Jump to content

Strona Główna  |  Ogłoszenia  |  Lista Fanfików  |  Fanpage  |  Feedback
Lyokoheros

Nasza Mała Sunset [NZ][Slice of life][crossover][human]

Recommended Posts

Nie, pudło...

Spoiler

W każdym razie nie do końca. Poza tym o ile się nie mylę, to baśń o której mówisz się w polskiej wersji nazywała raczej "Stańcowane pantofelki"... a "12 tańczących księżniczek" (choć to jest bardziej dosłowne tłumaczenie oryginalnego tytułu... chyba, w sumie pamiętam tylko angielski, a on chyba nie był oryginalny) to tylko w wersji Barbie. Po za tym... w poprzednim rozdziale była chyba mowa o 6 córkach... 

 

I ciekawe czy zgadniecie co też może się wydarzyć w kolejnym rozdziale...

Share this post


Link to post
Share on other sites

Z tytułem dam sobie spokój. A co do następnego rozdziału to sądzę, że rodzice Jeremiego odkryją małą i wszystkim tajemnicą powiemy dowodzenia.

:yay:

Share this post


Link to post
Share on other sites

Tak naprawdę byłeś bardo blisko...

I zgodnie z moją ostatnią zapowiedzią na profilu... nareszcie mam przyjemność zaprezentować wam kolejny rozdział! Nosi on tytuł "Chwila prawdy". Jest to jeden z najważniejszych rozdziałów... a także chyba najdłuższy jaki dotąd się pojawił! 

A w nim...

Spoiler

Mała klaczka jednorożca to nie jest coś, co można długo ukrywać… i tak się składa, że po wieczorze, w którym po raz pierwszy powiedziała swoim przybranym rodzicom, że ich kocha i w pełni dotarło do nich, że jest ich córką… zostaje odkryta i Jeremie z Aelitą będą musieli stawić czoło nowemu wyzwaniu: jak to wszystko wytłumaczyć państwu Belpois? Postanawiają też, że skoro już do tego doszło, powiedzą im całą prawdę…

Na kolejny niestety będziecie musieli nieco dłużej poczekać, ale powinien pojawić się najpóźniej w lutym. 

 

I dla ciekawskich rozwiązanie zagadki: 

Spoiler

Baśń, czytana Sunset przez Aelitę to w rzeczywistości... "Nocny Taniec". Czyli "Midnight Dance". Który faktycznie bazuje na baśni znanej w języku angielskim pt. "Twelve Dancing Princesses" (czyli "12 tańczących ksieżniczek") jednakże użyte było tu właśnie tłumaczenie Midnight Dance wykonane przez Królewskie Archiwa Canterlotu - fragmenty czytane przez Aelitę (początek i koniec) były wzięte dokładnie z tej wersji, z tą tylko różnicą, że zostały ukryte nazwy "Equestria" i imię "Celestia". Nadal jednak była mowa o 6 bardzo różnych córkach itd.

 

Edited by Lyokoheros

Share this post


Link to post
Share on other sites

Stęskniliście się za mała Sunset i jej nowymi ludzkimi rodzicami? 

Jeśli tak nie musicie dłużej tęsknić, bo w tę wielką noc przybywa do was kolejny rozdział a z nim Stryjek Dominique, odwiedzający rodzinę Belpois. 

A wraz z jego wizytą wyjdzie też na jaw parę nowych faktów... 
Sam rozdział zatytułowany "Wizyta Stryjka" znajdziecie tu.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Ciekawy rozdział, chociaż ten zbieg okoliczności wydaje się być lekko naciągany. Nie chce mi się wierzyć, że dwóch krewnych Jeremego należy do organizacji, która w tajemicy walczy z inną, zaskakująco podobną do iluminatów, albo będącom jakimś odłamem tej właśnie grupy.

Szkoda tylko, że Sunset było tak mało. Może któryś następny rozdzał będzie w 1000% o niej i jej przemyśleniach? Jakiś sen z przebłyskami wsponień z Equestrii?  

Edited by Crystal Arrow

Share this post


Link to post
Share on other sites
2 minuty temu, Crystal Arrow napisał:

Nie chce mi się wierzyć, że dwóch krewnych Jeremego należy do organizacji, która w tajemicy walczy z inną, zaskakująco podobną do iluminatów, albo będącom jakimś odłamem tej właśnie grupy.

Czy założenie, że jeden z braci wciągnął tego drugiego, faktycznie jest takie naciągane? Polemizowałabym. 

  • Upvote 1

Share this post


Link to post
Share on other sites
3 godziny temu, Midday Shine napisał:

Czy założenie, że jeden z braci wciągnął tego drugiego, faktycznie jest takie naciągane? Polemizowałabym. 

Bardziej chodzi mi o to, że w tajemnicy walczą z Kartaginą.

Share this post


Link to post
Share on other sites
4 godziny temu, Crystal Arrow napisał:

zaskakująco podobną do iluminatów

Hehe, cóż tutaj Kartagina jest właśnie takim odpowiednikiem Iluminatów(istnieje w tym świecie zamiast Iluminatów). Choć Custodes Romae są w całości moim pomysłem

Spoiler

No można powiedzieć, ze są tutejszym odpowiednikiem Smoczej Unii... która pochodzi z innego mojego opowiadania.

A czy ten zbieg okoliczności - obaj bracia Belpois należą do tej organizacji - jest taki dziwny... cóż nie do końca, bo: 

1. Są braćmi - więc jeden mógł wciągnąć drugiego

2. Dominique jest jej kapelanem, czyli w zasadzie jest dość wysoko postawiony, Michel natomiast jest zwykłym członkiem.

3. Jest to organizacja dość w tym świecie powszechna i o szerokim spektrum - skupia wszelkie osoby, którym drogie są wartości cywilizacji łacińskiej i chcą jej bronić. W dodatku pomimo iż organizacja zasadniczo ściśle współpracuje z Kościołem, to jak najbardziej należeć mogą do niej osoby niebędące katolikami (bo z tego, że drogie są im cywilizacji łacińskiej już wynika, że nie będą wrogie, a raczej przyjazne Kościołowi). Nie jest w żaden sposób tajna, stara się w miarę możliwości demaskować Kartaginę... ale oczywiście w jej realność mało kto wieży i nie jest to nawet wybitnie głośny temat. (Stąd Jeremie wcale nie musiał wcześniej skojarzyć "Kartaginy" jako organizacji.)

A że walczą z Kartaginą... cóż będąc odpowiednikiem Iluminatów Kartagina jest śmiertelnym wrogiem cywilizacji łacińskiej, więc w sposób naturalny broniąc niej walczą z Kartaginą.

Biorąc pod uwagę wprowadzenie Custodes Romae do fabuły to fakt walki z Kartaginą był tego naturalną konsekwencją (już ich nieco niedookreślony pierwowzór z Kod Lyoko budził we mnie pewne skojarzenia z iluminatami/masonerią... w dodatku mamy tu analogię to historycznego antagonizmu: Rzym-Kartagina) - więc sam fakt tej walki nie do końca nawet można nazwać zbiegiem okoliczności.

Zresztą Custodes Romae istniało już przed ujawnieniem się Kartaginy (w końcu podobnie do masonerii istniała oficjalnie - już od rewolucji antyfrancuskiej - ale oczywiście oficjalnie podawane cele nie były do końca tymi prawdziwymi) bo zostało założone... przez samego papieża podczas soboru trydenckiego. A przynajmniej tak sobie obecnie zakładam, bo w sumie nie wiem czy w ogóle w samą historię Custodes Romae będę tak daleko wchodził. 

No i to, że obaj bracia są w takiej właśnie organizacji jest też po prostu wyrazem, że mówiąc:

Cytat

[...] zamiast uciekać się do takich metod, powinno się raczej zaufać Bogu, a on na pewno znajdzie rozwiązanie.

Michel miał 100% rację :MJTQO:

 

Poza tym cóż... nie takie rzeczy widziałem... i tu uwaga spoiler z serii "Kroniki Kodu Lyoko"("Podziemny Zamek", "Bezimienne Miasto", "Powrót Feniksa" i "Armia Nicości")

Spoiler

Rodzice wszystkich Wojowników Lyoko byli współpracownikami Walda Schaeffera (ojca Aelity) i mieli udział przy tworzeniu technologii odpowiedzialnej za Lyoko.

Pani Hertz podobnie. 

 

Co do udziału Sunset... fakt, może w tym rozdziale jej aż tak wiele nie było (aczkolwiek nie była to też jaka bardzo mała ilość, nie przesadzajmy) w dodatku i te wydarzenia, w których nie brała udziału mają z nią o tyle ścisły związek, że będą w pewnym sensie decydujące dla jej przyszłości w tym świecie. 

 

A rzeczy takie jak przebłyski wspomnień z Equestrii faktycznie mam w planach, w różnych formach, niekoniecznie snów. Aczkolwiek wchodzenie w jej przemyślenia... cóż przez większość czasu raczej przyjmuję dość zewnętrzną narrację, w dodatku... obawiam się, że nie umiałbym w wiarygodny sposób przedstawić myśli czterolatki (nawet tak inteligentnej jak Sunset) - więc z tym myślę będę raczej musiał poczekać, aż będzie nieco starsza. 
I obawiam się, że kolejny rozdział nie da rady być w 1000% o Sunset... bo musiałoby o niej być 10 krotnie więcej niż cała długość rozdziału. 
No i kolejny rozdział będzie miał też niejako domknąć sprawy poruszone w tym i poprzednim rozdziale, więc nie będzie tak 100% o Sunsetce (przynajmniej wprost) - ale myślę, że będzie jej dużo. Obecnie napisane 3 strony są niemalże wyłącznie o niej. 

Edited by Lyokoheros

Share this post


Link to post
Share on other sites

W ramach czytania zajawek fanfików w Klubie Konesera Polskiego Fanfika, miałam styczność z trzema rozdziałami tego dzieła. Zacznę od tego, że w życiu nie widziałam ani jednego odcinka Kodu Lyoko, a mimo wszystko byłam w stanie to czytać i ogarniać, co się dzieje. Pod względem warsztatowym również nie mam wiele do zarzucenia - tekst jest solidny, a dialogi brzmią całkiem naturalnie. Dodałabym jednak trochę więcej opisów postaci, ponieważ dla kogoś, kto nie oglądał tej bajki, to pewne rzeczy nie są do końca jasne i oczywiste.

 

I cóż mogę rzec? Jest lepsze niż się spodziewałam. Tytuł wskazuje na kolejną nudną i miałką kopię My Little Dashie, czyli fanfika, który w sam sobie jest mdły, nudny i miałki. Nie znaczy to, że Nasza Mała Sunset mnie zaciekawiła, ale raczej... Nie zmęczyła mnie jakoś szczególnie. Po tych 3 rozdziałach nawet się nieco wkręciłam, w podobny sposób, w który człowiek wkręca się w telenowelę, która mu się zbytnio nie podoba, ale znajduje w niej coś interesującego. Czytanie o miłosnych rozkminach bohaterów Kodu Lyoko było dość zabawne :rainderp:.

 

Generalnie nie wiem, czy będę kontynuować lekturę, ale póki co tempo akcji wydaje się być momentami aż zbyt powolne. Ale przynajmniej bohaterowie wydają się być normalnymi, sympatycznymi nastolatkami w takim dość grzecznym typie, a nie żadną bandą patusów czy przegrywów, a to na plus. Zdecydowanie.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Skoro zdecydowałem porwać się na Lyokoverse, lektura „Naszej małej Sunstet” była nieunikniona i, co ciekawe, wiele wskazuje na to, że jakimś sposobem jest to jeden z przystępniejszych (o ile nie najprzystępniejszy) fanfików, jakie ma do zaoferowania uniwersum stworzone przez Lyokoherosa (na mój aktualny stan wiedzy na ten temat). Autor ani trochę nie ukrywa swojej sympatii zarówno do „Kodu Lyoko”, jak i postaci Sunset Shimmer, niejednokrotnie wypowiadał się ciepło na temat doskonale znanej „My Little Dashie”, stąd też niniejszy fanfik wydaje się oczywistą wypadkową, która prędzej czy później musiała się ukazać. Podchodząc do tegoż tytułu spodziewałem się, że autor włoży w fanfik absolutnie całe serce i dopieści wszelkie szczegóły, w związku z czym doświadczenie będzie zdecydowanie wyrastać ponad przeciętność, może wręcz będzie to coś wyjątkowego.

 

Na dzień dzisiejszy mamy dziewięć rozdziałów oraz świąteczny expansion pack. Czy opowiadanie sprostało oczekiwaniom? Odpowiedzi szukajcie w poniższej recenzji.

 

Fabuła

Akcja opowiadania rozgrywa się w uniwersum „Kodu Lyoko” z przyjętym założeniem o nieistnieniu animacji „My Little Pony”, co powoduje, że bohaterowie nijak mogą skojarzyć postać Sunset Shimmer, czy zidentyfikować jej rasę (jasne, jednorożec, ale przecież nie taki zwyczajny) ze świadomością wszystkich jej możliwości, czy usposobienia. Jednocześnie opowiadanie dzieje się po zakończeniu fabuły „Kodu Lyoko”, stąd też można traktować je jako swego rodzaju sequel do tejże produkcji. Głównymi bohaterami są Aelita i Jeremie, przed którymi stoi wyzwanie odnalezienia się w roli przybranych rodziców małej klaczki, Sunset Shimmer, którą dziewczyna odnajduje pewnego dnia w krzakach, nie mając pojęcia skąd się wzięła ta istota, ani czym konkretnie jest. Wszystkim, co mają bohaterowie, jest księga wypełniona zapisami w nieznanym języku, acz opatrzona dwoma imionami – Celestii oraz Sunset Shimmer. Jest to jedyna poszlaka, która daje nadzieję na odkrycie prawdy o pochodzeniu magicznego jednorożca.

W tle natrafimy na inne postacie znane z „Kodu Lyoko”, jednakże plejada znanych z serialu wojowników póki co pełni rolę epizodyczną, napędzając różne wątki poboczne, które jednak nie mają większego wpływu na główne wydarzenia. Co innego rodzice chłopaka, którzy przebijają się do grona postaci pierwszoplanowych, z czasem pełniąc rolę dziadków Sunset i wspierając przy tym Aelitę i Jeremiego w nowej sytuacji.

 

Fabuła opowiadania w oczywisty sposób nawiązuje do oryginalnego „My Little Dashie”, lecz na dłuższą metę okazuje się zupełnie oddzielnym, autorskim tworem. Z jednej strony jest to plus, gdyż „Nasza mała Sunset” nie sprawia wrażenia kalki, kopii, czy, po prostu, kolejnej wersji znanego opowiadania, ale posiada własną atmosferę. Na pewno ucieszą się osoby, którym MLD nigdy nie przypadło do gustu – to nie jest to samo, tylko z inną bohaterką i innymi rodzicami. Z drugiej jednak strony, zmiana ta niesie ze sobą konsekwencje, choćby narrację trzecioosobową zamiast jednoosobowej. Powoduje to, że opowiadaniu z automatu może zabraknąć wielu elementów charakterystycznych dla pierwowzoru i w znacznym stopniu budujących jego klimat. Jasne, wśród tagów próżno szukać [Sad] co nie sugeruje podobnego obrotu sprawy ani trochę, lecz nie ma wśród nich także [Romans], a przecież i na takie wątki natrafimy. Ale o tym nieco później.

 

Chodzi mi o to, że narracja pierwszoosobowa pozwalała wejść w perspektywę głównego bohatera, przez co budowana w tekście więź z Rainbow Dash, przeżywane emocje, wydarzenia, klimat, wszystko co prowadziło do przejmującego (jak dla kogo, ale wciąż) zakończenia, wypadało bardzo wyraziście, realizując nie tylko pewne wyobrażenia fandomu na temat „a co by było, gdybym znalazł kucyka”, ale także w jakimś stopniu definiując atmosferę ówczesnej sceny fanfikowej, ogólnie. Wiadomo, że na obecnym etapie to głównie dzięki goglom nostalgii podchodzi się do pewnych rzeczy sentymentalnie, wiele przy tym wybaczając, ale nawet odstawiając to na bok, odniosłem wrażenie, że w MLD wydarzenia były po prostu lepiej opisane, tempo akcji sprzyjało „zadomowieniu” się w jednym mieszkaniu z postaciami i poznanie rzeczy, którymi na co dzień żyli, przez co po lekturze trudniej było rozstać się z tekstem (jeśli przypadł do gustu i danego odbiorcę poruszył).

 

W przypadku „Naszej małej Sunset” nie zaobserwowałem czegoś takiego. W porządku – fanfik próbuje po swojemu budować relacje klaczki z jej przybranymi rodzicami, wykorzystując świat „Kodu Lyoko” oraz panujące tam realia, polegając nie na typowym Bronym, ale na postaciach z serialu animowanego. Kłopot w tym, że relacja Sunset z Aelitą, czy Jeremim, potem także z innymi postaciami, nie jest aż tak absorbująca, ani nawet należycie eksponowana, przez co trudniej skupić na niej uwagę, czy w pełni poczuć przeżywane przez postacie emocje. Skąd to wrażenie?

 

Z której choinki się urwałeś?

Spędziłem nad tym trochę czasu i doszedłem do wniosku, że opowiadanie jest bardzo, bardzo luźno wpisane tematycznie w „My Little Pony”. To crossover, aczkolwiek, gdyby stworzyć skalę, po jednej stronie dać „Friendship is Magic”, zaś po drugiej „Powrót Xany”, wówczas jestem przekonany, że wskaźnik nie będzie chciał opuścić obszaru tego drugiego dzieła. Przewaga „Kodu Lyoko” jest na tyle duża, że fanfik sprawia wrażenie sequela wyłącznie francuskiego (proszę poprawić, jeśli się mylę) serialu animowanego, zaś postać Sunset wydaje się być w pełni możliwa do zastąpienia.

 

Przy okazji „My Little Dashie”, Rainbow Dash była dla bohatera całym światem. Tutaj, o ile faktycznie mamy podstawy, by sądzić, że jest podobnie, a wręcz tak samo, a kolejne sceny udowadniają nam jak bardzo z czasem na sile zyskuje więź Sunset z jej rodzicami, o tyle wszystko to ciągle traci na rzecz elementów pochodzących właśnie z uniwersum „Kodu Lyoko”. Mamy mnóstwo odniesień do fabuły serialu, w tle często pojawia się Waldo, ojciec Aelity, a jego los jest nieustannie przypominany, przez co dziewczyna często płacze, zaś obecność Sunset nie wydaje się wpływać na to ani trochę. Jasne – klaczka dzieli smutki z matką, lecz prędzej spodziewałbym się, że Aelita zostawi ten fragment przeszłości za sobą, stanie się silniejszą postacią, tym bardziej, że ma teraz córkę, którą musi się zaopiekować. Ona powinna jej dać siłę. Zresztą początkowe rozdziały opowiadania mogą bardzo zmylić, gdyż eksplorujemy relacje między pozostałymi Wojownikami Lyoko (np. Ulrichem i Yumi), jest to obszar, na którym występują wątki romantyczne (a przed którymi tagi w ogóle nie ostrzegają). Owe wątki, w ostatecznym rozrachunku, niewiele wnoszą do głównej fabuły, a odwracają uwagę od Sunset i jej relacji z Aelitą i Jeremim właśnie. Sądzę, że nawet gdyby z rozdziału pierwszego przejść od razu do wakacji u rodziny Belpois, wówczas straty i tak będą niewielkie.

 

Kolejną rzeczą, która odwraca uwagę od wątku Sunset (tytułowej postaci, jakby nie patrzeć), a wydaje się odnosić do lore „Kodu Lyoko”, czy wręcz rozbudowywać je, są próby skomentowania obecnej sytuacji na świecie, czy powiązanie wybranych elementów z serialu (głównie Kartaginy, nie wiem, czy np. postać Dominique i organizacji do której należy również są kanoniczne) z teoriami spiskowymi „tłumaczącymi” różne zjawiska w naszym świecie. Co przecież nie jest złe – fanfik próbuje w ten sposób zachować aktualność. Kartagina wypada tutaj niemalże jak Illuminati – istnieje od bardzo, bardzo dawna, ma niemalże nieograniczony majątek i wpływy, przez co stara się kontrolować cały świat, choć nikt tak naprawdę nie wie kim są ci ludzie. W opowiadaniu mamy również zasugerowane, że Kartagina, jako przeciwnik między innymi Kościoła Katolickiego, stoi za rewolucją seksualną, czy szeroko pojęta inżynierią społeczną, co jest jednoznacznie określane jako złe, natomiast walcząca z nim Custodes Romae jest jednoznacznie dobra. Brakuje temu pewnej subtelności, czy odcieni szarości.

 

W tym miejscu chciałbym powołać się na fanfik, który uznaję za bardzo dobry i godny uwagi, a który przeczytałem jakiś czas temu – jest to „Początek końca”, autorstwa Zodiaka. Tekst ten odebrałem między innymi jako pewną ocenę, czy komentarz do obecnej sytuacji; prezentujący zagrożenia i obawy zwykłego kucyka, a przy tym podejmujący aktualne, niekiedy trudne tematy, takie jak migracja, ekspansje różnych kręgów kulturowych i inne. Tam właśnie zostało to pokazane, zasugerowane, a nie nazwane po imieniu i jednoznacznie wskazane jako złe. Owszem, wydźwięk jest taki, że jest to coś, względem czego można być podejrzliwym, czy do czego można (i powinno się) podchodzić z rezerwą, natomiast ostatecznie nie wiadomo jakie będą tego skutki w przyszłości, w związku z czym opowiadanie jest otwarte, niejednoznaczne. Myślę, że gdyby coś podobnego wykorzystać w „Naszej małej Sunset”, wówczas opowiadanie wiele by zyskało.

 

Dodam jeszcze, że byłaby to świetna szansa, aby w przyszłości skierować uwagę czytelnika na rozwój Sunset – klaczka mogłaby zadawać rodzicom pytania, trudne pytania, nieświadomie podważając ich przekonania, czy odnajdując inną drogę, a na co przecież Aelita i Jeremi musieliby reagować. Byłoby to dosyć „ludzkie”, co z pewnością pomogłoby utożsamić się z bohaterami oraz interakcjami, w których ci biorą udział. Tym bardziej, że nadal nie wiemy co jest napisane w księdze, którą bohaterowie znaleźli przy Sunset. Jak fakt, że ta pochodzi z innego świata, w którym rządzą księżniczki alikorny, wpłynąłby na jej relacje z Aelitą i Jeremim? W ogóle, treść tej księgi to chyba na chwilę obecną najbardziej interesujący mnie wątek.

 

W ogóle, rzeczy związane z religią katolicką są na przestrzeni poszczególnych rozdziałów mocno faworyzowane. Jest to dziedzina, która dostaje, w moim odczuciu, więcej czasu antenowego, kiedy Sunset o coś pyta, a gdy rodzice decydują się jej to i owo powyjaśniać. Pozostałe czy to dziedziny naukowe, czy rzeczy związane z codziennością raczej przewijają się w tle (np. jak działa piekarnik). Nie mówię, że wypada to nachalnie, czy wzbudza jakąś niechęć, nic z tych rzeczy. O ile faktycznie, w przypadku oryginalnej animacji broniłem stanowiska, że ta powinna pozostać neutralna, uniwersalna, przystępna dla wszystkich, o tyle fanfiki to są królestwa ich twórców i ci mogą sobie pisać o czym chcą, jak chcą itd. Także gratuluję odwagi i konsekwencji.

 

Mam z tym jednak problem, ponieważ, znowu, odwraca to uwagę, tym razem nie tylko od Sunset, ale i od uniwersum „Kodu Lyoko”, gdyż w tych fragmentach opowiadanie zaczyna przypominać katolickie animacje, które mają w prosty sposób pokazywać najmłodszym wybrane historie z Pisma Świętego, promować wypływające z nich nauki, a także, ogólnie, zachęcać do praktykowania wiary. Do dziś mam trochę takich bajek na kasetach VHS. To właśnie one przyszły mi na myśl, gdy czytałem dane fragmenty fanfika. Jest to kuriozalne o tyle, że przecież Sunset uczestniczy w tych wydarzeniach i one też jej dotyczą. Aczkolwiek, wciąż można z tego zrobić istotny plot point – nawiązując do wspomnianej już księgi, jak zareaguje Sunset kiedy jej rodzice odkryją skąd pochodzi i jak tam jest? Czy skoro tam jest ktoś taki jak Celestia, czy mała zaczęłaby kwestionować istnienie Boga? Jakby to sobie tłumaczyła, a jak zareagowałaby Aelita, czy Jeremie? Czy okazałoby się to dla nich próbą, testem wiary? Myślę, że to mogłoby być bardzo ciekawe.

 

Ostatecznie, wszystko to powoduje pewien kryzys tożsamości. Czy jest to w miarę wyważony crossover dwóch światów? Czy jest to sequel jednej fabuły, czerpiący jedynie pewne elementy z innego uniwersum? A może opowiadanie ma na celu wyrazić sprzeciw wobec czegoś i komplementować określony system wartości? Trudno powiedzieć. Zaznaczam, że absolutnie nie chcę niczego bronić autorowi, wręcz przeciwnie – to jest jego fanfik, jego świat i jego wizja, natomiast zwracam uwagę na to, że po tytule „Nasza mała Sunset”, a także informacji, że jest to fanfik inspirowany „My Little Dashie”, potencjalny odbiorca nabiera oczekiwań, wyobrażeń odnośnie tego z czym ma do czynienia. Można rzecz, że opowiadanie... zaskakuje. Za czym idą pozytywy, neutrale, no i różne uwagi.

 

 

Zbyt długi post - powoduje error 500

 

Ciąg dalszy poniżej.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Ciąg dalszy powyższego posta.

 

 

Idylla

Nie tylko w „My Little Dashie”, ale ogólnie w fanfikach, z reguły występuje, jeśli nie antagonista, to coś, co ogranicza poczynania bohatera lub bohaterów, wymusza na nim zmianę postawy, czy też z czasem stwarza zagrożenie, czy wręcz buduje napięcie. Jakiś zbiór okoliczności, takie a nie inne warunki, cokolwiek. Mamy coś takiego w oryginale, być może mamy i w „Naszej małej Sunset”, lecz... no, napięciem tego nazwać nie można. W ogóle, świat jest mocno wyidealizowany, cukierkowy, żeby nie powiedzieć naiwny. Co jak sądzę było zamierzone, toteż nie ma co się nad tym rozwodzić – taka wizja autora, dajmy jej szansę, przeczytajmy, oceńmy. Rzeczywiście, Aelita obawia się, że gdyby Sunset została wykryta, wówczas miałaby na ogonie różnych niegodziwych typów chcących na klaczce z innego świata eksperymentować, robić jej krzywdę itp. Jednak kiedy przychodzi co do czego, to jest to business as usual – rodzice są zachwyceni, nie mają żadnych wątpliwości, nawet stryjek, duchowny nie widzi w tym niczego nadzwyczajnego, co może być całkiem zabawne zważywszy na fakt, że co jakiś czas, w realnym świecie, przekonuje się nas, że „szatan jeździ na kucyku pony”

 

Tak czy inaczej, negatywny wpływ na bohaterkę (Aelitę) mają tutaj demony przeszłości. To właśnie one powodują, że trudno jest się jej odnaleźć, czy skoncentrować na swoim życiu i przyszłości. Interesująco wypadają pewne paralele z Sunset Shimmer – obie kiedyś wydawały się być z innego świata, ich obecność w „tym właściwym” wydawała się abstrakcją, obie potrzebowały pomocy. Świetna rzecz, acz jej potencjał nie wydaje mi się maksymalnie wykorzystywany. W ostatecznym rozrachunku, bohaterom wszystko udaje się zbyt łatwo. Skoro są to katolicy, praktykują wiarę i ma to dla nich ogromne znaczenie, może właśnie taki ewentualny test wiary byłby czymś, co stworzyłoby namiastkę jakiegoś napięcia, przeszkodę do pokonania? Chodzi mi o test wynikający z odkrycia prawdy o istnieniu innego świata, w którym działa magia i w którym żyją kucyki. Świata, które ma przecież swoją historię i przyszłość. Tego typu rzeczy.

 

Na pochwałę zasługują sceny, w których Sunset odkrywa świat – uczy się alfabetu, powtarza słowa, bada otoczenie, bawi się, śmieje, spędza czas czy to z wynalazkami Jeremiego, czy z rodzicami we własnej osobie. To są właśnie sceny i smaczki, których chciałbym jak najwięcej i których się spodziewałem po tytule. Zostały napisane solidnie, brzmią całkiem dobrze, wszystko wkomponowuje się w kreskówkowy klimat. W ogóle, spodobały mi się opisy dotyczące rogu Sunset oraz istnienia wewnątrz energii, która może wydostawać się na zewnątrz i biec po żłobieniach. Nie ma żadnych kłopotów z wyobrażeniem sobie takiej sceny, opisy są pod tym względem naprawdę dobrze skonstruowane. Innym razem otrzymujemy wyjaśnienie w jaki sposób Sunset chwyta kopytem różne rzeczy. Cieszą też smaczki w postaci nawiązań do jej opisu wygłoszonego przez Celestię w pierwszym „Equestria Girls”, mianowicie, mała Sunset denerwuje się i niecierpliwi, chce osiągać więcej, nie rozumiejąc jeszcze, że na pewne rzeczy dobrze jest poczekać ("kiedy nie otrzymała tego co chciała, tak szybko jak chciała...")

 

Za każdym razem, kiedy w tekście przewija się tego typu scenka, czy moment, atmosfera wiele zyskuje, a Sunset znów jest w centrum uwagi, wzbudzając przy tym sympatię. Zdecydowanie duży plus opowiadania. Byłoby dobrze, gdyby w przyszłości było tego więcej, a i by na drodze bohaterów wreszcie wystąpiły jakieś trudności związane bezpośrednio z obecnością Sunset (no bo na dorastanie jest troszkę za wcześnie), aby móc im pokibicować. Znany jest tytuł kolejnego rozdziału – „Konfrontacja”. Przekonamy się, czy to już ten moment, czy jeszcze nie.

 

Postacie

W gruncie rzeczy, nie ma zbytnio do czego się przyczepić – mamy grono postaci głównych, ważniejszych, no i tych z dalszego planu. Nie potrafię ocenić na ile postacie z „Kodu Lyoko” zgadzają się ze swoimi kanonicznymi charakterami, ale wszyscy wypadają dobrze, są sympatyczni, każdy ma jakąś szczególną cechę, która wyróżnia go na tle pozostałych (Aelita mierzy się ze stratą ojca, Odd często zmienia dziewczyny, Ulrich podkochuje się w Yumie itd.), wszystko to się chwali.

 

Chyba jedyne zastrzeżenia jakie mam dotyczą samej Sunset. Wydaje mi się zdecydowanie za kumata jak na swój domniemany wiek, widzę też pewną niekonsekwencję. Klaczka uczy się szybko, może i za szybko, raz przekręca różne słowa, nie odmienia wyrazów i buduje zdania proste (very cute BTW), ale innym razem potrafi i składniowo, i stylistycznie „zabłysnąć”, przez co tempo jej rozwoju traci na naturalności. Wygląda to tak jakby raz miała jeszcze problemy z formułowaniem zdań, a raz potrafiła już w pełni poprawnie i płynnie mówić po francusku. Czyli w skrócie – strasznie szybko się nauczyła mowy. Aż trudno uwierzyć. Czy przeoczyłem jakiś timeskip?

 

Poza tym, acz nie wiem jak to było w „Kodzie Lyoko”, rzuciła mi się w oczy jedna rzecz, na którą narzekałem bodajże przy „Nowych początkach”, gdzie Sunset zapewniła sobie środki do życia poprzez grę na giełdzie itp. Znów – jak Jeremie pozyskał fundusze na czesne dla Aelity i wszystko inne? Grał na giełdzie. Skąd miał kapitał? Kieszonkowe od rodziców? Zresztą ile on ma lat? Troszkę krzywe mi się to wydaje, aczkolwiek już prędzej w to uwierzę tutaj, aniżeli w „Nowych początkach”. Ale poważnie, nie dało się wymyślić czegoś innego? Np. gra w pokera w internecie, za żetony za prawdziwe pieniądze? Chłopak widać jest inteligentny, ma dryg do cyferek, mógłby sprawdzić się jako gracz. Przynajmniej ja nie widziałbym problemu i zdecydował się na takie rozwiązanie.

 

Ale generalnie postacie wypadają całkiem dobrze. Mają jakieś swoje cechy szczególne, przyjacielskie relacje są wiarygodnie, cieszą zawierane tu i ówdzie związki. W związku z niedawnym ukończeniem przez nich szkoły, do czytelnika wysyłany jest sygnał, że bohaterowie zaczynają dorastać, co w kontekście opiekowania się córeczką przez Aelitę i Jeremiego nabiera zupełnie innego wymiaru.

 

Technologia

Muszę przyznać, że, zwłaszcza w porównaniu z „Kodem Equestria” (Ale nie sprawdziłem jeszcze całości!), jest całkiem dobrze i solidnie, chociaż znalazłem sporo rzeczy, które bym poprawił. Nie pamiętam, czy był to rozdział trzeci, czy czwarty, ale w którymś momencie tekst nie był wyjustowany. Jeśli chodzi o styl, zdarzają się powtórzenia, zdrobnienia również są dosyć liczne, bardzo dużo „zdawało się” tam, gdzie moim zdaniem powinno być „wydawało się”. W ogóle niektóre zdania napisałbym inaczej, ale możliwe, że wynika to z mojego stylu i percepcji – po prostu gdybym ja miał to pisać, to by brzmiało inaczej.

 

Mamy zdecydowaną dominację dialogów nad opisami, co akurat w tym przypadku nie powoduje żadnych zgrzytów. Rozdziały są dosyć krótkie i szybko się przez nie brnie i pomimo pozornie mozolnego tempa akcji, nie dostaje się wrażenia dłużyzn. No, może troszkę na początku kiedy wiele wątków wydaje się być po prostu fillerami. Po prostu raz po raz czytelnik zastanawia się, czy prezentowane wydarzenia rzeczywiście są aż tak istotne dla historii i czy cokolwiek wnoszą lub czy nie lepiej by było skupić się na „kamieniach milowych” fabuły i w ten sposób na przestrzeni tychże dziewięciu rozdziałów zawrzeć dużo, dużo więcej. Zgodzę się z Cahan, iż przydałoby się więcej opisów wyglądu. Jasne, mamy pewne określenia, takie jak „szatyn”, „blondyn” itp. w związku z czym można sobie wyobrazić dane postacie, ale jak się idzie w Google i szuka z ciekawości jak one naprawdę wyglądają, okazuje się, że to kompletnie inny design.

 

Moim zdaniem dobrym pomysłem byłoby od czasu do czasu wrzucenie akapitu poświęconego tylko Sunset Shimmer, możliwe, że nawet bez jakichś dialogów, a po prostu opisy jej zachowania, przemyśleń, wrażeń, lęków.

 

Ogółem w warstwie technicznej znajdą się rzeczy do dopracowania, ale nie mam większych zastrzeżeń. Jest w porządku.

 

Werdykt

Jak widać, o fanfiku można napisać bardzo dużo. Pomysł był bardzo ciekawy i stwarzał szerokie pole manewru, odnośnie wykonania, czy pewnych decyzji dotyczących stylistyki, czy kreacji klimatu, mam już zastrzeżenia, niemniej opowiadanie wypada całkiem dobrze, chociaż nie jest ono przeznaczone dla wszystkich – nie mówię, że od nadmiaru dobroci, wyrozumiałości i pobożności od razu dostanie się cukrzycy, ale fani mroczniejszych klimatów, poważnych, skomplikowanych opowieści pełnych intryg i zwrotów akcji raczej nie mają tu czego szukać. Co cieszy, opowiadanie można czytać nie znając nic a nic „Kodu Lyoko”, autor zapewnił nie tylko prolog, ale także dobrze wplecione w treść odniesienia, które rzucają nieco światła na te uniwersum. Posiada szereg mocnych stron, którymi się broni i chyba póki co daje sobie świetnie radę.

 

Mam jeszcze wątpliwości, czy fani Sunset Shimmer będą usatysfakcjonowani taką ilością Sunset Shimmer w fanfiku o... Sunset Shimmer. A może po prostu to moje wrażenie. Nawiązując do „My Little Dashie”, tam po prostu było widać, że główny bohater przebudował całe życie dla Rainbow i ona była jego oczkiem w głowie, opisywał jej zachowanie, emocje, itd. Gdyby zamiast o tym ciągle opowiadał o swojej przeszłości, przywoływał różne wydarzenia z najnowszej historii, czy komentował co się aktualnie dzieje na świecie, myślę, że efekt byłby podobny.

 

W każdym razie, tekst jest lekki i przystępny, ma w sobie sporo ciekawych koncepcji, a także potencjał, który trzeba tylko wykorzystać. Jestem otwarty na różne pomysły. Myślę, że z ciekawości warto dać opowiadaniu szansę. Na pewno jestem zainteresowany ciągiem dalszym oraz tym, czy w końcu pojawi się ktoś lub coś, co rzuci bohaterom wyzwanie

 

 

Pozdrawiam!

Share this post


Link to post
Share on other sites

Cóż na samym początku zacznę od tego, że mocno Ci dziękuję za ten komentarz, @Hoffman... ale też przepraszam, że od razu na niego w całości nie odpowiem. Odniosę się tylko szybko do paru rzeczy i powiem, że generalnie był on bardzo pomocny - choć na pewno będę chciał sprecyzowania niektórych uwag. 

 

Co się zaś tyczy przeskoków czasowych to jeszcze ich za bardzo nie było - jedynie takie o jakieś góra kilkanaście dni (pomiędzy znalezieniem Sunset a końcem roku szkolnego) - faktycznie będę musiał się jeszcze raz pochylić nad kwestią jej słownictwa. Przeskoki w dużej mierze nas jeszcze czekają.

W kwestii ilości Sunset... cóż poniekąd trochę takie założenie było, by stopniowo było jej coraz więcej. No i po części nad niektórymi rozwiązaniami już myślałem, część z tego co zaproponowałeś nie była też póki co do końca możliwa... ale to jeszcze rozwinę.

 

No i co do idylli... po części o to chodzi - o swego rodzaju kontemplacje życia Sunsetki w rodzinie Belpois... aczkolwiek owszem, problemy się pojawią, z tym, że... cóż kolejny rozdział ich jeszcze nie przyniesie - nazwa "Konfrontacja" jest nieaktualna, bo generalnie to co przed tytułową konfrontacją się wydarzyło rozrosło się do całego rozdziału... w którym jest dużo Sunsetki. Jak to będzie później z tą samą tytułową konfrontacją... cóż czas pokaże.

 

Generalnie jednak pojawią się pewne bardziej napięte momenty... w sumie nawet w związku z tym komentarzem postanowiłem trochę rozbudować przyszłe wydarzenia, konkretnie to zmieniła się koncepcja paru następnych rozdziałów (to co w nich pierwotnie miało być przesunie się trochę dalej, będą po drodze dodane pewne nowe wątki). Dlatego pewnie kolejne rozdziały nie pojawią się tak szybko (wiem, już wcześniej była przerwa, ale to z innych powodów)

 

No i choć to już mówiłem na Discordzie, to warto myśle i tu to przywołać, by uniknąć pomyłek u innych osób. 

Chodzi o to, że Hoffman popełnił tu pewien dość znaczący błąd(aczkolwiek kraj pochodzenia serii podał poprawnie). Nasza Mała Sunset nie jest częścią ani Lyokoverse (to twory zupełnie odrębne, choć oczywiście pewne podobieństwa wystąpić mogą) ani Powrotu Xany(w którym w sumie nie ma nic kucykowego... no poza małym subtelnym nawiązaniem do KE - Odd mówiący, że raz śniło mu się, że wszyscy zmienili się w kolorowe kucyki. Ale nie skończył nawet tego zdania mówić, więc określenie "kolorowe kucyki" nawet nie padło. No i jest tam parę innych nawiązań wśród drugoplanowych postaci, ale to już w ogóle osobna kwestia). Zresztą kreacje niektórych postaci są w tych utworach mocno różne (np Jeremiego... w wersji z Powrotu Xany w sumie mocno pojechałem mu po inteligencji jego kreacją...). Generalnie tu małe rozjaśnienie odnośnie tego jak się NMS do Lyokoverse:

Spoiler

A więc tak w Lyokoverse mamy oczywiście świat kucyków(Equestrię), świat ludzi z EG (Aimei - jakiś czas temu przyjąłem dla niego tą nazwę... uznając ją za doskonale się wpasowującą) oraz świat z Kodu Lyoko(Ziemię, oraz związany z nią wirtualny świat Lyoko(oraz Cyfrowe Morze)). Przy czym dwa pierwsze są ze sobą ściśle związane - występuje między nimi dylatacja czasu, nie można swobodnie skakać po ich liniach czasowych... a świat z Kodu Lyoko (generalnie mocno standardowy bez specjalnych dodatków... przy czym tamtejszy świat materialny i wirtualny też można trochę traktować jak dwa związane ze sobą światy) jest od nich niejako "zupełnie" niezależny, to znaczy są niby w jednym uniwersum (naduniwersum? multiwersum?) ale bez międzywymiarowych podróży są od siebie kompletnie niezależne, można między nimi dowolnie skakać po liniach czasowych (ale Equestria i Aimei mają właściwie tylko jedną, wspólną linię czasową!). Oczywiście te skoki nie mogą się przecinać, a więc każda wykonana podróż ogranicza tą swobodę. I hipotetycznie - zgodnie z teorią Doktora Hoovesa - mogą też istnieć jeszcze inne niezależne światy... tylko, że w normalnych warunkach nie ma za bardzo jak sié do nich dostać

Nasza Mała Sunset natomiast rozgrywa się w uniwersum Kodu Lyoko, jednak nieco zmodyfikowanym (a właściwie to z pewnymi dodatkami po prostu) - zdecydowanie nie będącym tym samym co to, które mamy w Lyokoverse. I z tym oczywiście łączy się jakaś wersja Equestrii. Nie jest to w żaden sposób dookreślone, bo póki co... nie było takiej potrzeby.

(Aha i jeszcze coś o czym zapomniałem Ci wcześniej napisać imię Yumi jest właściwie nieodmienne - a przynajmniej takie było w serialu i tego zamierzam się trzymać)

 

A dlaczego od razu na wszystko nie odpowiem? Bo przede wszystkim chciałem opublikować nowy rozdział! Znajdziecie go tu, oraz na mojej stronie.

Nosi on tytuł "Oczekiwanie", a w nim...

Spoiler

Po wizycie stryjka Jeremiego w rodzinie Belpois czas mija spokojnie. Sunset beztrosko spędza czas ze swoimi rodzicami i uczy się nowych rzeczy, gdy oni dokładają wszelkich starań, by miała tam jak najlepiej. 

Wszyscy oczekują jednak na skutki starań Dominique’a w kwestii uregulowania sprawy Aelity z rządem francuskim.

A w międzyczasie ktoś jeszcze dowie się o Sunset…

 

Edited by Lyokoheros
  • Upvote 1

Share this post


Link to post
Share on other sites

Ach Kod Lyoko... byłem tam. I to nie raz. Pamiętam to tak, jakby minęło jedynie parę dni.

 

Wracamy do pięknego świata mistrza Lyoko, aby tym razem przyjrzeć się nie mojej, nie Twojej, nie jej, jego, Waszej czy ich, tylko Naszej Małej Sunset!

 

Ok, parę przemyśleń, zanim jeszcze zacząłem czytać; nie uważam My Little Dashie za coś dobrego. Moim zdaniem była to tania, prostacka bajeczka, która nie odkrywała przed nami niczego ciekawego. Cała historia była banalna. Emocje, tak samo jak chwyty, które miały je wywołać, były momentami żałosne. Ni mam pojęcia dlaczego to stało się tak popularne! Wystarczy sobie przeskrolować choćby to forum i już na pierwszej stronie znajdzie się wiele innych, znacznie lepszych fanfików, które mają do zaoferowania znacznie więcej. My Little Dashie to barachło.

 

No więc jak będzie w przypadku Naszej Małej Sunset? Ech... spodziewam się, że schemat, a przynajmniej początek fanfika, będzie taki sami jak w przypadku MLD.

 

No nic, zaczynajmy!

 

Rozdział 1

 

Aelita spaceruje sobie po błoniach szkoły, ciesząc się wspaniałą pogodą. Tutaj dziękuje bardzo za to, że nie mamy typowego opisu pogody; jest to nudne i prawie zawsze niepotrzebne i wcale nie buduje klimatu. Toż to od tego można dostać raka! Zamiast tego fajnie się do rozegrane; dowiadujemy się podstawowych rzeczy, które to czytelnik powinien wiedzieć na sam początek, ale które również mu będą wystarczyć, przynajmniej jak na razie.

 

Nasza różowowłosa w pewnym momencie odkrywa Sunset, jako klaczkę. I ok, w tym momencie moje przypuszczenia szły bardziej w kierunku tego, że jakimś cudem dorosła Shimmer ponownie stała się źrebakiem, a to przez jakiś dziwny incydent z portalem, equestriańską magią. Pewnie więcej się dowiemy już wkrótce. Do tego mam rozumieć, że tutaj to, co się działo w Kodzie Equestrii nie obowiązuje, hmm? No nic, Aelita przygarnia klaczkę pod swoje skrzydła, mimo że nie jest pegazem, i postanawia ją ugościć. Póki co wszystko przebiega wraz ze schematem MLD... Ale ja jestem pewien, że mistrz Lyoko nas nie zostawi na pastwę tamtego fanfika.

 

Swoją drogą; ta książka. Czemu niby imiona bohaterów miałby być zapisane po angielsku, a reszta w tym dziwnym piśmie? Ja wiem, że imiona kucyków brzmią na angielski, ale zapis tego wszystkiego może być zupełnie inny. I tak to było pokazywane w serialu. Dalej mamy konfrontację, czy to, co najlepsze. Jeremie całkiem słusznie się denerwuje; w końcu widok pastelowego konika nie jest czymś normalnym.
Sam w sumie nie wiem, co bym zrobił. Dla nas sprawa jest oczywista, my wiemy, że to jest ta Sunset, która nikomu nic nie zrobi, ale mając do czynienia z istotą, która nie znamy, a która z początku wydaje się być nieszkodliwa, raczej bym ją oddalił. Więc ja bym w tym sporze wziął miejsce Jeremiego. Z resztą; on zawsze miał najlepsze reakcje i decyzje moim zdaniem. Również w kreskówce.

 

A do tego mamy również łkającą Sunset, która przytula się do Aelity, awwwwww! OWOcOWO!

 

"Wypłakiwała swe wielkie turkusowe oczy prosto w sukienkę Aelity, ale jej to nie przeszkadzało." Zaraz... czy one nie były na początku zielone?
Zobaczmy...

 

"W krzakach było małe… właściwie Aelita nie wiedziała do końca, co to. Wyglądało jak zwierzę i bez wątpienia było żywe, trzęsło się i rozglądało nerwowo swoimi wielkimi, zielonymi oczami." A jednak miałem rację. No dobra... powiedzmy, że kolor oczu to akurat nic. Możliwe, że światło jakoś padało na jej tęczówki, chociaż nie jestem pewien, czy aż tak by to zadziałało.

 

Ten rozdział kończy się tak, że Sunset zostaje przegarnięta. Wszystko odbyło się liniowo, bez zaskoczeń, ale to tylko punkt wyjścia.
Lecimy dalej.

 

Rozdział 2

 

Jeremie będzie próbował coś ustalić w związku z pojawieniem się Sunset... ok. Dalej mamy zebranie wojowników Lyoko. Wszyscy się umawiają na to, że będą ukrywać Sunset, ok... Ja... po prostu... nie wiem co mam tu napisać. Rozdział był krótki i nic w sumie takiego nie wydarzyło... Dalej!

 

Rozdział 3

 

No więc nasza mała Sunset przeżywa pierwsze dni nie najlepiej, żyje w okropnym stresie. Wojownicy Lyoko próbują rozszyfrować język, którym zapisany został dziennik, przypominam tylko, że to ten w którym sobie pisała wraz z Celestią w EG.

 

"– Więc jeśli odkryjesz dostatecznie wiele zależności między nimi i odnajdziesz wzorce zdań, to rozgryziesz jego gramatykę, a wtedy może przez analogię do istniejących języków uda ci się odszyfrować ich znaczenie." Oj, oj, widzę, że ktoś tu odrobił pracę domową z jezykoznawstwa.

 

Dalej mamy scenę na stołówce. Bohaterowie oczywiście rozmawiają o naszej małej Sunset, a dodatku też ujawnia się wątek romansu pomiędzy Yumi oraz Ulrichem, co stanowi jednocześnie kontynuację tego, co mielić w kreskówce. No to akurat najlepszy do tej pory moment, bo wreszcie możemy poznać nieco problemy, jakie trapią protagonistów.

 

"– Niby czemu? – odburknął Ulrich, niezbyt przekonany. Odd zmieniał dziewczyny jak rękawiczki i wydawało mu się to takie proste… bo w jego ustach te wszystkie miłosne wyznania były bez znaczenia, nie umiał stworzyć prawdziwego związku. " A może po prostu Odd chce być wyzwolony i nie chce takiej relacji? Dopóki nikogo nie krzywdzi, to nie ma w tym nic złego. Poza tym on do tej Samanth coś czuł, nie?

 

No ale ok... czekam na to, co się stanie, gdy Ulrich wyjawi swoje prawdziwe uczucia do Yumi, jeżeli w ogóle to zrobi. Następnie Aelita wybiega po dzwonku jak poparzona i biegnie do naszej, małej Sunset, aby sprawdzić, czy wszystko w porządku. Daje jej warzywka i ogólnie karmi jak to matka dziecko.

 

"Położyła to na talerzu przed nią, cały czas obserwowana z zainteresowaniem. Ciężko się dziwić, w końcu tu wszystko musiało być dla niej całkiem nowe, a bez wątpienia skądkolwiek pochodziła, nie używała tam takich narzędzi, no bo jak miałaby to robić kopytami?" Pan narrator ewidentnie nie oglądał serialu My Little Pony. A szkoda, bo by wiedział, że kucyki używają tych narzędzi.

 

Scena w kawiarni. Ulrich kupił wcześniej czerwoną różę i podarował ją Yumi. Właście to ta Japonka ją sobie wzięła, gdyż Ulrich był zbyt sparaliżowany stresem. No i rozmawiają jak to znajomi przy ciasteczku i kawusi o tym, jak się mają sprawy. Znowu mamy trochę tej niepotrzebnej ekspozycji, ale to jeszcze można wybaczyć; nie ma tego tak dużo jak w Kodzie Equestria. W końcu wyznają sobie miłość... jakie to romantyczne! I w sumie poszło gładko. No i trzeba przyznać, że zaciekawił mnie ten wątek. Sam go już śledziłem, kiedy leciała kreskówka w TV. Poza tym; mogłem się utożsamić
z protagonistą, serio; ja tam umierałem w środeczku wraz z nim, jak miał powiedzieć jej, że ją kocha. Coś, coś tam wiem na ten temat... ach, stare czasy.

 

Wszystko kończy się pocałunkiem.

 

Rozdział 4

 

Na początku mamy streszczenie tego, co działo się po rozdziale 3. Ulrich i Yumi mają nadzieję na bycie razem, Odd wciąż coś czuje do Samanthy, para Einsteinów wychowuje naszą, małą Sunset, która to okazuje się być złotym dzieckiem. Nadchodzi ten smutny czas, kiedy trzeba się pożegnać z miejscem tylu radosnych wspomnień; z Kadic. Wszyscy rozchodzą się w różne strony. No powiem, że jest taki trochę smutny moment, chyba wszyscy to znamy, a już od dawna mogliśmy śledzić wspólne przygody Wojowników Lyoko. Tak więc więź pomiędzy bohaterami jest widoczna i zostało to tutaj dobrze zaakcentowane.

 

"Szatyn podszedł do samochodu, a ojciec pomógł mu wpakować rzeczy do bagażnika. W międzyczasie odbyła się między nimi dość gwałtowna wymiana zdań. Aelita zauważyła, że słysząca to Sunset zaczęła się trząść, choć po niemiecku nie rozumiała właściwie nic, ale i tak dziewczyna musiała ją uspokoić. Potem do dyskusji włączyła się mama Ulricha." Ja też się boję języka niemieckiego. To akurat nic dziwnego.

No i wszyscy się rozjeżdżają. 

 

Skończyłem 4. rozdział, trochę historii już minęło... no i mamy mały problem; brak problemów. Wszystko przebiega zbyt gładko. Wszelkie napięcie zostaje całkiem rozwiane, gdy ciekawe wątki zostają ucięte.
Obawiam się, że ta historia zmierza dokładnie w to samo miejsce, gdzie My Little Dashie. Błagam, żeby tak nie było!

 

Rozdział 5

 

Przyjeżdżamy do domu państwa Belpois, gdzie rozegra się ten rozdział, jak myślę. Wow, co za wnikliwe spostrzeżenie Grento. Mamy opis domu, tego, co tam się pozmieniało. Potem mamy słitaśną scenę, kiedy Sunset pyta się; jak działa silnik samochodowy! A potem komórki w żywym organizmie! Ach ta słodycz. Ale przyznam, że to było dobrze napisane. Przy okazji zastanawiam się, jak niby chcą to wszystko wytłumaczyć rodzicom Jeremiego w ten sposób, żeby od razu nie uznali ich za wariatów, a samej Sunset nie oddali do jakiś chorych badań i eksperymentów.

 

Rodzicie Jeremiego zapraszają parę Einsteinów na obiad, jednak, jako że nie są amebami, zaczynają coś podejrzewać; te całe unikanie tematu rodziny Aelity jest bardzo widoczne i ciągnie się od dłuższego czasu. W trakcie posiłku różowowłosa wybiega z łzami w oczach na samo wspomnienie o jej ojcu. Jeremie idzie za nią do jej nowego pokoju. Tam rozmawiają z Sunset, streszczają jej wydarzenia z Kodu Lyoko. No... w sumie nic się takiego nie dzieje. Jest taka drama typowa dla serialów na Polsacie, że tak powiem. 

 

Rozdział 6

 

Wakacje! Teraz też mamy wakacje, więc z pewnością o wiele łatwiej się będzie wczuć. 

Parka bohaterów bawi się z Sunset, uczy ją i tak dalej i tak dalej... Pewnego wieczoru klaczka widzi jak się modlą. Zaczyna się rozmowa o Bogu. No ciekawe, co tam usłyszę i czy będę miał okazję złapać się za głowę po którmśsetnym frazesie i banale powtarzanym przez Kościół, z całym szacunkiem dla uczuć religijnych autora i wszystkich innych użytkowników tego forum. 

 

Ech... dostałem to, czego się spodziewałem, czyli gadkę o tym, że Bóg jest przecież dobry i nas kocha. Ale dlaczego tego nie okazuje? Czemu wszystko to co złe, to musi być naszą winą, a wszystko to, co dobre, przypisuje się Bogu? To my już nie mamy w tym żadnego udziału? To nie ma sensu!  Sprawiedliwie by było albo obarczać Boga za złe rzeczy oraz te dobre lub człowieka. Bo w końcu to my decydujemy o tym, czy postąpimy moralnie, a nie Bóg, czyż nie? W końcu jest ta cała wolna wola według Kościoła. Tak samo powinniśmy brać odpowiedzialność za swoje winy, jak również otrzymywać pochwały za dobrze rzeczy. i przypisywać je sobie i tylko sobie. A jeżeli chodzi o wolną wolę, to uważam, że mamy jej bardzo, bardzo mało i jesteśmy jedynie małym ogniwem w łańcuchu przyczynowo-skutkowym. Ale to temat na inną okazję.

 

Ponadto zło również zawiera się w Bogu; skoro jest całym wszechświatem i pozwolił w ogóle na zaistnienie tego zjawiska. Jak jest sens testu, skoro nauczyciel i tak już zna ocenę z niego? Po co to wszystko? Skoro człowiek nie jest w stanie ogarnąć Boga, to niby skąd ma wiedzieć, o co mu w ogóle chodzi? Jeżeli istnieje, to nas jedynie obserwuje. A zważając na to, że pozwala na całe to cierpienie, to nie jest zbyt dobry. Wcale nie  jest super. Przepraszam, ale taka jest prawda. I uważam do tego jeszcze, że ludzie po prostu potrzebują kogoś takiego jak Bóg, żeby mieć oparcie.

No rozpisałem się troszeczkę, ale autor również to zrobił w swoim ff. Nie mogłem nie zareagować.

Dalej mamy wspólne zabawy i naukę alfabetu. Sunset nazywa Aelitę mamą. No nieźle.

 

Rozdział 7

 

Najpiękniejsze słowa... czyżby kocham cię?

 

Sunset dostaje zabawkę do nauki. Dalej. Potem mamy naukę z Sunset. Dalej. Wracamy do wątku religijnego. Znowu mogę sobie przypomnieć to, co miałem na Bierzmowaniu. Aelita oraz Jeremie wyjaśniają Sunset czym jest Eucharystia, kim jest ksiądz... i tak dalej i tak dalej. Ech, strasznie tu tego dużo. Sunset będzie zakonnicą jak nic.
Wątek religijny atakuje nas znienacka, a chciałbym tylko przypomnieć, że ff powinien chyba miał skupić się na tym dzienniku, bo tak to to wszystko zmierza donikąd. Rozszyfrowanie dziennika Sunset mogłoby przynieść sporo fajnych informacji, ale my dostaje kolejną dawkę Katolicyzmu... ech. Czemu ten wątek został odsunięty?

 

No ale co by nie mówić, nawet w sumie ciekawie się czytało to, jak kucyk uczy się o Bogu, to było takie... egzotyczne i wątpię, żeby ktoś w  polskim fandomie na to wpadł. W światowym fandomie pewnie nie ma tego dużo.

 

"– To wy… jecie Boga?!" Tutaj nawet trochę śmiechłem. Ta Sunset jest urocza. To się udało, nie powiem.

 

No i znowu mamy zabawę z Sunset, bajkę na dobranoc. Potem Aelita i Jeremie wyznają sobie miłość... ach. Fantastycznie. Czyli jednak miałem racje co do tych słów, nie? To są ta najpiękniejsze słowa.

Share this post


Link to post
Share on other sites

ciąg dalszy tutaj, bo mi error wywalał

 

Rozdział 8

 

Teraz rozdział chwila prawdy; strzelam, że albo rodzice Jeremiego dowiedzą się o przeszłości Aelity, albo odkryją Sunset. Albo to i to.

 

"– Ty jesteś żywa! I przesłodka! – zapiszczała jak mała dziewczynka, a oczy zaświeciły jej [matki Aelity] się z podniecenia." Aha, czyli zgadłem. No normalnie ja jestem chyba jakiś Nostradamusem! Poza tym... nie, to nie jest reakcja normalnego człowieka na taką anomalię. Jeremie był wiarygodny w tym, co myślał sobie na samym początku. Przyjmujemy, że nikt tutaj nie oglądał serialu MLP i nikt nie jest brony.  Nie rozumiem tego... Czemu? Czemu?

 

"– To Sunset Shimmer… nasza córka.
– Co takiego? – Ojcu Jeremiego zdawało się, że coś źle usłyszał, jednak jego syn zaczął wyjaśniać:" Aaaaa... musiał to powiedzieć w taki sposób, aby przypadkiem jego ojciec dostał jakiegoś wylewu albo zawału serca?

No więc wszystko wychodzi na jaw. 

 

"– Synu, to prawda, że to nas zaskoczyło, ale…
– Uważamy, że to, co zrobiliście, jest naprawdę piękne, i jesteśmy z was dumni – weszła mu w słowo żona, na co on tylko krótko skinął głową." Uhhhh... kisnę tutaj. Zrobiło się naprawdę gorąco. Rodzice Jeremie są bardzo wyluzowani i nie obchodzi ich fakt, że właśnie spotkali inteligentom istotę z innego wymiaru. Która jest kucykiem. W pastelowych barwach.

Dochodzi do wielkiego ujawnienia wszelkich tajemnic. Dalej mamy wykład z historii Lyoko... ok? Ech... co jeszcze? A, no Aelita zostaje zaakceptowana.

"

A teraz chodźcie wszyscy, bo nam kawa i jajka wystygną!" Walić Xanę, walić Sunset, jajka są najważniejsze!

 

Rozdział 9

Dowiadujemy się więcej o historii uniwersum Lyoko, o projekcie Kartagina. Oczywiście najważniejsza jest w tym rozdziale wizyta stryjka Dominique. Jeremie i Aelita oświadczają, że są parą. Dalej zostaje wplata w to wszystko opowieść o tajnej organizacji militarnej Kartagina. Mamy trop odnośnie matki Aelity; to ona była tą matematyczką. Pojawia się wątek rządu... przeróżnych machlojek ze strony złej korporacji... i to wszystko upakowane w fanfiku Nasza Mała Sunset... ok.
No dużo jest tu wyjaśnione. Nie będę tego objaśniał.

 

Na koniec, oczywiście najlepsze co może być; ukazanie Sunet księdzu, który ZANIEMÓWIŁ w pierwszej chwili, a potem, tak jakby nigdy nic, wszyscy przeszli do porządku dziennego.

 

"– To skoro już wszystko sobie wyjaśniliśmy, zapraszam do stołu! – zawołała Celeste. " O matkoooo... 

 

Rozdział 10

 

Sunset się uczy i uczy... Jeremie buduje jej specjalny przyrząd, który pozwala jej pisać. No nieźle. Potem mamy rozmowę przez Skype'a z Oddem. Lubię tego gościa, jest fajnie oddany i zupełnie taki sam jak w kreskówce. Stary, dobry Odd. Po tym wszystkim mamy... rozmowy o Biblii. Oraz wersety wyciągnięte prosto z tej świętej Księgi.

 

"– Wręcz przeciwnie. Bogu wystarczyło i dziesięciu. Bo widzisz, Bóg jest sprawiedliwy i nigdy nie pozostaje obojętny na zło" Nie... po prostu... Pranie mózgu naszej małej Sunset.

W

każdym razie... Dominique'owi udało się ruszyć sprawę Aelity do porzodu i umówił ich na spotkanie.

 

Koniec.

 

Uhhhhh... Nie będę mówił, że to RAAAK, bo to nie moje klimaty, nie ten gust i byłoby to wysoce nie ma miejscu. To, że czegoś nie lubimy wcale nie musi być RAAAKIEM.
Nie będę też potępiać autora za to w co wierzy, po prostu wyraziłem swoje myśli na ten temat, a że wątek religijny w Naszej Małej Sunset jest ważny i obecny, no to nie mogłem tego tak olać. Problemem tutaj jest brak napięcia. Niby coś tam się dzieje, ale to wszystko ciągnie się w ślimaczym tempie. Ciągle powracamy do tego samego; Sunset coś tam mówi naiwnego,
i sepleni, Sunset się uczy, Sunset czyta Biblię, Sunset coś tam mówi naiwengo, Sanset sepleni... I w ten sposób wpadamy w niekończącą się pętle.

 

Znowu mamy kalkę znanego fanika; tym razem My Little Dashie. To jest niemalże to samo. No niestety... Nie wystarczy tylko podmienić postaci i dodać wątki z innych uniwersów; wszystko sprowadza się do tego samego, co było w MLD. 

 

Myślałem, że zostanie to rozegrane w inny sposób. Na to się nastawiałem. Przecież już w pierwszym poście mistrz Lyoko pisał:

Dnia 22.09.2018 o 15:59, Lyokoheros napisał:

Co jednak, gdyby tę historię opowiedzieć inaczej?

Ale tak naprawdę ZUPEŁNIE INACZEJ

Gdyby to inny kucyk trafił do naszego świata?

A gdyby… to nie brony go znalazł? A może nawet nie była to tylko jedna osoba?

Albo jeszcze lepiej: gdyby to było w świecie, gdzie MLP – no, a w każdym razie 4 generacja – nie istnieje?

 

No przepraszam bardzo, ale nieeeee! Jest to ponowienie tych wszystkich schematów. Co z tego, że to nie brony ją znalazł, jak się zachowuje i robi dokładnie to samo? 

Dnia 22.09.2018 o 15:59, Lyokoheros napisał:

Gdyby to inny kucyk trafił do naszego świata?

Inny kucyk, który jest dokładnie taki sam? To ma być ta innowacja? 

 

Ponadto fanfik jest przewidywalny na tyle, że mogłem odgadnąć fabułę rozdziału już po samym tytule. 

 

Mimo wszystko wiem, że ten fanfik również znalazł i znajdzie swoich odbiorców; i chwała Wam za to, że Wam się to podoba. Na "rynku" istnieje tak wiele faników, a wielką stratą byłoby, gdyby takie pozycje również się nie pokazywały.

 

To tyle...

 

Życzę powodzenia w pisaniu!

 

Pozdrawiam!

Share this post


Link to post
Share on other sites

Kwestia uniwersum, w którym rozgrywa się akcja niniejszego fanfika, a także związki z występującymi w nim światami została przedyskutowana na Discordzie – to jak najbardziej potwierdzam – dobrze, że sprecyzowanie tego szczegółu znalazło się w temacie, w sumie ja bym to dał również do pierwszego posta (tak jak i link do najnowszego rozdziału), aby czytelnicy nie mieli wątpliwości/ mogli szybko to sprawdzić.

W sumie, jak tak teraz o tym myślę, to mogłem się tego domyślić – przecież w „Kodzie Equestria” występuje Sunset Shimmer z Equestrii, no i nie wydaje się aby Wojownicy Lyoko ją kojarzyli, więc aby wszystkie opowiadania mogły rozgrywać się w tym samym uniwersum, to chyba w grę musiałaby wejść jakaś podróż w czasie, ale zgodnie z koncepcją, że za każdym razem, gdy osobnik powraca do przeszłości, tworzy nową linię czasową. To całkiem ciekawe koncepcyjnie i choć już mamy potwierdzenie, że to oddzielne uniwersa i historie, to jednak zawsze będzie można się pobawić w gdybanie i łączenie ze sobą tych opowiadań. No i może będzie z tego troszeczkę satysfakcji, kiedy się okaże, że da się to jakoś ze sobą pospinać. Zależy.

 

W każdym razie, rzućmy okiem na najnowszy rozdział, nie zatytułowany jednak tak, jak nakazywała tego oczekiwać poprzednia zapowiedź. Przyjmuję do wiadomości, że kontemplacja życia Sunset u rodziny Belpois jest tym po co idzie autor i na czym opiera fabułę, aczkolwiek obstawiam przy tym, że problemy, ich pokonywanie, są częścią życia i nic by się nie stało gdyby od czasu do czasu pojawił się jakiś „villain”, poważniejszy kłopot, czy spór, co okazałoby się sprawdzianem dla bohaterów oraz czymś takim co pomogłoby im utrwalić nawiązane więzi i zdobyć nowe doświadczenia. Jest to też okazja do rozbudowy ich charakterystyk, co mogłoby się przełożyć chociażby na to, że my, jako odbiorcy, zaczniemy się utożsamiać, chociaż w niewielkim stopniu.

 

Przyznam jednak, że zapowiedź rozdziału, a konkretnie wzmianka o tym, że ktoś jeszcze dowie się o Sunset, rozbudziła ciekawość i dała nadzieję na to, że pojawi się jakieś napięcie, jakiś zwrot, coś co zmieni nieco tę idylliczną atmosferę. Sprawdźmy zatem co oferuje nam najnowsza porcja tekstu.

 

Hm, czemu akurat „Powrót Do Przeszłości” jest napisany wielkimi literami?

 

Pod lupę wezmę również założenie o tym, aby Sunset było coraz więcej z rozdziału na rozdział.

 

Autor zachowuje proporcje między rozdziałami, zatem z biegiem czasu nie otrzymujemy coraz dłuższych kawałków tekstu, aż docieramy do w miarę stabilnej granicy 3x-4x stron, a samą historię czyta się sprawnie i bezstresowo, kolejne sceny nie wymagają poświęcenia dużych ilości czasu, sporo zostaje w głowie. Kolejne rzeczy pchną historię do przodu, nie za szybko, nie za wolno, to ok. Dominują sprawy obyczajowe, ogółem obcujemy z postaciami, obserwujemy ich codzienne życie.

 

I co w związku z tym? Ano, niewiele. Fanfik nadal jest naiwny (tak po dziecięcemu, nie mam na myśli żadnej ujmy), jaskrawy, cukierkowy, dla mnie osobiście (jeszcze?) nie wydaje się za mdły, choć domyślam się, że wiele osób takie właśnie będzie mieć odczucia, nawet nie tylko za sprawą najnowszego rozdziału, ale również poprzednich. W każdym razie, rzeczywiście, ktoś jeszcze dowiedział się o Sunset i nie, nie sądzę aby prędko jakkolwiek wpłynęło to na fabułę i klimat. No, chyba, że po drugiej stronie ktoś nieznany coś zhackował i transmitował rozmowę Jeremiego z Ulrichem, czyli cały świat już wie o magicznym jednorożcu. Może przesadzam, ale jak tak o tym myślę, to by był niezły zwrot akcji.

Wprawdzie rozdział kończy się w taki sposób, by podpowiedzieć czytelnikowi, że nadchodzą kłopoty, to jednak na tym etapie trudno jest mi dać wiarę słowom narratora. Uwierzę jak zobaczę, tyle.

 

Co do ilości występów Sunset – rzeczywiście, pojawia się coraz częściej, natomiast nie do końca o to mi ostatnio chodziło. Tak, klaczka występuje i udziela się, ale nie odnosi się wrażenia, że gra pierwsze skrzypce, bo nadal głównymi postaciami są tutaj Aelita i Jeremie, zaś fabuła jest mocno zbazowana na elementach świata „Kodu Lyoko”, czerpie z niego garściami, to właśnie on jest rozbudowywany itd. A my nadal nie wiemy o co chodzi z tą księgą, którą znaleziono przy Sunset, ani czy cokolwiek z tego wyniknie, więc czekamy kiedy uda się rozgryźć to tajemnicze pismo, odkryć kim jest Celestia, a także czy istnieje gdzieś inny, kucykowy świat. Jest to wątek, który wciąż zatrzymuje mnie przy fanfiku, ponieważ jestem ciekaw jak autor to rozwiąże i czego się dowiemy.

 

A póki co, podtrzymuję, iż jest to zdecydowanie bardziej fanfik „Kod Lyoko”, aniżeli „Friendship is Magic”, z którego czerpie... chyba tylko postać Sunset. I pismo equestriańskie. Może z czasem dojdzie do tego magia, ale ta jest nieodróżnialna od odpowiednio zaawansowanej technologii, a tej chyba w świecie fanfika nie brakuje, zważywszy na istnienie takich rzeczy jak chociażby Cyfrowe Morze.

 

Kolejnym aspektem, któremu poświęcono dużo czasu, jest wątek wiary oraz wychowywania Sunset w tym właśnie duchu przez Aelitę oraz Jeremiego. Rozmawiałem już na ten temat z autorem i – w wielkim skrócie – nie mam nic absolutnie nic do tego, żeby postacie w fanfiku wyznawały wiarę katolicką i by było to konsekwentnie podkreślane. Chodzi mi po prostu o sposób prezentacji tego wątku oraz jego zawartości merytorycznej, a także o to jak jest on zbalansowany względem pozostałych wątków. I faktycznie, do tej pory mieliśmy wzmianki o modlitwach, mszach, jak zresztą wspominał Grento, wydźwięk był z tego taki, że Bóg jest dobry i kropka. A teraz... w sumie jest podobnie, lecz nie można powiedzieć, że elementy te tylko się przewijają i w sumie są zbędne, bo otrzymujemy całą scenę, w której Aelita czyta Sunset Biblię w wersji dla najmłodszych, a mała zadaje pytania i niejednemu się dziwi. W sumie, wypada pochwalić, że Dominique stara się nie odpowiedzieć wprost, tylko poszukuje łagodniejszych słów, gdyż ma na uwadze wiek Sunset. Koniec końców, pod "zachowywanie się wbrew naturze" można podstawić kilka rzeczy i też będzie dobrze. Tu ok.

Aczkolwiek nie potrafię pozbyć się wrażenia, że wybór akurat tego fragmentu Pisma Świętego nie był przypadkowy. Osobiście skłaniałbym się bardziej ku plagom egipskim oraz motywu wątpliwości Sunset, czy zło tych ludzi naprawdę było tak wielkie, by Bóg zesłał na nich te nieszczęścia, a także takiego przebłysku, że zachował się On mściwie. Może mogłaby się go przestraszyć? Nie chodzi mi stricte o kość niezgody między nią a rodzicami, tylko jakiś grunt pod moment, w którym okaże się, że istnieją inne światy, magia itp. Bo mam nadzieję, że ten wątek wreszcie zostanie rozwinięty. Gdyby się tak nie stało, byłbym deko rozczarowany.

Chociaż... mam pewną słabość do historii związanej z biblijnym potopem oraz zawiązanym po nim przymierzem. Może to też byłby ciekawszy wybór?

 

Otrzymałem na Discordzie pewne zapowiedzi odnośnie tego jak dalej wątek wiary będzie realizowany i cóż mogę powiedzieć... Nie jestem uprzedzony, czekam, na pewno przeczytam ciąg dalszy, sprawdzę jak autor to zrealizuje. Chociaż uwiera trochę to, że wszystko jest wyłącznie czarne lub białe. Natomiast, czego by nie mówić, nawet jeśli określić niniejszy tytuł mianem „katolickiego fanfika Kod: Lyoko z elementami Friendship is Magic”, z całą pewnością to, co już mamy oraz to, co hintuje nam autor, są to sytuacje, w których kucyków nie widzieliśmy i w sumie, sam niespecjalnie sobie to wyobrażałem, więc na pewno jest to coś nowego.

 

Oceniając pd kątem technicznym, w sumie nie mam za wiele do dodania od poprzedniego posta. Język jest poprawny, zdania zostały skonstruowane dobrze, więc wszystko brzmi jak należy, a liczne zdrobnienia pomagają w budowie dziecięcej, naiwnej atmosfery. Osobiście tu i ówdzie dokonałbym pewnych poprawek natury stylistycznej, ale są to rzeczy wynikające ze stylu oraz różnic w odbiorze różnych motywów, tak sądzę. Komuś komu przypadł do gustu fanfik, odnajdzie po prostu więcej tego, co mu się spodobało poprzednim razem. Czy to interakcje między Sunset a jej rodziną, czy kolejne wynalazki Jeremiego, czy też odniesienia do religii, wszystko tu jest. Póki co wydaje się, że wymienione rzeczy będą rozwijane i autor nie planuje dodawać do tej mieszanki niczego nowego, czy przełomowego, ale zobaczymy. Najlepiej przeczytać samemu i w ten sposób nabrać na ten temat własnego zdania ;)

 

 

Pozdrawiam!

Share this post


Link to post
Share on other sites

Wybaczcie, że na razie nie odniosę się do komentarzy... ale mam sporo spraw na głowie, a nie chcę za bardzo, by czytelnicy musieli dłużej czekać na 11 rozdział, który jest już napisany. Nosi tytuł "Wspólne święta", a znajdziecie go tu

Generalnie nieco zmieniłem koncepcje w pewnym punkcie i sama konfrontacja jednak nie bedzie wprost pokazana (ostatecznie jednak nie miałem pomysłu jak to dobrze napisać, więc stwierdziłem, że lepiej będzie dać nieco krótszy bardziej pośredni opis) - ale nie martwcie się emocje się pojawią, choć trochę będzie trzeba na to poczekać... no częściowo...

Co was czeka w rozdziale? 

Spoiler

dowiemy się o skutkach negocjacji z rządem Francuskim i tego ja potoczyły się losy naszych Einsteinów po Kadic oraz dołączymy do rodziny Belpois podczs ich pierwszych świąt z nowym nietypowym członkiem... wydawałoby się, że w ten piękny czas nic nie może pójść źle, ale czy aby na pewno?

 

Niestety tym razem Mid nie mogła za bardzo pomóc w korekcie. Za to pomogli nieco Lunar Republic, Crystal Arrow i von Pony, więc mam nadzieję, że technicznie nie będzie tak źle.

  • Upvote 1

Share this post


Link to post
Share on other sites

Zupełnie bezstresowo, a wręcz relaksująco upłynął mi czas spędzony na lekturze najnowszego, jedenastego rozdziału kontemplacji idylli małej Sunset Shimmer u państwa Belpois. W sumie, muszę przyznać, że po przerwie miło było powrócić do postaci Aelity, Jeremiego i reszty, po prostu. No i byłem ciekaw, czy wydarzy się coś ciekawego, może nietypowego, w ogóle, jak fabuła popłynie do przodu.

 

No i już teraz poskarżę się, że zapodany przez autora opis troszkę oszukuje :twilight8: Rzeczy, które mogłyby okazać się dla mnie najbardziej interesujące w kontekście tego, na co cały czas narzekam, odkąd zacząłem czytać, jest w nowym rozdziale jak na lekarstwo. Mam na myśli nieistniejące negocjacje z rządem francuskim (A ściślej to, że zabrakło szczegółów w ogóle, po prostu dostajemy informację, że wszystko ok, no i jak tu poczuć napięcie? Wątek Custodes Romae też jakoś zaginął w akcji, tak swoją drogą) oraz to, co miało pójść nie tak... No bo bądźmy szczerzy, gdy wspomina się, że nic nie może pójść źle, ale czy na pewno, to przecież oczywisty znak, że coś będzie nie tak... Zatem czekałem, czekałem, byłem ciekaw i... nic. Czyżby chodziło o mały cliffhanger na samym końcu? Um... Ja tam jestem spokojny o Sunset. I tak było kreskówkowo, cukierkowo, toteż nie kupuję, że cokolwiek jej zagraża.

 

Ale reszta zapowiedzi? Wszystko na swoim miejscu, a do tego zrealizowane bardzo konsekwentnie, satysfakcjonująco, niby oszczędnie, a jednocześnie całkiem obszernie, toteż od razu przypominają się dawne lata :) Jest silna, świąteczna nostalgia, jak również ciepły, rodzinny nastrój, bez wątpienia to się autorowi udało na piątkę (skala studencka) :rdblink: Podobały mi się te fragmenty, a pieczołowicie oddane zwyczaje bożonarodzeniowe dopełniły efektu i nadały rozdziałowi autentyczności. Choć od lat ani nie przeżywam tego okresu, ani niczego nie obchodzę, gdy przyszła pora na cytat z Pisma Świętego, od razu sobie przypomniałem czasy, w których czytywałem przy stole ten właśnie fragment, chyba znam go prawie idealnie na pamięć. Na jasełkach przewinęły się moje ulubione kolędy, oprócz znanych mi rzeczy do jedzenia pojawiły się nowe przysmaki, no i nie zabrakło autentycznie oddanego oczekiwania na prezenty, pierwszą gwiazdkę, czy sanek. Aż człowiekowi przykro, że od lat nawet nie ma prawdziwej zimy, tylko jakieś nie wiadomo co, brzydkie DLC do pięknej jesieni, którego nikt nie chciał.

 

Przyznaję szczerze, że fanfik, choć nadal bardzo bajkowy, dość cukierkowy, nie mdli ani nie męczy, a dziecięca naiwność Sunset, choć jest ona przesłodzona, bawi i stwarza miłe wrażenie, po prostu. Cieszą jej reakcje, czy to ilekroć dowiaduje się, że będzie musiała na coś zaczekać (co bodaj nawiązuje do jej oryginalnej kreacji, tzn. tego, co powiedziała o niej Celestia w pierwszym „Equestria Girls”), czy to motyw z gadającą torebką oraz koncepcja Odda na przebranie, na Sunset komentującej jasełka kończąc. Wszystko to wyszło bardzo sympatycznie, klimatycznie i po prostu przyprawia o uśmiech od ucha do ucha. No i wreszcie mogę z czystym sercem przyznać, że tym razem wreszcie czuć, że jest jej więcej w fanfiku, że rzeczy krążą wokół niej i że mała ma swoje pięć minut, między poszczególnymi scenami nie rozstajemy się z nią na zbyt długo. To, co średnio wyszło ostatnim razem, w rozdziale jedenastym rozwija skrzydła. I bardzo dobrze, doskonale :pinkiesmile:

 

Ogólnie rzecz ujmując, każdy jeden moment, w którym pojawiała się Sunset, był przyjemny i lekki w odbiorze, świetnie było ją zobaczyć w akcji, jak zadaje pytania, czy też jak reaguje na to, co dzieje się wokół, chociaż nie wzbudzając zbyt zdecydowanej reakcji otoczenia, co już nawet nie usypia czujności czytelnika, bo ta od dawna chrapie, aż się forum trzęsie, ale utwierdza w przekonaniu, że bohaterom na pewno nikt i nic nie przeszkodzi, toteż nie trzeba im kibicować. Chociaż wciąż jest z tego turbo idylla, dosyć cukierkowa historia z wyraźnym wątkiem chrześcijańskim, autorowi udało się świetnie opisać przeżywanie świąt przez Sunset, wypadło to dość naturalnie, spodziewam się, że ludzkie dziecko w jej wieku, z jej postrzeganiem świata, tak własnie by reagowało i we wszystkim uczestniczyło w taki oto sposób. Być może innym razem wyniknie z tego szersza dyskusja, ale tu nie zgodzę się z kolegą Grento, że opowiadanie to jest takie samo jak oryginalne "My Little Dashie" i że powtarza te same schematy, a bohaterowie robią to samo. Jednak jest inne. Większy nacisk na relacje rodzicielskie Sunset z obojgiem rodziców. W ogóle, rodzina klaczki z Equestrii jest tu znacznie większa. Wątek chrześcijański. Odniesienia do "Kodu Lyoko". Bardziej bajkowy, cukierkowy styl prowadzenia historii. Więcej kawałków życia, wątki poboczne (chociaż głównie na początku), ogólnie, większy spokój, zero zmartwień, wszystko idzie świetnie. Jak dla mnie to wystarczająco dużo, by odróżnić "Naszą Małą Sunset" od pierwowzoru. Inny świat, troszkę inne realia, inni bohaterowie, inny klimat i historia. Ale spokojnie - gdyby w fabule zaczęło się dziać coś takiego, po czym faktycznie miałbym flashbacki z "My Little Dashie", to na pewno się zreflektuję i to opiszę ;) Ale na razie raczej się na to nie zanosi.

 

Ale nie byłbym sobą, gdybym się do czegoś nie doczepił. Jak ma to miejsce w przypadku historyjek świątecznych, warto dołożyć do całości coś smutniejszego, poważniejszego, coby podkreślić klimat i uczynić całość barwniejszą. Brzmi to dziwnie, ale ja osobiście takie właśnie mam wrażenia, gdy w opowieści wigilijne wplata się odrobinę melancholii. W „Naszej małej Sunset” mamy coś takiego, aczkolwiek jest to w zasadzie jedynie szybka wrzutka, choć uzasadniona fabularnie. Chodzi mi o Andre oraz Dianę, a także plany na gromadkę dzieci, które z przyczyn obiektywnych... Znaczy się, gdzie tam, a to adopcja nie wchodzi w grę? :rarity5: Ale by była z tego paralela do Aelity i Jeremiego. Jakieś rodzeństwo/ kuzynostwo dla Sunset, moim zdaniem to by było ciekawe. W każdym razie, co jest z tym motywem niemożności posiadania dzieci, że zwykle podaje się tę informację tak in your face, raczej mało subtelnie? Popsuło mi to nieco klimat. Myślę, że byłoby lepiej, gdyby autor użył innych słów, czy też dał do zrozumienia co jest na rzeczy.

 

Wygląda na to, że na dzień dzisiejszy, jedynie w „Smaku Arbuza” od Cahan zostało to zrealizowane tak, jak zwykle chciałbym to widzieć. Wprawdzie tam chodziło o inną rzecz, ale mam na myśli schemat postępowania przy wmiksowywaniu do świąt tematów poważniejszych, smutniejszych, trudniejszych do przełknięcia, niewesołych. Czegoś, co rzuca cień na wszędobylską, wigilijną atmosferę, ochładza ją nieco. Godzi w świąteczne marzenia, subtelnie (tj. działając na wyobraźnię czytelnika) opisując coś, co się utraciło i czego się nie odzyska, albo nigdy nie będzie mieć. Nie aż tak jednoznacznie, nie tak bezpośrednio, w inny sposób, niż po prostu podać w narracji suchą informację o tym, co się stało.

 

Niemniej, nie jest to ani jeden z kluczowych wątków, ani coś, co psuje wrażenia z dalszej lektury, ale pomyślałem, że o tym wspomnę. W każdym razie, zastanawiam się, czy Nouvelle Vendée to prawdziwe miejsce we Francji, czy kolejna kreacja autora? No i miło, że przewinął się w tle wątek polski, aczkolwiek z drugiej strony, jednocześnie budzi to lekkie politowanie. Ach ci Polacy, po prostu muszą być wszędzie :lol:

W każdym razie, zalety tego niedługiego tekstu w pełni rekompensują wyżej wymienione rzeczy, które zwróciły moją uwagę. Cieszy kreacja Sunset, miło się to czyta, nastrój został wykreowany naprawdę dobrze, a opisy wzorowo spełniają swoje zadanie.

 

Lecz by nie było tak różowo, wspomnę co nieco o formie. Spokojnie, nie jest źle, bynajmniej, lecz rozdziałowi wiele brakuje do perfekcji. Takich ostatnich szlifów, coby tekst znalazł się w najwyższej formie. Niby wiele nie trzeba, w gruncie rzeczy nie są to poziomy początkowych rozdziałów „Kodu Equestria”, gdzie mieliśmy nawałnicę powtórzeń, źle skonstruowanych zdań, czy opisów, z których nie szło od razu zorientować się, co właściwie autor miał na myśli/ o czym czytamy. Co mnie niezwykle cieszy, widać postępy – zdania brzmią coraz lepiej, akapity ładnieją, są skomponowane milej dla czytelnika, na czym zyskuje nie tylko ogólne wrażenie, ale również klimat. Niemniej, wciąż widzę pole do doskonalenia formy, gdyż popełniane błędy, choć dużo mniejsze w porównaniu z przywołanym przeze mnie fanfikiem, są istotne i rzucają się w oczy (często są to tzw. bejziki). Dorzucam luźne przemyślenia, jakie towarzyszyły mi podczas lektury, odnośnie formy:

 

Zabrała jej... Jak to „jej”? Co to znaczy?

Tu czegoś brakuje...

To chyba powinno być z małej.

Odwrotnie, rozbawiona dziewczyna jak już.

Dlaczego tu nie ma przecinków?

Ale o co chodzi, „małą”? „Mała” powinno być.

Przecinki to Twoi przyjaciele.

O, zaczęło się od moich dwóch ulubionych kolęd. Prawie zapomniałem o przecinkach.

Powtórzenie.

Nadprogramowe spacje, pora ruszyć na łowy.

Co się stało z przecinkami?

 

Generalnie, starałem się różne tego typu rzeczy namierzać i od razu poprawiać, bo dlaczego nie? Przyglądałem się dokładnie i odszukałem, jak sądzę, większość błędów. Mimo wszystko, nie było przy tym tyle pracy ile przy początkach „Kodu Equestria” – akapity są skonstruowane solidnie, a zdania brzmią ładnie, acz często wydają się nieźle przesłodzone (w czym pomagają zdrobnienia), co na tym etapie nie powinno ani dziwić, ani podnosić poziomu cukru. Jeżeli ktoś się nie przyzwyczaił, powinien już dawno wyskoczyć z tego Metal Sluga, a jeśli się zaparł i dotarł aż tutaj, wówczas to już naprawdę nic takiego ;)

 

Wszystko jest spokojne, śliczne, bezpieczne, aż się zacząłem zastanawiać, po kiego oni tak ukrywają Sunset przed ludźmi, skoro, jak znam ten fanfik, nic się nie stanie nawet gdyby mała wyskoczyła przed funkcjonariuszami francuskich służb specjalnych i zaczęła miotać zaklęciami jak Rayman swoją pięścią, przecież by ją puścili, no bo w sumie o co takie wielkie halo xD

 

W każdym razie, należy pochwalić za pieczołowite odtworzenie wigilijnych zwyczajów, oczywiście po katolicku, kreację ciekawskiej Sunset (niecierpliwe czekanie na prezenty czy też przejęcie się losami świętej rodziny, jakby to nie było przedstawienie, ale autentyczna rzecz, to są oczywiście najjaskrawsze przykłady), a także family friendly, choć dosyć cukierkowy, naiwny nastrój, co współgra ze świętami i wzbudza nostalgię. Lekko się po tym płynie, jest ciepło, rodzinnie, przyjemnie, idylla, tylko skryta pod śniegiem.

 

Mimo wszystko, po zakończeniu czytania zacząłem się zastanawiać, co najnowszy rozdział wniósł do fanfika i w jaki sposób popchnął fabułę do przodu? Szczerze mówiąc, dla mnie był to prędzej wigilijny special, aniżeli pełnoprawna kontynuacja „Naszej małej Sunset”. Niby lecimy dalej z kontemplacją życia klaczki u boku Aelity i Jeremiego, ale z drugiej, nie ma się wrażenia, że historia zmierza do czegoś konkretnego. Po prostu radosne, bajkowe [Slice of Life] osadzone w świecie pozbawionym trudności oraz zagrożeń dla bohaterów, gdzie z każdym kolejnym kawałkiem tekstu czytelnik się niecierpliwi, czeka na coś, ale tego nie dostaje. Problemy rozwiązują się jeszcze zanim w ogóle się pojawią, nie trzeba się martwić o nic. Nie powoduje to jakichś szczególnie negatywnych wrażeń, wręcz przeciwnie, rozdział okazał się ładny, klimatyczny, napisany z widoczną pasją, lecz ostatecznie trudno mi znaleźć w nim coś, w co autentycznie chciałbym się zaangażować.

 

Cóż więcej mogę powiedzieć – czekam na ciąg dalszy, czekam na rozwój fabuły oraz jakieś nowe rzeczy, może nawet jakiś przeskok czasowy albo wprowadzenie nowych wątków. Jest ładnie, całkiem dobrze, ale tylko tyle – na moje oko, autor ma świetne warunki, by rozkręcić tę historyjkę, pytanie dlaczego zwleka tak długo, kiedy zgotuje nam coś, co autentycznie nas porwie, zamiast tylko relaksować i napełniać błogim spokojem. Ileż można? Ja też mam swoje limity ;)

 

 

Pozdrawiam!

 

 

PS: O, pomodlili się także za niewierzących... Miło mi, nie powiem, że nie ^^ Dzięki!

  • Like 1

Share this post


Link to post
Share on other sites

Create an account or sign in to comment

You need to be a member in order to leave a comment

Create an account

Sign up for a new account in our community. It's easy!

Register a new account

Sign in

Already have an account? Sign in here.

Sign In Now

×
×
  • Create New...