syk oraz specyficzny smrodek, pochodzący z kotłów, ale również palników, umożliwiających podgrzanie wywaru do właściwej temperatury. Kiedy już oderwiecie wzrok od mknących przez przewody, naczynia i łączniki spienione eliksiry, chciałbym pokazać magazyn odczynników.

 

Współpracujący z nami zbieracze i poszukiwacze przygód bez ustanku dostarczają nam znakomitej jakości składniki. Korzenie różnych roślin i drzew, czasem w całości, a czasem sproszkowane, owoce, piasek morski, liście co egzotyczniejszych kwiatów, skały, ale także kory wybranych drzew, futro wszelakich, mniej lub bardziej groźnych zwierzów, oraz inne części… Jak na przykład oko Harpii, szpon Mantykoty, róg Minotaura, móżdżek Beholdera, wątroba Anakondy, czy też… Argh.

 

To chyba nie jest najlepsza pora na prezentację innych składników, tych bardziej… Wewnętrznych, trudniejszych do zdobycia. Zwłaszcza, że już za moment powrócimy na powierzchnię.

 

Zdecydowanie, mniej tu tajemniczości, intrygi, śladów pozostawionych przez czas. Mowa o gustownie urządzonej, przestrzennej jadalni. Naczynia mamy wszelkiego rodzaju. Porcelanowe, szklane, wykonane ze złota, srebra, ale także mosiądzu. Część menu zapewne znacie z oferty Karczmy „Pod Gryfim Pazurem”, ale część jest zupełnie nowa. Teraz macie świetną okazję, by spróbować wyśmienitych, rzadkich dań, które na co dzień kosztują… O wiele, wiele więcej. Dzisiaj mamy ofertę specjalną. Dotyczy tu także najznakomitszych win, także musujących, jak również deserów i owoców rodem z odległych wysp. Nie zapomnieliśmy również o muzyce i występach znanych na całym świecie grup artystycznych. Dokładnie tak! Za tą wielką, czerwoną zasłoną znajdziecie szeroką scenę, gdzie scenografia zmienia się w zależności od woli scenarzysty. A co najlepsze, nie musi on znać nawet podstaw magii. Scena reaguje sama.

 

Chwila moment… Chyba jednak mamy tu nieco tajemnicy. A przynajmniej, smaczek intrygi. Światło pochodzi głównie od świeczników, zaś cienie rzucane na obrazy, rzeźby, czy ozdobne wazy, nadają im odrobiny mroku.

 

Aczkolwiek, jeżeli jesteście głodni nie tyle jadła, co sztuki, zapraszam do naszej galerii. Znajdziecie tam także „żywe” rzeźby, służących głównie za ochronę naszej wieży zegarowej. Tak, już sam Żniwiarz nie wystarczy. Uniesienie zamku jakoś zbiegło się w czasie z migracją smoków, toteż musimy poświęcić szczególną uwagę bezpieczeństwu mechanizmu gigantycznego, pozłacanego zegara. Jeżeli przestanie chodzić, skąd będziemy wiedzieć, kiedy pora na kolejne przedstawienie? Skąd będziemy wiedzieć o końcu biesiady? Jak „wyczujemy” kiedy pora na rozpoczęcie pojedynku?

 

Przemierzając zbrojownię oraz katedrę, gdzie można poprosić anioły o błogosławieństwo przed walką, dotrzecie do wielkich schodów, prowadzących na szczyt zamku. Stamtąd, można spojrzeć nie tylko na panoramę zamku, ale także wszystkiego tego, co znajduje się pod chmurami. Chmurami, które to poczęły wirować wokół gryfiego szponu, tworząc zdumiewający w swych rozmiarach i kompozycji kolorów zdumiewający wir, w oku którego zaczęła gromadzić się astralna energia.

 

Pora na mały pokaz magicznych ogni. Nich niebo rozbłyśnie różnokolorowymi barwami, niech gwiazdy zetrą się z naładowanymi gorącem, eksplodującymi sferami energii, sygnalizując rychłe rozpoczęcie finałowego starcia w II Turnieju Magicznych Pojedynków!

 

Kamienne gargulce i latające golemy, wiwerny, rozpoczęły żywiołowy taniec pośród buchającej w obłokach magii, zaś łańcuchy zatrzeszczały, połyskując w świetle różnokolorowych wybuchów. Nasza orkiestra raz jeszcze odegrała motyw muzyczny, a chmury rozproszyły się, by zainteresowane finałem bóstwa mogły obserwować walkę tak samo, jak Wy, droga publiczności!

 

 

___and_then_there_was_none_by_willisnine

 

 

Po chwili, w trakcie której ogromna publika przypatrywała się arenie, karczmarz znów dumnie zabrał głos:

 

- Znamy już miejsce walki, teraz przywitajmy zawodników. Przed Wami najwspanialsi z wspaniałych, najpotężniejsi z potężnych, jedyni, którzy przetrwali magiczne zmagania i doszli aż tu, do II Finału Turnieju Magicznych Pojedynków. Powitajcie gromkimi oklaskami Zegarmistrza i Hoffnera! Gdy magowie będą gotowi ustawią się w kręgach teleportacyjnych, które przeniosą ich w dowolne miejsce areny, jakie sobie wybiorą. Przypominam, że nie musicie obawiać się duchów z odmętów czasu, nic wam nie zrobią, dopóki przeciwnik sam ich nie zaczaruje. Nie przejmujcie się także zniszczeniami zamku, mam zabezpieczenia i możliwości, aby naprawić go od razu po zakończeniu pojedynku, choćbyście zrównali go z ziemią. Teraz przygotujcie się, Hoffmanie proszę zapal znicz!

 

Wśród wiwatów wielkiego tłumu kucy i innych stworzeń Hoffman ruszył powoli platynowymi schodami, trzymając pochodnię o błękitnym płomieniu. Dotarł na szczyt zniczu i na dźwięk trąb podłożył ogień. Czara platynowej konstrukcji rozbłysnęła niebieskim płomieniem, którego języki wystrzeliły na 50m w górę. Niektóre odłączyły się od całości i zmieniając barwę zaczęły krążyć po orbitach wokół wieży. Inne eksplodowały tęczą barw i przyjemnie huczały niczym ogromne fajerwerki. Dźwięki trąb wzmogły się, a kręgi teleportacyjne zaświeciły się mocą, aktywując się. Kryształy magiczne poza areną świeciły potężną mocą, unosząc zamek, sprawiając że był przezroczysty, a przede wszystkim zasilając najmocniejszą, ustawioną kiedykolwiek w turnieju, barierę antymagiczną, chroniącą publiczność. Wśród wiwatów i skandowania imion wspaniałych bohaterów dzisiejszego zmagania, rozległ się donośny głos gryfa:

 

- Niech wasze czary będą potężne, niech będą widowiskowe, niech wasze umysły zaszczycą nas pokazaniem swej pełni. Nie oszczędzajcie mocy, nie oszczędzajcie zamku, nie oszczędzajcie zaklęć. Pokażcie widowni który z Was jest godzien nosić tytuł zwycięzcy tego turnieju.  Powodzenia i niech wygra najlepszy!

 

 

~ by Kapi

 

 

ara_revamp_by_renciel-d77kfpk.jpg

 

 

Cóż... Wypadałoby jeszcze dodać coś od siebie...

 

Jeszcze raz, witam wszystkich na ostatniej arenie w II Turnieju Magicznych Pojedynków! Po aż trzydziestu zapierających dech w piersiach (lub nie, ponieważ różnie to bywało) starciach, spośród trzydziestu dwóch uczestników, wyłoniło się dwóch najmocniejszych, najbardziej nieustępliwych, najbardziej zdeterminowanych śmiałków, którzy lada moment stoczą batalię o Statuę Glorii!

 

Przed Wami historyczne starcie!

 

 

Zegarmistrz VS Hoffner

 

 

Panowie, znacie zasady. Macie za sobą ogrom magicznych starć, ale liczymy, że najlepsze zachowaliście na koniec. Nie chcę przedłużać, bo sam jestem ciekaw co z tego wyniknie. Dajcie nam wielkie, niezapomniane starcie, tak jak udawało się to do tej pory!

 

Edited by Hoffman
  • Upvote 3

Share this post


Link to post
Share on other sites

- Tracimy go, dożylnie Faxtoryl! Zwiększyć stężenie Tojadnika. I niech ktoś na litość Eonów poda mi ten cholerny skalpel!

Zakończenie półfinałów dla niektórych było ekscytujące. Dla innych, zabójczo niebezpieczne.

Kiedy tylko ogłoszono zakończenie walki, zaklęcie Lancy, z którego tak beztrosko korzystał Zegarmistrz zaczęło zbierać swoje żniwo. Najpierw wysiadły płuca, brak oddechu i nagły brak tlenu były ku temu dość mocnym dowodem. Kolejne elementy jego ciała zawodziły, wypełniając jego jestestwo palącym bólem egzystencji. Skoro boli, znaczy że jeszcze żyjesz, prawda?

Na szczęście organizatorzy byli na to gotowi, bowiem jak lepszy zespół medyczny czuwał nad dobrem zdrowia fizycznego zawodników. Jeszcze zanim Zegar zemdlał, mógł dostrzec ekipę która wynosi go z areny do najbliższej hali Ratownictwa Magicznego, gdzie najlepsi specjaliści rozpoczęli naprawianie szkód jego własnej pychy. Po trwającej kilkanaście godzin operacji był już w stanie na tyle stabilnym, by wylądować na jednym z łóżek, bez wózka inwalidzkiego czy innych utrudnień. I choć miło wspominał walkę ze swoim przeciwnikiem, to mimo wszystko był świadom jak bardzo przesadził. Mógł użyć wiele innych zaklęć. O wiele słabszych, bardziej widowiskowych a mniej zabójczych dla niego samego. Ale nie, musiał pokazać co to on nie potrafi. I co? I teraz gnił w łóżku, pocerowany jak jakaś relikwia odzyskana z poligonu.

A mimo to z uśmiechem przyjął zawiadomienie od kuriera, że dostał się do finału. Cóż, wychodzi na to, że kto nie ryzykuje, ten nie gra wcale.

Jeszcze tego samego dnia został potraktowany silną magią lecząco-stabilizującą by mógł udać się na spoczynek przed walką, oraz, co ważniejsze, by mieć chwilę na przygotowanie się do tejże.

Nauczony błędami z poprzednich pojedynków uzupełnił amunicję, wrzucając więcej pocisków różnorodnego typu, odświeżył też kamienie ochronne w protezach. Zarówno to, jak i kilka innych sztuczek przygotowało go do walki.

 

~ooo~

 

Był pod ogromnym wrażeniem całego splendoru jaki towarzyszył finałom. Słuchał uważnie wypowiedzi prowadzących, zapamiętywał teren. Kto wie, istniało ryzyko że nie będzie mógł trafić prosto na przeciwnika, lub przeciwniczkę, bowiem do teraz nie wiedział z kim przyjdzie mu walczyć. Ale nie było się czym przejmować, wszak zawsze istniały sposoby by zainicjować spotkanie. Widowiskowe i pełne niszczycielskiej siły.

Na dany przez organizatora znak wszedł w krąg teleportacji i już po chwili znajdował się wysoko nad areną, pośród chmur, ponad najwyższą częścią murów. Chciał poczuć jeszcze przez chwilę to swobodne wrażenie spadania, kiedy, nabierając stosownej prędkości, pikował w kierunku tej części areny, gdzie właśnie rozgrywała się bitwa o mury.

- Żelazny Osąd!

Wyciągnął w powietrzu pistolet i strzelił przed siebie. Na efekt nie trzeba było długo czekać, bowiem kula zamieniła się w spore ilości płynnego metalu, który zaczął pokrywać jego ciało. Reagując z metalem w jego protezach, dając mu dość pokaźną w rozmiarze zbroję. A kiedy uderzył o podłożę, popękana skała prysnęła na lewo i prawo, niczym po upadku jakiegoś meteorytu. Lądowanie można było uznać za udane, teraz trzeba było znaleźć cel, jakim z pewnością był jego oponent. Lub oponentka, bo nawet w chwili stania na platformie do teleportacji nie zwrócił uwagi na przeciwnika. być może pożałuje tego w późniejszym czasie, ale o tym będzie się martwił kiedy już owy czas nadejdzie.

Szybko przemieszczał się korytarzami, rozrzucając to u to tam płaskie dyski, dzięki którym mógł namierzyć każdy magiczny obiekt w okolicy. Co prawda trwające tu i tam bitwy i rekonstrukcje magiczne trochę zakłócały odczyt, ale to była drobnostka, bowiem z czasem magia którą rządziło się to miejsce została zeskanowana i wrzucona do wyjątków w skanowaniu.

Share this post


Link to post
Share on other sites
Niepotrzebny wstęp:

Monika próbowała otworzyć oczy, ale wydawały się sklejone bardzo gęstym klejem, co za nic nie chciał ustąpić... Czuła że są suche pod powiekami jak pieprz i tak też piekły, mimo że nic nie zrobiła... Nie powinny takie być... Nigdy takie wcześniej nie były odkąd pamiętała...
 
Gdy się przysłuchała otoczeniu do jej uszu dochodziło jednostajne buczenie... Czegoś... Zasilacza i pomp. Gdzie była? Nie mogła sobie odpowiedzieć na to pytanie. Chciała poruszyć ręką, ale cała kończyna zdawała się wykonana z marmuru. Aż tak była ciężka i na dodatek unieruchomiona, zresztą jak wszystkie trzy pozostałe, ku jej rozpaczy... W dodatku wszystko ją dziwnie swędziało, a nie mogła się nawet podrapać... Ogólnie ledwo je czuła... Przed wzięciem głębszego oddechu również coś ją powstrzymywało...
 
Oblizała usta, jako że jedyne miała je zupełnie wolne, zgarniając z nich jakąś maść. Poznała go od razu. Typowy smak kremu "Nivea"... Język za to wydawał się strasznie przesuszony mimo wszystko... Próba poruszania głową też nie wyszła jej na dobre. Poczuła tępy ból rozchodzący się po całym ciele wzdłuż kręgosłupa złagodzony jakimiś otępiaczami, bo dochodził do niej bardzo stopniowo, to jednak nadal był silny. Zacisnęła zęby. Priorytetem dla niej się stało dowiedzenie tego gdzie jest... Chciała to wiedzieć i to bardzo. Próba jednak złożenia zdania skończyła się tylko bełkotem, a przed oczami pojawił się pamiętny czerwony błysk.
 
- Po co ci było skakać? - Usłyszała ten sam pewny głos w głowie, co na wodociągu. Zesztywniała cała na co ta druga zachichotała ostentacyjnie. - Małaś, coś ty sobie zrobiła... Głupia Monika. - Tu brzmiało wyjątkowe współczucie. - Jeśli chcesz żyć, nie możesz się bać swojego dobroczyńcy... Tylko dzięki mnie jeszcze żyjesz, a lekarze zdołali cię jako tako poskładać, ograniczając niestety twoje ruchy... Nie uciekniesz już przede mną. Zadowolona? Bo ja bardzo... Nawet nie wiesz jak. Możemy sobie spokojnie porozmawiać i poznać... - mówiła to lekko jakby nic wcześniej się nie stało.
- Dlaczego? - wybełkotała niezrozumiale Monika, a druga postać nie odezwała się już... Zdziwiło ją to, gdy poczuła na swoich oczach parę kropel zwilżające jej powieki i uwalniając oczy na świat zewnętrzny. Parę kropel wleciało jej również do buzi...
- Co dlaczego... Dlaczego tu jesteś? Skoczyłaś z wodociągu na ziemię... Nie pamiętasz? - rzuciła dość ostro, niemal oskarżając ją o to.
- Nie... To ty mnie zrzuciłaś... - odpowiedziała spokojnie próbując się sprzeciwić.
- Po co miałabym robić taką okropność! Zależy mi na tobie jak mało komu. Nawet twoi rodzice nie dbają o ciebie tak jak właśnie ja - powiedziała dumnie druga postać. - Dałam ci przecież to co chciałaś... Magię. Nie zaprzeczysz że bierzesz udział w turnieju i dotarłaś do samego finału.
- No nie... - Chciała mówić dalej ale zostało jej to przerwane i to bardzo szybko.
- Słuchaj... Masz mi to wygrać. Będziesz walczyć z Zegarmistrzem... Miałam na niego oko jak wojowałaś, zresztą jak na wszystkich przeciwników. Gada i krzyczy trochę za dużo ale nie w tym rzecz...
- Jak się nazywasz? - Tym razem to Monika jej przerwała. - Kim jesteś... Miałyśmy się poznać - dorzuciła jeszcze.
- Mojego imienia i tak nie zapamiętasz jakim zdążyły mnie obdarzyły niezliczone pokolenia wieki temu... Możesz nazywać mnie prosto Lüge, a kim jestem? Sama spójrz, bo za długo bym musiała mówić i opisywać. Sama stwierdzisz kim jestem i miejmy to z głowy. Zbędne tłumaczenie - wymówiła wyjątkowo niechętnie ostanie zdanie, a później coś chwyciło jej głowę nakierowując ją na dany punkt, a ona zdołała uchylić powieki.
 
Przed jej oczami pojawił się dziwny obrys... Cień nie mający własnego ciała, w którym wyróżniały się dwa świecące czerwone punkty ~ ślepia patrzące na nią ze spokojem, to jednak zdawały się przenikać ją do samych kości, w których poczuła niewytłumaczalny chłód niemal natychmiast. Chciała się cofnąć ale tylko jęknęła z bólu. Stał tam szary, ogromny wilk, co prześwitywał, warujący przy jej szpitalnym łóżku. Była noc na zewnątrz. Stwierdziła to po przygaszonych światłach w koło oświetlających cała salę i po tym co dojrzała przez okna przez ten krótki moment.
 
- Śmiertelnicy... Dla twojej informacji. Jestem cieniem ~ ucieleśnieniem tego czego się boisz i wzbudzam strach... Nie patrz na mnie, tylko słuchaj tego co mam do powiedzenia, a wyjdzie ci na pewno to na dobre. - Odłożyła jej głowę na miękką poduszkę i zamknęła szczelnie oczy. Monika poczuła się jak jej marionetka. Nic zrobić nie mogła przeciwko niej... Nawet sama ruszyć się nie mogła, bo nie wiedziała ile kilo gipsu i szyn zostało w nią wpakowane stabilizując połamane kości. - Tak więc Zegarmistrz pociągnie cię wszędzie... Musisz zablokować zanim zrobi ruch... Jakbyś pojawiła się na arenie pierwsza, dostałabyś sporą przewagę przebudowując ją na własne widzimisię... Jak nie... - Zaczęła ględzić o wszystkim co widziała przekazując wszystko w dość lakoniczny sposób, co powinna, a co jednak nie...
- Po co to robisz... - syknęła. - Pomagasz mi...
- Już mówiłam. Zależy mi na tobie... - mówiła zaparcie trzymając się jednej wersji.
- Dlaczego?
- Bo mogę i już. Wzbudziłaś moje zainteresowanie. Tyle starczy? - Jej głos był więcej niż władczy ale krył w sobie zniecierpliwienie, a Monika milczała dłuższy moment zastanawiając się nad tym co zostało jej przekazane. - Uznaje to za zgodę. Ta walka będzie inna od wszystkich wcześniejszych. To nie będzie proste jak wcześniej. Nie możesz mu pozostawić pola manewru, przykuwając bez litości do ściany aż nie straci przytomności... Nie masz innego wyjścia.
- Ale ja...
- Czas się zbierać... - Maszyny wokół niej zaczęły głośno pikać, a ona poczuła ostry ból, który oddalał się od niej równie szybko, co sama rzeczywistość. Usłyszała jeszcze jak ktoś wbiega do środka zanim straciła przytomność.
 
***
 
- Pobudka śpiochu... Ostatnie instrukcje i ruszasz do boju... - Usłyszała że woła ją Lüge, ponaglając parokrotnie. Sama poczuła że leży na jakiejś zimnej posadzce o niezwykle równej powierzchni... Podniosła się czym prędzej, oglądając najpierw ciało, które było całe, choć jej ubranie było jeszcze bardziej zniszczone niż wcześniej, a później na otoczenie.
- Gdzie ty mnie zabrała - powiedziała pewnie spoglądając na nią, po czym momentalnie odwróciła wzrok, oglądając jeszcze raz to co ją otaczało, by nie widzieć wilczycy na oczu... Znajdowała się w labiryncie o świetlistych ścianach zbudowanych z nieostrego światła... A w tej chwili w jakiejś wieży na rozdrożu...
- Tam gdzie od początku miałaś się znaleźć - odpowiedziała jej wymijająco. - Zaufaj swojej podświadomości i znajdź to co jest zamknięte w tej łamigłówce, a zdasz test... Resztę sama zobaczysz... To będzie swego rodzaju niespodzianka... Tylko bądź ostrożna... Nic tu nie jest prawdziwe, a jednak jest groźniejsze niż się by wydawało... - powiedziała z przekorą.
- Co ty chcesz ze mną zrobić?! - wykrzyczała próbując się postawić, ale jak można się z kimś kłócić, skoro nawet spojrzeć na niego nie można raz a dobrze, by nie milknąć momentalnie? Zgromadziła kulę światła w ręce, którą cisnęła w swoją rozmówczynie na ślepo mimo że trafiła bez błędnie to obeszło się bez efektów... Przeszło przez nią na wylot i zaklęcie zostało wchłonięte przez ściany labiryntu.
- To co dla ciebie najlepsze... - Pociągnęła błyskawicznie jej lewą rękę, którą następnie płytko ugryzła, że pociekła delikatnie z niej krew, skapując ciurkiem na podłogę... - Więcej ode mnie nie dostaniesz... Na razie... I tak wiele otrzymałaś. Znajdź wyjście i zdobądź to co trzeba... Intuicja cię poprowadzi... Bywaj... - powiedziała powtarzając się, po czym rozpływając się, najzwyczajniej znikając. Szukała jej ale nigdzie nie czuła, całym ciałem jej obecności, tak jak wcześniej. Naprawdę ją zostawiła zupełnie samą. Chciała za nią wołać, ale powstrzymała się unosząc tylko rękę... Słowa stanęły w jej gardle.
 
Spojrzała na zranioną dłoń, co w parę sekund pokryła się ciasno, cienistym nalotem, jakby infekcja roznosiła się po jej ciele. Był jak cienka, nie prześwitująca rękawiczka sięgająca aż do ramienia, której nie da się ściągnąć od tak. Oderwała rękaw bluzy po czym wpuściła w nią swoją moc, a na niej rozbłysły czerwone runy znajdujące się na wewnętrznej stronie dłoni i okalające całe przedramię... Znalazła parę pustych miejsc, gdy jej się tak przyglądała...
 
Zaczęła eksperymentować z tym co zostało jej dane. Nic więcej nie mogła zrobić. Musiała się wydostać z tego czegoś. Przełknęła ślinkę na następne myśli składające się w jej głowie. Musiała jej zaufać i posłuchać mimo że wydawała się jakimś antagonistą z książki... Nie miała wyboru. Tylko to jej zostało, bo chęci teleportacji z tego, mimo że zamykała oczy i niewyobrażalnie się skupiała, nic jej nie dawały. Nadal pozostawała w jednym miejscu... Przeklęła ją w sobie... Tą dobrodziejkę. Ruszyła dalej byle przed siebie, zawierzając instynktowi, by zagłębić się w niezbadane. Nie wiedząc czego tak naprawdę ma szukać.

 

Post właściwy:
Monika pojawiła się w szatni, wychodząc jak zwykle ostatnio z czarnej mgły ~ planu cienia stanowiącego portal przez tenże plan, którym podróżowała niezwykle szybko praktycznie wszędzie... To wejście nie było tak efektowny jak w poprzednie. Nie musiało takie być, gdy nie miał kto patrzeć... Od to lekka mgiełka, która szybko się rozwiała zaraz po przejściu... Ona za to zmieniła się od ostatniej walki. Chciwa czerwień jej oczu, po incydencie z Lüge, którego to nie pamiętała, znikła pozostawiając czysty błękit tęczówki, uwalniając tak jej spojrzenie i wole od spaczenia chciwości. Doskonale można było to zobaczyć po typowej dziewczęcej minie, wyrażającej zamyślenie i lekkie obawy, co ma ze sobą zrobić... Przynajmniej na razie...
 
Ubranie dziewczyny nie należało do wyglądających godnie, by stanąć z kimś do walki. Brudne dżinsy, biała bluza w stanie krytycznym. To wszystko zebrało bowiem na sobie wszystkie ślady po wcześniejszych starciach. Być może to było po prostu na szczęście, a może zapomniała, czy nie miała czasu lub wyboru... Oba rękawy bluzy zostały oderwane odsłaniając całe, blade ramiona.
 
Na lewej ręce znajdowała się cienka rękawiczka wykonana z cienistego nalotu, okrywającego całą kończynę aż do łokcia. Znajdowały się na niej te same czerwone kręgi runiczna co dała jej Lüge na niej po ugryzieniu, ale oprócz nich wtopionych tam zostało parę nieregularnych kawałków, stłuczonego lustra, stanowiących jedność z całym tym niszczycielskim zestawem, bowiem biła od niego moc negatywnej energii, niosąca unicestwienie, jak tylko zostanie uwolniona.
 
Na drugie kontrastowo od pierwszej znajdowała się, wyglądająca na ciężką, pięciopalczasta rękawica jakiegoś rycerza stworzona z idealnie białego metalu ~ pozytywnej energii. Jej reprezentacyjną powierzchnie zdobiły dwa znaki jeden pod drugim "Α" i "Ω" wypisane na niej piaskami czasu, mieniącymi się swoim szczerozłotym kolorem. To był właśnie przedmiot, który stworzyła w labiryncie z tego co tam znalazła i podstawie tego czego doświadczyła w nim, by zdobyć ułamek tej potęgi po testach własnego ja. W tamtej chwili miała oba atrybuty, by wpływać na swoje otoczenie w niemal boski sposób, to jednak wciąż była ograniczana sobą samą...
 
Nie wiedziała ile siedziała tam zbierając myśli, ale gdy usłyszała grzmot fajerwerków, zamiast dzwonów, uznała to za sygnał rozpoczęcia starcia. Ruszyła tam gdzie trzeba, wysłuchała nic nie mówiąc z nerwów z powodu wszystkich tam obecnych, co będą patrzyć na ręce, by wreszcie zostać teleportowaną wprost na dziedziniec, niedaleko cytadeli, która ją zaintrygowała...
 
Rozejrzała się tam i nie widziała, gdzie jest przeciwnik, a zwykle wychodził tuż przed nią, więc założyła że jest po prostu pierwsza. Nie brała pod uwagę że może być już po prostu gdzie indziej... Nie myślała z nerwów. Wiedziała że musiała zacząć przykuwanie Zegarmistrza do ściany zgodnie ze słowami wilczycy, by spróbować to wygrać... Miał być bowiem niezwykle silny, tylko jak on wyglądał? Słyszała wiele o nim jak to jest potężny, ale nic po za tym. Jej wyobraźnia zaczęła działać.
 
Wyobraziła go sobie jak jakiegoś powolnego starucha z siwą brodą w długiej szacie koloru białego z ogromną laską, oczywiście zwieńczoną niebotycznie wielkim zegarem na szczycie. Wszędzie indziej miał mieć z kolei tysiące innych pomniejszych zegarków powszywanych na wszystkie możliwe sposoby... Wyrzuciła ten obraz z głowy jako komiczny, przez co uśmiechnęła się sama do siebie.
 
- Za dużo tu tego... - mruknęła do siebie widząc bitwę, co się odbywała... - Stanowczo za dużo... - powtórzyła się, przykładając sobie dłonie do skroni, zamykając oczy, by na nie rzucić mało widowiskowy czar prawdziwego widzenia, tylko po to żeby nie widzieć tego wszystkiego, po usunięciu paru warstw postrzegania skierowanych właśnie na tą batalię z pętlą samosprawdzania zagrożenia, czy coś się nie zmieniło w tych czarach, co je stworzyły... Gdy je otworzyła widziała tylko pole walki, bez przeszkadzających elementów, a jej spojrzenie błyszczało delikatnym srebrem, jakby założyła jakieś wyjątkowe dziwne szkła kontaktowe.
 
Nie traciła czasu na zabawę, gdy w jej rękach zgromadziła się energia dużo większa niż ostatnimi czasy, dzięki przewodnikom na rękach, co zwiększały przepływ jej mocy przez ciało... Stworzyła dwie spore kulę z obu ich rodzajów swoich najwyższych mocy, oddzielając je od siebie nawzajem pustką wewnątrz większej sfery, gdzie je zamknęła, by nie uległy anihilacji za szybko. Całość następnie pokryła runicznymi znakami wykonanymi z samego piasku czasu, jako że jedyny mógł wytrzymać kontakt z nimi, zachowując przez dłuższy okres swoje magiczne właściwości... To umieściła w wymiarze kieszonkowym stworzonym parę metrów przed sobą, rozcinając samym wzrokiem plan materialny po czym pozwoliła mu się zamknąć.
 
Tam też na podłodze pojawił się złoty stoper o tarczy podzielonej na pięć części, wskazujący upływ czasu po przez zapełnianie kolejnych pól. Wokół niego również powstał zamek algebraiczny przesuwny o 18 kręgach po 25 znaków każdy i paru niewiadomych w 9 miejscach zaznaczonych kolejnymi liczbami rzymskimi. Ktoś kto obserwował uważnie wszystkie pojedynki zauważył że był zbudowany z tych samych znaków ożywiających pająki widzianych w pojedynku z Enigmą, ale ten miał zadanie bronić dostępu do środka przed próbami otwarcia czy manipulacji, a zmienieni znaku z innym niż zakładały podprogramy o wielu pętlach w równaniach miał uwolnić zawartość w ten negatywny sposób. Miał bowiem wywołać stan bliski początkowej entropii ~ nieskazitelnej harmonii magicznej. Jako że znajdowali się w ograniczonej przestrzeni, stan ten nie wydawał się tak nierzeczywisty, by nie mógł objąć całego zamku i najbliższych okolic... Zwłaszcza że potrzebna moc nie miała iść z jej konta...
 
Całość tego procesu została oparta o parę obserwacji... Zdarzały się bowiem miejsca na świecie nazywane przesuszonymi, choć było to sprzeczna nazwa co do tego zjawiska, gdzie powszechna magia nie chciała działać tak jak powinna. Działo się tak bowiem cząstki magiczne zbijają się tam w takie grupy że ciężko je ruszyć myślą, słowem, znakiem, czy samym gestem, a nawet wolą, która to u wielu była potężna że zmuszała ich do samotności, by nikogo nie zranić... Nie byli wstanie ich ruszyć...
 
Były bowiem wtedy uporządkowane w nierozerwalny sposób, a nie chaotyczne jak wszędzie indziej. To czarodziej porządkuje je według własnego uznania powodując dany efekt... Niska entropia magii skupiała cząstki w takie uporządkowane grupy że ciężko było je ruszyć bowiem stawały się bardzo leniwe na ruch dążący do wykonania danej zleconej pracy przez maga... Z kolei magia wewnętrzna napotykała opór w postaci ogólnego przesycenia. Ciężki był to stan dla przyzwyczajonych do robienia wszystkiego swoją magią. 
 
Taki właśnie efekt miała wywołać tamta bomba porządkująca magię w sposób nierozbijalny przez pojedyncze istoty na wiele lat na całej arenie, ale by do tego doszło miało minąć całe pięć minut, a przez nie mogło wiele się zdarzyć... Pozostawiła tylko jedną wiadomość dla przeciwnika zapisaną w mowie wspólnej na zewnątrz swojego tworu w paru linijkach dużymi literami. Przeleciała tylko ręką nad materią kształtując ją według własnej woli, poprawiając parokrotnie, by udać się powoli tam gdzie napisała poniżej...
 
"Witaj Zegarmistrzu!
Zagramy razem w grę... Trochę szaloną, ale nadal grę. To co widzisz to swego rodzaju czasomierz, ale pewnie tego sam się domyśliłeś w końcu powinieneś być oblatany w tych sprawach. Pokonaj mnie w pięć minut, minus to co upłynęło, albo rozwiąż to co jest tam zapisane w języku cyfrowym o 64 liczbach, a nie 10 jak zwykle. 18 równań, 9 niewiadomych w nich, niezliczona liczba kombinacji błędnych i tylko jednej właściwej otwierającej zamek, co również może wywołać wybuch po przez niemoc zapanowania nad tym co jest w środku. Sama nad tym ledwo panuje... To twój wybór co wybierzesz. Co jest prostsze? Co mniej naruszy twoje nerwy, gdy każde zawahanie, skucha powoduje GAME OVER w tym zadaniu postawionym przed tobą? Pamiętaj jednak że to co jest tam zamknięte wytrąci wszystkie nasze asy z rękawów, do których się przyzwyczailiśmy, mieliśmy zaklepane i będziemy zmuszeni do szukania alternatywy. Powodzenia!
 
P.S.
A tak... Zapomniałam. Jestem Monika!
Śpiesz się. Czas płynie, piasek ucieka... Jestem w tej cytadeli... Byś nie musiał mnie szukać <===
 
P.P.S.
A może specjalnie sprawdzisz to co tam siedzi? Odradzam...
Chociaż mi to wszystko jedno... Spróbuj, a się przekonasz!
Wszyscy to poczujemy! Spadniemy...
 
P.P.P.S.
A może blefuje bo chce wzbudzić w tobie niepewność?
Kto wie... Jaka wariatka posunęłaby się do samobójstwa?
Może ja..."
Edited by Hoffner

Share this post


Link to post
Share on other sites

No i wszystko jasne. Niewiasta. Do tego silna, można było to wyczuć w jej magii. Ale o dziwnej magii, jak dotąd nie spotkał się z takim wzorem. Emanowało jakby ciepłem, ale nie przyjemnym, jak ciepło kominka w zimowy wieczór. Bardziej ciepłem jak gorąc pustyni po wielu godzinach marszu. Co przeciwnik to nowinka, jak widać, każdy z jego oponentów dysponował indywidualnym podejściem do zaklęć i ich zastosowań. Tak jak i do sposobu podejmowania działań przeciw niemu.

Przeciwnik, lub raczej przeciwniczka, chciała zobaczyć na co go stać, nie tylko dając mu limit czasowy, ale też grożąc w niewybredny sposób.

Mu, w tym wspaniałym Sanktuarium Magii i Walki, jakie postawili dla niego organizatorzy.

Cóż, wypadało by pokazać jeden z asów.

Zatrzymał się na jednym z większych placów i spojrzał jakby za siebie.

- Zar, wyłaź, mamy robotę. I ma być widowiskowo.

To co wcześniej robiło za jego płaszcz skrystalizowało się i opadło na ziemię niczym rozlana woda. Z kałuży wynurzył się błękitny niczym rozpogodzone niebo konstrukt, który towarzyszył mu już kilkanaście lat a z którym zwykle się nie rozstawał. Zegarmistrz wiele razy już musiał na nim polegać, czy to w ataku czy w obronie, ale bardziej widział w nim brata aniżeli sługę. Specjalnie że ostatnie walki trochę ich nauczyły tego i owego. Zar poczekał aż minie mu chwila sentymentu, zgrzytem przypominającym stare kamieniołomy upomniał się o wyjaśnienie działań.

- Już ci tłumaczę. Rozejrzyj się kolego, przecież wszystko tutaj jest zrobione z magii. Jakieś jeszcze pytania?

Wystarczyła chwila żeby Zar podłapał jego tok myślenia. Wszak prawdą było, że magicznie odtwarzane rekonstrukcje bitwy były przesycone energią. Energią, do której zamierzał się podpiąć.

Zar zmienił kolor na zielony, z jego pleców wyrosły jakby kominy, kiedy zaczął pochłaniać magię wokół siebie. Coraz większym kręgiem aż pierwsze postaci zaczęły znikać z murów, aż ucichły dźwięki walki a okolicę zalał tylko zgrzyt kamiennego serca konstrukta. Mając to wszystko w sobie, już chciał zacząć filtrowanie i spalanie gdy Zegarmistrz ruchem dłoni go powstrzymał. Nieme zdziwienie odbite na prawie lustrzanej twarzy stwora było wręcz wyczuwalne.

- Spokojnie, zacznij ją filtrować, ale nie spalaj. Nadmiar zacznij pompować do mnie. Zrobimy naszej koleżance małą niespodziankę. Jak dobrze liczę, cała arena nie ma więcej niż pięć kilometrów średnicy od miejsca gdzie stoimy. A wiem też, że to co zrobię ma akurat tą piątkę w zasięgu. Szykuj się. Jak tylko skończę inkantację, wal.

Zegarmistrz przygotował małe zaklęcie na swojej dłoni, które rozświetliło rękawice na niej umieszczoną na czarno. Dość proste zaklęcie korozji, pozwalało wyryć potrzebne u znaki nawet w kamieniu. Zaczął od kręgu, potem zaś wpisywał w niego kolejne runy zapomnianych zaklęć.

- Ren Sun, do, zerek, kara mibu, dos!

Kiedy tylko skończył zaklęcie, Zar zalał go energią. Gigantyczną ilością, która wciąż była pompowana za areny przez organizatorów. Ciekawe czy przewidzieli takie użycie ich tworów.

Magia w najczystszej, pierwotnej, postaci zaczęła się gromadzić w kręgu u jego stóp, wypalając jeszcze głębiej jego inkantację. Kiedyś taka ilość energii zamieniła by go w wypaloną skorupę. Teraz, po niezliczonych zmianach w ciele i odbytych walkach, ledwo go łaskotała.

Stał tak chwilę czekając aż krąg się wypełni, a potem obserwował poczynania zaklęcia, które miało dać mu wszystkie potrzebne narzędzia. Choć słowo narzędzia było dość nieprecyzyjnie niepoprawne.

krąg wybuchł czerwonym światłem, pozostawiając po sobie wielkie wrota, całe wykonane z kryształu, który kolorem łudząco przypominał Zara. Nie czekając na nic, Zegarmistrz chwycił za klamki i pociągnął, otwierając drzwi dla tych, którzy wysłuchają jego paktu.

Z portalu zaczęły wysuwać się kolejne konstrukty, strukturą podobne do Zara, choć w różnych kolorach i rozmiarach. Jedne niewysokie, raptem z metra wzrostu, inne ogromne bo ponad dwu i trzy metrowe. Czerwone, czarne i zielone, błękitne, żółte i fioletowe. Kilka pomarańczowych i nawet jeden całkiem biały. Choć może raczej przezroczysty. Każdego po kolei Zegarmistrz całował w usta, dopełniając formalności w zaklęciu przywołania, choć tym razem było to raczej zaklęcie ułatwienia przejścia niż pełnego przywołania, bowiem nie musiał tworzyć ich struktury od zera, mogli przyjść we własnej postaci, bez wad i słabostek które zwykle towarzyszą chowańcom i innym istotom przyzywanym.

Kiedy już wrota się zapadły, stało przed nim więcej niż trzydzieści postaci, z Zarem włącznie. Przyjrzał im się z podziwem, choć mimo tego poczuł smutek, gdy pomiędzy zebranymi nie było ani Haleba, ani Tarczy i Miecza oraz, co jeszcze bardziej go zasmuciło, Ren. Cóż, nie mógł mieć wszystkiego, to, jakie konstrukty postanowiły przejść, zależało tylko od nich.

- Zar, bądź łaskaw wytłumaczyć swoim pobratymcom co planuję zrobić. I jak.

Co mówiąc położył dłoń na Zarze, tak by ten mógł wyczytać plan w jego myślach i by mógł przekazać go dalej. Kilka sekund później zabawa na placu zaczęła się rozkręcać. Kilka z golemów zmieniło swoją postać, złudnie upodobniając się do Zara, kilka innych zaś, zamieniając się w ciecz o jaskrawych kolorach, pokryło te pierwsze, jak tarcze i zbroje mające chronić to co pod nimi. Był to dość wspaniały i kolorowy widok, kiedy konstrukty zajmowały swoje miejsca.

A Zegarmistrz nie tracił Czasu, zamieniając cały plac w jeden wielki krąg Magii Pierwotnej. Ten sam, który wykorzystał w swym pierwszym pojedynku od czasu jak stawił stopę w Sali Zapisów dwa lata temu.

- Gotowi?

Na początku planował pobawić się z przeciwniczką jej własnymi zabawkami. Ale doszedł dość szybko do wniosku, że to nie było by ani widowiskowe, ani z gruntu ciekawe. Fakt, mógł popracować nad rozkręceniem zamka, ale czy miał jakąkolwiek gwarancję, że to co zamknęła w środku nie jest tak samo upierdliwe jak to, co ukryła pod pułapkami wplecionymi w błędy? Nie, zdecydowanie nie tędy droga. Ani to w jego planach a tym bardziej nie w stylu.

A styl miał prosty, pokazać jak mocno potrafi uderzyć.

- Jazda!

Plac wybuchł kolorami gdy bracia i siostry Zara zaczęły pochłaniać całą magię z okolicy. Całą, doszczętnie niszcząc niektóre projekcje, nawet kilka i kilkadziesiąt metrów od środka kręgu. Modus operandi był prosty - pochłonąć każde napotkane zaklęcie, rozbijając, mieląc i pożerając każdą cząsteczkę magii która będzie miała pecha trafić w ich zasięg. Cała energia trafiała do kręgu, w którym była przetwarzana, wyczesywana z woli i celu, oczyszczana do pierwotnych wartości, by finalnie wylądować w wielkiej baterii w środku kręgu. Baterii za którą robił Zegarmistrz.

W końcu poczuł, aniżeli zobaczył, jak fala trafia na zaklęcie jego przeciwniczki, zgniatając je niczym puszkę, rozrywając, tak jak huragan niszczy domki z kart. Zaklęcie mogło być potężne, tego Zegarmistrz był pewny, lecz na koniec dnia było tylko zaklęciem, czymś stworzonym z energii. A każdą energię można przetworzyć i wykorzystać. Tego nauczył go Kapi, kiedy był uwięziony w Ametystowej Trumnie. I tą wiedzę teraz wykorzystywał przeciwko swojej przeciwniczce. Zastanawiał się tylko, jak ta zareaguje gdy gwałtownie magia zacznie parować z jej ciała.

Im więcej Czasu tu spędzi, tym potężniejszy będzie, zatem teraz pozostawało czekać.

Share this post


Link to post
Share on other sites
Zegarmistrz podpisując się własną mocą i powtarzając swoje stare ruch, po prostu je odświeżając, udowodnił swoją chciwość i głupotę nie sprawdzając w czym dokładnie leżała moc jego przeciwniczki, a może wcale nie musiał... Lüge dokładnie to przewidziała, mówiąc jej jak ma postąpić, by osiągnąć dany efekt jadąc na jego ambicji i tym że wszyscy faceci widzą świat strasznie płasko, a ona jest niezwykła bo widziała dosłownie wszystko... Każdy ruch powoduje skutek. A jego działania doprowadziły do zaburzeń miedzy światami przez co Monika opierając się o futrynę drzwi cytadeli o mały włos nie wpakowała się na plan ognia, po tym jak przypadkiem łokciem przebiła rzeczywistość.
 
Dopiero to pobudziło ja ze coś się dzieje. Niedługo później zapiekły ją ramiona, gdy działanie kręgu pierwotnej magii doszło i do niej. Odcięła się od magicznego splotu pozbywając się z siebie materiału, którego tak łaknął jej przeciwnik. Straciła moc prawdziwego widzenia... Wcale po dłuższym rozważaniu nie było jej to tak potrzebne, gdy moce którymi władała miała porozrzucane wszędzie i nie tylko tutaj... Nadal posiadała marzenia i wole ich spełniania, czego żaden czar nie był wstanie jej zabrać. Lüge nazwała to psioniką ~ siostrą magii opartej o ciało i umysł, stąd właśnie czerpiąca swą siłę... Ona wolała określenie wizualizacji... Nie mogła wzlecieć w powietrze, jak zwykle, zmieniając przepływ magii wokół siebie. Nie musiała długo myśleć. Wystarczyło to że zamknęła oczy, żeby zacząć robić rzeczy niezwykle z pomocą własnej intuicji. 
 
Na jej plecach coś się ruszyło, a bluza w tamtym miejscu rozdarła się robiąc miejsce na nowe nabytki. Pojawiła się właśnie tam para skrzydeł jak u anioła, co zostały wykonane z chęci ~ marzenia popartego siła woli, co składała wszystko z fioletowego prześwitującego materiału będącego realna manifestacja że wszystko jest możliwe. Otwarła je ze świstem, by wzlecieć w powietrze oceniając co jej przeciwnik dokładnie zrobił. Nie przeszkadzały jej braki i nadwyżki, które wykonał tylko po to by osiągnąć swój stan. Nie ruszało ją to jako że nie musiała uciekać się do tak bezsensownego brania ile tylko wlezie, gdy można było postąpić o wiele prościej... Zmieniając zasady.
 
Zawisła nad kręgiem pierwotnej magii i samym Zegarmistrzem. Jej oczy się śmiały ze szczęścia, gdy palce dotykały planów jak harfy o wiele łatwiej niż zwykle, co musiało być zasługą tych na dole że gromadzili magie zacierając granice miedzy innymi rzeczami, których istnienia nie musieli mieć pojęcia. Czuła pod opuszkami ciepło ognia, chłód wody, łaskotanie wiatru, szorstkość ziemi. Po nich przyszedł czas na ich parażywioły aż wreszcie dotarła do eteru i tam poczuła własną skrytkę z nienaruszona zawartością... Jeśli byłoby to możliwe jej uśmiech by się podwoił. Znaczyło to mniej więcej tyle że przeciwnik operował tylko na planie materialnym swoją mocą... Nie licząc tych cudaków, których wezwał...
 
Złożyła ręce w trąbkę, by jej głos słychać było o wiele dalej i tak zaczęła krzyczeć z góry siedząc na sprasowanym chwile wcześniej powietrzu, jak na jakimś murku.
 
- Dzięki staruszku że już zupełnie oślepłeś i nic o mnie nie wiesz! Nie martw się. Da się to naprawić!
 
Dopiero wtedy zaczęła składać symfonie planów z pomocą gestów dłoni, regulując ich przepływ, zderzając je, wprawiając w drgania z sama rzeczywistością, co pokazywało się jako niegroźne fluktuacje całego otoczenia. Nie był nadbogiem, by zabronić jej robienia tego po prostu odcinając od jej strun, co miała scalone z jej ja... Ona zyskała nad nimi zwierzchność, co była wyrażona przez jej rękawice i to co niosła w duszy - chaotyczną neutralność, czego on nie śnił posiadać. 
 
Zaczęła od regulacji przepływu kolejnych warstw planu materialnego, wzmacniając je swoją cząstka twórczą... Gwarantowała sobie wtem sposób kontrole nad tym co robiła, gdyż wszystko co się uwidaczniało wcześniej, zupełnie ucichło ale był to tylko zaczątek burzy, która dopiero miała spaść na całą arenę.
 
Następnym jej ruchem była pieczęć utrwalona w astralu i założenie w ten sposób sanktuarium pod jej jurysdykcją na całe pole, by nikt więcej przywołany się jej nie wtrącał natrafiając na bardzo gruby mur. To był jej sposób na ograniczenie przywołań i wyrzucenie z pamięci boskich interwencji jej przeciwnika. Na niebie błysnęła tylko na moment wielka gwiazda chaosu, co zniknęła przesunięta w fazie... Zmieniała właściwości akurat tego kawałka planu materialnego. Nadpisując jego zasady...
 
Wtem przeszedł moment na wielką solówkę, w której chciała tylko pokazać cześć tego co może, chcąc go wybadać jak należy przed tym co pragnęła dopiero zrobić. Czego przestraszyła się na samym początku... Nie wiedząc dokładnie gdzie się znalazła. Teraz wiedziała i to dawało jej moc, że nie ważne jak silny jest przeciwnik. Równowaga musiała istnieć. Parę szybkich gestów ciągnących struny do oporu aż światem wstrząsnął lekki wstrząs, gdy otworzyły się dwie ogromne wyrwy w rzeczywistości aż nieplanowanie wypłynęło parę kolorowych chmur wszędobylskiego eteru.
 
Pierwsza wyrwa poruszyła gwałtem ziemię, gdyż ogromny fragment skały w kształcie ściętego stożka o wysokości bagatela tylko dwóch metrów, gdzie na mniejszej podstawie znajdował się krąg pierwotnej magii, co zaczął się zapadać z całą resztą na miejsce wiecznego spadania ~ plan powietrza, zaciągany tamtejszymi prądami powietrznymi z powodu panującego tam niskiego ciśnienia... Trzymała ten korek w całości z pomocą planu ziemi operując nim z tamtego miejsca by się nie rozpadł. Popularną rzeczą było przerzucanie całych rezydencji właśnie tam ale zwykle potrzeba było paru doświadczonych magów, by tego dokonać...
 
Następne ruchy były o wiele powolniejsze, gdy prowadziła po przez plany wąż strażacki o odpowiedniej przepustowości proporcjonalnej jej zdaniem do ambicji samego Zegarmistrza. Pół metra nad jego głową została otworzona kolejna wyrwa z kolei na plan wody ~ wiecznych odmętów i prądów, co ich siła była wstanie zgnieść łódź podwodną bez większego problemu. Średnica za to tego otworu była równa większej podstawie ściętego stożka. 
 
Tak utworzyła młot, a raczej coś na kształt nieruchomego silnika odrzutowego na wodę i kowadło, które miało sunąć nieubłaganie w dół ze wszystkim którzy na nim stali,  mające być popchnięte dodatkową siłą pchającą oprócz grawitacji... Chciała zmusić przeciwnika do obrony, ucieczki z tonącego okrętu... W tym czasie kryształki na jej lewej ręce zaczęły już błyszczeć powodując masę niewidocznych mikropęknięć na całej lokacji. Była świadoma tego że raczej nic to nie da... Ale gdzie indziej znalazłby tyle zabawy jak nie na próbie skąpania Zegarmistrza zwykłą wodą w formie "Ice Bucket Challenge"? W swojej głowie miała nadzieję na obejście tym zasad działania jego pradawnej magii w sposób sobie unikalny, bo jak oczyścić, wciągnąć zwykłe H2O? Można je zatrzymać, ale ona cały czas napływała, a Monika trzymała tylko wyrwę nie pozwalając jej się zamknąć póki co.
 
Nie chciała z nim walczyć wprost tylko bawić się. Tu popchnąć, tam podstawić nogę... Przez to wszystko zapomniała o jednym ważnym szczególe, który wypadł jej z głowy nie tak dawno temu po przez strach, gdzie nie miała prawa się bać... Świat przecież należał do niej.
Edited by Hoffner

Share this post


Link to post
Share on other sites

No i osiągnął swój cel. Przeciwniczka była w jego zasięgu, nie musiał jej szukać, ponad to zanim się zjawiła podbudował własne zasoby energii, mocno uszczuplone przez ostatnie walki i wizytę w szpitalu.

Słowem, był gotowy na wszystko. A zaklęcia które planował wykorzystać potrzebowały też budulca. Budulca, którego mu dostarczano w hektolitrach.

- Wyzywam na pojedynek prawa Wiary i Odwagi, Exist!

Kiedy ziemia zaczęła rozrywać się pod jego stopami, nie dbał już o krąg, bowiem pęknięcia w podłożu naruszyły jego strukturę i uczyniły bezużytecznym. Skupił cząstkę mocy na odesłaniu rodziny Zara do ich własnego wymiaru, gdzie byli bezpieczni, a przynajmniej bezpieczniejsi niż tutaj, w obliczu tego co chciał zrobić.

Energia dosłownie go roznosiła, skakała niczym figlarne ogniki po jego ramionach, napawając go coraz większą dumą. Tak, dumą, że doszedł do miejsca w którym teraz stoi. Że mógł walczyć o tytuł najlepszego, że nie trafił na kogoś kto użala się nad sobą. Ale najpierw trzeba było się skupić.

Woda która jak dotąd wylewała się nieprzerwanym strumieniem, znikała nad jego głową, pochłaniana przez żarłoczne zaklęcie przygotowane odpowiednio wcześniej. A potrzebował jej, bo jak inaczej miał sięgnąć przeciwniczki?

- Exist!

Przestrzeń wokół Moniki zaczęła wybuchać lodowymi kulami. Ot, w jednej chwili nic się nie dzieje, w drugiej pojawia się kula lodu, zamykająca wszystko na co trafi, wewnątrz siebie. prosta ale dość widowiskowa sztuczka, bo koniec końców odwracała uwagę. Uwagę od dwóch rzeczy.

Pierwszą był fakt, że Zegarmistrz bezsprzecznie emanował energią.

Drugą, że go tam wcale nie było.

Zaklęcie które zdalnie przesyłało energię musiało mieć jakieś medium. I dzięki temu Zegarmistrz siedział teraz, daleko od swojej przeciwniczki, nie tylko pochłaniając energię ale też szykując się do prawdziwej walki. Chwalił sobie dyski które wcześniej rozrzucił, bowiem do każdego mógł się przenieść, a było to tylko jedno z wielu ich zastosowań.

Zaś od jego przeciwniczki dochodziły go nie tyle ślady magii, co silny rezonans uczuć. Bogowie, gdyby nie spotkał w życiu Reyvateili, nie wiedział by co z tym zrobić.

Otóż ta rasa potrafiła przemienić energię emocji w dowolną wybraną na swoje potrzeby energię. Tutaj jak widział zachodziła podobna reakcja - jego przeciwniczka w coś wierzyła i to stawało się prawdą.

Wiara - tak bardzo niedoceniona siostra Nadziei i Miłości. Czy nie powiadają "Uwierzyć znaczy Zobaczyć"?

Ale nic to, walczył już z osobnikami, bo ciężko nazwać ich magami, którzy posługiwali się taką nazwijmy ją magią. Tak jak i z takimi, którzy walczyli wymiarami i/lub ich zawartością.

Szkoda że nie miał pod ręką Lancy Mroku, bo było by o wiele łatwiej, a tak musiał myśleć nad alternatywną opcją. Ale nic, na wszystko były jakieś sposoby, trzeba było tylko pomyśleć jakie.

Magia Harmoniczna, Magia Uczuć, to naprawdę potężne narzędzia. Ale siła narzędzi zależy tylko od biegłości ich użytkownika. A jego przeciwniczka z góry zdawała się zakładać, że Zegarmistrz podda się stosunkowo łatwo. Cóż, może sobie tak wmawiać, nikt nie broni. Ale prędzej przejdzie po jego zwęglonym i nieśmiertelnym trupie nim sam się podda.

- Zar, nie przydasz mi się tutaj, zabawa robi się niebezpieczna, zmykaj.

Konstrukt posłusznie zbladł i rozpadł się niczym kruche szkło uderzone młotem. To jeszcze bardziej pogrążyło Zegarmistrza w smutku, bowiem liczył iż będzie miał towarzystwo przez chociaż dłuższy czas walki. No nic, lepiej tak niż ryzykować jego kamienną facjatę.

Upewnił się że zaklęcie utrzymane na nim skutecznie ukryje jego osobę, po czym zaczął otwierać bramę i kotwiczyć w niej nadmiar energii. W ten sposób mógł do niej sięgnąć kiedy tylko zechce, a nie musiał mieć jej przy sobie, co pomagało zaklęciom maskującym zamkniętym w jego ubiorze na skuteczniejsze ukrycie go. Brak zapachu, dźwięku, słowem, tak długo jak nie zechce się ujawnić, był wymazany z Czasu. Jedyne co świadczyło o jego obecności na arenie to pamięć widzów i jego przeciwniczki iż wogóle uczestniczy w tej walce.

- No pora cię zmęczyć ptaszku.

Zegarmistrz stojący w resztkach kręgu na którym działania przeciwniczki nie robiły wrażenia, bowiem gdyby przyjrzeć się mu uważnie, przelatywały przez niego i jego zawieszone w powietrzu jestestwo, lekko drgnął. Spojrzał na swoją uśmiechniętą oponentkę i wystawił w jej kierunku obie słonie.

- Jeszcze wiele musisz się dziecię nauczyć, pozwól że zacznę.

Klasnął w dłonie, po czym chwycił za brzegi rozdarcia przestrzennego uczynionego przez jego oponentkę. Działania te, wzmocnione magią przez oryginał, miały za zadanie przekonać ją iż to on jest tym prawdziwym, a nie ukrywający się gdzieś pierwowzór.

Nie czekając na jej reakcję rozerwał wyrwę jeszcze bardziej, zalewając arenę pod swoimi stopami jeszcze większą ilością wody. A kiedy było jej dość do jego celów, złożył dziurę jakby była kartką papieru i schował do kieszeni. Dosłownie. Te kilka sztuczek jakie przekazał mu Kapi swoją magią irracjonalną, nie trzymającą się żadnych zasad uznawał za najcenniejsze ze swoich nauk. I było to odpowiednie do zasiania strachu w jego przeciwniczce.

Wystawił dłoń raz jeszcze ku niej, a z wody u jego stóp uformowała się identyczna, tyle że o wiele większa, która wystrzeliła w jego oponentkę z szybkością niewiele mającą wspólnego z grawitacją lub rozmiarem owego tworu.

- Nie ma spoczynku dla pokręconych. Exist!

Dłoń zaczęła rozpadać się na serki kolejnych, które to próbowały chwycić za cokolwiek co było Moniką - ubiór, włosy, dość spora ilość upodobała sobie jej skrzydła. A kiedy były już blisko, zamieniały się w pająki i nietoperze, zdolne swoimi pazurami uczepić się dość skutecznie każdej powierzchni.

- O Ragnis, Pani na Lodowym Tronie Lemurii, usłysz moje wołanie. Oto ja, pokorny lecz odważny stoję przed tobą by głosić twoją chwałę. Oto stajemy by walczyć ramię w ramię, by pogrążyć wszystko w otchłani. I niech nastanie twe królestwo, tako na Ziemi jak i w Otchłani!

Energia wybuchła z niego, zalewając cała okolicę niczym woda, zamieniając, tworząc, przekształcając. Nie minęły dwa oddechy a przed oczami Moniki widniało gigantyczne miasto stworzone z kamienia i lodu, nie mające nic wspólnego z poprzednimi wymiarami placu. A na ulicach tego miasta stało pełno postaci, w większości uzbrojonych dosłownie po zęby, bowiem ich błoń, pancerze a nawet ciała upiększone były licznymi kłami wszelakich morskich potworów.

- Za Lemurię, za Ragnis naszą panią! Za Otchłań!

Z okrzykami w nieznanym języku i z jego własnym krzykiem na ustach ruszyli w kierunku dziewczyny, strzelając do niej harpunami uzbrojonymi w liny, wystrzeliwując siatki lub też rzucając bolasami. Plan był prosty, wpierw ściągnąć ją na ziemię, potem się na nią rzucić.

 

W czasie kiedy jego klon wyjątkowo dobrze się bawił, Zegarmistrz przemierzał alejki areny, rozmieszczając wszędzie swoje małe arcydzieła, pułapki i artefakty, które miały dać mu przewagę w nadchodzącej i zdecydowanie niedalekiej przyszłości. A kiedy znalazł dość ustronne miejsce, dość pojemna piwnica w jednym z budynków za murami, zaczął ją przygotowywać do rzucanie zaklęcia, które polecił mu pewien mag. Miało ono proste działanie, lecz wymagało Czasu i cierpliwości, co finalnie składało się na dwa czynniki których w bitwie nigdy za dużo. Powoli zabezpieczył całe pomieszczenie, wyrywając je z oków Czasu, zakotwiczając by nie zniknął w Pustce, po czym rozpoczął gusła. Wyciągnął z przestrzeni wszystkie potrzebne mu przyrządy, kilka szkatułek i pędzli, trochę farby i lusterko. Zaczął obrysowywać całe pomieszczenie, zamieniając je w istny piec alchemii i magii. Wyciągał po kolei różne przedmioty z pojemników i rozmieszczał je po pomieszczeniu. Musiał być niezwykle precyzyjny, bowiem nie umiał tego robić aż tak dobrze jak mag, który mu to zaklęcie kiedyś pokazał. Kiedy skończył, przyjeżdżał się krytycznie swoim poczynaniom. Tak, zdecydowanie osobnik który wymyślił to zaklęcie był szalony. Gdyby nie niezachwiana wiara we własne możliwości może by się na to nie odważył. Ale cóż, trzeba było zaryzykować, bowiem o to w tym wszystkim chodziło.

- Bogowie, w co ja się pakuję. Dobrze, wszystko na swoim miejscu, teraz inkantacja.

Wolał nie zrobić pomyłki, dlatego dokładnie i starannie przepisał całość na kartkę, którą miał spalić zaraz po wypowiedzeniu zaklęcia, żeby uwolnić z niej cząstkę woli właściciela owego zaklęcia.

- Wszędzie i nigdzie, tak i nie, czerni i bieli, srebro i złoto. Dziesięć płomieni w dziewięciu dzbanach na ośmiu filarach siedmiu rzeczywistości w sześciu światach. Pięć prawd koło czterech kłamstw, trzy wróble niosące dwie wieści jednej osobie! Schrödinger!

Poczuł jak jego jestestwo rozrywa się na cząsteczki, drobniejsze aniżeli ziarna Czasu. W ciszy tego zamkniętego pudełka umierał, by pozyskać niezbędną mu wiedzę. Znikał a jednak był, przestawał istnieć a jednak niepodważalnie był. Przechodził przez Czas, przez Przestrzeń, przez Zasłonę.

Siedział na trybunach, obserwując jak dwójka magów, jeden w białej szacie z brodą drugi w zbroi z puklerzem, walczyli między sobą.

Siedział na trybunach, obserwując jak dwójka niecodziennych magów okłada się smołą i kawą.

Siedział na trybunach, obserwując jak mały białowłosy chłopak walczył z silnym i prawdziwym mężczyzną.

Setki trybun, setki miejsc, setki walk. Odwiedzał je wszystkie, obserwował je wszystkie, niczym film w kinie. A miał ku temu najlepsze miejsca. Mógł tylko obserwować i się uczyć, nie mógł zmieniać, był bowiem tylko obserwatorem, wszak był i zarazem nie było go tam. Widział walki słabeuszy, widział walki bohaterów, złodzieju, nauczycieli, morderców i władców. I czerpał z nich wiedzę. Uczył się, każdego ich, kroku każdego słowa, ich osobowości, ich nawyków. Katalogował wszystko wedle upodobań i działań, wedle użyteczności i siły, wedle energii którą emanowały i którą zużywały.

Kilka sekund a może cała wieczność? Jaka to różnica dla kogoś kto zwał się Zegarmistrzem? W końcu poczuł jak zaklęcie wybija go z powrotem do pomieszczenia z którego zaczął podróż. Kiedy doszedł do siebie zrozumiał czemu wyjście było takie gwałtowne. W jego zawieszone poza czasem pomieszczenie wbiła się, z dość głośnym łoskotem, niebieska budka. Widywał takie, na starych zdjęciach, bowiem dzisiaj już nie były zbyt popularne.

Co gorsza, zderzenie wyrzuciło go z zakotwiczonego punktu w Czasie. Wbrew pozorom nie opuścił areny, ale zwyczajnie był na niej we wszystkich czasach. Jeśli teraz otworzy drzwi, zaryzykuje wyjście zarówno w czasie pojedynku jak i w czasie kiedy budowano arenę lub w czasie kiedy pradziadowie twórców przybytku nawet jeszcze się nie urodzili. Jak widzicie, niewygodne.

Przyjrzał się dokładniej obiektowi który wpakował go w te tarapaty, kiedy drzwiczki budki się otworzyły i wyleciał z nich czarny niczym smoła dym. Po chwili wypał z niej mężczyzna, nie wiedział, na oko 35 może 40 letni? Ubrany w pogięte jeansy i skórzana kurtkę w tak samo czarnym kolorze jak spodnie.

- Wybacz że przeszkadzam, bo widzę że masz jakiś problem, ale możesz mi powiedzieć, co ty tu do cholery robisz?!

Jego irytacja zaczynała powoli schodzić, choć nie na tyle by sztucznie silił się na uprzejmości.

Nieznajomy natomiast wstał, otrzepał się z kurzu i spojrzał na mnie jak na istotę co najmniej komiczną. Uśmiechnięty od ucha do ucha, z krótko przystrzyżonymi włosami sprawiał wrażenie człowieka kompletnie wyrwanego z rzeczywistości. Jeszcze tylko tego mu brakowało, jakiegoś oszołoma który nie panował nad kierunkiem swoich zaklęć przestrzennych.

- Oh, przepraszam, nie chciałem na ciebie wpaść, zwiedzałem właśnie okolice Tytana V, swoją drogą fantastyczne miejsce, polecam, kiedy Tardis wykrył coś dziwnego na kursie kolizyjnym. Zanim wyhamowałem, uderzenie zrobiło swoje i oto jestem. No to w czym mogę pomóc?

Kompletny entuzjazm i brak jakichkolwiek oznak rozsądku. Dość powiedzieć że Zegarmistrz musiał zbierać swoją szczękę z podłogi zanim mu odpowiedział.

- Przepraszam na sekundkę - nieznajomy wlazł na powrót do swojej budki z której wydobyło się jeszcze więcej dymu, zanim zdążył go jeszcze raz ochrzanić. Co za maniery. Co on, do takiej ciasnej budki wpakował ze sobą koksownik czy co?

- Czekaj, kim ty w ogóle jesteś? I co ty tu robisz, pomijając fakt że przeszkadzasz mi w turnieju. I zgaś to cholerstwo bo się podusimy!

Z budki zaczęły się rozlegać liczne uderzenia przypominające walenie kluczem francuskim o kaloryfer po czym rozległ się mało miły dla ucha dźwięk odkurzacza i dym zaczął wracać do budki. Nie wierzyłem przez chwilę oczom, ale co poradzić, magia to magia, upomniałem samego siebie, a nuż budka jest trochę więk...

Zaglądając do środka musiałem przytrzymać się framugi. No i ponownie zebrać szczękę z podłogi. To diabelstwo było ogromne. Zdecydowanie większe aniżeli jego zewnętrzny rozmiar. Człowiek który wcześniej przed nim stał a który teraz grzebał coś przy wielkim panelu pokrytym niezliczoną masą guzików, lampek i gałek, nawet się nie odwrócił.

- Tak, jest większa w środku, bądź tak miły wejść i zamknąć drzwi, ta przestrzeń zaczyna się sypać. Nawet nie powinno mnie tu być, co za dzień. Ale co tam, to zawsze jakaś przygoda. To gdzie cię podrzucić? Jestem ci winien chociaż tyle.

Patrzyłem na niego jak na wariata, co pewnie zauważył bowiem jego uśmiech tylko się odrobinkę poszerzył. Jako że nie miałem czasu na takie wygłupy postanowiłem, o zgrozo, zaufać, że jego zaklęcie nie rozerwie go a przeniesie tam gdzie trzeba.

- No dobra, tylko szybko, bo muszę dokończyć walkę.

Poklikał coś przy konsoli, a może panelu? Kto go tam wie. I już po chwili z głośnym weeoweeoweeo, jakby ktoś jechał z włączonym ręcznym poczułem delikatny wstrząs.

- Gotowe. Tylko następnym razem ostrożniej wybieraj miejsca w których przebywasz.

Teraz to go zagiął. Ostrożnie podszedł do drzwi i je otworzył. Dalej byli w piwnicy którą wybrał na zaklęcie, z tą różnicą że teraz nie było dziury w ścianie i jego zaklęć ochronnych nigdzie nie dało się wykryć.

- Nie wiem jak to zrobiłeś, ale dobra, zmykam. A właśnie - obejrzał się za siebie na wciąż uśmiechniętego człowieczka - jak się zwą?

- Mnie? Doctorem.

- Doctorem? A dalej?

- Po prostu Doktorem. Leć, coś czuję że twoja walka będzie fantastyczna.

Po czym zamknął drzwi i z podobnym dźwiękiem zajeżdżanego silnika zniknął.

Cóż, mógł śmiało stwierdzić, teraz to już go kompletnie nic nie zaskoczy. Ale słowa słowami, a trzeba było zobaczyć jak jego przeciwniczka sobie radzi z jego klonem. Spojrzał na zegarek który trzymał w kieszeni a który miał liczne tarcze. od jego zniknięcia do przybycia z tym cudakiem z niebieskiej budki minęło raptem kilka minut, więc różnica nie powinna być odczuwalna.Chwycił za klamkę piwnicy.

- Allons~y!

Share this post


Link to post
Share on other sites
Mało znane na razie było to, że Lüge nie wystawiała nosa ze swojego legowiska ukrytego w głębokim cieniu, o ile naprawdę nie musiała. zmuszona okolicznościami, jak zdarzyło się ostatnio że musiała interweniować lub po prostu nie chciała, nie kuszona niczym szczególnym, godnym zwrócenia właśnie jej uwagi od tego co zwyczajne i zupełnie szare jak ona sama na tle całych, przemijających wieków... Teraz jednak było zupełnie inaczej i nie chodziło tu bynajmniej o sam pojedynek, który był u niej na drugim planie, co o pokazanie nieumyślnie namiarów no nowy świat istot rozumnych o niespotykanej mocy przez samego Zegarmistrza...
 
Zgodnie z jego słowami: mieli własną wole i chcieli mu służyć pomocą w jego zadaniu i chęciach wielkiego zwycięstwa w tym turnieju. Musieli być w takim razie mniej lub bardziej świadom że moc przyciąga moc, po tym gdy się ktoś ujawni z jej nadwyżką... Zawsze się znalazł ktoś zazdrosny właśnie o nią, a gdy dwie takie się zderzały to wychodziła z tego tylko jedna zazwyczaj w całości... Miała być to właśnie po raz kolejny wilczyca.
 
Można uznać za prawdę to że uwielbiała osuszać inne wymiary ze wszystkich ich dobrodziejstw... Mordując mieszkańców, karząc im patrzeć na śmierć bliskich, znajdując upojenie w wszelkich strachach, lękach i próbach zaprzeczania bolesnej rzeczywistości... Na końcu pochłaniała wszystko, wymazując uprzednio imię, rozbijając i zmieniając całość na własną modłę po przez wypaczenie neutralnego już materiału przez brak nazwy na własną... Wzmacniała się tym samym nim po przez kształtowanie cienistego ciała że na końcu zostawała ona sama na polu walki... Nie miała się czego bać... Nie mógł pokonać jej ktoś tylko niesamowicie silny, by nie powróciła tam znowu mądrzejsza o doświadczenie, a przekonała się o tym nie raz, robiąc to już więcej niż setki razy od czasu swojego powtórnego narodzenia po niespodziewanym upadku i zapomnieniu wyłącznie z własnej winy...
 
To czego się naprawdę obawiała, tam nie istniało i posiadał to ktoś zupełnie inny, a on nie mógł jej zaatakować od tak... Nie tam, zresztą wcale o tym nie wiedząc że nawet tam będzie zajęty czymś innym... Doskonale o tym wiedziała... Zresztą sama to zagwarantowała reasumując w większej skali, by podobny los jej nie spotkał...
 
Umiejętności tych istot wprost musiały znaleźć się w jej jadłospisie, by jak najszybciej zostały dodane do jej samodoskonalenia, bo jakby mogłoby się stać inaczej ze względu na zachłanność swojej natury i przeogromnego, wciąż rosnącego apetytu, którego nie mogła ugasić nie ważne ile by powzięła we władanie... Ciągle uważała że to za mało. Jej imię nadal znaczyło niewiele w większości światów... Rzadko kto drżał na jego dźwięk, a co już mówić o jej najskrytszym marzeniu... Strachu na samą myśl wymówienia tych czterech liter...
 
Otworzyła przejście z łatwością mając dwa pomiary z zaklęcia i ruszyła swą cząstkę na nową ucztę wypełniając tamten świat istot podobnych do Zara mrokiem i zniszczeniem osuszając go ze wszystkiego co dobre. Złego i niepotrzebnego nikt nigdy nie ruszał... Nie chciała zostawić tam kompletnie nic, co by wskazywało na ich obecność tam kiedykolwiek. Taka była jej rola w przyrodzie dążąca do zachowania równowagi.
 
Ktoś trudził się ich stworzeniem mając jedną boską myśl... Kto inny musiał to stłuc, by zrobić miejsce na coś zupełnie nowego mimo że miejsca wcale nie brakowało... Taki właśnie panował wszechobecny cykl czy to w naturze... magii i większości samodzielnych rzeczywistości... Narodzin i śmierci... Tworzenia i niszczenia... Długo można byłoby takie kontrastujące zagadnienia wymieniać. Tylko po co? Jak przychodziło to drugie, to nigdy nie pytało o zgodę. Po prostu nastawała ciemność w każdym momencie, gdy działo się za dobrze.. Było za idealnie..
 
***
 
Jak już zostało powiedziane: niezwykłe posiadała spojrzenie Monika pełne mistycznej potęgi sfer, pozwalające patrzeć i widzieć nie konieczne to co chciało być zobaczone, ale i tak przed nią stawiano kolejne wyzwania... Lodowe pociski to było odrobione za mało... Sama używała tego żywiołu w pierwszej prawdziwie odbytej walce z tamtym jednorożcem o bardzo ognistej naturze... Po tym o nim zapomniała, gdyż miała coś lepszego w swoim ekwipunku... To wydało się takie proste i nie wypadało zaprzeczać, gdy wyrzuciła na ułamek sekundy cały plan z zakresu swojego widzenia, postrzegając świat przez jego materie będącą jej własnością w każdej postaci, jak gdyby nie istniała.
 
Zobaczyć jednak, nigdy nie znaczyło zrozumieć naturę rzeczy tego co się właśnie stało... Mogła mieć wątpliwości ale za bardzo wierzyła we własną potęgę, by wzbudziło to w niej jakiś większy efekt. Siebie samą uchroniła sprężając powietrze powodując fale uderzeniową wyciszającą wybuchy... Podstawa fizyki... Fale mogły się wyciszyć lub też wzmocnić zależnie od ich częstotliwości...
 
Czas i chwile były bardzo cenne... Gdyby ktoś sprzedawał je na kilogramy... Znaleźliby się tacy co sprzedaliby je, by móc żyć jedną chwilą pełną mocy i umrzeć zupełnie szczęśliwi znając dzień, kiedy rozpadną się w proch na oczach wszystkich przykładowo na klifie jakiegoś oceanu, żeby nadać temu większego wyrazu... Również ta wielkość fizyczna określana była jako duże "T". Miała wpływ na całą materię... Wzór na prędkość poruszającego się ciała brzmiał: droga podzielona przez czas. Einstein stwierdził że sekundy nie dla każdego płyną tak samo, co naukowcy udowodnili lata później...
 
Monika jednak wcale nie musiała o tym wiedzieć, gdy nad polem pojawił się krąg czasowy wykonany z tych samych złotych piasków co zawsze wydłużający trwanie sekundy wielokrotnie względem jej upływu aż do zamrożenie tamtejszej przestrzeni, gdyż prędkości stawały się widoczne na poziomie atomowym niemal zatrzymując tym ruch miasta i jego mieszkańców, które i tak stanowiło coś co było chwile temu jej...
 
Mogła pomyśleć ale jeszcze nie za długo gdyby nie atakujące ją koszmarki z wielkiej dłoni co była za blisko i jej krąg nie zdołał ich uchwycić, a jedynie tylko przez moment spowolnić anomalią temporalną... Tam nie miała tej swojej chwili... Ktoś kiedyś jej powiedział... Wyobraźnia to twoja największa potęga... Marzenia to ostrza, pozwalające sobie utorować drogę w życiu dalej i właśnie ostrzami stały się ukształtowane wolą pióra mające pozwolić jej to wygrać, co oderwały się od skóry zmieniając anielskie skrzydła w błonę lotną jakiegoś demona... Niewiele trzeba było zrobić dalej, gdy zaczęły dzielić się chaotycznie w niezliczone ilości powoli zanikając...
 
Pióra zawirowały ze świstem niesione lekkim wiatrem poruszającym również włosami Moniki tworząc szczelną tarcze wokół niej... Strach... Czy jak mogła na nie patrzeć, to znaczyło że są straszne? Nie ruszyła jej ta gierka nie dotykająca duszy, nie przenikająca chłodem kości i unieruchamiająca spiętych mięśni gotujących się do ucieczki w drgawkach niemocy... Mogła zrobić wszytko będąc całkiem świadoma swoich zdolności... Nieświadoma miałaby naprawdę problem jak z tamtym tornadem... Niepewności... Wyzbyła się ich w labiryncie.
 
Wichura fioletowych ostrzy ruszyła siatkując to co wrogie i chroniąc wnętrze... Na jej lewej ręce rozbłysły krwiste runy, gdy zaczęła pobierać jeszcze większą moc ze źródła zniszczenia... Wszystko co wyszło przez jej ręki miało jej podpis o przeciwnym znaczeniu nieważne czy była to czysta postać, czy naruszenie praw własnościowych... Wystrzeliła krótki czarny pocisk do źródła problemu u podstaw, by poddać całość anihilacji materii po przez wzajemnie unicestwienie cząstek twórczych. Jednak ich siła została ograniczona tylko do rozbicia tej przeogromnej dłoni w małym błysku po którym została tylko idealnie okrągła dziura w podłożu. 
 
Dwa znaki na prawej dłoni zaczęły ją coraz bardziej piec informując że musi kończyć ze wstrzymywaniem chwili na tak wielkim obszarze... Krąg pękając sam z siebie i puścił czas, rozpryskując się po tym jak rozświetlające niebo fajerwerki w nowy rok. Chwila uderzyła we wszystkich sprawiając że na lodowym mieście pojawiły się pęknięcia nie przypominające niczego dla postronnego obserwatora... Jednak Monika widziała coś w tym wielkiego... Pradawnego smoka, który spał pod miastem, by obudzić się w jednej chwili...
 
Mury miasta puściły, gdy bestia zbudowana z lodu wyszła z jego wnętrza na powierzchnie poruszana tylko pojedynczą myślą dając tej istocie krótkie życie... To wystarczyłoby zniszczyć całość i zmiażdżyć jego mieszkańców pod warstwami lawiny, która wystrzeliła z jego paszczy dogrzebując wszystkich... To byłoby na tyle z tego zaklęcia, gdy swoją wodę zmusiła do parowania, tworząc potężne chmury ograniczające widzenie...
 
Co do samej zegarmistrzowskiej kopii... Schowała ona do swej kieszeni jej portal, a ten był przesycony jej mocą twórczą... Niewiele trzeba było zrobić, by z jednego powstało drugie... Portal zmienił się w bezwładną niewielką kule białej mocy, by z tego wykiełkowało coś jak nasionko, co z kolei zakorzeniło się w kopii ekstraktując jej moc i spalając ją w postaci rozrastających się energetycznych pnączy bluszczu, krępujących okowami o proporcjonalnej sile do celu... Więziło to przepływ magii i nie liczyło się z faktem czy ktoś jest cielesny czy jednak nie...
 
- Pora na porządny restart... - wysyczała przez zęby lekko zdenerwowana, pozwalając się skupić kryształkom na jej lewym przedramieniu formując niewielką kulkę w dłoni... Przestrzeń została już dość naruszona, by mogła wykonać ten ruch i znaleźć się tam gdzie powinna od samego początku. Tylko na to czekała...
 
- Pragnę powitać cię w krainie luster... - Otworzyła szeroko ramiona mówiąc to. - Gdzie odbicie pragnie cię jedynie zabić, a twoja moc jest równa lustrzakowi nieważne ile się jej ma... Magia zupełnie traci na znaczeniu, gdy nie wie jak się przeżyć... Potęgi przestają nimi być we własnym obliczu. Powodzenia w starciu z wypranym samym sobą. Wielu próbowało przejąć nad nimi kontrolę czy próbować się ich pozbyć, pieczętować... Bezskutecznie... Zawsze wracają do stanu właściciela unicestwiając poprzednika... Niekończąca się pętla... a by to mieć... A nie powiem, by było zabawniej... Sam zobaczysz... Dlaczego...
 
Wzięła głębszy oddech, gdy pociągnęła mikropęknięcia powodując załamanie się planu materialnego i wypełnienie go chwilowym srebrnym światłem po przez naświetlenie go spalającą się kulą z ręki będącą mostem między jednym a drugim, gdy łączyła dwie rzeczywistości w jedną w ograniczonej skali otaczającymi barierami... Jedna warstwa była zastępowana przez inną... Wszystko co było dookoła się zmieniło... Każda powierzchnia stała się lustrem do głębi wypełniona twardym szkłem... Magiczne obiekty straciły swoje stare właściwości zastąpione zupełnie innymi wynikających tylko z surowych właściwości fizycznych planu i jego zasad... Dopiero wtedy spojrzała z wyższością na kopie, która nie miała odbicia, czyli musiała być dobrą sztucznością czego nie poczuła... Wtedy zorientowała się że wystrychnięto ją na dudka, co już przerabiała niekoniecznie tutaj...
 
W jej rękach zebrała się nerwowo moc obu źródeł... Czekała gotowa na obronę i atak. Jej spojrzenie latało w poszukiwaniu jakiejś postaci... Bo jeśli był wstanie zrobić coś takiego... To do czego jeszcze mógł się posunąć, gdy przypisała arenie własne zasady? Nie wiedziała i to zbiło ją z tropu że ufała odrobinę za bardzo sobie... Energia zaczęła opasać całe jej ramiona, a pióra które zgubiła odrosły błyskawicznie. Zaczynała mieć coraz mniej miejsca na błędy...
Edited by Hoffner

Share this post


Link to post
Share on other sites

Zasady walki były jasne. Organizatorzy zabraniali zabijania, we wszelakiej formie, bowiem nie było w tym nic wspaniałego ani tym bardziej widowiskowego.

Zegarmistrz znał i rozumiał rzeczy zanim te się wydarzą. Rozumiał skutek zanim jeszcze narodziła się przyczyna. Zaklęcie użyte w tamtym pokoju dało mu dostęp do tak wielkich sił, że nawet jego samego one przerażały.

A teraz poczuł jakby mu wyrywano serce z ciała.

To efekt zespolenia, pełnego, z jednym światem - rodzinnym wymiarem Zara.

Coś pasożytowało na nim, coś wysysało z niego energię, nie rozumiejąc podstaw działania wymiaru i próbując go sobie wyjaśnić wedle własnych upodobań. Już teraz czuł jak wielu pobratymców jego kryształowego przyjaciela umiera, tracąc życiodajną energię. Bowiem rasa Zara żywiła się każdą energią - tą pozytywną i tą negatywną, elektryczną, życiową, statyczną i kinetyczną. Ich świat, już ubogi, dawał jej tylko tyle, by trwać, a kiedy coś zaczęło z niego wyrywać tą odrobinkę, Zegarmistrz to czuł.

Wiedział i wyczuwał, co to takiego. Rozumiał co i jak to robiło.

Przestała go obchodzić armia, której dał dostęp do areny, przestała obchodzić go przeciwniczka, która teraz próbowała czegoś z jego klonem.

Uczucie które go ogarnęło, miało niewiele do czynienia z zasadami czy nawet myślami. Oczy zasnuła czerwona mgła a zęby zacisnęły się do krwi.

- Więc to tak. Zgoda, dobrze, tak chcesz się bawić, to tak będziemy się bawić.

Wyciągnął z kieszeni wszystkie 7 pierścieni - czerwony, czarny, pomarańczowy i żółty. Zielony, błękitny i purpurowy.

Przyglądał im się przez chwilę po czym bez słowa nałożył je, jeden po drugiem. A kiedy poczuł energię z nich płynącą i ciężar obietnicy, że nigdy więcej ich nie użyje, zaczął swoją inkantację.

- Wydaje ci się że jesteś potężna, co? Pora nałożyć psu kaganiec.

Wystawił przed siebie obie dłonie zaciśnięte w pięści, tak że pierścienie celowały przed siebie.

In blackest day, in brightest night,

Beware your fears made into light.

Let those who try to stop what's right

Burn like my power, Clockwork might!

Zółty pierścień wystrzelił wiązkę która rozerwała Przestrzeń i Czas, pozwalając mu nie tylko wejść do świata Zara, lecz także zintegrować go z jego wymiarem, także energia z wszędobylskich zaklęć zaczęła ożywiać umierających. Potrzebował ułamka chwili by zlokalizować pasożyta, któremu teraz pisana już była tylko śmierć.

Głosem potężnym niczym trąby Jerychońskie dał upust swym uczuciom

- ZAR, ZABIERZ BRACI JAK NAJDALEJ ODE MNIE. A TY - wskazał palcem przez odległość z taką łatwością, jakby pokazywał komuś linijkę tekstu w książce - TY TERAZ ZGINIESZ.

Pozwolił by czerwony pierścień zasilany jego energią, która w połączeniu z furią i dziką magią samoczynnie się potęgowała, rozświetlił się, zalewając czerwienią cały wymiar. Bezmiar tego blasku był tak ogromny, że gdzieniegdzie, w innych wymiarach, zaczęły pękać spoiwa przestrzenne, ukazując czerwone błyskawice wyrw.

Luge mogła być czym chciała. Bóstwem, boginią, pasożytem, bytem eterycznym lub materialnym. Właściwością fizyczną, czyimś wymysłem, guzem mózgu o imieniu Anthony czy nawet cholerną książką po którą zasięgła cholerna Alicja.

A teraz, dla niego, była celem.

- Ośmieliłaś się podnieść rękę na moich braci i moje siostry. Bawiłem się z tobą i twoją dziewką - słowo to wypluł niczym przekleństwo - ale tobie widocznie mało. Dobrze, proszę, oto cała moja moc, oto całe moje jestestwo. Gotowa jesteś na ucztę? Bo zdechniesz z przeżarcia!

With blood and rage of crimson red,

Ripped from a corpse so freshly dead,

Together with our hellish hate,

We'll burn you all--that is your fate!

Nie tylko Monika mogła sobie wyobrażać rzeczy. Ta sztuka nie była czymś niezwykłym, bowiem już wcześniej były istoty, które też ją potrafiły. A ponad to, Zegarmistrz miał całą wieczność, by przyjrzeć się Monice. Od chwili narodzin, od chwili kiedy jej rodzice się spotkali po raz pierwszy, od chwili kiedy uczyła się chodzić, mówić, obserwować. Był tam wszędzie i był zarazem nigdzie, dlatego nigdy go nie widziała. A teraz zamierzał zrobić jej przykrość, zabijając byt który być może sobie ubzdurała. Jej własnym sposobem.

Wyobraźnia to zaprawdę wspaniała rzeczy, specjalnie kiedy jesteś wypełniony furią tak wielką, że potrafisz przelać ją w kogoś, by wypaliła wszystko na swojej drodze niczym ciekły metal.

I to też uczynił, wlewając w tego pasożyta, ten twór całe swoje JA. Unicestwiając ją, je, jego, piętnując całą istotę przyczyn i skutków, które do tego doprowadziły.

Na wszystkich planach, we wszystkich sferach, w każdym czasie i każdym miejscu. Wypalał to coś z umysłu każdego, kto znał, widział, słyszał cokolwiek o niej. Umieścił ją w tornadzie swego szału, rozrywając na strzępy niczym wygłodniałe zwierze.

Nawet nie zastanawiał się, czy Monika poczuje unicestwienie tego czegoś. Czy wyczuje jakąś stratę? Czy w ogóle zda sobie sprawę z tego, że czegoś zapomniała? A może obudzi się gdzieś, nie wiedząc o czym śniła?

Te i wiele innych pytań może i by go zastanawiało, gdyby nie czyn którego się dopuszczał.

Czystej rozkoszy związanej z anihilacją czegoś trwałego.

Pierwotnych odczuć, które prowadziły do istnego "genocide".

A kiedy skończył, Luge przestała istnieć.

Nie tak jak zdmuchnięty płomień, bowiem po nim zostaje chociaż dym i pamięć, świadomość że jeszcze chwilę temu było tu coś ciepłego. Nie, Zegarmistrz kompletnie wymazał to coś, tą abominację, zewsząd. Raz i na zawsze.

Opadł na kolana zmęczony i pełen żalu. To co zrobił, zrobił z przyjemnością, której nie będzie ukrywać. Lecz mimo tego, przepełniał go ból straty, bowiem, ponownie, doprowadził do nieuniknionej śmierci inny byt.

Wstał z klęczek, tak zmęczony i styrany, lub może zwyczajnie stary. Kto wie, może właśnie robił się za stary na te całe walki? Może powinien zostawić to miejsce młodym magom, którzy pragnęli udoskonalać swe moce?

Skupił się na kolejnym z pierścieni, wciąż czując żal, by przenieść się z powrotem na arenę. Walka która tam trwała musiała zostać zakończona, lub może raczej dokończona. Teraz, gdy jego myśli nie przyćmiewał już ogień, wyczuł w jakich tarapatach znalazł się jego klon i całe miasto które przyzwał. Na szczęście samo miasto nie ucierpiało nic a nic, bowiem istoty w nim mieszkające miały niezwykłe właściwości - nie mogły skrzywdzić samych siebie. Ich bronie przelatywały przez siebie, ich ataki przenikały się niczym promienie światła. Tak i smok był mieszkańcem tego świata, który to zalał przenikającą wszystko lawiną istoty kompletnie tym nie przejęte. Dopiero kolejne zaklęcie spowodowało, iż władczyni Lemurii, Ragnis, zamknęła wyrwę w przestrzeni, chroniąc swoich poddanych. Umowę z Zegarmistrzem miała prostą, mogła mu pomagać ale nie za cenę swoich subiektów.

Sam zaś klon poprzestał działania, żeby nie przyłożyć samemu sobie w nieznanych mu okolicznościach.

- Dobra, trzeba wracać.

In fearful day, in raging night,

With strong hearts full, our souls ignite.

When all seems lost in the War of Light,

Look to the stars, for hope burns bright!

Błekit zalał i wypęłnił jego osobę, przenosząc go prosto w objęcia jego własnego klona.

- No, nie śpieszyło ci się zbytnio, nie?

- Sam rozumiesz, musiałem załatwić to i owo, a tutaj?

- Szefie, tutaj to mamy problem.

Klon wlał się w niego, dając mu obraz i świadomość swego JA, przez co Zegarmistrz mógł w pełni być. Rozszczepianie duszy nigdy nie było jego ulubionym zaklęciem, a zbyt długotrwałe jej rozdzielenie mogło być nadmiernie wręcz niebezpieczne.

Rozejrzał się szukając wzrokiem oponentki, by zobaczyć na własne oczy, czego dokonał.

Ponad to wszystko chciał zobaczyć, do czego będzie zdolna teraz.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Czas zatrzymał się dla Moniki, gdy pewna część jej pamięci przestawała istnieć... Rzeczy traciły znaczenie, bo jak mogło istnieć opowiadanie fantasy bez głównego antagonisty w nim zawartego? Z nieba zaczęły spadać chaotycznie całe zeszyty, ponadpalane kartki, złamane ołówki, a wszystko to zmieniało się w proch, z którego kształtowały się w dziesiątki postaci wokół dziewczyny... Jej spisane wytwory wyobraźni... Rycerze, magowie, smoki, anioły, demony, stwory i wszelakie zwierzęta mniej lub bardziej fantastyczne...

 

Widać po całym towarzystwie że miała wielkie zamiłowanie do kotów jako istot magicznych obdarzonych niezwykłymi zdolnościami... Ona jednak zawiesiła się przetwarzając to wszystko, nie chcąc się pogodzić z tym wszystkim, co się właśnie wydarzyło. Jej głowa ruszała się na boki w spazmach. Czegoś brakowało jej, a ona nie chciała się z tym pogodzić, szukając to i wprowadzając setki zmian przy okazji... Znajdowała drogę u korzeni... Musiała istnieć równowaga, która musiała wypełnić nie możliwą do zapełnienia lukę... Bez chociażby jednego puzzla, układanka nigdy nie mogła zostać ukończona...

 

Z opadających popiołów ukształtowała się jedna wyjątkowa postać, co zstąpiła na pole walki przed zdyszanego maga... Wilczyca z rogami antylopy i pokaźnymi skrzydłami orła będąca korzeniami dla dalszych generacji zniszczonego chwile wcześniej tworu... Z tamtą miała tylko jedną rzecz wspólną... Czerwone ślepia w postaci ogników z gasnącą pewnością siebie że nie stanie się kolejnym celem ataku. Jej cele i moralność znacznie się różniły. Tak jak reszta uległa zmianie... Cała spisana historia, bo niespisana prawda mogła się zawsze zmienić. To się właśnie działo. Kolejne zeszyty zaczynały się składać odzyskując utracony wcześniej sens wypalony zaklęciem...

 

- Zegarmistrzu... - odezwała się delikatnie i niepewnie, a głos jej był jak szeleszczenie stron na wietrze... - Potężne zaklęcie, tylko coś ty zrobił biednej Monice przy okazji, co dawała wole tym, co jej nie mieli na własnym polu... Złością i zemstą nigdy nie kończy się dobrze historii, coś powinieneś o tym wiedzieć... Przeżyć katharsis... Wielka moc jeszcze większa odpowiedzialność. Wymazując jej kajdany uwolniłeś ją z pod własnej woli, bo ta miała historia kierowała się ku upadkowi... Teraz rzeczy pewne straciły swe oparcie... Zakończenie zmieniło swe miejsce... - mówiąc to, a jej ciało było przepisywane i rozpadało się zmieniając w jeden z wielu rysunków, by znaleźć swe miejsce w stercie makulatury, co zaczęła krążyć wokół dziewczyny wraz z setkami ostrych ołówków w pierścieniu. - Nie wiń jej... Ona i tak nie miała na to wpływu... Została pochłonięta przez samą siebie w woli twórczej, co sama zyskała jakąś świadomość, którą widziałeś i zdążyłeś osądzić... - Tak brzmiały ostanie słyszalne słowa. Reszta była tylko niezrozumiałym szelestem.

 

Ciało Moniki otoczyła bezbarwna moc psychiczna wyczuwalna w powietrzu, powodując stosowne zmiany w jej osobie i historii. Skrzydła rozwiały się na tysiące fragmentów, by rozpaść na tysiące zanikających piór, a dwie zupełnie różne rękawice zmieniały się na całkowicie białe wykonane z cienkiej skóry, tak jak jej ubranie wracało do stanu oryginalnego ~ nienaruszonego turniejem... Prawy jej nadgarstek oplatał długi łańcuszek z kryształowym wahadełkiem... Opadła powoli na podłogę, gdy jej umysł wracał do równowagi. Oczy otworzyły się, gdy wróciła jej świadomość...

 

- Ktoś, coś mi zabrał... - mruknęła niewyraźnie skupiając się ale nic jej nie dawało... Spojrzała na otoczenie... Lustra ją otaczały powielając jej odbicie. Odbijały się w nich jej przekrwione oczy. Do czego miały służyć nie wiedziała, więc plan stracił swą moc po przez stratę sensu w jej głowie, co musiał zostać odzyskany kiedy indziej... - Wiem że jest to walka... Turniej... Finał... - myślała na głos. - Mój przeciwnik... - Próbowała przypomnieć sobie jego imię. - Zegarmistrz! - Ucieszyła się znajdując stosowną odpowiedz na własne pytanie, a jej wzrok spoczął na zdyszanym oponencie. - Cały jesteś? - To wyszło z jej ust, może było dość szorstkie ale miało w sobie jakąś troskę.

 

Z książek zaczęły wyciekać litery na fioletowych pasmach skupiające się wokół jej ramion stanowiąc uosobienie całej jej mocy... Nie mogła być pewna co do tego co miało się wydarzyć, więc musiała być gotowa na wszystko. Miała tylko urywki przed oczami tego co się wydarzyło. Niepokoiło ją to. Całe reszta informacji została przed nią szczelnie zamknięta za potężną ścianą. Ostatnią rzeczą jaka skupiła się tam były jej własne łzy ~ płynne emocje.

 

***

 

Lüge została wymazana zewsząd, w każdym czasie i miejscu... To stwierdzenie jednak odbiegało od prawdy ale tylko odrobinę... Został sam Zegarmistrz i jego pamięć, gdyż widział wszystko. Każdy moment gdy powstała i znikała... Jego Ja zmieszane z demonem podczas jego niszczycielskiego szału, po którym był pewny że skończył z tym raz na zawsze... Człowiek bywał jednak od zawsze omylny, a z jednego ziarnka wyrasta zboża łan. Z samej jego pamięci i chwilowej nienawiści w okolicach szukającej rozwiązania zagubionej Moniki wystarczyło żeby koszmar oboje mógł powrócić na nowo w jednej iskrze twórczej...

 

Wyrzuty moralne tylko przyśpieszyły proces kiełkowania, gdy zaczęła wyrastać na tych wspomnieniach zakorzeniając się coraz głębiej, znajdując moc w starych, zastygłych już emocjach, pobudzając je powtórnie w postaci fali przymusowych wspomnień, które rzuciła w wir jego świadomości, by czerpać z nich nowe pokłady mocy zmuszając go do oglądania ich powtórnie bez żadnych limitów ~ zarzucając informacjami. Smutki, żale, radości, zwycięstwa, których było bez liku skoro tyle widział i przeżył, przykrywając tym świadomość cieniem, gdy wszystko po kolei znikało ostatecznie znajdując ostatecznie ulgę, pożerane w nienasyconym żołądku wilczycy...

 

Istotnie można było porównać ją do zarazy, gdy chciała zacząć pochłaniać najpierw większą część pamięci, następnie moc, później ciało, by móc odrodzić się ponownie już całkowicie niezależna... Skoro i tak już nie mogła więcej zrobić to czy coś jeszcze miała do stracenia? Nie miała i tu tkwiła jej siła a także przekleństwo. Stała się zbiorem pustych myśli ruszonych wolą... Samoświadomością co nie chciała go już nawet zabijać tak jak on chciał uczynić z nią... Nie. To w jej myśli było za łagodne działanie. Chciała go ostatecznie wykorzystać i porzucić, by w ostateczności cierpiał dalej z myślą że nie mógł nikogo uratować jak ruszy dokończyć dzieła, a w zasadach turnieju nigdzie nie została ujęta wzmianka o przyzwanych tworach, istotach itp... Wszystkie zasady odnosiły się do magów i na nich się skupiały, by przeżyli... Jej działania więc w świetle tych zasad były zupełnie legalne, które wykonała na mieszkańcach tamtego wymiaru z nim połączonego... Bezpośrednio go nie dotyczyły.

 

- Ja ci dam twój kaganiec... Twoja głowa pęknie na pół, zanim ja dostanę kaganiec... Ty... - grzmiała w jego głowie - mnie chciałeś się pozbyć... Mnie! Gdy mogłam grać w swe gierki jeszcze długo bez przeszkód. To ty zapłacisz zamiast przecierpieć stratę! - ryczała poniżona wilczyca, a pod nim pojawił się przeogromny krwisty krąg w którym zaczęły zbierać się kłębiące cienie, iskrzące czarnymi błyskawicami, a te formowały się w kolejne sześć cienistych wilków podobnych do niej samej. Tylko po to by pochwycić ofiarę przebijając jej zbroję, rzucając się do samego gardła... Dostać się do krwi i ciała, które czuje ból oddziałujący na psychikę...

 

Jednak ani krąg i jego twory miały nie istnieć w rzeczywistości. Wszystko to miało stanowić grę psychiczną i iluzją stanu faktycznego odczuwanego mentalnie, by się nie bronił przed realnym zagrożeniem podczas wymierzania kolejnego samosądu na arenie, odbywającego się z kolei tylko w jego głowie, a nie w czasie i przestrzeni. Skupił się na czymś innym, dając potrzebny czas na wykonanie stosownego wyroku w jej osądzie. Nie sadźcie byście nie byli nie sądzeni... Te słowa zyskiwały w tym wydaniu ogromną moc, gdy to ona go niszczyła chcąc sprowadzić do stanu krytycznego...

Edited by Hoffner

Share this post


Link to post
Share on other sites

- Jak myślisz złotko. czemu, mając wszystkie dostępne środki, nie wymazałem cię z własnej głowy?

Pozwolił jej jeszcze chwilę biegać luźno po jego wspomnieniach. pozwolił jej zrozumieć w czyjej głowie była.

By zrozumiała tak prosty strach, że cały jej gniew miał tak naprawdę zamaskować strach. Wbrew pozorom, nikt nie chciał umierać.

A jednak była w głowie kogoś martwego, wypalonego na wskroś, wspomnieniami wojen, śmierci i zagłady. W głowie mordercy, wariata, szaleńca któremu niestraszne było Piekło.

Wygodnie? Bo właśnie załatwiłaś sobie miejsca w pierwszym rzędzie w dniu Apokalipsy dziecino.

Bo śmierć to nudna rzecz.

The Blackest Night falls from the skies,

The darkness grows as all light dies.

We crave your hearts and your demise,

By my black hand, the dead shall rise...

Czerń wiecznej pustki, ciemność pełna śmierci. Ostateczny koniec. Nagłe wstrzymanie, niczym zdmuchnięta zapałka.

I po raz pierwszy w swym istnieniu Luge mogła poczuć strach. Nie obawę, nie nie pewność, lecz czysty, zwierzęcy strach, bowiem niezależnie od tego jak mocno się miotała, to stanęła przeciw komuś z o wiele wyższej ligi.

Przelał to co z niej zostało do wnętrza pierścienia z czarnego granitu, w którym, tak jak teraz ona, były zamknięte liczne istoty, niektóre potężne, inne zabójcze, a jeszcze inne zwyczajnie na obecną chwile nieśmiertelne. Ale łączyła je wspólna rzecz - tak długo jak ktoś poza Zegarmistrzem nie nałoży pierścienia, tak długo nie mogą się z niego wydostać, ba, nawet komunikować poza jego bariery. Wewnątrz pierścienia mogła robić wszystko co chciała, bowiem przeklęta była wiecznym snem. Mogła widzieć jak niszczy światy, mogła stawać się ich zbawcą lub ich zagładą, lecz ponad to, wszystko działo się tylko w jej własnej, nazwijmy to, głowie.

Kiedy skończył, całe jego ciało dymiło, roznosząc w powietrzu zapach spalenizny.

- Bogowie, to nawet nie było śmieszne.

Skupił się na przeciwniczce. Zużył zbyt wiele energii w zbyt krótkim Czasie, teraz musiał ostrożnie postępować, żeby nie nachapać się biedy.

Zatem teraz najwyższą porą było udowodnienie, dlaczego zwą go Zegarmistrzem.

- Tempus!

W przestrzeni między nim a Moniką pojawiło się pełno szarych, na wpółprzezroczystych zegarowych tarcz. Wskazówki na niektórych poruszały się zwyczajnie, sekunda po sekundzie. Na innych obracały się niczym ramiona wiatraków, na jeszcze innych prawie wcale nie drgały.

Przesunięcia czasowe, jego popisowy as w rękawie. Odpowiednio dostosowane do jego osoby, przyśpieszały i spowalniały wszystko co dotkną. Lub wszystko co zechce je wykorzystać.

- Lime Bell.

Wsadził dłoń w przelatującą tarczę, na której wskazówki powoli się cofały. Jego ciało rozświetlił delikatny poblask błękitu, lecząc pomniejsze rany które zadała mu jego własna magia a także, w drobnych ilościach, odnawiając jej zasobność, przez co poczuł się trochę mniej wypalony.

- No, to teraz się pobawmy. Zobaczmy jak sobie poradzisz z tym. Exelimur Hora, halimus teratio!

Spod jego stóp wystrzelił we wszystkich kierunkach czarny dym, najpierw spowijając jego osobę, a potem cała arenę, ukrywając oboje zawodników, zarówno przez widownią jak i przed nimi samymi. Żaden rodzaj magicznego wzroku nie mógł przebić Czarnej Kurtyny, a fakt że Zegarmistrz nieprzerwanie ją wytwarzał, nie pozwolił na ot tak wciągnięcie dymu. Oszem, takie zagranie zebrało by większość dymu z areny, o ile nie cały, ale co z tego skoro na jego miejsce prawie natychmiast pojawił by się następny?

Zegarmistrz musiał odpocząć, a przeciwnik mógł się trochę pomęczyć w tym dymie, bowiem w powietrzu wciąż latały jego zaburzenia czasowe.

A gdyby tak Monika się nagle zestarzała o 10-20 lat, no, to mogło by być ciekawe.

Share this post


Link to post
Share on other sites
Wcześniej Monika musiała trzymać się jednego narzuconego jej przez własną wyobraźnie schematu... Nacinanie planu i interakcja z otoczeniem, by sprowadzić własne zasady i przeszkody. Przez Zegarmistrza wszystko uległo kompletnej zmianie, ale w tym pozytywnym sensie. Brak zasad ~ anarchia po przez wprowadzenie w życie słowa zamkniętego w podświadomości... Czysta moc tego czego już dokonała i tego co chciała jeszcze zrobić w życiu się obudziła, wypełniając jej umysł piękną wizją wspaniałych czynów. Od to co ją otaczało w postaci fioletowych wstęg... Najprawdziwsza potęga pochodząca wprost z jej głowy...
 
Zeszyty wokół przyjęły uderzenie temporalne, ukazały wokół niej barierę, na której były zgromadzone jej słowa, która zaczęła wtrącać we wszystko własne niepodważalne zdanie... Oznajmiając: Nic nie zmienisz. Nie przejdziesz! Tworząc tym jej kontrolowaną sferę bezpieczeństwa... Tam stać spokojnie mogła całe wieki niewzruszona...
 
- Morze wszelakich uczuć...
Spisanych smutków i radości...
Miliony ułożonych w całość słów...
Oddajcie mi dziś włożoną w was moc!
 
Moc więzienia tego co się wydarzyło.
Tego co się jeszcze wydarzy.
Opis tego co nie nastąpi...
Potęgę włożonego w was trudu! - powiedziała pewnie to co przyszło jej na język, a wstęgi wokół niej przybrały na wielkości, gdy zaczęła budzić jeszcze więcej spisanych wspomnień na kartkach wokół niej.
 
- Czasem się bawisz... Sama to robiłam! - powiedziała ostentacyjnie. - To moja sztuczka... - Zmrużyła chytrze oczy, chwytając jeden z najnowszych zeszytów i otwierając go na losowej stronie. - O tutaj! - Pokazała palcem, udowadniając swoją rację na stronie z zapisanym pojedynkiem z Spacetime Dancerem, gdzie wszędzie było wymazane imię Lüge i każdy jej najmniejszy opis, czy synonim, jako że nie mogła już istnieć w żadnej pamięci... Niektóre strony wręcz straszyły białe ale większość przetrwała niezmieniona z powodu niemożliwości zmieniania w nich niezaprzeczalnej prawdy, co się stało... Jeszcze nie nadszedł na to czas, by ktoś znalazł na to odpowiedz i zapisał to ponownie według własnego uznania... Zwłaszcza Monika nie miała chwili, by do tego usiąść i uporządkować wszystkie zagubione wspomnienia wiążąc to co pozostało.
 
- Słowa dają zasady.
Świat je łamie bez trudu... 
Pokażcie dziś swą prawdziwą moc...
Urzeczywistnione spojrzenie...
Wprowadźcie równowagę,
na swych żelaznych konarach!
 
Czas mógł płynąć w różnym tępię... Znaczenie słów mogło ulegać ewolucji i zmianą w całym okresie, ale ich znaczenie w głowie Moniki nigdy nie mogło ulec zmianie póki dychała i trzymała w zaciśniętych rękach ołówek... Zawsze znaczyły dokładnie to samo i ani kapkę dalej. Było tylko to co spisane dla niej... Z jednego z zeszytów wystawił niezależnie głowę atramentowy lis zbudowany z prostych pociągnięć i zaraz się schował spłoszony tym wszystkim co działo się dookoła...
 
- Zaczynamy zabawę! - rzuciła wesoło kształtując ze wstęg kulę, którą następnie wyrzuciła daleko za siebie... Nie było to materia... Czas nie mógł tego zatrzymać... Czar nie mógł osłabnąć, gdy był stałą na warunkach w głowie Moniki ~ urzeczywistnionym, niezachwianym słowem.
 
Kula zatrzymała się z trzydzieści metrów za nią tworząc fioletowy krąg o niezwykłym wzorze, wykonanym ze wstęg na kształt korzeni zbiegających się do środka... Brakowało tylko drzewa, na które to nie trzeba było długo czekać, gdy zaczęło się wybijać w błyskawicznie na wiele metrów w górę korzeniąc się w szkle że słychać było łamanie wielkich brył... Stanął tam wielki dąb wykonany z fioletowych wstęg...
 
- Cztery pory roku...
Zima - czas przetrzymania!
Wiosna - czas rozkwitu!
Lato - czas owoców!
Jesień - czas przemijania...
Drzewo długowieczne...
 
Z kolejnymi jej słowami drzewo najpierw wydawało się martwe... Później pojawiły się na nim pąki, następnie wykształciły się liście i owoce... Wszystko wydawało się bardziej niż nierealne niestety wszystko skąpane było nadal w mroku poza wzrokiem wszystkich... Jesienią wiatr zerwał wszystkie liście, a żołędzie potoczyły się po całym placu, a gdzie się dotoczyły rozkwitały na nowo tworząc następne równie wielkie drzewa w ten sam sposób co wcześniej. Tak tworzył się święty gaj będący symbolem równowagi i jedności świata... Tak też kształtowała się wielka pieczęć wykonanych z korzeni.
 
- Korzenie mocne...
Oprą się wszelkiej burzy...
Kamień rozsadzą.
Nic nie przetrwa w ich sile!
 
Dym otaczał wszystkie gałęzie, a te same opisywały go wielokrotnie jako czarną mgłę kontrastującą z całą resztą wszelką epiką i wierszem, zyskując tym na mocy odebranej po przez słowo zaklęciu przeciwnika wymazując go kawałek po kawałku przez spalanie opisów, co równoważyło jego ciągły napływ z jednego punktu po przez utylizację w wielu miejscach jak przystało na wielki las... Wtedy jak się odrobinę przejaśniło okazało się że niebo pokrywają chmury wykonane z liści...
 
- Cztery pory roku...
Uwolnienie!
Sceneria jesiennego smutku ~
Burza dębowych liści! - rzekła z samozadowoleniem i wtedy się zaczęło.
 
Liście porwał po raz kolejny wiatr myśli, ścieląc się między konarami niczym istna powódź, mieszająca się z kłębami dymu tworząc niezwykły widok... Wzrok mógł zostać sztucznie zdławiony. Moc Zegarmistrza była przytłaczająca, a jej źródło jedno... Słaba istota pokroju nieprzesiąkniętego magią człowieka rozpadłaby się w pył, nie mogąc znieść mocy od niego się wydobywającej. Miałaby to Monika przeoczyć, nie musząc nawet dobrze celować? Wystarczyła jej uczucie jego obecności na oko, gdzie się znajduje, by delikatnymi ruchami dłoni wprawiać w ruch wszystkie swoje powstałe ostrza, napływające zewsząd, by trafić w jeden wyznaczony im punkt. Wiedziała że to mało, ale na początek musiało wystarczyć póki jej moc nie miała jeszcze bardziej wzrosnąć.
 
W tym samym czasie pod nim rozsadziło się podłożę pękając dając miejsca korzenią, mającym unieruchomić jej przeciwnika wiążąc jego kończyny, jakby tylko udałoby się im do niego dotrzeć... Przykuwając go kajdanami ze słowa.
 
- Pieczęć równowagi!
Wiązanie jedności.
Czas, miejsce i akcja!
 
Tym chciała walczyć z Zegarmistrzem... Im większa pieczęć tym większa jej moc, by przeciwdziałać jego anomalią temporalnych mających być związanymi korzeniami i koronami tychże drzew... Tak właśnie wyrosła przeogromną kotwicą o ciekawych właściwościach, bo materiał użyty do budowy nie był wcale zwykły... Inną sprawą że cały czas się rozrastała...
Edited by Hoffner

Share this post


Link to post
Share on other sites

Kiedy oplotły go korzenie, poczuł się jak wtedy, kiedy zaatakował go Advilion. I ze smutkiem musiał stwierdzić, że przeciwniczka, mimo całego pokazu jaki jej zagwarantował, nie doceniała go. Poniekąd był to prztyczek w dumę, który, bądź co bądź, mu się należał.

Ale sam ten fakt nie mógł powodować że się podda od tak, prawda?

Na początek trzeba będzie pannicy pokazać, iż na świecie pewna jest tylko zmiana.

- Czy ty w ogóle zdajesz sobie sprawę ze swojego potencjału? Czas Pogardy!

Czerń wokół niego zamieniła się w zgniliznę, szybko powiększająca się bańka z ciemności, która zwyczajnie zamieniała w proch wszystko na swojej drodze. korzenie, drzewa nawet liście skierowane do ataku. Kolejne zaburzenia czasowe wybuchały w powietrzu, przynosząc coraz to większe zniszczenia.

- I co dalej dziecko? Sztuczki? Dowcipy? Możemy żartować cała wieczność, no przynajmniej ja mogę, bo nie wiem czy twoje ciało zniesie proces starzenia. Tak, starzejesz się, z każdą chwilą stojąc na tej arenie kradnę ci cenne sekundy. Ale już niedługo, sekundy zamienią się w minuty, a te w lata. Czy będziesz miała tyle samo mocy w wieku lat 50 co teraz? Albo 80?

Bańka wokół niej pękła, niczym wykonana z mydlin. Mogła poczuć jak bardzo duszący jest teraz dym który pokrył cała arenę.

- Ludzie i ich wyimaginowane podejście do czasu. Wydaje się wam, że zawsze go macie. I co? I marnujecie go, niezależnie od tego, jak wielkie macie plany z nim związane. Co, odgórnie uznałaś że skoro powiesz nie i tupniesz nogą, to wszystko będzie takie jakbyś chciała? W takim razie ktoś ci pannico musi udzielić lekcji życia. Lekcja pierwsza - każde zaklęcie z czasem słabnie, jeśli nie dostarczasz mu stale energii. Kula ognia po jakimś czasie się wypali, magiczny lód się roztopi a światło zblednie. A ja potrafię ten proces przyśpieszyć, wielokrotnie. O tak - pstryknął palcami i jeszcze więcej czerni wybiło spod jego stóp, pochłaniając coraz to większe połacie terenu, wbijając się w uliczki zamczyska przygotowanego do turnieju.

Wszystko wokół mogło by być snem, gdyby nie nagła pobudka mająca na celu zbudzenie śpiącej Księżniczki. Zegarmistrz już wcześniej się cieszył, że arena posiadała stosowne źródło energii, pod które mógł swobodnie się podpiąć. A teraz wysysał z niej ile się da, łatając stare dziury i uzupełniając zapasy. Kości mu mówiły, że czeka go zażarta batalia.

Patrzył jak czerń pochłania twory jego oponentki, jak rozbija je na cząstki a te zaś zwyczajnie przemijają. Patrzył na zaklęcie, które, mimo swej przydatności, napawało go obrzydzeniem. Bowiem zaklęcie to powstało w mało przyjemnych okolicznościach, zaś jego ofiary, gdyby mogły, posłały by twórcę do wszystkich diabłów. Nawet teraz można było słyszeć ich głosy, pełne gniewy i zemsty w otaczającej chmurze. Monika mogla wyczuwać jego obecność wcześniej, lecz teraz, dla niej, na arenie kotłowała się cała rzesza istot.

Istot, które chciały tylko pochłonąć wszystko na swojej drodze. Kamienne ściany zaczynały się sypać, drzewa rozpadały się w trociny, kwiaty i owoce przekwitały, gniły, napełniając powietrze słodko-gorzkim zapachem.

- No śmiało, zaprzecz mi. Zaprzecz, że na wszystkich nie czeka kiedyś jakiś koniec. Zaprzecz że to co nas otacza nigdy się nie zmieni.

Wystarczyła kropla niepewności zasiana na podatnym gruncie, żeby cała potęga którą dysponowała Monika zamieniła się w klątwę.

Bo czy nie istniały takie prawa, których nawet ona nie mogła zmienić? Czy mogła wskrzeszać i oddawać życie? Czy mogła zwrócić komuś jego bliskich, którzy dawno już odeszli?

Ktoś mógłby powiedzieć iż tak, lecz udowodniono, że każdy, kto kiedykolwiek próbował to zrobić, nie tylko przegrał z zasadami otaczającego go świata, lecz także pogrążył zarówno siebie, jak i swych bliskich, w losie o wiele gorszym aniżeli sama śmierć.

Zegarmistrz wiedział o tym lepiej niż ktokolwiek innych, wszak był już na tej ścieżce nie raz i nie dwa, pogrążając się coraz bardziej w swym szaleństwie. Szaleństwie które kosztowało go bliskich, które kosztowało go wiarę i wiele innych, mniej lub bardziej przyziemnych rzeczy.

Lecz to ono, o ironio, spowodowało, że stał teraz tutaj.

Bo będąc samemu na szczycie, stajesz się cholernie samotny.

- Widzisz, to subtelna różnica w naszych poglądach. Dla ciebie są silniejsi i słabsi, szybsi i wolniejsi. Dla mnie, w oczach Czasu, wszyscy są równi, bowiem wszyscy kiedyś skończą jako kupki kości i pyłu.

Zaklęcie które po cichu szykował niedługo miało zrobić piorunujące wręcz wrażenie na arenie, dlatego teraz musiał ją czymś zająć. Wszak to chyba najlepsza metoda, pokazać płomień w prawej dłoni by ludzie nie patrzyli na lewą.

Otoczony sferą która zestarzeje wszystko co jej dotknie i wydzielając miazmat, czekał na reakcję przeciwniczki.

Share this post


Link to post
Share on other sites

- Skoro już mnie rozgryzłeś, a przynajmniej tak ci się wydaje - mówiła to powoli, zbliżając się do niego, znając konsekwencje tego czynu. Chwile wcześniej przecież je przeczytała w zeszycie. -  To co szkodzi mi tu wrócić z nowym pomysłem? Moje nazwijmy to czary, chociaż... - urwała nie mogąc sobie przypomnieć słowa. - To nie kidō, by miało z czasem słabnąć. To nie logiczna fizyka, ścisłe zasady. To plastelina. Albo lepiej. Modelina! Bo opisana twardnieje, jak tylko uwierzę. Twoje słowa nic nie znaczą... Wiesz okres buntu i te sprawy... Bez urazy. - Urwała ten temat.

 

- Nie czujesz tego co ja, robiąc to? Radość... Dreszczyku radości z czegoś nowego... No nie możesz... Jesteś tylko starym jak świat, na dodatek oszalałym antagonistą, nie umiejącym się nawet bawić, dając zrobić komuś ruch... Niszczysz wszystko. Doszczętnie pożerając... Ja chociaż zostawiałam szczątki. Fragmenty areny... - W rękach trzymała rozlatujący się zeszyt, cierpiący z upływu czasu. - Nudny jesteś... - Ziewnęła sennie. - Już nawet tamten faun wydawał się ciekawszy... - Znowu zmieniła punkt widzenia.

 

- Nie zgrywaj przynajmniej członka Espady numer dwa, Baraggana Louisenbairna, króla i boga Hueco Mundo i władcy Las Noches z Bleacha, bo to się naprawdę nudne robi, jak się porówna wasze gadki szmatki, bo nawet jego spotkała śmierć, choć władał nad nią z pomocą czasu... Tak samo jak ty! Wniosek... Każdy musi upaść... Potrzebny jest tylko sposób... Gratulacje... - Spojrzała na swoje żylaste ręce, starzejące się w zastraszającym tępię. - W mojej rodzinie rzadko dożywa się emerytury... Rak i mnie to miało czekać... Czuje ból w sercu - szepnęła spokojnie, gdy jej ciało zaczęło rozpadać się na pył, na jej mętniejących oczach, z których ulatywało życie jeszcze szybciej, po raz kolejny w czasie turnieju, tylko w tym momencie nie było Lüge, która mogłaby ją zastąpić na polu... Zeszyty się rozpadły na pył, który i tak zniknął pochłonięty... Nic nie zostało, a to były jej ostanie słowa na tamtą chwilę.

 

***

 

Po paru sekundach, znikąd w powietrzu pojawiła się brama niebieska o szczerozłotych cienkich sztachetach... Odezwały się trąby anielskie, co wstrząsnęły całą okolicą, by przegnać całe zło świata, a po tym otworzyło się przejście, wypuszczając na zewnątrz parę kolorowych chmurek, tworzących ścieżkę, a ciemność została oświetlona boskim światłem, niszczącym tylko małe fragmenty ciemności, jako że nie było jakoś szczególnie mocne...

 

W oddali usłyszeć można było głośną rozmowę dwóch, nie śpieszących się specjalnie, osób... Typowe damskie gadanie o przyziemnych sprawach... Dopiero po chwili wyłoniły się właśnie one... Cała i zdrowa Monika w swoim naturalnym wieku, trzymająca pod pachą parę swoich zeszytów i o dziwo nienaturalnie różowa suczka pudla z aureolą nad głową, co śmiała się chyba z jakiegoś dobrego żartu. Może nawet z kogoś, bo spojrzała dość krzywo na osobnika, od którego emanowała naprawdę zła karma.

 

- Dzięki Annabel! Na ciebie zawsze można liczyć. Mam nadzieję że za szybko się nie zobaczymy ponownie. Trzymaj się... - rzuciła, a jej oczy skierowały się na Zegarmistrza, gdy brama się za nią zamykała... Na jej twarzy można było zaobserwować nonszalandzki uśmiech.

 

- Wyjaśnijmy sobie... - powiedziała podniesionym głosem, nie pasującej do niej samej. Wykonała typowy polityczny zabieg. Atak z brakiem odpowiedzi. Kształtowanie wizerunku; jestem lepszy, a nie nauczyciel i uczeń, co było czystą głupotą... - Możesz być nawet bogiem. Nie rusza mnie to nawet o milimetr. Tu chodzi o zabawę. Nie zasady... Walkę... Wygraną czy przegraną, tylko pokazanie czegoś niezwykłego. Więc spasuj z tym wszystkim stary. Twój czas już mnie nie tyka... Nie ważne jakby gnał... - Pokazała dyndający srebrny zegarek kieszonkowy na łańcuszku, tykający naprawdę głośno, jakby specjalnie był podpięty do dwustu watowego głośnika... Owinęła sobie go wokół lewego nadgarstka, gdy z kolei sama zaczęła recytować.

 

- Jak Feniks, to jest właśnie Ja... z popiołów odradzam się!

Historia ta, nie zaznała jeszcze finału, przez chaos spisywana...

To jest mój znak, płomienia żar w jasności dnia!

 

To była pierwsza jej przyśpiewka, która z pozoru nic nie wniosła... Jej jednak zrobiło się cieplej na sercu, a w oczach pojawił się niewytłumaczalny płomień... Co zaczął zbierać się w niedługo później w jej zaciśniętych dłoniach w postaci kolorowych ogników. Nie mogła dawać... Nie mogła brać. Brzydziła się otoczeniem, które było brzydkie chyba tylko dla samej zasady. Nie umiała znaleźć w tym wszystkim krzty epickości. Czas... Upływ czasu... Wiedziała co zrobić. Puściła zeszyty, co zaczęły orbitować wokół niej. Pochwyciła najcieńszy i właśnie jego otworzyła.

 

- Ja raczej nie chce sobie ręki uciąć, by cię pokonać od środka... To nie dla mnie. - Kręciła nosem na własne opcje. - Będę chciała napisać że chce znieść twoją barierę miedzy czasem, to mnie wyśmiejesz. Mówiłeś przecież słabsi, silniejszy, dla mnie tylko czas i kupki popiołu inni... Ale po co ja to mówię. Po co mam się ograniczać... Czas każdego dotyka! A ty pójdzie do piekła - tu straciła swą pewność - albo do nieba. Los zadecyduje. Pora na ciebie już - rzekła klaszcząc w dłonie, jakby jeszcze nie miała ich rozgrzanych, gdyż buchnęły wokół nich jeszcze większe płomienie.

 

- Są trzy prawdy ostateczne!

Sąd, raj i wieczna mordęga...

Dziś zapadł sprawiedliwy wyrok losu!

 

W jej rękach zmaterializowała się pojedyncza moneta... Jedna strona biła mroczną poświatą, druga wręcz przeciwnie. Ją rzuciła w powietrze zamykając oczy... Marzyła, by wysłać swoje przeciwnika do piekła... Chwyciła monetę i położyła ją sobie na dłoni.

 

- Wyrok zapadł! - Zajrzała na na monetę, a jej oczy momentalnie się powiększyły. - Coś nie tak jest z werdyktem, ale co ja mogę, jak nie mogę... Mogę tylko egzekwować wyroki... - Jej ogień na rękach zbladł aż do białości... Czas mógł działać... Ona miała dość mocy, a wszelka siła malała z kwadratem odległości... Musiała tylko trzymać dystans... Skoro nie mogła działać inaczej.

 

- Niebiańska klatka dla tych co nie chcą,

czują niepewność, łagodząca obyczaje...

Zawsze jest nadzieja... Spotkała i ciebie!

Przyjmij proszę tą szansę resocjalizacji!

Jak nie, to moja siła tobie pomoże,

zaznać wiecznego spokoju, byś się nie męczył...

Tą bolesną wiecznością!

Zaznaj szczęścia...

 

Z jej dłoni wystrzeliła biała wstęga, zaczynająca opasywać się w stosownej odległości, tworząc kulę, wokół samego skazanego na wieczną sielankę. Skoro czas go nie tykał, ktoś wreszcie musiał skrócić jego męki wieczności. To byłoby na tyle z logiki Moniki. Chciała dla niego jak najlepiej, ale myśląc dalej... Po co miała to robić... Nigdzie go nie zabijała, tylko dawała wieczne dobro. Czy mógł istnieć większy dar. Ale Monika znając go na tyle że przewidziała że albo rozerwie to wszystko, jakby nie miało to najmniejszego wpływu, lub też sprowadzi na to wspaniałe miejsce apokalipsę, do którego chciałaby go wysłać. To nie było ważne. Ważniejszy był cały fortel pod maską ironii.

 

- Więzienne bramy niebieskie otwórzcie się, dla nowego członka waszej społeczności! - zawołała z udawaną radością, a za nią otworzyła się przeogromna, biała brama z kości słoniowej, pełna łańcuchów, co przykuły się do jej bańki, oplatając ją na dodatek wzmacniając tym i zaczęły ją zaciągać do środka, by zamknąć wybrańca na wieczność po drugiej stronie. Z niej samej nie wydobyło się lekkie światło tak jak w przypadku poprzedniej tylko żar, co wypalał wszystko co nieczyste i rozpraszał cienie, oczyszczając to co zostało skażone w całym otoczeniu. Teraz mógł zacząć się bój... Nieśmiertelny przeciwko rzeczą ostatecznym... Bo jak zerwać niebiańskie łańcuchy, co nie uznają upływu czasu i starości...

 

- Spaß... Wiesz co robić... Skoro tego naprawdę chce ode mnie... - rzuciła do siebie. Nikt jej nie odpowiedział. - Sprawdzać możliwości. Pokażemy mu jeszcze - zaparła się o własne słowa.

 

//Skoro nie lubisz tego znaczka "ü". To dla twojej informacji. Ten "ß" można zapisać jako "ss" i nie będzie to zły zapis skoro nie masz tych znaków na klawiaturze,. Tak na przyszłość, bo będzie to potrzebne.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Słuchał z niesmakiem, jak jego przeciwniczka wymyślała kolejne, coraz to mniej racjonalne teorie. O jakimś człowieku zwanym Baraganem i o tym, że pewne rzeczy są odporne na ząb czasu. Tyle kłamstwa i naiwności w tak krótkich pomysłach.

Szybko przejrzał wspomnienia, które zebrał na początku walki i już wiedział o czym mówi. To jeszcze bardziej pogłębiło jego niesmak.

- Czas Bohaterów.

Czerń zamieniła się w purpurę, rozrywając na strzępy światłość która go otaczała. Wystrzeliła swoimi mackami w bramę, oplatając ją i burząc, niczym domek z kart. Całość wchłonął, uprzednio oczyszczając, by odnowić kurczące się zapasy energii.

- Widzę analogię, rozumiem że jak mogłaś się pomylić. Widzisz, Pan Baragann zrodził się w pewnej serii komiksów z dalekiego wschodu. Mianowicie, sama seria powstała w roku dwa tysiące pierwszym, o ile mnie pamięć nie myli. A człowiek o którym mówimy, postać literacka? Komiksowa? Został stworzony koło roku dwa tysiące dziewiątego. Zabawne prawda? Mógłbym stwierdzić iż jest on kiepską kopią mojej osoby. A jego śmierć była co najmniej, hmmm, żałosna.

Spojrzał ze znużeniem na Monikę, ta bowiem, mimo całego zapasu kreatywności, nie potrafiła zaskoczyć go niczym nowym. Niczym, czego jeszcze nie widział. Choć w tym konkretnym przypadku nie była to jej wina, nic z tych rzeczy, zwyczajnie Zegarmistrz niejedno już widział i tyle.

Całość stworzenia i całość zniszczenia, aspekty życia i aspekty śmierci. Niezliczone walki, zwiedzone światy, przeczytane księgi - gigantyczny pokład wiedzy, a wszystko po to, żeby się zwyczajnie nie nudzić.

Tak, bowiem najgorszą rzeczą, jakiej się obawiał, była nuda.

A jego przeciwniczka była nudna. No, na początku obiecywała mu przyzwoitą walkę. Ale teraz powoli staczała się na dno. Nikogo nie ekscytowała walka bogów, gdzie wygrana jest z góry określona. Ona nie umiała skutecznie go atakować, on nie mógł jej nic zrobić. Sytuacja tak śmiesznie patowa że aż obrzydzająca nudą.

- Chcesz mi zarzucać takie drobnostki a sama w złoto ubrana. Oto ona, biorąca udział w magicznym pojedynku, ba, w turnieju i finale takowych, a nie używająca magii. O ironio.

Ale skoro nie magią, to może chociaż zaskoczy ją nauką?

- Właśnie przebiłem twoje ciało. Zaskoczona? Tak, nic nie poczułaś, bowiem cząsteczka którą przepuściłem przez ciebie tak działa. Żadnych obrażeń, żadnych zmian, nawet nie masz podstaw by mi wierzyć w to co mówię.

Pstryknął dwa razy palcami i na arenie rozległ się huk, jak przy wystrzale z armaty.

- Teraz przepuściłem ich więcej. Dalej nic, prawda? A co jeśli zrobimy tak.

Szybko uformował przed sobą tarczę z purpury, zanim jego przeciwniczka zrozumie co zrobił. Z dwóch stron na arenie wystrzelił w kierunku niej dwie cząsteczki. Miały za zadanie zderzyć się ze sobą dokładnie przed nią.

Tyle tylko, że owe cząsteczki zwano potocznie Tachionami, tak zwariowanymi, że ich szybkość była najmniejszym zmartwieniem. Kiedy tylko zderzyły się, a zrobiły to natychmiastowo, zanim jeszcze dobrze uformował tarczę, wybuchły z siła małego reaktora jądrowego. Zdmuchnęło go z miejsca w którym stał, ale dzięki tarczy niewiele krzywdy mu się stało. Zastanawiał się natomiast czy zrobiło to jakieś wrażenie na Monice, w końcu, nie każdy może obserwować wybuch atomowy z pierwszego rzędu.

- Amatorka która nie umie lub nie chce komuś przyłożyć, bogowie, za jakie grzechy.

Zbierał energię i przekształcał ją, a okruchy które pozostawały, wysyłał do zaklęcia. To miał być jego Grande Finale, więc nie mógł zawieść publiczności.

Share this post


Link to post
Share on other sites
Wcześniej Zegarmistrz zastanawiał się nad konsekwencjami usunięcia Lüge z pamięci Moniki. Odpowiedź była bliżej niego, niż mógł się spodziewać, sam ją miał na myśli. Kłamstwo w każdym jej słowie i myśli... Zwodzenie że wszystko jest w najlepszym porządku, że się wygrywa. Robienie z siebie idiotki, jak przystało na nie rozumiejącą kompletnie nic blondynkę. Czy się sprawdziło? Skoro chciał już to kończyć, miał ją za kompletne nic na dodatek nie godne jego uwagi i najprawdopodobniej stracił swą gardę, to chyba można by było tak to ująć.
 
Pozwolić komuś wierzyć że jest naprawdę dobrze, bo jak słowo może się zestarzeć, jak to się stało z całym gajem w jego głowie? Drzewa się rozpadły się na pył... Tak jak słowa, z których zostały zbudowane... Wiązania puściły między nimi, tworząc chaos niepotrzebny nikomu pył, a w nim tkwiły luzem pojedyncze litery. Czy kłamstwem nie mogło się okazać wszystko inne, skoro nie miała hamulców że kłamała samą siebie, bo tak było jej zwyczajniej wygodniej? Owszem... Straciła panowanie nad sobą w tej sferze...
 
Tachiony zderzyły się przed nią, a z jej zeszytu wystawił głowę ten sam lis co wcześniej się wokół niej kręcił, zwłaszcza po jej wyobraźni i połknął ładunek, oblizując się przy tym, zanim zdążył dobrze zabłysnąć... To było kolejne uosobienie wady jej charakteru. Lekceważenie wszystkiego dookoła i obracanie tego w jeden wielki żart, po przez zabawę z tej złej strony, bo krzywdziła innych. Skoro wcześniej nie został doceniony, a nawet dobrze dostrzeżony, mógł działać jako kolejna wypuszczona na wolność postać, która nic nie znaczyła w tej rzeczywistości, w której Monika nie mogła walczyć... Musiała połączyć obie...
 
Jedną myślą nadała nowe znaczenie literą, które je utraciły. Tworząc tym dwa pojedyncze, fioletowe okręgi blisko średnicy areny, w dwóch płaszczyznach, przecinający się pod kątem prostym i odpychający wszystko to co było Zegarmistrza, zaczynając spychać jego moc rezonansem cząsteczek do jednego punktu, skoro był aż takim bałaganiarzem, że rozrzucał wszystko wszędzie, mogła pomóc mu go posprzątać i odpowiednio skompresować na jego grand finale, na który to nie zamierzała czekać bezczynnie. Jego magia była specyficzna... Więcej nie było potrzebne. Jego czas mógł pokazać jej narodziny i upadek ziemi w jeden wieczór, póki miała zegarek mogła walczyć do końca. Wierzyła że jest nieśmiertelna... Tyle jej musiało wystarczyć.
 
Nałożyła dwa światy na siebie... Jeden wybrany z wyobraźni, na drugi i w tym prawdziwszym pojawiło się parę kręgów magicznych wykonanych z atramentowych odcisków lisich łap, zrobionych na samej barierze ograniczającej pole walki... Chciał zobaczyć jej potencjał. Nie miała mu tego za złe, ale to ona chciała sprawdzić jeszcze jego, gdy w czterech kręgach zaczęła być naginana bariera antymagiczna mająca ograniczyć to co miało się dziać wokół jej przeciwnika, mającego być z kolei ściskanego coraz bardziej do postaci jajka, jak to działo z wszystkimi jądrami na przykład słonecznymi... Była ciekawa ile jest wstanie wytrzymać jego ciało działającej siły... Natężenia mocy, która miała się jeszcze bardziej kumulować w nim. Chciała go ograniczyć samym sobą, skoro każdy miał ograniczenia. Nawet ona... Musiało mieć granice wszystko. Nawet wyobraźnia. 
 
W jej ręce z wahadełkiem zaczęła skupiać się moc... To nie mógł być koniec. Nie od tak... To wydawało się za proste. Tylko co mogło przebić barierę skoro nikt nie był wstanie tego zrobić. Nawet ona, gdyż wykazywała typowe właściwości dla rzeczy niezniszczalnych tak jak w grach, gdzie teren nie został wyrenderowany i się po prostu ginęło... Nieważne co się z tym robiło. Wierzyła w to i przez to była jeszcze mocniejsza.
  • Upvote 1

Share this post


Link to post
Share on other sites

Spóźniony, bo spóźniony, ale w końcu przybywam, z miejsca dziękując finalistom za stoczony pojedynek ;) Daliście nam syte, długie wiadomości, wypełnione aż po brzegi obszernymi opisami! Mimo wszystko szkoda, że nie ma tego więcej. Ale! Podzięki należą się również za autodyscyplinę, czyli za nie dodawanie nowych postów po określonej porze... Czyli wychodzi na to, że jednak wszędzie są jakieś jasne strony :)

 

Przechodząc do rzeczy - czas na swego rodzaju "sąd ostateczny"! Czas rozstrzygnąć kto popisał się większą potęgą, kto zaskarbił sobie sympatię większości publiki, komu należy się miano zwycięzcy II Turnieju Magicznych Pojedynków!

 

Drodzy Państwo, czas na okrzyki uznania, wznoszenie kikutów i komentowanie! Kto był lepszy? Kto wygrał wielki finał? Czy był to Zegarmistrz, czy Hoffner?  Przekonajmy się!

 

 

Aha, by jakoś wyrównać moje spóźnienie, głosowanie potrwa do dnia 15.06. do godziny 20:00.Zaraz potem rozpoczniemy konkurs o Statuy Uznania!

Share this post


Link to post
Share on other sites

Bardzo ciekawy pojedynek. Ponownie jednak oddaje swój głos na Hoffnera. Głównym powodem jest to, że nie przepadam raczej za boskimi artefaktami, które od tak bez większego wytłumaczenia niszczą wszystko na swojej drodze jak te pierścienie Zegarmistrza. Czego by Hoffner nie zrobił Zegarmistrz niszczył to bez najmniejszych problemów. Co jak dla mnie nie wygląda za ciekawie. Poza tym wydaje mi, że Hoffner mimo wszystko ciekawiej opisywał wszystko, co tworzył na arenie. Po prostu większe emocje czułem czytając jego posty. Z tych powodów mój głos leci na niego.

  • Upvote 1

Share this post


Link to post
Share on other sites

Człowiek zabiegany, a szkoda, bo na ostatni post chciałem jeszcze odpisać. Mówi się trudno. Jako iż Hoffner ostatnim atakiem wygrał bitwę(nie, nie poddaję się, decyzję wygranej zostawiam publice) bo udowodniłem już kilka razy, że przez barierę antymagiczną, którą dysponują twórcy aren nie potrafię się przebić nawet najcięższymi atakami. A że moje ataki są magiczne, to dwa do dwóch daje cztery.

 

Ale mniejsza o to, ja tak właściwie nawet nie po to tutaj.

 

Chciałem podziękować za ten wspaniały turniej. Oczywiście, nie obyło się bez poślizgów czy drobnych potknięć, ja sam jak teraz patrzę na moje poprzednie walki to widzę pełno "to mogło by być lepiej zrobione", a to pozwala uczyć się na błędach i jest poniekąd dobre. Chciałbym tu podziękować każdemu, przeciw komu mogłem stanąć w szranki, podziękować osobom odpowiedzialnym za wspaniałe opisy aren na których walczyłem, a finalnie, podziękować publice, która wytrzymała z nami do samego końca, zarówno tym mniej jak i tym bardziej "aktywnym" w opisywaniu głosów.

Sam oddaję głos na Hoffnera, zarówno kreacja jego postaci jak i sposób jej wykorzystania był wspaniały, choć i tu nie obyło się bez potknięć. Przykładem może być fakt, że większość moich ataków została zbyta w dość prosty sposób - postać nie wierzy w nie więc nic nie mogą jej zrobić. Genialne w swojej prostocie xD Fakt, sam stosowałem zagrywki OP, ale na szczęście nie PG, brońcie bogowie, a mimo to zabolało mnie to, jak bardzo nic nie mogłem jej[postaci] zrobić. Jedyne co osiągnąłem to stan, w którym Monika nie pamiętała jednej ze swoich kreacji. A i tak nie było to za bardzo by uderzyć ją,  a postać którą wykreował Hoffner, gdyż zwyczajnie mnie ona zezłościła.

 

A teraz jeszcze tylko rozwianie wątpliwości jednego z głosujących - Magus (Magusie?) widzę iż zainteresowały cię moje pierścienie. Jeśli tylko poszukasz treści zaklęć, których używałem z danym pierścieniem, to dojdziesz do tego - http://greenlantern.wikia.com/wiki/Lantern_Oaths_%28Disambiguation%29

A od tego jeszcze bliżej do "tajemniczych" pierścieni. Fakt, nie wykorzystywałem ich zgodnie z ich pierwowzorem, ale to chyba było ciekawsze, prawda?

A co do opisów - nie lubię opisywać rzeczy które nie są potrzebne. Co czytelnika obchodzi że liście drzewa stojącego obok areny są akurat zielone a nie czerwone w chwili kiedy rzucam kulą ognia w przeciwnika? W tej kwestii nie ma przebacz, wolę treściwe posty niż rozbudowane opisy(nie żebym komuś bronił, ale przebijanie się przez czyjś opis i interpretację areny w 4 kopiach A4 tylko po to, żeby się okazało że ktoś chce mnie opleść liną? Przyrost formy nad treścią).

 

Tyle ode mnie, liczę na wysoką frekwencję w głosowaniach!

Share this post


Link to post
Share on other sites

Króciuchny wstęp (oby Hoffner nie wysunął zarzutów o profanację...):

   Gdy Magnus powrócił wreszcie późną nocą do swojej kwatery, długo jeszcze przez głowę przemykały mu sceny z zapierającego dech w piersiach pojedynku finalistów turnieju. Cóż to była za walka! Oboje zawodników, jak należało zresztą tego po nich oczekiwać, dało istny popis potęgi i wielkiej biegłości magicznej. Zarówno Monika, jak i Zegarmistrz mieli własne style, oba intrygujące na swój unikalny sposób, i zupełnie różne podejścia do tej wielkiej mocy, jaką jest magia. Pomimo tego, pojedynek był bardzo wyrównany - żadne z nich przez prawie całą długość starcia nie zyskiwało takiej przewagi nad swoim oponentem, jakiej ten nie potrafiłby wkrótce jakoś zniwelować. Dowodziło to podobnie wielkich umiejętności improwizacji, jak i pomysłowości obojga, co uczyniło Magnusowi wybór maga, który w jego mniemaniu lepiej sobie poradził, dość trudnym. Po pewnym czasie udało mu się jednak podjąć ostateczną decyzję.

 

   Odnośnie Moniki miałem z początku mieszane odczucia, irytowała mnie nieco bowiem jej nadmierna pewność siebie w połączeniu z częstym lekceważeniem innych zawodników. Jak się jednak potem okazało, zachowanie to nie było ostatecznie zupełnie bezpodstawne, a ogólny pomysł na "intrygę" z demonem kłamstwa był wcale ciekawy, podobnie jak koncept na rozwijanie tego wątku w kolejnych starciach poprzez świetne w moim mniemaniu wstępy fabularne - nadawały one postaci dziewczyny nieco głębi i pozwalały po prostu lepiej się wczuć "widzowi" w sam klimat starcia.

 

   Gdy zaś chodzi o Zegarmistrza, posiada unikalny, spójny i wyrazisty styl. Wydaje mi się, że co prawda nie rozpisywał się aż tak bardzo w opisach, ale z drugiej strony, przy czytaniu jego odpowiedzi nie wyczuwałem raczej potrzeby uczynienia ich większymi - przekazywały akurat odpowiednią ilość informacji, by dało się wszystko jasno zrozumieć i unikały przy tym przeważnie zbędnej rozwlekłości, co sprawiało, że śledziłem kolejne komunikaty "z dużą ciekawością". Szczerze powiedziawszy, trochę mi "zazgrzytał" początek starcia w jego wykonaniu, a mianowicie pochłonięcie znacznej części elementów areny w celu przetworzenia ich na czystą energię. Żywiłem po prostu nadzieję na trochę większe wykorzystanie tego jakże szczególnie bogatego otoczenia (w jego nieprzetworzonej formie), co zaklęcie Zegarmistrza w niemałym stopniu uniemożliwiło, niemniej jednak dalszy rozwój wydarzeń i tak nie pozwalał się nudzić.

 

   Ostatecznie głos swój, po dłuższym okresie wahania, oddaję Zegarmistrzowi. O dokonaniu przeze mnie takiej oceny zadecydowała u mnie końcówka starcia. Jak zostało wspomniane (m.in. przez jednego z zawodników zresztą), w pewnym momencie patowość sytuacji stała się wyraźniej odczuwalna. Gdy tak się jednak stało, zaklęcia Zegarmistrza pozostawały jak dla mnie wciąż względnie różnorodne, podczas gdy akcje podejmowane przez Monikę wydały mi się niestety odrobinę monotonne. Niemniej jednak chciałbym obu zawodnikom pogratulować świetnych kreacji postaci i, oczywiście, wspaniałej, barwnej i przyjemnej dla oka "widza" batalii. Oby dział magicznych pojedynków mógł doświadczać podobnych jak najczęściej.

Edited by Razorhead
  • Upvote 2

Share this post


Link to post
Share on other sites

Dzięki Razor, miłe słowa :D

Wiem, szkoda tych elementów, kiedy czytałem co Kapi razem z Hoffmanem przygotowali dla nas, aż roiło mi się od pomysłów jak rzucę tym w przeciwnika. Zasadniczo, plan był taki sam - pochłaniać zaklęcia Moniki tak długo, aż będę miał dość mocy na to zaklęcie "Wszędzie i Nigdzie". A że planowałem je użyć tak czy inaczej, w którymkolwiek starciu(nie było okazji), to czytałem wszystkie pojedynki wszystkich zawodników. Efektem czego z miejsca zrzedła mi mina, bo okazało się, o ironio, iż mój przeciwnik nie używa magii jako takiej w pierwszej kolejności.

Więc trzeba było jakoś pozyskać sporo energii, bo przecież gdybym odpalił coś takiego bez odpowiedniego zapasu, to a) wyparował bym lub/i b) gdybym nie wyparował, widzowie by mnie wyparowali xD

No i boli mnie fakt, że przez pracę nie zdążyłem odpisać Hoffnerowi(Wybacz Hoff), bo mój Grande Finale miał poniekąd zakończyć walkę w wielkim stylu. Zaklęcie Mutphiego "Czas i Możliwość" było by wspaniałym dodatkiem do już toczonej walki. Ale nic, wykorzystam je kiedyś, kto wie, a nuż wezmę udział w 3(o ile będzie) turnieju :D

Share this post


Link to post
Share on other sites

Dzięki Zegarmistrzu za walkę i pozdrawiam wszystkich tych którym chciało się to czytać, tych którzy wzięli udział w turnieju i polegli w międzyczasie pod klawiaturami silniejszych, ponieważ chciało się im chcieć wziąć w tym udział. Prawdą jest taka że dostałem się tu łutem szczęścia. Nie znalazłem się w pierwszej szesnastce...

 

Rozwaliłeś mnie Przeciwniku w momencie gdy wyparowałeś Lüge zewsząd... Po tym straciłem rezon i zacząłem się chwytać wszystkiego czego mogłem zmieniając na bieżąco świat w głowie... Stąd widoczna forma... Tłumaczyć się bardziej nie będę. Nie widzę sensu... Jest co jest. Spisanej rzeczywistości nie zmienię już... Choć prawda główna przez dłuższy czas było zupełnie inne niż spodziewałbyś się Panie Z. Pewna część wiary miała być jednym z kłamstw.

 

Skoro teraz mówisz że wolisz krócej to trza było to powiedzieć wcześniej, a nie się niepotrzebnie męczyć. "Słuchaj młody. Ja wiem że ty lubisz pisać, ale mnie to delikatnie mówiąc denerwuje... Więc wiesz, spasuj z tym. Krócej można. Wiem że umiesz." Załatwilibyśmy to jak swoje chłopy z osiedla i było by dobrze... Byłoby krótkie: "Okej..." z mojej strony. Rozeszlibyśmy się obustronnie zadowoleni. Ja bym miał wyzwanie... Jak skrócić to co mi na język przyjdzie, a ty miałbyś mniej do czytanie. Wszystko da się załatwić...

 

Starcie z tobą zupełnie inaczej sobie wyobrażałem, ale to wyobrażenia są zwodnicze. Są za piękne i za bardzo odbiegają od rzeczywistości... Tak i teraz się stało... Liczyłem na coś i dane mi nie zostało. Musiało powiedziane zostać trudno i trza było lecieć dalej z koksem. Co do wiary że nic jej nie zrobić nie możesz sam możesz się tylko winić. Świat rządzony jest przez przyczyny i skutki.

 

Jako samozwańczy władca czasu i przestrzeni znane być to Ci powinno. Ruszysz cegłę u doły poleci na ciebie cały mur. Z czasem nie ma zabawy... Może być tylko gorzej. To właśnie stało się po przez usunięcie Lüge. Głównym kłamstwem było to że ona zaczęła wierzyć w to co jej pokazał umysł. W swoje ograniczenia po przez moc daną jej od demona... Miały być tylko sfery i ich wielki mix... Co zostało ukradkiem przekazane w ogólnym rozrachunku. Wymazując ją [tego się w ogóle nie spodziewałem] ściągnąłeś jej kolokwialnie mówiąc ograniczenie prądowe i popłynęło przeciążenie o znaku nieskończoności, a nie wartość 8 krotna znamionowego... Jej moc wydostała się poza wszelką możliwą skalę... Bo tak trza było postąpić. Zabrakło fundamentów, więc mogła odlecieć w konkretny kosmos. Co zresztą sam zrobiłeś, a czego ja wolałem nie robić. Stąd bomba w 3 poście co miała posłużyć jako swoiste ograniczenie...

 

Moje zarzuty do ciebie są za słabe, by je dłużej wymieniać. Jedyne co mi się u ciebie nie podobało to zdarzenie w 6 poście... Zamykasz w kuli... Koszmarkowa dłoń i miasto z wojownikami rzucającymi harpunami... Sorry. To odrobinę za dużo jak na jeden moment... Tak to nie bardzo widzę gdzie mógłbym się przyczepić.

 

Razorhead... Żadnych zarzutów mieć nie mogę... Każdy robi jak chce... Byle nikt nikogo nie zamykał w swojej wizji... A więcej zakończeń się nie chciało mi się pisać...

 

Zakończenie:

Monika obudziła się połamana nad jednym ze swoich zeszytów zapisanym ołówkiem... Świeczka paliła się jeszcze nikłym płomieniem. Nie musiała spoglądać na zegarek, by wiedzieć że jest między 3 a 4, jako że zaczęła około dwudziestej, a świeczka tliła się jeszcze naprawdę delikatnie... Znów przysnęło jej się podczas pisania, tworząc całą gromadę najpierw luźnych myśli na temat walk magicznych, a później coraz chaotyczniejszych i ciemniejszych. Przekraczających wszelkie granice pojmowania...

 

Bez dwóch zdań mogła powiedzieć że było to dość ciekawe i powinna to spisać jak najszybciej. To co chciała zapamiętać na dłużej, bo było naprawdę warto... Przecież każde jej mrugnięcie usuwało jeden z obrazów z jej pamięci, a zamknięcie oczu na dłużej mogło spowodować całkowitą utratę sensu całych sytuacji. Wybór należał do niej... ale w szkole to ona w szkole jutro musiała się zjawić... przytomna. Tu wybór został podjęty za nią. Ona nie mogła przeciwstawić się rzeczywistości. Nie tak jak tam.

 

Zakończenie alternatywne klasy dark:

Monika otworzyła oczęta, a sama unosiła się w nieprzeniknionej pustce... Pod palcami czuła chłód jak zagłębiały się w bardzo niestabilnej powierzchni, której nie mogła porównać do niczego konkretnego... Jej znanego. Zaczęła się rozglądać w próbach znalezieniu jakiegokolwiek punktu odniesienia... Próbowała krzyczeć, ale nawet echo się do niej nie odezwało... Napięcie rosło w niej powoli... Gdy uspokoiła się równie nagle co zaczęła panikować.

 

- To nie możliwe. - Wydawało jej się że pokiwała przecząco głową. - To sen, który się skończy... - mówiła spokojnie do siebie. - Tak na pewno...

- So gesehen, hast du Recht1... - odezwała się po raz pierwszy głos, inny niż jej, a dziewczyna umilkła dostając nerwowych dreszczy. Próbując zrozumieć co zostało powiedziane. - Du könntest Recht2... - rzuciła wątpliwością co do jej racji że jednak nie wszystko jest tak jakby chciała. - Haben da hast du nicht Recht3... - Ton drugiej postaci przesiąknięty był wszelkim dostępnym jadem. To jednak nie krzyknęła... Wzięła parę krótkich oddechów. Nie zamierzała tego słuchać...

- Przyzwyczaiłaś się... Ładnie, ładnie ale zupełnie nie potrzebnie... W niczym ci to nie pomoże. Nie jesteś pierwsza i ostatnia... A teraz przyszła po moją nagrodę w imieniu Babilonu. Patrz na świat... Nic nie zrobisz od dzisiaj sama. Twoja wola... Usta... Zachowanie jest nasze... Zresztą sama się przekonasz. Pusta... - powiedziała ostanie słowo dziwnie obojętnie...

 

Świat się rozpadł dla niej, a ona otworzyła oczy na rzeczywistość. Chciała podnieść rękę. Nie mogła... Nic nie mogła... Tylko myśli należały do niej, gdy zaczęła poruszać się sama z siebie. Pytała i krzyczała w myślach... Ale odpowiedzi nie nadchodziły. Nigdy nie nadeszły... Robiła rzeczy, których nigdy by nie zrobiła... Rzeczy okropne... Jej krzyk jednak pozostawał niemy, aż do całkowitego szaleństwa zamkniętego przed oczami wszystkich wokół. Nie mogli jej pomóc... Bo jakby mogli, nie wiedząc kompletnie nic? Tylko widzieli że się stoczyła...

 

1Patrząc na to w ten sposób, masz rację...

2Być może masz rację...

3Otóż nie masz racji...

  • Upvote 1

Share this post


Link to post
Share on other sites


Skoro teraz mówisz że wolisz krócej to trza było to powiedzieć wcześniej, a nie się niepotrzebnie męczyć. "Słuchaj młody. Ja wiem że ty lubisz pisać, ale mnie to delikatnie mówiąc denerwuje... Więc wiesz, spasuj z tym. Krócej można. Wiem że umiesz." Załatwilibyśmy to jak swoje chłopy z osiedla i było by dobrze... Byłoby krótkie: "Okej..." z mojej strony. Rozeszlibyśmy się obustronnie zadowoleni. Ja bym miał wyzwanie... Jak skrócić to co mi na język przyjdzie, a ty miałbyś mniej do czytanie. Wszystko da się załatwić...

I ograniczyć czyjś potencjał literacki?

 

Hoffnerze, naprawdę? Wydawało ci się choćby przez chwilę, że w moim wykonaniu nawet dużej ilości akcji może być za dużo jak na jeden moment? Słowo daje, "jako samozwańczy władca Czasu i Przestrzeni" potrafię owy Czas i ową Przestrzeń ciupkę nagiąć poza czyimś zakresem percepcji :D Weź choćby moją walkę z imć Seroxem - moje ostatnie zaklęcie tam użyte to dopiero "za dużo w jednym momencie" xD

Share this post


Link to post
Share on other sites

Tak naprawdę nie ma w ty nic złego, jako że jest to zwyczajnie moje przyzwyczajenie i jest to subiektywne, więc nie do końca może się liczyć w fachowej ocenie. Poczekaj... Może jeszcze się spotkamy i to ja rozsadzę ci mózg. Inaczej co prawda... Bo w coś takiego nie zamierzam się bawić. Zresztą zobaczymy co los przyniesie. Monika w tej wersji właśnie zakończyła swój żywot... a może nie? Sam nie wiem.

 

Od razu ograniczyć... To za dużo powiedziane. Zmienić trochę na inny. Prze osoba pisząca powinna być elastyczna, co do wszystkiego. Nie zawsze trza pisać całe poematy. W mniejszej ilości tekstu też powinna dać radę się zmieścić. Jeśli ktoś chce uważać że potrafi powiedzmy coś wy klikać.

Edited by Hoffner

Share this post


Link to post
Share on other sites

Drodzy Państwo, z wielką przyjemnością i poczuciem zaszczytu, ogłaszam ostateczny koniec II Turnieju Magicznych Pojedynków! Jednocześnie, pragnę ogłosić, iż przewagą czterech głosów (7:3), po długich i wyczerpujących starciach, cechujących się wieloma zwrotami akcji oraz zmuszających do zastosowania niejednej, niebanalnej kombinacji nadzwyczaj egzotycznych czarów, nowym Mistrzem Magii i zdobywcą Statuy Glorii zostaje...

 

 

...

 

 

...

 

 

...

 

 

 

~ Hoffner ~

 

 

 

Moi mili, proszę o gromkie owacje na stojąco! Zwycięzca II Turnieju, w wielkim finale pokonał bowiem naprawdę twardego i doświadczonego przeciwnika, zdobywcę srebrnego i złotego Amuletu, Wielkiego Maga Equestrii, który to niejednokrotnie wsparł nas przy organizacji pojedynków turniejowych! Mało tego, pokonanie pozostałych, nie mniej niezłomnych i gotowych na wszystko uczestników i utorowanie sobie drogi ku tejże arenie już samo w sobie jest czymś, za co obu finalistom należą się brawa i szczere gratulacje!

 

Jednocześnie, pragnę podziękować za udział w Turnieju nie tylko finalistom, ale również wszystkim uczestnikom, którzy poświęcili swój czas, energię, by rozgrzać areny i nakarmić nasze oczy niezapomnianym pokazem fal energetycznych i magii! Dziękuję również Wam, szanowna publiczności! Bez Waszego wsparcia oraz obecności pośród sal, II Turniej nigdy nie zostałby zrealizowany!

 

Ale! To jeszcze nie koniec! Czeka nas jeszcze konkurs o Statuy Uznania, w którym to wskażecie tych uczestników, którzy nie mieli okazji powalczyć w finale, ale swoim stylem i charakterem zaskarbili sobie Wasz szacunek oraz zapadli Wam w pamięci! Oczekujcie powstania stosownego wątku!

 

Jeszcze raz, dziękuję Wam za udział oraz obecność przy magicznych pojedynkach! Bez Was, te areny nie miałyby duszy!

 

Zostawię ten wątek otwarty, gdyby ktoś jeszcze chciał się wypowiedzieć (Kapi, patrzę w Twoją stronę ;) )

 

 

Aha, jakby ktoś nie zauważył, wynik 7:3 dla Hoffnera :)

 

 

Edycja (12.07.2015.)

Cóż, jednak nikt nie pokusił się o komentarz... A w międzyczasie ktoś oddał trzy nowe głosy na Hoffnera. Niemniej, to już po czasie. Oficjalny wynik pozostaje taki sam, jak przedtem: 7:3 dla Hoffnera.

 

Jeszcze raz, dziękuję Wam za pojedynek.

Edited by Hoffman

Share this post


Link to post
Share on other sites
Guest
This topic is now closed to further replies.

×
×
  • Create New...