Jump to content

Strona Główna  |  Ogłoszenia  |  Lista Fanfików  |  Fanpage  |  Feedback
Arcybiskup z Canterbury

[Pawlex] Przepraszam, ale pańskie zęby tkwią w mojej szyi

Recommended Posts

Jedną z wielu cech Torna było to, że ten krasnolud naprawdę lubił podnieść głos. Jak wcześniej było to do zniesienia, tak teraz Pete myślał, że przez ten krzyk wyzionie ducha. Zatkał uszy i zacisnął zęby. 

- Wydrzyj się tak jeszcze raz, a będę pierwszy, który weźmie i zdechnie przez darcie mordy... - Wysyczał. 

Gdy tylko usłyszał o jedzeniu, chłopaka od razu zemdliło. Czuł się jakby miał w każdej chwili zamknąć oczy na zawsze, więc ostatnim o czym myślał to posiłek. 

- Nie! Żadnego jedzenia! - Wyjęczał, powoli próbując się poruszyć, aby tylko odzyskać tak brutalnie odebraną mu kołdrę, pod którą czuł się o wiele lepiej. Chociaż ból zarówno kości jak i mięśni skutecznie powstrzymywał go od wykonania jakiegoś bardziej żywszego ruchu. W zasadzie to jakiegokolwiek ruchu. Ledwo co ruszał rękoma. O podniesieniu się, nawet do pozycji siedzącej, nie było mowy

- Zresztą, to już teraz do mojego menu wchodzi krew? Nie chcę pić krwi! Smakuje parszywie! Tak metalicznie! Ble!

  • Like 1

Share this post


Link to post
Share on other sites

- Ale... Przecież musisz. Musisz mieć dużo sił, żeby potem przekonać przełożonych, że dobry z ciebie chłopak i będziesz grzeczny. Poza tym, musisz wyrosnąć na silnego i dużego wampira. Zaczniemy wobec tego od ziółek, a potem spróbujesz zjeść trochę nowego jedzonka - powiedział, złośliwie siląc się na irytujący ton jak dla dzieciaka. 

Na Pete z powrotem wylądowała kołdra. 

- Trzeba też będzie cię gdzieś ukryć.

Share this post


Link to post
Share on other sites

- Torn, ty naiwny, śmieszny krasnalu... - Odpowiedział, kiedy krasnolud powiedział mu o "przekonywaniu przełożonych". 

- Jedyne na co będę mógł ich przekonać to to, by zabili mnie bezboleśnie. Przecież dobrze wiesz jak bardzo dbamy o naszą reputację. Znaczy oni dbają. Jeżeli tylko do ich uszu dotrze, że mogę zostać tym, na co polują, wyślą każdego kto będzie w stanie mnie ukatrupić. Były łowca wampirem? W życiu komuś takiemu nie pozwolą żyć! Przecież co ludzie powiedzą? I przestać do mnie mówić jakbym miał z 5 lat! 

Gdy tylko upragniony, ciepły kawał materiału znów wylądował na osłabionym ciele Pete'a, ten pośpiesznie okrył się nią cały, i znów odwrócił się od Torna.

- Ukryć? No przecież jestem ukryty. Nikt chyba nie wie że tu jestem, oprócz ciebie, co nie? 

Share this post


Link to post
Share on other sites

- Nie, ale paru naszych wie, że się dobrze znamy. Wkrótce zaczną cię szukać i lepiej, żebyś tu nie rezydował. A wiesz co? Znam jednego typa, który zna innego typa... - zaczął Torn, po czym przeszedł w tryb wydajnego myślenia. 

- Znajdziemy ci jedzonko, Pete. A ty je zjesz, jak na dobrze wychowanego małego wampirka przystało. Zaraz wracam! - powiedział, po czym zabrał płaszcz i wyskoczył niemal przez drzwi, zamykając je z hukiem.

Cisza nie trwała długo. 

-... bo inaczej przyjdzie piaskowy potwór i cię zje! - dodał jeszcze, kiedy wrócił po jakiś niezbędny przedmiot, ale będąc poza zasięgiem wzroku Pete, niemożliwym było dostrzeżenie co to konkretnie było. 

Zapanowała cisza. Tak przenikliwa, że słyszał bicie własnego serca - nierównomierne i szybkie. 

Teraz dodatkowo byłego łowcę zaczęły swędzieć dziąsła. Czyżby zmiana uzębienia?

Share this post


Link to post
Share on other sites

- Dobra, dobra. Zjem, cokolwiek by to nie było. Tylko przestań mnie traktować jak jakiegoś małego smarka! - Rzekł, kiedy to krasnolud wrócił do pokoju. - Po co żeś wylazł?

Kiedy odezwały się jego dziąsła, co było naprawdę uciążliwe, zaczął po nich jeździć palcem. Jeżeli każdy wampir musiał przechodzić przez to wszystko, to naprawdę zasłużyli na mały szacunek.

- Nie masz jakiegoś gryzaka? Oszaleje zaraz z tymi zębiskami! Kiedy wyrosły mi stałe zęby, myślałem że to już wszystko za mną! 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Niestety, krasnoluda nie było już w mieszkaniu.

Wrócił, ale parę godzin później. W tym czasie Pete parę razy na zmianę mdlał i budził się, parę razy myślał, że już umarł i parę razy prawie faktycznie to zrobił. Przemiana trwała w najlepsze, aż nie trzasnęły drzwi. Ale zamiast jednej pary butów, na podłodze dało się usłyszeć dwie. 

- ...O, tu leży. Znaczy się jeszcze nie kopnął w kalendarz. Hola! Jak się bawisz, Pete? - zapytał krasnolud. Ku uldze uszu i głowy łowcy, towarzysz krasnoluda uciszył go krótkim syknięciem.

- Ciszej. Każdy niepotrzebny dźwięk boli. Jak po przeholowaniu z wysokoprocentowymi trunkami. Przynieś szmatę nasączoną zimną wodą i nie tłucz się, z łaski swojej - odezwał się szeptem nieznany mężczyzna, a potem podszedł do łóżka łowcy. 

Twarz miał bladą, spokojną, wąsatą. Wąsy zresztą i oczy dodawały sympatycznego wyglądu. Facet ubrany był w białą koszulę, czarną pelerynę z kapturem, a reszty Pete nie dostrzegł. Przysunął sobie cicho krzesło, klapnął na nie i wyciągnął zza pazuchy szklaną buteleczkę z zawartością. Przelał ją do kufla znalezionego na szafce. 

- Jak się nazywasz? - zapytał. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Te parę godzin wystarczyło, aby niegdysiejszy rosły łowca wampirów, młody acz uzdolniony, przeobraził się w leżącą skorupę, zdolną tylko i wyłącznie do wpatrywania się w sufit. 

Jego usta były lekko otwarte, a zbłąkane oczy wskazywały, że ciągłe katorgi jakie przeżywał przez ten dzień wystarczyły, by jego umysł poddał się. Jeżeli wcześniej czuł nienawiść do wampirzycy za to, co mu zrobiła, tak teraz byłby w stanie zrobić i poświęcić dosłownie wszystko i wszystkich, by tylko urżnąć jej łeb i nabić na pal.

Kiedy ktoś inny, mu nieznajomy przysiadł obok łóżka na którym spoczywał, oczy nowo powstającego wąpierza skierowały się w jego stronę. To było pewniejsze niż pewne, że ten wąsaty jegomość to wampir. Zaraz potem wlepił wzrok w butelkę, którą to wyjął. 

Na pytanie, które to owy mężczyzna zadał, usta chłopaka lekko zadrgały. Odpowiedź, którą to miał udzielić, została poprzedzona przez cichy ciągły jęk.

- Pete... - W końcu słowo przeszło przez jego gardło. Zaraz potem oddech wyczerpanego zabójcy wampirów bardzo przyśpieszył. 

- Aha! Teraz rozumiem! Przyszedłeś dokończyć dzieła, tak? Specjalnie czekaliście tak długo, bym cierpiał po wsze czasy, byś teraz tu przyszedł i w końcu przyniósł mi wieczny odpoczynek?! No, to na co czekasz, poczwaro! Zabij mnie w końcu, to co dzisiaj przeżyłem to chyba wystarczająca odpłata za to, że mordowałem bliskie bądź dalekie ci wampiry. - Mówił jak obłąkany, próbując podnieść rękę i chwycić wampira za gardło. 

- Ty cholero! Jakbym był w lepszym stanie to bym wam wszystkim pokazał, co myślę o takich bladych matkojebcach jak wy!

Share this post


Link to post
Share on other sites

- Pokażesz, pokażesz - odparł ze znużeniem facet przy łóżku. - Niedługo będziesz nawet jednym z nas, witamy w klubie. Jeśli po drodze nie zdechniesz jak większość po tygodniu, Pete. Uroczego masz kumpla, Torn - krzyknął do krasnoluda. Pochylił się nad byłym łowcą, nie przejmując się zanadto rękami zbliżającymi się do szyi (które już w połowie drogi niemal omdlały z wysiłku). 

- Słuchaj, Pete. Są dwie opcje i ani jednej więcej. Albo teraz jak grzeczny bachor wypijesz ten barszczyk o, tu - powiedział, pokazując zawartość kufla. -...Albo za dwa do czterech dni już cię nie będzie. Tyle, że cały czas będziesz świadomy. Kości będą boleć jeszcze bardziej niż teraz, kiszki będą się skręcać, powypadają ci zęby, paznokcie, będzie zabawnie. To jak robimy, hę? 

Share this post


Link to post
Share on other sites

- Takie gadanie jeszcze na kogoś działa? - Pete zawsze uważał, że wampiry potrafią tylko i wyłącznie gadać, grozić, no i błagać, kiedy to już dzieliły ich sekundy od śmierci. - Uroczego masz kumpla, Torn! - Dodał, zaraz po tym jak lekko odwrócił głowę na bok. Oddech wampira nie należał do przyjemnych. 

- Ten grzeczny bachor bardzo chętnie wypiłby twój specyfik, tylko jak widzisz ty wąsaty, ślepy przygłupie, jestem niezdolny do najprostszych manualnych czynności. Chociaż poczekaj. Ej Torn! Choć no tu i nakarm mnie! Nie podoba mi się obecność tego przemądrzałego chujka! 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Torn nie zdążył dojść do łowcy, bo nim to zrobił, wampir chwycił go za szczękę, siłą odchylił głowę i zaczął powoli wlewać zawartość kufla do gardła Pete. Nie pominął przerw na zabranie przez tego oddechu. 

Krew była tak samo obrzydliwa jak wcześniej - metaliczna, mdląca, lekko słona ciecz, od której żołądek skurczył się boleśnie, zapowiadając nadejście potencjalnych kiszkowych rewolucji. Pete mógł odnieść wrażenie, że płyn pali go w gardło jak mocny alkohol. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Prawdę mówić, Pete sam zdawał sobie sprawę z tego, że zasłużył sobie na takie traktowanie. W końcu nie obraża się kogoś, przed kim nie można się obronić. Chociaż w takim stanie to nie był zdolny nawet w połowie unieść ręki, a co dopiero o jakichkolwiek próbach stawienia oporu. 

Łowca mógł tylko czekać w cierpieniu i obrzydzeniu, aż cała paskudna zawartość kufla znajdzie się w jego żołądku. Łzy ciekły mu z oczu, które to mocno wytrzeszczył. Mógł mieć tylko nadzieję, że krew tak wypala gardło tylko w momencie przemiany w wampira, inaczej ograniczy jej picie do absolutnego minimum. Pete stronił od alkoholu, przez co jego gardło bardzo źle to znosiło. 

Skoro musiał to wypić, nie próbował się wiercić, ani machać głową na każdą stronę. Wykorzystał jednak resztki swoich sił, aby dłonie położyć na przedramieniu wampira, który to odciął mu dopływ powietrza i zarazem miażdżył mu szczękę. Zaczął lekko klepać w to przedramię, by ten wąsaty psychol uspokoił się troszeczkę i pozwolił mu oddychać. W końcu do przemiany nie dojdzie, jeżeli się udusi. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Wampir puścił Pete, wstał, otrzepał ręce które następnie wytarł o spodnie i postawił kufel na szafce. Torn stał zdezorientowany pośrodku pokoju, nie do końca wiedząc co ma zrobić. 

- Najlepiej byłoby go przetransportować do piwnicy. Gdzieś, gdzie jest zupełnie ciemno. Krew raz na dzień, do tego mięso - aż do końca przemiany. Nie będzie szczególnie silny, więc raczej dasz sobie radę. Jakbyś chciał coś wiedzieć, wiesz gdzie mnie szukać. I wezwij mnie, jak już się przemiana zakończy i przeżyje. No, to do zobaczenia. 

Po tym wampir wstał i wyszedł.

- To jak, Pete? - zapytał krasnolud. - Masz jakąś przytulną norę za miastem może?

Share this post


Link to post
Share on other sites

Pete zaczął mocno krztusić się, kiedy w końcu zdołał wypić całą krew, co zdawało się trwać wieczność. Szczęka nadal go bolała. Ten wampir miał naprawdę mocarny uścisk. 

- Bogowie... - Wyjęczał, gdy w jego żołądku szalał armagedon. Najchętniej zwróciłby wszystko to co wypił, lecz wtedy pożegnałby się z życiem, a tego przecież nie chciał. 

Dopiero po chwili łowca przypomniał sobie, że Torn zadał mu pytanie. 

- Norę? Przecież doskonale wiesz że jestem sierotą. Skoro u swoich nie jestem już mile widziany, to nie mam absolutnie dokąd pójść. Żadnych bliskich ani dalekich krewnych, żadnych kumpli, w końcu trzymałem się tylko z łowcami. - Pete leżał na boku, wpatrując się przed siebie, kiedy to zaczęła po głowie chodzić mu pewna myśl. 

- Może... może mój stary dom? Pewnie jest ruiną, ale piwnica powinna być jako tako do użytku. No a na pewno będzie w niej zupełnie ciemno. Nie! To głupie! Wampiry napadły na mój stary dom, zmieniając kompletnie moje życie, i ja mam teraz tam wrócić... jako przemieniający się wampir? Okryłbym hańbą moją rodzinę, przodków, nazwisko! Nie wiem, Torn. Weź no ty coś wymyśl.

Share this post


Link to post
Share on other sites

- Ha! Świetny pomysł! - odparł krasnolud i przeszedł w tryb głębokiego kombinowania połączonego z energicznym drapaniem po brodzie. - Hańba czy nie, kogo to obchodzi. Znamy twoją historię, chłopie, więc nie ma innej możliwości! Tam cię nie dopadną, bo tam nikt nie chodzi i nikt nie wpadnie nawet na to, żeby cię tam szukać! Przynajmniej dopóki się nie przemienisz. Dzisiaj w nocy jakoś cię zapakujemy na konia i odwieziemy do starej rudery - stwierdził krasnolud i ruszył już, żeby podejmować działania... A potem zatrzymał się w pół kroku. 

- Nie, nie, nie. Debilny pomysł. Kretyński. Za miastem trudniej mieć na ciebie oko, żebyś przypadkiem nie wykitował. A jak coś tam przypadkiem wlezie, to jesteś bezbronny. A wiesz co, Pete? Mam inny pomysł... 

 

I tak oto przed północą stanęli przed największym zamtuzem w mieście, uznawanym powszechnie za całkiem ekskluzywny (co w wolnym tłumaczeniu oznaczało mniejszą szansę na nabawienie się paskudnej, wstydliwej choroby). 

Do burdelu prowadziły schody zwieńczone czerwonymi latarniami, a że budynek postawiono w jednym z wyższych punktów miasta, miał też całkiem niezły widok na wszystko, co było poniżej - czyli głównie zatokę i lasy. 

Cała podróż, choć trwała ledwie dwadzieścia minut, wydawała się być wiecznością - Pete miał poważne problemy utrzymać się na końskim grzbiecie, a w dodatku trzęsło nim tak, że mogłoby się zdawać, że kości zostawił gdzieś na bruku. 

- I co sądzisz? - zapytał Torn, wyraźnie dumny z siebie. W okolicy nie kręciło się wielu strażników (właścicielka domu rozpusty była kobietą wpływową), toteż teren wydawał się być w miarę bezpieczny. - Oczywiście, spodziewają się nas... 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Przez całą podróż na grzbiecie wierzchowca, Pete jedną ręką zatykał usta. Przez te turbulencje tylko wzmagała się jego chęć zwymiotowania dalej niż widział. Z kolei zachowanie równowagi tylko przy pomocy jednej ręki nie było łatwe w tym stanie. 

Gdy nareszcie dotarli do celu, za co chłopak dziękował każdemu mu znanemu bóstwu, że to już koniec tego cholernego telepotania, Pete był całkiem zaskoczony... i nawet zainteresowany pomysłem krasnoluda. 

- Wiesz co? Twój pomysł jest lepszy od mojego. - Stwierdził, cały czas próbując dojść do siebie po tej koszmarnej przejażdżce. Jego powieki były cholernie ciężkie, wszystko go bolało, a jego żołądek wciąż rozpaczał po przyjęciu dawki tej parszywej krwi. 

- Szkoda że nie jestem w najlepszym stanie do użytku. Hej, Torn. Myślisz że jako łowca wampirów mogę liczyć na jakąś zniżkę czy coś? - Zapytał w pół przytomnie. Skoro już miał spędzić czas w takim interesującym miejscu, grzechem byłoby nie skorzystać z jego usług. Oczywiście gdy będzie w stanie... 

Share this post


Link to post
Share on other sites

- Póki co to by cię prędzej zabiło. Ale nie sądzę. "Kot" nie ma układów z łowcami, tylko strażnikami miejskimi... I pewnie paroma innymi grupkami. Ale nie z łowcami - stwierdził krasnolud. - Poza tym, twój pobyt tutaj kosztuje mnie przysługę. Szczęście, że burdelmama była moją dłużniczką. 

Krasnolud zostawił konie przy wodopoju i pomógł koledze zejść z konia. Podprowadził go zresztą, a podpórką był - ze względu na swój wzrost - całkiem niezłą. Z wnętrza budynku dobiegał wesoły gwar, a w szklanych oknach widać było ciepłe światło. Trzeba było przyznać, że lokal naprawdę był zachęcający. 

Drzwi otwarły się, zanim jeszcze oboje do nich dotarli. W progu stała młoda, wulgarnie ubrana, ciemnowłosa kobieta z tak samo mocnym i wulgarnym makijażem. Miała na sobie długą spódnicę z rozcięciem aż do uda i bardzo, bardzo skąpą bluzkę.

- Witam w "Kocie", moi drodzy. Madame Gerr oczekuje - oświadczyła z drapieżnym uśmiechem. W jednej ręce trzymała tacę z małymi kieliszkami wypełnionymi czerwonym alkoholem. - Poczęstujecie się? - zapytała.

Krasnoludowi aż się oczy zaświeciły. 

- No, Pete. Nie żałuj sobie. To jeden z ostatnich w twoim życiu, więc wiesz... 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Na wieść o tym, że ten burdel nie brata się z łowcami, Pete bardzo się zawiódł. Jednakże nie na długo. Przypomniał sobie przecież że łowcy nie bratają się z nikim. Absolutnie nikim i niczym. 

Przy okazji, krasnoludy powinny zawodowo zajmować się odprowadzaniem ludzi. Czy to pijanych, po imprezach, czy w innym stanie niedysponowania. Mimo iż łowca z wiadomych przyczyn nie był w pełni sił, to czuł, że przy pomocy tego mocarnego kurdupla mógłby i obejść całą ziemię. 

Gdy drzwi otwarły się, młody chłopak poczuł, jakby właśnie miał przekroczyć bramy niebieskie. Pete mało co nie poleciał na ziemię, kiedy jego oczom ukazała się ta piękność, której ubranie było ograniczone do podniecającego minimum. 

Jakimś dziwnym cudem, Pete poczuł się o niebo lepiej. 

- Ty możesz zająć się tym alkoholem, karłowata moczymordo. - Odezwał się bardzo pewnie, próbując nawet odkleić się od krasnoluda i zrobić te kilka kroków o własnych siłach. - Ja z chęcią poczęstuję się tymi... tymi obiema krągłymi pięknościami! 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Samodzielne kroki nie były dobrym pomysłem. Ledwie oderwał się od kradnoludziej podpórki, doznał potwornych zawrotów głowy i byłby runął, gdyby brodaty sześcian nie wykorzystał refleksu i nie wsparł go w porę. 

- Innym razem, ty idioto. W którą stronę, piękna? - zapytał kurtyzanę z tacą, a ta ukrywając grymas zażenowania wskazała schody. 

- Drugie piętro, pokój na końcu korytarza. Życzę mnóstwa atrakcji - mrugnęła, po czym wróciła do pracy, ruszając wgłąb pomieszczenia. 

W środku znajdowały się stoły zastawione misami z owocami. Było też parę parawanów oddzielających konkretne stoliki, choć klienci mieli do dyspozycji pokoje, gdzie świadczono usługi. Było też mnóstwo drogich zasłon, lampionów i muzyka od grajków na malutkiej scenie w rogu pomieszczenia. 

Torn westchnął ciężko. 

- Drugie piętro, ta? - zapytał i ruszył w stronę schodów, taszcząc Pete ze sobą. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

- Chyba się jej nie spodobałem... - Stwierdził z przykrością. 

Łowca był zdumiony wyposażeniem tego zamtuza. Wszystko było takie piękne i prestiżowe. Co musiało oznaczać że tutejsze ceny musiały być naprawdę wysokie. To że zajmował się tak niebezpieczną profesją, nie znaczyło to że robił na niej wielkie pieniądze. Prawdę mówiąc to aktualnie nie miał przy sobie złamanej monety. Wszystkie pieniądze za usługi łowców wampirów przejmowała góra, i to ona tymi pieniędzmi zarządzała. Toteż każdy miał zagwarantowany sprzęt, jadło, medykamenty, acz nie było mowy by wziąć sobie parę pieniążków i przepieprzyć to na alkohol czy panie do towarzystwa. Nie oznacza to jednak, że takich prób nie było, ba, Pete nawet brał w czymś takim udział. To jak bardzo miał przesrane nawiedza go do dziś. 

Kiedy chłopak spojrzał na schody i wyczuł to niezadowolenie Torna, zaczął głupkowato chichotać. 

- Skąd to zwątpienie, kumplu? Przecież podobno każdy krasnolud ma parę w łapskach, nie? Wniesiesz mnie bez problemu, mordeczko. Przecież ważę tylko prawie sto kilo, co to tam dla ciebie... 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Krasnolud spojrzał na łowcę spode łba, po czym oparł go o poręcz schodów.

- Widzisz, Pete, warto żebyśmy sobie przedyskutowali pewną rzecz. Ja nie muszę ci pomagać, druhu, ale robię to, ponieważ, prawda, jesteś moim druhem. I nie jestem w stosunku do ciebie ani trochę nieprzyjemny, więc odwdzięcz się tym samym i nie bądź dupkiem - przemówił, po czym wziął łowcę z powrotem i zaczął powoli prowadzić po schodach. 

Mimo że to nie Pete się wysilał, wędrówka była dla niego katorgą i na drugie piętro wlazł już ostatkiem sił. 

Na końcu korytarza faktycznie były drzwi wyglądające jakoś tak... Lepiej. Oczywiście wisiał przy nich obowiązkowy lampion, ale w kolorze białym, a nie czerwonym jak w pokojach. 

Kiedy już dotarli, z wnętrza dobiegło melodyjne "proszę". 

Wystrój był podobny do tego na dole, z tym, że stało tam biurko wyglądające na bardzo drogie - jak właścicielka. 

Kobieta w średnim wieku, ale wciąż w pełni okazałości. Wyglądała bardzo nieskromnie, miała spięte w gruby warkocz blond włosy i twarz okraszoną mocnym makijażem. 

- Czy to jest nasz mały wampir? - zapytała kobieta. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

- Rany, od kiedy ty się taki poważny zrobiłeś, hę? Przecież sobie tylko żartuję... - Odpowiedział na swoją obronę. - Nie bądź dupkiem! I mówi to ten który po pijaku cisnął po mojej matce! No ciesz się że jestem w pół żywy, bo byśmy tera walczyli! 

Mimo iż wędrówka na górę była zdecydowanie krótsza niż podróż do zamtuza, Pete czuł się jeszcze gorzej, niż wtedy na grzbiecie wierzchowca. Gdy dotarli na górę, sapał tak mocno, jakby zaraz miał wziąć i zdechnąć. 

- Rany... - Rzucił, ledwo łapiąc oddech. - Ktoś powinien stworzyć coś, w co można by było wejść i pofrunąć na górę...

Gdy weszli do środka, chłopak nie odrywał wzroku od kobiety. Jeżeli to była burdelmama, był nieco zdziwiony, że nie była sukkubem. Bo to zwykle sukkuby zajmowały się prowadzeniem takich miejsc. 

- Nie nie, droga Pani. Prawda, mały, ale w tym przypadku to krasnolud, nie wampir. - Pete ledwo co złapał Torna za policzek i lekko nim potarmosił. 

 

Share this post


Link to post
Share on other sites

- Niech będzie. Siadać - oznajmiła, wskazując krzesła przed biurkiem (obowiązkowo obite czerwonym atłasem). Złożyła dłonie w piramidkę i spojrzała nieszczególnie przychylnym wzrokiem na Pete. 

- Ja jestem Patricia Gerr i mam przyjemność, bądź - jak się wkrótce może okazać - nieprzyjemność goszczenia cię w moim... Przybytku. Zazwyczaj nie urządzamy domów pogrzebowych albo przechowalni półtrupów, ale jako że będąc szulerem Torn ma całe mnóstwo dłużników wszędzie, jestem zmuszona udzielić Ci azylu. W podziemiach. Krząta się tu zbyt wielu strażników miejskich, więc nie mogę ryzykować. Przez następny tydzień może być bardzo zabawnie. Jak ci na imię? - zapytała. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Umordowany, przyszły wampir, nawet nie czekał na pozwolenie by spocząć, już wcześniej zaczął kierować się, chociaż w zasadzie to popychać Torna naprzód, aby w końcu usiąść i odsapnąć. 

Już samo zetknięcie wzorku z Gerr wystarczyło, by Pete jej nie polubił. Toteż by również pokazać nieco wrogości, kierował wzrok w każdą możliwą stronę, tylko nie na nią. 

- A ja jako półtrup mam nieprzyjemność stwierdzić, że mogę w każdej chwili zamienić się w trupą, więc moje imię raczej nie będzie potrzebne. Może nawet nie zdąży... Pani, go zapamiętać. - Odpowiedziawszy bardzo obojętnie, odwrócił głowę, by spojrzeć z podejrzliwością na Torna. Skoro był łowcą wampirów, to jakim cudem miał czas być jeszcze szulerem? Widocznie jeszcze wiele rzeczy o nim nie wiedział...

- To że jesteśmy "zmuszeni" się znosić przez tę parę dni, nie znaczy że musimy się lubić...

 

Share this post


Link to post
Share on other sites

- O, to właśnie. Święte słowa - odparła i wstała zza biurka. Dźwięk kroków był całkowicie normalny, co upewniło Pete w przekonaniu, że jędza nie jest sukkubem. Ostatecznie mogłaby spiłować rogi, tak jak to robiła burdelmama z innego miejskiego przybytku, ale ta tutaj stąpała właściwie bezszelestnie. Zatrzymała się przed drzwiami, w momencie chwytania za klamkę. 

- Właściwie... Nie, piwnica to zbyt duże ryzyko. Ulokujemy cię gdzie indziej. 

I wyszła, dając znak, żeby podążali za nią.

Gerr otwarła drzwi do jednego z pokoików. Okno z niego wychodziło na ten sam widok, który widzieli z dołu: zatoczkę, mieszające się dopływy rzeki z jej głównym nurtem, polami i lasami. Było tam spore łóżko z obowiązkowo czerwoną pościelą i baldachimem, komoda, szafka i krzesło,  ana dodatek owcza skóra na podłodze. 

- Co ile ma przychodzić ten z jedzeniem? - zapytała burdelmama.

- Codziennie. 

- Może przychodzić, ale w nocy. Potrzebujesz czegoś jeszcze? 

Share this post


Link to post
Share on other sites

- Zaraz chwila moment - Odezwał się Pete, bardzo podejrzliwie patrząc na Patricie. - Jakim cudem piwnica to zbyt duże ryzyko... ale taki pokój już nie? To chyba bardziej prawdopodobne, że to właśnie w piwnicy raczej nikt mnie nie znajdzie, niż tutaj. 

Przyszły wampir zamilknął na chwilę, w nagłym i głębokim zastanowieniu.

- Ty chyba nie myślisz... że zacznę tutaj pracować, co? - Zapytał bardzo poważnie. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Create an account or sign in to comment

You need to be a member in order to leave a comment

Create an account

Sign up for a new account in our community. It's easy!

Register a new account

Sign in

Already have an account? Sign in here.

Sign In Now

×
×
  • Create New...