Jump to content

Strona Główna  |  Ogłoszenia  |  Lista Fanfików  |  Fanpage  |  Feedback

Recommended Posts

image.thumb.png.0d18bbf034da4f363bb1e6e9545f0284.png

~Pewnego Razu Na Dzikim Zachodzie~

 

 

 

Onyxcrag, zawdzięczało swoją nazwę kopalnią węgla w okolicy. Było to miasto spokojne, wręcz nudne. Jednak od stosunkowo niedawna całość się zmieniła. W kopalniach odkryto Upioryt, co wielokrotnie podniosło wartość całej okolicy oraz ściągnęło dość sporo przedsiębiorców, jednocześnie zasilając bank i skarbiec miasta. Miasto rozrosło się i zaludniło, co niestety w dłuższym rozrachunku przyniosło więcej problemów niż korzyści. 

Pierwsze dziwne zdarzenie miało miejsce zaledwie cztery miesiące temu gdy ze cmentarza wstało kilka trupów. Chociaż poradzono sobie z nimi dość szybko a potem wprowadzono politykę palenia zwłok, był to zaledwie zwiastun nadciągających problemów. Atmosfera w mieście powoli się pogarszała. A co noc, księżyc zdawał się roztaczać coraz bardziej zielonkawą aurę na ulicach. Doprowadziło to do opuszczenia miasta przez niektórych, co oczywiście nie było już na korzyść władz miasta. Wtedy też pojawiło się ogłoszenie. Dla każdego kto rozwiąże problemy, przewidywana była nagroda w wysokości dwudziestu pięciu tysięcy dolarów (co na tamte czasy było kupą kasy). 
Pojawiło się już kilku śmiałków, ale na razie wszyscy polegli. Czy teraz będzie inaczej?
 

 

* * * * *

 

W pociągu było zaskakująco mało ludzi. Chociaż to jeden z wagonów był tym na którym teraz się skupimy. Pociąg jedynie przejeżdżał przez Onyxcrag, więc sporo osób przez nie przejeżdżało. Niewielu naprawdę tu wysiadało. Dzisiaj mieliście to być wy. 
W rzeczonym wagonie, było kilka postaci, znacznie istotniejszych dla tejże historii. Piątka śmiałków kierująca się do Onyxcrag aby odnaleźć przeznaczenie, zarobić albo po prostu dowiedzieć się czegoś ciekawego. Wśród całej grupy osób była jedna zwracająca na siebie uwagę znacznie bardziej niż reszta. 
Czarnoskóra kobieta, z sępem jakimś cudem przemyconym do środka pociągu. Nie tylko jej wygląd (i ptasi towarzysz) był tym co zwracało na siebie uwagę. Owa kobieta rozmawiała z jakimś starcem na temat najlepszych sposobów na ból krzyża. Zarówno starzec jak i jego współmałżonka słuchali z zainteresowaniem ale i dziwnym podziwem, jakby nie wierzyli w to, że ktoś taki może się na tym znać. 
Kolejną wyraźnie zwracającą na siebie uwagę osobą była kolejna kobieta, ta jednak nie wyróżniała się swoim kolorem skóry a eleganckim wyglądem i specyficznym urokiem który zgarnął jej uwagę wielu mężczyzn. 

To one zwracały na siebie większość uwagi, chociaż mężczyzna w dziurawej koszuli też zebrał na sobie kilka spojrzeń. Głównie nieufnych, temu też siedział samemu. Był też inny mężczyzna który to zdawał się zabawiać jakąś młodą dziewczynę karcianymi sztuczkami. Ostatni z istotniejszych postaci też był mężczyzną, przy którym to kilka osób siedziało, bo zwyczajnie woleli unikać osobnika z dziurawą koszulą. 


Do uszu całej piątki, oraz reszty, ale cywilami zajmiemy się później, dobiegł odgłos tętniących kopyt. Było ich sporo, chociaż ciężko określić ile dokładniej. Po całym wagonie przeszły podejrzliwe szepty. Na szybach zebrała się para, a światła zaczęły dziwacznie błyskać. Usłyszeliście też kroki na dachu wagonu a siedzący przy oknie Aleksy dojrzał odcisk dłoni, z drugiej strony. Cokolwiek to było, raczej nie było człowiekiem. 

Usłyszeliście walenie do tylnych drzwi. 

Coś próbowało się wedrzeć do środka, naglę ten sam odgłos dobiegł z drugiej strony. I z dachu. Byliście otoczeni. Wreszcie, drzwi z tyłu puściły a do środka wtoczyło się coś... co najłatwiej opisać czterorękim szkieletem, w starej zniszczonej koszuli, płaszczu i dziurawym kapeluszem kowbojskim. Za nim kolejny, podobny, ale jednak miał standardową liczbę kończyn. I kolejny. Trójka trupów stanęła w wyjściu. Do tego inne chyba napierały z drugiej strony. 


Musicie działać! 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Czarnoskóra kobieta nazywała się Mhina Jirani. Była szczupła, choć dosyć wysoka i zdecydowanie nie chuda. Twarz miała młodszą niż wskazywałby na to wiek, dosyć wyniosłą (rzecz wytrenowana), a czarne włosy spięte w ciasny kok z paroma warkoczykami odchodzącymi od upięcia. Miała na sobie suknię modną parę lat wcześniej, która wyglądała jakby została zszyta z kilku sukni. Niektórzy mogliby nazwać to awangardą, ale raczej przypominało to chaos. Może bezguście. W istocie suknia miała parę praktycznych rozwiązań które trzydziestopięcioletnia Mhina ceniła sobie najbardziej, ale to nie ona stanowiła najbardziej charakterystyczny punkt rzucający się w oczy. Nie były nim też talizmany (często losowe) zawieszone na szyi, w formie bransolet czy jako kolczyki.  Był nim sęp. On z kolei raczej nie był praktyczny. 

Jadł sporo jak na ptaszysko, był ciężki i często drętwiała od niego ręka, a poza tym mimowolnie strasznie drapał, czego z takimi szponami nie sposób było uniknąć. Mógł oczywiście być niezłym sprzymierzeńcem, ale nie było jeszcze okazji kiedy mógł się przydać. No, poza robieniem odpowiedniego wrażenia. 

Po konsultacji z parą staruszków była niemal pewna, że dalej podróż minie bez przeszkód. Od początku pobytu w tym kraju nie działo się nic szczególnego poza napadami bandytów albo rdzennych Amerykanów, a Mhina na pewno nie spodziewała się ożywionych trupów. Na pewno nie tutaj. 

Kiedy kościotrupy wkroczyły do środka, Mhina drgnęła. Zmarszczyła brwi. Wystraszyła się oczywiście, ale nie pokazała tego - wszak szamanowi nie było wolno okazywać żadnych słabości. Czy ktoś nimi sterował? Nie dopuszczała innej możliwości - jak inaczej miały działać zombie? Rozejrzała się ostrożnie po otoczeniu. 

Ameryka miała to do siebie, że nie wolno było bagatelizować nikogo - Mhina zdążyła się o tym boleśnie przekonać parę razy. Nie widziała nikogo szepczącego, nikogo podejrzanego (nie w ten sposób...), ani nie wyczuwała, aby ktoś czarował. Ale ów magik mógł być na zewnątrz. 

Spośród paru talizmanów wiszących na szyi delikatnie sięgnęła do kości kciuka wiszącej na rzemyku. Niemal niezauważalnie, gestem prawie że zlęknionym. Nie spuszczała wzroku z czterorękiego kościotrupa. Zaczęła szeptać. 

Chciała zawładnąć czterorękim, wyrwać go spod władzy kogoś, kto dotychczas go kontrolował. Była też gotowa do szybkiego otwarcia okna pociągu, żeby wypuścić sępa i nie narażać go na niebezpieczeństwo - obronić mógł się na zewnątrz, nie w ciasnej przestrzeni wagonu. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Jedną z wyróżniających się w wagonie była Theodosia Eden. Siedziała spokojnie, ze stoickim spokojem na twarzy, który jednak zamieniał się w nieco nonszalncki uśmiech gdy spoglądał na nią jakiś mężczyzna. Nie wysoka, obrażona atutami i niecodziennymi  rysami kobieta była wolnym ptakiem. Mówiąc o ptaku. Spojrzała na czarnoskórą kobietę z sępem na ramieniu. Wydawała się całkiem ciekawą osobistością, choć wprawiała Theosię w lekkie osłupienie. 

Poprawiła swoją postawę. Liczyła na miłą podróż. Odpoczynek przed tym, co czekało ją na miejscu. Nie pewna tego co może zastać na miejscu pogrążyła się w głębokich przemyśleniach. Może znajdzie jakiś sojuszników? To byłaby dobra opcja, jednak była pewna, że nie każdy będzie chciał współpracować. Na pewno nie od razu. Nie zależało jej za bardzo na pieniądzach. Miała ich wystarczająco by żyć tak jak lubiła. Czuła jednak wewnętrzna potrzebę, nie, obowiązek spróbować rozwiązać ten problem. Jej usta pokryte czerwoną szminką wykrzywiły się w lekkim grymasie a czarne oczy spojrzały na okno.

Usłyszała tęt kopyt. Na pewno było ich wiele. Czyżby indianie? Jeszcze tego brakowało! Ale przecież nie mogło być tak łatwo. Kroki na dachu, błyski. A potem dołownie, walenie w drzwi. Do wagonu wtargnęły trzy kościotrupy. Wywołało to u niej lekkie zaskoczenie, jednak szybko poderwała się, gdy tylko zobaczyła, że owa kobieta z krukiem zaczęła coś mruczeć. Spod materiału sukni wyciągnęła dość długą i ostrą spinkę. Była gotowa.

Share this post


Link to post
Share on other sites

W wagonie było zdecydowanie zbyt spokojnie. Żadnych zaskoczonych spojrzeń, żadnych krzyków, oskarżeń, strzelanin. To oznaczało, że nikt z obecnych widocznie nie wiedział, kim jest Fergal Gallows. Listy gończe z jego imieniem krążyły już zapewne po całej Ameryce. Cóż, skoro nikt tutaj go nie znał (bądź jeszcze nie rozpoznał) to bardzo dobrze. I dla tych ludzi, i dla samego ludobójcy. Tak, ludobójcy. Zabitych na koncie Fergala można już było prawdopodobnie liczyć w setkach, o ile nie tysiącach. Bo w końcu tym się zajmował, mordowaniem ludzi, a z czasem i nieludzi. Czy to na zlecenie, czy dlatego że ktoś krzywo na niego spojrzał, czy po prostu bardzo go korciło by pociągnąć za spust rewolweru. 

Mężczyzna nie mógł pogodzić się z tym, że do podróży wybrał pociąg. Bo jak wiadomo, samemu się tą maszyną nie podróżuje. Było tutaj zdecydowanie za dużo tych... ludzi. Tych parszywych, głośnych ludzi. Plus był taki, że zdecydowanie każdy go tutaj unikał. Jednak ich rozmowy, nawet oddechy były zdecydowanie zbyt głośne. Mizantrop tak bardzo chciał puścić wszystkie wagony z dymem, jednak nie mógł sobie na to pozwolić. Przecież obiecał sobie, że na czas nieokreślony zajmie się mordowaniem wszystkiego, co nadprzyrodzone. Na pewno stanowiło to większe wyzwanie.

Jego czarne włosy sięgające do brody, lepiły się do jego twarzy, przez co ledwo było można dostrzec jego twarz. Podkrążone oczy, wpatrzone przed siebie, wydawały się nieobecne, puste, jakby uciekł z twej swojej cielesnej skorupy. Mierzył standardowo jak na faceta, był całkiem muskularny, mimo to nie miał za dużo masy, przez co wyglądał dość nietypowo. Wciąż odziany w tą swoją starą koszulę, gdzie w niektórych jej miejscach były dziury, oczywiście po kulach. Rękawy były nadszarpane, a gdzieniegdzie ostało trochę zaschniętej krwi. Do tego wytarte jeansy i wytrzymałe, czarne buty, dobre do kopania i zgniatania. Zdecydowanie nie był to ubiór wyjściowy. Do tego jego korpus owijały dwa skórzane pasy, do których to doczepiona była amunicja. Czyli całe, załadowane bębenki. Rewolwer Fergala należał do tych, w których wymieniało się cały bębenek, zamiast ładowania pojedynczych pocisków. Tym paru sekundą szybszego przeładowania nawet zawdzięczał życie, i to nie raz. 

Z całej tej ucieczki w głąb swoich ponurych myśli wyrwało go dopiero walenie do drzwi. Odetchnął głęboko i głośno, jakby dając sygnał że właśnie się uruchomił. Zaraz po tym przyszła trzeźwa i szybka ocena sytuacji. Cokolwiek chciało tutaj dostać się przez drzwi, teraz waliło już z każdej możliwej strony. Przed nim, za nim, nad nim. Nie robił żadnych ruchów, do póki oponenci nie dostali się do środka.

Kiedy już to zrobili, mężczyzna przejechał ręką po twarzy, by zabrać te kudły i mieć lepszą widoczność. Szkielety na pewno nie były tym, na co można od tak natrafić w pociągu. Sądząc, że raczej przestrzelenie ich czaszek na niewiele się zda, Gallows zerwał się z siedzenia, dobył broń i postanowił strzelać w ich ręce i nogi, by odrąbać je od reszty kości, tym samym eliminując możliwości szkieletów do absolutnego minimum. 

 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Aleksy Dybicz siedział spokojnie na swoim miejscu, w towarzystwie ludzi, którzy niechętnie chcieli przebywać z osobnikiem w dziurawej koszuli. Rzadko bywał w miastach, toteż listy gończe widział sporadycznie, więc nie mógł skojarzyć facjaty. Ale nawet gdyby sobie przypomniał, to i tak powodów żeby go schwytać mało. W walce jeden na jeden, Aleksy dostał by kilka kul z rewolweru i po zawodach. Zajmował się więc pogadankami z siedzącymi obok, przy czym musiał wytłumaczyć się ze swojego akcentu. Cóż. Tak to już bywa. Po za wymianą zdań, głównie na temat wojny, zerkał raz po raz na wybijające się z tłumu kobiety. Znaczy jedyne ładne elementy otoczenia. A żeby zachować pozory, otworzył dziennik, w którym zaczął coś czytać.

Zdjął z głowy kapelusz, ukazując brązowawe włosy, podobne kolorem do zarostu na twarzy. A zarost podobny do tego austriackiego cesarza. Wąs, łączący się z bokobrodami, widoczny na jasnej, lekko opalonej, cerze. Facjatę, z niebieskimi oczyma, psuła trochę szrama na lewym policzku. Porządnie zbudowane ciało, zakrywał czarny płaszcz, sięgający od ramion do nóg. Pod nim, materiałowe, beżowe spodnie oraz koszula, wojskowe buty. Fakt, ubiór lekko podejrzany, ale nie szata zdobi człowieka. Jeśli w tej szacie nie ma dziur, wielkości kul rewolweru. Pod nogami, spokojnie spoczywała niespodzianka, dla każdego kto byłby na tyle głupi, żeby go napaść.

Gdy ozwał się tętent kopyt. Czyżby indiańce? Nie. Nie było tych charakterystycznych zawołań. Para na szybie, pozytywnie nie nastrajała. Podniósł głowę, gdy dosłyszał kroki. Wtem, dojrzał odcisk ręki. Dobra, czara goryczy się przelała. Założył kapelusz na głowę. W tym samym momencie, weszły te szkielety. Złapał za Springfielda na podłodze. Chwycił go mocno, wciągając powietrze. Wiedząc że zaraz pewnie wejdą z drugiej strony, albo od góry, czy szyby...miał dylemat gdzie celować. Walić, pomyślał.

Wstał celując w drugie drzwi. Gdyby coś się w nich pojawiło, to palec na spuście od razu pociągnie, żeby przestrzelić jakąś czaszkę.

 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Ostatnim z wymienionej grupy był przystojny mężczyzna. Miał krótkie, brązowe włosy ustawione w idealnym nieładzie i do tego pełny zarost który był równo przycięty. Ubrany był w brązowy płaszcz, brązowe spodnie i czarne wysokie buty. Pod płaszczem miał czerwoną koszulę a obok niego leżał wytarty, brązowy, kowbojski kapelusz. Bardzo przyjemnie rozmawiało mu się z piękną dziewczyną a zabawa kartami była po to by szybciej leciał czas. To był jego drugi wypad do Ameryki z rodzinnej Hiszpanii więc nic nie było mu nowe. No może oprócz mgły za oknem. Jego czarne oczy spojrzały na mgłę i zasępiły się. Po chwili usłyszał również uderzenia i zobaczył szkielety. - Seniorita wybaczy. Obowiązki wzywają. - powiedział całując ją w rękę i stając w korytarzu. Jeśli w ogóle można było to tak nazwać. Z resztą bez znaczenia. Założył kapelusz na głowę i uśmiechnął się. - Zobaczmy któremu z was amigo dziś fortuna nie sprzyja. - powiedział z uśmiechem i rzucił pierwszą, lepszą kartą w jednego ze szkieletów. 

Edited by Lucjan

Share this post


Link to post
Share on other sites

Chociaż mruczenie pod nosem wywołało u szkieletów coś w rodzaju nagłego skupienia, to równowaga po chwili szybko została rozproszona, bo tak oto i więcej osób zareagowało. Ciekawą rzeczą było to, że wszystkie szkielety ruszał głową synchronicznie. 

Wtedy padł pierwszy strzał trafiający jednego ze szkieletów z normalną ilością kończyn w udo. Jednak nie zatrzymało go to absolutnie. Wręcz przeciwnie, znalazł sobie cel, przestając poruszać się synchronicznie z pozostałą dwójką i skoczył na Fergala, próbując wbić swoje długie kości palców w jego ciało. Co ciekawe nawet udało mu się przebić skórę na prawej ręce, swoją lewą ręką. Prawą po prostu spróbował chwycić twoją broń.

 

Czteroręki szkielet skupił się na mruczącej pod nosem Mhinie, w przeciwieństwie do swoich dwóch towarzyszy miał broń a nawet dwie. Obie w jego dodatkowej parze dłoni. Jedną był długi nóż, albo wręcz maczeta, drugą niewielka siekierka, już miał skoczyć próbując pozbawić szamankę głowy ale... zamarł w półkroku. Wyprostował się opuścił bronie. Wtedy też delikatne światło w jego oczodołach, zmieniło swój kolor, z żółtego na zielonkawe. Sam szkielet oczekiwał twoich rozkazów. 

 

Theodosia była umiejscowiona raczej po środku więc żaden z nieumarłych do niej samej nie podszedł, jednak i na szybie obok niej pojawiły się odciski dłoni a w całym wagonie powoli zaczęło robić się coraz zimniej. Wtedy też drugie drzwi o tworzyły się z hukiem, a przez nie wkroczyły dwa kolejne szkielety, jednak teraz nie było żadnego czterorękiego. Jeden z nich chyba nawet pannę Eden dostrzegł ale... łoskot wystrzału ze Springfielda przeciął powietrze a wypluty przez broń pocisk wbił się w łeb szkieleta. Odrzuciło go to trochę sprawiając, że uderzył w ścianę. Jego towarzysz szybko zwrócił swoją uwagę na strzelcu i pobiegł w jego kierunku, ale dystans był nieco zbyt duży i jeszcze tam nie dotarł. 

 

Drugi ze szkieletów towarzyszący czterorękiemu też chciał zareagować ale powietrze z cichym świstem przecięła karta, która to zabłysła złotym światłem tuż przy końcu po czym wbiła się w kościane ciało ciskając nim w ścianę i sprawiając, że osunęło się bezwładnie na ziemię.

 

Zostały dwa agresywne szkielety. Jeden uderzył w ścianę, ale powoli wstawał. No i czteroręki, który zdawał się utracić wolę walki. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Fergal otworzył usta, kiedy to szkielet którego postrzelił (i jakimś cudem nie zrobił mu absolutnie nic), zranił go w rękę. Spojrzał na ową ranę, po czym powoli zamknął usta i wzrok przeniósł na świecące oczodoły kościotrupa. Zaczął wpatrywać się w nie bardzo uważnie i głęboko, jakby szukał w nich odpowiedzi... na coś. 

Gdy jego kościsty oponent chciał odebrać mu broń, poszukiwany morderca po prostu ją puścił, a gdy ta znajdzie się na ziemi, nadepnie na nią, by ktokolwiek lub cokolwiek nie postanowił przypadkiem się po nią schylić i ją zabrać.

Mężczyzna złapał wolną, niezranioną ręką za prawy nadgarstek szkieletu po czym uniósł jego rękę ku górze. 

- To, że nie masz skóry czy mięsa... - Odezwał się do bardziej niż prawdopodobne nic nic nie rozumiejącego potwora. Jego głos był zupełnie pozbawiony jakichkolwiek emocji. Nie bał się, nie denerwował, nie cieszył. Pustka.

- Nie znaczy że będziesz znaczył dla mnie więcej, niż każde ludzkie ścierwo w tym wagonie - Dokończył, po czym z całej siły nadepnął na stopę kościotrupa, chcąc ją roztrzaskać. 

Może nie zamierzał tego mówić, ale miał małą nadzieję, że któryś z tych nędznych ludzików przyda się na coś, zamiast dla przykładu stać po środku, przyglądając się jak idiotka, gdy reszta próbuje odwalić tutaj całą robotę...

Share this post


Link to post
Share on other sites

He. Następnym razem ten strzał nie będzie taki udany - pomyślał, kiedy pocisk typu Mine, przebił ożywieńcowi czaszkę. Dostrzegł też drugiego, który już zaczął się zbliżać. Ze Springfielda, nie było co strzelać, bo przeładunek potrwałby zbyt długo. Już by odłożył karabin i sięgnął po swojego Colta, kiedy dostrzegł że jeden z oponentów rzucił się na kowboja z dziurami na koszuli. Zaskoczyło go to, bo widział jak tamten strzelał, ale widać nie celnie. Nie czekając długo, obrócił karabin, tak że kolba znajdowała się u góry. Zacisnął uchwyt i z całej siły zamachnął się, tak żeby rozbić głowę chodzącego trupa.

Edited by Hetman WK

Share this post


Link to post
Share on other sites

Mhina na początku była pewna, że truposz nie posłucha. Jakie było jej zdziwienie i jak wielki uśmiech satysfakcji, gdy ów znieruchomiał i zmienił kolor "oczu". 

Teraz trzeba było jak najlepiej wykorzystać tę chwilę. Wypchnęła sępa za okno, żeby przypadkiem nie dostał zbłąkaną kulą i pogładziła kość wiszącą na rzemieniu na szyi. Teraz musiała się skoncentrować, żeby jak najdłużej utrzymać trupa poddanego jej woli. 

- Atakuj innych aktywnych ożywieńców - szepnęła, mając nadzieję, że kościotrup nie zostanie zbyt szybko zneutralizowany przez innych użytkowników kolei, którzy poczuli wiatr w żaglach. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Zaskoczeniem dla młodej kobiety było to, iż żaden ze szkieletów jej nie zaatakował. Czuła też przez to lekkie znużnie. Obserwowała jak inni starali się "zabić" upiory. Przyszła jej pora. Drobna Theodosia postanowiła zaatakować najbliższego wroga długa spinką. Mało kto wiedział iż w jej środku znajdowała się trucizna. Wątpiła jednak by zadziałała ona na szkielety. Były one chyba czymś niematerialnym. Nie było czasu do stracenia. Zaatakowała, z taktem, gracją. Tak jakby tańczyła.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Mężczyzna który rzucił kartą zaśmiał się pogodnie. - Czyli dziś fortuna jest po mojej stronie. - powiedział ze zniewalającym uśmiechem. Następnie spojrzał na kolejnego szkielety który podchodził by zaatakować. No cóż. Może i fortuna była o stronie Hiszpana ale na pewno nie był to jego dobry dzień. Ta jazda miała być spokojna. Następnie po chwili przemyśleń w kolejnego ze stworów rzucił czarną kartą z białym K. Klątwa powinna pomóc. pomyślą z cwaniackim uśmiechem. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Szkielety czucia najpewniej nie posiadały. No bo jak? Większość systemu nerwowego nie istniała. W zasadzie, najpewniej całość nie istniała. Jednak, brak czucia nie był aż tak istotny, bo tak oto z potężnym tupnięciem i odgłosem pękania kości, szkielet który rzucił się na Fergala, mając problemy z utrzymaniem równowagi. Z refleksem też  było słabo, bo nie zdążył chwycić niczego aby ustać, jednak, upadek na ziemię nie znaczył, że przestał być gotowy do walki, ba, chwycił nogę rewolwerowca. Próbując odpowiedzieć tym samym, to jest, wytrąceniem z równowagi, jednak, siły miał zbyt mało. 

 

Nim zdążyłeś przywalić springfieldem, szkielet i tak leżał u stóp rewolwerowca, a i przebicie się tam było by dość trudne, na razie próbowałeś ominąć ludzi którzy to rozpaczliwie próbowali dotrzeć dalej od zamieszania. 

 

Sęp wyleciał przez okno, prawie natychmiastowo, wzbijając się w powietrze, dało się jeszcze dostrzec jak leciał w górę.

Teraz była jeszcze sytuacja z przejętym szkieletem. Bo tak oto, zaczął powoli człapać w kierunku szkieletów które to przed chwilą wkroczyły do pociągu. Mijając też Theodosie, która to dźgnęła go, z racji, że był to pierwszy szkielet jaki do niej podszedł ale... igła nie jest narzędziem skutecznym w starciu ze szkieletami. Za mało mięsa które można by przebić. 

Tym co szkielet jednak zrobił było uderzenie w łeb innego siekierką, a zaraz potem maczetą. Skutecznie obniżając ilość zagrożeń. 

 

W tym samym czasie, obok czterorękiego przeleciała kolejna karta, gdy szkielet który wcześniej dostał kulę w czaszkę właśnie wstawał a jego ciało uderzyła karta. Wtedy, zdawało się jakby cienie z kątów, oraz spod ławek wyłoniły się po czym zaczęły oplatać ciało nieumarłego niczym pnącza. Szkielet jednak żył i ruszył dziwnie osłabionym krokiem w kierunku Theodosii, rzucił się całą swoją masą w jej stronę, ale nie trafił, przelatując obok niej. 

 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Hiszpan zamyślił się i spojrzał na szkieleta który zaatakował kobietę a prędzej dostał kartą Klątwy. Osłabiony ale jeszcze działa. Można wypróbować nowy as  z rękawa. pomyślał wyciągając kolejną kartę. Tym razem była biała ale z czarnym C. Ruchem idealnie precyzyjnym, rzucił szkieletowi w czaszkę. Wiedział co ta karta daje, aczkolwiek chciał zobaczyć jak zadziała na nieumarłego. Chaos to wróg każdego. Nawet najsilniejszego. pomyślał i w tym samym momencie spojrzał w stronę dziewczyny. Może to pomoże. pomyślał Hiszpan rzucając złotą kartą ze srebrnym U na odwrocie. Ciekawe czy Umagicznienie tu coś da. pomyślał patrząc na rozwój sytuacji.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Dokładnie o to chodziło. Wytrącić szkielet z równowagi i posłać go na ziemię. Mężczyzna wcześniej jednak szybko rozejrzał się po wagonie, patrząc czy żaden z innych chodzących kościotrupów nie obrało go sobie na cel. Widząc że nie, mógł bez obaw skupić się na uśmierceniu swojego oponenta. Wrócił na niego wzrokiem, kiedy ten złapał go za nogę. Jeżeli ten nadnaturalny stwór chciał go przewrócić, z taką siłą mógł co najwyżej zachwiać dzieckiem.

Z racji tego, że Fergala nie atakował nikt inny, postanowił porządnie pogruchotać ten szkielet. Najpierw, swoją wolną nogą, z całą siłą grzmotnął w przedramię oponenta, by tylko ten przestał go trzymać. Zaraz potem, jeżeli już jego druga noga zostanie wyswobodzona, postanowił całkowicie rozdeptać tego kościanego gnojka. Zmiażdżyć czaszkę, kark, żebra, skakać po nim jak po świeżo zastrzelonym łowcy głów. Łamać jego kości, dopóki ten nie przestanie się ruszać, bądź będzie zniszczony na tyle, że nie będzie w stanie wykonać jakiegokolwiek ruchu.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Psia mać. Zawsze coś nie tak.

Przez tłum, sam chciał się przebić, lub przynajmniej poczekać aż będzie miał lepszą widoczność. W ten czas, zawiesił karabin na ramieniu, jednocześnie sięgając pod płaszcz, po swój rewolwer. Nie była to jego mocno strona, ale też nie można powiedzieć że strzelać całkowicie nie potrafił. Wyciągnął rzeczoną broń, sprawdzając czy naładowany. Trzy pociski. No w obecnej sytuacji może być. Rozejrzał się, wybierając najlepszy cel. Że takiego nie było, zdecydował się na poczekać aż jakiś szkielet podejdzie najbliżej. Wtedy wypali.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Problem w pociągu póki co był rozwiązywany i to, bogom dzięki, nie tylko przez Mhinę. To oznaczało, że - póki szkielet był zajęty rozłupywaniem łbów kolegom, a co bardziej wojowniczy z pasażerów mu pomagali, mogła skupić uwagę na tym, co działo się wokół pociągu. I być może na tym, kto nimi kierował - to mogłoby być długodystansowe rozwiązanie. 

Wyjrzała zatem przez okno, nieco uspokojona faktem, że sęp wydostał się z ciasnego pomieszczenia. Raz jeszcze pogładziła kość wiszącą na rzemyku u szyi i próbowała lokalizować kogoś, kto kieruje trupami, albo przynajmniej określić ich ilość. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

((Sorki za nie odpisywanie. Postaram się teraz odpisywać regularnie :c))

 

Faktycznie, uczynienie broni magiczną mogło by pomóc, ale szkielet który wywrócił się podczas ataku, zdołał wstać i wbić swoje kościste palce w krtań Theodosii. Magia nic nie zdziałała, igłą zwyczajnie zbyt trudno było trafić. Szkielet jednak i tak ostatecznie padł na ziemię. Trzymając gardło kobiety w uścisku.

 

Reszta za to poradziła sobie znacznie lepiej, bo tak oto Fergal miażdżył ciało szkieleta. Ten zdawał się ruszać nawet po zniszczeniu kości, ale w zasadzie nic nie mógłby zrobić i tak oto, z jego ciała wyleciała blada mgłą wydostając się przez niewielką szparę w oknie i lecąc do góry. 

Wkrótce, w pomieszczeniu został tylko jeden szkielet, czteroręki, który to po wykonaniu swojego zadania, nadanego mu przez Mhinę, rozpadł się na kawałki i podobna mgła wyleciała z jego ciała. Tak oto wszystkie szkielety przestały być problemem. 

 

Jeden z ludzi zdawał się podbiec to Theodosi i zaczął sprawdzać jej stan. Niestety, nic nie dał rady zrobić. Kobieta zmarła. 

Inna z kobiet podniosła się z miejsca.

- T... to już wszyscy? - zapytała z drżącym głosem. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Widząc, że w sumie już po wszystkim, opuścił rewolwer. Rozejrzał się po pomieszczeniu, a na koniec westchnął i przetarł oczy.

- Panie miłosierny. Czyżby tak miały wyglądać moje dni wytchnienia? Cudownie.

Chwycił swój karabin.

Podszedł do martwej dziewczyny i pokiwał głową. Niewiele mógł w tej sytuacji zrobić. Jeno przeżegnał się i po cichu powiedział słowa modlitwy.

Zaczął przeładowywać swojego Springfielda.

- Ktoś jest ranny? - zwrócił się do reszty.

 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Kości strzelały i łamały się aż miło. Fergal skakał po tym kościotrupie tak mocno, że aż się zmachał. Skończył, kiedy to dopiero ta tajemnicza mgła wyleciała z połamanych kości. Nie miał pojęcia co to było, więc kiedy ta się ukazała, mężczyzna cofnął się o krok. Szybko jednak stracił nią zainteresowanie, widząc że ta po prostu ucieka przez szpary w oknach. 

Schylił się po swój wcześniej upuszczony rewolwer, po czym rozejrzał się po reszcie wagonu. Wszystkie szkielety zniszczone, jedna dziołcha martwa. Cóż, już sama jej broń wskazywała na to, że te babsko długo nie pożyje. 

Fergala jednak kompletnie nie obchodziły straty w ludziach. Postanowił wrócić na miejsce, na którym to siedział przed atakiem. Obadał jeszcze swoją ranę na ręce. Nie należała do takich, które to potrzebowały by natychmiastowej pomocy, więc tylko lekko złapał, by nie chlapać krwią na prawo i lewo. 

Tym razem jednak nie chował swojej broni do kabury. Nie mieli żadnej gwarancji że to ostateczny koniec, toteż był gotów w każdej chwili wrócić do walki. Albo odstrzelić kogokolwiek, kto tylko będzie za bardzo natrętny. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Mhina wstała z miejsca i czym prędzej ruszyła do rzekomej truposzki. Co jak co, ale tacy jak ona często mieli do czynienia z martwymi, którym potem udawało się cudownie ożyć. Podniosła lekko spódnicę żeby jej nie przeszkadzała i przykucnęła koło dziewczyny. Rana co prawda wyglądała paskudnie, ale lepiej było coś zrobić niż siedzieć bezczynnie. A nuż dziewucha się do czegoś przyda? 

Sprawdziła puls. Kiedy okazało się, że denatka wcale denatką nie jest, ze skórzanej torby wyjęła kawałek czystego płótna i przyłożyła do szyi dziewczyny, tak, żeby zatamować krwawienie. 

- Potrzebuję czegoś do ocucenia. Podaj mi wody, złociutki. Najlepiej zimnej, jeśli łaska - odezwała się do człowieka, który przed chwilą stwierdził zgon. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Mężczyzna od kart spojrzał na leżącą dziewczynę. Zimny trup. Aż miło się robiło. Po chwili przyjrzał się reszcie pseudo walczących. Widać kobieta z medalionami zna się na leczeniu. Super. Jest też mężczyzna na oko polak. Nawet akcent go zdradzał. Ogarnięty i przygotowany, że o cacy. Ostatni był psychol.  Mężczyzna odwrócił się i wrócił do przedziału. Coś czuł, że lepiej za długo obok takowego nie stać. Wyciągnął cygaro z kieszeni płaszcza i odpalił je zapałką. Wypuścił dym z ust. Coś czuł, że zaraz ktoś zacznie rozmowę na temat tych truposzy. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Jak się okazało, faktycznie nie była martwa. Człowiek który ją ocenił najwyraźniej lekarzem nie był. Chociaż, na pierwszy rzut oka rana wyglądała źle. 

Na szczęście rannej, był ktoś kto znał się na leczeniu. No, to sugerowała.

- Chyba tylko ona - kobieta stojąca obok polaka powiedziała wgapiając się w całą scenę w wykonaniu czarnoskórej. 

Mężczyzna który został poproszony o wodę stał tak zdziwiony aż wreszcie zaczął się rozglądać. Ktoś wyjął z torby niewielki bukłak i podał go jemu, mężczyzna zaś podsunął go Mhinie.

- Eee... to się nada? - zapytał. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

- Jak najbardziej, młody człowieku - odparła z groźną wyższością. Nie dlatego, że faktycznie jej chodziło o pokazanie wyższości, a raczej z tego względu, żeby łącznie z "młodym człowiekiem" dało to efekt profesjonalizmu i zmyliło odbiorcę odnoście prawdziwego wieku Mhiny. To się czasem sprawdzało. 

-Czy u was takie rzeczy często się zdarzają?

Share this post


Link to post
Share on other sites

- Słyszałem parę razy o łażących trupach, ale nigdy żaden nie zaatakował pociągu. Pojęcia nie mam co to ma niby być - odezwał się ten sam człowiek który przekazał ci bukłak. Zdawał się w pełni wierzyć w twój profesjonalizm. Może nie do końca w to, że byłaś od niego starsza. - Myślicie, że to samo stało się też w innych wagonach? - zapytał po chwili zerkając na tłum, przez który to przeszedł zaniepokojony szept. 

- Może powinniśmy to sprawdzić? - rzucił ktoś z tyłu.

- Ale pociąg przecież jedzie. Może zaatakowana tylko nas? Ale dlaczego? - po chwili nie dało się już wyłapać konkretnych zdań bo rozpoczęła się poważna dyskusja. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Create an account or sign in to comment

You need to be a member in order to leave a comment

Create an account

Sign up for a new account in our community. It's easy!

Register a new account

Sign in

Already have an account? Sign in here.

Sign In Now

×
×
  • Create New...